Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
61 osób interesuje się tą książką
Historia Lucy Westenry z Draculi, jakiej jeszcze nie znacie.
Lucy Westenra to piękna i bogata kobieta, lecz pod tą olśniewającą, kokieteryjną fasadą kryje się osoba głęboko zafascynowana śmiercią, a ta obsesja trwa przez całe jej krótkie życie. Dla dziewczyny pamięć o zmarłych nie przemija tak szybko, jak dla jej najlepszej przyjaciółki Miny.
Pewnej nocy podczas lunatykowania trafia na tajemniczego mężczyznę o imieniu Vlad dostrzegającego w niej to, czego nigdy wcześniej nikomu nie ujawniła. Szuka on perfekcyjnej kobiety, idealnej damy uosabiającej wszystkie wartości angielskiej socjety, aby spędzić z nią wieczność. Skupia wzrok na Lucy, a ona po raz pierwszy czuje, że jest w stanie pokazać komuś swoją mroczną stronę. Śmierć podąża za nimi krok w krok, zbliża się i krąży, ale dziewczyna z pomocą nowego towarzysza postanawia ją przechytrzyć.
Pod osłoną ciemności na oczach Lucy rodzi się bestia, która dopuszcza się czegoś wyjątkowo okrutnego i… fascynującego.
Ten przerażający potwór jest gotów użyć siły, aby dostać to, czego chce, niejednokrotnie uciekając się do brutalności. Tymczasem panna Westenra czuje się nim oczarowana.
Na co gotowa jest Lucy, by otrzymać tak desperacko upragnioną wolność?
Czy w walce o własne prawa zrezygnuje nawet z człowieczeństwa? I czy to wystarczy, by uciec przed potworem?
Jej dręczyciel jednak się przekona, że nie trafił na łatwą przeciwniczkę…
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 584
Rok wydania: 2025
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Now Comes the Mist
Copyright © Julie C. Dao 2024
Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo Nowe Strony, Oświęcim 2025
All rights reserved · Wszystkie prawa zastrzeżone
Redaktorka prowadząca: Sandra Pętecka
Redakcja: Alicja Chybińska
Korekta: Anna Łakuta, Aga Dubicka, Kamila Grotowska
Skład i łamanie: Michał Swędrowski
Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka
Ilustracja okładkowa: Anna Niemczak
ISBN 978-83-68402-94-0 · Wydawnictwo Nowe Strony · Oświęcim 2025
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Zastanawiam się, czy któraś z tych kobiet kiedykolwiek wyobrażała sobie własną śmierć.
Właśnie taka myśl przemyka mi przez głowę, gdy siedzę na ławce znajdującej się na terenie dziedzińca kościelnego. Mam na sobie elegancką, uszytą na miarę suknię. Starannie ułożyłam jej brzegi przy swoich kostkach, a dłonie trzymam splecione na kolanach. Wyglądam jak dama w każdym calu dla każdego, kto zechce spojrzeć na moją kobiecą sylwetkę odcinającą się na tle prószącego śniegu. Nawet ci pogrążeni w najgłębszej żałobie potrafią zerknąć na moje ciało. W myślach jednak, gdzie nikt mnie nie widzi, spoczywam ponad dwa metry pod ziemią, z rozpostartymi kończynami oraz zmierzwionymi włosami, krztusząc się zmarzniętą glebą. Pochłania mnie ona w całości, rozkoszując się moim ostatnim ciepłym oddechem.
To znacznie romantyczniejsza wizja śmierci niż leżenie w trumnie w rodzinnym grobowcu, co prawdopodobnie mnie czeka. Zdaję sobie sprawę, że tam miałabym pogniecioną suknię, nogi skrzyżowane w kostkach i splecione dłonie spoczywające na brzuchu. Jaki tak naprawdę tkwi sens w umieraniu dokładnie tak, jak się żyło? Skoro i tak muszę znaleźć się w ramionach Śmierci, chciałabym, aby stało się to w sposób, którego nikt z moich znajomych nie uznałby za stosowny.
Podchodzą do mnie dwie kobiety, ramię w ramię, otulone czarnym bombazynem1. Obie mają twarze przysłonięte grubymi woalkami, ale w pewnym momencie odsłaniają je, ukazując swoje oblicza. Pamiętam słowa skargi mamy na szorstki materiał drażniący jej skórę, ale jakoś znosiła ten dotyk publicznie jak wszystkie wdowy, więc tym bardziej doceniam śmiałość dwóch pań. Pozdrawiają mnie skinieniami głów i widzę, że są niewiele starsze ode mnie i Miny. Właściwie gdyby nie te dzielące nas pięć czy sześć lat, stałybyśmy się ich rówieśniczkami. Jedna z nich ma korpulentną sylwetkę i żółte, jedwabiste włosy jak Mina, a druga z kolei jest drobna, smukła i ciemnowłosa, zupełnie jak ja. Poruszają się w idealnie zsynchronizowanym rytmie, stawiając krok za krokiem i obejmując się nawzajem jak siostry albo, jak sądzę, kochanki.
Po chwili zatrzymują się przy pobliskim grobie, po czym jasnowłosa kobieta kładzie na kamieniu bukiet białych lilii. Ich płatki opadają na śnieg, by rozpocząć proces powolnego rozkładu, a następnie skinąwszy głowami w moją stronę, obie damy robią krok w tył. Wyobrażam sobie, jak przechodzą przez bramę cmentarza, potem wsiadają do powozu i wracają do domu witającego ich rozświetlonymi oknami. Później zdejmują z siebie żałobne welony i siadają przy filiżankach aromatycznej herbaty, a wspomnienie ośnieżonego grobu i mnie siedzącej na ławce ulatnia się z ich umysłów.
Śmierć tak łatwo omija inne kobiety, tylko nie mnie. Na mnie utrzymuje się niczym najlepsze perfumy, przenikając skórę, aż każdy kolejny oddech przypomina mi, że czeka na mnie mogiła. Nie potrafię wyrwać się z żelaznego uścisku kostuchy, a gdy na trzęsących nogach wstaję z ławki, nie jestem pewna, czy tego chcę.
W czarnej aksamitnej sukni wędruję pomiędzy miejscami pochówku nieznajomych. Zastanawiam się, czy słyszą chrzęst śniegu pod moimi pantoflami i czy ten dźwięk wzbudza w nich zazdrość. Ja na pewno czułabym się zazdrosna. Nienawidziłabym dziewczyny przemykającej nad moim grobem niczym upiór o zmierzchu, mającej białą jak śnieg cerę odcinającą się na tle czarnych włosów i z płonącymi pełnią życia oczami w miejscu, gdzie emanowanie nim nie jest mile widziane. Ostrożnie stawiam kolejne kroki, by zbytnio nie urazić pogrążonych w żałobie.
Na tyłach cmentarza, przy żelaznej bramie, znajduje się siedem grobowców wzniesionych z popękanego granitu. Przysłaniają je zwisające gałęzie potężnych cisów, górujących nad nagrobkami niczym lordowie nad tłumem wieśniaków. Na pierwszym z nich wyryto imię Gladstone’a, a na kolejnym Taylora. Mijając kolejne miejsca wiecznego spoczynku, oznaczone imionami Kinga, Price’a, Browniga i Shawa, w końcu dostrzegam główny cel mojej wizyty: siódmy grobowiec, udekorowany kamiennymi różami. Po obu stronach drzwi zawieszono niepłonące teraz metalowe lampy naftowe, ale widniejące nad nimi imię Westenra wydaje się żarzyć, zupełnie jakby podświetlono je od wewnątrz magicznym ogniem.
Otwieram ciężkie, masywne drzwi i wchodzę do środka. Nie powinna panować tu jasność, zwłaszcza w ponury lutowy wieczór, ale jakimś cudem widzę wszystko tak wyraźnie, jakbym trzymała w ręku pochodnię. Bez problemu dostrzegam pokrytą pajęczynami podłogę, resztki obumarłych kwiatów oraz bijące chłodem granitowe ściany z wygrawerowanymi imionami wszystkich spoczywających tu wiecznym snem Westenrów. Dostrzegam kamienne schody, prowadzące do krypty poniżej, gdzie obok swoich żon i dzieci leży wielu mężczyzn, noszących za życia bardzo popularne imiona, takie jak: John, Henry oraz George. Nigdy nie miałam szansy ich poznać. Natomiast tu, w głównym pomieszczeniu grobowca, pochowano znanych mi ludzi. Gęsty, słodki zapach rozkładających się ciał wypełnia moje nozdrza, gdy jak we śnie przemieszczam się w stronę szeregu kamiennych trumien. Są dość okazałe i skonstruowane w sposób, by oddać hołd ich lokatorom.
Na pierwszej z nich umieszczono napis: Lord Alexander, szósty wicehrabia Westenra, oraz jego żona Vanessa. Mojemu pradziadkowi nigdy nie zależało na tytule ani majątku. Pragnął jedynie mojej prababci i dla jej dobra rodzice zmusili go do powrotu do Anglii. Musiał zrezygnować z młodzieńczych eskapad po świecie, wojennych przygód, rozlewu krwi oraz ze zwierzchnictwa francuskiego wuja, wysoko postawionego ministra na dworze cesarza Wietnamu.
„Wracaj do domu”, nakazali mu rodzice, zgodnie z rodzinną legendą. „Zaakceptujemy twoją narzeczoną, jeśli tylko wrócisz i weźmiesz odpowiedzialność”.
I tak się właśnie stało.
Zmarł krótko przed moimi narodzinami, ale prababcia dożyła moich trzecich urodzin. Gdy jej angielski mąż wywiózł ją z wietnamskiego dworu, była bardzo młodą kobietą i przez całe życie pozostała drobna i delikatna. Pamiętam, że karmiła mnie imbirowymi cukierkami i śmiała się tym melodyjnym głosem, próbując opanować nasze trudne do wymówienia spółgłoski. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego pewnego miesiąca położyła się na stałe do łóżka.
– Czemu musimy się z nią żegnać? – zapytałam, gdy leżała blada i milcząca na materacu, z głową na poduszce.
Sądziłam, że po prostu śpi, ale prawda okazała się zupełnie inna.
– Ponieważ udaje się na stare cmentarzysko – wyjaśniła mama.
– Ale wróci, prawda?
– Nie, kochanie, już nigdy więcej jej nie zobaczymy.
Wciąż jednak nie rozumiałam dlaczego. Codziennie czuwałam przy oknie, mając nadzieję, że zobaczę, jak jej powóz podjeżdża pod drzwi. Nie pamiętam już, kiedy się dowiedziałam, czym jest śmierć, ale z biegiem lat zaczęłam nieustannie śnić o wędrówce przez mgłę. Poszukiwałam wtedy mamy, wykrzykiwałam imię ojca, przerażona, że oni również odejdą z tego świata i zostawią mnie samą.
Teraz nachylam się nad drugą trumną z wygrawerowanym napisem: Czcigodny Phillip J. Westenra i jego żona Lucy. Później przesuwam palcami po tabliczce z nazwiskiem babci, takim samym jak moje. Przekazała mi je wraz z niepowtarzalnym uśmiechem, którym pół wieku temu oczarowała londyńską śmietankę towarzyską. Jako dziecko trzymałam się jej kurczowo, obawiając się, że ją stracę.
– Wszyscy musimy kiedyś odejść – oznajmiła, przytulając mnie do siebie. – Życie nie może przecież trwać wiecznie.
– Ale powinno – odparłam stanowczo. – Sprawię, że będziemy żyć wiecznie.
To, że spoczywa tutaj obok mojego dziadka, stanowi wyłącznie dowód mojej porażki. Przyciskam policzek do lodowatego kamienia ich trumny i przypominam sobie wszystko, co po jej śmierci przeczytałam w bibliotece taty. Studiowałam wtedy kolejne opasłe tomy poświęcone życiu pozagrobowemu oraz prawie niemożliwe do rozszyfrowania traktaty medyczne, zawierające skomplikowane ilustracje przedstawiające ciało po śmierci. Gdy nareszcie skończyłam te lektury, sięgnęłam po ludowe opowieści: legendy o duchach, przesądy związane z rytuałami pogrzebowymi z całego świata oraz historie o ludziach pogrzebanych żywcem i zamurowanych w ciemnych katakumbach.
Później wszystkie moje sny zaczęły sprowadzać się wyłącznie do śmierci. Raz tonęłam w morzu, a innym drapałam wnętrze trumny, dopóki nie zdarłam sobie paznokci. Zdarzyło się również, że śniłam o spadaniu z wieży zamkowej wprost do rwącej rzeki.
„To mechanizm obronny”, wyjaśnił moim zaniepokojonym rodzicom lekarz. „Lucy próbuje sobie w ten sposób poradzić z żałobą. Wyrośnie z tego, daję słowo”.
Ale to się nigdy nie stało.
Bo właśnie znajduję się sama w grobowcu, otoczona przez ciała zmarłych. Po chwili kieruję wzrok na trumnę ojca, wciąż stojąc kilka centymetrów od szkieletów dziadków. Widnieje na niej tabliczka z inskrypcją: Phillip Westenra, Junior, tuż obok znajduje się wolne miejsce, aby pewnego dnia dopisać tam imię mamy. Spoglądam powyżej napisu.
Widnieje tam czyjaś ręka.
Zwisa ona nad krawędzią trumny, z trupiobladymi, długimi i wiotkimi palcami. Podczas gdy na nią patrzę, nadgarstek powoli się obraca, a ręka zaczyna się stopniowo podnosić, zupełnie jakby ktoś nią kierował. Dostrzegam, że palec wskazujący został skierowany w moją stronę.
Chodź tutaj.
Wstaję, a wraz z moim ruchem wzbija się kurz. Podchodzę do trumny taty i dostrzegam, że wieko zniknęło, dzięki czemu widzę go bardzo wyraźnie: ma kruczoczarne włosy, wysokie kości policzkowe oraz bladą cerę muśniętą złotem. Odziedziczyłam to wszystko po nim. Zauważam, że ma szeroko otwarte oczy, a kiedy podchodzę jeszcze bliżej, odwraca się, by na mnie spojrzeć.
– Lucy – zaczyna uradowany. – Wiedziałem, że się zjawisz.
Moje serce przepełnia tęsknota.
– Tato – odzywam się, biorąc go za rękę. Jest naprawdę spora i czuję bijące od niej przyjemne ciepło, kiedy ujmuje moją dłoń swoją. – Och, tatku, tak za tobą tęskniłam.
– Ja za tobą również, moje dziecko. – Opiera się na szerokich ramionach i z trudem udaje mu się usiąść w trumnie, przez co wzbija wokół siebie tumany kurzu. Po chwili spogląda na mnie rozwartymi, ciemnoniebieskimi oczami. – Dlaczego nie przyszłaś wczoraj? Czekałem na ciebie.
– Czekałeś? – Klękam obok jego trumny.
– Tutaj jest twoje miejsce. Przed nami wiele wspaniałych rozmów. Mamy mnóstwo tematów do przedyskutowania i całą wieczność, by to zrobić. – Przygląda mi się z czułością. – Za każdym razem, gdy cię widzę, stajesz się piękniejsza. Odziedziczyłaś oczy po babci Vanessie. Mają ten sam kolor i kształt. Odnoszę nieodparte wrażenie, jakby właśnie na mnie patrzyła.
W jego głosie da się wyczuć ogromną boleść. Tata wyjątkowo zżył się z własną babcią i wiele się od niej nauczył. Przede wszystkim szacunku dla starszych, zamiłowania do przypraw z jej rodzinnego kraju, a nawet języka, choć posługiwał się nim jedynie w bezpiecznym zaciszu swojego domu i nigdy nie robił tego w palarniach czy salonach pełnych dystyngowanej angielskiej socjety. Sam przekazał mi to wszystko i jestem mu za to bardzo wdzięczna.
– Mój kochany tatusiu – mówię, po czym składam pocałunek na jego palcach.
Gdy tkwi przy mnie, wnętrze grobowca wydaje się pełne blasku i ciepła, a ja wyobrażam sobie, że siedzimy tu obok siebie. Czuję się bezpieczna, szczęśliwa i kochana, a co najważniejsze, nie dręczą mnie już sny pełne mroku. Najgorsze w końcu za mną: śmierć mnie szukała, a ja odpowiedziałam na jej wezwanie. Życie na zewnątrz może dalej toczyć się bez mojego udziału.
Życie na zewnątrz…
Dostrzegam światło słoneczne wpadające przez wysokie witraże i pogrążam się w myślach. Przypominam sobie samotnie płaczącą mamę w naszym wielkim domu. Oczami wyobraźni dostrzegam również Minę odzianą w suknię ślubną i z przysłoniętą welonem twarzą emanującą smutkiem. Zauważam też wszystkich mężczyzn, jakich kiedykolwiek znałam, oraz moich dotychczasowych partnerów w tańcu. Niektórzy z nich mogliby się ze mną ożenić i jednocześnie pokazać mi tę stronę życia, o której właściwie żadna kobieta nie potrafiłaby mi opowiedzieć. Tęsknię za tym każdą cząstką mojego obolałego, nietkniętego ciała.
– O co chodzi, Lucy? Co się stało? – pyta zaniepokojony tata.
Słyszę za sobą drapanie o kamienne wieko, gdy z wiecznego snu budzą się moi dziadkowie. Siadają w trumnie, podobnie jak ojciec, ale w niczym go nie przypominają. Pozostają niczym więcej, jak jedynie strzępami rozkładającego się ciała przylegającego do kości, a ich rozchylone usta zastygły w uśmiechach.
W komnacie unosi się zapach zgnilizny, a ja dostrzegam, że z nozdrza babci wymyka się gruby, różowy robak.
– Co się stało, Lucy?
– Zostań z nami na stałe.
Odwracam się przerażona i widzę, że tatę oblepiają wielkie czarne chrząszcze. Pożerają jego skórę, rozdzierając mięso jak papier ostrymi jak brzytwa szczypcami, pozbawiając jego ciało zakrwawionych ścięgien i pulsujących mięśni.
Ojciec coraz mocniej zaciska chłodną, bladą dłoń na moich palcach.
– Twoje miejsce jest przy nas, dziecko – dodaje po chwili z czułością, podczas gdy chrząszcz wbija szczypce w delikatną soczewkę jego prawego oka.
Nawet gdy zaczynam krzyczeć, trzymam się taty resztkami sił. Nagle coś nas rozdziela, a ja słyszę głos w uchu.
– Lucy, Lucy! Obudź się!
Klęczę na śniegu, a wokół mnie jest pełno krwi. Otacza mnie ona niczym farba na białej jak kość ścianie. Mam zakrwawione palce, ponieważ drapałam w drzwi naszego rodzinnego grobowca.
– Och, dziecko, dlaczego? Dlaczego wciąż się to dzieje? – denerwuje się mama.
Wygląda, jakby pośpiesznie opuściła własne łóżko. Warkocz zaczyna jej się rozplątywać, a rąbek koszuli nocnej powiewa pod ciężkim wełnianym szlafrokiem. Zauważam, że jak zawsze przyniosła mi mój peniuar. Naprędce narzuca mi go na ramiona i dopiero wtedy uświadamiam sobie, jak bardzo przemarzłam.
Poza szlafrokiem okrywa mnie wyłącznie biała koszula nocna, tak cienka, że w świetle lampy naftowej niesionej przez Harriet, moją służącą, widać przez nią całe moje ciało. Mama kładzie parę butów obok moich bosych stóp, podczas gdy ja spoglądam na swoje nogi i zauważam, że również krwawią. Musiałam je pokaleczyć, idąc z naszego domu na cmentarz. Są niestety tak zdrętwiałe z zimna, że mama musi mi pomóc wsunąć na nie obuwie.
– Która godzina? – zastanawiam się, dzwoniąc zębami.
– Wpół do dwunastej – odpowiada zmęczona, odciągając mnie od grobowca.
Później Harriet wyprowadza nas z cmentarza, oświetlając drogę.
– Gdybyś przynajmniej lunatykowała o przyzwoitych porach. Musisz się zastanowić nad popołudniowymi drzemkami. Chociaż przypuszczam, że powinnam czuć wdzięczność za to, że tego nie robisz. – Spogląda na moje widoczne przez cienką koszulę nocną gołe nogi.
Gdybym w dziennym świetle wędrowała we śnie, wszyscy szanowani londyńczycy mogliby ujrzeć każdą część mojego ciała.
– Wracajmy do domu. Harriet przygotuje ci gorącą kąpiel, a Agatha podgrzeje rosół.
Gdy mijamy bramę cmentarza, przechodzą mnie niekontrolowane dreszcze.
– Ja… widziałam tatę.
– To się musi nareszcie skończyć, Lucy. – Mama rzuca mi przenikliwe spojrzenie.
– Nic na to nie poradzę. Lekarz…
– Nie mówię o twoim stanie – odpiera, wyraźnie zniecierpliwiona. – Twój ojciec również lunatykował, podobnie jak wcześniej jego ojciec i babcia. Chodzi mi o… – wskazuje gestem na ośnieżone groby – tę nienaturalną, szkodliwą obsesję na punkcie śmierci i straty.
Otulam się mocniej połami szlafroka.
– Od śmierci taty minęło już pięć lat. – W świetle trzymanej przez Harriet lampy naftowej rodzicielka wygląda na znacznie starszą. – Musisz w końcu pozwolić mu odejść.
Stoimy przez chwilę w śniegu, patrząc na siebie, a nasze oddechy unoszą się w powietrzu niczym wstążki mgły. W końcu matka wzdycha i prowadzi mnie dalej ulicą, a ja ulegam jej bez słowa sprzeciwu. Co mam jej niby powiedzieć?
W jaki sposób zdołałabym wytłumaczyć, że nigdy nie pozwolę odejść tacie, dziadkom czy komukolwiek, kogo straciłam? I jak mam wyjaśnić, że oni… to znaczy śmierć mi na to nie pozwoli?
Nie potrafiąc znaleźć odpowiednich słów, milczę, gdy wracamy do domu pod zimowym niebem.
Jestem niczym ćma lecąca do olśniewającej Miny, przypominającej zapaloną świecę.
Chyba jeszcze nigdy nie myślałam o tym tak intensywnie, jak dzisiejszego wieczoru w swoim pokoju. Właśnie szykuję ją na jej przyjęcie zaręczynowe. Stoi z zaciśniętymi ustami przed ogromnym lustrem i uważnie przygląda się każdemu milimetrowi swojej sukni. Materiał z jedwabiu otula jej sylwetkę i opada za nią jasnoniebieską kaskadą, pasującą idealnie do jej oczu. Wiedziałam, że tak właśnie będzie, gdy wybierałam dla niej strój. Obserwuje połyskujący materiał, a ja pozostaję całkowicie skupiona na jej włosach rozjaśnionych bijącym od świec blaskiem, upiętych z tyłu za pomocą jednej z moich diamentowych wsuwek.
– Lucy, nie mogę przyjąć tej sukni – powtarza po raz tysięczny.
– Mówiłam ci już przecież, że to nie ode mnie, głuptasie – odpowiadam, również po raz tysięczny. – Umówiłam krawcową, ale suknia to prezent zaręczynowy od mamy.
– Niemniej jednak… – Mina przesuwa dłonią po gorsecie, a ja spoglądam na jej krągłe ramiona oraz odsłonięte ręce przypominające bieluśki marmur. – Obie już tyle dla mnie zrobiłyście. Zorganizowałyście to przyjęcie, zamówiłyście kwiaty, szampana i wysłałyście zaproszenia.
Śmieję się i układam się wygodnie na łóżku, choć fiszbiny gorsetu wciąż wpijają mi się w ciało.
– Uwielbiamy cię rozpieszczać, przecież o tym wiesz – przyznaję i dostrzegam własne odbicie w lustrze.
Moja postawa wyraża całkowitą swobodę i relaks, gdy tak opieram się na łokciach, natomiast moje długie, lśniące włosy spoczywają na nieskazitelnie czystej kołdrze niczym rozlany atrament. Mam czarne oczy, mieniące się w jasnym świetle, a moja jasnooliwkowa cera wygląda olśniewająco na tle kosztownej, francuskiej koronki, ledwo skrywającej kształtne, krągłe piersi. Poprawiam się na łóżku, a dolna część krótkiej halki unosi się o kilka centymetrów.
Jeśli Minę można uznać za anioła budzącego nadzieję w każdym mężczyźnie, to ja jestem diablicą z ich snów.
Błękitny aksamitny materiał sukni szeleści, gdy przyjaciółka odwraca się do mnie i kieruje wzrok na nagą skórę moich ud, widoczną między halką a koronkowym wykończeniem pończoch. Jej policzki oblewają się rumieńcem i przez chwilę się zastanawiam, czy ona również pamięta nasz pocałunek tamtego słonecznego dnia nad morzem.
– Lucy – zaczyna żartobliwym, upominającym tonem, podnosząc z podłogi moje porozrzucane kremowe ubrania – czy ty przypadkiem nie zamierzałaś się ubrać?
– Jaki to miałoby sens? – Gestem wskazuję na siebie. – W tym stroju znalazłabym męża o wiele szybciej.
– Nie miałabyś z tym najmniejszych problemów, nawet gdybyś ubrała się w worek po ziemniakach – stwierdza, po czym śmieje się cicho.
– Mężczyznami można bez trudu manipulować. – Biorę od niej swoje rzeczy i niechętnie wkładam je na siebie. – Wystarczy mieć głęboki dekolt, trzepotać rzęsami, uwodzicielsko przesuwać palcem po ich dłoni i już nazywają cię przeuroczą dziewczyną. Nie wymaga to jakichś specjalnych umiejętności. Nie trzeba też posiadać olśniewającej urody i sprytu.
– Ale z pewnością przydaje ci się to, że możesz się pochwalić jednym i drugim.
– Nigdy nie twierdziłam, że nie.
Śmiejemy się obie, podczas gdy Mina pomaga mi wciągnąć suknię uszytą z jasnoróżowego jedwabiu.
– Cudownie ci w tym kolorze. Chociaż to ja wychodzę za mąż, to dziś wszyscy będą patrzeć na ciebie – stwierdza bez cienia zazdrości w głosie.
– Tylko dlatego, że nikt nie zdobył mojego serca, tak jak Jonathan twojego. – W chwili, gdy z moich ust pada jego imię, zaczynam tego żałować.
Mina natychmiast zatraca się w myślach, marzeniach i wspomnieniach niemających nic wspólnego ze mną. Później obraca prosty złoty pierścionek na palcu, a ja odczuwam dziecięcą satysfakcję, że podarowany jej przez Jonathana drobny szafir nie jest nawet zbliżony kolorem do jej oczu, tak jak wybrana przeze mnie aksamitna suknia.
– Nie wiem, co ze sobą pocznę, gdy wyjedzie tej wiosny. Spodziewa się, że jego nieobecność potrwa prawie miesiąc, a nigdy nie rozstawaliśmy się na tak długo – wyjaśnia, spuszczając wzrok.
W delikatnym świetle wygląda jak obraz najznamienitszego artysty, który z chęcią powiesiłabym na ścianie, gdybym nie mogła zatrzymać przy sobie żadnej innej jej części.
– Pewnie uważasz mnie za głupią. Przez prawie dwadzieścia lat myślałam o nim jak o przyjacielu, a kochałam go zaledwie przez trzy. Teraz jednak stał się dla mnie tak samo bezcenny jak własne serce.
Jej miłość i cierpienie są dla mnie niczym drzazgi w skórze. Wbijają się we mnie, aż nie potrafię już odróżnić, czy czuję się bardziej podekscytowana oddaniem Miny, czy raczej zazdrosna o to, że udaje się w tę błogą nieznaną podróż wcześniej ode mnie i to jeszcze z kimś innym, a nie ze mną. Wyobrażam sobie subtelną, pełną namiętności chwilę, gdy zamyka drzwi od sypialni, a później zsuwa z siebie ubranie i koronkową bieliznę, a jej gęste, rozświetlone przez promienie słoneczne włosy opadają na gładkie, nagie plecy. Później widzę oczami wyobraźni, że podchodzi do łóżka, gdzie siedzi Jonathan. Patrzy na nią pożądliwym wzrokiem, a potem wsuwa kolano między jej uda.
Jonathan.
Gdy po raz pierwszy spotkałam Jonathana Harkera, zmierzyłam go wzrokiem od stóp do głów i uznałam, że nie jest odpowiedni dla Miny. Wydał się dość wysoki, ale tak naprawdę, kto z naszych znajomych nie jest? Charakteryzował się drobną i zwinną sylwetką szermierza. Miał nieskalane pracą fizyczną dłonie i już wtedy zarabiał na przerzucaniu papierów. Pracował w kancelarii adwokackiej, ale posiadał dość spore oszczędności i z każdym dniem zyskiwał coraz większą przychylność u swojego pracodawcy. Miał ciemnozłociste włosy, strzelisty nos, a irytujący uśmiech pojawiał się na jego ustach w najmniej oczekiwanym momencie. Nawet sposób prowadzenia przez niego rozmowy wydawał mi się zbyt błyskotliwy i zajmujący. A to, jak patrzył na Minę, sprawiało, że nie mogłam oderwać od niego wzroku. W jego szarych oczach kryło się tyle ciepła i czułości, jakby się obawiał, że ona zniknie, jeśli tylko odwróci głowę.
Nie, nigdy nie lubiłam Jonathana Harkera.
Mina podnosi wzrok znad pierścionka.
– Wkrótce zrozumiesz, moja droga Lucy – tłumaczy z czułością – jak to jest troszczyć się o kogoś w ten sposób.
Uśmiecham się do niej z zaciśniętymi ustami, by nie wydostały się z nich niepotrzebne słowa. Niedbale zagarniam długie czarne włosy i upinam je za pomocą ozdobnych wsuwek z perłowymi końcówkami. Moja służąca zrobiłaby to pewnie o wiele lepiej i dokładniej, ale zdecydowanie wolę, gdy włosy pozostają lekko zmierzwione i wyglądają jak po przejściu londyńskiej wichury albo tak, jakby jakiś mężczyzna przeczesywał je szorstkimi palcami, muskając moją szyję rozpalonymi wargami.
– Cóż – zaczynam delikatnym tonem, robiąc krok w tył, by spojrzeć na swoje odbicie w lustrze – wciąż masz jeszcze mnie. Kiedy Jonathan wyjedzie w interesach, z pewnością nie poczujesz się samotna.
– Jestem z tego powodu niezmiernie szczęśliwa. – Kładzie głowę na moim ramieniu.
Jesteśmy tego samego wzrostu i należymy do drobnych, delikatnych kobiet. Po chwili przyjaciółka przyciska policzek do mojego, natomiast ja poprawiam codzienną biżuterię: złoty naszyjnik z zamykaną zawieszką ozdobioną osadzonym w niej gagatem, wewnątrz której trzymam zdjęcie taty, oraz pierścionek z zielonym wietnamskim jadeitem, należącym niegdyś do mojej prababci.
– Dokąd on się znowu wybiera? Na afrykańskie równiny czy może na azjatyckie stepy?
Śmieje się.
– Obawiam się, że raczej nie na daleki wschód. Jego zleceniodawca zamieszkuje dzikie tereny Austro-Węgier, na samym pograniczu cesarstwa. To starszy, zamożny szlachcic żyjący w zamku gdzieś we wschodnich Karpatach, na obszarze określanym mianem Gór Wiecznej Zimy. Czyż to nie poetyckie?
– To ty jesteś pisarką, a nie ja. To ciebie ludzie uważają za utalentowaną, mnie z kolei za bezużyteczną. W sumie nie można się dziwić, skoro codziennie prowadzisz zapiski, masz niezwykły dar obserwacji i opanowałaś do perfekcji stenografię2.
– Nonsens. Po prostu piszę znacznie więcej od ciebie i tyle. Robię to tylko dlatego, by pomóc Jonathanowi w jego pracy. Mam nadzieję, że nie zostanie zmuszony zawsze podróżować tak daleko. – Wzdycha. – Góry wydają się naprawdę piękne i z pewnością są pełne ciekawych historii. Nie jestem pewna, dlaczego jego zleceniodawca tak bardzo chce się przenieść do Londynu, skoro mieszka, jak powiedział Jonathan, na samym szczycie góry położonej nad lazurową rzeką.
Jej słowa kojarzą mi się ze snami o spadaniu do rwącej rzeki oraz z mrocznymi, niepokojącymi i bezgranicznie ponętnymi wizjami. Zamykam oczy, słysząc szept Śmierci. Wyobrażam sobie usiane wioskami szmaragdowe szczyty i rozciągające się w cieniu starych kamiennych wież lasy, czując zazdrość niemal ocierającą się o nienawiść.
– Oddałabym wszystko, by zamienić się miejscami z Jonathanem.
Mina przytula mnie, uśmiechając się szczerze.
– Dlaczego? Ty również chcesz mnie zostawić?
– Nie. Chciałabym to zrobić, by móc się z tobą ożenić – wyjaśniam z wystarczającą dozą wesołości, by potraktowała to jako żart. – Pragnę też podróżować po świecie i na własne oczy zobaczyć te wszystkie wspaniałe widoki. Czy potrafisz sobie wyobrazić podróż pociągiem parowym i obserwowanie przez okno mijanych po drodze majestatycznych zamków?
– Przecież nie pokona całej drogi pociągiem – zauważa jak zawsze pragmatyczna. – Ukształtowanie terenu na pewno mu na to nie pozwoli. Po pewnym czasie zostanie zmuszony podróżować wynajętymi powozami. Oznaczyłam jego trasę za pomocą czerwonej wstążki przypiętej do mapy i przeczytałam o wszystkich miejscach, które odwiedzi w czasie nieobecności. Wydaje mi się, że wiem więcej o historii tego regionu, niż powinna wiedzieć jakakolwiek szanująca się guwernantka.
Macham lekceważąco ręką.
– To naprawdę nie ma żadnego znaczenia, czy podróżuje się powozem, czy pociągiem. Chciałabym po prostu dokądś pojechać, poznać nowych ludzi i usłyszeć zupełnie nowe języki. Marzy mi się, by zamówić herbatę w zagranicznym hotelu, zasiąść w zaciemnionym teatrze pełnym nieznajomych lub po prostu wysłać do domu telegram z jakiegoś odległego miejsca. Na tym właśnie polega prawdziwa wolność, moja Mino. Można być kimkolwiek się zechce i nikt nawet tego nie zauważy.
– Brzmi nieźle – przyznała.
– Czy jesteś w stanie wyobrazić sobie podróżowanie po jakimś obcym kraju? – Dotykam dłonią jej szyi i przesuwam opuszkami palców po porcelanowej cerze, rejestrując, jak delikatnie drży pod wpływem mojego dotyku. – Czy chciałabyś kiedykolwiek poczuć tę ekscytację związaną ze zwiedzaniem i odkrywaniem nieznanego ci miejsca albo ze spaniem w obcym łóżku?
Odsuwa się ode mnie, pozostawiając po sobie nieznośne uczucie chłodu.
– Być może Jonathan kiedyś zabierze mnie w taką podróż.
– Nie mówię o podróżowaniu z mężem – wyjaśniam zniecierpliwiona. – Chodzi mi raczej o podróżowanie w taki sposób, w jaki robią to mężczyźni. Samotnie… lub z przyjacielem.
– Zdecydowanie wolałabym sama! – Śmieje się. – Cudownie byłoby dokądś pojechać samej, bez żadnej ochrony.
– Co stoi na przeszkodzie? Przed kim niby mają nas ochraniać?
– Nie wiem – przyznaje bezsilnie. – Być może przed niebezpiecznymi ludźmi, złodziejami, zbójami albo przed mordercami.
– To raczej oni potrzebują ochrony przede mną. – Odczuwam nagłą, szaleńczą wręcz potrzebę pozbycia się tych perłowych wsuwek z włosów. – Ja również potrafię być bardzo niebezpieczna, zwłaszcza jeśli staję się zdana wyłącznie na siebie. Po prostu nie miałam jeszcze okazji, by pokazać światu tę drugą część mnie, bo nigdy tak naprawdę nie dano mi takiej szansy. Nie mam najmniejszego pojęcia, kim tak naprawdę jestem.
– Och, Lucy – odzywa się zasmucona przyjaciółka.
Podchodzę do okna i odsuwam jedwabne zasłony w kolorze śliwki. Na zewnątrz panuje półmrok, ale poza odbiciem Miny i mnie, ledwo dostrzegam pogrążające się w mroku zimowe niebo, płaczące delikatnymi płatkami śniegu.
– Za tym oknem znajduje się ogromny świat, którego nigdy w życiu nie zobaczymy – mówię, a znajoma przytłaczająca nagle rozpacz niemal doprowadza mnie do szału. – Te wszystkie zamki, góry, lasy i niekończące się bogactwa… Czy to wszystko naprawdę istnieje? A co z jedwabnymi sukniami i pierścionkami zaręczynowymi? Wydaje mi się, że nawet w obliczu śmierci otrzymujemy więcej wolności. Przynajmniej wtedy sami dokonujemy ostatecznego wyboru.
– Najdroższa, znów masz gorszy okres – stwierdziła łagodnym tonem.
W świetle ulicznych latarni widzimy podjeżdżające pod dom powozy i wychodzących z nich na śnieg ludzi. Kilku ciekawskich, żądnych wrażeń mężczyzn odwraca się w stronę mojego rozświetlonego okna, a Mina zaczyna się rumienić, mimo że obie jesteśmy w pełni ubrane. Zaciąga zasłonę, a następnie obejmuje dłońmi moją twarz.
– Są po prostu młodzi i mają dobry nastrój. Czują podekscytowanie wywołane dzisiejszym wieczorem. Wkrótce zejdziesz na dół na spotkanie swojej stałej obstawy adorujących cię przystojniaków i zapomnisz o tym wszystkim.
Na tym właśnie opiera się nasza przyjaźń: wysuwam jakiś szalony, niczym niepoparty pomysł, nieadekwatny dla młodej damy z moją pozycją, a Mina z radością pragnie go zrealizować, ale później zawsze się wycofuje. Wraca do bezpiecznej strefy pełnej tradycyjnych kobiecych wartości i związanych z nimi oczekiwań. A ja, by jej dodatkowo nie denerwować, odsuwam od siebie tę myśl i ponownie ukrywam ją głęboko w sobie.
Tak właśnie pocałowałyśmy się tamtego dnia, kiedy miałam dość odwagi, by przeżyć z nią tę cudowną chwilę.
Jestem już strasznie zmęczona ciągłym ukrywaniem.
– Moja piękna Lucy. Moja miłości, siostro i przyjaciółko – odzywa się po chwili Mina, wciąż trzymając palce na moich policzkach. – Wiem, że po części jest to również wina ogarniającego cię smutku. Wciąż tęsknisz za ojcem. To on przekazał ci te wszystkie informacje o otaczającym nas świecie. Ta przemożna chęć stania się wolną wynika przede wszystkim z tęsknoty za nim, prawda?
Przed odpowiedzią ratuje mnie delikatne pukanie.
– Kto to może być? – pytam zbyt radośnie i podchodzę do drzwi.
Otwieram je i dostrzegam Harriet, moją służącą. Trzyma w rękach mnóstwo pachnących kwiatów.
– Proszę wybaczyć, panienko Lucy, ale właśnie dostarczono te bukiety dla panienki i panny Miny.
– Bukiety! – powtarzam wciąż przesadnie rozradowanym tonem.
Prowadzę Harriet do pokoju, po czym przesuwam palcami po okazałym naręczu szkarłatnych róż, czerwonych niczym sam diabeł. Mina przygląda mi się uważnie, znając aż za dobrze moje wahania nastroju.
– Są przepiękne! Kto mógł je wysłać?
– Ten jest od pana Jonathana Harkera, z dedykacją dla panny Miny. – Harriet wręcza mojej przyjaciółce małą wiązankę niezapominajek.
Dostrzegam z satysfakcją, że tak samo jak w przypadku pierścionka zaręczynowego kolor tych kwiatów zupełnie nie pasuje do jej oczu, ale ona i tak przysuwa je do nosa, tryskając radością.
– A ten jest od doktora Jacka Sewarda. – Służąca wręcza mi ogromny bukiet róż.
– Od Jacka Sewarda! – odzywa się zdumiona Mina. – Czy czasami ten mężczyzna nie pracuje każdego dnia od rana do nocy? I mimo to znalazł czas, by wysłać ci tak piękne kwiaty? Lucy!
– Nie ekscytuj się tak. Prawdopodobnie poprosił swojego asystenta z tego okropnego ośrodka, żeby je zamówił – mówię beznamiętnie, choć jestem pewna, że sam się o to postarał.
Świadczy o tym choćby krótkie spotkanie z nim na jesiennym balu u Stokerów, kiedy zostaliśmy sami w oranżerii, podczas gdy wszyscy inni przebywali w salonie. W przeciwnym razie nigdy nie spodziewałabym się, że ten poważny, ciemnooki młody lekarz może przejawiać tak intensywną żarliwość, zamaskowaną przyziemnymi rozmowami o psychologii i ludzkiej naturze. Jego uczucia są widoczne również w gestach, takich jak na przykład podarowanie mi dzisiejszego wieczoru cudownych kwiatów. Wszystkie te róże mają tak intensywny, soczysty kolor, że aż ocierają się o granicę przyzwoitości, a ich płatki z łatwością rozpadają się pod wpływem mojego dotyku.
– Ale są olśniewające, prawda?
– Och, Lucy, on naprawdę musi być w tobie zakochany. Czerwone róże są, rzecz jasna, symbolem miłości i pożądania. I pomyśleć, że wkrótce możesz zostać żoną lekarza!
– Chyba jesteś niepoważna – odpieram pobłażliwym tonem, a następnie spoglądam na trzeci i ostatni bukiet trzymany przez Harriet. – A ten to niby od kogo?
Służąca wręcza mi malowniczą wiązankę staromodnych kamelii. Każda z nich wyróżnia się głębokim odcieniem czerwieni.
– Od czcigodnego Arthura Holmwooda.
– Od Arthura? Jesteś pewna? – pytam, kładąc róże od doktora Sewarda na toaletce.
– Tak, panienko. Sam mi je przekazał, kiedy niedawno przyjechał.
– Możesz odejść, Harriet – mówię, rozkoszując się zapachem kamelii, podczas gdy ona dyga, a następnie wychodzi i zamyka za sobą drzwi. – Arthur Holmwood przybył tak wcześnie na przyjęcie? To zapewne jakiś inny mężczyzna o tym samym imieniu. Ten, którego znam, nie ma odwagi odezwać się w mojej obecności, a co dopiero pojawić się na tak dużym bankiecie z udziałem obcych ludzi.
– Nie bądź dla niego taka surowa – karci mnie łagodnym tonem Mina. – Jest po prostu nieśmiały. Tak się akurat składa, że wiem, iż wielbi go większość dziewczyn, nawet jeśli ty nic do niego nie czujesz, kochana.
– Prawie w ogóle o nim nie myślę. Gdy nie ma go w pobliżu, po prostu o nim zapominam – tłumaczę się, by rozbawić ją swoją lekkomyślnością.
Jest to jednak wyuczona niefrasobliwość doskonalona przez lata, by strzec swoich najskrytszych uczuć.
Arthur Holmwood… Jego rodzice, lord i lady Godalmingowie, są przyjaciółmi mamy i siłą rzeczy ich jedyny syn oraz spadkobierca stał się nieodłączną częścią mojego dzieciństwa. Wśród znajomych, z którymi niejednokrotnie spędzałam czas latem, on zawsze trzymał się z tyłu. Uchodził za skromnego chłopaka o wątłych ramionach, nastroszonych włosach i znanego przede wszystkim z tego, że nieustannie pociągał nosem. Tata dokuczał mi często z powodu mojego nikłego zainteresowania Arthurem i zwracał się do mnie: „Jaśnie Pani”, żartując, że za kilka lat ten nieporadny chłopak wyrośnie na najprzystojniejszego mężczyznę w naszym gronie i zawróci mi w głowie.
Niestety nie doczekał, by zobaczyć ziszczenie swoich słów.
– Nie wierzę, że naprawdę tak o nim myślisz – stwierdza porozumiewawczo Mina. – Mówiłaś przecież, że poprosił cię do tańca na balu u Stokerów w październiku zeszłego roku.
Znów ten jesienny bal i jeszcze jeden mężczyzna, o którym zmieniłam zdanie.
– Przez długi czas nie uczęszczał do szkoły, a później jego rodzina wyjechała za granicę w trosce o zdrowie ojca. – Przyglądam się kameliom. W ich intensywnych czerwonych środkach dostrzegam delikatną złocistą barwę, niczym sekret ukryty w ich sercach. – Gdy ujrzałam go na balu, prawie go nie poznałam. Wydawał się silniejszy i bardziej pewny siebie.
W oczach przyjaciółki dostrzegam podekscytowanie.
– Nigdy mi o tym nie mówiłaś, Lucy – zganiła mnie. – Wspominałaś jedynie, że wyglądał tak, jakby matka zaciągnęła go tam, mimo że kopał i krzyczał. Z tym wyjątkiem, że pewnie zachowywałby się cicho, ponieważ członek rodziny królewskiej nigdy nie urządza scen, nawet w prywatnym powozie należącym do bliskich.
– Jakim cudem wciąż pamiętasz wszystkie moje bezsensowne komentarze? – Wydobywam z siebie zaskoczony śmiech.
– Pamiętam każdą twoją wypowiedź. Zdziwiłaś się, gdy poprosił cię do tańca, bo ledwo mógł spojrzeć ci w oczy. Ciągle zerkał na twój nos lub podbródek.
– Zdarzało się, że kierował wzrok jeszcze niżej – dodaję, po czym uśmiecham się promiennie.
– Wiesz, co symbolizują kamelie, prawda?
– Oczywiście, że nie. Miałam nadzieję, że wyjaśnisz mi to jako moja niedoszła guwernantka i specjalistka od wszelkich spraw związanych z etykietą.
– Jeśli ktoś wręcza ci kamelie, daje ci w ten sposób znać, że jego los jest w twoich rękach. Te kwiaty są niesamowicie romantyczne. Moim zdaniem o wiele bardziej niż róże. Szczerze, to nigdy nie lubiłam róż, ponieważ ich wręczanie zawsze wydawało mi się zbyt nachalne.
Patrzę najpierw na trzymane w ręku kamelie, a później na znajdujący się na stole podarowany przez doktora Sewarda bukiet.
– Próbujesz mi w ten sposób coś zakomunikować, moja Mino?
Pochyla się i całuje mnie w policzek.
– Nie śmiałabym. Poza tym już podjęłaś decyzję, nawet jeśli jeszcze o tym nie wiesz.
Zna mnie do tego stopnia, że zastanawiam się, czy zdążyła się już domyślić, czego jeszcze nie wyznałam jej na temat tamtego balu i wspólnego tańca z Arthurem. Jak wcześniej wyśmiewana przeze mnie nieśmiałość tego wysokiego, eleganckiego i prawie nieznanego mi mężczyzny wydała mi się ujmująca i pełna męskości. Miał orzechowe włosy, piwne oczy i spokojne usposobienie, ale wszystko poza tym znacznie się różniło. Okryte marynarką ramiona stały się szersze, a on sam nabrał niespotykanej pewności siebie i poruszał się z niezwykłą swobodą. Urzekł mnie również jego niski, a zarazem stonowany głos oraz niesamowite dłonie! Okazały się bardzo delikatne w dotyku i na tyle duże, by ująć w nie moje. Pamiętam doskonale, jak obejmował mnie nimi w talii, wywierając delikatny nacisk. Jestem ciekawa, czy Mina domyśliła się, że śniłam o nim przez wiele tygodni, w najskrytszych zakamarkach podświadomości wyobrażając sobie, co ten mężczyzna mógłby ze mną zrobić.
Arthur jednak zdawał się bardzo spokojny i opanowany. Podziękował mi za taniec i po chwili wrócił do matki, nie oglądając się za siebie. Nie doczekałam się od niego namiętnych szeptów, zbłąkanych, przypadkowych dotknięć ani innych subtelnych gestów. Nie wsunął mi nawet do ręki żadnej karteczki, tak jak robili to inni moi adoratorzy. Po raz pierwszy role się odwróciły i tylko ja się zauroczyłam… a przynajmniej tak mi się wydawało.
Jeszcze raz przysuwam kamelie do nosa. Jego los jest w moich rękach.
– Lucy?
Zdaję sobie sprawę, że Mina cały czas do mnie mówiła, a ja nie słyszałam ani słowa, zbyt pogrążona we wspomnieniach.
– Tak?
Przechyla głowę, wyraźnie zamyślona. Dostrzegam, że wsunęła za ucho kilka niezapominajek. Ich delikatny lazurowy odcień wygląda olśniewająco w zestawieniu z intensywniejszym błękitem jej oczu.
– Które kwiaty weźmiesz ze sobą na przyjęcie?
Przygląda się bukietowi od Arthura, a następnie temu od doktora Sewarda, a w jej głosie wyczuwam udawaną nieśmiałość, sugerującą, że potrafi bardzo dużo wyłapać z mojej odpowiedzi.
Nie jestem jednak osobą dającą się łatwo zadowolić, nawet jeśli chodzi o najukochańszą przyjaciółkę.
– Żadne – stwierdzam ospale, a następnie rzucam kwiaty na stół, nie zadając sobie nawet trudu, by włożyć je do wazonu i podlać. – Chodźmy na przyjęcie. Mama już na nas czeka.
1 Bombazyn – jedwabna tkanina o skośnym splocie, farbowana na czarno i używana do ubiorów żałobnych (przyp. tłum.).
2 Stenografia – sztuka szybkiego i zwięzłego pisania (przyp. red.).