Klauzule tajności. Ściśle tajne - Magdalena Winnicka - ebook + audiobook

Klauzule tajności. Ściśle tajne ebook i audiobook

Winnicka Magdalena

3,9
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów w stałej cenie, by naprzemiennie czytać i słuchać. Tak, jak lubisz.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.

Dowiedz się więcej.

18 osób interesuje się tą książką

Opis

Romans z wybuchową mieszanką sarkazmu, pożądania i słodyczy, który spowoduje niekontrolowane napady śmiechu.

Krystian to chodzący kodeks i mistrz dystansu, a przy tym major ABW i wykładowca w Wyższej Szkole Kryminologii i Kryminalistyki. W życiu kieruje się prostymi zasadami. Jest zadanie do wykonania, trzeba je zrealizować. Nie ma miejsca na półśrodki. A także na uczucia. To nie jego działka. I naprawdę w to wierzy! Naiwność tego mężczyzny to jedna z wielu rzeczy, które urzekają Sarę. Ta urocza dziewczyna o niepokornych myślach z anielską cierpliwością powstrzymuje się przed kwestionowaniem postanowień swojego nieco cynicznego profesora. Z wielką radością przymknęłaby też oko na granice, które ten wyznacza. I bardzo chętnie przestrzegałaby wszystkich jego bezsensownych zasad.

Tylko co mogłoby wyniknąć ze starcia burzowej chmury z promieniem słońca? Może lawina śmiechu, elektryzująca chemia między bohaterami i uczucia, które rozwijają się powoli, ale kipią od tłumionego napięcia? Jedno jest pewne – wszystko musi pozostać… ściśle tajne!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 426

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 1 min

Lektor: Maciek SzklarzNikola Czerniecka

Oceny
3,9 (26 ocen)
15
2
3
4
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
ksiazko_holiczka_sandra

Nie oderwiesz się od lektury

Książka świetna! Czytało się doskonale, a niektóre dialogi przezabawne! Uwielbiam tego profesorka❤️ Każdą miłośniczka romansu musi to przeczytać! Autorko proszę wszytko pisać kolejną część❤️🙏
31
ewmat

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo fajna, ciekawa fabuła.
10
aspych

Nie oderwiesz się od lektury

🥰
10
fakirek13

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna czekam na kolejne oby szybko 👍
10
Paaulinaa88

Nie oderwiesz się od lektury

😍❤️😍❤️😍❤️😍❤️😍
10

Popularność




Prolog

W każdej paczce jest zawsze ktoś, kto niczego nie ogarnia, ale i tak wszyscy go lubią.

Tym kimś byłam ja…

Rozdział 1

Sara

Należałam do tych nieszczęśników, którzy mieli wątpliwą przyjemność, by przyjść na świat w grudniu. Zawsze wydawało się, że jestem tak jakby o rok młodsza od rówieśników. Ci z pierwszej połowy roku mogli szybciej legalnie pić alkohol. Wyglądałam dość niewinnie, dlatego o imprezach w klubie nie było mowy, dopóki z dowodu jasno nie wynikało, że mam te osiemnaście lat. Wciąż tyle miałam, a dzisiaj rozpoczynałam pierwszy dzień studiów.

Jakaż ja byłam podekscytowana i pełna optymizmu. Czekał mnie nowy start.

Okres liceum wspominałam różnie…

Wchodziłam w skład tej przebojowej paczki, do której wszyscy pragnęli dołączyć. Miałam natomiast nieodparte wrażenie, że byłam w niej, bo potrzebowali kogoś, z kogo mogli stroić sobie żarty. Tak, często byłam obiektem kpin. Nie brałam ich do siebie za bardzo. Uznawałam to za naturalne – że wzloty przeplatają się z upadkami. Zawsze się jednak podnosiłam i stawałam silniejsza, ale nie lubiłam tego. Zabijało to jakąś prawdziwą, unikatową część mnie. Czułam, jakby nie pozwalano mi na bycie sobą. Właśnie dlatego teraz nie wiedziałam, jaką przybrać formę. Studia stanowiły dla mnie możliwość naprawienia błędów, mogłam zostać kimś innym. Tylko czy chciałam udawać kogoś innego?

Moja najlepsza przyjaciółka zabroniła mi kiedykolwiek się zmieniać, lecz nawet nie zauważała, że jestem traktowana inaczej niż pozostali. Zaliczała się do ludzi, którzy są ponad głupotę. Miała swój sportowy świat, sprecyzowane cele, idealnego chłopaka. Wciąż powtarzałam Karoli, jak bardzo jej tego zazdroszczę. Ja nie skradłam nikomu serca i nie znalazłam w sobie ukrytych talentów. Moje plany na przyszłość były przyziemne, a ich najważniejszy punkt stanowiła miłość jak z bajki.

Zdaje się, że nie istniała w szkole osoba, która nie nazwała mnie naiwną. Sama też tak uważałam, ale lubiłam to w sobie i nie widziałam powodu, żeby się tego czepiać. Zresztą każdy człowiek składa się zarówno z dobrych, jak i złych cech. Moi rówieśnicy powinni zainteresować się sobą. Ja nie robiłam nikomu krzywdy, tego byłam pewna. Wręcz wyróżniała mnie uprzejmość tak duża, że stałam się idealną ofiarą. Pozwalałam innym, by budowali na mnie swoje ego. Trwało to długo – do czasu, aż przegięli. Zrobili coś paskudnego, niewybaczalnego, co przekroczyło wszelkie granice dobrego smaku. To nie było zabawne, lecz chore. Ale mnie nie zabiło. Zniechęciło do chodzenia do szkoły, owszem. Załamało? Trochę tak. Zwątpiłam w ludzi, wycofałam się. Nie straciłam jednak swojej naiwności…

Teraz czułam się już bardzo dobrze. Postanowiłam wymazać z pamięci czas liceum. Z całego mojego rocznika nie było ani jednej osoby, która wybrała tę samą uczelnię co ja. Miałam czystą kartę. Nikt mnie nie znał, nie było komu rozpowiadać historii z mojego życia.

Mogłam sprawić, by ktoś polubił mnie tak naprawdę…

Gdy otworzyłam drzwi sali, w której zgodnie z wydrukowanym planem miałam pierwsze zajęcia na uczelni i którą wreszcie udało mi się znaleźć, doszłam do dwóch wniosków. Po pierwsze, pozostawałam naiwna, myśląc, że mogę sprawić, by ktoś mnie polubił. Drugim wnioskiem było to, że mnie może… nie da się lubić. Mocno zaskoczyło mnie to spostrzeżenie. Dotychczas myślałam, że to z innymi jest coś nie tak.

Fakty mówiły jednak same za siebie.

Stałam jak ciołek przed ponad dwudziestoosobową grupą. Ludzie gapili się na mnie, nie kryjąc rozbawienia. Słyszałam te wszystkie szepty. Sama bym się z siebie śmiała, gdybym siedziała z nimi w ławkach. Zamiast tego wciąż ignorowałam pytania prelegenta, który usiłował się dowiedzieć, czemu się nie ruszam. No co powiedzieć? Że mnie zmroziło ze wstydu? Że nie miałam pojęcia, że pierwszy dzień na uczelni to nie to samo co początek roku szkolnego? Skąd ci wszyscy ludzie wiedzieli o tym, żeby włożyć adidasy, bojówki czy zwykły T-shirt? Ja miałam na sobie śnieżnobiałą koszulę, granatową ołówkową spódnicę za kolano i szpilki. Włosy układałam godzinę. Dobrze, że oszczędziłam na makijażu, choć może lepiej byłoby, gdyby moje purpurowe policzki przykrywał teraz puder.

– Halo? Źle się pani czuje?

Zobaczyłam przed oczami dłoń. Należała do wykładowcy. Przełknęłam ślinę, zastanawiając się, ile czasu upłynęło od chwili, kiedy spóźniona wparowałam do sali, zamiast zerknąć najpierw przez szparę.

– Zadzwonić po pogotowie? – Facet potrząsnął delikatnie moim ramieniem.

– O Boże, nie! – ocknęłam się. – Ja… To… – Zaczęłam się jąkać, nie mając pojęcia, jak wybrnąć z tej sytuacji. – Pójdę już. – Podjęłam jedyną sensowną decyzję i błyskawicznie uciekłam na korytarz. Niewiele później wsiadłam do auta i mimo że chciałam zapaść się pod ziemię albo chociaż zmienić uczelnię, żałowałam, że jednak nie zostałam, żeby zmierzyć się z sytuacją.

No trudno. Czasu nie cofnę.

Pojechałam do domu, gdzie zastałam mamę. Rozbierając się pospiesznie, opowiadałam, co się stało. Widziałam, że było jej mnie żal. Nie pierwszy raz, dlatego usłyszałam radę, bym się nie dała.

Ogólnie fantastyczny pomysł. Taki prosty i praktyczny…

Wróciłam na kampus przed trzecimi zajęciami. Nadzieje, że w zwykłym stroju nikt mnie nie rozpozna, zostały pogrzebane błyskawicznie. Zapoznałam się ze wszystkimi z grupy i pogodziłam z losem. Po tygodniu usłyszałam więcej żartów pod moim adresem niż w ciągu całego liceum. Rówieśnicy nabijali się ze mnie, że zgubiłam drogę i całkiem przypadkiem znalazłam się w najmniej odpowiednim miejscu. Na kampusie Wyższej Szkoły Kryminologii i Kryminalistyki. Zasadniczo się z nimi zgadzałam, jednak nie wiedzieli, że nie miałam wyjścia.

– Sarenko, lepiej wracaj do lasu, bo twój jelonek na pewno się martwi! – krzyknął Arczi i trafił mnie piłką w czoło. Padłam jak kręgiel…

Podczas zajęć wychowania fizycznego graliśmy w piłkę ręczną. To znaczy oni grali, ja starałam się unikać piłki, której prędkość mnie przerażała.

– Jezu, ty nie przetrwasz w tym świecie! – Paula pokiwała głową ze śmiechem i podała mi rękę. – Mogłaś zapisać się na ping-ponga albo szachy.

– Chciałam, ale nigdzie nie było już miejsc – przypomniałam. I z tego też wszyscy się śmiali. Nie miałam świadomości, że gdy ruszyły zapisy w uczelnianym systemie USOS, trzeba było się rzucać, a nie zalogować dopiero wieczorem. Z całej palety aktywności została mi piłka ręczna oraz nordic walking. Musiałam wybrać dwa, tak że stało się samo.

– Sorry, Sarenko. Nie chciałem – przeprosił mnie Arczi.

Wydawał się w porządku, mimo że nabijał się ze mnie trochę bardziej niż reszta. Wciąż jednak w ten znośny sposób, którego nie brałam do siebie. Prawda była taka, że i mnie to bawiło. Nie czułam się skrzywdzona.

Dość rzadko było mi przykro, a już na pewno nie z powodu przezwiska. Miałam na imię Sara, dlatego ta sarenka nie pojawiła się z przypadku. Dodatkowo moje nogi przypominały trochę sarnie. O tym też z reguły nie myślałam. Żyłam z wadą całe życie, zdążyłam się przyzwyczaić, że pozostanie to ze mną na zawsze. Innym mogłam co najwyżej radzić, by zrobili to samo, ale nie widziałam sensu. Dziwnym trafem im jakoś trudniej przychodziło zaakceptować moje krzywe nogi.

– Wszystko w porządku? Możemy grać dalej? – krzyknął trener.

Udało mi się dotrwać do końca zajęć w jednym kawałku. Całą grupą ruszyliśmy do szatni. Uśmiechałam się, słuchając, jak się o mnie licytują. Każdy proponował, co da pozostałym, jeśli za tydzień nie będzie musiał mieć mnie w drużynie. Najlepszy okazał się oczywiście najgłośniejszy ze wszystkich Arczi. Był skłonny postawić każdemu piwo.

– Tobie kupię dwa, Sarenko. – Zarzucił spocone ramię na mój kark.

– Cytrynowe – podpowiedziałam.

– Ktoś chce iść na ostatni wykład? – padło pytanie. Wykłady były wspólne dla całego rocznika i teoretycznie nieobowiązkowe. Wystarczyło pożyczyć od kogoś notatki i nauczyć się do egzaminu na koniec semestru. Frekwencja liczyła się w przypadku ćwiczeń i laboratoriów, które mieliśmy już w grupach. Na moim wydziale było ich sześć. Zajęcia sportowe z kolei odbywały się w jeszcze innych zestawieniach, tak że dość łatwo dało się poznać studentów z całego roku.

– Bez sensu. Profesor i tak nie sprawdza obecności – rzucił Kowal, po czym grupa zgodnie umówiła się na piwo na piętnastą.

Wyglądało na to, że tylko ja byłam tak naiwna, że planowałam chodzić na wszystkie zajęcia. Przynajmniej tydzień temu, kiedy jeszcze nie wiedziałam, na czym polega studiowanie. Tak więc, gdy ostatnie ćwiczenia się skończyły, bez wahania pozwoliłam się wziąć nowej kumpeli pod rękę, żeby pójść do pobliskiego parku – umownego miejsca studenckich integracji.

Zarówno w liceum, jak i tu zawsze byłam mile widziana. Rzadko czułam się nielubiana czy traktowana jak wyrzutek. Ludzie po prostu potrzebowali kogoś do strojenia sobie żartów. Chyba nawet nie przeszło im przez myśl, że są złośliwi, dlatego sama tak tego nie odbierałam. I może to był mój błąd? Przecież znowu pozwalałam, by działo się to samo. Najlepsze, że lubiłam wszystkich tych prześmiewców.

W związku z tym, że chodzenie na piwo okazało się bardzo ważnym aspektem studiowania, częściej jeździłam na uczelnię tramwajem niż samochodem. Kiedy trzeci raz w tym samym miesiącu nie miałam czego zaparkować przed domem, tata się zdenerwował. Mieszkałam z rodzicami, byłam na ich utrzymaniu i decydowali za mnie w wielu kwestiach. Właśnie jasno dali mi do zrozumienia, żebym nie opuszczała zajęć i nie nadużywała alkoholu. Cóż za ironia… Oboje opróżniali każdego wieczoru butelkę wina. Tylko że robili to po to, by się odprężyć po stresującym dniu, a ja w ramach integracji.

Jakoś w połowie semestru nastał dzień, dzięki któremu studiowanie stało się celem mojego życia. Szłam korytarzem w kierunku szatni. Miałam kwadrans do najgorszych zajęć. Nie mogłam doczekać się nowego semestru, by wybrać cokolwiek innego zamiast piłki ręcznej. Zamierzałam zalogować się w momencie, jak tylko uczelniany system zwolni zapisy.

Mijając salę, której drzwi stały otworem, spojrzałam mimowolnie do środka. I cofnęłam się o krok, porażona absolutnie najbardziej intrygującym widokiem, jaki w życiu widziałam.

O. Ł.A.Ł…

Kto to jest?

Gapiłam się z otwartą buzią. Nie ja jedna. Dziewczyny zbite w grupę, ubrane w kuse spodenki i sportowe biustonosze, skupiały wzrok na macie przed sobą.

Stał na niej boso niezwykle interesujący mężczyzna. Chyba był trenerem. Garniturowe spodnie miał niedbale podwinięte nad kostki. Tyle wystarczyło, żeby zobaczyć seksowne owłosienie.

Jego wygnieciona koszula wychodziła ze spodni, a trzy rozpięte guziki w połączeniu ze zrolowanymi do łokci rękawami pobudzały wyobraźnię.

Ależ on jest szalenie przystojny…

Ciekawe, ile ma lat.

Powaga na jego twarzy sugerowała, że jest dużo starszy od nas, ale tak przejmująco atrakcyjnego, intrygującego i pociągającego samca nie można nazwać dojrzałym. Chyba…

Czy widziałam kiedykolwiek doskonalszego mężczyznę?

Nie.

Na pewno nie.

Ani w telewizji, ani w internecie. Nawet sztuczna inteligencja nie umiałaby stworzyć takiego połączenia.

Emanował męskością i profesjonalizmem, a z drugiej strony młodością i energią. Wciąż nie potrafiłam określić jego wieku.

Rany…

Byłam pod tak wielkim wrażeniem, że nie rozumiałam, co mówi. Tłumaczył coś dziewczynom, których mózgi, jak zgadywałam, były zawieszone tak samo jak mój. Trener hipnotyzował niskim i bardzo spokojnym głosem.

Śliniłabym się tak dalej, gdybym nagle nie poleciała do przodu. Pchnięta w plecy, opadłam na kolana. Za sobą usłyszałam jedynie trzask drzwi. Gdy uniosłam głowę, okazało się, że wlepiały się we mnie wszystkie pary oczu. Pewnie wyglądałam zabawnie, ale oni również.

– Niezłe wejście – mruknął mężczyzna, schodząc z maty.

Podniosłam wzrok w samą porę, by dostrzec, jak wyciąga do mnie rękę.

O mamciu, jaka wielka, piękna dłoń, jakie palce…

Chcę ich dotknąć!

Dłonie stanowiły moją ulubioną część ciała u ludzi. Chciałam wierzyć, że dzięki nim każdy może wnieść coś wartościowego do świata. Pewnie dlatego skorzystałam z danej mi okazji – mimowolnie i dość gwałtownie chwyciłam mężczyznę. Od razu przejechałam opuszkami po jego skórze.

Jaka to przyjemność…

– Zapraszamy. – Trener dźwignął mnie bez żadnego wysiłku i tak stanęłam przed nim z zadartą głową. Dalej nie umiałam skorzystać z mózgu. Oczy mężczyzny hipnotyzowały…

Ale pan ma oczy…

Dobre.

Charyzmatyczne.

Uważne.

Głębokie…

Zatonęłam, zagubiłam się w nich. I wcale nie chciałam się odnaleźć.

Jeszcze chociaż momencik.

– To nie jest zabawne – rozbrzmiał mój nowy ulubiony głos. Byłam oszołomiona, a ruch tych konkretnych warg przede mną dodatkowo to spotęgował.

Dopiero po chwili zrozumiałam, że studentki parskały śmiechem. Miałam doświadczenie w żenujących sytuacjach, z tą poradziłabym sobie znacznie lepiej, gdyby nie fakt, że tak potwornie podobał mi się ten człowiek.

– Ja… – jąkałam się, próbując włączyć myślenie. – Szłam właśnie na swoje zajęcia, kiedy… – urwałam, nie chcąc żalić się ani tym bardziej skarżyć na kogoś, kto zrobił mi psikusa. Nie miałam pojęcia, czego mój ideał tu uczy, ale wszystko było lepsze od piłki ręcznej, a jeśli nie, to dla niego mogłabym nawet pokochać sport.

Już kocham sport! Przysięgam! Tylko mnie przygarnij, a zdobędę dla ciebie medal… czy co tam trzeba.

– Są… Czy są tu jeszcze miejsca? Chodzę na piłkę ręczną, ale… – mówiłam tak flegmatycznie, że gdyby ktoś wszedł mi w słowo, trudno byłoby mu zarzucić, że mi przerwał.

– To kurs samoobrony dla chętnych. Chyba nie można go zaliczyć na poczet wychowania fizycznego – poinformował. – Jestem tu dziś tylko w zastępstwie. – Odwrócił się do dziewczyn. – Czy się mylę? – zapytał, a wówczas one jak jedna zgodna rodzina pokiwały głowami.

A więc się nie mylił. Nie był prawdziwym instruktorem kursu samoobrony i nie mogłam odfajkować tych zajęć zamiast piłki ręcznej.

– Wielka szkoda – wymamrotałam zrezygnowanym głosem, zawiedziona. Przez chwilę miałam nadzieję, że do końca życia nie ujrzę piłki ręcznej. Czemu tak szybko została pogrzebana? – Pójdę już. – Odwróciłam się na pięcie, ale wtedy ponownie rozległy się salwy śmiechu. Miałam nadzieję, że dziewczyny rozbawiła ta sytuacja, a nie jakaś plama na moim tyłku, o której nie wiedziałam.

Złapałam za klamkę i szarpnęłam nią kilka razy, ale nie mogłam się wydostać. Zza moich pleców znowu wyłoniła się doskonała męska ręka. Raptownie puściłam klamkę, a mężczyzna ją chwycił. Spróbował delikatnie otworzyć drzwi, lecz gdy się nie udało, pchnął je mocno.

Nie wiedziałam, czy najpierw ujrzałam Arcziego, czy go usłyszałam. Rechotał głośno. Szybko jednak zamilkł, kiedy zastępczy trener chrząknął znacząco. Chłopak dopiero teraz zwrócił na niego uwagę. Wyprostował się i przeniósł wzrok na mnie. Prawdopodobnie byłam tak czerwona jak wtedy, gdy…

– Pana godność.

Głos mężczyzny wyrwał mnie ze wspomnień. Całe szczęście. Nie chciałam do tego wracać.

– Arcz… Artur Kozłowski.

– Panie Arturze Kozłowski, zapraszam do środka. – Wskazał kierunek. Arczi nawet się nie zawahał, wszedł na cwaniaka. – Jak ma pani na imię? – Oczy instruktora spoczęły na mnie.

– Sara – odpowiedziałam zdezorientowana.

– Panią również proszę na moment.

Moje miękkie nogi ruszyły dopiero po chwili.

– Drogie panie… – trener podniósł głos, zwracając się do grupy – akurat tłumaczyłem, czym jest tchórz. Świetnie się składa, że znalazł się tak książkowy przykład.

Arczi aż poczerwieniał. Jeszcze nigdy nie widziałam, by nie miał nic na swoją obronę. Należał do tych przebojowych, którzy podobali się dziewczynom. Pewnie dlatego tak chętnie wszedł do sali pełnej studentek. Pomyślałam, żeby stanąć w jego obronie, zapewnić, że takie niewinne żarty to nasza norma, ale okazało się, że jest za późno. Ja byłam opóźniona…

– Nie istnieje większe tchórzostwo niż wybór słabszego przeciwnika. Na szczęście istnieją narzędzia, dzięki którym słaby przeciwnik może tylko na pozór okazać się słaby. Pani Saro, pozwoli pani?

Chciał, abym weszła na matę.

Wybałuszyłam oczy. Zestresowałam się tak, że nawet nie byłam w stanie pokręcić głową. Absolutnie nie chciałam pozostać w takiej roli na jego zajęciach. Na pewno zrobiłabym z siebie jeszcze większe pośmiewisko. Tylko że gdy mężczyzna wyciągnął dłoń, posłusznie podałam mu swoją. Wszystko było warte tego, by móc ponownie go dotknąć. Pociągnął mnie i stanęłam na macie.

– Pan Kozłowski powtórzy teraz akt tchórzostwa i zrobi kontrolowane pchnięcie od tyłu. Pani Sara z kolei pokaże, jak wyjść obronnie z ataku. – Spokojny głos prowadzącego docierał do mnie w zwolnionym tempie. Nie zdążyłam przetworzyć pierwszego zdania, zanim zostałam pchnięta. – A teraz prawą ręką… – Mężczyzna mówił, co mam robić, ale atakowało mnie zbyt dużo bodźców naraz, a przede wszystkim upadłam. – Prawa to ta druga – szepnął mi przy uchu, kucając obok. Uniósł moje ramię. Nie miałam pojęcia, co się dzieje. Słyszałam śmiechy. Ogarnął mnie chaos.

– Panie profesorze, dla Sarenki najlepszą taktyką samoobrony będzie znalezienie jelonka, który się za nią wstawi – wyrechotał Arczi.

– Panie Kozłowski, jeśli nie poszerzy pan swojej wiedzy, to obawiam się, że nie ukończy pan mojego przedmiotu. Jestem przekonany, że jeszcze się spotkamy. A tymczasem jelonek zareagowałby tak… – Uciął i nagle zobaczyłam obok siebie stękającego Artura. Moje oczy jednak mimowolnie powróciły do jelonka.

O rany, chyba się zakochałam…

– Dziękujemy panu Kozłowskiemu za lekcję. Teraz chciałbym poruszyć inną kwestię.

Poczułam pod pachami dłonie, a po chwili stałam już na nogach. Silne ramię obejmowało mnie w talii. Wszystkie studentki skupiały wzrok właśnie na nim. Wiedziałam, że oddycham głośno, ale miałam wrażenie, że im bardziej próbowałam się uspokoić, tym gorszy efekt osiągałam.

– Każda z pań, nieważne, jak dobrze przyswoi teorię, a nawet praktykę, nieważne, jak pewnie będzie czuła się ze swoimi umiejętnościami… Jeśli doszłoby do realnego zagrożenia i stanęłyby panie w obliczu napaści, pierwszym, z czym musiałybyście sobie poradzić, jest stres. Stres to coś, z czym trudno dać sobie radę. Można łatwo zapomnieć, która ręka należy do nas, a która do napastnika. Można przestać odczuwać własne ciało. I wreszcie można nie przypomnieć sobie tych wszystkich chwytów, których się uczycie. Pani Saro, dziękuję za realizm.

Że co?

Właśnie zdałam sobie sprawę, że nerwowy tik przejął nade mną kontrolę. Nie wiedziałam, jak długo już mrugam, próbując ogarnąć rzeczywistość.

– Proszę również podziękować ode mnie panu Kozłowskiemu – mówił dalej. – Scena została odegrana przez dobrych aktorów. Chciałem wam pokazać, jak realnie może wyglądać sytuacja. Doskonała robota, pani Saro. Dziękujemy.

– Do usług – wydusiłam. W tym momencie uświadomił mi, że powinnam już sobie pójść, poprzez ledwo wyczuwalne, a jednak tak wyraźne uszczypnięcie w okolicach talii. Och, Boże, jak teraz pożałowałam, że nie wciągnęłam brzucha. Pozwoliłam, by tak doskonały mężczyzna poczuł moje niedoskonałości. – Dziękuję – powiedziałam pospiesznie i zerwałam się do wyjścia.

Rozdział 2

Krystian

Odprowadziłem wzrokiem tę małą zbłąkaną sarenkę.

Fascynujący przypadek…

Co tak niewinna, wyjątkowo delikatna dziewczyna robiła w Wyższej Szkole Kryminologii i Kryminalistyki? Studenci z reguły sprawiali wrażenie pewnych siebie, nawet kobiety. Potwierdzały to wysoce niestosowne teksty, które nierzadko docierały do moich uszu – a często także nieprzypadkowo. Niektóre studentki były bardzo bezpośrednie.

Gdzieś tam, w trakcie swojej kariery, liznąłem trochę psychologii i socjologii. Rozumiałem, że jako ten niedostępny, starszy, doświadczony, z masą sukcesów na koncie, które lepiej wyglądają na papierze niż w rzeczywistości, mogę pociągać młode kobiety. One jednak nie istniały dla mnie w takich kategoriach. Byłem absolutnie niezainteresowany prywatnymi kontaktami.

Na uczelnię przychodziłem, żeby mieć styczność z jakąkolwiek kulturą. Lubiłem raz czy dwa w tygodniu włożyć garnitur i wejść w interakcję ze studentami. Przebywanie z nimi, dyskutowanie i wyciąganie potencjału z ich młodych głów to moje skrywane przyjemności. Czułem się tu zupełnie innym człowiekiem. Zrelaksowanym, eleganckim, porządnym. W mojej drugiej pracy – oficera ABW – panowały diametralnie inne warunki. Górę brał czarny humor, soczyste wulgaryzmy leciały na prawo i lewo. Kierowałem zespołem operacyjnym, zarządzając grupą funkcjonariuszy prowadzących operacje specjalne. Byłem niezwykle skuteczny, bo wbrew odgórnemu zakazowi werbowałem do agentury dziennikarzy śledczych, a także kolegów z branży i prawników. Adwokaci stanowili najcenniejsze źródło informacji o własnych klientach i niektórzy zaskakująco chętnie decydowali się na współpracę z ABW. Musiałem jedynie użyć „małego” szantażu, zagrozić utratą kariery i więzieniem, czasami wystarczająca okazywała się drobna sumka. Przesiąkłem tym brudnym światem. Mimo że w służbach specjalnych absurd gonił absurd, tam toczyło się moje prawdziwe życie. Gorzkniałem przez nie, ale potem przychodziłem na uczelnię. Tu ludzie nawet nie byli świadomi swojej nieświadomości i właśnie to stanowiło dla mnie powiew optymizmu.

Do końca zajęć nie pozostało już dużo czasu, kiedy rozdzwonił się mój telefon. Widząc na wyświetlaczu, że to szef, podjąłem szybką decyzję.

– Na dzisiaj dziękuję. Do widzenia – pożegnałem się ze studentkami i wcisnąłem zieloną słuchawkę. – Panie generale – przywitałem się, odchodząc w głąb sali, która powoli pustoszała.

– Panie majorze – odparł. – Doszukałem się nieścisłości w jednym raporcie. Przesłałem mailem pytania. Wiem, że ma major dzisiaj wykłady. Sprawa jest jednak pilna. Dzwonię, by się upewnić, że da major radę dopisać szczegóły do jutra, powiedzmy do ósmej.

Ty upierdliwy fiucie…

– Oczywiście, panie generale. Zajmę się tym niezwłocznie – zapewniłem znudzonym głosem. Już nie mogłem się doczekać, żeby zobaczyć, jak wytknął błędy interpunkcyjne. Facet musiał doprawdy kochać przecinki. Czasem zastanawiałem się, czy w ogóle zwraca uwagę na kluczowe kwestie w raportowanych działaniach, ale i tu potrafił być nachalny i zrzędliwy.

Schowałem telefon do kieszeni i rozwinąłem nogawki spodni. Nie wyglądało to dobrze. Nie byłem przygotowany, by objąć dzisiaj to zastępstwo. Rękawy koszuli pozostawiłem podwinięte. Włożyłem skarpety i buty, zgarnąłem aktówkę, marynarkę przewiesiłem niedbale przez ramię. Już i tak nie prezentowałem się elegancko.

Kiedy zamknąłem salę, dotarły do mnie piski z damskiej szatni. Im bardziej się do niej zbliżałem, tym więcej określeń pod swoim adresem mogłem usłyszeć. Studentki były rozemocjonowane. Debatowały, aby zebrać się na odwagę i zaprosić mnie na piwo. Zastygłem w pół kroku, gdy któraś popuściła wodze fantazji, opowiadając, co zrobiłaby ze mną w sypialni.

Ja pierdolę, co za patologiczne pokolenie. Spierdalam stąd.

Drzwi się uchyliły, więc przyspieszyłem kroku. Z kamienną twarzą ruszyłem do wyjścia z kompleksu sportowego. Kątem oka zdążyłem zauważyć jedną dziewczynę. Akurat po niej nie spodziewałem się podziękowania w postaci obgadywania, ale ewidentnie wyszła z szatni.

Kolejny raz zwątpiłem w ludzkość. Pamiętałem swoje czasy studenckie i byłem pewien, że w ich wieku miałem znacznie więcej oleju w głowie. W dodatku wciąż starałem się rozwijać, a wielu z nich chyba nawet nie zamierzało. Niemal w każdym tygodniu potwierdzali to jacyś studenci. Albo przez fatalne zachowanie, czego często nie potrafiłem mentalnie zdzierżyć, albo za pośrednictwem swoich wypocin. W tym wypadku studenci mogli liczyć na moją łaskę przede wszystkim wtedy, gdy w ABW dużo się działo, a wkrótce okazało się, że następny miesiąc charakteryzował się właśnie tym…

W efekcie, kiedy pewnego intensywnego dnia prawie cała grupa udowodniła mi, że poszukuje jedynie recepty na łatwe życie, mogłem najwyżej westchnąć. Dobrze dla mnie, że nie uważałem własnego przedmiotu za niezbędny do zbawienia świata.

Ale szkoda, że dwa półgłówki nie czynią całej główki.

Wpisałem wszystkim po trói i zakończyłem ostatnie zajęcia dwa kwadranse szybciej niż przewidywał plan. Zamierzałem pojechać wcześniej do domu. Plany pokrzyżowała mi jednak Olga.

– Krystek, dawaj na kawę! – krzyknęła, zatrzymując mnie. To by było na tyle z zaoszczędzonego czasu.

– Mam pół godziny – poinformowałem.

Po chwili zamiast kawy zamówiłem obiad. Czekała mnie dzisiaj jeszcze masa roboty w domu, więc postanowiłem odfajkować jedzenie w studenckiej stołówce.

– Nie do wiary, że już niemal kończy się semestr. Dopiero co się zaczął…

– To prawda, czas leci szybko – potwierdziłem. – Ilu nieszczęśników tym razem będzie cię błagać o litość?

Doktor Olga wykładała statystykę i siała postrach na uczelni. Jednocześnie moi prywatni uczelniani donosiciele powiedzieli mi, że męska część studentów fantazjuje o niej pod prysznicem, i to nawet ci, którzy zubożeli przez nią o kilka stów w ramach zapłaty za egzamin poprawkowy. Może gdyby Olga miała tylu adoratorów za swoich szkolnych czasów, teraz jej życiowym celem nie byłoby znęcanie się nad uczniami. Jej przedmiot, tak samo nieprzydatny w życiu codziennym, jak i w zawodowym, okazał się najtrudniejszym do zaliczenia. Laska robiła kolokwia na każdych zajęciach. Co roku udupiała całą masę ludzi.

Za to plotki na mój temat były bardziej urozmaicone. Wymagałem dużo wyłącznie od tych, którzy obronili już licencjat i aspirowali do tytułu magistra. Albo kiedy ktoś mnie wkurwił.

– Siedemdziesięciu ośmiu.

– Dziekan nie robi ci kłopotów, gdy uwalasz ponad połowę studentów?

– Z tobą chodzę na kawę, z dziekanem na wódkę – pochwaliła się, mrugając do mnie porozumiewawczo. – Poza tym większość z nich przepuszczę w drugim terminie. U mnie wszyscy mają takie same szanse. Muszą się jedynie nauczyć.

– Nie każdy musi być orłem ze wszystkiego.

– Na trójkę każdy może się nauczyć. To kwestia chęci.

– Może masz rację. – Nie zamierzałem wchodzić z nią w polemikę. Pracowałem na uczelni dla frajdy. W semestrach zimowych tylko raz w tygodniu, a w letnich dwa. Chętnie zwiększyłbym ten wymiar, ale nie mogłem zmieścić w swoim harmonogramie wszystkiego, czego chciałem. Nie mogłem zmieścić w nim nawet połowy tego, czego chciałem. Byłem pracoholikiem. Świadomym i zadowolonym. A żeby tak pozostało, należało się eksmitować. Położyłem sztućce na talerz i wytarłem usta serwetką. – Muszę jechać. Do zobaczenia za tydzień – pożegnałem kobietę, by zrobić coś produktywnego.

Rozdział 3

Sara

– Błagam, błagam, błagam – mamrotałam pod nosem, próbując okiełznać samochód. Był styczeń, nie mogłam poradzić sobie ze szklanką na jezdni. Zablokowałam zarówno wjazd, jak i wyjazd z kampusu. Chciałam tylko zawrócić przy szlabanie, ale auto mi się ślizgało. –Spokojnie. Teraz odrobinkę w przód. Skręć kierownicę maksymalnie w lewo. Dobrze… – gadałam sama do siebie. – A teraz w tył. – Odwróciłam głowę. Wyglądało, jakbym nie miała absolutnie miejsca, by cofnąć. Sznur aut czekał, aż wyjadę. Najgorsze, że na kampus wjeżdżać mógł jedynie personel, więc możliwe, że blokowałam samego rektora.

Stresowało mnie to tak bardzo, że przestałam myśleć. Wstydziłam się wysiąść, ale musiałam zobaczyć, ile mam miejsca. Dobrze, że było okropnie zimno, bo mróz okazał się zbawienny dla moich purpurowych policzków. Z maksymalnie spuszczoną głową obeszłam swoją skodę. Usłyszałam dźwięki kolejnych klaksonów. Chcieli mnie ponaglić, a tymczasem to jeszcze bardziej mnie spowalniało. Miałam pół metra z przodu i niewiele więcej z tyłu. Wróciłam do auta. Bardzo rzadko zdarzało mi się płakać, teraz byłam tego bliska. Z niemocy łzy cisnęły mi się do oczu. Nie miałam pojęcia, jak wykonać manewr. Nie wiedziałam już, w którą stronę powinnam kręcić kierownicą. Podskoczyłam na siedzeniu, gdy usłyszałam pukanie.

O Boziu, to tylko Sebek, a mi prawie serce wyskoczyło z piersi.

Opuściłam szybę trzęsącą się dłonią.

– Sarenka, jak to możliwe, że ty jeszcze żyjesz? – zakpił. Był z trzeciej grupy. W każdą środę mieliśmy zajęcia w sąsiednich salach, dzięki czemu się znaliśmy. Pochylił się i zaczął kręcić kierownicą. – Podjedź do przodu, byle powoli.

– Możesz ty? – poprosiłam. – Jest strasznie ślisko.

– Nie mam prawka. Jesteś pewna, że chcesz, żebym prowadził?

– Och… – Zawiedziona spuściłam wzrok, lecz szybko podniosłam powieki, słysząc kolejne klaksony.

– Dobra, wysiadaj, ale umówisz się ze mną na randkę, jeśli przeżyjemy.

Zaskoczył mnie. Nie było między nami żadnej chemii, to wiedziałam na pewno.

– Żartowałem – rzucił po chwili, uświadamiając mi tym samym, że pojawił się u mnie nerwowy tik nadgorliwego mrugania. – Zaciągnij ręczny! – krzyknął.

Och, Boże, musiałam najwyraźniej oderwać nogę od hamulca.

Prawie uderzyłam w inny pojazd.

Skup się, Sara, błagam.

– Wiesz, czym się różni blondynka od…

– Przepraszam, że przeszkadzam. – Znajomy głos przerwał zapewne niemiły żart Sebastiana. Powoli wyjrzałam na zewnątrz, żeby zobaczyć profesora, który śnił mi się po nocach. Podobno był funkcjonariuszem ABW w stopniu majora. Imponujące. Zupełnie niechcący dowiedziałam się sporo rzeczy na jego temat. Bo okazało się, że nie tylko mnie śnił się po nocach. Wszystkie studentki o nim plotkowały, a internet potwierdzał wiele z zasłyszanych informacji.

Pan Krystian Krzycki ukończył studia na „Zmechu” – Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych, a potem kontynuował edukację. Był też na kilku misjach, otrzymał wiele odznaczeń, w tym najwyższe w Polsce – Virtutti Militari, nadawane za wybitne zasługi bojowe. Z podporucznika bardzo szybko awansował na porucznika i jeszcze szybciej kapitana. Majorem został dwa lata temu, więc możliwe, że niedługo sięgnie po podpułkownika, a później już wyłącznie pułkownik będzie dzielił go od generała brygady.

Wow.

– Blokują państwo zarówno wjazd, jak i wyjazd – stwierdził, patrząc na mnie tak, jakby nie był pewien, czy zdążyłam zauważyć ten fakt.

– Koleżanka znalazła prawko w chipsach – wyjaśnił Seba.

No wiecie co? Kto to widział? Zazdrości, bo sam szuka do tej pory!

Skryłam oburzenie za zaciśniętymi ustami. Potrzebowałam jego pomocy, dlatego niezwłocznie zaczęłam wysiadać.

– Panu już dziękujemy. Sugeruję iść na chipsy, może znajdzie pan w nich godność. – Pan major kiwnął do Seby, by ten się przesunął. – Proszę wsiąść z powrotem. – To jedno zdanie wypowiedział tak spokojnie, a jednocześnie pewnie, że zabrzmiało jak rozkaz.

– Ale… – Spojrzałam na plecy oddalającego się kolegi, na próżno szukając w nim wsparcia.

– Pomogę – zapewnił profesor.

Zajmując pokornie miejsce, zauważyłam, że uniesioną ręką uspokoił czekających kierowców.

– Jak ma pani na imię? – zapytał. Nie wiedziałam, czy się cieszyłam, że mnie nie pamięta, czy ten fakt mnie zasmucił.

– Sara.

– Pani Saro, proszę wrzucić pierwszy bieg – poinstruował, trzymając przez otwarte okno swoją dużą dłoń na kierownicy.

Byłam wolna po piątym manewrze. Stres osiągnął jednak tak wysoki poziom, że zapomniałam podziękować profesorowi. Ruszyłam z piskiem opon, koła zabuksowały. Na pierwszym zakręcie uciekł mi tył samochodu. Na szczęście udało mi się zapanować nad pojazdem i wyjechałam na prostą. Zwolniłam dopiero za trzecim skrzyżowaniem, gdy zdałam sobie sprawę, jak pędziłam. Cała się trzęsłam. Kiedy sobie to uświadomiłam, natychmiast zupełnie puściłam pedał gazu. Po chwili musiałam zatrzymać się przy pasach. Pomimo mrozu byłam spocona. Czekając na zielone światło, wzięłam kilka wolnych wdechów. Pomogło.

Gorzej, że znów usłyszałam dźwięk klaksonu. Kilka aut zdążyło mnie wyminąć. Ciekawe, jak długo paliło się zielone. Znów ruszyłam z piskiem opon.

– Och, nieee… – wymamrotałam. W ułamku sekundy doszłam do dwóch wniosków. Za skrzyżowaniem nie było miejsca, należało poczekać, aż się zwolni, zanim ruszyłam. Mój samochód się nie zatrzymywał, a hamulca nie mogłam już bardziej wcisnąć… Patrzyłam, jak płynnym ruchem, niczym na lodowisku, mój zderzak ląduje na innym pojeździe. Szarpnęło mną, mimo że zdążyłam się napiąć. Uderzyłam głową w zagłówek. Po chwili dyszałam jak lokomotywa. Trzęsącymi się dłońmi sięgnęłam do torebki, by wyjąć telefon. Poszkodowany zjechał w zatoczkę, gdy ja próbowałam wybrać numer taty. Wiedziałam, że ojciec się wkurzy, ale nie miałam pojęcia, co robić. Blokowałam wielkie skrzyżowanie. Pomyślałam, że powinnam się przesunąć, auto nie chciało mi jednak odpalić. Włączyłam awaryjne i w końcu wcisnęłam zieloną słuchawkę. Usłyszałam głos taty, a potem zamarłam. Telefon wyleciał mi z rąk. Profesor szedł w moją stronę, a sądząc po tym, że wysiadł z auta, w które uderzyłam, musiało ono należeć do niego.

– Och, nieee… – wyjęczałam, zamykając oczy. Czy mogło być gorzej? Mogło. Otworzył moje drzwi.

– Nie zapięła pani pasów, nie zapaliła świateł, nie zatrzymała się na znaku stop, przejechała na czerwonym i w końcu spowodowała kolizję – wymienił. – To jakiś cud, że uszła pani z życiem przez dwa kilometry. – Nie wiedziałam, czy para uchodząca z jego ust była wynikiem mrozu, czy wściekłości. – W których chipsach rozdają te prawka? – podniósł głos.

Chyba rozzłościł go fakt, że się nie odzywałam. Tata zawsze mi mówił, że to moje milczenie doprowadza go do szewskiej pasji. Tylko że kiedy miałam przed sobą autorytarnego, znacznie ode mnie starszego mężczyznę, zwyczajnie nie wiedziałam, co powiedzieć.

Krystian Krzycki był szanowanym, wysoko postawionym oficerem z sukcesami, a ja nie dość, że niczego w życiu nie osiągnęłam, to jeszcze rozbiłam mu auto. Dyszałam, drżąc przy tym niczym galareta, serce zaś waliło mi jak młotem.

– Teorię zdałam na sto procent – usprawiedliwiłam się głupio.

Naprawdę chciałam wykazać się elokwencją, ale jak? Wjechałam w jego doskonały samochód i nie miałam pojęcia, jak postępuje się w takich sytuacjach. Próbowałam cokolwiek wymyślić, jednocześnie usiłowałam z desperacją odpalić auto. Gorąco teraz już buchało spod mojej skóry…

– Na którym roku pani studiuje?

– Na pierwszym.

– Kierunek?

– Bezpieczeństwo wewnętrzne.

– W takim razie w następnym semestrze będziemy widywać się częściej. Niech pani sobie zapamięta jedno. Żeby zaliczyć mój przedmiot, najważniejsza jest praktyka. Teorię mam… – urwał, gdy we wnętrzu wozu rozbrzmiał dzwonek. Sięgnęłam pod nogi po telefon i natychmiast odebrałam.

– Tato, miałam wypadek – wypaliłam szybko.

– Gdzie?

– Nie wiem. W drodze do domu, niedaleko uczelni. Koło tego budynku…

– Dziewczyno! – wrzasnął. – Mieszkasz we Wrocławiu od urodzenia.

– Topografia nie jest moją mocną stroną – broniłam się.

– A co nią jest?! – wydarł się ponownie, po czym sapnął. – Wyślij mi pinezkę z lokalizacją. Nie mogę teraz przyjechać, ale zaraz kogoś oddeleguję, chyba że została już wezwana policja?

– Nie wiem – szepnęłam i uniosłam wzrok na mężczyznę. – Wezwał pan policję? – zapytałam, jednak nie doczekałam się konkretnej odpowiedzi.

Pan Krystian westchnął i wyciągnął dłoń.

– Mogę? – Wskazał mój telefon. Podałam mu go w osłupieniu. – Dzień dobry, Krystian Krzycki – przedstawił się. – Pana córka miała drobną kolizję, na szczęście nic jej się nie stało.

Zaskoczył mnie. Uświadomiłam sobie, że tata nie zadał mi najważniejszego pytania, a profesor właśnie dał mu do zrozumienia, że powinien.

– Policja nie będzie konieczna, ale laweta już tak. Auto nie odpala. Wysłać je pod dom czy od razu na warsztat?

Obserwowałam go, a jego spokój udzielił się i mnie. Przestałam się trząść, zaczęłam odczuwać zimno. Tym bardziej że skończył rozmawiać z moim ojcem dopiero po kilku minutach.

– Proszę iść do mojego auta. – Podał mi od niego kluczyki i zwrócił telefon. Ponieważ byłam trochę otępiała, obsłużył się sam i wyjął mi z dłoni kluczyki od mojego samochodu. Wysiadłam i wykonałam polecenie. Kiedy tylko znalazłam się we wnętrzu jego wozu, spojrzałam przez tylną szybę. Ale było mi głupio. Profesor miał na sobie elegancki płaszcz i wypastowane buty. I pchał moje auto w pojedynkę…

Szybko ustawił go za swoim drogim volvo, do którego po chwili wsiadł. Bez słowa oddałam mu kluczyki, a on przekręcił je w stacyjce i włączył ogrzewanie. Odsunął fotel i otworzył książki serwisowe. Musiał wyjąć je z mojego schowka. Poszperał i wkrótce wykonał telefon, by wezwać lawetę. Gdy tłumaczył rozmówcy naszą lokalizację, w bocznym lusterku zauważyłam policyjne koguty. Chwyciłam za klamkę, ale Krystian, znaczy profesor Krystian, położył wolną dłoń na moim przedramieniu. Jego wzrok chyba mówił, żebym poczekała.

– Dobrze, czekamy, do zobaczenia. – Rozłączył się i zwrócił do mnie: – Ja się tym zajmę. – Wyjął z wewnętrznej kieszeni płaszcza portfel i wysiadł. Kiedy zobaczyłam w lusterku znajomą twarz, postanowiłam dołączyć.

– Wszystko jest pod kontrolą – usłyszałam Krystiana, jednak policjanci nie patrzyli na niego. Skupili wzrok na mnie.

– Cześć. – Uśmiechnęłam się krzywo. Nie było mi do śmiechu, ale chciałam być uprzejma dla znajomych taty.

– Wszystko w porządku, Saro? – zapytał jeden z nich.

– Dobry żart. – Przewróciłam oczami, wskazując palcem rozbite auta. Przecież to oczywiste, że nic nie było w porządku.

– To tylko samochód. Nie martw się. – Starszy aspirant podszedł do mnie i potarł moje ramię w geście pocieszenia.

– Laweta będzie za pół godziny – wtrącił Krystian. – Możecie jechać. Zajmę się wszystkim, odwiozę Sarę do domu.

– Panie majorze, komendant nalega, byśmy zostali.

Jeśli do tej pory miałam nadzieję, że major nie jest świadomy moich powiązań, to właśnie się ona rozwiała. Mój tata był komendantem wojewódzkim policji, a ja z tego powodu w przeszłości doświadczyłam wielu nieprzyjemności.

– Jest zły? – zapytałam o oczywiste.

– To tylko samochód, Sara – powtórzył aspirant. – Wskakuj do nas, żebyś nie zmarzła – polecił. Ruszyłam pokornie do radiowozu, zostawiając mężczyzn na mrozie.

Po chwili Krystian zniknął w swoim aucie, natomiast policjanci zaczęli oglądać moją skodę. Przypomniałam sobie, że nie podziękowałam profesorowi, a – co ważniejsze – nawet go nie przeprosiłam. Zastukałam w szybę, bo nie mogłam otworzyć radiowozu od środka, nie było klamek. Gdy zostałam uwolniona, podeszłam do volvo od strony chodnika. Otworzyłam drzwi pasażera i wylał się ze mnie potok słów. Krystian uniósł na mnie wzrok dopiero po paru sekundach. Wyglądał na rozbawionego, na co wskazywał uniesiony kącik ust. Omiotłam wzrokiem kartki, które trzymał na kolanach. Chyba sprawdzał kolokwia.

– Nic się nie stało – skwitował.

– Zapłacę za naprawę pana auta.

– Nic się nie stało – powtórzył. – Możesz w ramach zadośćuczynienia pomóc mi sprawdzać… – Ponieważ od razu podał mi połowę kartek, uznałam, że nie była to propozycja. Raczej polecenie. Kiedy wsiadłam, podał mi klucz z odpowiedziami i długopis.

– Co to za przedmiot? – zapytałam, gdy przeczytałam wszystkie pytania.

– Teoria użycia środków przymusu bezpośredniego.

– Powiedział pan, że praktyka jest najważniejsza, więc jak może wykładać pan teorię użycia… – urwałam, widząc jego uniesioną brew.

– To kolokwia ze studiów magisterskich. Pierwszaków uczę stosunków… międzynarodowych.

– Och… – wydusiłam. Ciekawe, czy zdawał sobie sprawę, jak seksownie to brzmiało w jego ustach. A więc praktyka w stosunkach. Przyda mi się, bo moje doświadczenie w stosunkach nie istniało.

Spuściłam wzrok na kartki i kontynuowałam sprawdzanie do momentu, aż na jednej z nich ujrzałam numer telefonu.

– To… tu… – wyjąkałam, nie wiedząc, jak ubrać w słowa propozycję studentki, i po prostu podałam mu test. Kątem oka zobaczyłam, jak wpisał wielką dwóję bez patrzenia na odpowiedzi. Przełknęłam głośno ślinę i na powrót spróbowałam się skupić.

– Przyjechała laweta. Nie przeszkadzaj sobie, zajmę się autem. – Podał mi resztę prac.

– A jak coś pomylę?

– To tylko egzaminy semestralne, nie przejmuj się. – Uśmiechnął się psotnie, wysiadając. Egzaminy semestralne to nie jakieś tam kartkóweczki, to być albo nie być dla studentów. – To znaczy niech pani się nie przejmuje – poprawił się, zanim zamknął drzwi.

O matko, już wiedziałam, że stosunki z nim to będzie grzeszna męka. Nie mogłam się doczekać.

Chciałam się wykazać i sprawdzić wszystkie prace, nim wróci. Niestety bardziej interesował mnie jego widok w lusterku, w związku z czym nie byłam produktywna.

Zaśmiałam się na widok jednego egzaminu. Widniały na nim: napis „Pan da 3, panie profesorze” oraz rysunek przedstawiający pandę z oczami podobnymi do tych kota ze Shreka. Był naprawdę piękny. Autor tego dzieła odpowiedział dobrze jedynie na trzy pytania. To nie wystarczało do zaliczenia.

– Gotowe – usłyszałam aksamitny męski głos. Wielka szkoda, że to już. Pokazałam profesorowi swoje odkrycie, ciekawa tego, co zrobi. Przewrócił oczami i wyciągnął rękę po długopis. – Nie widzi pani tego – zagroził, wpisując trójkę.

Do zapamiętania: nauczyć się malować ładną pandę.

Ostatecznie to był miły dzień. Kiedy skończyłam kolejny raz przepraszać, pozwoliłam policjantom odwieźć się do domu.

Rozdział 4

Sara

Końcówka semestru okazała się dla mnie ciężka. Poruszałam się komunikacją miejską przez tydzień. To były najzimniejsze dni w moim życiu. Przeziębiłam się już na początku, więc chodziłam z wiecznie czerwonym nosem, i to dosłownie. Wyglądałam zabawnie i dziwiłam się, że nikt nie awansował mnie z Sarenki na Rudolfa. Ludzie z grupy najwyraźniej szanowali mnie w czasie sesji nieco bardziej. Miałam ładne notatki, a egzaminy pozaliczałam na czwórki i piątki. Z teorii często zdarzało mi się być prymusem.

Przerwę zimową spędziłam w niewielkiej mierze na pracy i w dużej części na spotkaniach oraz imprezach. Dzieliłam je na te ze starymi przyjaciółmi i znajomymi ze studiów, a raz poszłam na randkę z synem naczelnika prewencji. Chłopak jasno pokazał, że jest do mnie uprzedzony, i naturalnie mi się to nie spodobało. Ja też nie byłam zadowolona z faktu, że nasi rodzice próbowali nas zeswatać, ale jakoś umiałam się zachować. On nie. No i trudno, łaski bez. Z łatwością wymazałam to niefortunne zdarzenie z pamięci.

Gdy kładłam się spać, wiedziałam, kogo sobie wyobrazić. Wciąż miałam przed oczami Krystiana, pana Krystiana, profesora Krystiana, majora Krystiana. Byłam tak strasznie ciekawa, jak to jest, kiedy taki mężczyzna przytula… Moja najlepsza przyjaciółka nie śmiała się ze mnie, gdy jej o wszystkim opowiedziałam. Mówiła, że to nieszkodliwe i urocze. Gdyby tylko wiedziała, jaki uroczy jest Krystian…

Ach…

Z niecierpliwością odliczałam godziny dzielące mnie od wtorku. Nie wiedziałam, czemu w programie nie było stosunków międzynarodowych. Znalazło się natomiast bezpieczeństwo wewnętrzne UE, które prowadził Krystian Krzycki. We wtorek czekałam przed salą już o siódmej czterdzieści. Denerwowałam się i jednocześnie byłam podekscytowana. Z rozmyślań wyrwał mnie dopiero Bartek z równoległej grupy.

– Siemasz, Sarenko – przywitał się. – Wciąż mogę tak do ciebie mówić? – upewnił się.

– Jeśli tylko nie każesz w przyszłości swoim dzieciom nazywać mnie ciocią sarną.

– Oczywiście, że każę! – Zaśmiał się. – Czemu nie było cię w sobotę na imprezie? Zjawił się prawie cały rocznik, a i kilku profesorów dołączyło.

– Kto był? W sensie z nauczycieli? – zaciekawiłam się.

Wymienił parę nazwisk. Na szczęście nie padło to jedno, które sprawiłoby, że dosłownie uderzyłabym się teraz w czoło z powodu nieobecności.

– W sobotę umówiliśmy się na powtórkę. Musisz iść – powiedział i nie czekając na odpowiedź, zaczął dyskutować z Gabą. W ciągu pięciu minut nasze grupy były już pod salami, a całą wieczność później ujrzałam w końcu JEGO.

Szedł w towarzystwie profesorki, o której krążyły legendy. Pasowali do siebie pod względem atrakcyjności i wieku. A także niezależności, której brakowało mnie. Byłam przy nim dzieckiem, ale nikt nie zabronił mi marzyć. Kobieta zatrzymała się przy jednych drzwiach, z kolei Krystian ruszył w naszą stronę.

– Dzień dobry. – Omiótł wzrokiem zebranych, nie zatrzymując go na nikim na dłużej. Odpowiadaliśmy, a on włożył klucz do zamka, pchnął drzwi i wszedł do pomieszczenia jako pierwszy. Po przekroczeniu progu zaczęłam się zastanawiać, które miejsce będzie najlepsze, aż w końcu zostało mi już tylko jedno. I zasadniczo było najlepsze. Pierwszy rząd, przy oknie.

– O, obudziła się! – Zaśmiał się Franek, rozbawiając tym resztę. Otrząsnęłam się, zamknęłam drzwi i ruszyłam do ławki. Siedziałam sama, jako że była dziś nieparzysta liczba uczniów.

– Sarenka… – usłyszałam szept Wojtka. W tej samej chwili coś uderzyło delikatnie w moje plecy. Spojrzałam na nauczyciela, który otwierał laptopa, i się odwróciłam. Podniosłam z podłogi zgniecioną w kulkę kartkę i rozwinęłam ją dyskretnie. Zaczerwieniłam się momentalnie, gdy przeczytałam tekst.

Obśliniłaś się, jak na niego patrzyłaś. Chcesz chusteczkę?

Ups…

Dobrze, że profesor podobał się wszystkim dziewczynom. Mimo to zmięłam dowód swojego zauroczenia i wsunęłam do małego piórnika.

– Jeszcze raz witam wszystkich. – Przyjemny głos natychmiast sprawił, że mój nastrój wzniósł się do chmur. – Nazywam się Krystian Krzycki.

– Wszyscy to wiemy! – krzyknął Rafał.

– Wspaniale. Proszę zatem dokończyć za mnie. – Wskazał miejsce koło siebie. Rafał śmiało wyszedł na środek.

– Jest pan czynnym agentem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego w stopniu majora. Poprowadzi pan zajęcia z bezpieczeństwa wewnętrznego Unii Europejskiej, a my będziemy liczyć na jakieś ciekawostki z życia. Zdradzi pan, co najbardziej obrzydliwego widział? – zapytał.

– Z wielką radością nie. – Odpowiedź profesora wywołała masowy śmiech. – Oprócz pilnych studentów mamy tu też… – urwał, przechylając głowę w kierunku Rafała – …dzieci – dokończył. – Na szczęście to dopiero pierwszy rok. Jest jeszcze trochę czasu, by dorosnąć. A także dowiedzieć się, że pracownicy ABW nie są agentami. Potocznie czasem się tak mówi, jednak w rzeczywistości agent ABW to informator, który współpracuje z ABW.

Odesłał chłopaka do ławki, a następnie przystąpił do sprawdzania obecności. Przykładał małą uwagę do nazwisk. Unosił wzrok, żeby zlustrować poszczególne twarze, dosłownie na ułamek sekundy. Mogłam mu się bezkarnie przyglądać i właśnie to robiłam…

Ciekawe, gdzie mieszka.

Jak wygląda jego idealny dom.

Jacy są jego rodzice.

Co przeżył na misjach.

Jak zachowuje się przy znajomych.

Czy dużo się śmieje.

Czy robi głupstwa, gdy jest pijany.

Dlaczego nie ma żony.

I dzieci.

A może ma, ale nikomu nie udało się tego odkryć?

Starsze roczniki mówiły, że rzadko dzielił się prywatą, chociaż parę razy się zdarzyło. Byłam bardzo ciekawa jego zajęć.

– Pani Sara Lewska. – Z zamyślenia wyrwało mnie własne nazwisko.

– Słucham? – odparłam automatycznie i jeszcze zanim usłyszałam śmiech przyjaciół, uświadomiłam sobie swój błąd.

– Pani Oliwia Majewska. – Profesor kontynuował wyczytywanie, a gdy skończył, wstał. – Drodzy państwo, wedle prawa wszyscy jesteście dorośli. Od następnych zajęć nie będę sprawdzał obecności i nie będę robić niezapowiedzianych kartkówek. Kto ma ochotę się nauczyć, ten będzie się uczył, kto zamierza ślizgać się przez całe studia, niech próbuje szczęścia. Na zaliczenie przedmiotu składać się będzie jeden projekt, o którym zaraz powiem, i dwa testy z czterema odpowiedziami do wyboru. Natomiast na koniec semestru w sesji egzaminacyjnej odbędzie się egzamin ustny.

– Prowadzi pan konsultacje? – zapytała Zośka.

– Wtorki, godzina osiemnasta, gabinet sto dwa – odpowiedział.

– Można pana wybrać na promotora pracy licencjackiej? – dołączyła się Malwina.

– Widzę, że trafiła mi się grupa pilnych studentów. Promotorów wybiera się na trzecim roku poprzez system USOS.

Och, nie. Znów ten okropny USOS.

O Boże!

Muszę pamiętać o zapisach na WF. Jutro, punkt dwudziesta, trzeba się zalogować i wybrać ping-ponga.

– Czy można starać się o praktyki w ABW?

– Oczywiście. Z tego, co mi wiadomo, rekrutacja na praktyki w Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego odbywa się co roku w maju. Nie wiem, ile jest miejsc…

– Jak można zwiększyć swoje szanse?

– Absolutnym wymogiem jest znajomość języka angielskiego oraz drugiego z listy, która podana jest na stronie internetowej. Im więcej, tym lepiej, ale często wystarczy jeden niszowy.

– A pan ile zna języków?

– Trzy.

– Jakie?

– Mandaryński, rosyjski i całkiem nieźle radzę sobie z polskim.

– Nie zna pan angielskiego? – Arczi dał wyraz swojemu zdziwieniu.

– Nie.

– Ale jest pan czynnym majorem?

– W rzeczy samej. Jestem majorem, a nie praktykantem.

– Opowie pan coś o pracy w kontrwywiadzie?

– Nie. – Tym jednym słowem uciął wszelkie pytania. Opowiedział natomiast o projekcie. Byłam tak skupiona, żeby zrozumieć, co mówi, że nawet nie wiedziałam, w którym momencie przestałam słuchać. Patrzyłam na jego doskonały garnitur, wyważone ruchy, mądre spojrzenie oraz palec bez obrączki. To pewnie przez to poległam. Oprzytomniałam dopiero, gdy salę wypełnił harmider. Niechętnie spakowałam do torby zeszyt, w którym nabazgrałam jakieś bliżej nieokreślone wzory, a kiedy uniosłam głowę, ujrzałam szczerzących się kolegów. Jeden z nich potarł chusteczką moje usta, na co wszyscy parsknęli śmiechem.

– Jesteś obłąkana czy tylko dostałaś udaru?

– Tylko dostałam udaru – odpowiedziałam, ignorując przytyk. – A ty?

– Tykałem cię w plecy połowę zajęć.

– Co ty nie powiesz?! Myślałam, że robisz mi masaż. – Czułam, jak mnie szturchał, i celowo nie dałam mu możliwości przekazania mi kolejnej karteczki.

– Z chęcią zrobię ci masaż wieczorem. – Arczi uniósł zawadiacko brwi.

Oj…

Niebezpieczeństwo…

Lubiłam go bardzo jako walniętego kolegę, ale za nic nie chciałam niczego więcej. Raz, że chłopak podobał się Lidii, a dwa, że po liceum miałam na stałe wbite do głowy, by nigdy nie wiązać się z przebojowymi przywódcami stada.

– Drodzy państwo, muszę prosić o opuszczenie sali – oznajmił profesor.

– Tykałem cię, żebyś się obróciła. Chciałem zapytać, czy będziesz ze mną w parze. – Arczi kontynuował końskie zaloty, lecz teraz przynajmniej wiedziałam, że robi sobie jaja, bo co jak co, ale nawet chłopcy w podstawówce nie pytają dziewczynek, czy będą z nimi w parze.

– „Czy będziesz ze mną chodzić” lepiej brzmi – podsunęłam, idąc do drzwi, przy których stał Krystian. Patrzył w telefon.

– No nieee… – wyjęczał Arczi. – Ty naprawdę jesteś obłąkana, a w dodatku miałaś udar. – Zaśmiał się.

– Panie Kozłowski, mam nieodparte wrażenie, że już kiedyś zamieniliśmy kilka słów – odezwał się profesor. Ojej, pamiętał, jak powalił go na macie jednym ruchem. Arczi się zmieszał, ja również.

– Kolega ma specyficzne poczucie humoru – stanęłam w obronie chłopaka, bo naprawdę nie żywiłam do niego urazy. To były tylko żarty. Może niezbyt śmieszne, ale też absolutnie w żaden sposób mnie nie krzywdziły. Na wyborny humor mogłam liczyć za to na komendzie. Szczególnie jednego podinspektora miałam tu na myśli. Ziółko miał ponad sześćdziesiąt lat, jednak potrafił dać tak inteligentny stand-up, że wszyscy śmialiśmy się do rozpuku.

– Może zatem pan Kozłowski mija się z powołaniem. Ze specyficznym poczuciem humoru kierowałbym na wydział informatyczny – podsumował profesor, a gdy tylko zamknął drzwi, odszedł bez słowa. Nie posłał mi dzisiaj nawet przelotnego spojrzenia.

– Ale z niego sztywniak…

– A mi się podobało. Wcześniej powalił cię dosłownie, a teraz w przenośni – nabijałam się.

– Na masaż nie zasłużyłaś. – Arczi udał obruszonego. – Za to dalej możesz być ze mną w parze.

– Mmm. Dzięki za zgodę, ale nie szukam chłopaka. Muszę dojść do siebie po udarze.

– Bożżż… Laski… Czy którakolwiek z was wyniosła cokolwiek z tych zajęć poza śliną na koszulce? Bezpieczeństwo wewnętrzne UE. Projekt. Trzeba dobrać się w pary – wyjaśnił, patrząc na mnie nagląco.

– A-ha… – wyjąkałam. To zmieniało postać rzeczy, jednak z uwagi na Lidię postanowiłam mu odmówić. – Jestem w parze z Danielem – skłamałam. Nie było go dzisiaj na zajęciach, ale robiłam z nim już jeden projekt w poprzednim semestrze. – Kiedy ty byłeś zajęty tykaniem mnie w plecy, ja esemesowałam z Danielem – poszło kolejne kłamstwo.

– A, okej. To chujowo, bo z Wojtasem to my się prędzej zapijemy, niż zrobimy jakikolwiek projekt.

– Chciałeś być ze mną, licząc, że odwalę robotę za ciebie? – Dopiero teraz odgadłam jego intencje. Zrobiło mi się przykro, wcześniej nawet przez myśl mi nie przeszło, że taki właśnie był powód. Ucieszyłam się, że nie zgodziłam się być z nim w parze.

– Wiem, że nie wiesz, co to jest prawo przetrwania, Sarenko, choć jakimś cudem wciąż omijasz przeznaczenie! – Zarechotał.

Puściłam mimo uszu ten przytyk, ale po chwili słuchałam już kolejnych, gdy szliśmy do innego budynku na laborki. Do końca dnia poznałam tyle różnych wersji tego, na czym ma polegać projekt, że żadnej nie mogłam zaufać. Więc chociaż dalej nie wiedziałam, co należy zrobić, odnalazłam wieczorem Daniela na Facebooku, by poinformować go, że będziemy razem w parze.

Daniel:

Nie było mnie na zajęciach, nie dlatego, że jestem chory, ale dlatego, że rzuciłem studia. Znajdź sobie kogoś innego. Trzymaj się.

Odpisał na moją wiadomość dopiero nazajutrz, gdy czekałam na ostatnie zajęcia.

Ja:

Och nie! Dlaczego? I dlaczego nie zgłosiłeś tego w dziekanacie?

Bez ogródek wywaliłam swoje pretensje i zatwierdziłam je enterem. Mieliśmy teraz nieparzystą grupę, a to oznaczało, że mam w perspektywie samodzielny projekt, Bóg wie jaki…

Daniel:

A jak myślisz? Zamierzam poużywać sobie legitymacji i statusu studenta jak najdłużej.

Ja:

Szkoda, że odpuściłeś.

Ty też powinnaś. Pasujesz tam jak świni siodło. To nic złego zmienić zdanie.

Jego rada była dla mnie bezwartościowa. Kolega nie wiedział, że nie miałam prawa głosu. Zasadniczo brakowało mi także planu na siebie. Cieszyłam się, że ojciec, który mną kierował, zdawał sobie sprawę z tego, że nie nadaję się do szkoły policyjnej ani oficerskiej. Na szczęście uważałam, że wybrał mi całkiem fajne studia. Lubiłam coraz bardziej panujący tu humor.

Dzięki plotce, którą rozpowiedzieli nasi koledzy, spędziłyśmy z dziewczynami fantastyczny weekend. Najpierw poszłyśmy do filharmonii, licząc, że „przypadkiem” spotkamy tam profesora Krzyckiego. Było przyjemnie, gdy już się zorientowałyśmy, że na próżno szukamy wzrokiem mężczyzny. Potem wylądowałyśmy w klubie i porządziłyśmy tak, że stopy wciąż mnie bolały, kiedy w łóżku oczekiwałam na wtorek i zajęcia z bezpieczeństwa wewnętrznego UE…

Redakcja: Beata Kostrzewska/www.grafikaslowa.pl

Korekta: D.B. Foryś/www.dbforys.pl

Skład, przygotowanie do druku i e-booki: D.B. Foryś/www.dbforys.pl

Projekt okładki: Justyna Sieprawska/justynaes.portfoliobox.net

Ilustracja na okładce: Ida Chańko/www.instagram/sernik_o_polnocy

Zdjęcie do tła: julienprotz/www.freepik.com

Grafiki w treści: www.freepik.com, www.pixabay.com

Copyright © Magdalena Winnicka

Copyright © Rs-cars Mariusz Nowak/Natios

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Wydawnictwo Natios

www.natios.com.pl

Wydanie I

Wrocław 2025

ISBN 978-83-969669-2-6