Krew zdrajcy - Monika Grabowska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Krew zdrajcy ebook i audiobook

Monika Grabowska

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

34 osoby interesują się tą książką

Opis

Setki lat temu zdradzona królowa rzuciła na Incarceris okrutną klątwę. By się przed nią ochronić, Elfy Słońca otoczyły swoją krainę magiczną barierą i choć udało im się uniknąć tragicznego losu, żaden mieszkaniec nie czuje się bezpieczny. Obszar spowity klątwą nieustannie się powiększa, a katastrofa wisi w powietrzu.
Ophelia Altensol, córka królewskiego doradcy, nigdy nie pasowała do obrazu idealnej rodziny wykreowanego przez jej rodziców. Przez lata było to jej największym zmartwieniem – aż do chwili, gdy niewinnie zapowiadający się wieczór zmienił wszystko. Z wyrodnej córki stała się wariatką, a seria tragicznych wydarzeń doprowadziła do przerażającego odkrycia.
Zdesperowana, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i wyruszyć na poszukiwanie odpowiedzi. Udaje się na przeklęte ziemie, gdzie w mroku czai się śmierć oraz pewien tajemniczy elf o niejasnych motywach. Wkrótce Ophelia zdecyduje się połączyć z nim siły, by dotrzeć tam, gdzie być może znajduje się rozwiązanie zagadki.

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.                                                                                           Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 552

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 14 godz. 34 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Monika Wrońska

Oceny
4,5 (208 ocen)
136
44
23
4
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
magosiazygmunt
(edytowany)

Dobrze spędzony czas

Czuć mocno inspirację książką "Krew i popiół", autorka nie umie jeszcze w sceny walk i budowanie napięcia między bohaterami, opisy są trochę zbyt przytłaczające i jest ich zbyt dużo w stosunku do akcji, a główna bohaterka jest mało bystra, ale i tak jest to zaskakująco zgrabny debiut i fajnie się go czyta. Mam nadzieję, że sytuacja jest rozwojowa i dalej będzie tylko lepiej.
Tusz_na_papierze

Dobrze spędzony czas

Fani elfów, klątw, mroku i przepowiedni proszeni są o uwagę! Na naszym rodzimym runku powiła się interesująca pozycja. Kr€w zdrajcy to ciekawie napisana historia o rodzinnych relacjach, konfliktach i kłamstwach. A wszystko to w świecie elfów i klątwy , która przybiera na sile. Ciekawym ale jednocześnie ciut utrudniającym odnalezienie się w świecie przedstawionym był fakt, że mapka świata znajduje się dopiero na 72 stronie. Czytało się ją szybko, rozdziały są krótkie. I chociaż niektóre zagrania można było przewidzieć albo były małe niedociągnięcia to całościowo historia jest dobra. Zdecydowanie bohaterowie drugoplanowi bardziej przypadli mi do gustu niż nasza bohaterka i pewien elf. I coś najważniejsze. Miałam OGROMNE DEJA VU podczas czytania 38 rozdziału. Aż mnie ścisnęło w żołądku! Ja to skądś znam! Czytając tekst znałam już kroki bohaterów 5 zdań do przodu. Nie wiem skąd, naprawdę. Ale wiedziałam. To niesamowicie dziwne uczucie. Może trafiłam na podobną scenę gdzieś, ale aż t...
20
paulinaw899

Dobrze spędzony czas

Opisy i początek trochę mi się dłużył. Ale od połowy jest genialna. Nie mogłam się oderwać.
10
Kantorek90

Całkiem niezła

„Krew zdrajcy” Moniki Grabowskiej to książka, po którą nie miałam zamiaru sięgać w najbliższym czasie, chociaż bardzo lubię debiuty literackie. Jednakże, gdy o historii Ophelii Altensol zaczęło robić się głośno w bookmediach, a wszelkie rolki i posty zaczęły wyskakiwać niczym z lodówki, postanowiłam skusić się i sprawdzić, o co tyle szumu. Czy było warto? Muszę przyznać, że z początku miałam co do tego ogromne wątpliwości, ponieważ pierwsze rozdziały zupełnie nie zachęciły mnie do tego, aby kontynuować lekturę. I nie mówię tu tylko o stylu pisania autorki, który w mojej ocenie był trochę toporny, ale również o tym, co kierowało główną bohaterką, by po pierwsze w ogóle uczyć się walki, a po drugie wyruszać na misję, która już z założenia powinna się zakończyć niepowodzeniem. Ta cała chęć ratowania siostry, która pojawiła się w historii dosłownie na chwile i nic nie wskazywało na to, aby ona i Ophelia były ze sobą, chociaż w minimalnym stopniu zżyte zupełnie do mnie nie przemówiło. Wręc...
10
SandraAgnieszka

Nie oderwiesz się od lektury

Och, ile tu było emocji! Uwielbiam tę historię i czekam na drugi tom jak na szpilkach.
10

Popularność




Copyright © for the text by Monika Grabowska

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Nowe Strony, Oświęcim 2025

All rights reserved · Wszystkie prawa zastrzeżone

Redaktorka prowadząca: Sandra Pętecka

Redakcja: Alicja Chybińska

Korekta: Karina Przybylik, Martyna Góralewska, Natalia Szoppa

Skład i łamanie: Michał Swędrowski

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

ISBN 978-83-68402-48-3 · Wydawnictwo Nowe Strony · Oświęcim 2025

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Ostrzeżenie

W książce znajdują się treści mogące wywołać niepokój lub dyskomfort. Są to: morderstwa, tortury, usiłowanie napaści seksualnej, sceny zbliżeń, przemoc psychiczna oraz fizyczna.

Prolog

Królowa umiera.

Cały świat szeptał, przekazując dalej tę nowinę. Wiatr tańczył w koronach drzew, uderzał w bezlitośnie niewzruszone skały. Czarne pyski wilków uniosły się ku pustemu nieboskłonowi, jakby wciąż miały nadzieję, że ujrzą na nim Księżyc. Każda istota czuła tę dziwną, nienaturalną wibrację w powietrzu, złowrogi szept magii oplatającej świat karmazynowymi mackami.

Ktoś popełnił ogromny błąd, a cierpki posmak konsekwencji będzie towarzyszył wielu następnym pokoleniom.

Srebrzyste włosy kobiety, niczym lśniące smugi, unosiły się na tafli, lepiły do jej drżącego, bladego ciała, nasiąkały wodą zmieszaną ze szkarłatną krwią, zagarniającą coraz to większą powierzchnię niegdyś białego jedwabiu kosztownej sukni. W drobnej piersi tkwił sztylet o rękojeści zbrukanej posoką. Jego misterne ornamenty imitujące delikatne płatki lilii zupełnie nie pasowały do sceny obserwowanej z zapartym tchem przez cały świat.

Ciemna toń, z której wystawały kolana kobiety, uciekała od jej ciała, oddalając się w popłochu. Odsłaniała muliste dno jeziora, jakby nie godząc się na przyjęcie krwi umierającej.

Mężczyzna o twarzy ozdobionej złowieszczym uśmiechem pochylił się nad kobietą, a wtedy pokryte posoką wargi wykrzywiły się w szyderczym grymasie, gdy ta wypluła niezrozumiałe przez nikogo słowa.

Ostrze musnęło powietrze w brutalnej pieszczocie, by po chwili zanurzyć się w szyi Królowej. Zanim jednak jej piękna głowa upadła na kamienne dno niczym nic niewarty śmieć, jaśniejącymi blaskiem Księżyca oczami napotkała spojrzenie kogoś, kogo widok niegdyś przynosił ukojenie. Lecz teraz po umierającym ciele rozlały się gorycz i żal. Zdrada wypalała żyły, domagała się zemsty.

Powietrze zadrżało.

Zwielokrotniony głos kobiety, jakby żałobny chór powtarzał śmiercionośne słowa, zalał całą wyspę, a słyszał go każdy, nawet mieszkaniec najbardziej odległych terenów. Dzieci wybudziły się ze snu, płaczem wzywając przerażone matki. Czas zatrzymał się w swoim dotąd nieprzerwanym biegu, by wysłuchać krwistych sylab.

Ziemia twych synów jałowa jak serce twe będzie,

cień krwawej zdrady umysły zatruje.

Lud twój zazna bólu gorszego

niż ten, kto jak Księżyc zabić wciąż knuje.

W cierpieniu trwać będzie po najdłuższą z nocy,

gdy tak jak z mroku światło się rodzi,

tak młoda przez starą krew przelana

zostanie miłością i śmiercią związana.

A potem nie było już nic prócz morza przelanej krwi, gorzkiego posmaku żałoby, bratobójstwa oraz setek lat zabarwionych bólem niczym tuszem, którego nie sposób wywabić.

Rozdział 1

Nie pamiętam, ile miałam lat, gdy cichy Głosik odezwał się w mojej głowie po raz pierwszy. Przypominał igiełki mrozu płynące w żyłach, kłujące każdy fragment ciała.

NIE.

Tylko tyle, jedno słowo. Żadnego ciepłego powitania, wyjaśnienia, kim był, dlaczego zadomowił się w moim umyśle, jakby miał do tego całkowite, niezaprzeczalne prawo.

Pamiętam jednak, że od razu wiedziałam, iż powinnam go posłuchać.

Dzień okazał się ciemny i smutny. Ciężkie chmury zasłoniły to, co mieszkańcy Edanii kochali najbardziej – Słońce. Nawet majestatyczna architektura zdawała się przygnębiona, gdy piaskowych murów nie oświetlały promienie złotej tarczy. Hrabia Tordan, ojciec mojej najukochańszej przyjaciółki, jedynej istoty, która nie naśmiewała się ze mnie, ignorował groźby rzucane przez skotłowane obłoki. Zaplanowana przez niego podróż i tak musiała się odbyć, a Lora, jego córka, ubłagała go, abym mogła im towarzyszyć. Nigdy nie lubiła wycieczek do ciotki zamieszkałej w Sarnich Dworach, dlatego z ogromnym smutkiem przyjęła moją odmowę. I choć z całego serca pragnęłam spędzić kilka dni na zabawach z rówieśniczką, zdecydowałam się zostać.

Jakaś część mnie wiedziała, że nie powinnam sprzeciwiać się Głosowi.

Kilka dni później dowiedzieliśmy się, iż po drodze napotkała ich tak ogromna wichura, że nawet ciężki i bogato zdobiony powóz hrabiego nie miał z nią żadnych szans. Odnaleziono go w wąskim, błotnistym kanale pod niewielkim wzgórzem roztrzaskanego na miriady kawałeczków, jakby każda z drzazg składających się wcześniej na jedność zapragnęła nagle decydować o swoim losie.

Na długo zatonęłam w otchłani rozpaczy uznanej przez służki za zwykłe osłabienie. Nikt z mojej rodziny nie przyszedł ucałować mojej zapłakanej twarzyczki i wypowiedzieć kilku, choćby najprostszych, najbardziej oklepanych słów pocieszenia.

Wielokrotnie zadawałam Głosowi pytania, próbowałam z nim rozmawiać, nawet go prowokowałam, zawsze jednak na marne. Odzywał się tylko, gdy sam tego chciał, a z czasem okazało się, że nie pozostawał jedynie osobistym strażnikiem, odzianym w szaty transparentności, ale także okrutnikiem wypychającym na światło dzienne najmroczniejsze myśli i największe obawy.

NIE PASUJESZ TU.

Powtarzał wielokrotnie, raz po raz przypominając, że mój los był zupełnie obojętny każdemu, kogo uważałam za członka rodziny.

NIE KOCHAJĄ CIĘ. NIGDY NIE KOCHALI.

JESTEŚ BEZUŻYTECZNA.

NIE POWINNO CIĘ TU BYĆ.

Nie miałam pewności, czy moje życie wyglądałoby tak samo, gdybym mogła decydować o własnych myślach, nie musząc wiecznie toczyć wojny z czymś, co zagnieździło się pośrodku mego mózgu.

Moi trzej bracia i dwie siostry wypełniali nasz dwór radosnym śmiechem lub odgłosami kłótni, choć trzeba przyznać, że to drugie wybrzmiewało znacznie częściej. Cała piątka pozostawała niezaprzeczalną dumą naszego ojca – Thaliena – Pierwszego Doradcy Słonecznej Głowy.

Zawsze odziani w jaskrawe stroje, obecni na każdym balu, wypychani przed szereg, aby każdy mógł dostrzec ich nieskazitelne rysy, złote włosy, oczy winne kradzieży koloru bezchmurnego nieba w najcieplejszy dzień Pory Spiekoty, a co najważniejsze – krótkie, lecz zakończone wygiętym szpicem uszy, stanowiące powidok tego, jak wyglądali nasi przodkowie.

Tylko ja nie pasowałam do tej wizji. Nie wpisywałam się w idealny obrazek rodziny, w której żyłach płynąć miała Przedwieczna Krew. Inny, bardziej ludzki wygląd wystarczył, by zamiast ciepła i miłości, doświadczanej przez moje rodzeństwo, otaczał mnie chłód i rezerwa. Jedynie matka – Rowena – raz na jakiś czas wyciągała ku mnie pachnące jabłkami i cynamonem dłonie, aby pogładzić mnie po włosach lub złożyć delikatny pocałunek na skroni. Te momenty wydawały się tak nieliczne, iż mogłabym z łatwością policzyć je na palcach jednej dłoni. Dużo trudniej przyszłoby mi zliczyć wszystkie chwile, kiedy musiałam kulić się przed złością i niezadowoleniem ojca. Na sam widok złotych, atłasowych rękawiczek zsuwających się z jego wypielęgnowanych rąk moje ciało przepełniał strach. Zdejmował je tylko w dwóch przypadkach: gdy pragnął okazać czułość swojej pięknej żonie lub gdy jego złość miała odnaleźć ujście w brutalnych czynach.

Moje rodzeństwo zdawało się obawiać, iż niechęć rodziców była zaraźliwa. Unikali mnie, zawsze zachowywali odpowiedni dystans. Dlatego kiedy oni gromadzili się wokół potężnego stołu, zasypanego skomplikowanymi grami karcianymi, urządzali kuligi w krótkie, mroźne dni lub brali udział w kameralnych przyjęciach, ja – jeśli tylko miałam taką możliwość – szukałam dla siebie innych zajęć. Przesiadywałam w pachnącej kurzem bibliotece, pomagałam służkom pielęgnować rośliny w oranżerii, namawiałam strażników, aby wyłożyli mi zasady walki.

Robiłam wszystko, żeby pozostać samotna, choć tak bardzo tego nienawidziłam.

– Na promienie Słońca, Ophelio, czy ty w ogóle mnie słuchasz?

Poczułam subtelne szarpnięcie za włosy, a do moich uszu dotarł perlisty śmiech Eleanor.

Moja siostra siedziała tuż za mną, na stercie pstrokatych poduszek, i delikatnie rozczesywała moje splątane, czarne niczym krucze pióra włosy. Napotkawszy moje spojrzenie w ogromnym lustrze, wywróciła oczami, sięgając do ceramicznej miseczki po kolejną wiśnię w marcepanie. To ona jako jedyna z rodziny spędzała ze mną czas i dzieliła się sekretami.

Eleanor była idealna.

Przypominała owoce, które właśnie jadła. Każdy, kto ją tylko poznał, stawał się oczarowany jej urodą, powabem i uroczym charakterkiem. Zawsze wiedziała, co powiedzieć, jak się zachować. Sprawiała, że jej towarzysze czuli się zauważeni, wysłuchani i docenieni. Ja także. Uwielbiałam to uczucie, kojące moją samotność lekkimi, ciepłymi muśnięciami.

Zawsze jej tego zazdrościłam. Czasem chciałam być taka jak ona, lecz szybko przeganiałam te myśli, zmieniając je na wdzięczność, że miałam przy sobie tak cudowną siostrę.

Posłała mi radosny uśmiech, wykrzywiając pełne usta. Każdy detal jej twarzy miał idealny kształt. Idealne błękitne oczy otoczone długimi rzęsami, idealny nos, a wszystko to otulone idealnie ułożoną burzą jasnych fal, spływających poprzez ramiona aż do talii i perfekcyjnie współgrających ze złotą, opaloną skórą.

Wyglądałam przy niej niczym duch, bezbarwna zjawa trudna do zauważenia. Nie uważałam się za szczególnie brzydką, ale kiedy Eleanor pojawiała się obok, dało się odnieść wrażenie, iż światło załamywało się w nienaturalny sposób, aby skupić się na niej, jakby świat chciał podkreślić stworzone przez siebie piękno.

Stanowiłam jedynie jej namiastkę, cień rzucany przez jej piękne ciało, ukryty gdzieś w tyle. Przeniosłam spojrzenie na własną twarz, a delikatne, lecz złośliwe ukłucie zazdrości przedarło się pomiędzy żebrami, aby dotrzeć do samego serca. Z bladej twarzy patrzyły na mnie nieproporcjonalnie duże oczy w kolorze przypominającym pozbawione blasku perły. Moje zbyt duże usta nie były tak intensywnie czerwone jak jej, sprawiały raczej wrażenie niedojrzałych owoców, jeszcze niegotowych do zerwania. Nos, przyprószony piegami i lekko zadarty, dodawał twarzy dziwnie zadziornego charakteru. Niemal białą skórę podkreślały długie, czarne włosy, które pomimo usilnych starań nieustannie sprzeciwiały ułożeniu się w bujne loki.

Nic się nie zgadzało. Nic nie stało się takie, jak powinno.

Słoneczni nie mieli czarnych włosów, a moje obłe uszy stanowiły wymowną kropkę na końcu plugawego zdania.

– Oczywiście, że tak – odparłam, wracając myślami do komnaty.

Eleanor nachyliła się lekko, zbliżając wargi do mojego ucha.

– Choć można się zagubić w tym potoku słów – dodałam i posłałam jej przepraszający uśmiech, na co odpowiedziała kilkukrotnym wywróceniem oczu.

– Widzę, że nie, siostrzyczko – zaświergotała – ale wyjątkowo jestem skłonna ci to wybaczyć.

– Doprawdy? Czym zasłużyłam na taką łaskę? – Powstrzymywałam śmiech cisnący się na usta, próbując udawać powagę. Poddałam się, gdy Eleanor zachichotała, delikatnie uderzając mnie atłasową poduszką.

– Tym, że zaraz zgodzisz się na moją propozycję.

Uniosłam z zaciekawieniem brwi. Dopisywał jej humor, w czym nie odnalazłam niczego dziwnego – jutro wypadały jej dwudzieste trzecie urodziny. Zaplanowano wielki bal, godny córki królewskiego doradcy. W przeciwieństwie do mnie Eleanor uwielbiała wszelkie huczne wydarzenia. Lśniła w blasku świec, patrząc, jak zadurzeni w niej młodzieńcy pielęgnowali w sercach nadzieję, gdy przyzwalała na zbyt intymne muśnięcia skóry podczas licznych tańców.

– Aż się boję zapytać jaką – westchnęłam i oparłam się o miękkie obicie kanapy.

Jej twarz rozpromieniła się jeszcze bardziej, a mnie przemknęło przez myśl, iż za chwilę jej blask zmusi mnie do zmrużenia oczu. Przygładziła dłonią fałdy złotej sukni, rozglądając się po pomieszczeniu. Byłyśmy same, reszta rodziny albo już spała, ułożona do snu przez niańki, albo pochłaniały ją przygotowania na jutrzejszy, jakże ważny, dzień. Jeszcze nie tak dawno Rowena siała panikę, biegając z krzykiem po domu i szukając służki potrafiącej dopasować jej nową suknię, prawdopodobnie źle uszytą przez krawcową. W głębi serca współczułam tej kobiecie, która sprowadziła na siebie gniew Roweny Altensol. Zapewne w najbliższym czasie straci większość swoich klientek, o ile nie cały interes.

Eleanor nachyliła się jeszcze bardziej i oparła ciepłe, wypielęgnowane dłonie na moich ramionach.

– Podsłuchałam rozmowę dwóch Strażników. Dzisiaj w nocy organizowane jest przyjęcie w Dzielnicy Granicznej. – Z każdym słowem jej głos stawał się coraz bardziej piskliwy, przepełniony podekscytowaniem. – Nie możemy przegapić takiej okazji. Zapowiada się cudownie!

CÓŻ ZA CUDOWNY POMYSŁ. MOŻE OD RAZU SKOCZMY PRZEZ OKNO LUB POD ROZPĘDZONE RUMAKI? – zakpił Głos.

Zdumienie uniosło wyżej moje powieki, rozwierając zaskoczone oczy.

Głos miał rację. Dzielnica Graniczna, tak samo jak wszystkie inne sąsiadujące z Murem, należała do miejsc, których zwykło się unikać. Zamieszkiwały je niższe warstwy społeczne, najbiedniejsze rodziny, a przemieszczanie się tamtejszymi ulicami w nocy stanowiło zaproszenie dla każdego, kto nie miał dobrych zamiarów.

– Przecież to jest…

– Skrajnie niebezpieczne? Nieodpowiedzialne? – weszła mi w słowo z zaciętą miną. – Nie zachowuj się jak mama. Nie będziemy tam przecież zupełnie same, Eira i Brynn na pewno już dotarły na miejsce, a skoro dowiedziałam się o tym z ust Strażnika Słońca, on także weźmie udział w zabawie, tak samo jak wielu innych. Wyobraź sobie tych wszystkich przystojnych elfów. Zrzucą z siebie oficjalne stroje Straży, a ty dostaniesz możliwość, by z nimi zatańczyć lub pozwolić im skraść jeden albo dwa pocałunki.

Przystojne elfy, pocałunki z nieznajomymi pod rozgwieżdżonym niebem – raj dla mojej siostry. Czasem zastanawiałam się, jak zareagowałby ojciec, gdyby się dowiedział, że jego nieskazitelnie czysta córka już dawno oddała swój pierwszy pocałunek, na dodatek zapewne komuś, kogo imienia nawet nie znała. Z całą pewnością wpadłby w szał. Takie zachowanie nie przystało edańskim kobietom. Należało dbać o czystość aż do dnia, gdy nazwisko ojca zostanie zastąpione innym, również należącym do mężczyzny.

Zabawnym wydawał się fakt, że drugiej płci to nie dotyczyło.

Eleanor posłała mi błagalne spojrzenie. Ostatni raz widziałam je, kiedy wkradła się w środku nocy do mojej komnaty i poprosiła, bym pomogła jej utrzeć nosa Verenie, naszej dalekiej kuzynce. Elfka ośmieliła się rozpowiedzieć plotki o mojej siostrze, niezwykle dalekie od prawdy. Wszyscy kochali Eleanor, niemal nikt nie uwierzył w oszczerstwa, lecz Verena i tak przez kilka miesięcy dostawała listy od tajemniczego wielbiciela. Wielbiciela, który nigdy nie istniał, a jego charakter pisma składał się z obłych zawijasów Eleanor i wąskich liter spod moich dłoni. Czasem zastanawiałam się, jak długo zajęło jej otrząśnięcie się z zawodu miłosnego.

W tej chwili jednak skłamałabym, twierdząc, że pomysł mojej siostry nie napawał mnie strachem. Na myśl o zbliżeniu się do Muru krew w moich żyłach spowalniała, ścięta przerażeniem. Chociaż z drugiej strony…

Nigdy nie słyszałam, aby miało miejsce jakieś niezarejestrowane przekroczenie magicznej bariery, spełniającej swoją funkcję bez żadnych zarzutów przez wieki od Krwawego Powstania. Zła reputacja sąsiadujących z nią dzielnic zdawała się wynikać z obaw i powtarzanych plotek. Podobno najbliższy obszar poza barierą pozostawał stosunkowo bezpieczny. Strażnicy twierdzili nawet, że można spotkać tam podróżujących śmiertelników. Skoro oni nie bali się przemieszczać w tych rejonach, to dlaczego ja miałabym się obawiać bliskości Muru, znajdując się wewnątrz królestwa?

– Niech będzie – odparłam, obserwując, jak usta mojej siostry ułożyły się w uśmiech. – Ale obiecaj, że nie zostawisz mnie samej na pastwę obcych.

Rozdział 2

Pomiędzy moimi stopami tańczyły ciężkie, szmaragdowe falbany jedwabnej sukni. Gruba tkanina o gołębim odcieniu szarości tłumiła stukanie trzewików, gdy po raz kolejny przemierzałam korytarz, czekając na siostrę. Na moich ramionach spoczywała gruba peleryna, w kolorze zbliżonym do tej pory dnia, kiedy Słońce znika za horyzontem, zostawiając za sobą niewielkie ilości światła, zdolne jeszcze nieco rozjaśnić zapadający mrok.

Nasze komnaty sąsiadowały ze sobą, a ja po raz kolejny zawróciłam, gdy dotarłam do jej drzwi.

Oprawione w grube, złocone ramy portrety wiszące na marmurowych ścianach, zdawały się obserwować każdy krok, wodząc za mną zaciekawionym wzrokiem.

Spoglądały na mnie urodziwe prababki, uchwycone przez malarzy w najlepszych latach swego życia, przystojne elfy, dumnie wypinające muskularne piersi. W migotliwym blasku świec wyglądały niemal boleśnie pięknie, nieco tajemniczo, wręcz nierealnie, jakby taka uroda nie mogła istnieć naprawdę. Każdy, co do jednego, miał pociągłe niczym sztylety, ostro zakończone uszy, a ja przypuszczałam, iż był to wytwór wyobraźni artysty lub sowitej zapłaty, którą dostał za poprawienie ich wizerunków.

Tak niesamowicie długich uszu nie widywało się od setek lat, o ile w ogóle kiedykolwiek istniały. Moja rodzina szczyciła się szpiczastymi małżowinami, lecz nawet im daleko do tego, co przedstawiały portrety.

Niewiele łączyło nas z Przedwiecznymi Elfami, choć legendy o nich wielokrotnie mi powtarzano. Przez setki lat elfia krew wymieszała się z ludzką, upodabniając nas do śmiertelników.

Według legend, tysiące lat temu, w czasach poprzedzających Wielką Wojnę, wszyscy żyliśmy na jednej ziemi.

Nie było Muru, nie było podziałów. Nie było Klątwy.

Elfy i śmiertelnicy żyli obok siebie. Zakładali rodziny, mieli dzieci, byli szczęśliwi.

Istniały i istnieją elfy uważające, że powinniśmy zachować czystość krwi. Czasem myślę, że lepiej by to się dla nas skończyło, gdybyśmy wszyscy podzielali te poglądy. Historia znajomości z ludźmi nie zakończyła się szczęśliwie, a przynajmniej nie dla nas.

Jedną z osób, której niemal cały światopogląd opierał się na manii czystości krwi, był nie kto inny, jak mój ojciec.

Niemal niczym nie różniliśmy się od zwykłych śmiertelników ani tym bardziej od pozostałych elfów mieszkających w Edanii. Nie żyliśmy setek lat jak Przedwieczni. Większość z nas nie władała żadną magią, o ile ktokolwiek jeszcze jakąś władał. Podobno jedynie wybrane potężne elfy blisko korony miały dostęp do zaawansowanej wiedzy magicznej. Nie posiadaliśmy żadnych niesamowitych zdolności wypełniających legendy o Przedwiecznych. Wiatr nie pędził we wskazanym przez nas kierunku, kwiaty nie otwierały pączków na zawołanie, chmury kpiły sobie z naszych próśb o odsłonięcie tarczy Słońca.

Straciliśmy to wszystko, a może nigdy tego nie mieliśmy. Może to wszystko tylko mity stworzone przez ludzi bojących się odmienności Przedwiecznych.

Z potoku myśli wyrwał mnie urwany w połowie krzyk dobiegający zza misternie rzeźbionych, pokrytych miedzianą farbą drzwi. Serce w mojej piersi przyśpieszyło, całkowicie przekonane, iż powinnam ruszyć na ratunek niczym odważny rycerz. Zacisnęłam palce na złotym kandelabrze, przypominającym jedną z morskich istot, które podziwiałam na rycinach.

Głębokim wdechem poprzedziłam otwarcie wrót, a te z impetem uderzyły o ścianę. Miałam niemal pewność, że to wystarczy, aby zwrócić na nas uwagę wszystkich obecnych w domu. Do moich nozdrzy wdarł się ciężki, nieco duszący zapach przekwitłych róż.

Eleanor podskoczyła, najwyraźniej zaskoczona moim nagłym wtargnięciem. Szeroko otwartymi oczami rozejrzałam się po komnacie. Wszystko wyglądało… normalnie. Moja siostra stała przy lekko uchylonym oknie, a u jej stóp – odzianych w pantofelki w kolorze dojrzałej moreli – leżał rozbity flakonik. Różowawe fragmenty szkła mieniły się w blasku świec niczym krwawe gwiazdy na nocnym niebie.

– Cóż za wejście, Ophelio. – Zaśmiała się. – Co zamierzałaś z tym zrobić? – spytała, zamykając okno.

Zaciekawionym spojrzeniem wciąż obrzucała moją rękę dzierżącą prowizoryczną broń. Zacisnęłam palce tak mocno, aż z pobielałych knykci odpłynęła krew.

Zmieszana odstawiłam kandelabr na najbliższy mebel, ignorując ciepło napływające do policzków.

– Ja… – Czułam się tak niesamowicie głupio. Co ja sobie myślałam? – Usłyszałam hałas i pomyślałam, że potrzebujesz pomocy.

– I planowałaś zaatakować napastnika świecznikiem? – Chichotała. – Uroczo z twojej strony, że chciałaś zostać moją wybawicielką, ale jak widać, jestem cała i zdrowa, tylko lekko niezdarna. – Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, kopiąc szklane odłamki.

Ośmieszyłam się. Jakie istniały szanse, że ktoś przedarł się przez liczne straże i postanowił włamać akurat przez to okno na piętrze? Musiałby znać grafik przemarszów Strażników. Musiałby się wdrapać po kamiennej ścianie.

KŁAMIE.

Po mojej skórze wspiął się chłód niemający nic wspólnego z otwartą przed chwilą okiennicą.

Dlaczego Eleanor miałaby kłamać? Zawsze mówiła mi o wszystkim, zalewając mnie nieprzyzwoitymi opowieściami pod osłoną nocy. Wiedziałam o każdym młodzieńcu, o każdej plotce, o każdym krzywym spojrzeniu rzuconym jej przez inną damę.

A JEDNAK TYM RAZEM SKŁAMAŁA –zapewnił mój nieodłączny towarzysz.

– Dlaczego okno było otwarte?

Przez krótką, ulotną chwilę wyglądała na zmieszaną pytaniem. Wrażenie to uleciało, gdy serdecznie się roześmiała.

– Chciałam przewietrzyć komnatę. – Delikatnie wzruszyła ramionami, wzburzając złote loki. – Nie czujesz, jak cuchnie tymi nieszczęsnymi różami? Nic mi nie jest, naprawdę. Przebiorę się i ruszam, nie chcę stracić ani chwili więcej.

Dlaczego skłamała, Głosie? Co miałeś na myśli?

Oczywiście, że nie odpowiedział.

Eleanor zniknęła za drzwiami garderoby, aby po chwili pojawić się ponownie. Westchnęłam. Wyglądała przepięknie – jak zawsze.

Delikatny jedwab, przypominający lśniące płatki peonii, subtelnie opinał jej ciało, głęboki dekolt zachęcał do spojrzenia na krągłe kształty, a dłonie skryła w różowych rękawiczkach. Na ramiona narzuciła pelerynę, której drogocenne sploty mieniły się przy każdym ruchu. Na końcówkach uszu lśniły złote nausznice, poprzetykane niewielkimi perełkami. Był to dość często spotykany rodzaj biżuterii – podłużne nakładki, imitujące niemal niemożliwie długie uszy Przedwiecznych.

Naprawdę bardzo chcieliśmy stać się jak oni.

TY TEŻ TEGO PRAGNIESZ, PRAWDA, OPHELIO?

Zignorowałam ten przytyk. Przełknęłam go wraz z goryczą kompleksów.

Najciszej, jak to tylko możliwe, zbiegłyśmy po masywnych schodach. Pod ciężkim, rzeźbionym spocznikiem znajdowały się niewielkie drzwiczki. Thalien zapewne doznałby szoku, widząc Eleanor przemykającą przez część dla służby.

Sieć niskich, wąskich i klaustrofobicznych korytarzy łączyła większość pomieszczeń w dworze. Dzięki niej służebne mogły dostać się wszędzie, nie przeszkadzając przy tym mieszkańcom. Natomiast my mogłyśmy niepostrzeżenie przedostać się na tyły rezydencji.

– Nie wierzę, że to robię! – Zachichotałam, gdy minęłyśmy kuchnię, kilka spiżarni wypełnionych, niezależnie od pory roku, słoikami z przetworami we wszystkich możliwych kolorach świata.

Pod sufitami wisiały zasuszone bukiety ziół. Co kilka kroków dało się wyczuć inne zapachy: drapiącą w nos miętę, gorzki rozmaryn, lekko słodki rumianek czy uspokajającą lawendę na nerwy matki.

W tej części zabudowań rzadko spotykało się kogokolwiek z naszej rodziny, nawet wyższe piętra, nieprzeznaczone dla pracowników, stały puste i zapomniane, a jedynym stałym bywalcem pozostawał posępny kurz. Docierało tu mało światła, wnętrza były ciemne i ponure, pomimo feerii barw wykorzystanej do ich wykończenia. Elfy lubowały się w ogromnych przeszkleniach o ekspozycji południowej, gdzie ich złocista skóra mogła lśnić, pieszczona promieniami Słońca.

– Zaczekaj – szepnęłam, gdy dotarłyśmy do potężnych drewnianych wrót.

Zarzuciłam kaptur na głowę i ostrożnie wychyliłam się na zewnątrz. Para Strażników Słońca zbliżała się rytmicznym marszem, co oznaczało, że kiedy nas miną i znikną za rogiem, zyskamy chwilę, nie dłuższą od dwudziestu oddechów, aby przebiec przez niewielki, kiepsko oświetlony dziedziniec i dostać się do stajni.

Fatalne oświetlenie działało na naszą korzyść. Doskonale znałam najciemniejsze miejsca, zacienione zaułki, a poruszanie się w mroku stanowiło jeden z moich nielicznych talentów. Nawet gdyby jakimś cudem ktoś wyjrzał przez jedno z bogato zdobionych okien, nie zdołałby dostrzec mojej skrytej w ciemności osoby. Zyskałam co do tego pewność jednej z mroźnych nocy, kiedy to z zapartym tchem wpatrywałam się w twarz Thaliena, który błądził niewidzącym wzrokiem po kryjącym mnie mroku.

Odgłos oddalających się kroków zapewnił nas, iż możemy ruszać. Eleanor ścisnęła moją dłoń w pełnym podekscytowania geście, a po moim żądnym miłości i akceptacji ciele rozlało się przyjemne ciepło.

Wysunęłam się zza potężnych drzwi niczym cień.

Byłam w tym całkiem dobra. W znikaniu.

Czasem myślałam, że to mogło mieć związek z moją awersją do towarzystwa, balów i tłumów. Wolałam wtopić się w cień i zniknąć, niż przyciągać zaciekawione spojrzenia wszystkich zauważających moją odmienność.

Gdy dotarłyśmy do stajni, zza moich pleców dobiegł zduszony śmiech Eleanor, a konie powitały nas cichym rżeniem, jakby dając znać, że czekały.

Kilka chwil później dosiadałam już Lando, czarnego rumaka podarowanego mi przez Thaliena na urodziny w czasach, kiedy jeszcze wierzyłam, że pod chłodną maską krył się surowy, lecz kochający ojciec. Dopiero po czasie zrozumiałam, iż podarunek ten miał być kpiną. Lando okazał się kapryśnym potworem. Jakaś dzikość w jego sercu nie pozwalała mu poddać się całkowicie woli dosiadającego. Wierzgał, zrzucał jeźdźców, uciekał i odmawiał jakiegokolwiek posłuszeństwa.

Ojciec musiał być rozgoryczony, gdy ujrzał mnie na grzbiecie posłusznego rumaka. Z jakiejś nieznanej mi przyczyny wierzchowiec postanowił, że akurat dla mnie stanie się łagodny i cierpliwy. Uczynił mnie jedyną osobą godną poskromienia jego ognistego temperamentu.

Mknęłyśmy przez sad, pozostawiając za sobą tętent kopyt i wibrujący w powietrzu śmiech. Tereny te oddzielał od północnej części miasta jedynie płytki strumyk, który pokonałyśmy bez problemu, jakbyśmy wcale nie łamały jednej z zasad ustalonych przez Rowenę.

Nigdy wcześniej nie przekroczyłam tej granicy.

Nigdy nie odwiedziłam Dzielnicy Granicznej.

POWINNAŚ BYŁA ZOSTAĆ DZIŚ W DOMU.

Rozdział 3

Ku wielkiej rozpaczy Roweny ziemie rodziny Altensol leżały w bezpośrednim sąsiedztwie Dzielnicy Granicznej.

Pomimo tego lub może właśnie dzięki temu, nigdy nie było nam dane zapuścić się w te rejony. Od kiedy pamiętałam, matka niestrudzenie powtarzała, że okolice te pozostawały niezwykle niebezpieczne, a damy dworu, takie jak jej córki, nie powinny zapuszczać się tutaj, ryzykując swoim życiem, zdrowiem i reputacją.

Zakładałam, że najbardziej martwiła się o to ostatnie.

Między naszą rezydencją a Murem rozciągały się sady, w których rosły jabłonie, grusze i wiśnie zasadzone w idealnie równych rzędach, niczym żołnierze na służbie, oraz ta biedna dzielnica. Mijane zabudowania zupełnie nie przypominały wysokich, jasnych budowli z piaskowca w Dzielnicy Słońca. Tylko niektóre sięgały dwóch pięter, większość była niska i krzywa, jakby każdy podmuch wiatru mógł zburzyć kamienne ściany. Znałam tylko szerokie ulice, otoczone pierzejami wysokich kamienic z misternie zdobionymi gzymsami, ogromnymi przeszkleniami, tarasami i attykami o frywolnych kształtach wyciągającymi się ku niebu, natomiast tutejsze budynki okazały się proste, pokryte jasną, zapewne niegdyś białą farbą. Zza brudnych, popękanych szyb sączyło się ciepłe światło, oblewając wąskie uliczki przyjemną poświatą, współgrającą z delikatnym blaskiem złotych kwiatów pnących się po murach wraz z niemal białymi suchymi listkami.

Wiele osób wędrowało alejkami, śmiejąc się i trzymając za ręce. Jakaś para szukała prywatności w ciemnym zaułku, a to sprawiło, że poczułam się co najmniej nieswojo.

Wydało mi się to tak inne od tego, do czego przywykłam, że niemal nie zauważałam charakterystycznego dla biedoty kwaśnego odoru oblepiającego każdą powierzchnię i towarzyszącego każdemu oddechowi. Oczy niemal same unikały wszystkich oznak nędzy.

– Co to? – Zmarszczyłam brwi, patrząc na papierowe zawiniątko, które zaszeleściło, gdy Eleanor wysunęła je zza dekoltu.

– To od jednego ze Strażników, przecież ci o nich mówiłam – wyjaśniła, próbując ukryć rumieniec, wypływający na policzki. Widząc moje wciąż pozbawione zrozumienia spojrzenie, dodała: – Narysował mi mapkę, abym dotarła. Możliwe, że obiecałam mu jeden lub dwa tańce.

– Tańce? Doprawdy? – mruknęłam, zerkając na nią podejrzliwie.

Przemknęło mi przez myśl, że rysując tę prostą mapkę, zapragnął doprowadzić Eleanor nie tylko na przyjęcie.

Rysunek okazał się zbędny. Z daleka dało się słyszeć muzykę, pijackie śmiechy, głośne przekleństwa i wszelkie odgłosy towarzyszące nieskrępowanej dworską etykietą zabawie. Lekkie mrowienie zagnieździło się u dołu mojego kręgosłupa, poganiając mnie. Chciałam skosztować innego życia, nie pozostawać najgorszym dzieckiem, które trzeba niemal siłą zaciągać na bal i zmuszać je do znoszenia wypełnionych kpiną spojrzeń.

W tym obcym miejscu mogłam stać się każdym.

Lub nikim.

Mogłam nie być sobą.

Upchnęłam czarne włosy pod kapturem, upewniając się, że żaden ze zbyt ciemnych kosmyków nie pozostawał widoczny.

MYŚLISZ, ŻE TO COŚ ZMIENI? ŻE NIKT NIE ZAUWAŻY, JAK INNA JESTEŚ?

Zignorowałam Głos, tak samo jak zignorowałam bolesne ukłucie w sercu.

Z każdym kolejnym mijanym zakrętem przybliżającym nas do radosnej gwary coraz wyraźniej widziałam kamienną konstrukcję, owianą tak licznymi legendami i plotkami. Mur górował ponad zabudowaniami, zdawał się potężny i stabilny, a jednak w pewien sposób… rozczarowujący. Nie lśnił złotym blaskiem, tak jak zawsze to sobie wyobrażałam, a jego podstawy nie pilnowali odziani w stal i uzbrojeni w ciężkie miecze Strażnicy Słońca. Wcale nie wyglądał jak najpotężniejsza w dziejach magiczna bariera.

Zniszczone zabudowania w końcu się rozstąpiły, a przed nami pojawił się niewielki plac, zupełnie niepasujący do biednej okolicy. W powietrzu wibrowały radość, śmiech i szczęście, jakich próżno szukać na balach przepełnionych goryczą, oceniającymi spojrzeniami i kpiącymi uśmiechami. Zapach potu i alkoholu na dobre przywarł do wszystkiego wokół. Każda powierzchnia wydawała się wilgotna i nieprzyjemnie lepka od brudu, a mimo to ogarnął mnie zachwyt.

Pomiędzy drzewami rozwieszono cienkie linki dźwigające lampiony przypominające Słońce, niewielkie szklane kule i ażurowe ozdoby, wypełnione świeżo zerwanymi kwiatami świetlistki. Za dnia cienkie białe płatki gromadziły światło i ciepło naszego boga, by nocą zmieniać barwę na intensywne złoto subtelnym blaskiem walczące z mrokiem. Nieco dalej można było dostrzec prowizoryczną scenę, gdzie kilku podpitych muzyków zmieniało ruchy swoich palców w hipnotyzującą pieśń. Słoneczna muzyka miała w sobie coś podobnego do alkoholu, im dłużej się jej poddawało, tym bardziej przyciągała i upajała.

Pary tańczące u dołu podwyższenia co chwilę wybuchały nową feerią barw, kształtów i wzorów. Stroje, pomimo iż wykonane z tanich, nieco zniszczonych materiałów, prezentowały się przepięknie. Do prostych sukien kobiety przypięły białe pióra, żółte łezki, mieniące się w przygaszonym świetle niczym rybie łuski, jaskrawe koraliki i powabne koronki, pobudzające wyobraźnię. Na niemal każdej spódnicy czy koszuli dostrzegałam charakterystyczne złote okręgi – tradycyjny element odświętnego edańskiego stroju. Barwione na żółto szkiełka mające imitować cytryny lśniły pomiędzy jasnymi włosami.

Wszystko to zapierało dech w piersi, moją uwagę jednak nieprzerwanie przyciągała kamienna konstrukcja. Za każdym razem, gdy spoglądałam w jej stronę, mrowienie rodzące się u dołu kręgosłupa pędziło w górę.

– Niesamowite, prawda? – szepnęła Eleanor, głosem wypełnionym podekscytowaniem.

Mruknęłam w odpowiedzi coś niezobowiązującego, cały czas skupiając się na barierze.

Mur od setek lat zapewniał nam bezpieczeństwo. Oddzielał Edanię od terytoriów należących do śmiertelników, nieustannie niszczonych przez Klątwę. Zapewne nie musiałby powstać, gdyby nie Księżycowe Królestwo odpowiedzialne za Wielką Wojnę. Księżycowi uważali, co ciekawe – zupełnie jak mój ojciec – że należy rozdzielić elfy i śmiertelników, dbać o czystość krwi i chronić nasze magiczne dziedzictwo. Oczywiście było już za późno, aby uratować sytuację – w żyłach tylko nielicznych płynęła nieskażona ludzką słabością Przedwieczna Krew.

Ogrom ich armii nie pozostawił żadnych szans Słonecznym. Zajęli całe nasze ziemie, rozdzielili rodziny, ukochanych, przyjaciół. Nie mieli żadnych skrupułów. Wprowadzili segregację, a ludzkie życie nic dla nich nie znaczyło. Potrafili zabijać tylko dlatego, że akurat naszła ich na to ochota.

Królestwo Słońca przez wiele lat zbierało siły w podziemiach, powiększało siły zbrojne, tworzyło siatkę szpiegów i wpływów. Pragnęli wolności, którą tak brutalnie im odebrano. Musieli żyć ze świadomością, że ich ludzcy ukochani umierali – jeśli nie z rąk oprawców, to za sprawą naturalnej kolei rzeczy. Elfie życie trwało w tamtych czasach o wiele dłużej, stanowiło równowartość kilku ludzkich pokoleń.

Duende, nasz bohater, następca króla Słonecznych, przedostał się do wewnętrznego kręgu Matki Księżyca – Ithil. Zdobył zaufanie zarówno jej, jak i całego królestwa i grał swoją rolę tak doskonale, iż nikt nie przewidział jego zamiarów. Rozkochał w sobie królową, a w dzień Krwawego Powstania, kiedy Słoneczne Królestwo podniosło się z kolan, aby zawalczyć o wolność swoją i ludzi, Duende zabił Ithil.

Według legend utopił jej ciało w jeziorze, dziś znanym jako Jezioro Matki.

W królewskich żyłach Ithil płynęła przepełniona mocą Przedwieczna Krew. Władczyni panowała nad magią tak potężną, iż nikt nie zdołał jej dorównać. W ostatnich chwilach swojego życia rzuciła Klątwę, na zawsze odmieniając nasz świat. Ziemia stała się jałowa, rośliny zaczęły obumierać, ludzie i elfy w przypływie nagłego szaleństwa tracili zmysły i zabijali wszystkich dookoła. Z czasem zaczęły się pojawiać trzęsienia ziemi, niszczące całe miasta i osady.

Księżycowa Królowa została zgładzona, Słoneczni zwyciężyli, odzyskali należne im ziemie i wolność, ale cóż im z tego przyszło?

Tereny, na których żyli, zostały przeklęte, a żaden ze śmiertelników, których kochali, nie dożył tych mrocznych chwil. Ówczesne pokolenie ludzi nie żywiło do elfów tak ciepłych uczuć, wręcz ich nienawidzili. Kojarzyli im się jedynie z cierpieniem, upokorzeniem i śmiercią. Obwiniali ich o Klątwę.

Ludzie mieli ogromną przewagę liczebną, a elfy, pomimo magicznych zdolności, płonęły na stosach organizowanych przez śmiertelników podczas masowych egzekucji. Zakrwawione dłonie skrytobójców wypełniały kolejne zlecenia.

Słoneczni musieli uciec, odgrodzić się od żądnych zemsty ludzi i tak powstała Edania. Otoczona Murem, do którego stworzenia potrzebowano tak wiele magii, że zaangażowane w jego budowę potężne elfy umierały z wycieńczenia.

Ludzie nie mieli wstępu do królestwa. Powstrzymywała ich magia oraz Zewnętrzna Straż Słoneczna, natomiast Edańczycy nie wychodzili poza barierę. Groziło im tam niebezpieczeństwo ze strony mieszkańców oraz krwiożerczej natury skażonej przez Klątwę.

Księżyc przegrał, a jednak żyliśmy tak, jak tego pragnęli – osobno.

Odseparowani od nienawidzących nas śmiertelników.

Zadrżałam, gdy śmiech siostry wyrwał mnie z ponurych myśli. Zmusiłam się, by odwrócić wzrok od Muru.

Przywiązałam konia do drzewa, a Lando z niezadowoleniem rozglądał się po barwnym tłumie. Podałam mu kostki cukru i szałwii. Ulubione smakołyki nieco go uspokoiły, lecz wiedziałam, że za taki stres będę mu winna wiele godzin pieszczot.

Eleanor rozglądała się pospieszenie, a kiedy odnalazła to, czego szukała, na jej twarzy zagościła radość.

– Widzisz! Eira i Brynn stoją tam, mówiłam, że już tu będą! – Melodyjny głos aż drżał od emocji.

Podążyłam wzrokiem za jej podekscytowanym spojrzeniem. Przyjaciółki Eleanor stały w towarzystwie dwóch elfów i z rozpromienionymi twarzami machały w naszą stronę.

Znajdujący się pomiędzy kobietami mężczyzna wyglądał na pewnego siebie, charyzma zdawała się wibrować dookoła niego, czyniąc jego twarz jeszcze przystojniejszą. Stał pewnie, odziany w skórzany płaszcz i patrzył w naszą stronę inteligentnym spojrzeniem oczu w kolorze płynnego miodu. Niezaprzeczalnie piękny. Tuż za nim inny elf zdawał się zlewać w jedność z otaczającą go nocą. Dookoła jego postaci unosiła się dziwna aura, jakby z całego serca pragnął pozostać niezauważonym. Potężną sylwetkę zakrywała czarna peleryna, na głowę zarzucił obszerny kaptur rzucający cień uniemożliwiający ujrzenie twarzy nieznajomego. Nie dostrzegałam jego oczu, a mimo to miałam nieodparte wrażenie, że nasze spojrzenia się spotkały. Jakby przenikał w głąb mojej duszy i czegoś w niej szukał.

Zamrugałam zaskoczona.

WRACAJ DO DOMU.

Nie pamiętam dokładnie, w którym momencie mojego życia postanowiłam ignorować Głos lub działać zupełnie odwrotnie do jego poleceń. Miałam dość słuchania rozkazów, zwłaszcza że nigdy nie zostały oprószone skrawkiem wytłumaczenia.

– Biegnij do nich, zaraz do was dołączę. – Szturchnęłam siostrę, zerkając na zaczerwienione twarze karczmarzy, którzy na tę okazję rozłożyli drewniane stragany. Dostrzegałam beczułki piwa, miodu pitnego i kilka cynowych kielichów z połyskującym w nich karmazynowym winem.

– Jeden kieliszek dla mnie, kochanie – szepnęła, rzucając mi wypełnione szczęściem spojrzenie.

Poprawiłam kaptur i ruszyłam w stronę nieco obskurnego stoiska, obsługiwanego przez zgarbioną, uśmiechniętą kobietę oraz kilka młodych, skromnie odzianych elfek dzierżących w dłoniach proste kielichy.

Jeśli mogłam być dziś kimś innym, nic nie stało na przeszkodzie, aby zacząć tworzenie nowej postaci od dodania jej animuszu niewielką ilością słodkiego, musującego wina.

Wśród tłumów zachowywałam się niemal identycznie jak podczas skradania przez zacieniony dziedziniec. Oceniałam niebezpieczeństwo i szanse zauważenia przez innych, wyszukiwałam miejsca bezpieczne oraz takie, gdzie na pewno nie chciałabym się znaleźć – jak na przykład sam środek sali balowej.

Mur zdawał się mnie wołać, zapraszać do tańca, prosić o kilka chwil uwagi. Próbowałam odwracać od niego wzrok, ale nie przychodziło mi to z taką łatwością, jakiej pragnęłam. Nie czułam się pewna, czy wynikało to z czystej ciekawości pobudzonej tym, że nigdy nie znalazłam się tak blisko granicy. Nie chciałam się do niej zbliżać, opierałam się temu uczuciu, z całych sił ignorowałam mrowienie wzdłuż kręgosłupa.

Obróciłam się z zamiarem wydania kilku monet u pulchnej karczmarki, kiedy poczułam silne ramię w talii i ciągnięcie w stronę roztańczonej masy.

Materiał zsunął się z mojej głowy, czarne fale włosów wysypały się na ramiona. Nie zdołałam ukryć ich z powrotem. Kątem oka ujrzałam parę skrzywionych twarzy i niezadowolonych spojrzeń.

Szok na kilka chwil sparaliżował moje ciało i uniemożliwił wyrwanie się z uścisku. W ucho połaskotał mnie niski, męski śmiech oraz oddech zdecydowanie zbyt mocno przesączony alkoholem. Znalazłam się pomiędzy tańczącymi elfami, napierającymi na mnie z każdej strony. Rozgrzane łokcie szturchały ciało, wbijały się w żebra, ciężkie buty przydeptywały pantofelki. Woń potu i alkoholu drażniła mój nos nieprzywykły do takich zapachów. Elfia pieśń wkradała się do umysłu, pragnąc wciągnąć mnie w toń szaleństwa.

Pijany elf nieprzerwanie błądził potężnymi dłońmi po mojej talii i obracał mną niczym szmacianą lalką. Byłam jak porcelanowa baletnica, na zawsze uwięziona w pozytywce, do końca swoich dni zmuszona nieustannie wirować w rytm tej samej melodii. Szałwiowe oczy mężczyzny lśniły, gdy ten przyglądał się moim rozwianym włosom i uchylonym ustom, którymi wciąż próbowałam złapać oddech. Zaczerwieniona od napitku twarz przybrała wyraz dumy, jaka zapewne towarzyszy myśliwym, gdy uda im się upolować piękny okaz zwierzyny.

Każda kolejna chwila przynosiła ze sobą nową parę męskich dłoni, wędrujących po moim ciele niczym szukający szlaku zagubieni wędrowcy. Serce w ściśniętej piersi biło jak oszalałe, płuca bezskutecznie próbowały zaczerpnąć tchu. Jedyną stałą pozostawało mrowienie kręgosłupa, z każdym momentem przybierające na intensywności. Pomiędzy rozbawionymi twarzami dostrzegałam Mur, znajdował się coraz bliżej, tak samo jak ręce na moim ciele stawały się coraz bardziej zachłanne.

Kątem oka dostrzegłam zgiętą wpół Eleanor. Jej ciałem wstrząsał śmiech, tak radosny i beztroski, iż poczułam nieprzyjemne ukłucie w sercu. Świetnie się bawiła, identycznie jak jej towarzysze. Nawet nie zauważyła mojego zniknięcia. Jedynie zakapturzony elf zdawał się nie brać udziału w rozmowie. Skierował twarz ku tańczącej masie, jakby czegoś szukał.

– Proszę, przestań – sapnęłam do mężczyzny, który przyciągnął mnie do swojego, pokrytego warstwą lepkiego potu, ciała.

Panikowałam. Nie wiedziałam, co robić, a jego zamiary w żadnym razie nie wydawały się przyjazne. W tej chwili nie miałam z nim i jego kompanami szans.

– Jesteś taka dziwna. Brzydulka… a jednocześnie piękna, jakby egzotyczna… – Pijany mężczyzna sunął półprzytomnym wzrokiem po moich włosach, po uszach, które tak wiele razy przynosiły mi wstyd.

Ktoś obok się roześmiał, a czyjś łokieć uderzył silnie prosto w moje żebra. W panice rozglądałam się dookoła, szukając odpowiedzi na pytanie kołaczące w mojej głowie: Co mam robić?

Gdy uśmiechnięta elfka obok rzuciła się na swojego partnera, aby złożyć namiętny pocałunek na jego wargach, udało mi się dojrzeć niewielką lukę w tłumie. Gdybym tylko zdołała wysunąć się z lepkich rąk, mogłabym tam pobiec. Poza pijanym, tańczącym tłumem byłabym bezpieczniejsza, mogłabym uciec do Eleanor.

Zirytowana skrytykowałam samą siebie. Dlaczego nie wzięłam ze sobą niczego do samoobrony? W złoconej szkatułce pod moim łóżkiem tkwił sztylet, a ten zdecydowanie bardziej przydałby mi się tutaj. Może i nie byłam mistrzynią w walce, ale to, czego nauczyli mnie Strażnicy, mogłoby w tej chwili wystarczyć. Nie musiałabym biec do siostry i jej towarzyszy z błaganiem o pomoc.

Zdusiłam odruch wymiotny i stając na palcach, przysunęłam się do przytrzymującego mnie mężczyzny.

– Dziękuję za komplement. Ty także jesteś wielce urodziwy, panie – szepnęłam i ułożyłam usta w najpiękniejszy uśmiech, jaki tylko zdołałam z siebie wykrzesać.

Na jego twarzy zagościło zaskoczenie, by po chwili zmienić się w szeroki, obrzydliwy rechot. Przyciągnął mnie bliżej, a jego ręce wdarły się już pod ciężki materiał peleryny, sunęły po jedwabiu sukni, zbyt szybko zbliżając się do bioder. Nastąpiło to, czego się spodziewałam – jego uchwyt zelżał. Najwyraźniej uznał, że nie zamierzałam już uciekać.

Zaśmiałam się uroczo, delikatnie odepchnęłam się od niego, łapiąc za spoconą rękę – jakbym szykowała się do zrobienia piruetu. Kiedy tylko udało mi się odsunąć na odległość naszych ramion, wysunęłam dłoń z jego wilgotnych palców. Zachwiałam się lekko, odzyskując równowagę, a potem pobiegłam tak szybko, jak chyba jeszcze nigdy w życiu. Kierowałam się w stronę lasu i Muru, a moim ciałem wstrząsały mdłości.

Bałam się odwrócić, nie wiedziałam, czy za mną biegli. Liczyłam na łut szczęścia i fakt, że na pewno zaraz znajdą sobie inną ofiarę. Ostatnia myśl uderzyła mnie niczym wiadro zimnej wody wylanej na głowę.

Wypadłam spomiędzy ostatnich tańczących par, potykając się o kogoś zbyt pijanego, aby zdołał podnieść się z wilgotnej trawy. Mężczyzna wymamrotał coś o bezczelności i deptaniu, ale ja gnałam przed siebie.

Prosto w stronę Muru.

ZAWRÓĆ.

Coś było nie tak, i to bardzo nie tak. Mrowienie gwałtowną falą zalało całe ciało, a ciemna mgła zasnuła oczy. Wpadłam na kamienną ścianę, mimo iż przepełniała mnie pewność, że dzieliło mnie od niej jeszcze co najmniej kilkanaście kroków. Zaskoczył mnie jej chłód, niemal wypalający skórę w miejscach zetknięcia. Przeszywające zimno pochłonęło mnie całą, zalało usta, nos, płuca. Dookoła zapanowała nieprzenikniona czerń, nieznosząca sprzeciwu, zabraniająca mi wykonać jakikolwiek ruch.

W moich płucach wybuchł pożar, a ja zrozumiałam, że szłam na dno.

Tonęłam.

Poczułam szarpnięcie za warkocz. Przez chwilę zdawało mi się, że znów siedziałam na aksamitnej otomanie w kolorze mglistego poranka, pozwalając Eleanor rozczesywać moje splątane włosy. Szarpnięcie wydało mi się jednak dużo mocniejsze, brutalniejsze. Zabolało. Znów byłam w Edanii i uciekałam przed pijanymi mężczyznami o niecnych zamiarach.

Leżałam w trawie. Spomiędzy podartego materiału będącego niegdyś jedną z moich ulubionych sukni, wystawały skrawki nagiej, pokrytej krwią skóry. Otworzyłam usta z zamiarem zawołania o pomoc, albowiem nic innego już nie przyszło mi do głowy.

– Panowie, odnoszę wrażenie, że ta dama nie jest zainteresowana waszym towarzystwem. – Zza pleców moich oprawców dobiegł niski, ciepły głos.

Mimo jego przyjemnej dla ucha barwy moje ciało zareagowało dreszczem.

– Ja za to obawiam się, że to zupełnie nie twoja sprawa. Radziłbym odejść i nie szukać tu kłopotów – warknął barczysty elf, nieprzerwanie lustrując moje ciało.

Pomimo kilku warstw drogich, lśniących materiałów czułam się zupełnie naga. Chwyciłam poszarpany fragment spódnicy, aby zasłonić zdarte kolana.

– Niestety muszę odmówić. Nie zwykłem zostawiać kobiet w opałach.

Słowom tym zaakompaniował dźwięk stali wysuwanej ze skórzanej pochwy. Kilka zaskakująco krótkich chwil później lśniąca, nieco dziwna wąska klinga naparła na grdykę mężczyzny stojącego u moich stóp.

– Mogę jednak zaproponować rozwiązanie pokojowe. Odejdziecie, zostawiając tutejsze elfki w spokoju, a ja rozważę pozostawienie was przy życiu.

Groźba nie została skierowana do mnie, ale po moich plecach spłynęła kropla zimnego potu. Coś mi podpowiadało, że mężczyzna nie miałby problemu ze skróceniem tych trzech elfów o głowę. Przed chwilą przemknął pomiędzy dwójką postawnych mężczyzn i zagroził trzeciemu, a żaden z nich nie zdążył nawet zareagować.

W głowie mojego oprawcy musiały zachodzić skomplikowane obliczenia, gdy wodził spojrzeniem pomiędzy moją rozdartą suknią, odsłaniającą więcej, niż bym chciała, a dłonią odzianą w skórzaną rękawiczkę, dzierżącą połyskujący w świetle Księżyca miecz. W końcu wymamrotał coś, co zapewne miało być przystaniem na propozycję.

Napastnicy oddalili się powolnym krokiem, ostatni raz spojrzawszy jeszcze na moje drżące ciało. Żaden z nich nawet nie zerknął w stronę mojego wybawcy.

Był to ten sam elf, który towarzyszył Eleanor i jej przyjaciółkom.

Górną część jego twarzy wciąż zasnuwał cień rzucany przez obszerny kaptur. Doskonale widziałam jednak szeroką, wyraźnie zarysowaną szczękę, oprószoną kilkudniowym zarostem, okalającym pełne, idealnie wykrojone usta, obecnie mocno zaciśnięte. Pod materiałem peleryny, rysowały się potężne ramiona. Okazał się też dużo wyższy, niż oceniłam z daleka.

– Nic ci nie jest? – Podszedł, aby podać mi dłoń.

Lekko przechylił głowę, obserwując mnie uważnie.

UCIEKAJ.

Niemal prychnęłam, słysząc Głos w głowie. Teraz miałam uciekać?

Zerknęłam na podaną mi rękę, ale postanowiłam ją zignorować. Nie chodziło natomiast o cichy rozkaz rozbrzmiewający w moim umyśle. Byłam zła na siebie. Tyle czasu i wysiłku poświęciłam na treningi, a kiedy stanęłam twarzą w twarz z niebezpieczeństwem, zachowywałam się jak dama w opałach i obcy elf musiał ruszyć mi na ratunek. Jeśli w głębi serca czułam wobec niego wdzięczność, to uczucie to zostało przyćmione przez gniew zmieszany z lękiem.

– Świetnie sobie radziłam. Nie potrzebowałam pomocy od tajemniczej, zakapturzonej postaci – mruknęłam, poprawiając materiał peleryny.

Powstrzymałam odruch, który kazał mi naciągnąć tkaninę na głowę.

– W takim razie przepraszam, że przeszkodziłem. – W jego głosie tańczyło rozbawienie i tylko podburzyło moją już i tak gotującą się krew. – Gdzie moje maniery?

Zsunął materiał z głowy, a czarne, zmierzwione włosy opadły na jego czoło.

Musiałam walczyć, aby moje usta nie otworzyły się w wyrazie pełnym zachwytu dla ujrzanego widoku. W niczym nie przypominał lordów, wysoko urodzonych szlacheckich elfów uchodzących za najprzystojniejszych w Edanii, a każdy z nich uganiał się za moją siostrą. Jego uroda była dzika. Oczy, lekko zmrużone w uśmiechu, miały barwę… podobną do tej widywanej w lustrze, jednak znacznie ciemniejszą, tak ciemnoszarą, iż niemal czarną. Bladą twarz przecinała srebrna blizna, ciągnącą się od kącika ust do brwi, ledwo omijając oko, jakby w przypomnieniu, iż niewiele zabrakło, aby pozbawić go wzroku. Uszy zdobiły srebrne nausznice, bogato zdobione czarnymi agatami, hematytami oraz onyksami.

– Dagan. Niezmiernie miło mi cię poznać, Ophelio – rzekł szorstko, lekko unosząc brew, a w jego oczach dostrzegałam iskierki rozbawienia. – Twoja siostra także biegnie na ratunek. Może chociaż ona zasłuży na nieco łagodniejsze przyjęcie?

Skąd znał moje imię?

Właściwsze pytanie brzmiało: dlaczego się nad tym zastanawiałam?

Irytowały mnie jego aroganckie spojrzenie i dumnie wypięta pierś, jakby miał pewność, iż bez niego nie uporałabym się z zagrożeniem. Nieważne, że miał rację.

Przygryzłam wewnętrzną stronę policzka i oderwałam od niego wzrok. Zdyszana Eleanor biegła w moją stronę, a za nią, nieco wolniej, podążały Eira, Brynn i obcy mi elf. Siostra zarzuciła ręce na moją szyję, a mnie zdominował słodki zapach porzeczek i róż.

– Ophelio, moja kochana, nic ci nie jest? – zaszlochała, ujmując moją twarz w dłonie, i przyjrzała mi się uważniej niż cytrynowym wypiekom naszej kucharki, które tak uwielbiała.

– Nic –burknęłam, zmuszając się do uśmiechu. – Zupełnie nic. Nie tylko ty jesteś dziś nieco niezdarna. To tylko poszarpana suknia. Nic wielkiego.

Tak naprawdę byłam przerażona tym, co się wydarzyło, tym, jak się zachowałam i jak bardzo nie umiałam sobie poradzić w niebezpiecznej sytuacji, ale nie musiałam martwić tym Eleanor. Koniec końców, moje zachowanie w trakcie tego zdarzenia okazało się idealne, postąpiłam jak prawdziwa Słoneczna Elfka – pozwoliłam, aby to mężczyzna ruszył mi na ratunek.

Pozostała część wieczoru upłynęła mi na przysłuchiwaniu się rozmowie moich towarzyszy, ignorowaniu ciągłych, przewiercających głowę spojrzeń Eleanor oraz zakrywaniu obdartych kolan – świadectwa mojej nieudolności.

Dowiedziałam się, że kompan Dagana zwał się Vannevar, ale niezłomnie się upierał, by nazywać go Van. Podobno byli dla siebie jak bracia, wychowali się razem. Odnosiłam wrażenie, że komunikowali się między sobą za pomocą spojrzeń. Ja sama unikałam kontaktu wzrokowego oraz rozmów ze swoim wybawcą.

Gdy oddalił się bez pożegnania, poczułam dziwną ulgę, jakby powiew chłodnego powietrza w najgorętszy dzień Pory Spiekoty.

Nie zauważyłam momentu, kiedy zniknął. Jakby nigdy nie zjawił się w pobliżu.

Rozdział 4

Wmawiałam sobie, że miałam paranoję, ale nie mogłam pozbyć się wrażenia, iż Eleanor zachowywała się co najmniej dziwnie. Zbyt mocno zaciskała dłonie na lejcach. Niespokojnie rozglądała się na boki, zatrzymując wzrok na ciemnych zaułkach pomiędzy brudnymi budynkami.

– Nic nam nie grozi – powiedziałam, gdy uświadomiłam sobie, że zapewne obawiała się napastujących mnie wcześniej mężczyzn.

Odpowiedziała cichym mruknięciem i niepewnym uśmiechem, ale jej oczy nie przestały błądzić po okolicy. Lando zastrzygł uszami, gdy zbliżałyśmy się do niewielkiego strumyka – granicy, za którą rozciągały się już ziemie naszego ojca.

OPHELIO, JESTEŚ W NIEBEZPIECZEŃSTWIE.

Ciszę przeszył trzask łamanej gałęzi, a w ciemności pomiędzy konarami drzew błysnęła stal. Spięłam konia i zaczerpnęłam tchu, aby ostrzec zdającą się niczego nie zauważać Eleanor, ale nie zdążyłam wypowiedzieć ani jednego słowa.

UCIEKAJ!

Ze wzrokiem wbitym w jej rozszerzone z przerażenia oczy, poczułam ostry ból w ramieniu. Jak przez mgłę ujrzałam, że z mojego ciała wystawała cienka strzała zakończona lotką z lśniących, granatowych piórek. W ciągu zaledwie kilku krótkich chwil moje powieki stały się niezwykle ciężkie, jakby ktoś zatopił je w ołowiu. Mięśnie zdawały się wiotczeć, zupełnie ignorując rozkazy, aby zebrały się w sobie i pozwoliły mi uciec. Czułam, że głowa mi opadała, a ciało przechylało się na bok, niebezpiecznie balansując w siodle.

Spadnę z konia, złamię kark i umrę, spadnę z konia i umrę, dudniło mi w myślach. Cóż za beznadziejna śmierć. W końcu ciało zupełnie oddzieliło się od świadomości. Powieki opadły, zasłaniając Eleanor, której złote loki powiewały na wietrze, gdy obracała się, próbując dostrzec napastników.

Stawałam się coraz bardziej bezwładna i powoli zsuwałam się z siodła, policzek tarł o szorstką sierść konia, z dłoni dawno wysunęła się uprząż.

Ktoś rzucił siarczyste przekleństwo, ktoś krzyczał ze strachem w głosie, a jeszcze ktoś inny śmiał się tak złowieszczo, iż byłam pewna, że ten śmiech zostanie ze mną już na zawsze.

Oczami wyobraźni widziałam zasnute alkoholową mgłą zielone oczy, wpatrzone w moje zupełnie bezbronne ciało. Czyjaś dłoń złapała mnie w talii i wciągnęła z powrotem na konia.

Boleśnie pulsowało mi w głowie. Mrok powoli ustępował, świadomość powracała do ciała, barwiąc ciemność na brzoskwiniowe odcienie wschodzącego Słońca. Czyjeś silne palce wbijały się w moje uda, ciałem wstrząsał rytm galopu. W umyśle panował chaos. Za dużo bodźców mieszało się z wszechobecnym szumem utrudniającym mi zrozumienie czegokolwiek.

– Tamta jedzie z nami. Trzymamy się planu. Żadnych błędów.

Moja głowa gwałtownie zmieniła położenie, gdy koń zatrzymał się z głośnym prychnięciem. Po raz kolejny poczułam, że spadam. Przygotowałam się na spotkanie z gruntem, oczekiwałam bólu rozlewającego się po bezwładnym ciele. I tym razem jednak złapały mnie silne dłonie. Ktoś przerzucił mnie przez twarde ramię, a to z każdym krokiem coraz mocniej wbijało się w mój żołądek.

Próbowałam otworzyć oczy, lecz nie zakończyło się to powodzeniem. Ból wwiercał się w skroń niczym niecierpliwe dłuto, a do gardła napływała żółć. Skupiłam się, wkładając w to wszystkie siły pozostałe w moim ciele. Zacisnęłam powieki, walcząc ze zbyt wieloma bodźcami. Potrzebowałam broni i musiałam się ruszyć.

Do mojego nosa zawitały znajome zapachy suszonych ziół. Usłyszałam charakterystyczne skrzypienie otwieranych drzwi, a potem ściszone szepty, gdzieś w tle zadźwięczała stal.

Broń. Niosący mnie napastnik na pewno był uzbrojony.

Ruszyłam dłonią w poszukiwaniu jakiegokolwiek miecza, sztyletu, czegokolwiek. Każdy ruch oznaczał napływającą falę cierpienia i mdłości. W moim umyśle błysnęła nadzieja, gdy palce musnęły znajomy kształt. Powoli oplotłam nimi rękojeść, po czym zastygłam w bezruchu. Ktoś otoczył dłonią moją rękę, oderwał ją od broni i splótł swoje palce z moimi. Ramię, nieustannie wbijające się w mój brzuch, zadrżało, jakby pod wpływem śmiechu.

– Nie tym razem, maleńka.

Szarpnęłam ręką, a przynajmniej próbowałam. Uścisk okazał się zbyt mocny, a ja zbyt słaba.

Kolejne drzwi, schody, dużo schodów. Poczułam gulę rosnącą w gardle. Dokąd zmierzaliśmy?

Przez moją głowę przebiegła myśl, że może Thalien chciał pozbyć się uciążliwej córki.

Nie, na pewno nie. Był okrutny, ale nie aż tak. Chyba.

W końcu mężczyzna się zatrzymał, zdjął mnie ze swego ramienia i zaskakująco delikatnie położył na czymś miękkim. Dookoła roztaczał się znajomy zapach, a miękkość materiału pode mną nie była mi obca.

Zręcznymi palcami sięgnął do guzików mojej peleryny, a ja poczułam napływające do oczu łzy, gdy uświadomiłam sobie, jak bardzo stałam się bezbronna. Fakt, iż odzyskałam świadomość na tyle, aby wiedzieć, co się ze mną działo, ale nie móc zareagować, wydawał się okrutnym żartem losu. Z każdym kolejnym guzikiem nabierałam coraz większej pewności, co zaraz nastąpi. Gorący oddech mężczyzny parzył skórę. Z całego serca pragnęłam móc krzyczeć, kopać i walczyć.

W głębi duszy postanowiłam, że jeśli to przeżyję, nigdy więcej nie będę bezbronna. Nigdy nie pozwolę się skrzywdzić. Nikt nie dotknie mnie bez mojej zgody.

Ciężki, przesiąknięty zapachem konia materiał zsunął się z moich ramion. Gula przerażenia w gardle rosła, a ja miałam wrażenie, że jeszcze chwila, a uniemożliwi mi oddychanie. Może nawet okazałoby się to lepsze od tego, co mnie czekało.

Niespodziewanie silne ręce zniknęły, a mnie okrył chłodny, śliski materiał. Poczułam szorstkie palce na wargach, usta zalał cierpki płyn drażniący podniebienie. Czyjeś dłonie delikatnie uniosły moją głowę, ułatwiając cieczy spłynięcie w dół przełyku. Pragnienie, aby wypluć płyn, stało się niemal bolesne.

Ciemność zaczęła powracać. Kolory wschodzącego Słońca pod powiekami zniknęły. Mrok powitał mnie niczym stary przyjaciel, otulając świadomość. Ogarnęło mnie ciepło, a ja nawet nie podjęłam próby walki, po prostu pozwoliłam się pochłonąć.

Ostatnim, co do mnie dotarło, był dźwięk otwieranego okna, śmiech i chropowaty szept mężczyzny:

– Bierzmy tamtą nad jezioro i miejmy już to wszystko za sobą.