Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł
Ktoś odkładał pieniądze na zmywarkę, ktoś inny świętował rocznicę ślubu. Ktoś spakował plecak ewakuacyjny, ktoś inny kupił bilet na koncert. Aż 24 lutego 2022 roku, już po pierwszych atakach rakietowych, dla Ukraińców stało się jasne, że od teraz żadnego z tych wspomnień nie uda się oddzielić od słów: „A potem zaczęła się inwazja”.
Jak oddać emocje, które towarzyszą wstąpieniu do Sił Zbrojnych Ukrainy? Jak poradzić sobie z faktem, że nie zdołałeś namówić rodziców do ucieczki z Buczy, więc musieli przeżyć okupację i całodobowe ostrzały? Czy można utrwalić chwilę, kiedy cały kraj poczuł się jednością, jeśli jedynym językiem, którego używamy, jest język wojny? I jak przekonać świat, że ukochana Ukraina to coś więcej niż tocząca się wojna?
Kryptonim dla Hioba to kronika pierwszego roku rosyjskiej inwazji. Książka o tym, czego nie można zapomnieć ani wybaczyć. O gniewie, zemście i życiu według praw Starego Testamentu – ale i o miłości do rodzinnej ziemi. I o tym, że nawet jeśli literatura nie ocala, to wciąż może dokumentować grozę, która przekracza granice wyobraźni.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 303
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Tytuł oryginału ukraińskiego Позивний для Йова. Хроніки вторгнення
Projekt okładki Agnieszka Pasierska
Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś
Fotografia na okładce © David Rose / Panos Pictures / Forum
Copyright © 2023 by Oleksandr Mykhed
By agreement with Laxfield Literary Associates Ltd.
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2025
Copyright © for the Polish translation by Jerzy Czech, 2025
Opieka redakcyjna Tomasz Zając
Redakcja Magdalena Kędzierska-Zaporowska
Korekta Aleksandra Kalinowska / d2d.pl, Elżbieta Krok / d2d.pl
Skład Robert Oleś
Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl
ISBN 978-83-8396-049-4
Saszce, Oksanie i Pippi, którzy stali się domem
Trzysta osiemdziesiąty trzeci dzień inwazji. Bucza. Mieszkanie moich rodziców. Minął rok od chwili, kiedy stąd wyjechali i już inny budynek muszą nazywać „domem”. To dłużej, niż zdążyli pomieszkać w tym buczańskim.
Balkon zalany światłem. Wysokie niebo. Przed sobą mam śliczny krajobraz. W oddali widzę port lotniczy w Hostomlu, miejsce, które na zawsze kojarzyć się będzie z ukraińską Mriją[1]. Minie jeszcze tydzień czy dwa i wszystko pokryje się zielonymi i białymi kwiatami zasłaniającymi blizny okupacji.
Kiedy byłem w tym mieszkaniu pierwszy raz od wyzwolenia obwodu kijowskiego, drzwi wejściowe trzymały się na kilku śrubkach i resztkach pianki montażowej. W czasie okupacji drzwi wyłamali maruderzy albo żołnierze rosyjscy, więc nasi przyjaciele prowizorycznie je przymocowali.
Ci, co tu byli, wywrócili wszystko do góry nogami i poharatali powierzchnie wszelkich urządzeń elektronicznych, jakie tylko wpadły im w ręce. Może walczyli z postępem cywilizacyjnym, a może bali się zobaczyć własne bestialskie odbicia.
Okna balkonu i pokoju mojego ojca przeszył na wylot odłamek, zostawiwszy po sobie piękną koronkę popękanego szkła. Odłamek przeleciał przez drzwi, przebił ich oszkloną powierzchnię, drzwi szafy w korytarzu i wgryzł się w ścianę.
Fachowcy wstawili nowe drzwi i wymienili szyby w oknach.
Tylko ten odłamek, który utkwił w ścianie, pozostał. Dla mnie to ważne, że tam pozostaje.
Chyba wszystko jest okej – nowe drzwi wstawione, szyby wstawione, traumy okupacyjne zmyte, chaos świadomości po maruderach został uporządkowany – ale ten odłamek pocisku wystrzelonego w czasie inwazji tkwi we mnie nadal. Określa wszystko.
Nie mogę udawać, że mnie to nie boli.
W tym domu już nikt nie mieszka. I przez nowe szyby widzę rozbite lata wojny.
Zacząłem pisać tę książkę w pierwszym dniu inwazji i pracowałem nad nią przez rok, skupiając się na najważniejszych elementach nowej sytuacji i ranach świadomości.
To jest książka o mnie, o mojej rodzinie, o przyjaciołach, którzy stali się naszą rodziną. I o przyjaciołach, których dał mi ten rok. Książka o tym, co się z nami stało.
Włączyłem do niej cztery rozmowy. Z Jewhenem Tereszczenką, cyborgiem[2], który w 2014 roku bronił donieckiego lotniska i teraz musiał znowu wyruszyć na wojnę. Z Łarą Jakowenko, która musiała zostawić wszystko i wyjechać z matką za granicę. Z Jewhenem Spirinem, dziennikarzem, który brał udział w ekshumacji masowych grobów w Buczy. I na koniec – z Tetianą Myched, literaturoznawczynią, moją mamą, która razem z ojcem przeżyła w ciągu tego roku to, co nie mieści się w wyobraźni.
Moja przyjaciółka Roksolana Hera, adwokatka, sporządziła kronikę zbrodni wojennych, które popełnili żołnierze rosyjscy w ciągu tego roku. Każdy z opisanych przypadków narusza międzynarodowe reguły prowadzenia wojny i domaga się kary. W książce znalazły się jedynie fragmenty tej kroniki, bo nikt nie zniósłby wszystkiego.
To książka o tym, czego nie da się zapomnieć. Ani wybaczyć.
Na początku marca 2022 roku w Kijowie miał zostać otwarty Teatr Dramaturgów. Wydarzenie bez precedensu – teatr, w którym wszystkim kierowaliby pisarze dramatyczni. Na godzinę 23:59 dwudziestego piątego lutego wyznaczono ostateczny termin konkursu, a sztuki jego laureatów miały zainaugurować działalność teatru. Temat: „Alarm”. W ogłoszeniu o konkursie zaznaczono, że oczywiście wszyscy rozumiemy, o jaki alarm chodzi i kto jest jego sprawcą.
Chciałem wziąć udział w konkursie і napisać pierwszą w życiu sztukę. Opisać odczucia, utrwalić chwilę. W mojej świadomości pulsował obraz: potężna, niezmierzona czarna chmura chaosu, która krąży nad nami. Macka lovecraftowskiego Cthulu, a w gęstym mroku migają skrzydła kruków.
Pod koniec sztuki miała się pojawić scena, która wywołuje w myślach typowo hollywoodzki obraz: mocny promień światła przebija ciemność. Tyle że w odróżnieniu od hollywoodzkiej sztampy w mojej ciemności miała być tylko pustka. Chaos, który żywi się chaosem. Takie absolutne nic.
Nie zdążyłem napisać ani jednej linijki dramatu, zbudziła mnie wojna. Zbudził mnie chaos. I huk rosyjskich śmigłowców.
Ja i moja żona Ołena mieszkamy w Hostomlu. To osiedle pod Kijowem.
Drugiego dnia wojny grupa rosyjskich okupantów, specnazowców, wchodzi do naszych domów. Wyprowadzają ludzi na ulicę i pod lufami automatów każą wszystkim uklęknąć. Tak jak latem 2014 roku w obwodach donieckim i ługańskim Rosjanie zatrzymują się na osiedlu, biorąc za osłonę życie cywilów. Zajmują pozycje i przez kilka godzin strzelają do wszystkich pojazdów przejeżdżających trasą Warszawską wzdłuż naszych budynków.
Teraz w lesie gniją szczątki ludzi zabitych przez Rosjan.
Las rosnący koło naszego domu to dla nas szczególne miejsce. Kilka lat temu, niedługo po tym, jak się tu sprowadziliśmy, wspólnie z sąsiadami walczyliśmy z próbą bezprawnej zabudowy na tym terenie. Przegraliśmy wtedy walkę z tutejszym kacykiem i jego „tituszkami”[3].
W tym właśnie lesie, za bezprawnie zbudowanym supermarketem, stacjonują Rosjanie. Tyle że nie rozumieją jednej sprawy: jakkolwiek Ukraińcy kłóciliby się między sobą, przeciwko wrogowi się połączą. I aktywista, który bronił lasu, i „tituszko”, który bronił kacyka, będą wspólnie zabijać okupantów. Tak jak bywało przed kilkuset laty.
Każdy u nas ma swój spis rzeczy, których nie wybaczymy tej wojnie ani okupantom. Moją listę otwiera rozmowa z mamą. Tamtego pierwszego ranka.
Latem 2021 roku moi rodzice, profesorowie literaturoznawstwa, przenieśli się do nowego mieszkania w Buczy. Okna ich budynku wychodzą na hostomelski port lotniczy.
Po pierwszym ataku Rosjan na lotnisko rozmawialiśmy z mamą przez telefon. I głos, który śpiewał mi, kiedy byłem niemowlęciem, wylicza przez słuchawkę: „Synu, pierwszy helikopter, drugi, czwarty, siódmy, dziesiąty, trzynasty. O, Boże!”.
Potem mówi, że widzi scenę przypominającą lot śmigłowców z Czasu Apokalipsy Francisa Forda Coppoli przy dźwiękach Wagnerowskiego Cwałowania Walkirii – na żywo, na własne oczy. I tego im nigdy nie wybaczę.
A lista każdego z nas nie ma końca.
To jest wojna. Podła, brudna wojna bez żadnych zasad. Rosja nie tylko wywołała pełnoskalowy chaos, zarzuciła też sieć dywersantów w cywilnych ubraniach. Dywersanci żyli pośród nas. Teraz kryją się w tłumie.
Tyle że część z nich można szybko wykryć: mało że nie znają miejscowości, nie znają nawet ukraińskiego i nie zdaliby podstawowego egzaminu z wymowy czysto ukraińskich słów.
Język staje się bronią, skutecznym narzędziem obrony.
Obecnie cały kraj stanowi jeden zgodny organizm, którego serce wypełniają miłość do ziemi ojczystej i nienawiść do okupantów. Uprzejmość widać na każdym kroku. Nie ma awantur na stacjach benzynowych. Nie ma naruszeń zasad ruchu drogowego.
W całym kraju ten pierwszy dzień mija bez szabrowników.
Drogi są jednak usiane rozbitymi samochodami. Ludzie jadą z rodzinami, małymi dziećmi, zwierzętami domowymi, wyczerpani niekończącą się ewakuacją do bezpiecznych miejsc. Nie zatrzymują się ani na chwilę.
Jak długo może trwać pierwszy dzień inwazji? Mój i Ołeny – trzydzieści cztery godziny.
Rosja zakazuje swoim mediom nazywać wojnę wojną, inwazję – inwazją. Jak zazwyczaj w ich historii rosyjscy „obrońcy pokoju” stają się anonimowymi kawałami mięsa.
Już nie musimy tłumaczyć, dlaczego Kyiv not Kiev i dlaczego to jest wojna rosyjsko-ukraińska, a nie „kryzys ukraiński”.
Algorytm podsuwa mi newsa z wypowiedzią znanej rosyjskiej intelektualistki, krytyczki literackiej. Czego dotyczą jej uwagi pisane po inwazji? Książek, które pozwalają uciec od rzeczywistości.
Natychmiast dostaje ode mnie bana.
Rosjanie powinni nareszcie zrozumieć, że ta wojna jest też ich wojną, więc kultura rosyjska bezpośrednio się z nią łączy. Powinni zrozumieć, że dopóki trwa wojna, żaden ich film nie może być pokazany na żadnym festiwalu. Żaden przekład książki nie może być opublikowany. Żadna retrospektywna wystawa twórcy rosyjskiego nie zostanie otwarta w żadnym muzeum na świecie. Żadne nowe wydanie Dostojewskiego nie pojawi się na rynku. Żaden film nakręcony z udziałem rosyjskiego sponsora nie wejdzie na ekrany. Żaden rosyjski twórca, jakikolwiek byłby jego antywojenny patos, nie zostanie dopuszczony do głosu. Żaden serial nie trafi na platformy streamingowe. Nie pora na rozróżnianie: „ale to jest dysydent”, „a to jest głos sumienia”.
To, co rosyjskie, musi zamilknąć.
Dyrektor Ermitażu oświadczy później: „Przed operacją specjalną w Ukrainie wszędzie organizowaliśmy wystawy rosyjskich zasobów muzealnych. To właśnie była nasza, że tak powiem, operacja specjalna, wielka ofensywa kulturalna”.
Nikomu nie jest potrzebna wasza soft power, niepotrzebne są wasze „Nie dla wojny”, „Myśmy na niego nie głosowali”, Not in my name, „Putin to jedno, a naród rosyjski to drugie”, „Nie mieszajmy kultury z polityką”.
To nie jest potrzebne nikomu, dopóki Ukraińcy i Ukrainki, choć nie mają doświadczenia wojskowego, chwytają za oręż, żeby bronić kraju, a twórcy schodzą do schronów w swoich placówkach kulturalnych.
Wasze czarne kwadraty na awatarach nie obalą dyktatury.
Potrzebna jest wasza obecność na placach i ulicach rosyjskich miast.
Potrzebne są wasze pieniądze na armię ukraińską, żeby powstrzymała chaos, który wywołaliście.
Zrozumcie, dlaczego w Ukrainie nazwę „Rosja” coraz częściej piszemy małą literą: rosja. I dlaczego nazwisko zbrodniarza, który rozpętał wojnę, też piszemy małą literą, tak jak nazwę choroby.
Co może uczynić każdy cudzoziemiec?
Nawoływać swój rząd, by udzielał finansowej, wojskowej, dyplomatycznej pomocy Ukrainie. Żeby utworzył strefę zakazu lotów nad nami.
Pomagać w zakwaterowaniu uchodźców z Ukrainy.
Alarmować wszędzie o rosyjskiej inwazji na niepodległe państwo i o tym, że jej logika przekracza granice antyutopii i absurdu. O wojnie, której sensu władze Rosji nie potrafią wytłumaczyć nawet swoim zmienionym w zombie mieszkańcom. O wojnie, która toczy się przez wieki i trwa od 2014 roku.
Organizujcie akcje, chodźcie na pikiety do ambasad i konsulatów rosyjskich w waszych krajach, domagajcie się informacji od waszych mediów: w każdej sekundzie trzeba przypominać światu, że w środku Europy toczy się okrutna i podła agresja na demokratyczny kraj.
I nie zapominajcie wspierać finansowo ukraińskiego wojska.
Odmawiajcie jakiejkolwiek współpracy z przedstawicielami rosyjskiego biznesu, polityki, sportu, przemysłu, kultury. Żaden towar z Rosji nie może trafić na półki waszych sklepów.
Kraj, który sieje chaos, musi znaleźć się w całkowitej izolacji. Wszyscy powinni zrozumieć, że ta wojna dotyka każdego. Bo ten chaos może się tylko szerzyć, nie zna granic.
Parę dni przed inwazją jedliśmy z żoną kolację razem z kilkoma bohaterami obrony lotniska w Doniecku, „cyborgami”. Opowiadając o wojnie z Rosją, nie przebierają w słowach. Od razu po tym, jak przeklinają, proszą o wybaczenie. Wybaczcie, mówią, to jest język wojny.
Język, w którym wszystko nazywa się po imieniu.
Wojna to jest wojna, a nie operacja.
„Rosyjski okręcie, spierdalaj” – to idea narodowa.
Całkowita izolacja to broń, na którą zasługuje chaos.
Największa radość – że z bliskimi wszystko jest w porządku, że rodzinne miasto się obroniło, a rosyjscy okupanci zostali zlikwidowani.
Piszę ten tekst w ciągu trzech pierwszych dni wojny.
W całym kraju organizuje się nowe życie rodakom, którzy dotarli do bezpiecznych miejsc.
W Hostomlu trwają walki z kadyrowcami.
W miastach przygotowuje się koktajle Mołotowa na powitanie okupantów.
Moi rodzice spędzają z sąsiadami kolejną noc w piwnicy – w prowizorycznym schronie przeciwlotniczym. Za każdym razem schodząc z siódmego piętra, biorą ze sobą ukochanego czarnego kota, którego mama nazywa Bejbiczką, a tato – Ziną.
My z Ołeną przebywamy w Czerniowcach. Mieszkamy u przyjaciół, którzy wpuścili nas do swojego życia.
W schronach rodzą się dzieci, a Rosjanie zrzucają bomby na szpitale.
Nigdy nie pisałem esejów politycznych i w ogóle nie lubię tego gatunku publicystycznego. Za wiele jest w nim animuszu і patosu. Mało niuansów. Takie teksty są zanadto tymczasowe.
Ale teraz chciałbym utrwalić chwilę. Chwilę, w której cały kraj jest jednością. A jedynym językiem, którego możemy używać, jest język wojny.
Przed lutym 2022 roku nie miałem broni w rękach. Na tydzień przed inwazją razem z Ołeną przez kilka godzin ćwiczyliśmy składanie i rozkładanie automatu Kałasznikowa. Próbowaliśmy też strzelać. Dzisiaj aż do bólu żałuję, że nie robiliśmy tego wcześniej.
Ale podczas tych zajęć zrozumiałem, na czym mogłaby się oprzeć moja sztuka Alarm opowiadająca o przeczuciu wojny. Jej refrenem powinien być kodeks strzelca, którego uczą na pierwszych zajęciach z posługiwania się bronią.
Chciałbym, żeby widz, nawet jeśli zapomni resztę mojej sztuki, zapamiętał cztery podstawowe zasady:
1. zawsze będę obchodził się z bronią tak, jakby była naładowana;
2. nigdy nie wyceluję broni w kierunku, w którym nie chcę strzelać;
3. zanim strzelę, zawsze sprawdzę, co znajduję się przed celem i co za nim;
4. nigdy nie nacisnę spustu, dopóki nie skieruję broni na cel.
Cel jest wiadomy. Znasz reguły obchodzenia się z bronią. Jakakolwiek by ona była – trzymasz ją w rękach. Teraz jej użyj.
Czwarty dzień inwazji. Narodowy Uniwersytet w Czerniowcach. Za radzieckich czasów w tutejszych piwnicach znajdował się schron przeciwlotniczy. A potem, kiedy minęła groźba wojny nuklearnej, urządzono schron dla książek.
Zadaniem bibliotekarzy i wolontariuszy jest wyniesienie tych stert woluminów, które trzeba oddać na makulaturę, i ponowne zorganizowanie tu schronu przeciwlotniczego. Historia zatoczyła jeszcze jedno koło – rakiety znowu zagrażają ludziom.
Tworzymy żywy łańcuch, prawie trzydziestka ludzi. Przekazujemy sobie kolejno paczki książek do utylizacji. Potok granatowych, zakurzonych okładek płynie przez nasze ręce.
Stojąca obok bibliotekarka mówi zafascynowana: „No cóż, wychodzi na to, że wyrzucamy książki, by ratować ludziom życie”.
W grupie łatwo rozpoznać tych, którzy już widzieli, jak wygląda inwazja, oraz uchodźców wewnętrznych, których napaść Rosji wypędziła na zachód Ukrainy. Są skupieni, nie używają wielu słów, mocno odczuwają upływ czasu. Starają się uświadomić miejscowych, dla których wieczorny fajerwerk jest jeszcze bardziej rozrywką niż źródłem cierpienia czy triggerem, budzącym panikę i wzmagającym poczucie zagrożenia.
Wczoraj w nocy w tym pięknym mieście, które w różnych czasach należało i do Austrii, i do Rumunii, i do Związku Radzieckiego, ogłoszono alarm. Ledwie go było słychać. Następnego ranka po niefortunnym alarmie zwolniono z pracy człowieka, który przez dwadzieścia lat odpowiadał za sprawność syreny i gotowość schronów. Godot przyszedł, ale wtedy, gdy już nikt na niego nie czekał.
Dom, w którym znaleźliśmy azyl, stoi w pobliżu cerkwi. Dzwonnica, jak niegdyś, podczas najrozmaitszych najazdów, które widziała ziemia ukraińska, powiadamia o niebezpieczeństwie.
Po raz kolejny przyłapuję się na myśli, że przeżywamy powtórkę z historii – bronimy swojej ziemi i krwią wrogów użyźniamy ojczysty czarnoziem.
Okupanci w sposób świadomy niszczą symbole kultury ukraińskiej. W Charkowie strzelają do gmachu „Słowa”, w którym mieszkali genialni pisarze lat dwudziestych, a z których większość zamordowała władza radziecka.
Okupanci świadomie niszczą naszą pamięć i uderzają w kijowskie centrum telewizyjne w pobliżu Babiego Jaru. Nowa krew przelewa się w miejscu tragedii.
Mamy zostać zlikwidowani, nasze głosy powinny umilknąć. Nie wolno nam zachować dziedzictwa, które moglibyśmy przekazać.
Jak nigdy odczuwamy związek z pokoleniami Ukraińców, a zwłaszcza ukraińskich twórców, którzy pokonywali to samo zagrożenie.
Ukraińcy coraz częściej piszą o „winie ocalałego”. Szerzą się opinie, że wszyscy robimy za mało. Że zawsze można było więcej.
Wydaje ci się, że twoja działalność wolontariusza nie przynosi niezbędnego pożytku. Że nie powinieneś był zostawiać domu i masz poczucie winy, że znalazłeś się tam, gdzie nic ci nie zagraża. Albo przynajmniej tam, gdzie jest spokojnie.
Ci, którzy wstąpili do Sił Zbrojnych i trafili do stosunkowo spokojnych stref, czują, że nie ma z nich pożytku. Ci, którzy nie przeszli szkolenia wojskowego i którym kazano czekać na swoją kolej, czują, że robią za mało. I to czekanie niesamowicie się przeciąga.
Chęć bycia pożytecznym pomnożona jest przez perfekcjonizm, patriotyzm, a często też superumiejętność nabytą jeszcze w cywilu – pracy aż do całkowitego wypalenia.
Każdy walczy tym, co ma.
Ochroniarz wieżowca zatrzymuje windę, w której jest pełno okupantów, i przekazuje ich Siłom Zbrojnym.
Taksówkarz zawozi dywersantów prosto w ręce policji.
Gospodarz kradnie i ciągnie rosyjski sprzęt wojskowy swoim traktorkiem. Pracownik poczty, weteran ATO[4], zestrzeliwuje rosyjski myśliwiec SU-35 z Igły, przenośnego systemu zenitowo-rakietowego, który ma więcej lat niż niejeden z czytelników tego tekstu.
Kobieta przez okno swego samochodu ciska koktajlem Mołotowa w pojazd wojskowy.
Mieszkańcy tymczasowo okupowanych miast nie przyjmują pomocy humanitarnej z rąk wroga.
U babci, urodzonej w roku 1940, strzały z rosyjskich pojazdów opancerzonych wywołują w pamięci obrazy z jej dzieciństwa. Przypomina sobie grozę II wojny światowej. Jej bronią są przekleństwa wydobyte ze starych pokładów języka. Z czasów, kiedy gramatyka dopiero uczyła się chodzić.
Rosja napadła na kraj, który śmieje się z wroga i po prostu w oczach tworzy kanon nowych ludowych bohaterów ukraińskiego oporu.
Rzeczywistość jest osobliwa do tego stopnia, że błyskawicznie staje się mitem, który w nas się wbija.
Rosja zbudowała ideologię zwróconą w przeszłość i gotowa jest składać w ofierze żywych ludzi, by podtrzymać wegetację martwego mitu zwycięstwa Rosjan nad nazizmem, a nie wspomnieć ani słowem o udziale innych narodów Związku Radzieckiego w tym zwycięstwie.
Rosja zbudowała reżim nazistowski, który nie jest w stanie walczyć z innymi armiami, może niszczyć jedynie ludność cywilną.
Rosjanie grożą zniszczeniem elektrowni atomowych i świadomie uderzają w budynki mieszkalne oraz szpitale. Zabijają cywilów, strzelają do dzieci, kobiet i emerytów.
Rosja już w pierwszym tygodniu agresji według przybliżonych danych zburzyła w Ukrainie przeszło 1500 budynków, 202 szkoły i 34 szpitale. Zginęło 41 dzieci.
Każdy korytarz humanitarny zorganizowany przez Rosję zmienia się we wrota śmierci.
Tak było już w sierpniu 2014 roku, podczas wojny na wschodzie Ukrainy, kiedy armia rosyjska i terroryści DNR nie dotrzymali warunków umowy o wyjściu żołnierzy ukraińskich przez bezpieczny i zdemilitaryzowany korytarz w Iłowajsku. Według różnych ocen zginęło wówczas ponad trzystu wojskowych, ponad czterystu odniosło rany, a trzystu trafiło do niewoli.
Rosyjski reżim zbudowany został na kłamstwie. Kłamstwie w stosunku do wszystkich – partnerów światowych, swojej ludności, samej siebie. Rosja w końcu uwierzyła we własną propagandę, a nic nie zrozumiała ze sprawy Ukrainy.
Kiedy piszę te słowa, sankcje dopiero zaczynają odnosić skutek.
Pojawiają się kolejne „zamienniki towarów importowanych”. To władze rosyjskie próbują tworzyć ersatze zamiast prawdziwych wyrobów.
Na ekrany kin rosyjskich nie weszły nowości światowego repertuaru. Jako namiastkę organizują przegląd filmów Aleksieja Bałabanowa, który nakręcił nie tylko szowinistyczne filmy akcji, superhity Brat i Brat 2 (w których między innymi zabijano Ukraińców z preaneksyjnymi komentarzami: „Wy mi, dranie, odpowiecie jeszcze za Sewastopol!”), ale też pełno filmów o egzystencjalnych cierpieniach rosyjskiej duszy i ciała.
Co może pomóc ludziom uciskanym przez totalitarne państwo?
Tylko sztuka, która utrwala myśl: Rosjanie są skazani na życie w wiecznym cierpieniu.
Kiedy piszę te słowa, Stephen King, Neil Gaiman i inni autorzy, których uwielbiam, zrywają umowy na nowe wydania książek w rosyjskich oficynach. Cierpliwy Gaiman tłumaczy oburzonym czytelnikom na Twitterze: wszystko zależy od was, tylko wasz zbiorowy sprzeciw wobec reżimu może coś zmienić.
Mniej niż sto czterdzieści znaków wystarcza do wyjaśnienia myśli, której nie może zrozumieć sto czterdzieści milionów Rosjan.
Ale nie wszędzie na świecie rozumie się niebezpieczeństwo tego, co „rosyjskie”. Podczas mistrzostw w Katarze Rosjanin stanął do dekoracji z symbolem okupantów „Z”. Niczym potomek Hitlerjugend w linii prostej skorzystał z okazji i na arenie międzynarodowej zademonstrował znak wojny.
Nie wszystkie media, nie wszyscy intelektualiści rozumieją konieczność zanegowania kultury rosyjskiej i sankcji wobec niej. Niemiecki PEN Club pisze list otwarty z apelem, żeby bojkotować „Putina, ale nie Puszkina”, „The New Yorker” zamieszcza Literackie głosy z Rosji i Ukrainy, a „Guardian” publikuje materiał Pięć książek o Rosji i Ukrainie (włączając do tej piątki utwory Gogola i antyukraińską Białą gwardię Michaiła Bułhakowa. To tak, jakby wyjaśniać sytuację w dzisiejszych USA poprzez Chatę wuja Toma).
Nie mówię już o tym, że zachodnie media udzielają głosu rosyjskim intelektualistom, którzy teraz emigrują z ojczystego kraju i opowiadają, jak ciężko żyje się im bez wolności słowa.
A tymczasem w cerkwiach podległych patriarchatowi moskiewskiemu ukraińska służba bezpieczeństwa znajduje sztandary z rosyjską symboliką i sprzęt wojskowy dla okupantów.
Cały świat musi zrozumieć, że ten „ruski mir” zabija.
I już wiadomo, w jakim formacie będzie się prezentować kulturę ukraińską w najbliższym dziesięcioleciu. Na imprezach międzynarodowych i w publicznych dyskusjach zaczną nas łączyć w parę z przedstawicielami kraju okupanta. Zachód będzie szukał możliwości, by jakoś zorganizować „cywilizowany” dialog między nami. I do końca nie zrozumie, dlaczego odmawiamy rozmów z przedstawicielami kultury rosyjskiej.
Wtłoczono nas w schemat dyskursu, który narzuciła Rosja, a podchwycił Zachód: że Ukraina jest anty-Rosją (jak zostało to sformułowane w oficjalnym manifeście Kremla, który miał być ogłoszony po upadku Kijowa).
Nie jesteśmy anty-Rosją. Jesteśmy czymś całkiem innym. Młodym, niezależnym, dynamicznym krajem, który zna swoją historię i ma wizję przyszłości.
A mnie od razu chce się krzyczeć: jesteśmy więksi, ciekawsi, szersi niż format, w jaki chce się nas wtłoczyć. My to coś więcej niż inwazja i wojna.
Ale i tak dziesięciolecia swojego życia poświęcę temu, żeby nikt nigdy nie zapomniał, co Rosja zrobiła i robi właśnie teraz w Ukrainie.
Spróbuję sięgnąć do tych pokładów języka, które zawierają najgorsze przekleństwa. Z czasów, kiedy gramatyka dopiero uczyła się chodzić.
Codziennie prześladują mnie dwa pytania. Te pytania są jak cień, który o pewnej porze dnia równocześnie i ciągnie się za tobą, i widnieje z przodu.
Pytanie pierwsze: co robiłeś podczas inwazji?
Pytanie drugie: jaką sprawę doprowadziłeś do końca?
Nie czuję winy ocalałego.
Odczuwam jednak trzy inne winy.
Czuję się winny wobec uchodźców, którzy utracili wszystko, zostawiając swoje domy w obwodach ługańskim i donieckim w 2014 roku. Wstyd mi, że nie umiałem zrozumieć ich strachu, póki sam nie straciłem wszystkiego.
Czuję się winny wobec Sił Zbrojnych Ukrainy, ochotników, wolontariuszy i wszystkich, którzy dźwigali nasze niebo przez osiem lat wojny z Rosją. Czuję się winny temu, że robiłem zbyt mało.
Czuję się winny wobec swoich rodziców, że nie znalazłem słów i argumentów, żeby przekonać ich, by zostawili wszystko i wyjechali. I już drugi tydzień mija, jak tkwią w piekle, które nazywa się Bucza.
Marzę o tym, by ktoś wreszcie napisał motywacyjne non-fiction: Jak przekonać swoich rodziców i dziadków, żeby opuścili strefę działań wojennych.
Niestety ta książka stanie się światowym bestsellerem.
Przez te tygodnie przyswoiłem sobie między innymi to, że cały świat powinien być gotów ruszyć z miejsca i przeciwstawić się złu.
Kiedy piszę te słowa, rodzice mieszkają u nieznajomych ludzi, którzy dali im schronienie. Im i ich czarnemu kotu. Wyrwali się z prowizorycznego schronu w piwnicy wieżowca.
Nie słyszałem głosu ojca od drugiego dnia wojny, kiedy zadzwonił do mnie, żeby mnie uspokoić: „Nie powinieneś winić się za to, że nie dałeś rady nas namówić do wyjazdu”. I kiedy patrzyłem, jak na ulicy staruszek podobny do mego ojca parkował samochód – niezgrabnie, niewprawnie, byle jak – czułem, że to mój bliski.
Prawie czterdziestkę sąsiadów wywieziono z naszych szeregowców w Hostomlu. Kilka osób zginęło. Jeszcze kilka dziesiątek pozostaje w piwnicach i kryjówkach, przeżywając drugi tydzień nieustannego strachu.
Jestem częścią ludzkiego potoku. Przerabiamy bibliotekę na schron przeciwlotniczy.
W naszych rękach są książki autorów, którzy stworzyli podstawy radzieckiego ładu: Karol Marks, Fryderyk Engels i Włodzimierz Lenin. Niezliczone tomy ich dzieł zebranych, które w tej części świata stały się śmiertelnie niebezpieczne.
Rzeka granatowych okładek się kończy, a ja pytam stojącej obok bibliotekarki: „Taka gigantyczna piramida książek. Ileśmy ich wynieśli?”. Odpowiada mi: „Pięć tysięcy trzysta”.
Tamtego ranka właśnie taką liczbę ogłoszono jako liczbę okupantów zabitych od początku wojny.
Teraz wiem, ile to jest. Mierzę książkami, które stały się złem.
Po demobilizacji schowałem plecak z wojskowym wyposażeniem w jak najodleglejszym kącie, myśląc, że więcej mi już nie będzie potrzebny.
Jewhen Tereszczenko, lat czterdzieści pięć. Weteran ATO, obrońca portu lotniczego w Doniecku, jeden z założycieli organizacji społecznej Serca Cyborgów, przedsiębiorca. Po napaści na pełną skalę – znowu w Siłach Zbrojnych. Jewhen i jego żona Switłana to nasi – moi i Ołeny – wyjątkowi sąsiedzi z Hostomla. Podczas okupacji obwodu kijowskiego ich dom został zburzony.
Jewhen jest człowiekiem, z którym najczęściej rozmawialiśmy o możliwej inwazji. Radził, byśmy spisali sobie różne warianty planu działania i po prostu byli przygotowani. Wszystkiego, co dzisiaj wiem o automacie Kałasznikowa, nauczył mnie Jewhen.
Trzysta sześćdziesiąty dziewiąty dzień inwazji, rozmawiamy o marzeniach, o donieckim lotnisku i o tym, jak ułożyły się losy cyborgów.
W dzieciństwie marzyłem o tym, by zostać taksówkarzem w Odessie. Potem chciałem skończyć szkołę morską, a następnie – grać w lidze piłki nożnej. A jeszcze później – pracować w milicji jako śledczy.
W roku 1994 próbowałem dostać się do Akademii Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, ale mnie nie przyjęto. W kolejnym roku startowałem do szkoły wojskowej, ale zawaliłem fizykę. Złożyłem też papiery w Narodowej Akademii Administracji, po której miałem być menedżerem finansowym. Rok później wesołe życie stało się przyczyną kolejnego zakrętu w mojej biografii. W rezultacie musiałem odbyć zasadniczą służbę wojskową. Przez półtora roku służyłem w wojskach obrony pogranicza.
W tym czasie armia ukraińska trzymała się wzorów radzieckich. Tyle że u pograniczników było trochę lepiej niż w innych jednostkach, bo mimo wszystko te siły nawet w czasie pokoju muszą wykonywać jakieś zadania. Żeby pilnować granicy, system musi pracować.
Przez pół roku uczyłem się w szkole podoficerskiej, zostałem dowódcą oddziału ze specjalnością „strzelec wyborowy”. Dostałem wreszcie taką, która mi odpowiadała. Nauczyli nas posługiwać się wszystkimi rodzajami broni, jakich używają pogranicznicy. Mieliśmy ćwiczenia, prawdziwe strzelania. W owym czasie niewiele jednostek w ogóle mogło sobie pozwolić na coś podobnego. Przed przysięgą rekruci wykonywali trzy strzały i do końca służby automatu nawet nie widzieli.
Służba wojskowa trochę zmieniła moje poglądy na życie. Byłem przedtem bardzo infantylny – wydawało mi się, że można funkcjonować tak jak w filmach gangsterskich lat dziewięćdziesiątych, tak jakby to był właściwy sposób życia. Służba zaś pokazuje, kto jest kim naprawdę, odsłania wszystko, co w życiu codziennym cywila pozostaje ukryte. Człowiek może liczyć na pomocną dłoń kolegi, widzi ludzką słabość i naprawdę zaczyna cenić to, co prawdziwe.
Po wojsku spróbowałem wstąpić do Służby Ochrony Państwa. Nie przyjęli mnie jednak, bo nie spełniałem odpowiednich warunków – mój dziadek ze strony mamy na koncie miał recydywę, odsiadkę z ciężkich paragrafów. Ale dziadek nie był zbrodniarzem. Jeździł na traktorze i koparce, parę razy zdarzyły mu się nieszczęśliwe wypadki. Raz kogoś przejechał, innym razem spadł jakiś ciężar i w rezultacie ktoś zginął.
Sądzę, że teraz takie obostrzenia powinno stosować się w przypadku zamieszkania rodziców w Rosji. Chcesz dostać posadę w Służbie Bezpieczeństwa Ukrainy? Jeśli masz rodziców w Rosji, nie będzie to możliwe.
Nawet teraz mylę się co do ludzi. Wyznaję następującą zasadę: Mimo wszystko lepiej wyrzucać sobie, że się źle kogoś oceniło, niż chować się za tarczą nieufności wobec wszystkich.
Kiedy w 2004 roku trafiłem na pierwszy Majdan, to uświadomiłem sobie, że w życiu politycznym dzieje się coś ważnego, ale jeszcze nie bardzo rozumiałem, co właściwie. Wtedy już dotarło do mnie, że państwo powinno kierować się ku Zachodowi i jak najdalej od Rosji. Kilka razy nas, ludzi mających samochody i broń osobistą, proszono o ochronę polityków, zwolenników „pomarańczowej” strony. Tacy przecież nie mieli państwowej ochrony, a już wtedy zaczynano angażować „tituszków”.
W roku 2013, kiedy zaczynała się rewolucja godności, na plac Europejski przyszedłem już pierwszego dnia protestów. Dobrze wiedziałem, że powinniśmy swoją obecnością demonstrować naszą niezgodę. Którejś nocy miałem przez chwilę wrażenie, że w ogóle stoję sam na placu.
Z każdym dniem ludzi było coraz więcej. Protest przeniósł się na Majdan Niezależności. A potem pobito studentów…
Nazajutrz rano, kiedy na Majdan wyszło półtora miliona demonstrantów, poczułem, że w Ukrainie nareszcie coś się uda. Zło przekroczyło granicę, poza którą dobro zaczyna zwyciężać.
Pomagałem organizować służbę medyczną, uzupełniać apteczki, koordynować działania. Dogadaliśmy się także ze znajomymi szefami kuchni, by przygotowywali jedzenie. Moi koledzy parzyli kawę i herbatę. Co rano wszystko to rozwoziliśmy po różnych punktach na Majdanie, potem jechaliśmy do pracy w biurze. Wieczorami zaś albo na Majdan, albo najpierw do siebie, a dopiero potem na Majdan. Robiliśmy to właściwie każdego dnia.
Nocą z 18 na 19 lutego zaczął się szturm Majdanu. Przed piątą rano nastała cisza. Pojechaliśmy do domu, żeby trochę odpocząć.
Budzę się i dowiaduję, że snajperzy już strzelają do majdanowców. Zbieram się, chwytam dalekomierz. W tłumie już zaczęto pytać, o co chodzi. Nie wiadomo, skąd strzelają. Może to w ogóle uczestnicy protestu?
Używam dalekomierza i określam pozycje strzelców – w górę ulicy Instytutśkiej, za wyjściem ze stacji metra Chreszczatyk, budynek stojący trochę wyżej. Za Domem Pisarza.
Według mnie liczba celnych strzałów i zakończenie działań po trafieniu stu osób świadczą o tym, że mordercy przyjechali tu z wyraźnym rozkazem. To nie były chaotyczne działania kilku pododdziałów.
Tak, myślę, że to byli Rosjanie. To tkwi w ich mentalności – wiara w to, że likwidując stu cywilów, wyrządzą nieodwracalne szkody sprzeciwowi obywatelskiemu, złamią go psychicznie. Uwierzyli, że Ukraińców może to powstrzymać.
Na Krymie zostawiłem bardzo dobrych przyjaciół. Trochę starszych ode mnie. Mieli dwie córki – jedna mieszkała z nimi na półwyspie, druga w Białorusi. Mój przyjaciel, głowa rodziny, był rosyjskim rezerwistą. Swego czasu przeniesiono go na Krym, a po rozpadzie ZSRR dostał propozycję, żeby złożyć przysięgę na wierność Ukrainie, ale odmówił i wystąpił z armii. Powiedział, że przysięgę może składać tylko raz.
To Rosjanin, który przyjechał tam, żeby służyć Związkowi Radzieckiemu, i chcąc nie chcąc został Ukraińcem.
Zdzwoniliśmy się na początku aneksji Krymu.
– No i co, Sasza? – pytam.
– Żenia, rozumiem wszystko, co mi powiesz. Bardzo cię szanuję. Ale ty powinieneś zrozumieć mnie. Nawet gdyby mi urwało nogi, to i tak bez nóg poczołgałbym się, żeby wymienić dowód ukraiński na rosyjski – odpowiada.
– Czy wiesz, co stanie się jutro? W tym jutrze nie ma ciebie. Czy twoja córka zgadza się z tobą, że Krym to Rosja?
– Nie, nie zgadza się. Ale ja nie potrafię się do niczego zmusić.
Nie kłóciliśmy się, powiedział to bez agresji w głosie.
Niedawno zobaczyłem na fejsbuku, że jego żona przebywa w Warszawie.
Lato 2014 roku. Wojna. Zaczyna się pobór, wezwanie z jakiegoś powodu nie dociera. W sierpniu coś mnie ruszyło, zaczynam myśleć, że ze swoimi umiejętnościami mogę być użyteczny. Komisarz wojskowy patrzy w moją książeczkę i mówi: „My cię tu z tygrysami bengalskimi szukamy. Już cztery wezwania wysłaliśmy. Prędko na komisję, pojutrze wyjeżdżasz”.
Wśród zmobilizowanych jest wielu ludzi, którzy nigdy nie służyli w wojsku. Albo jeśli nawet służyli, to z łopatą w rękach. Wszyscy dobrze rozumieli, że trzeba zacząć od spraw podstawowych – szkolenie ogniowe, strzelanie z automatu.
Trafiliśmy wtedy jeszcze do 95. Brygady Wojsk Powietrznodesantowych, sformowano z nas 90. Wydzielony Batalion Szturmowy 81. Brygady Szturmowo-Desantowej.
Zakwaterowano nas w namiocie, który sami rozbiliśmy na poligonie.
Przez dwa miesiące szkoliliśmy się codziennie. Na poligonie z drugiej strony drogi kwaterowała inna brygada. Liczyła trzy razy więcej ludzi. My po całym dniu byliśmy tak zmęczeni ćwiczeniami, że ledwie mogliśmy dobrnąć do pałatek. U nich wieczorem wszystko dopiero się zaczynało – budzili się, w wielkim kotle gotowali pilaw, śpiewali piosenki.
Pewnie od nich nie wymagano tego, co od nas. Może brakowało wyposażenia. Desantowcy mieli przynajmniej na czym ćwiczyć – dano im komplet bojowy, broń.
Przejście od życia cywilnego do wojskowego nie sprawiło mi wiele trudności. Wyobrażaliśmy sobie, że po miesiącu ćwiczeń staniemy się prawdziwym specnazem i pokażemy wszystkim, na co nas stać. Wojna szybko się skończy, a my z niej wrócimy jako wielcy bohaterowie. Takimi właśnie złudzeniami się karmiliśmy.
W kinie przecież wszyscy widzieli, że na wojnie się strzela. Ale przecież nie do mnie, ja jestem nieustraszony. Złudzenia rozwiewają się błyskawicznie, jak tylko znajdziesz się na froncie. Kiedy widzisz pierwszego rannego, pierwszego zabitego. To zdarza się też w pobliżu ciebie, gdy kogoś bandażujesz, potem zbierasz jego szczątki i część podskórnej warstwy tłuszczu. Szybko nadchodzi świadomość, że wojna to jest rzecz trudna i straszna.
Z czasem strach zmienia się w obojętność, pomieszaną z wściekłością, pragnieniem zemsty i wolą przeżycia.
Na pierwszą akcję wyjechaliśmy do Pisków, do dzielnicy Miasto Słońca. To taki nieduży kawałek ziemi, przeznaczony dla bogaczy, którzy zbudowali tu wielkie i drogie rezydencje. Dostaliśmy pierwsze przydziały i urządziliśmy się w piwnicach. Tam była nasza baza, właśnie stamtąd wyjechaliśmy, żeby zająć stanowiska w Donieckim Porcie Lotniczym.
Od stawienia się przed komisją uzupełnień do mojego wyjazdu do portu minęły trzy miesiące.
Przyszedł 30 listopada. Szliśmy w kilku kolumnach.
Moja wyjechała o dwudziestej trzeciej. Cztery transportery opancerzone, trzydzieści pięć osób. Ja byłem starszym. Trzy pojazdy dojechały, a nas trafiono. Staliśmy przez trzy godziny na pasie startowym, pod osłoną płonącego transportera. Nie można było wyjść, bo strzelali do nas z broni ręcznej.
W końcu udało się nam namówić kierowcę, żeby nas podwiózł, a w drodze powrotnej doczepił uszkodzony transporter. Do portu lotniczego dotarliśmy o drugiej czterdzieści pięć.
Podczas wojny w Donbasie nie chciałem być snajperem. Do lotniska dotarłem jako zwykły dowódca oddziału. Spędziłem tam szesnaście dni.
Zginęło dwóch, rannych było siedmiu. Jedni ciężej, drudzy lżej. Jeden stracił oko, drugiego trafiło kilka odłamków.
Naszego sanitariusza zranili już na pasie startowym, kiedy zniszczyli transporter. Czołgał się do nas bardzo długo. Omal sami go nie zastrzeliliśmy, ale zaczął wołać: „Chwała Ukrainie! Chwała Ukrainie!”. Dzięki temu ocalał.
Przez dziesięć dni walki nie były zacięte, ogłoszono tymczasowe wstrzymanie ognia. Z rzadka ktoś strzelił – oni albo my. Widzieliśmy, że tamci walczą raczej ze sobą o resztki zapasów żywnościowych.
U nieprzyjaciół widzieliśmy różnych ludzi. Byli tam i donieccy, i ługańscy milicjanci. Byli rosyjscy wojskowi, specjaliści z Rosji, zmobilizowani mieszkańcy obwodów ługańskiego i donieckiego. W porównaniu z obecną wojną dyscyplina wśród naszych wrogów była o wiele gorsza.
Opuściliśmy lotnisko i wróciliśmy do miejsca stałej dyslokacji. Dano nam przepustkę, żebyśmy mogli świętować Nowy Rok w domu. Czwartego stycznia 2015 roku wróciliśmy do naszych.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
[1] Mrija (ukr. Marzenie) AN-225 – samolot transportowy produkcji radzieckiej, największy na świecie. (Jeśli nie podano inaczej – przypis tłumacza).
[2] Cyborgi – powszechnie przyjęte w Ukrainie określenie żołnierzy, którzy od maja 2014 roku do stycznia 2015 roku bronili portu lotniczego w Doniecku przed siłami rosyjskimi dysponującymi dużą przewagą w ludziach i uzbrojeniu.
[3] Tituszki – termin powstały pod koniec rządów Wiktora Janukowycza, a oznaczający ludzi wynajmowanych przez służby specjalne do różnych akcji przeciwko demokratycznej opozycji. Określenie pochodzi od nazwiska sportowca Wadyma Tituszki, skazanego w maju 2013 roku za pobicie dwójki dziennikarzy. Tituszko poparł jednak Euromajdan, obecnie zaś walczy w szeregach armii ukraińskiej.
[4]ATO – operacja antyterrorystyczna na wschodzie Ukrainy. Tak władze ukraińskie nazwały rozpoczęte w kwietniu 2014 roku działania przeciwko separatystom z obwodów donieckiego i ługańskiego oraz wspierającym je siłom rosyjskim. W Polsce używa się przeważnie nazwy „wojna w Donbasie”.
WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.
czarne.com.pl
Wydawnictwo Czarne
@wydawnictwoczarne
Sekretariat i dział sprzedaży:
ul. Dukielska 83C, 38-300 Gorlice
Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa
Dział promocji:
al. Jana Pawła II 45A lok. 56
01-008 Warszawa
tel. +48 22 621 10 48
Opracowanie publikacji: d2d.pl
ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków
tel. +48 12 432 08 50, e-mail: [email protected]
Wołowiec 2025
Wydanie I