Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł
Pragniesz wejść do świata ludowych wierzeń? Pośród leśnych duktów straszą ślepia, a samotna przechadzka po polach i mokradłach może być ostatnią… Wszak pradawne bóstwa nie zawsze skore są nieść pomoc ludziom.
Takim oto wyzwaniom na co dzień próbuje sprostać Snowid kroczący po cienkiej granicy między tym co ludzkie, a co duchowe. Swój los zawdzięcza matce Nawoi, której śladem wciąż podąża. Na jego szczęście tak w doli, jak i niedoli towarzyszą mu nieustannie wierni przyjaciele – Żgajka, Pężyrka, Radociech i Mojmira.
Jak wiele w życiu Snowida zmienią kwietniowe i czerwcowe święta? Przed kim tak naprawdę ucieka Nawoja i czy wyzwoli się od lęków dręczących ją od połogu?
Oto opowieść, w której drzemie słowiański duch.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 413
W serii Słowiańskie Światy do tej pory ukazały się:
Elwira Dresler-Janik
cykl Leszygród
Tom 1. Córki bogini Mokosz
Tom 2. Topielica z mokradeł
Krzysztof Jagiełło
cykl Piast Zdobywca
Tom 1. Przysięga
Agnieszka Kulbat
cykl Dziedzictwo Stróża Nawii
Tom 1. Wezwanie Żmija
Ewelina Kasiuba
Wybranka boga słońca
Anna Musiałowicz
Wyrzuciła ją rzeka
Copyright © Robert Socha
Copyright © Wydawnictwo Replika, 2025
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redakcja:
Maria Kąkol
Korekta:
Izabela Durasiewicz
Danuta Urbańska
Projekt okładki:
Mikołaj Piotrowicz
Skład i łamanie:
Dariusz Nowacki
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:
Dariusz Nowacki
Wydanie elektroniczne 2025
eISBN 978-83-68364-67-5
Wydawnictwo Replika
ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań
www.replika.eu
Babci Zosi, skądkolwiek ptaki Twej duszy spozierają na doczesność,
za opowieści, w których skrzętnie skrył się słowiański duch
Tomaszowi za cierpliwość i wsparcie
oraz za wędrówkę ścieżynami tego świata,
choć to nie do końca Twoja bajka
i każdemu, kto prawdziwie wierzył,
iż pewnej nocy kwiat paproci w końcu zakwitnie
Szedł młodzian lasem w objęciach nocy
Bezksiężycowej, że nic nie zoczy.
Posłyszał zrazu szelest paproci,
A z nim to razem śmiechów uroki.
Za drogowskazem z zabaw, radości
Nad głośny szuwar splecion z szarości.
W ogników blasku w zwierciadle wody
Rusałek siostry z czarnymi włosy,
Krągłymi piersi, słodkimi słowy,
Aż jemu tako odjęły mowy.
Juże ochoczo wzywają jego
Śpiewem utkanym z czaru silnego.
Jako koń rączy w jezioro skacze,
By bawić z nimi w bagniska błocie.
Zrazu czar błogi z oczu mu schodzi.
Po ciałach zeschłych obu ich wodzi.
Dech w piersi staje, ciało mu tonie,
Na jego ustach zastygłe „O nie!”.
JAWOR I KALINA
Ruczaj szemrał swą cichą pieśń do wtóru szelestu koron drzew. Noc oblekała niebo, a księżyc stał wysoko, bieląc mleczną łuną leśny świat.
Wzdłuż wijącej się wstęgi potoku szedł mężczyzna w łachmanach. Przedzierał się przez gęste poszycie; jeżyny czepiały się jego portek, a gałęzie kruszyn muskały ogorzałą słońcem skórę.
Nie pamiętał, jak znalazł się w lesie, czuł jednak przymus, by iść w głąb, skąd coś nęciło jego zmysły. Choć rozum mu podpowiadał, że nie powinien, że lepiej byłoby zawrócić.
W końcu posłyszał niosący się z szelestem listowia śpiew. Wypełniał on las tęsknotą i żalem. Mężczyzna wiedział już, że musi śpiewać jaka z boginek, a mimo to się nie cofnął. Uczuł w sercu pragnienie, by ujrzeć owo zjawisko, bo tylko ono mogło wydobyć z siebie dźwięki tak czyste.
Nim przyklęknął za krzewem kalinowym, melodia ucichła. Odgarnął gałąź, zza której wyłoniła się opadająca łagodnie ku jezioru polana. Ruczaj rozlewał się łagodnym falowaniem tafli, w której odbijał się blask miesięczny. U brzegu przy szeleszczących z cicha tataraku i oczeretach siedziała niewiasta. Bijąca z nieba mleczna poświata nadała jej skórze niematerialnego poblasku… a może tylko mu się zdawało?
Boginka bawiła się lokami, owijając je wokół palców. Westchnęła i znów zaczęła nucić melodię, która przerodziła się w słowa:
Ach, czemuż, czemuż
Zostałam sama
Z wieczorną tą z zórz
Niczym ta mara?
Ach, jakże to, jak
Z wieczorem ciemnym
Nadzieja jak mak
W uwiądzie nędznym?
Ach, gdzież teraz, gdzie,
Siostro ma piękna,
Ukrywasz swój wdzięk
Jak warga miękka?
Ach, z kimże tak, z kim
Śpiewać i tańczyć?
Męża na schwał cnym
Powabem mamić?
Ach, jakiż to czar
Zabrał mi ciebie?
Czyż jedna to z kar? –
Wołam ku niebie.
Dopiero gdy skończyła, postanowił wyjść z ukrycia. Tylko posłyszała dźwięk gałązek – zerwała się. Na moment utkwiła w mężczyźnie spojrzenie zielonych oczu i zaraz czmychnęła do wody.
– Zaczekaj! – zakrzyknął i podbiegł nad brzeg. – Proszę. Usłyszałem, jak śpiewasz. Jest-li możliwe, że istota tak przepiękna jak ty może być smutna?
Rusałka wyłoniła się z wody za pływającymi na tafli nenufarami, ale nie podpłynęła. Patrzyła na mężczyznę, a wejrzenie jej było łagodne.
– Jest-li jaki sposób, by odgonić z twego lica zły czar?
Boginka nie spodziewała się, że mężczyzna taki jak on potrafi użyć słów podobnych, posturą bliżej mu bowiem było do zwykłego chłopa niźli do poety wyśpiewującego ballady.
Zaprzeczyła ruchem głowy.
– Czy jesteś aby pewna? Zrobię wszystko, co w mej mocy, by uśmiech zagościł na twej twarzy, pani.
Przez chwilę patrzyła nań bez słowa, jakby szukała odpowiedzi. Wyciągnęła ku niemu dłoń i kiwnęła palcem, by podszedł.
Zrzucił odzienie i wkroczył do jeziora. Nie skrzywił się nawet, choć woda była zimna. Wszedł po pas i przystanął. Rusałka podpłynęła i wynurzyła się z wody, ukazując krągłości przykryte kaskadami włosów. Obeszła mężczyznę, wodząc palcem po jego skórze. Stanęła przed nim i przewierciła go rozognionym spojrzeniem – co ją niepomiernie zdumiało, nie uczuła bowiem typowej dla siebie chęci wykorzystania go i utopienia w jeziornej toni. Przygryzła pełną dolną wargę. Położyła dłoń na jego torsie, naparła nań pewnie. Poddał się jej, cofnął i położył w wodzie u brzegu. Pochyliła się nad nim woniejąca liliami, złożyła na jego ustach pocałunek gorący, drapieżny i długi. Objęła go udami i lekko wsunęła w siebie, a blady rumieniec obrzucił jej poliki i szyję.
Ujął w dłonie jej drobne piersi, aż jęknęła z radości, choć skórę miał chropawą. Wyprężyła ciało i naparła na niego, złakniona rozkoszy. Wkrótce namiętność pochłonęła ich oboje. Gorączka dwóch nagich ciał połączyła je w jedno, a w objęciach i pocałunkach przestał istnieć świat.
Nim na dobre rozgościł się w uroczysku poranek, mężczyzna się zbudził. Na skórze wystąpiła mu gęsia skórka, a kości strzyknęły, gdy wstał z piasku. Rozejrzał się, ale ni widu, ni słychu po rusałce. Nie pozostawiła po sobie choćby odcisków stóp w mokrym piachu. Za jedyną pamiątkę miał ślady zadrapań na skórze. Pustka rozstania przewierciła jego pierś i tym bardziej zapragnął ujrzeć boginkę ponownie. Zaszył się w lesie na resztę dnia i powrócił w ów rusałczy matecznik w nocy. Ucieszył się, gdy ujrzał nad brzegiem znajome dziewczę, tym razem wpinające we włosy kwiaty kaczeńców.
Tej nocy nie spłoszyła się, gdy bez ogródek wyszedł spomiędzy kalin. Nim podeszła do niego, spojrzała w niebo, na księżyc, który zaczął powoli znikać z nocnego płótna. Gdy ujęła jego dłoń, pociągnęła go za sobą pod osłonę okazałego jawora. Złożyła na ustach kochanka pocałunek.
Gdy oderwała się od niego, spojrzała w jego łagodne brązowe oczy. Westchnienie samo dobyło się z jej ust.
– Czy coś cię trapi? – zapytał.
Ujrzała, jak w jego spojrzeniu pojawia się troska i z nagła uczuła, że przejmuje ją owa emocja nieznanym dotąd drżeniem serca.
– Nic mnie nie trapi – odparła, choć nie była pewna, czy zgodnie z prawdą.
Nie potrafiła sama nazwać odczuć, jakie jego spojrzenie wtłoczyło w jej ciało. Nie umiała także stwierdzić, czy były dobre, czy złe. Rzekła więc:
– Pozwól, że ci zanucę melodię, którą niegdyś śpiewała mi babka.
Kiwnął głową.
Krystaliczny głos rusałki wypełnił polanę, a szum ruczaju wespół z szelestem kalinowego i jaworowego listowia jej zawtórowały:
Gdzie zapomniany ruczaj wody swoje toczył,
Gdzie stara wierzba spała, nikt nigdy nie kroczył
Był ci jawor wysoki i kalina młoda.
On górował konarem, ona trzpiotka płocha.
Szeleścił on dla niej listowiem zielonym,
Ona mu brodziła kwieciem śnieżnobiałym.
Od wschodu do zachodu bawili się razem
Ze śpiewem pluszczy, strzyży nad omszałym głazem.
Szumiało wszelkie drzewie, wet szemrało krzewie,
Cały las po poszycie stuliło zdziwienie.
Ach, jakiż to czar zmamił wielkiego jawora?
Jaki urok sprawił, że spadła mu korona?
Jak to biel kalinowa uczyniła jemu?
Czy wciąż tak niewinna? – zapytało wielu…
Rusałka umilkła.
– I ja zatem pytam – ozwał się zaraz. – Jak kończy się ballada?
– Być może dośpiewam ci innym razem. Wszak nie pora to na zakończenie, prawda?
Uśmiechnęła się, ukrywając skrzętnie w sercu nieznaną obawę. Ucałowała go w usta, zanuciła inną melodię, której odpowiedział las i porwała kochanka w tan. Pląsała z nim w śmiechach wokół jaworowego drzewa, nie mógł zatem ujrzeć, że jednak coś trapi jej duszę.
Spędzali z sobą noc po nocy jako te jaworowe i kalinowe drzewa. Zabawiali się wzajem opowieściami ze swego życia. Tak minęły im wiosna i lato, aż z nadejściem jesieni rusałka zniknęła.
Kochanek szukał jej próżno noc całą. Przepłynął wody jeziora i w nich nurkował. Dzień po dniu zszedł las wzdłuż i wszerz. Nic jednak nie wskazywało, by boginka choćby wczoraj w kniei mieszkała.
Dziewico Dziewanno,
Tyś kwiecia Panną
Zroszona poranno
Do zoczenia snadną.
Umajona łąko,
W pojedyncze słowo
Odżegnaj chorobo,
Gdy w jej oczy spojrzo.
Obeźryj, kochano,
Na dziewczęce wiano.
Co z dolą jej dano,
Niechaj wydano.
I
GORZYGROT
0
Wyczekiwałam z niecierpliwością północki, a z nią – rychłej wizyty wyjątkowych gości.
Spojrzałam na dziecko w kolebce pogrążone w słodkim śnie. Mój synek nie wiedział, iż owa noc to jedna z najważniejszych chwil w jego życiu. Choć nie będzie z niej nic a nic pamiętał, zachowa się ona w mej myśli.
Gdzieś opodal wsi ozwała się pójdźka; jej kwilenie wyrwało mnie z zadumy. Wstałam ze stołka i podeszłam do okna. Ostrożnie odgarnęłam zasłonę, uważając, by jaki zdradziecki promień księżycowy nie wśliznął się do izby, nie podpełzł do kołyski i nie zauroczył mego synka. Spojrzenie przesmyknęło mi się do wiszącego nad kołyską koguciego szpona. Sama się o niego postarałam, miałam więc pewność, iż odegra swą rolę w odganianiu złego – choć zarazem przypuszczałam, że żadna mamuna nie pokusi się o podmienienie dziecka boginki. W nocnym krajobrazie nic nie zwiastowało gości. Dziękowałam gospodarzom, którzy pozwolili nam spędzić i tę niezwykłą noc w ciepłych czterech kątach. Za okazaną dobroć będę im wdzięczna przez wszystkie me dni.
Ogarki świec zapełgały trwożnie, a wraz z nimi zadrżały spowijające izbę cienie. Oto był znak, że nadciągają. Wkrótce cztery kąty wypełnił odległy szept trzech kobiecych głosów. Pojawiły się u wezgłowia kołyski, pochylone nad moim malcem. Trzy żeńskie istoty przyodziane w nagość i rozpuszczone długie kosmyki. Wydawało się, iż żadna z nich nie dostrzegła mnie. Ich przybycie napełniło izbę niezwykłą mocą, której użyczał rodzanicom sam bóg Rod.
Jako pierwsza ozwała się najmłodsza, wyglądem przypominająca dziewczynkę.
– Jam jest rojąca losów kordonek, w mych dłoniach początek twych dni. Niech z moim słowem doli twej zew zamieszka w twym sercu po kres.
Ujęła długi, rudy kosmyk i wyrwała. Obwiązała nim lewą rączkę chłopca, którą ucałowała.
Druga ozwała się rodzanica w sile wieku z jędrnym ciałem.
– Jam jest kreśląca z losów wrzeciona kręte meandry twych dni. Niech z mymi słowy doli twej wiek nie zgaśnie za wczesnych twych chwil.
Ujęła złote pasmo włosów, wyrwała je i owinęła nim prawą rączkę niemowlęcia.
Jako trzecia głos zabrała starowina o poważnym, pobrużdżonym obliczu.
– Jam jest sądząca z osnowy życia przewin i cnót warkocze. Niech moje słowo doli twej dech zabierze z sobą do bogów.
Ujęła srebrny włos, wyrwała go i położyła na czole mojego synka. Następnie pochyliła się nad dzieckiem i je ucałowała.
Przez chwilę jego skóra w miejscu ostatniego pocałunku jaśniała blado, by ostatecznie nie pozostawić żadnego widzialnego znamienia.
Dopiero teraz kobiety ozwały się jednocześnie w te słowa:
– Rodzie, praojcze wszystek żyjących, bądź jemu łaskaw od tejże chwili, a doli jego nie wódź ku złemu, takoż i my prosimy.
Po rytuale przypisania doli rodzanice odwróciły się ku mnie, a spojrzenia ich czarnych jak węgle oczu przewierciły mnie na wskroś. Wskazałam im stół, na którym czekała przygotowana strawa. Dziewczęca rodzanica sięgnęła po pajdę chleba z masłem i ugryzła ją ze smakiem. Kobieta w sile wieku ujęła kubek z winem; przyjrzała się dokładnie zawartości, uraczyła jej aromatem i upiła łyk. Starowina zaś z glinianego naczynia uszczknęła szczyptę soli, którą sypnęła sobie na język. Każda z kobiet ujęła po przygotowanym świeżym zielu kuklika i wplotła je we włosy. Żadna nie ozwała się do mnie ni słowem. Przyjąwszy dary, spojrzały raz jeszcze na niemowlę i rozpłynęły się.
Rodzanice nas opuściły, nim zapiał drugi wioskowy kur, ale zostawiły dla ciebie dar. Niezastąpiony. Kiedyś się o nim dowiesz i poznasz jego wagę. Dopóki będzie przy tobie, dopóty wiedz, że nic złego nie zrobi ci krzywdy, a będzie niczym najlepszy przyjaciel w słocie i słońcu, we dnie i noce. A skoro panie losu już cię obdarowały najwyższy czas na dar ode mnie, a będzie on podzielony na dwie części, które również nie odstąpią cię przez twe życie. Pierwszą jest ma miłość oddana w matczynym pocałunku; moc, której nie przełamie mrok świata, a którą sam mnie obdarowałeś. Drugą jest twe imię. Brzmi ono Snowid i z jego melodią oddaję ci drugą część siebie – wszystko to, czego nie mógł ci dać twój śmiertelny ojciec. Noś je z dumą, a mrok twych myśli nie owieje. A teraz śnij, mój chłopcze, w oczekiwaniu na nowy dzień.
1
Las tonął w barwach zmierzchu. Jadący konno Snowid wiedział, że nie da rady wyjechać stąd przed zapadnięciem zmroku. Nie uśmiechało mu się spędzanie nocy w jakim mateczniku, choć nie obawiał się ukrytego w gęstwie zwierza – bo i był on niczym wobec jakich paskudztw leśnych, których ziemia nosiła wiele. I nawet jeśli zaklinania podobnych istot nie budziły w sercu Snowida trwogi, wolał oszczędzić sobie kłopotu ich spotykania. Chcąc nie chcąc, zwolnił i rozejrzał się uważnie dookoła.
– No, Żgajko, nie zdołamy przed księżycem wyściubić nosa poza granicę tego boru – szepnął do ucha klaczy, głaszcząc ją czule po grzywie. – Musimy znaleźć odpowiednie miejsce na przenocowanie.
Klacz zarżała niespokojnie.
– Tak, wiem. I ja mam nadzieję, że jeśli żyje tu jakiś borowy, nie będzie miał nic przeciwko niewielkiemu ognisku w sercu swej dziedziny.
Snowid zsunął się z siodła i poprowadził klacz z traktu między przycupnięte wśród brzóz czeremszyny. Z jednego z krzaków wyleciał wystraszony lelek, ochryple przeklinając przybysza. Przysiadł na chwilę na gałęzi, przyjrzał się Snowidowi i Żgajce, po czym odleciał, terkocząc zajadle.
– Czyżby który z was mnie obserwował? – mruknął pod nosem Snowid. – Skoro sprawia wam to przyjemność…
Szli między smukłymi pniami otulani coraz gęstszym szalem cieni, gdy ich oczom ukazała się pogrążona w ciszy a upstrzona kwieciem polana. Wiatr zadął wśród koron, przynosząc wieczorny ziąb, więc Snowid opatulił się szczelniej kapotą.
– Oj, Żgajko, coś mi się zdaje, że jakie licho nie chce nas w tym miejscu. Trzeba będzie się zabezpieczyć, by noc była spokojna.
Klacz tupnęła kopytem, co Snowid odczytał jako aprobatę.
Obszedł polanę, by zebrać chrust, z którego rozłożył palenisko. Z kieszeni juków przytroczonych do boku bułanki wyciągnął hubkę i krzesiwo. Bez problemu rozpalił ogień huczący radośnie wśród suchych witek.
Ostatnio na szczęście nie padało, więc poszycie z mchu nadawało się na spoczynek.
– Jeszcze ostatnia rzecz – szepnął i znów sięgnął do torby.
Pogrzebał w niej chwilę, aż pod palcem poczuł pasek.
– Mam cię.
Na rzemieniu wisiał amulet z wysuszonego białego korzenia jeleniego ogona. Snowid przewiesił go sobie przez szyję i schował pod koszulą, przyjrzawszy mu się pierwej uważnie, czy aby na pewno będzie działał. Wyglądało jednak na to, że wszystko jest w porządku.
Snowid usadowił się wygodnie przy ognisku i wyciągnął nad nim dłonie. Ciepło musnęło przyjemnie skórę.
– Możesz wyjść i się ogrzać, Pężyrko – powiedział w przestrzeń.
Wtedy z cienia wyłoniła się obok Żgajki dziewczyna ze złocistymi włosami opadającymi spod wianka z polnych kwiatów. Pochwyciła krańce białej, zwiewnej sukieneczki i umościła się wygodnie na dywanie z mchu. Jak gdyby nigdy nic zaczęła pleść ze swych kosmyków warkocz.
– Widziałaś lelka? – odezwał się.
Dziewczyna spojrzała na niego uważnie. W blasku płomienia jej lico wręcz jaśniało.
– Nadal się boczysz, bo cię nie posłuchałem?
Za całą odpowiedź otrzymał wymowne spojrzenie i niech go w lód przedzierzgnie, jeśli dziewczyna nie byłaby w stanie zmrozić nim ludzkiego serca.
– Chyba nigdy nie pojmę, dlaczego tak nie cierpisz wiedźm. Ale zrozum, nie każda z nich musi zaraz szykować za plecami klątwę. A nawet jeśli… jakoś byśmy sobie poradzili.
Pężyrka prychnęła.
– Przecież wszystko skończyło się dobrze. Daruj mi, błagam. Nie zdzierżę kolejnych dni wędrówki bez twego uśmiechu. Odpowiesz na moje pytanie?
Choć lód w oczach Pężyrki nie stajał, dziewczę ozwało się, a słowa jej Snowid posłyszał w samej głowie.
Tak, odpowiem, choć nie powinnam, bo cóż to za nauczka. I tak, widziałam lelka.
Snowid uśmiechnął się.
– Czy to któryś z bogów?
Wzruszyła ramionami.
– Nie powiesz, czy nie jesteś pewna?
Pężyrka westchnęła.
Nie jestem pewna.
– Rozumiem. Ostatnio słabo sypiam i chyba jestem nieco przewrażliwiony, ale nie wydawał mi się posłańcem.
Dziewczyna nie odpowiedziała. Spoglądała tylko na Snowida szarymi oczyma.
Mężczyzna zarzucił na głowę kaptur, umościł się wygodnie oparty o torbę i opatulił szczelniej płaszczem.
– No to miłej nocy, kochana. Już niedługo, mam nadzieję, wyśpimy się w prawdziwym łożu.
Pężyrka znów nic nie odpowiedziała. Po chwili uśmiech zapalił w jej oczach ciepłe iskierki.
2
Noc otuliła gęstym całunem polanę. Jedynie rdzawy okrąg bijący od płomienia odganiał mrok. Pężyrka czuwała, wsłuchując się w miarowy oddech Snowida. Czekała. Czuła, że ktoś lub coś się zbliża. Ledwie słyszalny szelest listowia obwieścił gościa, ale nie przestąpił on granicy polany. Dziewczyna odwróciła się i wśród gałęzi ujrzała parę błyszczących rudo ślepi. Puchacz, pomyślała. Czy zostawi ich w spokoju? Czy powinna zbudzić Snowida?
Ale ptak tylko siedział na gałęzi i patrzył na wędrowców. Odwrócił głowę, gdy coś zaszeleściło w krzewach. Dziewczyna pobiegła wzrokiem za jego spojrzeniem. Wśród pni zamajaczyły cienie; sylwetki o kształtach kobiecych skąpane w blasku księżyca. Ich włosy błysnęły srebrem, gdy odgarnęły je na plecy, ukazując swe wdzięki prześwitujące przez tuniki z igliwia. Sunęły w stronę obozu, wzdychając ponętnie. Pężyrka stanęła im na drodze.
Trzy widziadła zachichotały tylko. Pierwsze przysunęło się do bladolicej i musnęło jej policzek.
– Ciii – szepnęło jej na ucho, a paraliżujący dreszcz przeszył ciało Pężyrki.
Mary stanęły nad Snowidem.
– Sowa huczy w głębi kniei – szepnęła jedna z niewiast.
– Dokąd on tak ciągle bieży? – zawtórowała jej siostra.
– Grodem, polem, w lasu głębi? – dopowiedziała trzecia.
– Czuć to.
– Widać.
– Szuka.
– Le czy znajdzie?
– Znajdzie.
– Nie znajdzie.
– Czyż nam wiedzieć?
Pierwsza pochyliła się nad śpiącym. Wyciągnęła ku niemu dłoń. I gdy tylko dotknęła piersi Snowida, z piskiem zabrała rękę. Odskoczyła, gdy wnet się zbudził i wstał.
Niewiasta szamotała się w spazmach bólu, trzymając dymiący nadgarstek. Blada jej skóra sczerniała.
– Korzeń! Ma korzeń! – zasyczała.
Snowid złapał za sakiewkę przytroczoną do pasa. Wyciągnął z niej garść soli i sypnął w stronę demonic, a na ich wrzask ptaki śpiące wśród drzew zerwały się do lotu.
Piękne kształty zniknęły. Spod nadgniłych wiechci runa leśnego ukazały się obwisłe piersi, skóra utraciła jędrność, a z długich włosów pozostały kędzierzawe czupryny poprzetykane zbutwiałymi liśćmi.
– Mogłeś być naszszsz – rzuciła jedna z sióstr, wyciągnąwszy ku Snowidowi długi paluch.
– A co mogłyby mi zaoferować leśne baby?
– To, czego nigdy nie znajdziesz.
– Nie poznasz.
– Nie zaznasz.
Snowid sięgnął do mieszka, ale nim zdołał nabrać garść soli, baby z klątwami na językach rozpierzchły się po polanie. Choć zniknęły w mroku między pniami, z kniei niosło jeszcze ich wrzaski. Odetchnął z ulgą. Spojrzał na Pężyrkę stojącą niczym skamieniała.
– Biedna, już ci pomagam.
Podbiegł do Żgajki i z jednej z toreb wyciągnął gałązkę. Podszedł do towarzyszki.
– To bylica. Nie powinna ci zaszkodzić, a odegna urok.
Włożył jej w dłoń ziele.
Poczuła mrowienie roznoszące się po całym ciele uwalniające członki z paraliżu. Westchnęła z ulgą i zaraz padła na kolana, zwiesiwszy głowę.
– Nie smuć się. Ile razy mam ci powtarzać, że podobne sytuacje się zdarzają? Nie pierwszy raz i nie ostatni.
Ukląkł i ujął dziewczynę za podbródek. W jej szarych oczach perliły się łzy.
– Nie płacz. Przecież po coś mam amulety i zioła. Powinnaś pamiętać, że zawsze jestem przygotowany. Żyjemy w trudnych czasach i choć niekiedy to wszystko ciąży na barkach, zdążyłem się przyzwyczaić. Myślę, że dzisiejszej nocy dadzą nam spokój, a jutro czeka nas sen w lepszych warunkach.
Jego uśmiech dodał jej otuchy. Otarła twarz, chwyciła jego dłoń i wstała. Spojrzała na gałęzie drzew, ale puchacza już nie było.
3
Poranek spowił bór lepką mgłą. Snowid czuł znany ból w plecach i karku. Potrzebował chwili, żeby się rozruszać. Po ognisku został tylko popiół. Jego towarzyszka podróży zniknęła, jak to w zwyczaju miała, o brzasku.
Snowid z odjazdem nie zwlekał. Szybkie śniadanie – trochę suszonego mięsa, kawałek sera, kromkę czerstwego chleba – zjadł w drodze. Jeszcze przed południem Żgajka wyprowadziła go z lasu. Chłodne, wczesnowiosenne słońce wisiało na niebie. Mgły zdążyły się rozwiać, ukazując na równinie przed nimi przycupnięty przy granicy boru gród. Snowid wiedział, że jeden dzień mitręgi nie zrobi im dużej różnicy, a zdoła w tym czasie uzupełnić zapasy na dalszą drogę.
Jadąc wiejską ścieżyną wśród pól, nie uświadczył jednak ani jednego człowieka. Na roli nikt nie pracował, a chaty wydawały się opuszczone. Gdy dotarł na podgrodzie, miał już pewność, że dzieje się w nim coś dziwnego, wszak u rozwartej bramy nie ujrzał żadnego strażnika! Gdy Snowid przekroczył mury, nie przywitał go typowy dla podobnych miejsc zgiełk. Po ulicach nie biegały dzieci, nie bawili minstrele, nie przechadzali się mieszkańcy. W mieście gościła cisza przetykana wyciem wiatru w bocznych alejkach. Wszelkie kramy – ba, nawet oberża, w której Snowid miał nadzieję przenocować, jeśli go tu noc zastanie – stały pozamykane. Objechał wszystkie ulice, ale nie znalazł choćby uchylonych okiennic.
Jeżdżąc tak wte i wewte, usłyszał w końcu dziecięcy płacz. Zsiadł z konia i podbiegł do drzwi chałupy, za którymi posłyszał kobietę uciszającą niemowlę. Zapukał.
– Przepraszam, czy ktoś mógłby ze mną porozmawiać?
Odpowiedziała mu cisza, a po chwili znów płacz dziecka.
– Czy moglibyście otworzyć? Nic wam nie zrobię.
– Odejdźcie, wędrowcze – ozwał się męski głos.
– Chciałem tylko znaleźć miejsce na noc i uzupełnić zapasy. Za mną daleka droga, a drugie tyle przede mną. Czy możecie mi pomóc, panie?
Snowid usłyszał jakby dźwięk wymiotów. Potem kobiecy pisk. Harmider za drzwiami trwał chwilę, aż do donośnego łupnięcia czymś twardym o podłogę.
– Czy mogę wam w czymś pomóc? Nie jestem zwykłym wędrowcem. Jeśli macie problem…
– Jeśli chcecie z kimś rozmawiać, znajdźcie szeptuchę. Ona was przyjmie. A teraz ostawcie nas w spokoju.
4
Chata szeptuchy stała poza murami podgrodzia na granicy brzozowego zagajnika, za którym to rozciągał się bór.
Snowid zostawił Żgajkę na ścieżce, sam przeszedł przez furtę w płocie, wzdłuż którego przydrożne kwiaty witały paletą barw. Podszedł do drzwi i zapukał, ale odpowiedziała mu cisza.
– Jest tu ktoś?! – zawołał.
Gdy odpowiedź nie nadeszła, ruszył drożyną wokół chaty. W przydomowym ogródku klęczała starsza kobieta. Dłońmi w grubych rękawicach grzebała w ziemi.
– Chodźcie, chodźcie. Wiedziałam, że przyjedziecie.
– Wiedziałyście?
– Nie żebym wieszczyła, młodzieńcze. O nie. Najzwyczajniej widziałam, jak nadjeżdżacie traktem, to i wiedziałam, że zawitacie do mej chaty. Spadacie mje jako chmurnik z wysokiego nieba.
– Zdążyłem zauważyć. Co tu się właściwie dzieje?
– A pielęgnuję ogródek. Zda się, w końcu mamy już brzezień.
– Mam na myśli gród.
– A, to trza tak od razu. Cóż, klątwa je, to i dlatego w grodzie żywego człeka nie uświadczysz. Wszyscy się chowają za dnia, póki klątwa w mocy. Nocą nieco odżywa tu życie, choć i tak niewiele, i na krótko. Od miesięcy nie mieliśmy tu gości. Gdy początkowo jeszcze próbowałam coś zdziałać, miasto tętniło życiem, choć przyjezdnych z dnia na dzień ubywało. Wielkie głowy jako pierwsze opuściły gród, gdy tylko zorientowały się, że czeka je tu ino biada. Ale nie każdy gotów zostawić wszystko, co ma. Wieść się rozniosła i zostaliśmy sami… do dzisiaj. Choć, jak widzę, nikt was nie ugościł.
– Co to za klątwa?
– Ano wszyscy jako mąż jeden plują sprośnością wieloraką. Myszy, ślimaki, żaby, węże, nitoperze… jest tego, że głowa mała. Dlatego nikt już nie wyłazi za dnia na ulice, co dopiero mówić o przyjściu do mje, skoro, jak dotąd, żaden mój specyfik nie pomógł.
– Ale po was nie widać znamion klątwy.
– Ano, bo to ja głupia jestem? Całe me obejście zabezpieczone od wszelkich mroków, a ja sama zawsze amulet przy sobie noszę, to i ominęło. Ale widzę, że i wy nie w ciemię bici jesteście, bratku. Po ślepiach zrazu widać. Ino kto między światami kroczy, może mieć jedno zielone, drugie brązowe. A i dnie swoje za sobą ciągniecie, jeśli mje oczy jeszcze nie mylą… Ale może dajmy pokój grzecznościom. Na imię mje Jewinia.
– Snowid. Dużo wiesz i widzisz.
– Nie jestem zwykłą zielarką, choć do szeptuchy, którą mje tu zowią, mje daleko. No i może znać po mje lata, ale, uwierzcie, ruchawa nie mniej jestem aniżeli wioskowe dziołchy. Oczy me baczne. Zapewne będziesz chciał samemu doglądnąć działania klątwy?
– Nie mylisz się. Jeśli mam pomóc, muszę się dowiedzieć czegoś więcej. Znaleźć podłoże, z którego wykwitła.
– Daj mje chwilę, łapska obmyje w kadzi i możemy się zabierać. Odwiedzimy starego przyjaciela.
5
– Otwieraj! To ja. Wiem, że tam jesteś. Nie musisz się bać. Żadne większe licho tu nie zawita, niż to, coście sami sobie sprawili. Otwieraj, ino żwawo, bo będziemy inaczej gadać.
Usłyszeli dźwięk przekręcanego klucza, zwalniania zasuwy. W szparze uchylonych drzwi pojawiła się twarz starca.
– Jewinia. Jaka miła wizyta…
– Ja ci dam miłą wizytę. Czegoś się bał, głupi capie?
– Bo ktoś do grodu przyjechał. Obcy. Bałem się, że…
– Ano obcy, obcy. Możesz go sobie obaczyć.
Wskazała na Snowida i jednym pchnięciem otworzyła drzwi na oścież.
– Zapraszam w imieniu gospodarza. – Spiorunowała starca spojrzeniem.
– Na pewno?
Mina dziadka sugerowała Snowidowi co innego.
– Ależ tak, wchodźcie – odparł starzec i zniknął w głębi izby. – Czegoś się napijecie?
– Ja z chęcią. Nie wiem, jak Snowid.
– A również się skuszę – odparł i zamknął za sobą drzwi.
– Ty to, co zawsze, Jewinio, a wy, przybyszu? Nie uraczę niczym mocniejszym, ale mam jeszcze odrobinę rumianku, mięty, melisy?
– Może być mięta – odparł Snowid.
Nim starzec coś odpowiedział, zgiął się wpół i złapał za brzuch. Jego twarz zsiniała. Zdążył sięgnąć po cebrzyk, gdy jęknął i wyrzygał z siebie trzy pomrowy. Ślimaki z głuchym, metalicznym tąpnięciem opadły do naczynia.
– Zbladłeś, Tymosie. Usiądź, a ja przygotuję wodę – rzekła Jewinia, wstając z krzesła.
Wzięła kociołek, napełniła go wodą i zawiesiła nad paleniskiem. Równie sprawnie rozstawiła na stole naczynia, do których nasypała ziół.
– A taki spokój od rana miałem! Pewnie to przez was. Przynieśliście niepokój ze sobą, to i mam teraz.
– No, uważaj sobie. – Jewinia machnęła starcowi łyżką przed nosem.
– Każdy w mieście ma takie przypadłości?
– Ano każdy – sapnął Tymos. – Jedna taka sprośność na mieszkańca. Żem słyszał, iż są i tacy, którzy plują żelastwem. Nie wiem, co gorsze.
– Czy mógłbyś zdjąć koszulę?
– Słucham? Jewinio, kogóż ty mi tu sprowadziła?
– Nie zrzędź, ino posłuchaj go. To nie byle jaki młodzian.
– Już dobrze, dobrze.
Nim wygramolił się z koszuli, zdążył oddać parę ślimaków.
Snowid obejrzał wychudłą sylwetkę starca. Pergaminowa skóra nie nosiła żadnych znamion ni siniaków.
– Z czego właściwie tu żyjecie? Co z polami?
– Cóż, odkąd nad grodem ciąży klątwa, jest coraz gorzej – odparł Tymos. – Gdy kasztelan i jego świta opuścili gród, a spichlerz został bez opieki, kto chciał, zebrał, co mógł, tak że teraz pustką świeci. Wieśniacy przestali robić dla wszystkich. Ludzie nie przybywają, kramy stoją zamknięte, to i żaden interes się nie kręci. Jeśli ktoś nam nie pomoże, niedługo nie będzie tu kogo szukać.
– Co prawda, to prawda. Ino patrzeć, a kto jeszcze może, opuści mury. W razie prostych chorób mój domowy ogródek nastarczał. Ale klątwa to klątwa. Ogródek mały i nie wszystko mje w nim wyrośnie. Z głodem morzącym lud sobie nie poradzę. A las stoi zamknięty. Jakie licho w nim mieszka i wejść mieszkańcom nie pozwala. Dlatego jesteś naszym ostatnim ratunkiem, Snowidzie.
– Ano czułem, że tak się skończy przyjazd tutaj. Myślę, że to jakiś rodzaj klątwy zaniedbania. Musieliście się bardzo narazić bogom, skoro objęła cały gród. Trzeba jakoś odwrócić klątwę, choć przypuszczam, że samo to nie wystarczy. Trzeba będzie przeprosić. Nie wiem, czym sobie nawarzyliście takiego piwa. Zawinić mogła równie dobrze jedna osoba, ale kara dosięgła wszystkich. Muszę się dowiedzieć czegoś więcej, ale gród milczy. Żadnej wartościowej wieści tu nie dostanę.
– Jedną dostaniesz – odparł Tymos. – Bogi nie byli tu czczeni od dawien dawna, a mimo to żyło się tu ludziom dobrze, zatem nie wiem, czym mielibyśmy sobie zasłużyć.
– W takim razie może znajdę coś w lesie. Cokolwiek w nim mieszka, mnie pozwoliło przebyć swe dziedziny.
– W starych grymuarach prababka ma cosik wspominała. Niechże sobie tylko przypomnę, co tam nagryzmoliła. Jeśli pamięć mje nie myli, szło to jakoś tak:
Wśród cieni mateczników tych,
Co zabierają mężów cnych,
W objęciach brzozy cicho śni
Strażnik, a imię jego brzmi…
Wiatry bawi, rzekę wije,
Igliwiem w boru głębinie.
Jest-li on ino ptakiem pstrym
A może w kniei wilkiem złym.
Le jeśliś złaknion wiedzy tej,
Pomnij wnet słowa babki swej:
Gdy w uroczyska zajdziesz gaj,
Spojrzeniu schwytać się nie daj.
Gdzie tak daleko jest już dom,
A przed obliczem twoim on
Stanie – ponury boru Pan,
Za nierozwagę biada tam.
Próżne są modły do bogów
Czy zacne dlań potoki słów.
Gdy ujrzysz jego ślepi dno,
Lico przyprószy twe sino.
– Zatem jednak w lesie tym mieszka borowy?
– Nie znam się na dziwach leśnych, ale jeśli strażnika chcecie tak nazwać, niech i tak będzie.
– Borowy trzyma pieczę nad lasem, zatem to wasz strażnik, który ma swoje prawo nie wpuszczać do lasu tego, kogo nie chce. Lepsze to niż wyprowadzanie na manowce. Stawiałbym, że klątwa jest zasługą bogów, ale i borowy mógłby maczać w tym palce, szczególnie wiekowy. No cóż. Żeby się czegoś dowiedzieć, będę musiał odnaleźć to wasze uroczysko.
– Musisz się do tego przygotować – rzekła Jewinia, a w jej oczach Snowid ujrzał niepokojący błysk.
6
– Naprawdę uważasz, że to konieczne? Nie da się inaczej?
Snowid stał przy granicy brzozowego zagajnika. Światło księżyca prześlizgiwało się po jego nagim torsie.
– Nie inaczej. W księgach jak byk stoi, że do mateczników świętych nagusieńkim jak palec wejść można. Inaczej to zniewaga i kara sroga czeka na tego, kto przeciwstawia się pradawnym prawom. Ściągaj więc portki i w las!
– Księgi wspominają, że cały las należy przejechać nagim?
– Ino intencja starczy, że w progi gaju wejść chcecie, a czystym przemierzyć mateczniki musicie.
Snowid westchnął. Bądź co bądź, nie chciał narażać się bogom tudzież borowemu. Rozwiązał rzemienie i zsunął spodnie.
Na twarzy Jewinii pojawił się uśmiech.
– Długo będziesz mnie tak podziwiała?
– A bo żebym to ja nie widziała czego podobnego w życiu. Nic mje nie zdziwi, ni zgorszy, kochanieńki. Ech… Żebym to ja tylko młodsza była. No już dobrze. Zabieraj się, ino ostrożnie tam! Żywego ciebie potrzebujemy.
– Jak doskonale wiesz, nie jestem byle chłystkiem. Powiastki twej babki wspominają tylko o byciu nagim? Nie ma w nich zastrzeżeń co do brania ze sobą narzędzi, choćby gałązek jarzębinowych?
– Zioła ku ochronie są nawet mym zdaniem wskazane. Ale tylko te, co je możesz trzymać w ręce.
– Wezmę te, które się przydać mogą. Choć nago mierzyć się z rozgniewanym borowym nie mam szans.
– Nie gadaj tyle. Nie wiesz, co cię w gęstwie czeka.
– Mimo to wolałbym się zabezpieczyć na wszelkie okazje. Dawno nie widziałem borowego i nie mam pojęcia, jak wasz będzie się zachowywał.
– Nasz borowy?
– Tak naprawdę był tu przed wami i po was zostanie. Żeby mieszkało się wam tu dobrze, musicie nauczyć się żyć z nim w zgodzie. Wtedy on się odwzajemni, a potrafi z nawiązką. I jak twoja babka zapisała, to strażnik. Choć srogi, to sprawiedliwy. Czas nagli. Mam nadzieję niebawem wrócić.
– Spokojnej drogi.
Snowid wskoczył na Żgajkę. Za brzozowym zagajnikiem otworzył się sosnowy bór. Obrali jedną ze ścieżyn. Jeżeli to stary las z uroczyskiem, pomyślał Snowid, ścieżki muszą się właśnie tam zbiegać.
Im dalej się posuwali, tym drzewa rosły gęściej. Poświata księżyca z trudem przebijała się przez korony, a powietrzem nie niosło odgłosów tego zapomnianego świata. Świerszcze i nocne ptaki milczały. Nawet najmniejsze gałęzie nie drżały z wiatrem.
Żgajka przystanęła. Miejsce kultu rozświetlały świetliki, a na niewielkim pagórku lipy rosły pierścieniem, oddzielając gaj od reszty boru. Snowid zsunął się z siodła.
– Udało nam się dotrzeć w całości, Żgajko. – Klepnął bułankę w zad. – Zostaniesz tutaj. Muszę się z kimś rozmówić.
Klacz zaczęła skubać trawę, a Snowid wygrzebał z juków parę ziół. Obejrzał je dokładnie.
– Żegawka i złocień powinny wystarczyć, jeśli jest tu coś złego.
Odetchnął głęboko, w duchu przeklinając Jewinię.
Przekroczył próg gaju, co odczuł na skórze. Nawet powietrze zdawało się mieć słodkawy posmak. W samym środku trzebiszcza na posłaniu z mchu pod okazałą brzozą stał ołtarz – pojedyncza kamienna płyta. Przed nią ułożono krąg z kamyków, niegdyś używany jako ognisko ku czci boga.
Snowid podszedł do ołtarza. Wokół kamienia wystrzelały łodygi dzięgla leśnego z białymi główkami kwiatów.
– Ziele przeciw klątwie – mruknął. – W samym środku sanktuarium.
Na te słowa coś zachrobotało, zaszeleściło i ze świętego drzewa spełzły niewysokie, dziewczęce istotki. Na głowach ich poruszały się pęczki gałązek, a ciała pokrywała brzozowa kora. Otoczyły Snowida i wzniosły ku niemu swe zdrewniałe rączki. Dwie z nich chwyciły go za dłonie i poprowadziły w głąb gaiku, reszta tańczyła wokół w skocznych pląsach, szumiąc melodię drzew.
Brzozowe drzewice, opiekunki roślin, pomyślał. Zatem nic złego mi się tu nie stanie.
Za ołtarzem u podnóża świętego drzewa wybijał strumień. Jedna po drugiej drzewice nabrały zeń wody i upiły łyk. Snowid spoglądał na nie z uśmiechem. Jedna z nich wzniosła dłonie pełne wody ku gościowi.
– Mam się napić?
Drzewna dziewojka kiwnęła głową. Snowid uklęknął przy niej, położył na mchu ziela ochronne i upił łyk. Woda rozlała się chłodem po ciele. Magiczne odświeżenie wypełniło członki.
– Skoro już cię oczyściły, możemy w końcu porozmawiać.
Snowid poderwał się. Nie usłyszał, że ktoś nadszedł.
– Nie miej sobie za złe chwili nieuwagi. W tych jarach zmysły mogą gubić. Inaczej uroczysko to nie byłoby miejscem kultu, prawda?
Nad Snowidem górowała postać borowego. W szponiastej dłoni dzierżył jarzębinowy kostur. W jego krzaczastej brodzie, wśród gałęzi gniazdo uwiły mysikróliki. Małe węgle oczu spoglądały na gościa uważnie.
– Przybywam tu…
– Wiem, po coś przybył, łączniku. Lecz nie tak łatwą rzeczą jest odwrócenie klątwy. Jak zauważyłeś, dzięgiel by pomógł. Uśmierzyłby skutki, ale nie wygasiłby źródła. Mimo to ani mądra, ani nikt, kogo by posłała z grodu, wstępu do lasu nie ma.
– Co w takim razie ze mną? Czemu mnie wpuściłeś?
– Bo tak mi nakazano. Jestem tylko strażnikiem, chronię las w imieniu…
– Bogini Dziewanny.
– W rzeczy samej. Nie jesteś zresztą mieszkańcem grodziska. Coś więcej, aniżeli przypadek, przywiodło cię w te strony. Pani Lasów wysłała mnie, bym upewnił się, że to na pewno ty. Ostatniej nocy rozprawiłeś się z babami leśnymi bez większych problemów. Ich urok nie padł na twój sen, oczu twych nie zmylił. Matka ci dała twe imię nie bez powodu.
Na dźwięk słowa „matka” Snowid drgnął.
– Czy wiesz coś może…
– Nie wiem o niej nic więcej ponad to, co sam już wiesz, kroczący między światami. Jak już wspomniałem, jestem tylko sługą.
– Nie byle jakim. Nie jesteś zwykłym borowym, byle leśnym szałem.
– Ale i wieszczem. Słucham jedynie głosu mej Pani. Nie widzę wiele poza dziedziny tej puszczy i podobnie niewiele mnie obchodzi. A teraz najważniejsza jest klątwa.
– Czemu dosięgła cały gród?
– Żeby kara poskutkowała i podobne bezeceństwa na myśl ludziom nie przychodziły, musi być dotkliwa. Kraik ten od dawien dawna niewiele miał styczności ze światem za miedzą. Niegdyś czczono tu boginię, ale zaszły zmiany. Moja Pani została zapomniana.
– Nie całkowicie. Wciąż istnieje gaj, a pamięć o nim przetrwała w piśmie.
– Tyle pozostało ze świadectw, a odnaleziony gaj stał się podwaliną dla klątwy. Skalała go dłoń ludzka.
Borowy wyciągnął rękę i wskazał miejsce pod brzozą.
Wśród smukłych, zażółconych kłosów kwiatowych wystrzelał sczerniały kikut. Snowid podszedł pod drzewo. Pochylił się i musnął obumarłą roślinę; ledwie jej dotknął, rozpadła się w proch. Odwrócił się do borowego.
– Gorzygrot, zwany też dziewanną. Kto był na tyle głupi, by w tym miejscu ścinać jej kwiat?
– Ktoś, kto zapewne wie, że klątwa to jego zasługa i nie przyzna się ot tak.
– I jak ma mi to pomóc w jej odczynieniu?
– To akurat proste.
– Aha. Kwiat ma wrócić na swoje miejsce i to za sprawą winowajcy?
– Jednak nie bez powodu jesteś tym, kim jesteś.
– Już to chyba kiedyś słyszałem i wcale a wcale nie uczyniło to mego życia lżejszym. Jak niby kwiat ma powrócić?
– A to już nie mój problem, łączniku. Znasz rozwiązanie.
Borowy odwrócił się, jego długa szata zaszeleściła, ciało zaskrzypiało niczym konar. Przedzierzgnął się w chmarę czarnego ptactwa.
Ciąg dalszy w wersji pełnej