47,90 zł
W przededniu pandemii Olivia Laing wprowadza się wraz z mężem do starego domu w hrabstwie Suffolk. Otacza go piękny, choć zapuszczony ogród, który należał wcześniej do wybitnego członka Królewskiego Towarzystwa Ogrodniczego. Próbując przywrócić roślinom ich dawną bujność, Laing medytuje nad znaczeniem ogrodów w kulturze. Fachową literaturę ogrodniczą czyta z równym zapałem, co Raj utracony Johna Miltona. Przycina cisowy żywopłot, użyźnia glebę z pomocą dżdżownic od firmy Wiggly Wigglers, ale przede wszystkim pyta: czy umiemy jeszcze wyobrazić sobie inny świat?
W tle ogłaszane są kolejne lockdowny, Laing zaś sięga po pisma utopistów, Dereka Jarmana i Williama Morrisa, którzy w ogrodach widzieli metaforę sprawiedliwszego społecznego porządku. „Ogrody – przekonuje autorka – są nieuchronnie polityczne”. Gdy trafiają w prywatne ręce, pojawia się ryzyko, że staną się przywilejem dla nielicznych, a nie dobrem wspólnym, ludzkim azylem. Olivia Laing, pisząc wielką pochwałę ogrodu, poszukuje jego utraconego wspólnotowego wymiaru.
„Nie jest to książka o historii ogrodnictwa, a już na pewno nie jest to poradnik. To raczej refleksja nad ideą ogrodu – jego historią i poetyką, jego relacjami z płcią, wyobraźnią i władzą. Laing należy do jeszcze niezdefiniowanej i być może niepoddającej się definicji kategorii mistrzów narracji, którzy łączą emocje i analizę, spekulację i sięganie do źródeł, błyskotliwość i fakty w swoich poszukiwaniach ulotnych prawidłowości i nieuchronnych sprzeczności, jakie cechują nowoczesne doświadczenie.” „New York Times”
„Wibrująca energią, imponująca rozmachem […], jak wszystkie książki Laing, i ta jest radosną eksploracją wybranego zagadnienia. […] Historia ogrodów i ogrodnictwa to fascynujący temat, ale „Ogród poza czasem” na tym nie poprzestaje. Laing szuka przestrzeni wspólnoty, w której moglibyśmy pielęgnować to, co w życiu najpiękniejsze. Najważniejsze są tu możliwości.” „Washington Post”
„Książka, która będzie się rozwijać w umysłach swoich czytelników, odsłaniając nowe powiązania za każdym razem, gdy po nią sięgniemy. […] W czasach wymuszonej polaryzacji i wszechobecnej w kulturze głównego nurtu oraz dyskursie publicznym tendencji do upraszczania jestem wdzięczna poszukiwaczkom takim jak Laing, które uparcie twierdzą, że powiązania między ludźmi i ziemią mogłyby być pełniejsze i oparte na wzajemności.” „Los Angeles Review of Books”
„Chyba jeszcze nigdy nie czytałem książki, która tak dobrze oddawałaby nie tylko głęboką przyjemność i zadowolenie, jakie daje ogrodnictwo, ale też jego niemal hipnotyczne działanie na ciało i umysł.” „The Observer”
„Piękna książka, która jest refleksją nad ogrodem jako przestrzenią polityczną – miejscem uświęconej i niekiedy samolubnej izolacji w świecie pełnym nierówności – ale także nad ogrodem jako przestrzenią uzdrowienia, nadziei, tworzenia i odnowy.” „The Guardian”
„Inteligentny i frapujący zapis związanych z ogrodem sprzeczności: marzeń i rzeczywistości, życia i śmierci, zachwycającego rozwoju i politycznych koszmarów, które może skrywać.” Neil Tennant
„Laing szuka odpowiedzi na ważne pytania dotyczące własności, wykluczenia i ludzkich prób stworzenia raju na ziemi, a jej elegancka narracja urzeka i oczarowuje. Naprawdę wspaniała lektura.” Sue Stuart-Smith
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 376
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Tytuł oryginału angielskiego The Garden Against Time. In Search of a Common Paradise
Projekt okładki Kamil Rekosz
Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś
Copyright © 2024 by Olivia Laing
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2025
Copyright © for the Polish translation by Dominika Cieśla-Szymańska, 2025
Opieka redakcyjna Tomasz Zając
Redakcja Paulina Piądłowska
Konsultacja merytoryczna dr hab. inż. Ewa M. Zaraś
Korekta Jędrzej Szulga / d2d.pl, Anna Zygmanowska / d2d.pl
Skład Robert Oleś
Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl
ISBN 978-83-8396-082-1
Ogrodnikom
i pamięci Pauline Craig
Mając ten zegar, może pszczoła pilna
Czas swój obliczać, jak my nieomylna.
Cóż lepiej zmierzy bieg godzin łaskawy,
Jeśli nie drzewa i kwiaty, i trawy?
Andrew Marvell, Ogród, przeł. Stanisław Barańczak
Księga ta jako chłodny ogrojec, zawarty i zapieczętowany, raj wszelakich jabłek pełen.
Richard Rolle, English Psalter
Zdarza mi się, nieczęsto, taki sen. Śni mi się, że jestem w jakimś domu i odkrywam tam drzwi, o których nie wiedziałam. Okazuje się, że za nimi znajduje się ogród, i przez zawieszoną w czasie chwilę otwiera się przede mną całkiem nowa przestrzeń, pełna możliwości. Niekiedy są tam schodki wiodące do sadzawki albo rzeźba stojąca wśród opadłych liści. Ogród nigdy nie jest uporządkowany, zawsze urzekająco zarośnięty, i kusi obietnicą ukrytych w nim skarbów. Co tu może rosnąć, jakie tu znajdę rzadkie piwonie, irysy czy róże? Budzę się z poczuciem, jakby coś się we mnie rozluźniło, jakby we wszystko wlała się nowa energia.
Przez większość lat, kiedy zdarzał mi się ten sen, nie miałam własnego ogrodu. Dopiero od niedawna mam swój dom – aż do czterdziestki wynajmowałam mieszkania, rzadko z jakąś przestrzenią na zewnątrz. Pierwszy z moich tymczasowych ogrodów znajdował się w Brighton. Był tak wąski, że niemal mogłam dotknąć rękami ogrodzenia z obu stron jednocześnie, i opadał przez krawędź wzgórz zwanych Downs w postaci trzech stromych tarasów, a kończył się obrośniętą winoroślą szklarnią, gdzie mieszkała złotooka ropucha.
Sadziłam tam nagietek lekarski, który według szesnastowiecznego zielarza Gerarda „bardzo siły a otuchy sercu przydaje”1. Studiowałam zielarstwo i głowę miałam pełną roślin, plątaniny naturalnych form. Nauka botaniki była nauką patrzenia. Zwykły świat stawał się bardziej szczegółowy i misterny, tak jakbym sprawiła sobie lupę dającą trzykrotne powiększenie. Każda roślina była tak wpleciona w historię ludzkości, że czytając o niej, wpadało się w studnię czasu. „Dziki nagietek podobny jest nagietkowi ogrodowemu, tyle że mniejszy; cała roślina ginie, gdy tylko chłody nastaną, do życia zaś powraca, gdy nasienie daje”2.
Dekadę później w Cambridge uprawiałam szałwię i żarnowiec, oczyściłam też śmierdzącą sadzawkę, w której wiosną pełno było traszek, podpływających ku powierzchni, by wypuścić srebrną bańkę powietrza. Utrzymywałam się z krótkich zleceń, miałam czarny grzyb na ścianach, ale ogrody dawały mi poczucie stałości, albo inaczej: pomagały mi pogodzić się z tymczasowością. Uwielbiałam pracę w ogrodzie nie tylko dlatego, że mogłam coś stworzyć, ale też dlatego, że pozwalała mi się zatracić, zapaść w trans koncentracji, tak niepodobny do codziennego myślenia jak logika snu do jawy. Czas się zatrzymywał, czy raczej zagarniał mnie ze sobą. Kiedy miałam dwadzieścia parę lat, przeczytałam jedną z list zasad życiowych i byłam pod takim wrażeniem, że przepisałam ją do swojego czarnego notesiku, w tamtym okresie pełnego aforyzmów i porad, jak żyć. Najbardziej podobało mi się zalecenie, że zawsze warto założyć ogród, nieważne, jak krótko masz zamiar gdzieś mieszkać. Być może ogród nie przetrwa długo, ale czy nie lepiej, gdy idziemy przez życie jak słynny sadownik Johnny Appleseed, zostawiając za sobą chmurę kwiatowego pyłku?
We wszystkich miejscach ogród dawał mi poczucie, że mam dom, ale jednocześnie sprawiał, że tęskniłam za własną przestrzenią, coraz mocniej za każdym razem, kiedy właściciel wypowiadał mi umowę i sprzedawał mieszkanie, które oczywiście nie należało do mnie. Już od dzieciństwa pragnęłam mieć swój ogród, jeszcze bardziej, niż mieć swój dom. Poza pragnieniem miłości to było najbardziej stałe i niedające spokoju ze wszystkich moich pragnień, aż w końcu zdarzyło się tak, że jedno pociągnęło za sobą drugie, w przypływie szczęścia, w który wciąż nie w pełni mogę uwierzyć. W wieku czterdziestu paru lat poznałam, pokochałam i wkrótce poślubiłam pewnego niebywale inteligentnego, nieśmiałego i czułego mężczyznę, dziekana z uniwersytetu w Cambridge. Ian był ode mnie sporo starszy i mieszkał w szeregowcu od podłogi aż po sufit wypełnionym książkami. Jego żona niedawno zmarła, a zaraz po tym, jak zamieszkaliśmy razem, przeszedł dwie poważne operacje. Z początku zbliżyło nas do siebie właśnie zainteresowanie ogrodnictwem, a kiedy on przeszedł na emeryturę, zaczęliśmy rozmawiać o przeprowadzce do domu z ogrodem, który moglibyśmy przywrócić do życia albo urządzić od zera. Nie było jasne, jak dużo jeszcze mamy razem czasu przed sobą, i wydawało nam się dobrym pomysłem spożytkowanie przynajmniej jakiejś jego części na założenie ogrodu.
Gdy zaczęliśmy szukać takiego miejsca, moja ciocia wysłała mi zdjęcie domu otulonego po sam dach przez róże, puszczone łagodnymi łukami, tak że kiście kwiatów zaglądały w okna. Po obu stronach drzwi wejściowych rosły krzewy bukszpanu, przycięte zabawnie w kształt kostki z wypukłością na górze. Dom wyglądał dokładnie jak solidne, kwadratowe domki z kominem rysowane przeze mnie, gdy byłam dzieckiem; ideał zakorzenienia, którego tak bardzo pragnęłam w tym chwiejnym i niepewnym okresie. Przeleciałam wzrokiem przez opisy wnętrz, aż doszłam do części zatytułowanej Otoczenie. „Cechą wyróżniającą ten dom są ogrody znajdujące się na liście RHS [brytyjskiego Królewskiego Towarzystwa Ogrodniczego], założone przez wybitnego ogrodnika Marka Rumary’ego z Notcutts”. To było więcej niż obiecujące! Chociaż nie słyszałam wcześniej o Marku Rumarym, wiedziałam, że Notcutts to słynna szkółka ogrodnicza w Suffolk, która często zdobywała nagrody za swoje okazy na wiosennej wystawie kwiatowej w Chelsea.
Pojechaliśmy obejrzeć ten dom w styczniu 2020 roku. Mijaliśmy kolejne miasteczka w Suffolk, aż dotarliśmy niemal na wybrzeże. Z każdym kilometrem krajobraz robił się coraz bardziej płaski, a niebo – jaśniejsze. Dotarliśmy tak wcześnie, że zdążyłam jeszcze zjeść jajka w koszulce z tostami w kafejce naprzeciwko, co chwila zerkając na zegarek. Od ulicy nie widziało się ogrodu. Musiał być schowany na tyłach. Zobaczyłam go, gdy tylko otworzyły się drzwi. Długi, ciemnawy hol kończył się drugimi, oszklonymi drzwiami, zza których wylała się fala soczyście zielonego światła.
Drzewa na dworze nie miały liści. Ogród był otoczony murem – cegła w kolorze zgaszonej czerwieni, którą porastały najróżniejsze pnącza: glicynia, powojnik, jaśmin nagokwiatowy i kapryfolium, czyli wiciokrzew przewiercień, wśród całych szańców i proporców bluszczu. Całość była zaniedbana i zarośnięta, ale na pierwszy rzut oka widziałam niezwykłe rośliny, takie jak oczar, którego jasnożółte kwiaty wydzielają hipnotyzujący, intensywny zapach, oraz charakterystyczne czarne pąki piwonii drzewiastej. Na końcu ogrodu furtka w murze prowadziła do wiktoriańskiej powozowni, teraz służącej jako zaimprowizowany warsztat. Za nim znajdowała się zagroda dla konia z żelaznym żłobem, dokładnie taka jak w książce The Children of Green Knowe [Dzieci z Zielonego Pagórka], gdzie Tolly zostawiała kawałki cukru dla widmowego konia o imieniu Feste. Właściciel pokazał mi wciąż wiszący w szopie na haczyku, obrośnięty pajęczynami fartuch ogrodniczy Marka Rumary’ego.
Cała działka miała nieco ponad tysiąc trzysta metrów kwadratowych, wydawała się jednak znacznie większa, ponieważ została zmyślnie podzielona żywopłotami, jednym bukowym, a drugim cisowym. Nigdy nie widziało się więc ogrodu w całości, tylko wchodząc przez przejścia i furtki, odkrywało się kolejne sekretne miejsca. W jednym był basenik w kształcie czwórliścia, inne wydawało się zupełnie opuszczone, rosły tam próchniejące drzewa owocowe, między innymi nieszpułka, którą znałam tylko z żartu w Romeo i Julii na temat tego, jak panny nazywają jej owoce: open arses, dosłownie „rozwarte zadki”. Ktoś urządził tu wcześniej wesele i na ziemi wciąż leżała okrągła brezentowa płachta, przez którą przebijały się pokrzywy i naparstnica. Za murem na tyłach, wśród położonego na opadającym terenie parku, stał różowy georgiański dworek, ledwo widoczny przez nagie gałęzie jaworów. W tym murze również znajdowały się łukowate drzwi, zamknięte na kłódkę i pomalowane obłażącą zielonkawoniebieską farbą. Stały się one źródłem pogłoski, że był to niegdyś dom dla wdowy, we mnie jednak wywoływały wspomnienie tajemniczych drzwi z moich snów.
Wiele murów w tym ogrodzie było obrośniętych różami. Wyglądało na to, że nikt ich od lat nie przycinał. Pomyślałam, oczywiście, o naburmuszonej Mary Lennox, dziewczynce o żółtawej cerze, która zakradła się do podobnego ogrodu i wyszła z niego jako ktoś zupełnie inny. Gdybym zadrapała gałązki tych róż scyzorykiem, z pewnością okazałyby się żywe i zielone. Ogrody doskonale potrafią udawać martwe, ale rzadko tak jest naprawdę, poza tym rosło tu mnóstwo przebiśniegów, które wyzierały spod gnijących liści. A potem w kącie spostrzegłam krzew wawrzynka. Nigdy wcześniej nie widziałam tak dużego. Z kiści jego różowawych kwiatów napływały nierówne fale słodkiej woni. To była pierwsza roślina, w której się zakochałam, pierwsza nazwa botaniczna, którą poznałam jako dziecko. Zapragnęłam tego ogrodu ponad wszystko.
To było w styczniu. Gdy przyszedł luty, w Wielkiej Brytanii zanotowano pierwsze przypadki covidu, następnie wprowadzono lockdown we Włoszech, gdzie szpitale już się przepełniały. Tymczasem premier Wielkiej Brytanii, który niebawem miał niemal umrzeć z powodu wirusa, twierdził optymistycznie, że fala zachorowań opada. Ludzie zaczęli nosić maseczki, potem przestali wychodzić z domów, a później zaczęli się bać, że się zarażą, dotykając przesyłek czy podczas zakupów. Tuż po równonocy wiosennej wprowadzono lockdown w całym kraju. Niemal wszyscy w Wielkiej Brytanii zostali zamknięci w domach i mogli wychodzić na spacer tylko na godzinę dziennie.
I w ten sposób świat, który ostatnio gnał tak szybko, po prostu nagle się zatrzymał. W Raju utraconym Milton opisuje Ziemię, która wisi zawieszona na łańcuchu. Tak właśnie widzi ją Szatan, gdy wędruje z Piekła przez pustkowia Chaosu. Najpierw widzi Niebiosa o blankach z szafiru i opalu, a „Obok, przytwierdzona / Złotym łańcuchem, zawisnęła Ziemia, / Mała jak gwiazda o najsłabszej mocy. / Tuż przy Księżycu”3. Malutki świat wiszący w przestrzeni – taki właśnie był pierwszy okres lockdownu, ogólnego zawieszenia.
Było ciepło i słonecznie, rozkoszna, niemal absurdalnie piękna pogoda. Podczas gdy wszystko inne się skurczyło, wiosna wezbrała wielką falą piękna, obfitą pianą kwiatów wiśni i trybuli leśnej. Z Cambridge zniknęli turyści i studenci. Zamknięto nawet place zabaw, huśtawki przypięto do słupków łańcuchami z kłódką.
Ian był po siedemdziesiątce, miał dwa tętniaki, a mój lęk o jego bezpieczeństwo zaczynał wymykać się spod kontroli. Chodziliśmy pustymi ulicami do pustych parków, odsuwaliśmy się na widok obcych, wstrzymywaliśmy oddech, gdy mijali nas biegacze. A i tak nie wychodziłam za często. Kilka tygodni przed lockdownem złapałam kaszel, którego nie mogłam się pozbyć i który przeszedł w zapalenie opłucnej. Leżąc w łóżku z gorączką, przez długie godziny wędrowałam w wyobraźni po moim ogrodzie i próbowałam znaleźć wszelkie informacje o tym, jak powstał i jak się zmieniał.
Obecni właściciele wysłali mi dwa artykuły na ten temat, jeden autorstwa Rumary’ego, zamieszczony w antologii dotyczącej ogrodów w Suffolk, a drugi z pisma „Country Life” z 1974 roku, bogato ilustrowany czarno-białymi zdjęciami. Autorem był architekt krajobrazu Lanning Roper, który – jak się później dowiedziałam – był pierwszym pracodawcą Rumary’ego. Po dalszych poszukiwaniach znalazłam jeszcze tekst w książce The Englishman’s Garden [Ogród Anglika] pod redakcją Alvilde Lees-Milne i Rosemary Verey. Rumary pisał o roślinach z tak żywym zaangażowaniem i znawstwem, że miało się wrażenie, jakby stał tuż obok, machając rękami, pełen entuzjazmu i zarazem skromności. „Nigdy nie zapomnę swojego zachwytu – pisał – gdy zobaczyłem ten ogród po raz pierwszy”4. Wprowadził się do tego domu w 1961 roku wraz ze swoim partnerem, kompozytorem Derekiem Melville’em, którego jeszcze w 2000 roku nazywał swoim „przyjacielem”. Niewyautowany gej – taki język znałam doskonale z własnego dzieciństwa w tęczowej rodzinie w latach osiemdziesiątych.
Kiedy przyjechali tam po raz pierwszy, ogród był zaniedbany, „z niewielkim sadem, w którym stare jabłonie i śliwy rosły wśród bujnych dywanów podagrycznika, a całość otaczały wysokie mury, co tworzyło klaustrofobiczną atmosferę więziennego spacerniaka”5.
Ogród pocięty był siatką wąskich, kruszących się ścieżek – jak się wydawało, prowadzących donikąd. Gleba była lekka i piaszczysta, a rząd wiązów rosnących za murem na tyłach rzucał gęsty cień. Rumary zaprojektował setki ogrodów, ale tylko ten jeden urządził dla siebie. Nawet mimo czasu, który nas dzielił, dało się wyczuć jego entuzjazm. Usunął wszystko poza kilkoma dużymi drzewami, zachował między innymi trzy cisy ‘Fastigiata’ i wspaniałą morwę, zasadzoną za panowania Jakuba I. Kiedy pozbył się podagrycznika i chorych jabłoni, zdał sobie sprawę, że nieregularny kształt działki zachęca, by podzielić ją na kwatery, które byłyby niczym przedłużenie domu, z granicami wyznaczonymi przez żywopłoty. W klasycznym stylu Arts and Crafts, zapoczątkowanym przez Gertrude Jekyll i zastosowanym tak umiejętnie przez Vitę Sackville-West i Harolda Nicolsona w Sissinghurst Castle. Drzewo figowe, które podziwiałam podczas swojej wizyty, wyrosło z sadzonki jednego z drzew właśnie z Sissinghurst.
W pierwotnej wersji ogrodu część z basenikiem została obsadzona staroświeckimi różami odmian takich jak ‘Ferdinand Pichard’ i ‘Fantin Latour’. Miejsce za żywopłotem z cisów, gdzie znalazłam resztki namiotu weselnego, było wtedy cienistym białym ogrodem z narożnikami rozświetlanymi przez różne ozdobne drzewa owocowe, w tym wiśnię tybetańską i wiśnię różową. Pod tymi spiętrzonymi chmurami kwiatów rosły kępy funkii i bambusa, przeplatane skimmią, białym pięciornikiem i białymi floksami, a także białymi narcyzami, liliami królewskimi i tulipanami liliokształtnymi. Według Rumary’ego to było dobre miejsce, gdzie można dojść do siebie, gdy ktoś ma kaca. Okrągły trawnik przypominał zieloną sadzawkę, a białe kwiaty jaśniały w usypiającym świetle przefiltrowanym przez liście. Wyobrażałam sobie, że musiało to przypominać aksamitną wizję letniego wieczoru z obrazu Carnation, Lily, Lily, Rose [Goździk, lilia, lilia, róża] Johna Singera Sargenta.
Z subtelnym wyczuciem kompozycji Rumary’ego wciąż rywalizowało jego własne pragnienie eksperymentowania z nowymi odmianami i gatunkami. Jak pisał: „Przez lata trwała we mnie bezustanna walka między projektantem a hodowcą, bo chociaż za sprawą wykształcenia jestem tym pierwszym, instynkt pcha mnie ku temu drugiemu. To sytuacja jak z doktorem Jekyllem i panem Hyde’em – albo w tym przypadku panną Jekyll i panem Hyde’em! Z początku wygrywała panna Jekyll […], ale pan Hyde pojawiał się co chwila i nadal to robi”6. Rozumiałam ten rodzaj obsesji na punkcie roślin, sama jestem w znacznie większym stopniu panem Hyde’em. W tamtym czasie ogród był wręcz zapchany niezwykłymi i pożądanymi przez wielu roślinami. Posiłkując się wspomnianymi trzema artykułami oraz kilkudziesięcioma zdjęciami znalezionymi online, skrupulatnie zebrałam listę niemal dwustu gatunków i odmian, wybieranych często ze względu na ich zapach. Uwielbiałam ją czytać i by zapomnieć o przerażająco niepewnej przyszłości, marzyłam na jawie, rozmyślając o różnicach między zapachem sarkokokki, zimokwiatu oraz Rosa rugosa, róży pomarszczonej, odmiany ‘Roseraie de l’Haÿ’. Byłam pewna, że niektóre z nich obumarły albo zostały usunięte w ciągu tych kilkudziesięciu lat. Co się stało z Argyrocytisus battandieri, zwanym ananasową miotłą, który potrzebuje ciepłego muru wystawionego na południe? Czy nadal rosną tu gdzieś aukuba japońska, wyhodowana z gałązki uciętej na grobie Chopina, albo goździki, których nasiona pochodziły z ogrodu George Sand w Nohant?
W miarę jak rok zarazy mnożył swoje koszmary, ten na wpół wyobrażony, na wpół realny ogród stał się dla mnie azylem, osobną strefą, do której mogłam wchodzić, kiedy tylko zapragnęłam, chociaż widziałam go wcześniej tylko raz. Brzmi to jak dziwactwo, ale z pewnością nie byłam jedyną osobą, która tej wiosny znajdowała ukojenie w ogrodzie. Podczas mojej choroby ludzi ogarnęła niezwykła obsesja na punkcie ogrodnictwa. Cały świat zapałał nagłą miłością do roślin. Każdego ranka na swoim Instagramie widziałam zalew soczyście zielonych pędów groszku pachnącego i powojnika, zauważonych w trakcie spacerów. W 2020 roku w Wielkiej Brytanii trzy miliony ludzi po raz pierwszy w życiu zajęły się ogrodnictwem, przy czym ponad połowa z nich to były osoby poniżej czterdziestego piątego roku życia. W sklepach ogrodniczych zabrakło kompostu, nasion, a nawet roślin, ponieważ ludzie wkładali całą swoją energię w przeobrażanie przestrzeni, w których zostali zamknięci. To zjawisko występowało jak świat długi i szeroki, od Włoch aż po Indie. W Stanach Zjednoczonych podczas pandemii ogrodnictwem zaczęło się zajmować 18,3 miliona ludzi, w tym wielu milenialsów. Amerykańska firma sprzedająca nasiona W. Atlee Burpee w marcu pierwszego roku pandemii odnotowała sprzedaż wyższą niż kiedykolwiek w swojej stuczterdziestoczteroletniej historii, a rosyjska firma detaliczna Ozon informowała o trzydziestoprocentowym wzroście sprzedaży nasion. Tak jakby w tym okresie zastoju i strachu nagle wszyscy na nowo zauważyli rośliny i dostrzegli w nich ratunek i wsparcie.
Nietrudno zrozumieć dlaczego. Hodowanie czegoś jadalnego narzuca się samo w czasach niepewności, a ten instynkt najsilniej daje o sobie znać podczas epidemii i wojen. Zajmowanie się ogrodem przywracało równowagę, było kojące, pożyteczne, pozwalało upiększyć przestrzeń wokół siebie. Pomagało zapełnić wlokące się dni i dawało poczucie celu ludziom nagle oderwanym od biurowej rutyny. To był sposób, żeby zanurzyć się w teraźniejszości, w której wszyscy zostaliśmy uwięzieni. W momencie zawieszenia – zatrzymania na progu niewyobrażalnej katastrofy, gdy wciąż rosła liczba ofiar i wciąż nie znaliśmy lekarstwa – dobrze było przekonać się, że czas nadal płynie tak, jak powinien: nasiona się rozwijają, pączki pękają, spod ziemi wyglądają żonkile, kojące świadectwo tego, jaki świat powinien być i jaki znów może się stać. Uprawa roślin była rodzajem inwestycji w lepszą przyszłość.
W każdym razie dla niektórych. Lockdown dowiódł także boleśnie, że ogród, ten azyl przed światem, jest nieuchronnie polityczny. Tej wyjątkowej wiosny łatwo było zauważyć przygnębiającą różnicę między ludźmi krzątającymi się z rydlem albo siedzącymi z laptopem na leżakach a tymi uwięzionymi w blokach czy zatęchłych kawalerkach. Ta nierówność dodatkowo się pogłębiła, gdy parki i lasy zostały zamknięte albo zaczęły być patrolowane przez policję, przez co stały się jeszcze mniej dostępne dla tych, którzy potrzebowali ich najbardziej. Według badania przeprowadzonego wiosną 2020 roku przez urząd statystyczny ogromna większość – osiemdziesiąt osiem procent – mieszkańców Wielkiej Brytanii ma dostęp do jakiegoś rodzaju ogrodu, wliczając w to balkony, patia i parki osiedlowe, ale ten rozkład nie jest w żadnym razie równomierny. Czarni mają czterokrotnie mniejszą szansę na dostęp do ogrodu niż biali, natomiast osoby wykonujące prace niewykwalifikowane albo niewymagające pełnych kwalifikacji, pracownicy dorywczy i bezrobotni mają trzykrotnie mniejszą szansę na dostęp do ogrodu niż osoby na stanowiskach kierowniczych i specjaliści. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez amerykański National Institute of Health [Narodowy Instytut Zdrowia] w 2021 roku, chociaż ogólnie na mieszkańca Stanów Zjednoczonych przypada mniej ogrodów niż w Wielkiej Brytanii, biali mają dwukrotnie większą szansę na dostęp do ogrodu niż czarni czy Azjaci.
Gdy na całym świecie doszło do protestów pod hasłem Black Lives Matter, zaczęto uważnie przyglądać się ogrodom, a zwłaszcza ogrodom i parkom rezydencji należących do National Trust. Ogród czy park pałacowy może wydawać się czymś bardziej niewinnym, a wręcz szlachetnym niż pomnik handlarza niewolników, ale je także łączy ukryta relacja z kolonializmem i niewolnictwem. Chodzi nie tylko o to, że wiele doskonale nam znanych roślin ogrodowych, od juki i magnolii aż po glicynię i agapant, to importowane „rośliny egzotyczne”, dziedzictwo kolonialnej manii poszukiwania nowych gatunków. Kapitał potrzebny do zorganizowanego upiększania krajobrazu uzyskiwano również z niewolnictwa, ponieważ luksusowe rezydencje i ogrody w Anglii finansowano z absurdalnie wysokich zysków z plantacji trzciny cukrowej.
Dla niektórych grup taka dyskusja była nieznośna, ponieważ nadawała wymiar polityczny czemuś, co ich zdaniem powinno być neutralnym, pięknym azylem poza wszelką debatą. Te osoby nie chciały się zastanawiać nad kosztem stworzenia tych rajów ani zgodzić się na to, by podważano swojski urok krajobrazu kulturowego. Dla innych z kolei ogród stał się z tej perspektywy miejscem skalanym, a nawet zatrutym, źródłem niepodważanych dotąd przywilejów, błyszczącym owocem brudnych pieniędzy. Sama uważam, że chociaż urok ogrodu rzeczywiście polega na jego zawieszeniu, pozornym oddzieleniu od świata, nie jest możliwe, by istniał poza historią czy polityką. Ogród nie tylko pozwala wyjść poza czas – jest też kapsułą czasu.
Fakt, że posiadanie ogrodu, sam dostęp do ziemi jest luksusem, przywilejem, a nie prawem, którym powinien być, to oczywiście żadna nowość. Historia ogrodu już od jej biblijnych początków to również historia o wykluczeniu czy wygnaniu, począwszy od rodzajów roślin, na rodzajach ludzi skończywszy. Jak kiedyś zauważyła Toni Morrison: „Wszystkie raje, wszystkie utopie określa to, kogo w nich brakuje – ludzie, których się tam nie wpuszcza”7.
Podczas gdy część eleganckich angielskich ogrodów była pod względem ekonomicznym zależna od plantacji trzciny cukrowej, bawełny i tytoniu w obu Amerykach i na Karaibach, inne powstały dzięki ustawom o grodzeniu, procedurze, w ramach której jeszcze w średniowieczu dostępne dla wszystkich pola, błonia i nieużytki zmieniały się we własność prywatną. W latach 1760–1845 uchwalono tysiące Enclosure Acts [ustaw o grodzeniu]. W 1914 roku ponad jedna piąta całego obszaru Anglii była już terenem prywatnym, co stanowiło tylko wstęp do obecnego oburzającego stanu, w którym połowa kraju stanowi własność mniej niż jednego procenta populacji. Grodzenie sprzyjało powstaniu nowego rodzaju arkadii: ogromna rezydencja w doskonałej izolacji, wyspa pośród pozornie naturalnego terenu parkowego, który został wcześniej skrupulatnie wycyzelowany i oczyszczony z wszelkich ordynarnie ludzkich elementów, od dróg, kościołów i gospodarstw aż po całe wioski.
Długo rozmyślałam nad tymi bardziej niepokojącymi aspektami ogrodu. Zarówno moje zarobki, jak i zainteresowania sprawiały, że przez dużą część życia zajmowałam się raczej ogrodami tworzonymi ad hoc i na krótko na opuszczonym czy zaniedbanym terenie. Przez jakiś czas byłam aktywistką ekologiczną, a potem zaczęłam studiować zielarstwo i zimą na pierwszym roku mieszkałam w brezentowym szałasie na fermie świń pod Brighton razem z ludźmi, którzy próbowali tam założyć ogród społecznościowy. Decyzję o studiowaniu zielarstwa podjęłam po wielokrotnej lekturze kuszącej książki Współczesna natura, w której reżyser Derek Jarman opowiadał o tym, jak umierając na AIDS, tworzył ogród na kamienistej plaży w Dungeness. „Przez lata średniowiecze uformowało raj w mojej wyobraźni”8 – pisał, a w swój dziennik wplatał fragmenty ze średniowiecznych zielników, farmakopeę roślin magicznych i leczniczych: rozmaryn, ogórecznik, fiołek trójbarwny, tymianek. Z każdą z nich wiązało się tyle wspomnień i skojarzeń, że ogród Jarmana stał się dwiema pozornie sprzecznymi ze sobą rzeczami jednocześnie: wyjściem ewakuacyjnym do wieczności i sposobem na to, by wpisać się w żywy krajobraz – chociaż sam Jarman używa słowa „przykuć”.
Mniej więcej wtedy, kiedy zaczęły się pojawiać pierwsze przypadki covidu, zaangażowałam się w kampanię na rzecz ocalenia domu Dereka Jarmana, zwanego Prospect Cottage, i otaczającego go sławnego ogrodu. Po dwóch tygodniach od wprowadzenia lockdownu udało się osiągnąć z pozoru niemożliwie ambitny cel: uzbieraliśmy trzy i pół miliona funtów. Wyglądało na to, że nie tylko dla mnie to nieprawdopodobne miejsce było źródłem siły długo po śmierci Jarmana. Jego ogrodu nie otaczał mur ani płot, celowo zatarto granicę między tym, co pielęgnowane, a tym, co dzikie. Róże i trytomy ustępowały miejsca kształtowanym przez wiatr kępom modraka morskiego i kolcolistu. W ten sposób podkreślono jeden z najbardziej interesujących aspektów ogrodu: to, że istnieje na progu między zamysłem a naturą, między świadomą decyzją a nieprzewidywalnym zbiegiem okoliczności. Nawet najstaranniej pielęgnowane ogrody podlegają stałemu naporowi sił zewnętrznych, od pogody oraz aktywności owadów i mikroorganizmów żyjących w glebie aż po mechanizmy zapylania. Ogród to sztuka utrzymania równowagi, która może polegać na współpracy albo otwartej wojnie. Owo napięcie między tym, jaki świat jest, a tym, jaki ludzie by pragnęli, żeby był, stanowi sedno kryzysu klimatycznego. Ogród zaś jako taki może być też przestrzenią eksperymentów, prób ułożenia tej relacji na nowo, tak aby przynosiła mniej szkody.
Z własnych doświadczeń wiedziałam, że historia ogrodu nie zawsze odzwierciedla szersze mechanizmy związane z przywilejami i wykluczeniem. Ogród bywa także przyczółkiem rebelii, przestrzenią dla marzeń o wspólnotowym raju, tak jak w przypadku diggerów – radykalnego ugrupowania z okresu siedemnastowiecznej angielskiej wojny domowej, głoszącego nadal dziś wywrotową tezę, że ziemia to „wspólny skarb”, który, wyobraźcie sobie, powinien być dostępny dla wszystkich. Ich edenem, który nie przetrwał długo, był ogród założony przez nich w St George’s Hill w hrabstwie Surrey, gdzie obecnie znajduje się osiedle zamknięte, bardzo lubiane przez rosyjskich oligarchów. Ten rodzaj ogrodu to przestrzeń otwartej szansy, gdzie można wypróbowywać nowe sposoby życia i modele sprawowania władzy; pojemnik na idee, a zarazem metafora pozwalająca je wyrazić. Jak zauważył kiedyś artysta Ian Hamilton Finlay, który zbudował w Szkocji ogród rzeźb zwany Little Sparta [Mała Sparta], „niektóre ogrody nazywa się azylem, podczas gdy naprawdę są atakiem”9.
Obiecałam sobie, że jeśli ogród Rumary’ego będzie mój, odnowię go, ale dodatkowo prześledzę, jak jego losy splatały się z historią. Dotyczy to nawet najmniejszych ogrodów, ponieważ każda roślina to podróżnik w przestrzeni i czasie. Chciałam zbadać oba rodzaje narracji o ogrodzie: oszacować koszt stworzenia raju i zajrzeć w przeszłość, by się przekonać, czy znajdę takie wersje edenu, które nie zostały zbudowane na wykluczeniu ani wyzysku i które stały się ostoją dla idei mogących bardzo się przydać w nadciągającej trudnej przyszłości. Obie te kwestie wydały mi się niezwykle istotne. Żyjemy na zakręcie historii, w czasach masowego wymierania, katastrofalnej końcowej fazie relacji ludzkości z przyrodą. Ogród może być schronieniem przed tymi procesami, miejscem zmiany, ale może także odzwierciedlać struktury władzy i światopoglądy, które stanowią siłę napędową tych zniszczeń.
Było też coś jeszcze. Wyczerpywała mnie dręcząca teraźniejszość nieustannie napływających wiadomości. Chciałam nie tylko podróży w przeszłość przez kolejne stulecia. Chciałam się przenieść w inne rozumienie czasu: widzieć czas, który porusza się w spiralach albo cyklach, pulsuje między rozkładem a bujnością, między mrokiem a światłem. Już wtedy przeczuwałam, że ogrodnik zyskuje dostęp do innego pojmowania czasu, co mogło również mieć związek z tym, jak powstrzymać apokalipsę, ku której – jak mi się wydawało – uparcie dążymy. Chciałam kopać głęboko i zobaczyć, co uda mi się znaleźć. Wszyscy wiemy, że w ogrodzie kryją się sekrety, zagrzebane w ziemi zalążki, które mogą wypuścić dziwny pęd albo wykiełkować w niespodziewanym miejscu. Ogród wybrany przeze mnie był otoczony murem, ale jak każdy ogród był też powiązany z tym, co na zewnątrz, szeroko otwarty na świat.
Przeprowadziliśmy się w końcu w połowie sierpnia. Kanikuła, ziemia wyschnięta i popękana. W południe było trzydzieści jeden stopni, powietrze drżało jak galaretka. Kiedy tylko dostaliśmy klucze, od razu poszłam do ogrodu. Ani trochę nie wyglądał tak, jak go zapamiętałam. Sprawiał wrażenie zaniedbanego i zmęczonego. Trawnik wysechł na wiór, rabatki oklapły. Bukszpan został zaatakowany przez grzyb. Szklarnię wypełniały na wpół uschnięte krzaki pomidorów, a z rosnącej przed nią magnolii wielkokwiatowej opadło mnóstwo liści, ciemnych i mięsistych jak rękawice do baseballa. Czy popełniliśmy błąd? Czy tylko wyobraziłam sobie aurę unoszącą się wśród tych murów? Później miałam się dowiedzieć, że ten ogród, nadmiernie odsłonięty, zawsze najgorzej wyglądał w sierpniu, spieczony słońcem.
Przyjechali ludzie z firmy przeprowadzkowej i piękne puste pokoje stopniowo zastawili pudłami. Podczas gdy oni pracowali w środku, ja zabrałam się do odgruzowywania szklarni i w upale wyciągałam na zewnątrz stare donice i worki z nawozem. Oczyściłam stoły i półki, swoje narzędzia i podpórki do roślin poukładałam w schludne stosiki. Ale szczerze mówiąc, bez sensu była ta robota. Szklarnia okazała się w znacznie gorszym stanie, niż zdałam sobie sprawę podczas pierwszej, kuszącej wizyty. Pod dachem przebijały się do środka grube pędy bluszczu, a elementy konstrukcji tak przegniły, że wchodził w nie palec. Cegły w tylnej ścianie były porośnięte glonami albo w ogóle ich nie było. Całość na pewno nie nadawała się do szybkiego odświeżenia – wymagała gruntownego remontu.
Nie przenieśliśmy żadnych roślin z naszego starego ogrodu, nawet wyhodowanej od małego krzaczka pasiastej piwonii, mieliśmy jednak mnóstwo kwiatów doniczkowych, w tym moją rozwijającą się kolekcję blisko czterdziestu pelargonii. Ich nazwy brzmiały jak imiona bohaterów powieści Jane Austen: ‘Lady Plymouth’, ‘Lord Bute’, ‘Ashby’, ‘Brunswick’, ‘Mrs Stapleton’. Gdy wyładowano je z ciężarówki, zaniosłam je jedną po drugiej do baseniku i poustawiałam przy ocembrowaniu, wraz z kamiennym lwem opierającym łeb na łapach i dwiema garściami białych kamieni, które Ian przywiózł kiedyś z Grecji. Wodę pokrywał gęsty kożuch glonów. Wśród spienionych kęp przywrotnika kwitły żółte irysy, a z klombu po drugiej stronie wyłaniał się pojedynczy karczoch, jego fioletowe kwiaty aż świeciły w migotliwym świetle. Fioletoworóżowe pelargonie wdzierały się pomiędzy mizerne róże. ‘Rosanna’? Był straszny upał, słychać było tylko pszczoły i odległy szum autostrady.
Kiedy ekipa od przeprowadzek odjechała, usiedliśmy na trawie i jedliśmy wiśnie. Na trawniku kładły się długie cienie. Tego ranka o świcie dostałam mail od ojca, który zawiadamiał, że jego żonie pogorszyło się w nocy. Od maja leżała w szpitalu neurologicznym z guzem mózgu, a on po raz pierwszy od dziesięciu lat nie mógł jej odwiedzić. Wcześniej przy każdym jej pobycie w szpitalu codziennie jechał do Londynu pociągiem, żeby przy niej posiedzieć albo porozmawiać z personelem, który koordynował jej skomplikowaną terapię, łączącą onkologię z neurologią.
Gdy przebywała w domu, zajmował się nią samodzielnie, co jednak stawało się coraz bardziej niewykonalne. Kilka dni wcześniej rozmawialiśmy o załatwieniu dla niej opieki, ponieważ miała niebawem wyjść ze szpitala. Ale teraz była w ciężkim stanie, a lekarze spodziewali się, że nie przeżyje tygodnia.
Przeprowadziliśmy się w poniedziałek. W środę wydawało się, że moja macocha odzyskuje siły; że nagle jakimś cudem wszystko się odmieni, a ona wymknie się śmierci, jak wiele razy wcześniej. Jej ciśnienie wróciło do normy, podobnie temperatura. Jednak w piątek rano, kilka godzin po tej ostatniej radosnej wieści, zmarła, a mój ojciec zadzwonił do mnie i płakał w słuchawkę, siedząc na ławce przed szpitalem na Queen Square z pudełkiem jej ubrań na kolanach.
To właśnie ojciec zaszczepił we mnie miłość do ogrodnictwa. Rodzice rozwiedli się, gdy miałam cztery lata, a kiedy przyjeżdżałam do niego na weekendy, zabierał mnie na wycieczki do kolejnych parków przy pałacach i rezydencjach będących pod opieką National Trust, położonych wzdłuż obwodnicy M25, która liczy prawie dwieście kilometrów i otacza Londyn ogromnym kręgiem. Jeździliśmy nią w kółko tam i z powrotem, ponieważ on mieszkał na północy tego kręgu, a my – na południu. Byłam nerwowym, niezbyt radosnym dzieckiem i uwielbiałam to, że ogród pozwalał zapomnieć o wszystkim, co na zewnątrz. Jednym z naszych ulubionych miejsc było Parham – pałac z czasów elżbietańskich w Sussex, gdzie w rogu każdego z otoczonych murami ogrodów znajdowała się maleńka geometryczna sadzawka, pokryta suknem lśniącej zielonej rzęsy. W kwietniu, miesiącu moich urodzin, jeździliśmy do Sissinghurst. Jego alejki były odświętnie przybrane kwitnącymi gałęziami jabłoni i można było się upić odurzającym zapachem kwiatów laku, pławiących się w słońcu pod wieżą, w której swoją pracownię miała pisarka Vita Sackville-West, właścicielka rezydencji od 1930 roku.
Podczas tych wycieczek mój ojciec zawsze nosił ze sobą mały czarny notes. Swoim nieczytelnym charakterem pisma notował w nim nazwy roślin, ekscytując się każdą niezwykłą odmianą. Ja lubiłam szczególnie stare odmiany i gromadziłam listy dawnych odmian róż oraz jabłoni modnych w szesnastowiecznych sadach. ‘Winter Queening’, ‘Catshead’, ‘Golden Harvey’, ‘Green Custard’, ‘Old Pearmain’. Żona ojca rzadko nam towarzyszyła. W przekazanym przez szpital pudełku z jej rzeczami znajdowała się kartka A4 z osobistymi informacjami, spisanymi być może z pomocą pielęgniarki, ponieważ ona widziała już tak słabo, że nie dawała rady czytać ani pisać. W ostatniej kratce zostało odnotowane, czego moja macocha nie lubiła albo o czym wolała nie mówić. Widniało tam jedno zdanie: „Ogród – zwykle mój mąż się tym zajmuje”.
Moje pierwsze dni po przeprowadzce i poznawanie ogrodu naznaczone były więc głębokim smutkiem mojego ojca, strasznym wstrząsem, jaki wywołała nagła śmierć jego żony, co jeszcze wzmagało lęk, który budziła pandemia. Zimą widziałam tylko piękny układ ogrodu, sam w sobie będący obietnicą. Teraz spojrzałam na niego inaczej. Drzewa chorowały zaatakowane grzybem albo przybrały dziwne, chaotyczne kształty, obwieszone girlandami powoju. Rośliny wyglądały na tyczkowate albo skarłowaciałe, pozbawione składników odżywczych, przytłumione przez ekspansywne gatunki, które rozrosły się ponad miarę. Pewnego popołudnia krzak porzeczki przewrócił się na moich oczach, a rosnące nad nim drzewo także sprawiało wrażenie, że zaraz umrze. Poprzedni właściciele włożyli ogrom pracy w odnowienie domu, ale jak sami przyznali, nie byli ogrodnikami, a podczas lockdownu nie mieli nikogo do pomocy przy zajmowaniu się ogrodem.
Nie chodziło o to, że lubię schludne ogrody. Zgadzałam się z manifestem Frances Hodgson Burnett zawartym w Tajemniczym ogrodzie: róża traci cały swój urok, kiedy jest zanadto wypielęgnowana. Ogród jest po to, żeby się w nim zatracić, żeby poczuć się – jak ujmuje to Burnett – niemal odciętym od świata. W tym ogrodzie bardzo podobały mi się między innymi jego szczególne proporcje: mury i bukowy żywopłot z dwoma łukowatymi przejściami były tak wysokie, że przechodząc przez nie z grabiami, czuliśmy się jak lilipuci. Wysokość, jaką osiągnęły niektóre rośliny, była sygnałem, że nawet najzwyklejsze czynności ogrodnicze mogą wymagać wiele pracy.
Ucieczka od codzienności w świat roślin ma w sobie coś magicznego, co może dawać niemal uczucie ekstazy. Zarazem jednak zbyt zapuszczony ogród może stać się niepokojący, podobnie jak nieco straszny jest opuszczony dom, którym zawładnęły chaos i rozkład. Obraz zarośniętego ogrodu przewija się w literaturze jako metafora zaniedbania na większą skalę. Wystarczy przypomnieć sobie ogrodniczkę w Ryszardzie II, która odmawia podwiązania „moreli dyndających” w ogrodzie księcia Yorku, pytając, dlaczego ma pielić ten „szczupły ogrojec”, skoro ogród Anglii jest tak zachwaszczony: „Jej najpiękniejsze przyduszone kwiaty, / Jej owocowe drzewa nieobcięte, / Zwalone płoty, zdeptane kwatery, / A najpiękniejsze jej zioła jedzone / Zębem gąsienic”1. Te wersy tchną zgrozą. Coś, co powinno być uporządkowane i dawać owoce, podupada, niszczone przez zgniliznę i szkodniki.
Podczas gdy tutaj ogród symbolizuje wprost stan państwa, w napisanym pięć lat później Hamlecie odzwierciedla przestrzeń nie tylko polityczną, ale też emocjonalną.
Po śmierci ojca Hamlet widzi zrujnowany i skażony świat wokół siebie jako „niepielony ogród, samym tylko / Bujnie krzewiącym się chwastem porosły”2. W tym powracającym, niepokojącym obrazie chodzi o to, że ogród powinien być uprawiany i pielęgnowany, więc jego rozpad sugeruje coś znacznie bardziej złowrogiego niż z natury zarośnięty kawałek dzikiego terenu czy nieużytku.
Podobny niepokój pojawia się w niesamowitej części Do latarni morskiej Virginii Woolf, zatytułowanej Czas płynie, w której dom Ramsayów zostaje wystawiony na działanie żywiołów, między innymi z powodu niespodziewanej śmierci. Wśród dalii rozsiewają się maki, róże zostają przytłumione przez karczochy, tak samo jak przy naszej sadzawce. W tym nierządzie następuje przyjemny, choć z ogrodniczego punktu widzenia mało prawdopodobny mezalians, gdy goździk wyrasta wśród kapusty. Ale jest też świadomość, że wszystko to w jednej chwili może się obrócić w znacznie większe, zabójcze spustoszenie. „Jedno piórko – a ginący, zapadający się dom obsunie się i runie w głębię ciemności”3. Potem rozpadnie się sam dom, a jego połamane szczątki przykryje kapa szczwołu i wrzośca.
Ten fragment często przypominał mi się w pierwszych tygodniach. To miejsce tak bardzo potrzebowało troski. „Pokrzywy – pisałam ponuro w swoim ogrodniczym dzienniku – perz, jeżyny, alkanna”. Nie było tu szczwołu, ale za to rósł barszcz zwyczajny, wyższy ode mnie, setki biało kwitnących baldachów, które już zaczęły wysiewać nasiona. Gleba przypominała brązowy cukier, dokładnie tak, jak pisał Mark Rumary. Czysty piasek Suffolk, który nie zatrzymuje składników odżywczych i który trzeba regularnie zasilać naturalnym kompostem. Rzadko kiedy widziałam tu dżdżownicę, a za każdym razem, gdy zapuszczałam się na zarośnięty bluszczem kraniec jednej z rabat, potykałam się o zwłoki, ponury pieniek drzewa albo krzewu, który obumarł z nieznanych powodów i sterczał teraz, obleczony w całun chwastów.
Przez pierwsze tygodnie badałam ukształtowanie terenu, dopasowując mapę w swojej głowie do rzeczywistości. To właściwie były cztery małe ogrody plus kilka osobnych rabat wzdłuż ścieżki, która biegła po północnej stronie domu, obok szopy ogrodowej, i wiodła do głównego ogrodu przez kolejne drzwi w murze, pomalowane na kremowo i obwisłe w zawiasach. Kiedy się przeszło przez te drzwi, dom miało się po lewej, różowe „L”, kostropate na skutek nawarstwionych przez wieki przybudówek, z jedną stroną niemal przesłoniętą przez glicynię, której grube zwoje nie pozwalały otworzyć okna w salonie. Wewnątrz tego „L” znajdowało się brukowane patio, gdzie akurat mieścił się stół, a dookoła stały skrzynki pełne róż i piwonii.
Z tego patio można było wejść do kolejnego tajemniczego ogrodu po południowej stronie domu, bez wyobraźni nazwanego ogrodem szklarniowym, ze względu na umieszczoną centralnie jego największą atrakcję. Był tam też spłachetek wyschniętego trawnika z rosnącą pośrodku śliwą. Całość otaczały obwisłe, mizernie wyglądające krzewy, takie jak mahonia, chruścina i magnolia, której nie rozpoznałam, a także dwie jabłonie, co zaskakujące, posadzone w głębokim cieniu. Mur został podwyższony od strony drogi za pomocą formowanych na płasko grabów przywiązanych do słupków. Wyglądało to jak szpitalny parking. Wyobraziłam sobie pod nimi słodko pachnącą przytulię, niczym biało-zieloną falę, wiosenny przypływ.
W moim dzienniku mnóstwo było notatek tego rodzaju, relacji pełnych troski przeplatanych marzeniami o bujności i odnowie. Szczerze mówiąc, czułam się przytłoczona. Gdzie mam zacząć? Jakiej zasady się trzymać? Już wcześniej zdarzało mi się odnawiać ogrody, ale nigdy dotąd nie zajmowałam się ogrodem o tak szacownej historii. Nie chciałam niczego zniszczyć, roztrwonić jakichś skarbów przez niewiedzę czy błędy. Mój przyjaciel Simon, główny ogrodnik w Worcester College w Oxfordzie, dał mi najlepszą radę. Poradził mi, żebym przez rok nie usuwała żadnej rośliny, dopóki nie zyskam absolutnej pewności, co to jest i jak wygląda w różnych porach roku. Cierpliwość nie leży w mojej naturze, ale jeśli chciałam wiedzieć, co przetrwało, jedynym bezpiecznym podejściem było obserwować i czekać.
Główny ogród znajdował się przed domem. Składał się z trawnika pomiędzy dwiema szerokimi rabatami o zaokrąglonym kształcie, dochodzącymi do cisowego żywopłotu, za którym krył się ogród weselny. Na rabacie od północy dominowała magnolia pośrednia, niegdyś popularna w podmiejskich ogrodach, kwitnąca obficie różowymi kwiatami o kształcie przypominającym ptasi dziób, tak wcześnie, że często warzy ją mróz, a chodniki zostają zasypane zbrązowiałymi płatkami. Kiedyś z zaborczą fascynacją przyglądałam się magnolii rosnącej przed domem mojej babki, z nadzieją, że podczas którejś wizyty akurat trafimy na krótkotrwały splendor jej kwitnienia.
Tutejszy krzew osłaniał kępę mizernych hortensji odmiany, jakiej nie widziałam nigdy wcześniej, stojących w rzędzie niczym rzeźby Giacomettiego zatrudnione jako tancerki rewiowe. Po drugiej stronie rosła bombardowana przez osy morwa, która pochylała się przez wieki, tak że teraz niemal leżała na wznak, rozciągnięta leniwie na dwóch podpórkach. Na tej samej rabacie rósł oczar wirginijski, a po drugiej stronie ścieżki – leszczyna pospolita odmiany ‘Contorta’, znana także pod zawadiacką nazwą „Laska Harry’ego Laudera”. Leszczyna tworzyła tło dla imponującej juki, która odkąd się wprowadziliśmy, rozkwitała kolejnymi kandelabrami kremowych, dzwonkowatych kwiatów.
Juka była pozostałością po niegdysiejszej wspaniałej rabacie, znanej mi ze zdjęć w „Country Life”. Zaludniało ją wtedy wesołe towarzystwo ostróżek i maków wschodnich, których ogromne jedwabiste głowy były splamione szykowną czernią. Teraz to miejsce wyglądało na zaduszone i zmarnowane. Wtargnął tu trawnik, tworząc zbite maty żółtej trawy, tłumiącej mizerne rośliny z przodu. Nigdy nie zależało mi specjalnie na trawnikach, ale wśród ogólnego zapuszczenia ten widok ostatecznie mnie przeraził. W pewien upalny poranek wzięłam widełki, usiadłam na skraju rabaty i zaczęłam wyciągać z niej trawę. Splątana siatka korzeni łatwo dawała się unieść – jedna z nielicznych zalet piaszczystej gleby.
Gdy tak kopałam, zęby widełek uderzyły o coś metalowego. Spróbowałam to wyszarpać ręką i okazało się, że to stare obrzeże, zagięta metalowa taśma, która biegła naokoło trawnika. W tamtym czasie nie było chyba nic bardziej niemodnego niż schludnie obrzeżony trawnik, a jednak dla mnie to obrzeże było jak talizman, namacalny znak równowagi między chaosem a kontrolą, nadmiarem a przejrzystością; równowagi, którą każdy ogrodnik musi osiągnąć samodzielnie.
Oczywiście nie wszystko tak wyglądało. Jeździliśmy pływać na plaże w Dunwich i Sizewell. Pierwszego wieczoru, kiedy się położyliśmy, usłyszeliśmy dwa nawołujące się puszczyki i potem każdej nocy słuchaliśmy, jak odzywają się w mroku. Czasem wstawałam i patrzyłam przez okno na negatywowo ciemną połać trawnika pod niebem usianym gwiazdami. Wciąż utrzymywała się piękna letnia pogoda i co ranek wymykałam się tuż po świcie, żeby pochodzić po ogrodzie i wypić herbatę. To były najprzyjemniejsze momenty, rankiem lub o zmierzchu, kiedy wszystko przybierało delikatne kolory, z odcieniem różu, lawendy, czasem złota.
Szłam przez trawnik, a potem przechodziłam przez pierwsze łukowate przejście w bukowym żywopłocie, prowadzące do ogrodu z sadzawką, który lubiłam najbardziej. Był tak prywatny, tak osobny. Cichły tu nawet odgłosy ulicy. Zaokrąglony mur spowijała gęsta zielona zasłona liści: figa i jaśmin, akebia pięciolistkowa i winobluszcz, który niedługo miał się przystroić w biskupi fiolet. Róża Banksa piętrzyła się ponad murem i opadała, tworząc rodzaj sekretnego przejścia. Zawsze gdzieś ćwierkały niewidoczne ptaki, co dawało przyjemne poczucie, że nie jest się tu samemu, że ma się towarzystwo niewidzialnych istotek.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
1 Drzwi w murze
1 J. Gerard, The Herball, or Generall Historie of Plantes, London: A. Islip, J. Norton, R. Whitakers, 1633, s. 741.
2 Tamże.
3 J. Milton, Raj utracony, przeł. M. Słomczyński, Kraków: Zielona Sowa, 2002, s. 71.
4The Englishman’s Garden, ed. A. Lees-Milne, R. Verey, London: Penguin, 1985, s. 120.
5 L. Roper, An Ingenious Cottage Garden, „Country Life”, 11.04.1974, s. 872.
6The Englishman’s Garden, dz. cyt., s. 121.
7 T. Morrison w programie PBS NewsHour, 9.03.1998.
8 D. Jarman, Współczesna natura, przeł. P. Świerczek, Kraków: Ha!art, 2023 [e-book].
9 R. Gillanders, Ian Hamilton Finlay. Little Sparta and Collaborations, Edinburgh: Edinburgh University Press, 1998.
1 W. Shakespeare, Król Ryszard II, przeł. L. Ulrich, wolnelektury.pl, tinyurl.com/yz9f99bn, dostęp: 15.11.2024.
2 W. Shakespeare, Hamlet, przeł. J. Paszkowski, wolnelektury.pl, tinyurl.com/5cmnf4py, dostęp: 15.11.2024.
3 V. Woolf, Do latarni morskiej, przeł. K. Klinger, Warszawa: Czytelnik, 2005, s. 155.
WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.
czarne.com.pl
Wydawnictwo Czarne
@wydawnictwoczarne
Sekretariat i dział sprzedaży:
ul. Dukielska 83C, 38-300 Gorlice
Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa
Dział promocji:
al. Jana Pawła II 45A lok. 56
01-008 Warszawa
Opracowanie publikacji: d2d.pl
ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków
tel. +48 12 432 08 50, e-mail: [email protected]
Wołowiec 2025
Wydanie I