Piąta skóra Nigumy - Aleksandra Bednarska - ebook

Piąta skóra Nigumy ebook

Aleksandra Bednarska

5,0

Opis

Hipnotyzująca opowieść o ludziach, którzy swoje sekrety noszą jak drugą skórę!

Za ladą sklepiku z orientalną biżuterią i kadzidłami stoi Niguma – uprzejma, tajemnicza, a dla wielu tylko „inna”. Klientki przychodzą po błyskotki i egzotykę, ale Niguma widzi więcej: ukryte pragnienia, które mają drugie dno. Chętnie doradzi, podzieli się legendą. Ale to tylko złudzenie, że wreszcie znalazła spokojną przystań.

Kiedy w drzwiach pojawia się dziewczyna o mlecznobiałej cerze i oczach w kolorze skoszonej trawy, coś się zmienia. Fascynacja przeradza się w obsesję, a codzienność sklepu w podziemiach Dworca Centralnego przestaje być bezpieczną przykrywką. Niguma wie, że ta znajomość to klucz — do przeszłości, do ocalenia, a może do zguby.

Czy można odnaleźć siebie w spojrzeniu drugiego człowieka? I czy tak naprawdę warto?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 287

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
luizapanczyk

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna historia! Potrzebuję więcej tak oryginalnych i wciągających opowieści! Tej książki nie da się od tak odłożyć i przestać o niej myśleć.
00
Atramentowa123

Nie oderwiesz się od lektury

Powiało świeżością, fantastyczny pomysł na fabułę. Czytało się jednym tchem
00

Popularność




Piąta skóra Nigumy

Wydanie I

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga zgody Wydawnictwa i autorki. Szanuj prawa autorskie: kupując z legalnych źródeł, wspierasz twórców. Ściągając „za darmo”: sprawiasz, że przestają pisać.

Redaktor prowadzący: Angela Węcka, Tomasz Węcki

Redakcja fabularna: Tomasz Węcki, Magdalena Świerczek-Gryboś

Redakcja językowa: Magdalena Świerczek-Gryboś

Korekta na składzie: Angela Węcka

Skład: Katarzyna Mróz-Jaskuła

Okładka: Justyna Knapik | fb.com/justyna.es.grafik

Ilustracja na okładkę: Aleksandra Grzesiak

Grafiki w książce: @Canva

Fotografia autorki na okładce: Wojciech Gunia

Wydawnictwo Spisek Pisarzy

Powieść w wersji papierowej kupisz na stronie wydawnictwa i w księgarniach internetowych.

www.spisekpisarzy.pl

Książka dostępna również jako e-book.

Copyright © by Aleksandra Bednarska, 2025

Copyright © by Wydawnictwo Spisek Pisarzy, 2025

All rights reserved

Irządze, 2025

ISBN: 978-83-68277-14-2

Wszystkim, którzy w tej historii dostrzegą kawałek własnej.

Spis treści
CZĘŚĆ PIERWSZA
Sansara, czyli wędrówka
CZĘŚĆ DRUGA
Maja, czyli ułuda
EPILOG
Arahant, czyli godna
Podziękowania

CZĘŚĆ PIERWSZA

Sansara, czyli wędrówka

Pierwsze, co pamiętam z dawnego życia, to posąg bogini. Miała błękitną skórę, język wywalony na brodę i szeroki jak łopata. Kwiecistą koronę, cztery ręce i naszyjnik z głów. Modliła się do niej służba, co ojciec wyklinał od głupiego zabobonu. Mnie za to śniło się, że pod osłoną nocy dołączam do jej szalonego orszaku. Rozpuszczam włosy, pozbywam się krępujących ruchy ubrań. Niszczę miasta i wsie, szczerząc magicznie przedłużone kły. A mój taniec na zgliszczach oklaskują nieliczni ocalali.

Tak szczerze, powinnam już wtedy ogłosić się wyrocznią. Wyśniłam przecież, kim się stanę, gdy do tego dorosnę. No, może nie całkiem dosłownie, ale prawie.

– Kali, pani upływu czasu, zniszczenia i śmierci. – Przewodnik wskazuje na podobiznę bogini. – Uosobienie kobiecej energii, choć nie spolegliwa Matka Ziemia…

Odchodzę od grupy, zanim padnie więcej podobnych ciekawostek. Rzadko wybieram się do muzeum, a jeszcze rzadziej z przewodnikiem. Zresztą, pomimo sentymentu to nie tę rzeźbę przyszłam tu podziwiać. Zatrzymuję się przed gablotą pełną mniejszych figurek i pstrokatych malowideł. Półnagie, powleczone złotem kobiety siedzące w pozycji kwiatu lotosu, niektóre w koronach, inne z czymś w stylu kosmicznej aureoli nad głową. Na zwojach ich ciała nabierają soczystych barw, a twarze wojowniczej ekspresji. Paradują zwycięskie po morzu trupów z włóczniami w dłoniach, girlandą świeżo ściętych głów na piersi.

Przykładam dłoń do szklanej gabloty, jakbym chciała się przywitać z dawno niewidzianymi siostrami.

– Nie dotykamy eksponatów! – grzmi przewodnik, a moja spocona ręka odkleja się od gładkiej i śliskiej powierzchni.

– Przecież są za szybą – zauważam.

– Proszę nie dyskutować! – Odchrząkuje nieistniejącą flegmę, dumnie poprawia plakietkę na piersi z imieniem Krzysztof. Teraz jest gotów, by opowiadać o tym, co w gablocie. – A oto drapieżny orszak Kali, czyli dakinie. Buddyzm w tradycji Wielkiego Wozu zrobił z nich strażniczki dharmy, a praktyka religijna pomocniczki medytujących guru. Legenda głosi, że to istoty szalone jak bachantki i łase na ludzkie mięso. Pilnują relikwii skarbów, siedzib tych, którzy rozdają uczniom oświecone prawdy. Balansują na krawędziach przenikania się światów, rozszarpując tych niegodnych oświecenia.

– Prawda, przynajmniej tak z grubsza.

– Słucham? – Przewodnik z gracją przełyka wybuch złości.

Nie wiem, czy poszedł pięć lat wcześniej do szkoły, czy po prostu ma taką chłopięcą urodę, ale ten ton zupełnie do niej nie pasuje. Krzysztof jest zmęczony powtarzaniem w kółko tych samych historii, a rola, w której utknął, nie przewiduje awansu ani dalszego rozwoju. Nie tak sobie wyobrażał to, co będzie robił po studiach, wyjazdach w nieznane i wciąganiu hurtowych ilości mądrych książek. Może liczył, że zmieni świat, tłumacząc ciągle od nowa odległe kultury? A może po prostu, krążąc pomiędzy eksponatami w jasnej sali, chciał tylko zostać wysłuchany?

Czegokolwiek potrzebował Krzysztof, nie zamierzałam mu tego dać. Przyszłam w końcu na tę wystawę, by przypomnieć sobie, kim naprawdę jestem. Nie głaskać po główce tych, którzy nie umieliby tego objąć rozumem.

– Taka ciekawostka, że dakinie w buddyzmie tybetańskim to często wyniesione do pozycji pół-bogiń wojowniczki i bohaterki historyczne. W pierwotnym użyciu słowo to odnosiło się jednak do kobiet niższego stanu, które dołączały do joginów tworzących kulty tantryczne. Natomiast potworną, mięsożerną naturę tych istot zapożyczono z szału będącego częścią praktyk szamańskich… – Przewodnik zawiesza głos, gdy przeszywam go złym wzrokiem. – Ktoś się nie zgadza, chciałby coś dodać? Hej, może niedawno obroniłem doktorat, ale to wcale nie tak, że nigdy się nie mylę.

– A ona? – Uderzam bez ostrzeżenia. – Jaka jest jej historia?

Podchodzę do malowidła, które nie mogłoby być dalsze od prawdy. To tryptyk, na którym najpierw blada dziewoja na wieży żegna lub pozdrawia mężczyzn w strojach pielgrzymów. Środek to wariacja na temat przygód jednego z nich, tak kolorowa i dynamiczna, że trudno ją objąć wzrokiem bez bólu głowy. Na ostatnim zwoju pielgrzym spisuje coś na zwoju, a dziewoja przygląda mu się rozanielona. Tym razem jej skóra błyszczy kolorami tęczy, a pozą i brakiem skromnego ubioru przypomina figurki dakiń z gabloty.

– O życiu Nigumy wiadomo niewiele – podejmuje Krzysztof. – Podobno dzięki czystej karmie z poprzednich wcieleń, w ciągu jednej nocy stała się dakinią mądrości i bodhisattwą. Nawet jej brat, słynny guru Naropa, poświęcił wiele lat, by osiągnąć podobny poziom zjednoczenia z prawdą. Musiał też odbyć pielgrzymkę i poddać się dwunastu próbom. W dużym skrócie ich legenda jest o tym, że do celu, czyli pięknej duszy, nie ma jedynej słusznej drogi. Głupie szczęście wybrańca czy ciężka praca nad sobą, różnie to bywa.

Głupie szczęście… Czyli tak to widzą? Czuję złość, ale wciąż mam parę bardzo ważnych pytań.

– A uczniowie? – Przechylam głowę. – Znaczy, czy miała uczniów?

– Najbardziej znanym jest Kyungpo Naldzior, który pod wpływem jej nauk stworzył własną doktrynę. Ale jeśli chodzi o źródła historyczne, Niguma równie dobrze mogła być jego fantazją lub zlepkiem kilku pomniejszych postaci. Czasy półlegendarne rządzą się swoimi prawami. Szkoda, że Niguma nic po sobie nie zostawiła.

– A doktryna sześciu prawd?

– Miałem na myśli źródła spisane jej własną ręką. Bez nich historie stają się tylko ludowymi podaniami… – Krzysztof unika słów bujda i bajka, jakby wypalały dziurę w podniebieniu. – Może już wystarczy o dakiniach? W drugiej sali czeka nas rekonstrukcja jurty i piękny fotoreportaż z wioski tybetańskiej.

Grupa idzie za przewodnikiem, a ja nie ruszam się sprzed tryptyku. Myślę znowu o podobiźnie błękitnoskórej bogini, Kali, która też jakoś sama nie spisała swoich losów. Czy gdyby wpadła tu, wymachując czterema rękami i girlandą łbów, również usłyszałaby, że nikt nie potwierdza jej istnienia? Nie wiem i raczej się nie przekonam. Czasem wędrówka życia pochłania tak, że nie ma czasu na spisywanie wspomnień. Od tego ma się uczniów, służbę albo psychofanów.

Ostatni raz przyglądam się malowidłu ze skrybą i rozanieloną dziewoją. Ta jej tęczowa skóra… Przynajmniej to nie mija się znacząco z prawdą. Drobiazg, a cieszy.

Zamiast gonić grupę i przewodnika urażonego moimi pytaniami, kieruję się do wyjścia. Wizyta w muzeum to tylko początek mojego dnia. Przed południem powinnam otworzyć przecież sklep, a wciąż muszę dostać się tam z Powiśla. Niby mogę się raz spóźnić, bo sama jestem swoją szefową. Mogę, ale naprawdę nie chcę. A to dlatego, że ostatnio zagląda do mnie często ktoś, kogo za nic nie chciałabym przegapić.

Jest taka piękna, że nawet zakurzona paszmina wygląda na Niej, jakby była od Prady. Stojąc za ladą, lubię patrzeć, jak szpera w szkatułkach i dotyka drucianego stojaka na kolczyki. Muska kolejne pary palcami, aż sklep wypełnia brzdęk blaszek, perełek i kamieni. Błyszczy od środka własnym światłem, nie tym odbitym od złota i drogich metek. Mogłabym nosić Jej skórę, gładką i białą, chociaż moja własna mieni się barwami tęczy.

– Rozpieszczasz mnie, Ewuś, tymi promocjami – chichocze, kiedy znowu sprzedaję Jej wszystko za pół ceny. – Ale tak właściwie… Czy to jest twoje prawdziwe imię?

Uśmiecham się, bo w kraju bladych ludzi o wiecznie zaciśniętych ustach moja odmienność rzuca się w oczy. Proste czarne włosy, migdałowe oczy i twarz zawsze rumiana od górskiego słońca, pod którego promieniami wyrosłam. Gdyby wiedziała, że to pozory, pierwsza warstwa lukru kryjąca tajemnice starsze niż świat… Może zrozumie, jeśli dam Jej czas. Wcale nie musi, choć byłoby miło czuć, że wzbudzam w Niej nie tylko głód wiedzy.

Ciekawość to zawsze dobry początek. A Ona przygląda mi się uważnie od dłuższego czasu, więc może coś z tego będzie.

– Ewa to jedno z moich imion – mówię, zasuwając szufladę kasy. – Tam, skąd pochodzę, nazywają mnie Niguma.

– A co to za miejsce? – dopytuje Ona, szczerząc perełki zębów ściśniętych aparatem.

– Wioska wysoko w górach. Taka, do której problem mają trafić nawet alpiniści. Na pewno nie kojarzysz.

– Może i nie. – Stuka kartą o czytnik. – Ale chciałabym zobaczyć takie dzikie miejsce.

Gryzę się w język, zanim zaproszę Ją na herbatę z masłem w domu mojej babci. Jeszcze nie teraz, nie dziś. Kolejność w tym, co zamierzam, jest prawie tak istotna jak samo działanie. Jestem kolekcjonerką dusz, podniebną tancerką w kolczudze z ludzkich kości. Muszę jednak udawać, by nikt nie przejrzał mojego planu. Przed Nią tak długo, aż uwierzy, że nie ma się czego bać. Przed resztą świata, bym nadal mogła utrzymać tworzoną latami przykrywkę.

– Taki drobiazg, żebyś poczuła w domu odrobinę Kaszmiru. – Podaję Jej paczkę kadzidełek o zapachu mirry.

Podnosi pudełko, obraca w palcach, jak dziecko cieszące się nową zabawką. Wącha i zaciąga się zapachem miejsca, z którego pochodzę. Mruży zalotnie oczy oprószone brokatowym cieniem, obrysowane rozmazaną od upału niebieską kreską. Są głęboko osadzone, ale dość duże. Kolorem przypominają świeżo skoszoną trawę.

– Rozpieszczasz mnie, Ewuś – powtarza, pociągając nosem, jakby aromat drogocennej żywicy połączył nas niewidzialną nicią. – Uważaj, bo jeszcze się przyzwyczaję.

Nie zatrzymuję nikogo, nie jestem przecież desperatką. Pozwolę Jej odejść ten i kilka następnych razy. Potem staniemy się jednym. Wreszcie i raz na zawsze, tak jak chce tego przeznaczenie.

Wierzę, że siła, która nas łączy, ma źródło w drzewie czakr, w obłoku jasności, z którego tysiące lat temu spłynęła na mnie łaska poznania sześciu prawd. Może była tam ze mną po raz pierwszy. Nieśmiała i ciekawa jak dziecko podglądające dorosłych. Wśród szumu kryształowych liści, skąpana w promieniach światła najwyższej prawdy. Gdyby nie to, że w skupieniu powtarzałam mantry, wiedziałabym, czy pod skórą też kiedyś mieniła się tęczą.

Było, minęło. Zdążyłam się przyzwyczaić. Nie od dziś sprzedaję ładnie opakowane okruchy starego kraju. Ale dawno już nie było tak lekko i łatwo. Niby wciąż użeram się z dostawcami, którzy próbują wcisnąć mi podróby, obsługuję klientki szukające złotego środka na zbyt pełny portfel i niskie poczucie własnej wartości. Zostaję po godzinach, by układać towar według klucza, sprawdzam, czy wszystko wygląda ładnie i na miejscu.

Lubię tę pracę, cieszę się życiem, które dla siebie zbudowałam. Nie czekałam na więcej ani lepiej. Odkąd pojawiła się Ona, znów wstaję i otwieram co rano sklep, nie tylko po to, by mieć z czego żyć. Dziwne uczucie, myślałam, że tym razem mnie ominie.

– Pa, kochana! Do jutra! – Macha mi na pożegnanie jak pensjonarka z japońskiej kreskówki.

Dzwonek feng shui przy drzwiach wygrywa melodię naszego pożegnania. Światło mojego poranka gaśnie. Znowu stoję tylko za ladą w sklepie z ręcznie robioną biżuterią i pseudoindyjskim szajsem. Stoję i myślę o tym, co mogłabym z Nią robić, gdybym nie musiała trzymać się tej głupiej przykrywki.

Wracam do domu SKM-ką. Stacja we Włochach pachnie wietnamską fryturą i przypalonym kebabem. Dzięki temu, że ich jedzenie zyskuje nową, swojską formę, przybysze z daleka łatwiej wtapiają się w krajobraz miasta. Gdyby nie to, że niedobrze mi na samą myśl o woni śmierci potraktowanej mieszanką oleju z przyprawami, wybrałabym ten sposób na zniknięcie w tłumie.

Przecinam na przełaj łąkę, by uwolnić się od smrodu. Zostanie ze mną tak długo, aż nie spędzę godziny pod prysznicem, a ubrań nie oddam do pralni. Zapachy potrafią być jak uporczywe myśli o znamionach obsesji. Zastanawiam się, czy Ona też skądś dojeżdża do centrum i czy na Jej skórze wyczułabym zapach konkretnej stacji czy dzielnicy. Śródmieście to mieszanka ciężkich perfum, który maskuje pot i pośpiech. Ursynów – przypalony obiad u cioci czy babci. Praga to lukier na starej jagodziance doprawiony dymem z papierosa bez filtra. Są też inne aromaty dzielnic Warszawy, ale z tymi stykam się zdecydowanie najczęściej.

Na podwórku witają mnie oczy staruszek, czujniejsze od osiedlowych kamer. Schody skrzypią, gdy wchodzę na piętro kamienicy, która wygląda, jakby w każdej chwili mogła się rozpaść. W korytarzu gospodarz budynku przegania miotłą kurz, aż kłębki paprochów tańczą w powietrzu. Wydaje mu się, że zamiata, ale tak naprawdę szuka wymówki, aby kogoś zaczepić. Jest równie stary, co samotny, więc nie chcę go zbywać. Znam to uczucie, chociaż sądząc po pozorach, wyglądam na kogoś, kto nie miał w ręku telefonu z baterią, która starcza na tydzień.

– A co tak wcześnie? – zagaja dozorca, przecierając czoło kraciastą chustką. – Nie masz tam, Ewuniu, na mieście jakiegoś kawalera?

– Oj, panie Tomku. – Śmieję się. – Tylko by mnie rozpraszał.

– No tak, ty nie z takich…

– Nie – uśmiecham się jeszcze szerzej – po prostu mam wiele do zrobienia.

– Wiem, wiem! – Macha ręką z pobłażliwością papieża osiedlowych plotek. – A zrobiłabyś jeszcze jedne kolczyki dla wnuczki? Zapłacę. Ta młodsza ma we wtorek urodziny.

– Po starej znajomości. – Mrugam. – Poproszę tylko tej cielęciny co zwykle. Tej swojskiej.

Uśmiecha się spod rzadkiego wąsa na znak, że załatwione. Interesy z nim są proste i przyjemne. O dziwo, łatwo nam znaleźć wspólny język. Pan Tomek nigdy nie robił problemów, jakie wypada robić obcym, zanim zdobędą zaufanie. Nie jest też wirtuozem porządków na klatce, a zamiast samemu kląć na zepsute instalacje, do poważniejszych napraw wzywa specjalistów. Skrzynkę z narzędziami pożyczał mi jednak nie raz, więc może jest zdolny, ale leniwy.

Zostawiam go, gwiżdżącego pod nosem jakiś przebój Maryli Rodowicz. W wirującym kurzu wspinam się na poddasze. Ciekawe czy widać, że od rana czekam na ten moment. Przekręcić klucz w zamku znaczy tyle, co zrzucić nie swoją skórę.

Za progiem rozbieram się, na końcu zsuwam tenisówki, w których nigdy nie zaciskam sznurówek. Rozglądam się po instalacji z haków okalającej pokój. Wcześniej mieszkała tu też zapomniana przez świat malarka. Żeby do reszty nie zdziadzieć, organizowała wystawy prac we własnym mieszkaniu. Całe życie czekała, by zostać odkrytą, ale sensowni kupcy i marszandzi wydawali się omijać ją łukiem szerszym niż dotkniętych trądem. Umarła więc w koszuli poplamionej farbą olejną i terpentyną, chociaż nie zabił jej smutek.

Gdyby nie ta niespełniona prukwa, byłabym gdzie indziej, ale o tym później. Pretensje mogę mieć, jak to w życiu, wyłącznie do siebie.

Muskam palcami skórę malarki zwisającą z jednego z haków. Jest wciąż świeża, zabezpieczona solą, żywicą z balsamowca i moją magią. Niedługo ściemnieje, skurczy się, zacznie nadawać do użytku. Poczekam, to nie problem. Rzadko wyrzucam to, co mogłoby się przydać.

Tak jak wspomnień o malarce, pozbywam się ludzkiego ciała. Ściągam je przez głowę, jak ściąga się gryzący sweter. Starannie wieszam je pomiędzy malarką oraz czymś, czego od dawna na sobie nie miałam. Przyciąga jedynie muchy i kurz, jak kompulsywny zakup wrzucony w kąt szafy. Nie pamiętam, skąd to ani po co mi wtedy było, ale kolekcja ludzkich skór nie różni się niczym od kolekcji butów. Zawsze jedna schodzona para i wszystko inne na tak zwany wypadek, na okazje od balu dziennikarzy po stylową ucieczkę przed trzęsieniem ziemi.

Jestem taka głodna. Właściwie przypominam sobie, że ssie mnie w żołądku od wczoraj. W drodze do lodówki mijam duże lustro. Błyszczę w nim barwami tęczy, a wokół szyi dzwoni naszyjnik z ludzkich kości. Jestem idealna, taka nieludzka, wręcz boska. Ale głód nie pozwala mi napawać się dłużej moim nieśmiertelnym ciałem.

– To nie skończy się dobrze – wypowiadam wątpliwość na głos, lustrując zawartość lodówki.

Wyciągam łopatkę oblepioną resztkami mięsa. Wgryzam się w pachnący śmiercią, żylasty kąsek i myślę o tym, co zawsze daje mi chęć do życia. O jasnowłosej dziewczynie, o Jej oczach w kolorze skoszonej trawy, o Jej skórze, którą pewnego dnia chciałabym przymierzyć. A potem rozchodzić i zawiesić na haku. Jest biała i krucha jak papier, spod którego prześwitują niebieskości żył. Musi pachnieć czymś trudno dostępnym i nietanim, w smaku posiadać nutkę słonawej goryczy. Ale czy kiedy stanie się moja, będę chodzić w niej równie chętnie jak w tej, którą oswajałam latami? Ciągle nie wiem, a wątpliwość to skuteczny hamulec.

Niby mogę i potrafię, niby robiłam to wiele razy… Tylko czy naprawdę warto? Lubię rzeczy potrzebne, gardzę nadmiarem gratów. Nie chcę nowej skóry, nie jeśli miałabym dać się jej kurzyć z całą resztą. Ciało to przecież coś więcej niż szpilki od Louboutina, trzeba nosić je z odwagą na co dzień, nie czekać na wielki dzwon albo wyjście na miasto.

– Opowiesz mi coś więcej o Kaszmirze, Ewuś? – pyta, przymierzając przed lustrem bluzkę, której nie powstydziłaby się emerytowana hipiska.

– Interesują cię uprawy konopi czy wojna, której nikt nie wygra? – Podchodzę do Niej od tyłu. Gestem krawcowej z aspiracjami na projektantkę poprawiam drapowania bluzki. Dekolt w dół, ramiona przeciągnięte na właściwe miejsce i od razu byle szmatka wygląda jak szyta na miarę. Dziewczyna wdzięczy się, nie wiedzieć czy do lustra, czy do mnie. Na nadgarstku dzwoni Jej rząd bransoletek, które kupiła w ciągu ostatniego miesiąca.

– Interesujesz mnie ty – mówi wreszcie.

– Skoro tak… – Zawiązuję na kokardkę troczek przy bufiastych rękawach. – To mnie akurat tam dawno nie było.

– Jak dawno?

– Tak dawno, że sama już niewiele pamiętam.

– Szkoda, dobrze się ciebie słucha.

– Jak powiesz, że do tego mam urodę spikerki z radia…

– Nie żartuj tak nawet!

Nie wraca do przebieralni, by zdjąć bluzkę. Bez słowa podchodzi do kasy i wyciąga portfel. Zerka na zegarek. Jej ruchy stają się szybsze, przesadnie nerwowe. Nie pierwszy raz widzę, jak zaczyna nagle robić wszystko niezdarnie i w przyspieszonym tempie królika z reklamy baterii. Jakby rozmawiając ze mną, zapomniała, że dokądś się spieszy.

– Randka czy rozmowa o pracę? – Omiatam Ją pytającym wzrokiem, gdy poprawia usta błyszczykiem. – Cokolwiek na ciebie czeka, nigdzie nie ucieknie.

– Kochana jesteś, Ewuś. Ale muszę lecieć. Będzie źle, jak się nie pospieszę.

Zgarnia z lady wszystko, co na nią wyrzuciła w poszukiwaniu karty miejskiej. Poznaję portfelik z mandalą, który też u mnie kupiła. Macha ręką na pożegnanie i wybiega ze sklepu. Dzwonki feng shui szemrzą wraz z trzaskającymi drzwiami metaliczną kakofonią.

Czekam nie dłużej niż chwilę, by wyjść za Nią. Zamykam sklep, bo o tej porze nikt i tak nie zajrzy. Muszę się upewnić. Nie tylko czy mam szansę, ale też czy jest bezpieczna. Rzadko widuję moją najlepszą klientkę tak zdenerwowaną. Pamiętam jednak, że zdarzyło się to wcześniej. Nie było Jej potem na dzień lub dwa, wracała cichsza i smutniejsza, jakby ktoś rozbił na miazgę Jej wolę życia. Miewała siniaki na szyi zamaskowane plątaniną szalika, zadrapania brzydsze niż dzieło szalonego kota. Przechodziły równie szybko, co nastrój pod psem. Zwłaszcza kiedy wyciągałam szkatułkę kolczyków, które dawniej robiłam tylko na zamówienie.

Dziś znika w tłumie maszerującym podziemiami dworca. Wariatka, po co szukała biletu, jeśli nigdzie nie jedzie? Po wyjściu łatwiej Ją wyłowić z tłumu. Jest głośna przez bransoletki, kolorowa przez bluzkę i pachnie kadzidełkiem, które ode mnie dostała. Minąwszy Pałac Kultury, chowa się znowu w podziemnym przejściu. Stuka rozpaczliwie w telefon, przyspiesza tak, że prawie gubi klapek w kratce kanalizacyjnej. Wbiega po schodach tuż przy Rotundzie, nie zatrzymuje się, aż minie pierwsze witryny Ściany Wschodniej.

On czeka na Nią przy kawiarni, odprasowany i wkurwiony, jakby za rogiem miał kolejkę chętnych na audiencję.

– Czy ty umiesz korzystać z zegarka? – fuka, nim pocałuje Ją w policzek. – Ile ci mam ich jeszcze kupić, żebyś się nauczyła?

– Kacper, przepraszam… – dyszy. – Zagadałam się z koleżanką.

– Z tą brudaską ze sklepu indyjskiego? Za to, ile tam wydajesz, to już powinna być co najmniej przyjaciółką.

– Ale o co ci chodzi?

– O nic. – Wyciąga telefon z kieszeni i twarz tężeje mu jak u kreskówkowego boga wojny. – A może o to, że kończy mi się przerwa. I zamiast zjeść coś z moją dziewczyną, znowu czekałem jak debil.

– Kacper, nie chciałam… Wiesz, że tak mi się czasem zdarza. Po prostu zagapiłam się i…

– Kurwa, ty jesteś samolubna i autystyczna! Zrób coś z tym wreszcie. Jedno i drugie można już leczyć.

Zostawia Ją przed witryną kawiarni. Nie odwraca się nawet, by sprawdzić, czy już zaczęła płakać. Ale chyba podskórnie wyczuwa, że tak na Nią działa. Kącik ust drży mu w uśmiechu, którego wcale się nie wstydzi.

Znam takich jak on; sama świadomość, że wyciskają cudze łzy, dodaje im siły, spędzają życie na znęcaniu się, aż zduszą ofiarę jak płomień w palcach.

Dziewczyna rozgląda się bezradnie i chlipie dalej. Chowam się w sieciówce dla nastolatków, żeby nie przyłapała mnie na podglądaniu. Więc taki kryła przede mną sekret. Dobrze, że wiem, jak temu zaradzić.

– Nie wyglądasz jak na zdjęciu profilowym. – Kacper przygląda mi się znad kufla wygazowanego piwa. Gdyby nie lata doświadczenia w wabieniu takich jak on, miałabym z tego lepszy ubaw.

– Ale że gorzej? – Zerkam ukradkiem na telefon, jakby mnie tymi słowami zawstydził.

Na takie właśnie okazje trzymam skórę niedzielnej joginki, która wpadła mi w oko jakiś czas temu. Tatuaż z mandalą na przedramieniu, długa szyja i słomiane włosy spięte w rozpadający się kucyk. A Kacper, co za głupek z niego, gapi się na mnie jak zahipnotyzowany. Kręci go z grubsza to, czego ponoć serdecznie nienawidzi. Ale przed samym sobą ani nikim innym nigdy się do tego nie przyzna.

– Nie no… – Przywołuje kelnera niecierpliwym gestem. Tamten podchodzi bez słowa i czeka. – Po prostu tak ładniej, inaczej.

– Koktajl z selera i spiruliny – składam zamówienie, uśmiechając się do Kacpra. – Też mógłbyś spróbować.

Rzuca jakiś nieśmieszny żart o piwie i paliwie. A ja myślę, co dalej.

Ostatni raz omotałam kogoś podobnego do Kacpra niecałe dziewięćdziesiąt lat temu. To dużo i mało, zależy jak liczyć.

Błąkał się po Złotych Górach z ekspedycją pseudonaukowców. Ci za tezę przyjęli, że, wykonując pomiary ludzkich czaszek, będą mogli ocenić wartość jednostki. Szukali pradawnych źródeł własnej kultury w miejscu, gdzie ich przodkowie nie mogli się znaleźć nawet przypadkiem. Łączyli pozytywne cechy charakteru z wysokimi czołami i resztą rysów typowych dla swoich wikińskich praojców, zdziwieni, że w tej części świata ze świecą ich szukać. Na potwierdzenie, że są inni, wybrani i nigdzie nie ma lepszych od nich, kazano im uszyć legendę. Słusznie. Opowiadając własną historię, zyskali pełnię władzy nad tym, jak ich widziano. Przynajmniej dopóki nie odezwali się ci, którym robili nią krzywdę.

Tamten podobny do Kacpra był szefem tej ekspedycji. Miał na imię Hermann i mimo zamieci uwziął się, że znajdzie moją jaskinię. Słyszał od tubylców tyle strasznych historii, że po prostu musiał sprawdzić. Gniazdo walkirii, powtarzał, jakby tak brzmiała jego mantra. No, cóż, poza wielką ideą, miał w głowie niezły festiwal luźnych klepek.

Stos obgryzionych ludzkich ciał u wejścia nie wydał mu się wcale ostrzeżeniem. Córki Odyna, nadchodzę, mamrotał, łupiąc skałę czekanem. Nikt i nic nie było w stanie go zatrzymać. Wieśniakom, którzy prosili, by uważał, kazał za pośrednictwem tłumacza spierdalać, dodając, że nie wierzy w yeti. Pozostali członkowie ekspedycji bali się nawet spytać, czy w jaskini potrzebny będzie fotograf tudzież doświadczony speleolog. Hermann wyrwał obu sprzęt, wrzeszcząc, że skoro każde letnisko spędzał u wujka w Bawarii, to co oni mu tu chcą udowodnić. I poszedł z tym majdanem w ciemność i wycie wiatru.

– Ej, piękna… – Kacper odstawia z brzękiem kufel i chwyta mnie za rękę. – Dokąd tak uciekasz myślami?

– Fajne miejsce, ale daleko stąd. – Mrużę oczy, trzepocząc rzęsami. – Chciałbyś tam ze mną pojechać?

– Zależy, czy da się tam po ludzku dogadać – wydziwia. – I czy robią schabowe. Ale dla ciebie tak tydzień-dwa przesiedziałbym nawet z jeżami w betoniarce.

Co za gnój… Jeszcze wydaje mu się, że jest przy tym słodki.

Zupełnie jak krew kozicy, którą chłeptałam, gdy w jaskini pojawił się Hermann. Szedł w naszą stronę niczym wersja beta Indiana Jonesa. Bez bicza i kapelusza, za to nabuzowany łaknieniem wiedzy, jakby się czegoś nawciągał. Nie stronił zresztą od kokainy, co zrozumiałam później. Grzejcie mi miejsce w Walhalli, waleczne ślicznotki –jego głos niósł się echem. Wyglądało na to, że poza napisaniem własnej wersji historii miał inne, pokręcone plany. Drapał się po mostku. Tatuaż w kształcie rogów Odyna przypominał mu, żeby nie zbaczać z jedynej słusznej ścieżki. Bez względu na to, jak pełna kości pozbawionych szpiku i kurewsko śliska by nie była.

Świecąc pochodnią, bo baterie w latarce dawno się wyczerpały, Hermann znalazł wreszcie moją kryjówkę. Zaklął na głos na widok chmary postaci o ciałach w kolorach tęczy. Nie takich walkirii się spodziewał. Jedyne zbroje, jakie miałyśmy, to kościane wisiorki, a zamiast skrzydlatych hełmów mógł podziwiać fioletowo-niebieskie aureole czakry. Nie była to wieczna uczta, gdzie cycate Brunhildy w kolczugach podobnych do gorsetów polewałyby mu piwo za piwem do chrupiącej golonki. Z drugiej strony, skoro nie umarł na polu bitwy, czego oczekiwał? Fanfar?

Mimo to Hermann nie uciekł. Stał tylko z rozdziawioną gębą i udawał, że myśli. Może i był poszukiwaczem zaginionej arki, ale przerażało go zajęcie, w którym zatraciłyśmy się tak, że żadna długo nie dostrzegła intruza. Żarłoczne jak sępy na diecie rozrywałyśmy na kawałki zmrożone mięso jaka. W powietrzu latały kłaki, skóra i kości. A Hermann mimo buty drżał. Utknął w Walhalli rodem z koszmaru prawdziwego Aryjczyka – zależny od kaprysu kobiet, które nie były jasnowłose ani uległe.

Całe pięć minut zbierał się do ucieczki. Na nią było jednak za późno, bo moje siostry znęcił jego zapach. Otoczyły intruza pierścieniem ostrych szponów i wyszczerzonych zębów. Mlaszcząc żmijowymi językami, rozprawiały, jaki to z Hermanna smakowity kąsek i jak sprawiedliwie podzielić go między nas.

– Ziemia do księżniczki! Halo! – Kacper pstryka mi przed nosem palcami. Zanurza usta w piwie. Wciąż wydaje mu się, że jest w tym równie uroczy jak śmieszny.

Wtedy w jaskini byłam pierwszą, która zauważyła bladego ze strachu przybysza. Miał słomiane włosy, garbaty nos i w niczym nie przypominał jogina. Do tamtej pory, czyli przez jakieś ponad dwa tysiące lat, nikt poza ascetami pragnącymi oświecenia nie miał odwagi odwiedzać jaskini w Złotych Górach.

Inność to czasem najsilniejszy afrodyzjak. Uratowałam Hermanna, bo wyglądał na okaz rzadszy od czerwonej pandy. Rzuciłam ledwie napoczętą łopatkę na skalną półkę, gdzie lubiłam medytować, i rozpędziłam śliniące się jadem siostry. Sycząc wiązanki przekleństw niegodne wiecznych bytów, popełzły pod ścianę. Tam wysysały szpik we względnej ciszy, zakłócanej czasem sykami i siorbaniem.

Zapytałam Hermanna, czego szuka w krainie tęczy i czy jest za to gotów zapłacić każdą cenę. Był tak nienormalny, że zgodził się od razu, choć nie mówiliśmy jeszcze tym samym językiem. Kiwał po prostu głową, szczękając zębami. A ja dłubałam we własnych i dość natarczywie mierzyłam przybysza wzrokiem. Jego nabite ciało nawet spod kożucha przypominało mi, że za długo chowam się przed światem. Tak samo jak o tym, że zanim wymedytowałam sobie życie wieczne, miałam też proste, ludzkie pragnienia.

Zawojujmy razem świat, moja Brunhildo, jęczał Hermann chwilę później, bynajmniej nie z bólu. Poszłam z nim, bo zawsze ciekawiły mnie miasta u podnóża Złotych Gór. Przez dwa tysiące lat musiało się tam sporo zmienić. A kogo lepiej mieć za przewodnika niż tak wspaniały okaz tępej siły i braku zahamowań?

Sprawę pielgrzymów pragnących oświecenia zostawiłam siostrom. Nie wyglądały na zadowolone, ale i nie mnożyły przeszkód. Żyły w watasze, pozbawione ciekawości świata i ludzi. Może poza taką, czy pachnieli zdrowo, a mięso mieli chude i niezbyt żylaste. Typowe mięsożerne dakinie… Zdziczały i przestały dbać o duszę, gdy tylko sięgnęła szczytu drzewa czakr. Liczyły, że szybko się znudzę. Rozumiem je nawet, bo kto normalny rozmawia z jedzeniem?

– Pokazać ci miejsce lepsze od tego w twojej wyobraźni? – Ręce Kacpra stają się tak lepkie, że tylko cudem się nie krzywię.

– Czyżbyś miał na myśli swoje łóżko? – Podejmuję grę i zerkam na torbę z siłowni. Napchałam do niej tyle potrzebnych rzeczy, że z trudem ją tu zataszczyłam.

– To jakieś czary? – Nachyla się przez stół, ziejąc mi alkoholem w twarz. – Bo chyba nie każdemu tak czytasz w myślach?

Hermann nieźle się napocił, żeby uzasadnić moją obecność wśród członków ekspedycji. Wyznanie im prawdy nie wchodziło w grę. Nawet w gronie szalonych naukowców byłabym sensacją na miarę odkrycia Ameryki, a on swoją pragnął zachować na wyłączność. Wcale nie na zawsze, ale przynajmniej dopóki nie zrozumie lepiej natury znaleziska.

Patrzyłam spod włochatego kaptura, jak plącze się w zeznaniach, zmyśla. Skakał przed resztą członków ekspedycji, a ci marszczyli tylko coraz mocniej spalone słońcem czoła. Hermann się nie przejął, tylko zmienił taktykę. Zagrał kartą: ocalenie sierotki w opałach. Zacięte grymasy jego współtowarzyszy złagodniały. Bajka o lawinie i zaginionym dziecku, które trzeba zwrócić rodzicom, stopiła ich serca. Przyjęłam to z ulgą. Nie mogłam przecież siedzieć owinięta w futro, dzień i noc udając niemowę wychowaną przez tygrysy. Miałam więc nowy cel: w najbliższej wiosce musiałam zniknąć, a właściwie ukryć przed światem swoje prawdziwe ciało. Zniknięcie znalezionego w górach dziecka niby każdy zauważy, ale niewielu przejmie się nim bardziej niż zagubionym w śnieżycy prowiantem.

Łowy okazały się równie krótkie, co owocne. Nie miałam zresztą wyśrubowanych wymagań. Dość szybko wciągnęłam na siebie skórę jakiejś Polki z Harbinu. Dziewczyna podążała za Hermannem ślepo od Mandżurii po Himalaje, a on woził ją wraz z toną bagażu, traktując jak balast, któremu zdarza się przydać. W oczach ekipy uchodziła za kogoś pomiędzy asystentką a kochanką. Nie była jednak próżna na tyle, by rzucić mi się do gardła i podrapać twarz. Odkąd Hermann wrócił z jaskini, czuła, że skończył się jej czas. By zostać przy nim choćby w formie cudzej powłoki, oddała mi ciało bez szemrania. Prosiła tylko, bym załatwiła z Wotanem to, że odrodzi się jako walkiria. Nie rozumiałam, o co i kogo dokładnie chodzi, ale się zgodziłam.

– Nie wygłupiaj się nawet. – Kacper prawie wytrąca mi kartę, zanim zdążę podać ją kelnerowi. Chce być bardziej szarmancki niż przewiduje konstytucja samców alfa.

– Ojej, prawdziwy dżentelmen! – Chichoczę, choć wcale nie lubię takich gestów. Są jak zobowiązanie na piśmie, że poza pożegnaniem i obietnicą kolejnego spotkania Kacper ma prawo wymagać więcej.

– Co zrobić, ginący z nas gatunek. – Płaci jak oligarcha na dorobku. Wyraźnie bawią go własne żarty. – Zaopiekuj się mną, a może przeżyję globalne ocieplenie.

Mój Hermann był do niego tak bardzo podobny.

Nie minął miesiąc ćwierkania mi do ucha zachwytów i nazywania „jego Brunhildą”, a zaczął kręcić nosem. Że niby tam w środku jestem idealna, ale na zewnątrz mam nie taką czaszkę i zbyt mocny profil. Wybuchnęłam. Zagroziłam, że zeżrę jego ciało i duszę, jeśli się nie uspokoi z tym swoim bełkotem o rasie panów. Wyszedł obrażony. Wrócił nad ranem naćpany opium, z symbolem słońca wytatuowanym na łopatce. Wiedział, jak mnie do siebie przekonać, więc dostał kolejną szansę.

Dałam się zabrać do Berlina. Chyba głównie dlatego, że byłam ciekawa, skąd biorą się tacy jak Hermann i jak smakuje ich mięso. Na miejscu okazało się, że ci podzielający jego przekonania to wcale nie większość, ale z jakiegoś powodu mają posłuch i niepodzielną władzę. Imponowało mi to. Po dwóch tysiącach lat na piedestale dachu świata trudno nie czuć się kimś szczególnym.

Były więc bale, rauty, wiece i dużo, tak strasznie dużo mięsa, które samo pchało mi się do ust. Potrząsałam ręce generałów, klepałam po plecach ich żony w hełmach z fal Dunaju, paliłam z kochankami o wyskubanych brwiach i bladych twarzach mimów, czochrałam czupryny dzieci jak futra domowych pupili. Poznajcie prawdziwą walkirię, córkę Odyna, cud nad cudy, moje wspaniałe znalezisko, przedstawiał mnie Hermann. Okraszał ten spektakl wachlarzem min i całował mnie w rękę. Odchodził na bok, wracał, pociągając nosem. Po skończonej owacji wywijał mną na parkiecie w rytmie swingu, równie w tym tańcu szalony, co nieporadny.

Już czas, Brunhildo, mówił, kiedy opadał z sił. Z twoją pomocą zmienię skórę świata. Zasłużę na Walhallę. Głaskałam go po głowie bez słowa, dopóki nie zasypiał, śliniąc się w poduszkę.

A potem przyszła wojna.

– To łóżko czy może…? – Kacper patrzy na mnie, siedząc w fotelu kierowcy. Jego dłoń puszcza drążek zmiany biegów i wspina mi się po kolanie. Może jest z tych, którzy samochód traktują jak przedłużenie własnej osoby? Dupkiem wmawiającym ludziom, że porysują mu lakier, bo za długo i za mocno patrzą.

– Tutaj to nie dam rady się nawet rozciągnąć – kpię, ale nie odsuwam jego ręki. Chociaż to, co nią robi, zaczyna mnie brzydzić.

– Rozkaz to rozkaz, księżniczko. – Uśmiecha się i nie przestaje.

Może z Hermannem wyszłoby inaczej, gdyby nie przegrana wojna? Stawał się jednak nudny i nie do zniesienia.

Tamte pięć lat widzę w pamięci jak przez brudną szybę. Najadłam się tak, że niewiele pamiętam poza smakiem krwi i rozleniwiającym uczuciem sytości. Myślałam czasem, by nakręcić o tym film lub chociaż robić zdjęcia. Wysłałabym je siostrom, trzymającym się kurczowo Złotych Gór i Krainy Tęczy. Gdyby na naszym poziomie bytu mogły mieć miejsce takie rzeczy, posrałyby się z zazdrości.

Otrzeźwiałam nieco, gdy przyszły pierwsze klęski. Świat buntował się przeciw bajkom o wspaniałej rasie, wyższej kulturze i innych głupotach. A Hermann zgłupiał do reszty. Zatrudnił się w miejscu znanym jako „fabryka śmierci”. Myślał, że tak jak ja może ściągać z ludzi skóry, robić z nich abażury i obicia kanap. Mięsa nie tknął, bo niby się brzydził. Szkoda, bo bez tego nie ma oświecenia ani nieśmiertelności. Smutne, ale tak przecież działa łańcuch pokarmowy.

Mówiłam o tym Hermannowi nie raz, ale równie dobrze mogłabym mówić do ściany. Pragnął Walhalli, a nie wyrwania się z więzienia ciała i kołowrotu wcieleń mielących duszę na pył jak żarna. Jedno zwycięstwo, moja walkirio, prosił, ostrożnie usypując kreski. Wystarczy, że znów spojrzą wilkowi w paszczę, a zaczną się bać, że pożre słońce.

Dureń… Wymęczył mnie tak, że musiałam to skończyć. Piękny wariat miał w sobie jednak coś, co nie pozwalało mi go zeżreć tak po prostu. Za lekki na obiad, zbyt ciężki na podwieczorek… A tak naprawdę darzyłam go uczuciem, choć nie była to miłość. Zabrał mnie w końcu w świat, nakarmił, ubrał w ludzką skórę. Nic z tego nie okazało się na dłuższą metę dobre, ale wyryło w pamięci tych parę miłych obrazków. Uśmiech, z którym obracał mną w tańcu. Zapał szalonego naukowca we wszystkim, co mówił. Spokój, z którym zasypiał przy mnie, wcale nie dlatego, że miał pistolet pod poduszką.

Pamiętam to nadal bardzo wyraźnie. Pamiętałam też wtedy, gdy wrzuciłam Hermanna do klatki pełnej ludzi, których chciał przerobić na obicia mebli. I co tu dużo mówić, nie wyszedł z tego żywy.

Nadal nie żałuję. Czasem zwlekanie boli bardziej niż rana po zerwaniu plastra.

– Słyszałeś legendę bodhisattwy Nigumy? – Odsuwam od siebie twarz Kacpra. Mam dość bezczynności, a do mieszkania dałam się mu wepchnąć jak koza. Podnieca go cudza słabość, więc może coś jednak nas łączy.

– A czy to bardzo niegrzeczna historia? – Dyszy mi do ucha i całuje po szyi, jakby chciał ją przegryźć.

– Ci o czystej percepcji dostrzegą jej uśmiech wszędzie, a tym nieczystym nie ukaże się nawet, gdy wodzą wzrokiem góra-dół – recytuję z pamięci, a zdziwienie robi z Kacpra niedoróbkę bohatera mangi. – Podasz mi torbę?

Robi, o co proszę.

– Oooj – cieszy się, gdy wyciągam z bocznej kieszeni kajdanki. – Robi się coraz ciekawiej.

– Pójdziesz napuścić wody do wanny? – pytam, zerkając na łóżko. Nie zależy mi chyba aż tak, bym chciała po nim sprzątać pół dnia. – Mam pewien pomysł…

– Nie mów. – Kładzie mi palec na ustach, rozchyla nim wargi. Nawet nie wie, jak muszę się hamować, by mu go nie odgryźć. – Lubię takie niespodzianki.

Znika za drzwiami. Po chwili słyszę strumień wody uderzający w porcelanę. Gdy Kacper pogwizduje, wyciągam z torby pamiątki po Hermannie. Zestaw noży, piłę, wreszcie butelkę żrącego kwasu. Na stoliku kładę drewniany stojak i odpalam kadzidełko o zapachu mirry. Improwizuję szybkie rozciąganie, choć bez maty wolę nie przedobrzyć. Namęczę się, bo Kacper nie wygląda na takiego, który podda się bez walki.

Ale to dla Niej, tak samo jak dla mnie. Obie jesteśmy warte szansy, by połączyć się na wieki. Skóra w tym wypadku to dopiero początek.

Staję w progu mieszkania Kacpra. Skończyłam sprzątać łazienkę, przebrałam się w inną skórę i świeży komplet ciuchów. W dres z kapturem oraz ciemne okulary na wypadek, gdyby ktoś sprawdzał tu monitoring.

Kacper walczył, bo myślał, że ma szansę. Jego krew została mi we włosach, oblepiała twarz, mokrymi plamami rozlewała się po ubraniu. Ale najbardziej napociłam się nad szorowaniem fug i nad tym, by nie roznieść brunatnej mazi po wykładzinie. Skórę zabezpieczyłam w torbie, na mięso wzięłam sobie lodówkę turystyczną. Właścicielowi i tak się już nie przyda.

By zgubić trop, taszczę to wszystko do tramwaju w kierunku Woli. Wysiadam przed Kinem Femina, zamawiam przewóz. Kierowca całą drogę nie może się zamknąć o tym, że sam też na grilla kupuje tylko to, co swojskie albo z wolnego wybiegu. Pyta, skąd jestem, nie dostrzegając żartu, gdy mówię, że oczywiście z Wietnamu. Wygląda na takiego, który poza all inclusive raz do roku, bywa głównie na działce. Twarz boli od wymuszonego uśmiechu, w gardle pęcznieją złośliwości, które zatrzymuję dla siebie.

Wysiadam przed wejściem do bramy kamienicy. Taszczę niezdarnie swój najnowszy łup, przeciągam przez nierówną kostkę brukową i kałuże.

– Pomóc ci z tym, Ewuniu? – Pan Tomek wyskakuje, jakby od rana czekał na to, by stać się moim bohaterem.

Pozwalam mu chwycić uszko lodówki i torbę dla równego obciążenia. Jest miły jak dobry wujek, który za pomoc oczekuje tylko tego, że zostanie wysłuchany. Tego akurat mu nie odmówię. Choć zdarza się, że rzuci okazyjnym żartem o babie przebranej za chłopa, miło się z nim gawędzi.

– Znowu coś dla tej twojej koleżanki? – Potrząsa torbą.

– Nie tylko. – Uśmiecham się pod nosem, wchodząc za panem Tomkiem po schodach.

– To może nie moja sprawa… – zaczyna jak każdy, kto lubi się wtrącać. – Życie mija, zanim się obejrzysz, Ewuniu, i wypada czasem pomyśleć o sobie. Zrób z tym, co uważasz. Ale ty ciągle jej pomagasz, a ona od miesięcy nie wyszła nawet po bułki.

– No, ciężko jest – zmyślam na poczekaniu. – Wygląda na to, że nastrój siadł jej bardziej niż zwykle.

– Nie powiem, żeby poszła pobiegać… – Stawia torbę i lodówkę pod moimi drzwiami. – Tylko że samo leżenie plackiem mało kogo stawia na nogi.

– Wiem.

– To już jakiś początek. – Pan Tomek macha ręką, jakby mnie rozgrzeszał. – Pamiętaj w tym wszystkim o sobie, inni jakoś muszą sobie poradzić. Dobra rada, co?

– Najlepsza!

– Powiedz to mojej byłej żonie… – Zaciska i marszczy usta. – Chociaż może znalazłybyście wspólny język.

– Że niby taka solidarność jajników?

– Tak bym tego nie nazwał. – Odwraca się na pięcie, widocznie nie ma ochoty ciągnąć tematu. – Pomóc ci czy…?

– Dziękuję, poradzę sobie.