Przepowiednia II. Początek końca - Izabela Redesiuk - ebook

Przepowiednia II. Początek końca ebook

Izabela Redesiuk

0,0

Opis

„Zło jest złem [...]. Nie możemy na nie pozwalać, nawet gdy lęgnie się w tych, których kiedyś kochaliśmy.  A może zwłaszcza wtedy."

Oczekiwano, że bitwa pod Tellmerem zapobiegnie zapowiadanej w Przepowiedni wojnie, lecz jej konsekwencje to zaledwie początek końca. Zebrana niedawno drużyna musi odnaleźć pozostałych Bohaterów nim zrobi to ich wróg.

Powiązane nićmi Przepowiedni istoty muszą zebrać siły na walkę z nowym wrogiem, odkrywając, że czasem trzeba sięgnąć w odległą przeszłość, by zrozumieć plączące się ścieżki fatum. Później wystarczy tylko nimi podążyć, nawet jeśli pokierują przez czerwone od krwi kamienne tunele piekieł, zniszczone rebelią doliny elfickiego Masner Bal lub gładkie i zimne korytarze anielskiego Szafirowego Gmachu.

W świecie pełnym magii i eskalującej szybko przemocy Bohaterowie spróbują stawić czoła przeznaczeniu.

„Piekło wybrukowane jest dobrymi chęciami, ale ściany wymalowane ma posoką."

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 550

Rok wydania: 2024

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Copyright ©2024 by Izabela Redesiuk

ISBN: 978-1-9168727-7-6

Wydanie pierwsze, Blackburn 2024

Redakcja: Paulina Zyszczak – Zyszczak.pl

Korekta: Kinga Dąbrowicz – Zyszczak.pl

Skład i łamanie: Andrzej Zyszczak – Zyszczak.pl

Grafika na okładce: Bartek Błaszczeć

Wszelkie prawa zastrzeżone. Książka ani jej części nie mogą być przedrukowywane ani w żaden inny sposób reprodukowane lub odczytywane w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody autora.

Podziękowania

Przy tym tomie pragnę podziękować serdecznie moim Patronom – pierwszym osobom, którym literacko zaufałam. Szczególnie doceniam komentarze TatArka z Kulturalnych Żuków trafiające na moją skrzynkę instagramową z miejsc tak cudownie egzotycznych jak Królestwo Bahrajnu. Dziękuję, że zabrałeś tę historię w podróż.

Zespołowi Zyszczak.pl, który nigdy nie zawodzi. Dodatkowo w tej książce postacie Andrzeja i Pauliny Zyszczaków pojawiają się jako nowi bohaterowie i jestem ciekawa, czy znajomi tej pary będą w stanie ich odnaleźć.

Wszystkim, którzy wspierali mnie w niełatwej drodze selfowej przy masie codziennych obowiązków i wierzyli, że nie skończę na jednej książce i kilku opowiadaniach.

Mojej drugiej Rodzinie z grupy Samowydawcy.pl spotykanej na targach w Polsce, a znacznie częściej na wideorozmowach – ilość wsparcia, motywacji, pomocy i zrozumienia dla procesu powstawania książki jest nie do opisania.

Dziękuję każdemu Czytelnikowi, który pytał, czekał, podzielił się wrażeniami po przeczytaniu pierwszej części i dyszał mi w kark ze zniecierpliwieniem. To Wy jesteście moim prawdziwym kołem napędowym.

Magicznej przygody!

Prolog

Gęsta czerwień spływała powoli po jasnym, surowym drewnie. Miejscami kolor wsiąkał od razu w drobne szczeliny, jakby drzewo mimo śmierci wciąż było spragnione. Wąskie ścieżki rzeźbione przez pojedyncze drobinki scalały się gdzieniegdzie w leniwe rzeczki tylko po to, by dołączyć do swych sióstr na ubitej ziemi. Szkarłatny pas małych kałuż i zastygających na trawie kropel ciągnął się na kilka metrów, niemal niewidoczny w sztucznym świetle reflektora skierowanego na ścianę.

– Myślisz, że to dobry pomysł? Do świtu jeszcze daleko. Powinieneś odpocząć.

– Nie mogę spać ani myśleć o wojnie. Muszę zająć czymś umysł.

– Malowanie stodoły może poczekać, Will. Zrobimy to rano. Wróćmy do domu. Bądź ze mną.

Westchnął zrezygnowany i wrzucił niedopałek papierosa do wypełnionej wodą puszki po farbie. Pomyślał, że ostatnio za dużo pali, przyjął jednak tę wiadomość bez szczególnego zainteresowania. To był trudny czas dla wszystkich.

Odwrócił się do kobiety, która wniosła w jego życie tyle światła. Potargane włosy spływały na okryte cienkim kocem ramiona. Pod oczami ciemniały półkola opuchlizny, spierzchnięte wargi przytuliły się do zbyt wielu kubków kawy. Ona również nie spała najlepiej.

– Dlaczego nie śpisz? – zapytał, odgarniając z jej czoła niesforny kosmyk.

– Za dużo myśli kłębi mi się w głowie. Mam wrażenie, że czas nas goni i że zaraz stanie się coś złego.

– Coś gorszego niż koniec świata? Marne szanse.

Objął kobietę i poprowadził w stronę domu. Traktował to miejsce jako azyl. Niewiele ich pozostało tak spokojnych, jakby świat nadal kręcił się po starej orbicie. Cóż, teoretycznie tak było.

Z tym że planeta znajdowała się na ostatniej prostej ku upadkowi. Coraz częściej słyszeli o bitwach rozgrywających się wokół. Ogromne monstra pojawiały się znikąd i niszczyły całe miasta, a teorie narastały jedna po drugiej. Ktoś zbierał małą armię i atakował kogoś, o kim słyszał, że może odpowiadać za krzywdy wyrządzone bliskim. Na ich oczach rodził się chaos.

– Napijesz się kawy? – zapytała Kat, gdy weszli do ciepłego wnętrza.

– Podziękuję. I tak jesteśmy nakręceni. Pozwól, że zrobię ci coś na wyciszenie, a ty usiądź i odpocznij.

Wyjął z szafki kilka słoiczków i spojrzał na kobietę. Oparła przedramiona na stole i zapatrzyła się w przestrzeń. Wydawało mu się, że schudła przez ostatni tydzień czy dwa. Coraz częściej była nieobecna, choć starała się to ukrywać. Nawet nie zauważyła, gdy postawił przed nią szklaneczkę z gotowym eliksirem.

– Kat – powiedział łagodnie i ujął jej szczupłą dłoń.

Skupiła wzrok na jego twarzy i westchnęła.

– Czas goni – powtórzyła zagadkowo.

– To prawda. Z samego rana pojedziemy do Yogiego i Sharmai. Zobaczymy, co udało im się wyciągnąć z zapisków Ariusa. Wypij to i chodźmy spać. Nie zrozum mnie źle, ale nie wyglądasz najlepiej.

– Jasne – mruknęła tylko.

– Przygotuję świeżą pościel. – Cmoknął ją w czubek głowy.

Nie odpowiedziała i po prawdzie nawet nie zwróciła uwagi na jego słowa. Uniosła ciężką szklaneczkę i wypiła słodki płyn. Kilka minut później stała się senna. Popatrzyła na prosty pierścionek, który dostała od Willa niedługo po tym, jak wrócili spod Tellmeru. Wprawione w srebrzysty metal diamenciki lśniły delikatnie w przytłumionym kuchennym świetle.

Wykrzywiła w uśmiechu blade usta, gdy przypomniała sobie Willa wkładającego pierścionek na jej szczupły palec.

– Ale to nie oświadczyny? – zapytała ze śmiechem.

– A nie wystarczy ci ten raz w Tellmerze?

– Hej, to był mój pomysł. Nie przypominam sobie spektakularnego padania na kolana.

– A później, w hotelu? Czy nie było dość spektakularnie?

Pociągnął ją na siebie i pocałował. Cieszyli się jednym z ostatnich wolnych od wojny dni. Nie wiedzieli jeszcze, jak szybko potoczą się wydarzenia. Napięcie, które budowała w nich bitwa pod Tellmerem, w końcu miało szansę opaść i pozostawić w sercach odrobinę miejsca na miłość.

Leżeli w cieniu drzew owocowych wtuleni w siebie, jakby miał to być ostatni raz.

Kat uniosła dłoń i przyjrzała się srebrnej obrączce.

– Jest piękny. Podoba mi się, że diamenciki są ledwo widoczne. To takie proste i eleganckie. Tak jak żyłki w liściach tego drzewa. Wciąż nie wiesz, co to za roślina?

Oboje popatrzyli na drzewko o cienkich gałązkach i podłużnych, błękitnych liściach.

– Nie. Pytałem nawet Yogiego i Kelaana, ale żaden nie spotkał się wcześniej z podobną odmianą. – Will wyciągnął palec i trącił delikatną blaszkę.

W świetle dnia żyłki zalśniły srebrem.

– Pojawiło się po twoich pierwszych odwiedzinach, więc przyjmuję, że to nie owoc, lecz drzewo naszej miłości – dodał. – Bardzo cię kocham, Kat. Niech ten pierścionek ci o tym przypomina.

– Hej, idziesz? Wszystko już gotowe – usłyszała za sobą ciepły głos Willa.

– Tak, po prostu trochę się zamyśliłam.

Uniosła wzrok i napotkała jego zmartwione spojrzenie. Nie powinna dawać mu powodów do trosk. Nie teraz, gdy poza bezpiecznymi granicami farmy świat rozpadał się na kawałki.

– Chodźmy już. Twój eliksir skutecznie mnie usypia, ale może wykrzesam z siebie jeszcze odrobinę energii, by zdjąć z ciebie tę brudną koszulkę.

– Tylko koszulkę? – zapytał z iskierkami w oczach, które tak kochała.

– Jeśli pomożesz mi z resztą, może zdążę zobaczyć cię nagiego.

W odpowiedzi wziął ją na ręce i odwrócił się w stronę schodów. Oplotła nogami szerokie biodra, ciesząc się, że nie widział jej twarzy ani tego, co sama coraz częściej dostrzegała.

W kącie kuchni stał przerażający stwór. Od części jego twarzy odpadły tkanki, odsłaniając wysuszone kości i głęboko osadzone w szczękach zęby. Jeden oczodół był pusty – ziejąca ciemnością przestrzeń o pokrwawionych brzegach. Ubrany w postrzępione czarne spodnie i czerwoną atłasową koszulę trzymał w gnijących rękach klepsydrę.

Kute z metalu czarne ramy przedstawiały cztery smoki o długich ogonach i rubinowych oczach. Wszystkie patrzyły do wewnątrz, obserwując przesypujący się czerwony piasek. W górnej połowie zostało go już bardzo mało.

Stwór postukał kościstym palcem w szklany bok i uśmiechnął się do Kat resztką ohydnych, rozkładających się ust.

Ust, które kiedyś znała i całowała.

Ust swojej pierwszej ofiary.

* * *

Will nie tracił czasu na sen. Gdy skończyli się kochać, poczekał, aż Kat zaśnie z głową na jego piersi. Uwielbiał te doznania: wilgoć włosów, gorące, miękkie piersi przyciśnięte do jego boku, spokojny oddech kobiety.

Tym razem nie korzystał długo z tych przyjemności. Ucałował uśpioną seksem oraz eliksirem Kat i delikatnie wysunął się z jej objęć. Zszedł do kuchni i sięgnął po papierosa. Patrzył przez dym zmrużonymi oczami, tworząc następną mieszankę w wysokiej szklance. Eliksir energetyczny. Znowu.

Wypił orzeźwiający płyn i ruszył do salonu, by zagłębić się w kolejnej księdze. Im szybciej się dowiedzą, co planuje ojciec Yogiego, tym szybciej Will będzie mógł znów spokojnie spać obok ukochanej.

Wróg nie próżnował. Od pogrzebu Ariusa minęło ledwie parę tygodni, a rzeczywistość diametralnie się zmieniła. O ile wcześniej myśleli, że zbliżają się do nieuchronnego końca, o tyle teraz zdawało się, że są na szczycie kolejki górskiej. Mieli błyskawicznie ruszyć w dół.

Miasta były plądrowane przez hordy demonów, bitwy spontanicznie wybuchały w różnych częściach świata. Nadszedł czas rewolucji. Ludność zwracała się przeciwko rządzącym, winiąc ich za straty i niemożność zapewnienia bezpieczeństwa. Mieszkańcy planety nie spotkali się wcześniej z zagrożeniem, jakie stanowił Kenjiro Takashimi z jego armią. Najgorsze były pojawiające się znikąd potwory bezmyślnie niszczące metropolie i zabijające wszystko, co spotkały na swej drodze.

Nie miały jednego, określonego kształtu. Jedne były wielkie jak wieżowce, o kilku łapach zakończonych zakrzywionymi szponami, inne niczym chmara karaluchów przetaczały się przez doliny, zostawiając je martwe i puste. Niespodziewanie wyskakiwały z kraterów, wypływały z jezior i mórz, nadlatywały z powietrza. Znikały równie niespodziewanie, lecz na to nie było wielu świadków.

Niektórzy ocaleli woleli sami zakończyć swoje życie przerażeni tym, że to dopiero początek, lub zrozpaczeni po stracie najbliższych, których śmierć nierzadko widzieli na własne oczy.

Will przewrócił zabazgraną pospiesznie stronę. Jeden z dzienników Ariusa, przeczytany już przez Yogiego i Sharmayę. Tych dwoje stało się swoistymi przywódcami i nikt nie zamierzał tego głośno kwestionować, choć Black słyszał o głosach sprzeciwu wśród wojowników, którzy brali udział w pierwszej bitwie. Niewielu zrozumiało, co zaszło tamtego dnia, lecz nie powstrzymywało to nikogo przed wyciąganiem swoich wniosków odnośnie do przebiegu zdarzeń.

Według plotek śmierć Ariusa wywołała dalsze reperkusje, gdyż armia miała się teraz mścić za jego zabójstwo. W innej wersji Yogi i Sharmaya zamordowali z zimną krwią maga, który chciał się poddać, co wywołało gniew jego ojca. Kolejna mówiła o czarnoskrzydłym aniele, który chciał uratować świat, lecz został stracony przez Bohaterkę…

„Pogłoska jest informacją przedestylowaną tak dokładnie, że potrafi się przesączyć wszędzie”, zacytował w myślach Will, przypominając sobie czytaną kiedyś książkę.

Dla tych, którzy uwierzyli w te brednie, Sharmaya, Yogi oraz towarzyszący im wojownicy stali się wrogami numer jeden. Winnymi „przegranej” bitwy i jej konsekwencji. Społeczeństwo dzieliło się coraz bardziej, a świat pogrążał się w chaosie, zapominając o prawdziwym nieprzyjacielu. Pojawiły się plotki o miejscu niezliczonych bogactw oraz transformacji – mieście umarłych, którego narodziny miały zwiastować koniec obecnego porządku. Powróciły dawne przesądy i opowieści, a rewolucje i bunty wybuchały każdego dnia.

Oczy mężczyzny przesuwały się po wyblakłych literach, lecz umysł wrócił do czasów sprzed wprowadzenia Sharmai do ich świata. Nie dawała mu spokoju drobna rzecz. Charizme, stara znajoma, powiedziała, że widziała w piekle kogoś pasującego do opisu Ariusa, gdy ludzie Marstona obserwowali mieszkanie kobiety. Pamiętał, że Yogi przekazał informację detektywowi, ale późniejsze wydarzenia sprawiły, że wszyscy o tym zapomnieli. Gdyby wtedy zapytał Yogiego, gdyby choć o tym wspomniał… Może teraz byliby na innej pozycji. Być może Arius wcale nie musiałby zginąć.

Nagle wzrok Willa na coś natrafił.

„Oczywiście, że zacząłem obwiniać za to wszystko siebie. Znałem swoje wnętrze i czułem, że nie mogłem być tym lepszym bratem. To on był moim mistrzem, wzorem do naśladowania. Niemożliwe więc, by to on wyrządził jakiekolwiek zło”.

„A więc nie jestem jedynym, którego wypełnia żal”, pomyślał Will i z pełnym skupieniem pochylił się nad sztywnymi kartkami dziennika, wracając do poprzedniej strony.

Zapiski Ariusa 1

Powietrze nad Foyners zdawało się ciężkie od cuchnącego dymu. Niewiele widziałem, rozcięta brew krwawiła obficie i zalewała czerwienią oko. Trąby obwieszczały koniec bitwy, nasze zwycięstwo przeciwko armii ghuli i demonicznych wynaturzeń. Zdjąłem hełm, rozerwałem zaklęciem pozostałe w nienaruszonym stanie rzemienie i zrzuciłem z siebie ciężki napierśnik. W końcu mogłem swobodnie odetchnąć. Chciałem uściskać brata, wiedziałem, że dziś będziemy świętować. Pobiegłem w kierunku człowieka, którego sylwetki nie mogłem wtedy pomylić z żadną inną postacią. W jego rękach jaśniał Pastorał Wodza nasycony mocą zwycięzcy. Zanim jednak pokonałem choć połowę dzielącego nas dystansu, moje oczy przesłoniła ciemność.

Tyle pamiętam z ostatniego razu, gdy widziałem brata. Ocknąłem się w jednym z pokoi Akademii, opatrzony, lecz wciąż obolały. Wstałem nieco zbyt gwałtownie, przypłacając to mocnymi zawrotami głowy. Musiałem dostać potężny cios, bo bandaże oplatały nawet twarz. Przekląłem się za zbyt szybkie zdjęcie hełmu na polu bitwy i jednocześnie byłem szczęśliwy, że w ogóle żyję.

Drzwi niemal natychmiast się otworzyły i zabrano mnie przed oblicze Wysokich Magów. Dwóch strażników nie raczyło nawet odpowiadać na moje pytania.

Na twarzach magów nie było najdrobniejszego zadrapania. Suczysyny, nawet nie ruszyli dup z Akademii, a wysłali w bój takich żółtodziobów jak ja.

– Arius T., trzydziesty siódmy oskarżony – zapowiedział mnie jeden ze strażników, sadzając siłą na jedynym krześle.

– Jak to: oskarżony? Niby o co? Przecież wygraliśmy!

– Milczeć! – huknął jeden z magów i zaczął przeglądać rozrzucone na stoliku przed nim papiery. – To by się zgadzało.

Pozostali pokiwali głowami jakby od niechcenia.

– Współwinny zniszczenia miasta Foyners i morderstwa jego mieszkańców. Wykonać!

Poczułem podmuch zimnego powietrza, jakby ktoś otworzył przede mną portal do lodowych komnat samego Bezyliusa, zimowego bożka. Włosy zjeżyły mi się na karku, a ciałem wstrząsnął dreszcz, lecz wrażenie minęło po kilku sekundach.

– Nie! Ja przecież nie walczyłem w mieście, nawet nie wiem, co tam się stało!

– Powiedziałem, współwinny! – wydarł się znowu mag, patrząc na mnie jak na coś ohydnego, co przykleiło mu się do podeszwy. – Poniesiesz konsekwencje tego, co zrobił twój brat.

– Mój brat? Przecież on… – Spuściłem wzrok, próbując sobie przypomnieć jego twarz.

W moim umyśle ziała dziura, w którą wpadła cała jego osoba. Nie byłem w stanie przywołać nie tylko postaci, ale i głosu czy imienia. Resztki wspomnień blakły szybko, balansując na krawędzi tej ciemnej przepaści. Mimo że próbowałem chwycić chociaż strzęp, po chwili nie zostało mi nic.

– Co się właśnie…

– Klątwa samotności. Nikt już nie rozpozna tego maga jako swojego bliskiego. Zapomnisz o wszystkim, co go dotyczy, choć pozostanie świadomość, że gdzieś tam istnieje.

– Ktoś na pewno skojarzy fakty i nam pomoże! Odzyskam go prędzej, niż myślicie! – zawołałem przerażony ich okrucieństwem.

– To jest klątwa, współwinny! Sądzisz, że tacy magowie jak my mogliby popełnić błąd? Nigdy go nie odnajdziesz. Nie masz już swojej twarzy, by nikt nie mógł się powołać na podobieństwo, nie masz nazwiska, by nie można było powiązać was jako rodziny. Nie wiesz, jak on wygląda ani kim jest. Zło, którego się dopuściliście, zasługuje na surową karę.

Piekąca łza spłynęła z kącika oka i wsiąknęła w bandaże.

– Nie ma klątwy, której nie można odwrócić – powiedziałem cicho po chwili. – To wbrew zasadom magii.

– Nie będziesz nas uczył o magii, nędzny kmiocie – odparł zimno drugi z magów. – To oczywiste, że można złamać klątwę. Wystarczy, że uściśniecie sobie dłonie. Życzę powodzenia.

Poczułem pod pachami silne ramiona strażników. Bezpardonowo wyrzucili mnie za drzwi komnaty, wtórując śmiechem Wysokim Magom.

Pulsującą głowę wypełniała kotłowanina myśli. Współwinny… Mój brat miałby obrócić miasto w proch?

Oczywiście, że zacząłem obwiniać za to wszystko siebie. Znałem swoje wnętrze i czułem, że nie mogłem być tym lepszym bratem. To on był moim mistrzem, wzorem do naśladowania. Niemożliwe więc, by to on wyrządził jakiekolwiek zło. Tyle jeszcze pamiętałem. Postanowiłem, że nie spocznę, póki go nie odnajdę.

Bezzwłocznie spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy i opuściłem Akademię. Nie byłem jedynym, który po wojnie nie mógł lub nie chciał kontynuować tu nauki. Dołączyłem do wychodzących główną bramą magów, w większości rannych, zakapturzonych, przepełnionych żalem i wstydem. Strażnicy odprowadzali wszystkich wzrokiem, jedni patrząc z pogardą, inni jakby współczująco. Nikt nas nie zatrzymał.

Nieliczni znikali w portalach tuż za wyjściem, ale większość była zbyt słaba lub niedoświadczona, by móc wyczarować coś więcej niż kubek wody.

– Dokąd cię niosą nogi, młody przyjacielu? – zapytał jeden z przechodzących obok towarzyszy.

– Nie mam celu, panie – odrzekłem, zaglądając pod jego kaptur.

Zacieniona twarz była poorana zmarszczkami i oszpecona starymi oraz świeżymi bliznami. Lewe oko osłaniała prowizoryczna przepaska, a długa siwa broda niknęła pod ciemnoszarą peleryną.

– Możesz potowarzyszyć staremu człowiekowi, jeśli masz chęć. Tamtych dwóch też się zabiera. – Wskazał drewnianą laską jedno z drzew, pod którym zgarbiony mężczyzna zmieniał opatrunek na kolanie, podczas gdy drugi mocował spory bagaż do drewnianego powozu.

– Cóż mam do stracenia? Dokąd się wybieramy?

– Skoro tu się już nic nie da naprawić, jedźmy tam, gdzie można zacząć od początku i zapomnieć o troskach wojny. – Starzec ruszył w stronę powozu o wiele żwawiej, niżbym się spodziewał. – Wsiadajcie, panowie. Ruszamy do Tellmeru.

* * *

Miasto okazało się prawdziwym przybytkiem grzechu. Ulicznice oferujące swoje usługi, przemoc, niedozwolone używki, hazard, potyczki magiczne i niemagiczne – dało się tu znaleźć wszystko. Zdawało się, że Wielka Wojna nie wpłynęła zbytnio na życie mieszkańców. Nikogo nie interesowało, jeśli ktoś wyruszył w bój i nie wrócił. Tutaj bitwy toczyły się regularnie, a ofiar było tak wiele, że po sprzedaży narządów resztki ciał wrzucano do specjalnego dołu za miastem, gdzie dwa razy w tygodniu magicznie się ich pozbywano.

Brud i choroby, jakie się tu szerzyły, skutecznie odstraszały mnie od korzystania z tutejszych „przyjemności”. Tego samego zdania był Loimer, starzec, który mnie tu przywiózł. Niebawem udowodniliśmy swoją rację pozostałej dwójce, Zachariaszowi i Krissowi, którzy złapali coś po kilku tygodniach.

Kriss, garbaty pół elf, pół człowiek, zmarł po pierwszych sześciu miesiącach pobytu w Tellmerze. Zachariasz porzucił nas wtedy, poszedł do nowego znajomego i otworzył z nim jakiś biznes. Nasze drogi skrzyżowały się jeszcze parokrotnie, lecz nigdy nie przypadliśmy sobie do gustu.

– Zostałeś mi tylko ty, Ariusie – rzekł tajemniczo Loimer, gdy oddaliśmy ciało Krissa lokalnemu nekromancie w zamian za pokaźny trzos złotych monet.

– Chcesz wyjechać? – zapytałem, wskazując sakiewkę, którą ważył w dłoni. – Wiesz, to mogłoby nas ustawić na jakiś czas z dala od brudu Tellmeru.

– Wybrałem trzech uczniów, pozostał jeden. Zbyt dużo zawdzięczam temu miastu, by móc je znowu porzucić.

– Obawiam się, że nie rozumiem – powiedziałem, marszcząc czoło.

– Jestem Loimer Tate, mag piątego kręgu ze specjalnymi predyspozycjami do nauczania, co też z powodzeniem robiłem przez długie lata w Akademii. Chociaż, patrząc na armię głąbów, którą wypuszczono niedawno w świat, mógłbym zwątpić w swoje zdolności. Ale do rzeczy. Opuściłem Akademię, bo nie podoba mi się to, co się tam wyprawia. Nigdy mi się nie podobało, ale nikt nie pytał, czy chcę tam pracować. Zostałem wybrany wbrew swojej woli. Nareszcie jestem wolny, a w ferworze walk i przez bezlik magów opuszczających ten wstrętny padół nawet nie zauważą, że wciąż żyję. Ty, Zachariasz i Kriss mieliście podobną aurę. Aurę Adepta.

Po raz pierwszy w mojej obecności zdjął kaptur i sięgnął do przepaski. Wbrew moim wcześniejszym założeniom poniekąd miał oboje oczu. Prawe było zwyczajne, szare i nieco mętne, pojąłem jednak, że to nie na tym oku zwykle polegał. Pod kawałkiem szmaty ukrywał prawdziwy skarb.

Oko Konstruktora – bo tak nazywano artefakt, który wprawiono w oczodół starca – wyglądało jak mechaniczna złota kula wykonana z tysięcy malutkich przekładni i kół zębatych. Idealnie wyważony mechanizm nieustannie obracał centralnie ułożoną źrenicę, której kolor zmieniał się w zależności od tego, na kogo patrzyła. Odnosiłem wrażenie, że wirująca lśniąca kropka lustruje całą moją wiedzę, duszę i jestestwo. Szmaragdowa obwódka migała do mnie łagodnie, gdy właściciel tworu kiwał głową, jakby zastanawiał się nad tym, co zobaczył.

– Moje oko widzi nie to, kim jesteś, ale to, kim możesz się stać, jeżeli odpowiednio tobą pokierujemy. Jesteś surowym materiałem, z którego można skonstruować coś wyjątkowego. Stąd właśnie nazwa – powiedział, potwierdzając to, co już kiedyś czytałem o tym artefakcie.

– Nie uważam się za nikogo wyjątkowego. Chcę tylko odnaleźć brata. – Zdążyłem już opowiedzieć co nieco o swojej sytuacji, mając nadzieję, że ktokolwiek może posiadać jakieś informacje.

Nie omieszkałem również próbować jedynej metody, której byłem pewien. Liczyłem na łut szczęścia. Witałem się nader wylewnie z każdym napotkanym mężczyzną, ściskałem dłoń za dłonią, wpadałem na przechodniów, łaknąc dotyku, który zdejmie z nas klątwę.

– Jedno nie wyklucza drugiego. Możesz stać się potężny, a moc może ci się jedynie przysłużyć do osiągnięcia celu.

Wpatrywałem się we wprawione w oczodół przesiąknięte dawną magią złoto.

– Pomożesz mi? – zapytałem gotowy oddać wszystko, by odzyskać brata.

– Z jakiegoś powodu postawiono cię na mojej drodze. Ja, drogi Ariusie, wierzę w starych bogów i plątane przez nich nici przeznaczenia. Oko pokazuje mi, że zwykłe życie nie będzie twoim losem, jeśli oczywiście zechcesz pójść za swym powołaniem. Jestem nauczycielem i daję ci możliwość bycia uczniem.

– Przyjmę wszystkie lekcje, Loimerze – rzekłem, kłaniając się przed magiem.

– Zacznijmy od zbudowania twej tożsamości. Kim jesteś, Ariusie?

Wtedy do mnie dotarło, że nie pamiętam własnego nazwiska. Strażnik powiedział: „oskarżony Arius T.”…

Zabrali mi brata, twarz, nazwisko. Pozbawili mnie honoru.

– Nie wiem, kim jestem – wyznałem po chwili. – Arius T., mag znikąd. O ile mogę mianować się magiem, nie ukończywszy Akademii.

– Pieprzyć Akademię. Pokażę ci lepsze źródła wiedzy. A ty udowodnisz Wysokim Magom, że popełnili wielki błąd. Mnóstwo wielkich błędów.

Rozpoczęliśmy naukę. Chęć zemsty narastała we mnie z każdą lekcją, a Loimer cieszył się na widok tego płomienia. Razem mieliśmy pokazać światu, jak złą organizacją jest Akademia i dlaczego to właśnie Wysocy Magowie odpowiadali za ostatnie wydarzenia.

To oni szczuli podopiecznych na inne rasy, umacniali w nas poczucie wyższości i dumę, która zgubiła cały świat. W końcu wysłali nas na wojnę, a sami siedzieli zamknięci bezpiecznie w murach twierdzy i decydowali o tym, kogo obwinić za niepowodzenia.

Spędziliśmy w Tellmerze kilkanaście lat. Ogień gorzał w moim sercu i trawił duszę. Pragnienie odwetu, złamania klątwy, odnalezienia samego siebie – wszystko działało niczym paliwo napędzające mnie do bycia najlepszym.

Doświadczony nauczyciel cierpliwie przekazywał wiedzę tak, jak zrobiłaby to Akademia, więc choć oficjalnie nie byłem jej absolwentem, posiadałem umiejętności, które bym zdobył, gdybym nie porzucił nauki.

– To za mało – powiedziałem do Loimera po raz tysięczny, gdy ten patrzył z zadowoleniem na wypełnione przeze mnie kartki.

Organizował egzaminy, sprawdziany i treningi, które jako uczeń musiałem przejść. W środku nocy rzucał zaklęcia, testując moją czujność i umiejętność obrony, a za dnia zadawał setki pytań teoretycznych. Nigdy go nie zawiodłem. By osiągnąć cel, musiałem być najlepszy.

– Ukończyłeś program Akademii, nauczyłem cię wszystkiego, czego byś się tam nauczył. – Starzec popatrzył na mnie jednym okiem. Drugie znów ukrywał pod przepaską świadomy uwagi, jaką zwróciłby wśród mieszkańców.

– Wiem, że możesz pokazać mi więcej. Musisz, jeśli mam stać się potężniejszy.

Westchnął ciężko.

– Ariusie, przez te lata stałeś się dla mnie kimś bliskim. Byłeś materiałem, który ukształtowałem i pchnąłem w odpowiednim kierunku. Teraz traktuję cię jak syna, którego nigdy nie miałem. Poza Akademią niewiele mi zostało. Masz rację, dalsza nauka jest niezbędna. Boję się jednak cię stracić.

– Nie stracisz. Będę silniejszy, ale wciąż to ty będziesz mnie uczył.

– Są miejsca, osoby i byty, które pokażą ci więcej niż ja. Doszliśmy do punktu zwrotnego.

– Nie opuszczę cię, Loimerze.

– Zrobisz to szybciej, niż myślisz. Twój zapał, młodzieńcza siła, upór… to wszystko pozwoli ci zapomnieć o starcu z Tellmeru.

Popatrzyłem na przygarbioną postać stojącą przy oknie.

Zapadał zmierzch, jeden z tych zapierających dech w piersiach, gdy niebo zasnuwają lekkie chmury nasiąkające kolorami umierającego dnia. Szlachetne złoto, głęboki róż i ogniste czerwienie niechętnie ustępowały nieskończonemu kobaltowi oraz ciemniejącemu granatowi. Na firmamencie pojawiały się pierwsze jasne punkty, nieustępliwe, zimne i wieczne. Obojętnie patrzyły na to, co widziałem niżej.

Niespokojne miasto, brudne, pijane, płonące. Uodporniłem się już na zapach i hałas, rzadko zwracając uwagę na kolejne walki i wypadki. Tellmer rządził się swoimi prawami, a każdy mieszkaniec był panem wycinka, na którym stał. Dziwiło mnie, że to wszystko jeszcze nie upadło, egzystowało bowiem bez żadnych zasad i podlegało jedynie prawu przetrwania.

Loimer jawił mi się na tle okna jako punkt przejściowy między pięknem i spokojem nieba a chaosem miasta. Wiedziałem, jaki ogień go trawi, ile kosztuje kolejny dzień bezczynności, gdy starzec tak bardzo pragnął zmienić świat, który go zawiódł. Jednocześnie podziwiałem jego cierpliwość towarzyszącą planowaniu następnych kroków. Był świadomy swojego wieku i możliwości, dlatego potrzebował ucznia.

Ja zaś, mając własne cele do osiągnięcia, potrzebowałem więcej, niż mógł mi zaoferować. Obydwaj o tym wiedzieliśmy.

Podszedłem do nauczyciela i położyłem dłoń na jego wątłym ramieniu. Skupiony na sile umysłu nie musiał nigdy pracować nad ciałem, zwłaszcza podczas lat spędzonych w Tellmerze, kiedy to ja przynosiłem do wspólnego mieszkania pieniądze i jedzenie. Fizycznie był słaby, a i wiek robił swoje.

Cienka jak pergamin, poznaczona bliznami i plamami wątrobowymi skóra luźno opinała wiotkie mięśnie. Ubyło mu włosów, broda przerzedziła się i pożółkła od dymu palonych wieczorami fajek. Drewniana laska, z którą przybył do miasta, została wymieniona na nową. Kosztowało mnie to krocie, ale Loimer był wart wszystkich pieniędzy oraz wylanej w bójkach krwi.

– Nie martw się. Nie zapomnę o swoim najlepszym nauczycielu, choćbym poszedł po wiedzę na koniec świata – powiedziałem cicho.

– A powinieneś, bym nie zajmował cennego miejsca w twoim umyśle. Choć odwlekałem tę chwilę, czas pozwolić ci odejść. Moje lęki nie powinny zaważyć na twoim losie.

– Będę musiał to jakoś pogodzić.

– Chcesz być najlepszy, a to wiąże się z ogromnymi kosztami. By dużo zyskać, trzeba też dużo stracić. Na tej zasadzie otrzymałem to. – Wskazał osłonięte przepaską Oko Konstruktora. – Pamiętasz, jak ci mówiłem o starej Bibliotece, do której może wejść jedynie świadomość?

– Źródło zakazanej wiedzy i potężnej magii. Oczywiście, że pamiętam.

– Tylko kilka osób na świecie może nauczyć cię rytuału wejścia oraz przekazać warunki, które będziesz musiał spełnić. Udasz się w podróż, Ariusie.

Podszedł do skrzyni, w której trzymał wiekowe księgi i własne zapiski w grubych notatnikach. Spomiędzy opasłych tomów wypadł pożółkły pergamin.

– Ten list będzie biletem wstępu, ale musisz sam zdecydować, czy dojdziesz do końca misji. Biblioteka… wymaga ofiar.

– Jestem gotów na poświęcenie. Muszę odnaleźć brata i samego siebie. Zniszczyć Akademię. Stać się najlepszy.

Loimer westchnął, raz jeszcze spoglądając na trzymany w rękach papier.

– Otworzę portal. Nie ma potrzeby zwlekać – rzekł zdecydowanym głosem, w którym usłyszałem nutkę smutku.

– Wrócę najszybciej, jak zdołam – obiecałem, stając przed ścianą. – Nie pakuj się w kłopoty.

– Żadnych kłopotów. Portum legibo set.

Opuściłem względnie bezpieczne miejsce nieświadomy ciężaru podjętej przez nas obu decyzji.

W królestwie elfów

Sharmaya pomyślała, że w końcu mogłaby czuć się jak w domu. Wygodne łóżko pachniało wrzosem i lawendą, a zwiewne zasłony filtrowały ostre promienie słońca. Nareszcie odnalazła swój dom rodzinny, krainę, w której się urodziła.

Gdy przybyła tu tydzień temu, nie mogła się nacieszyć matką. Po tylu latach znów się zobaczyły. Przez te kilka godzin rana w jej sercu krwawiła odrobinę mniej. Zachwyciło ją to, że elfka wcale nie była jej obca. Chociaż właściwie się nie znały, natychmiast połączyła je więź. Rozmawiały i nadrabiały stracony czas, a potem Lilmoth długo tuliła córkę, gdy ta dzieliła się z nią swoją żałobą.

Nie mogła się pozbyć poczucia winy. Każdego dnia myślała tylko o tym, że to z jej ręki zginął Arius. Nocami przeżywała tę scenę wciąż na nowo, budziła się z krzykiem, czując ciężar Błogosławieństwa i przytłaczającą energię umysłów na polu bitwy. Dopiero tutaj, pojona mocnymi elfickimi eliksirami, sypiała lepiej.

Być może mogłaby być szczęśliwa za rok czy dwa lata, gdyby zdołała się pogodzić z utratą ukochanego. Obecność matki ukoiłaby ból. Z czasem Sharmaya mogłaby nawet przyzwyczaić się do tytułu księżniczki i wspierać w rządach obecnego króla elfów, swojego dziadka, Lauriona. Wszystko mogłoby się ułożyć.

Gdyby tylko bitwa pod Tellmerem nie stanowiła jedynie początku problemów…

Dźwięk tłuczonego szkła do reszty rozbudził Sharmayę. Do komnaty wpadł pokaźny kamień owinięty w papier. Wstała, ostrożnie podeszła do prowizorycznego pocisku i rozwinęła liścik.

Spierdalać z tronu, uzurpatorzy i kłamcy!

Siedziba elfów nie była dla niej idealnym domem, a pałac okazał się nieodpowiednim miejscem dla całej rodziny królewskiej, przynajmniej według poddanych.

Codziennie wystawały pod oknami tłumy poddanych wykrzykujących obelgi pod adresem Lilmoth i Lauriona, a także niedawno odnalezionej księżniczki. To była przyczyna nieobecności Lilmoth pod Tellmerem.

Elfy zaczęły się buntować. Pogłoska mówiła, że odzyskają pełną władzę w dzielnicach handlowych, jeśli tylko przejdą na stronę wroga Bohaterki, o której istnieniu wcześniej nie wiedziano. Dwór utrzymywał, że dziecko księżnej zmarło, królestwo przeżyło żałobę, a teraz rzekomo zmarła córka powróciła jako Bohaterka. To pogorszyło napiętą sytuację, gdyż wiele elfów straciło bliskich przez wojnę, o którą obwiniali Sharmayę. Protesty, przed bitwą przybierające formę raczej bezkrwawych marszów, zmieniały się w regularne potyczki między nielicznymi już zwolennikami rodziny monarszej a niezadowolonymi obywatelami.

Każdy dzień zbliżał królestwo do zapaści.

Jakby mieli na głowie mało problemów, i to na dużo większą skalę.

Sharmaya ubrała się szybko i wyszła z sypialni odprowadzana pierwszymi krzykami tłuszczy. Musiała zasięgnąć porady przyjaciela, który wysłał ją tutaj, by choć trochę uśmierzyła swój ból, zanim będzie musiała stanąć do kolejnej walki.

– Mamo! Musimy się spotkać z Yogim – oznajmiła zdecydowanym głosem, ujrzawszy Lilmoth zamykającą drzwi sypialni Lauriona.

– Miałam powiedzieć ci to samo – odparła księżna, odwracając się do córki. Na jej twarzy widać było zmęczenie i zmartwienie.

Kobieta pociągnęła Sharmayę w głąb korytarza, oddalając się od narastającego hałasu na zewnątrz. Odkąd dziewczyna przybyła do królestwa, protesty przybierały coraz ostrzejszą formę.

– Wybili kolejne okno – rzekła zdenerwowana. – To się wymyka spod kontroli!

– Rewolucji nie da się kontrolować, moja droga. Obawiamy się, że będzie już tylko gorzej. – Lilmoth otworzyła drzwi prowadzące na wewnętrzny dziedziniec pałacu. – Sytuacja nie wpływa również najlepiej na twojego dziadka.

– Coś z nim nie tak?

– Ma już swoje lata. Rządził królestwem podczas poprzedniej wojny, teraz nadciąga druga, a on traci zaufanie poddanych. Coraz częściej widzę u niego oznaki słabości i strach w oczach. Wielka Wojna zabrała wielu jego znajomych i część rodziny. Nikt nie chce przeżywać tego kolejny raz.

– Rozumiem. Zwłaszcza że tym razem elfy obwiniają o wojnę jego wnuczkę.

Sharmaya usiadła na jednej z rzeźbionych ławek. Przeplatające się ze sobą fragmenty lekkiego, jasnego drewna przypominały strukturą porowatą kość. Wokół przysychającego trawnika ustawiono jeszcze pięć takich siedzisk. Rzędy kwiatów miały stanowić obramowanie dla zieleni, a centralnym punktem była fontanna, której świeża, czysta woda zraszała rośliny i przynosiła mieszkańcom ukojenie w gorącym klimacie elfiej krainy.

Taki był zamysł, lecz nikt teraz nie dbał o ogrody. Zwiędłe kwiatostany nie cieszyły oczu kolorami, zapomniane pośród wszystkich pokrzywdzonych świata. Wiatr przeganiał suche płatki, od czasu do czasu wrzucając je do zbiornika fontanny. Tonęły i rozpadały się tam, zanieczyszczając wodę i zapychając odpływ. Śnieżnobiałe niegdyś ściany pałacu zaczynały żółknąć, choć na dziedzińcu nie wyglądało to nawet w połowie tak źle jak od frontu.

Tam widać było najwięcej szkód – wywołanych nie zaniedbaniem, lecz nienawiścią. Odłupane kamieniami kawałki muru leżały wśród opadłych jesiennych liści, psując brudną bielą piękną mozaikę czerwieni, złota i brązu. Szkarłatna farba spływała po fasadzie, wykrzykując obelgi koślawymi literami. Zabrakło pracowitych rąk, które usunęłyby niewybredne określenia.

Nawet pogoda zdawała się dołączać do protestów, na zmianę zalewając krainę deszczem i przynosząc upalne, suche dni.

– To nie twoja wina, przecież wiesz – powiedziała łagodnie Lilmoth, siadając obok córki.

Chwyciła drżącą dłoń Sharmai i przykryła palcami o nieco zbyt długich paznokciach. Mimo smutku i strachu, które zaciskały coraz mocniejszą pętlę na sercu, zdobyła się na ciepły uśmiech.

– Nie możemy uniknąć tego, co nam przeznaczone – dodała cicho.

– A jednak ty próbowałaś tego dokonać, prawda? Ty i ojciec zdecydowaliście się oddać jedyne dziecko, by zapobiec przeznaczeniu. Nie wyszło najlepiej, prawda? – odparła Sharmaya równie cicho, co boleśnie.

– Robiliśmy to, co uważaliśmy wtedy za najlepsze dla ciebie. Alternatywą była śmierć. Nie dokonaliśmy wyboru z lekkim sercem. Nie tylko ty poniosłaś konsekwencje.

– Masz rację. Wybacz, wszystko dzieje się tak szybko. Tyle się zmieniło, odkąd poznałam Ariusa… – Głos dziewczyny załamał się na sam dźwięk tego imienia, a w oczach wezbrały łzy.

– Już, już. – Lilmoth otoczyła córkę ramionami, chcąc zabrać całe jej cierpienie. – Nie obiecam, że będzie dobrze, bo nie wiem, co dla nas szykuje los. Spotkajmy się z Yogim, może będzie w stanie nam pomóc. Skupmy się na tym, co możemy próbować zmienić. Nie poddamy się fali protestów ani temu demonowi.

Piwne oczy dziewczyny spoczęły na matce.

Lilmoth poczuła przeszywający ból w sercu, gdy sobie uświadomiła, że nie pamięta, jaki naprawdę był ich kolor.

* * *

– Nie wiem, jak ich przekonamy. Przecież jesteśmy po tej samej stronie! A jednak każdego ranka budzą nas dźwięki kolejnych wybijanych szyb, huk kamieni lądujących na ścianach, wyzwiska i wrzaski. Jesteśmy o krok od wojny. Nie wiem, ile ojciec jeszcze zniesie. – Lilmoth załamała ręce i westchnęła ciężko.

– W innych krainach nie jest wcale lepiej – odparł mało pocieszająco Yogi. – Krasnoludy straciły króla i pół stolicy. Syreny z Dzikich Głębin odcięto od reszty świata, między trollami górskimi a leśnikami od kilku dni trwają regularne bitwy na całej długości granicy Wiecznego Boru i gór Holla Paret. Co chwila docierają do nas wieści o nowych atakach potworów Kenjiro.

Mag wypowiedział imię ojca z nieskrywanym obrzydzeniem. Chodził między stosami niedbale rozrzuconych książek, wzbijając w powietrze małe kłęby kurzu, gdy którąś niechcący kopnął. Był pobudzony, ale wygląd i puste butelki po eliksirach energetycznych świadczyły o mnóstwie nieprzespanych nocy. Wymiętą twarz pokrywał tygodniowy zarost, a przekrwionym oczom przydałby się porządny odpoczynek.

Jego mieszkanie przypominało teraz bibliotekę połączoną z poczekalnią. Rozstawione w przypadkowych miejscach krzesła i fotele służyły czytelnikom rozłożonych na podłodze i półkach woluminów. Przy stoliku pod oknem siedzieli Kat i Will, dyskutując po cichu nad jedną z ksiąg i robiąc notatki na luźnych kartkach. Prawdopodobnie to od nich bił silny aromat kawy. Kanapę okupował Kelaan zatopiony w odręcznych zapiskach. Sharmaya z bólem serca rozpoznała je jako te, które wyniosła z tellmerskiego zamku po śmierci Ariusa.

– Bunt elfów jest teraz najmniej potrzebny – powiedziała Lilmoth.

Siedziała z córką na podniszczonej zielonej sofie, nijak nie pasując królewskim strojem do zaniedbanego wnętrza.

– To prawda. Jeśli zrobi się niebezpiecznie, opuśćcie pałac. Nie jestem w stanie obiecać wam pomocy w obecnej sytuacji, ale zapewnię schronienie. Władzę możecie odzyskać, życia już nie. – Yogi popatrzył na Sharmayę. – Jak się czujesz? Będziesz mogła pomóc, gdy przyjdzie czas?

– Teraz jest ten czas. Musimy żyć dalej, Yogi. Dlatego dziś tu jesteśmy. Powiedz mi, czego mam szukać, to pójdę do pałacowej biblioteki. Skoro nie możemy uratować królestwa elfów, musimy spróbować ocalić świat.

– Jesteś pewna, że dasz radę znów czytać jego zapiski? – spytał mag z troską.

– Muszę. Tu nie chodzi o mnie i moje uczucia.

Lilmoth położyła dłoń na ramieniu córki. Widziała w niej taki sam upór co w oczach anioła, którego pokochała. Jego twarz również przesłaniała mgła zapomnienia.

Yogi też dostrzegł to zacięcie. Pokiwał głową i podał Sharmai jeden z notatników oprawionych w czarną skórę.

– Szukamy informacji o Kenjiro i jego potencjalnych słabych punktach oraz wszystkiego, czego się dowiedział o pozostałej czwórce.

Sięgnęła po gruby notes, starając się nie myśleć o człowieku, który wypełnił jego strony niedbałym pismem. Przytuliła zeszyt niezdolna od razu zajrzeć do środka.

– Yogi, to do ciebie – wtrącił Will, przynosząc magowi cienką, błękitną kopertę, która chwilę wcześniej wylądowała z trzaskiem na podłodze.

– A jednak mam dla was dobrą wiadomość – rzucił w przestrzeń Yogi, gdy przebiegał treść listu zmęczonymi oczami. – Lilmoth, Sharmayo, rada anielska zdecydowała się uwolnić Aloriela za trzy dni.

Kobiety popatrzyły na siebie z niedowierzaniem i namiastką radości.

– Jedna dobra wiadomość musi wkrótce przynieść kolejne pozytywne – powiedziała Lilmoth, nagle czując, jakby ktoś nieco uniósł ogromny kamień spoczywający na jej sercu od wielu lat.

Nie było to jeszcze całkowite szczęście, ale po raz pierwszy od oddania Strażnikowi małego, kwilącego zawiniątka odetchnęła odrobinę łatwiej.

* * *

Wbrew powszechnym wyobrażeniom o idealnym spokoju i optymalnych warunkach dla każdego lochy niebiańskie były zimne oraz ponure. Ubrani w długie szaty i złociste napierśniki strażnicy przechadzali się szerokim korytarzem między rzędami cel. Kraty nie były wykonane z metalu, gdyż anioły mogły go bez problemu zniszczyć. Jasnoniebieskie promienie energii zdawały się strzelać z podłogi ku sufitowi wysokich pomieszczeń. Mimo wszystko dbano o minimum wygody osadzonych i pozwalano im rozprostować skrzydła. Pojedyncze szare lotki zaśmiecały podłogę, spływając co jakiś czas z zawieszonych na długich łańcuchach klatek. Niektóre były widocznie ucięte ograniczającymi przestrzeń laserami, inne wyglądały na stare, skręcone i suche niczym liście zdmuchnięte z drzew jesiennym wiatrem.

To właśnie tam, na górnym poziomie, trzymano winnych najcięższych przestępstw. Niewielu z nich mogło liczyć na wyjście wcześniej niż za milenium. Patrzyli z kołyszących się cel na bezkresną, błękitno-białą przestrzeń niebios, odgrodzeni jedynie energetycznymi wiązkami, oddaleni od innych współwięźniów na tyle, by nie móc z nimi rozmawiać. Niektórzy na początku krzyczeli. Milczenie i zamknięcie tylko z własnymi myślami odciskało na nich piętno. Wtedy podciągano ich wyżej, aż do tych, którzy odbywali krótkie kary, docierało jedynie słabe echo. Odbierano im przywilej wysyłania wiadomości do rodziny i przyjaciół, zanoszono strawę na samym końcu, przez co nie mogli się rozgrzać ciepłym posiłkiem. Z czasem krzykacze milkli, a nowi skazańcy nawet nie byli świadomi ich istnienia.

Gdzieś pośrodku tego chaosu wisiała klatka Aloriela. Nie krzyknął ani razu. Zanim tu trafił, był w anielskiej armii i słyszał o więzieniu. Wiedział o konsekwencjach braku współpracy. O ile zimne jedzenie nie robiło mu dużej różnicy, o tyle nie mógł stracić możliwości komunikacji z Lilmoth. Mógł wysłać jej wiadomość raz lub dwa razy w roku, a co pięć lat miał prawo do usłyszenia czegoś od niej. Czas spędzony w celi składał się głównie ze strachu i smutku. Odkąd Shamira przyniosła mu wiadomość od Yogiego Takashimiego, strach zdecydowanie przeważał, pojawiło się jednak coś nowego – iskierka nadziei rozpraszająca przytłaczającą ciemność. Sharmaya żyła i znalazła się w dobrych rękach.

Niewielu istotom można było zaufać tak jak Yogiemu i Kelaanowi. Strażnik od początku pilnował Sharmai, choć anioł wątpił w niego przez chwilę. Gdy dowiedział się o opętaniu córki, wściekły zastanawiał się, jak Kelaan mógł w ogóle do tego dopuścić. Aloriel miał dużo czasu na rozmyślania. Przepowiednia prędzej czy później musiała się wypełnić. Nie mógł winić Strażnika za to, że po kilkunastu latach poluzował więzy, którymi trzymał Sharmayę z dala od niebezpieczeństw. Wszystko miało swoją przyczynę. Cieszył się, że to właśnie Moriz dokonał egzorcyzmu.

Aniołowi pozostawało czekać. Usiadł ciężko na poszarzałej ze starości pościeli i otulił się skrzydłami. Szata więzienna nie była zbyt gruba, a o butach mógł pomarzyć. Cienki koc, którym przykrywał się nocą, nie obejmował go całego, więc otulił nim tylko nogi. Zamknął oczy, przywołując z odmętów wspomnień twarz Lilmoth i lśniące pukle ich córeczki. Niemal całkowicie zapomniał już jej malutką buzię. Sam dawno stracił anielski blask, aurę typową dla jego rasy. Zmatowiałe włosy zebrane niedbale w luźny kok zwisały nad karkiem, odmierzając długością spędzone w celi miesiące. Suchą skórę szpeciło coraz więcej zmarszczek, a sprawne niegdyś dłonie trzęsły się nieco. Choć według anielskiego czasu nie można było nazwać Aloriela starym, więzienie zmęczyło go zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Czasami zdawało mu się, że widzi coś dziwnego, że jego cela powoli opada, a na dole czekają Lilmoth i Sharmaya. Po paru latach pogodził się z tym, że prawdopodobnie wariuje.

„Znów się zaczyna”, pomyślał, gdy poczuł wstrząs. Łańcuch, na którym wisiała jego klatka, ze zgrzytem opuścił się o kilka oczek i gwałtownie zatrzymał. Po chwili cela opadła jeszcze niżej.

Zaskoczony anioł zdążył chwycić brzeg pryczy, zanim całość z hukiem spadła na podłoże, a on uderzył kolanami o kamienną podłogę.

– Alorielu, zostałeś skazany na dwa milenia więzienia. – Nieznany głos przerwał ciszę, do której skazany dawno przywykł.

Anioł nieśmiało podniósł głowę zdezorientowany upadkiem. Temperatura była tu o parę stopni wyższa. Aloriel poczuł się, jakby wszedł do ciepłej kąpieli. Wstał z klęczek, podpierając się o stolik, który obok wąskiej pryczy i toalety stanowił wyposażenie jego obecnego mieszkania.

– Zgadza się – odparł zardzewiałym od nieużywania głosem. Odchrząknął i powtórzył nieco głośniej: – Zgadza się.

Popatrzył na rozmówcę, ściągając skrzydła do tyłu. Niski, brzuchaty anioł miał idealnie gładkie policzki i jasną aurę. Patrzył na Aloriela niemal z obrzydzeniem. Obok niego stała anielica o jednym oku przesłoniętym przepaską, dzierżąca długi, złocisty miecz. Po odznaczeniach na piersiach obojga poznał, że anielica przybyła tutaj jako straż dla ważnego członka rady.

– Rada postanowiła zbadać twoją sprawę jeszcze raz.

Na serce skazańca spadł ciężki kamień. Taka wiadomość oznaczała zwykle jedno – ktoś dokopał się do akt sprawy i z tylko sobie wiadomych przyczyn starał się o zmianę wymiaru kary. Z lochów szło się na szafot.

– Wychodzisz za trzy dni. A teraz udasz się z nami do tymczasowej celi.

Aloriel podniósł głowę tak gwałtownie, że dał się słyszeć trzask zastałych ścięgien.

– Że co? – zapytał zdziwiony. Serce zaczęło bić mu gwałtownie. Nagle ucieszył się z solidnego stolika, o który się opierał.

– Wszystkiego dowiesz się na miejscu. No, ruszamy.

Nie czekając, dwoje aniołów odwróciło się i ruszyło powoli w stronę jaśniejszej części niebios. Otaczające Aloriela energetyczne pręty zniknęły, a sufit zachybotał na długim łańcuchu, po czym uniósł łagodnie. Zdezorientowany skazaniec dopiero po chwili odepchnął się od pociemniałego ze starości blatu. Ostrożnie, jakby nie dowierzając oczom, rozłożył skrzydła, by sprawdzić, czy lasery nie spalą niegdyś lśniących lotek.

Zamiast bólu poczuł orzeźwiający wiatr, jeszcze chłodny, jak poranna bryza, lecz niosący ze sobą obietnicę ciepła i spokoju. Wciągnął w płuca przyjemnie pachnące powietrze i postawił pierwszy ostrożny krok ku wolności.

Zapiski Ariusa 2

Pierwsza wizyta u hrabiny Louisette Deveraux nie poszła najlepiej. Wojna wpłynęła na życie niemal wszystkich mieszkańców magicznego świata, hrabinę jednak dotknęła ona szczególnie. Pogrążona w żałobie po stracie obu synów nie przyjęła mnie z otwartymi ramionami. Po krótkiej i niewiele wnoszącej rozmowie z odźwiernym postanowiłem dać jej trochę czasu, nim wrócę z listem od Loimera.

Przez kolejne dni poznawałem okolice zamku hrabiny, błądząc po rozległej kniei. Jesień ozłociła rozłożyste korony drzew, a opadłe liście skrywały cenne dla alchemików ingrediencje. Wiedziałem, że w tym rejonie można znaleźć krasnoludzkie trufle, driatwę i łękoszyk, spędzałem więc czas na wspomaganych magią poszukiwaniach. Sprzedaż składników dostarczyła mi nieco niezbędnej gotówki oraz – co ważniejsze – informacji.

Już podczas drugiej wizyty u najlepszego alchemika w niedalekim miasteczku dowiedziałem się kilku ważnych rzeczy. Mężczyzna był nienaturalnie wychudzony, wręcz wysuszony, a wykręcone artretyzmem palce z trudem utrzymywały przyniesione przeze mnie rzadkie rośliny. Zgarbiony nad poplamionym miksturami stołem uważnie przyglądał się łękoszykowi, szukając oznaki zwiędnięcia.

– Tak jak poprzednio, idealne okazy – szeptał bardziej do siebie niż do mnie, po czym odkładał kwiaty i grzyby na oddzielne stosiki.

Trzy z czterech ścian jego niewielkiej pracowni połączonej ze sklepem pokrywały półki z tysiącami słojów oraz pojemników ze składnikami wywarów i z rudami metali. Ciemność rozpraszały dwa duże ogniska ogrzewające miedziane kotły. Parująca zawartość odpowiadała za niezbyt przyjemny zapach unoszący się w pomieszczeniu, choć alchemik zdawał się nie zauważać ani smrodu, ani zbyt wysokiej temperatury. Przesiąknięta potem, brudna koszula mówiła wiele o jego higienie osobistej, lecz był on cenionym wśród mieszkańców miasteczka specjalistą.

– To ile mi pan za nie da? – zapytałem, powstrzymując się przed kaszlnięciem.

– Przelicz, młodzieńcze. – W odpowiedzi rzucił na stolik sakiewkę z brunatnej skóry.

Zbliżyłem się do niej i zważyłem ją w dłoni. Nie wypadało mi podawać w wątpliwość uczciwości mistrza. Ten zaś nie przerywał oględzin.

– Mówią, że z pańskich eliksirów korzysta nawet hrabina Deveraux – zagadnąłem niezobowiązująco, licząc na wskazówkę, czym najlepiej byłoby uśmierzyć jej ból na tyle, by mogła wziąć mnie pod swoje skrzydła.

– Bogowie sami wiedzą, że na taką rozpacz eliksiry niewiele się zdadzą. Kiedyś i owszem, przychodziła tu i korzystała z moich zapasów. Teraz przydałby się jej nekromanta, a nie alchemik.

– Nekromanta? – spytałem, udawszy niewiedzę.

– I to nie byle jaki! Przeklęta wojna zabrała obu paniczów, a ich, psia mać, ojciec poszedł w świat lata temu. Nie ma ramienia, które wsparłoby teraz hrabinę i zakończyło jej żałobę. Cóż jednak ty możesz wiedzieć o takiej stracie?

Skrzywiłem się zdziwiony ignorancją mężczyzny, nie chciałem jednak odkrywać wszystkich kart.

– Racja, to musi być niewyobrażalne cierpienie. Obym nigdy takiego nie doświadczył. Więc nie ma eliksiru, który pomaga w takiej sytuacji?

– Przetrwać żałobę? Ot i podrzędny mag by sobie poradził, warząc prostą miksturę albo rzucając zaklęcia – powiedział alchemik, machnąwszy ręką. – A po co tobie taka wiedza?

– Widzi pan… – Zniżyłem nieco głos, mimo że byliśmy sami. – Do hrabiny od dawna pragnie się zalecać pewien margrabia z Wietrznych Klifów. Tam daleko, na północy, swego czasu dużo słyszano o urodzie i samotności waszej władczyni. Margrabia wysłał mnie tu na zwiady, chcąc prosić panią o rękę i wesprzeć skarbiec złotem, lecz przez wojnę dopiero teraz udało mi się dotrzeć do celu. A tu taka tragedia! Chciałbym móc przekazać mojemu panu dobre wieści, choćby sposób na ulżenie hrabinie w smutku, póki nie będzie gotowa na kolejne zamążpójście.

Mistrz wpatrywał się we mnie z otwartymi ustami. Widziałem, jak zaświeciły mu się oczy na wieść o złocie. Pełny skarbiec oznaczał lżejsze czasy również dla niego, gdyż pani zamku znana była z rozrzutności i hojności. Motyw pieniędzy sprawdzał się niemal zawsze, zagłuszając inne informacje. Nawet nie wiedziałem, czy Wietrzne Klify mają obecnie władcę.

– Słyszałem tylko, że pani nie jest skora do rozmowy. Po prawdzie nie jest nawet skora do życia – rzekł po chwili. – Na to jednak nie pomoże żaden składnik znajdujący się w tym pomieszczeniu.

– Obawiam się, że nie do końca rozumiem – odparłem zgodnie z prawdą.

Starzec pomyślał przez moment i powoli obszedł stół. Oparł się pośladkami o blat obok mnie, co tylko spotęgowało moje obrzydzenie, bo czułem jego smród jeszcze wyraźniej. Z bliska jego twarz wyglądała jak woskowa maska, a srebrzyste oczy o poziomych źrenicach budziły niepokój.

Takiego zmierzchu doczekała rasa kalistów, niegdyś znamienitych alchemików i łowców.

– Powiedz swojemu margrabi, że hrabina nie pragnie ślubu ani nawet pocieszenia. Jedyne, czego w tej chwili poszukuje, to śmierć. Tylko tak może połączyć się znów z synami.

– Czemu więc nie może jej pan dać jakiejś trucizny?

– Bo podobno związała życie z legendarną Biblioteką, gdzie spoczywa najstarsza wiedza. W tym świecie jest nieśmiertelna. Odpowiedź na pytanie, jak jej pomóc, leży właśnie tam. Niestety nie znam nikogo, kto mógłby się udać do tego miejsca, a sama władczyni wypiera się wszelkich koneksji z Biblioteką… To jedynie plotki, choć pozostaje pytanie, czemu w takim razie wciąż żyje. Może szanowny margrabia znajdzie jakiś sposób.

– Być może… Nie będę zabierał panu więcej czasu. – Oderwałem stopę od klejącej się podłogi i schowałem ciężką sakiewkę do kieszeni, ruszając ku drzwiom. – Przekażę margrabi pańskie słowa, z pewnością doceni taką pomoc.

– Wdzięczności naszych panów nigdy dość – odpowiedział starzec, wracając do segregowania przyniesionych przeze mnie ingrediencji.

Dziękowałem wszystkim bogom za orzeźwiające tchnienie wiatru na rozgrzanej skórze. Przybytek alchemika musiał mieć własny mikroklimat.

Słońce chyliło się już ku zachodowi, postanowiłem więc pójść do hrabiny nazajutrz. Skoro rozwiązanie jej problemu znajdowało się w bibliotece, byłem dla niej idealnym kandydatem na ucznia. Musiałem ją tylko zainteresować rozmową na tyle, bym mógł opowiedzieć o naszym wspólnym celu.

Poranne słońce niemrawo przebijało się przez korony drzew, a po wyjściu z lasu towarzyszyły mi wilgotne kłęby mgły coraz gęściej wypełniające malowniczą dolinę. Układałem w głowie słowa, bo za chwilę musiałem zabrzmieć na tyle dworsko, by przynajmniej dostać się do zamku. Służba była jednak nieprzejednana.

– Mówiłem już, że hrabina Deveraux pana nie przyjmie! – Odźwierny dumnie uniósł gładko ogolony podbródek, nawet nie patrząc w moją stronę.

– Jestem wysłannikiem margrabi z Wietrznych Klifów… – spróbowałem znów, nie bacząc na odpowiedź wycedzoną coraz bardziej podniesionym tonem.

– A ja rusałką znad Szmaragdowego Jeziora!

Odźwierny aż podskoczył, nie spodziewając się zachrypniętego krzyku z tarasu nad drzwiami wejściowymi. Ja również poczułem przyspieszone bicie serca, nie tylko z powodu zaskoczenia, lecz także przez niecodzienny widok.

Kobieta wyglądała jak idealna, smutna lalka.

Oliwkowa skóra współgrała z głęboką, granatową czernią długich, prostych włosów. Nagie ramiona drżały od porannej mgły, krągłe i delikatne. Gorset wyszywany czarnymi perłami ściskał talię cudownej istoty, wypychając ku górze obfity biust. Dwie wspaniałe półkule falowały w złości, którą widać było również w dużych ciemnych oczach i gniewnym grymasie zaciśniętych ust. Wychyliłem się nieco w bok, by zobaczyć pomiędzy kolumnami tarasu, że nie zdążyła włożyć dolnej części stroju, wyraźnie wywabiona z komnat sporem na zewnątrz. Delikatne, półprzezroczyste pantalony nie zakrywały całkowicie ponętnych kształtów właścicielki.

Spiorunowała mnie wzrokiem, gdy dostrzegła, że przypatruję się jej bieliźnie.

– Wietrznymi Klifami rządzi druid Madsen i prędzej przysłałby tu zastęp gnaurów niż gońca, który grzecznie prosiłby o widzenie!

Tak właśnie mój plan A wziął w łeb. Postanowiłem przejść do planu B, zanim półnaga piękność zawoła straże.

– Mam bilet wejścia do Biblioteki i szukam nauczyciela! – krzyknąłem, machając w jej stronę otrzymanym od Loimera pergaminem.

Hrabina otworzyła szerzej oczy. Gwałtownie wciągnęła powietrze, ledwie powstrzymując się przed odruchem zasłonięcia dłonią ust. Spojrzała ze strachem na odźwiernego, który dla odmiany patrzył ze zszokowaną miną to na władczynię, to na mnie.

– Imtegro. – Z tarasu spłynęło zaklęcie zapomnienia, zmieniając minę służącego z zaskoczenia na błogą niewiedzę i obojętność. – Wejdź i poczekaj w holu. Za chwilę zejdę – rzekła kobieta i zniknęła w komnacie.

Posłusznie ruszyłem ku drzwiom, mijając kłaniającego się uniżenie mężczyznę. Ciężkie wrota zamknęły się za mną, odcinając od chłodu i szumu wiatru. Wnętrze zamku było czyste, ponurość tego miejsca jednak przytłaczała. Kamienne mury zamykały niezbyt dużą przestrzeń, pustą, jeśli nie liczyć wyplatanego chodnika i dwóch poroży jeleni służących za wieszaki na okrycie wierzchnie. Wąskie okna wpuszczały niewiele światła, jakby sień już na wejściu informowała gościa, że w tym domu nie mieszka dużo radości.

Przeszedłem dalej, mijając nieobwieszone niczym jelenie głowy. Za cienką ścianą znajdował się faktyczny hol, niewiele weselszy od przedsionka. Przysiadłem na drewnianej ławie naprzeciwko schodów obserwowany przez nadęte postacie na zakurzonych obrazach. Poczerniałe ze starości ramy sugerowały, że nie mam co szukać portretu gospodyni. Nadworny malarz musiał odejść wraz z ostatnimi dobrymi chwilami tego rodu.

Chuchnąłem na zmarznięte palce, marząc o ciepłym łóżku.

– Coś na rozgrzanie, panie…? – Zawiesiła głos, a wraz z nim zamarła cała jej postać.

Stała na szczycie schodów, trzymając się jedną dłonią wypolerowanej balustrady i skrywając ciekawość pod pozorną wyniosłością. Ciemna spódnica sięgała samej posadzki, straciłem więc nadzieję na kolejne widoki. Czarne oczy patrzyły na mnie z góry i tylko rozszerzające się co chwila nozdrza zdradzały, jakie emocje targają niewiastą. Była dumna i zawstydzona jednocześnie.

– Arius. Nie mam tytułu, pani.

– A nazwisko?

– Czy jest dla pani istotne? – Ruszyłem ku niej, wyciągając rękę.

Jakby zaskoczona ujęła ją zimnymi palcami i pozwoliła sprowadzić się na dół. Widziałem niesmak, z którym popatrzyła na moje odzienie. Na pewno nie pachniałem najlepiej po kilku nocach spędzonych w puszczy.

Puściła mnie u stóp schodów i nie czekając, odeszła w głąb posiadłości. Po aromacie wnosiłem, że w stronę jadalni. Podążyłem za hrabiną niczym wierny pies, żywiąc nadzieję, że nie zaburczy mi w brzuchu zbyt głośno.

– Dziś będzie dla dwóch osób, Marshio – powiedziała do grubej służącej, która rozkładała zastawę i parujące jedzenie.

– Tak jest.

Dziewczyna skłoniła się i oddaliła w stronę kuchni, rzucając mi pełne zaintrygowania spojrzenie. Byłem przekonany, że tylko służba tutaj uchroniła ją przed wczesnym zamążpójściem, bo okrągła twarz z drobnym, piegowatym nosem i oczami w kolorze letniego nieba była jedną z najładniejszych, jakie oglądałem.

– Siadaj i przejdź do rzeczy. Kto cię tu przysłał? – rzekła szlachcianka i zajęła miejsce naprzeciwko mnie. Pochyliła się nad talerzem i zaczęła rwać ciepłego rogalika na mniejsze kawałki.

Dębowy stół miał już za sobą lata świetności. Gdy położyłem na nim dłonie, poczułem odstające gdzieniegdzie drzazgi. Tu przynajmniej było nieco cieplej, może za sprawą grubego dywanu, a może dzięki większym oknom, które wpuszczały promienie porannego słońca. W tym świetle hrabina prezentowała się jeszcze lepiej.

– Stary druh, Loimer Tate. Podobno tutaj dowiem się, jak wejść do Biblioteki – wytłumaczyłem. – Dziękuję – dodałem, zwracając się do stawiającej przede mną talerz dziewczyny. Ta uśmiechnęła się nieśmiało i spłoszona uciekła do kuchni.

Hrabina wyprostowała plecy na dźwięk nazwiska mojego przyjaciela. Uważnie obserwowała mnie i Marshię.

– Jesteś zbyt miły, by być uczniem tego sukinsyna.

– A jednak. Nie wiem, jakie relacje łączą panią z Loimerem, ale proszę mi wierzyć, to dobry człowiek.

Schrypnięty śmiech przerwał ciszę i odbił się echem od zimnych murów. Domyślałem się, że nieczęsto słyszano tutaj taki dźwięk, o ile wszystko, co zdradził mi alchemik, było prawdą.

– A to dobry żart – powiedziała w końcu. – Czyżby to on wymyślił bajeczkę o margrabi? Zawsze potrafił uderzyć w najczulszą strunę. Pieprzeni magowie Akademii! Nigdy nie patrzą na uczucia…

– Loimer nie należy do Akademii od końca wojny, a za kłamstwo przepraszam – przerwałem jej niezbyt grzecznie, a ona spiorunowała mnie wzrokiem.

– Więc nie jesteś adeptem magii?

– Jestem uczniem Loimera. Odszedłem z Akademii w tym samym czasie co on i właśnie wtedy połączyły się nasze losy. Jeśli jest pani nie po drodze z Wysokimi Magami, to stoimy po tej samej stronie. Zostałem wyszkolony przez jednego nauczyciela, teraz szukam czegoś, co podobno mogę znaleźć u pani. Im potężniejszy będę, tym łatwiej rozprawię się z Wysokimi Magami za krzywdy własne i innych.

Hrabina odchyliła się na krześle, przypatrując mi się oczami, w których nie było ani śladu uśmiechu.

– Pokaż list – zażądała.

Podałem pożółkły pergamin, niby niechcący muskając jej palce. Były suche i zimne jak lód.

– Co o mnie słyszałeś? – zapytała, odkładając wiadomość.

– Podobno jest pani nieśmiertelna i to jej przekleństwo – odparłem pewnie, stawiając wszystko na jedną kartę. – Podobno można pani pomóc, jeśli ktoś jest w stanie wejść do Biblioteki. Nie muszę znać szczegółów, niewiele mnie interesują powody, dla których zrobiła pani to, co zrobiła. Mnie interesuje sama Biblioteka. Możemy sobie pomóc, o ile usłyszałem prawdę.

Jej oczy stały się jeszcze zimniejsze, aż poczułem na barkach ciężar wwiercającego się we mnie spojrzenia. Nie poddałem się, dzielnie spoglądając w twarz kobiety, którą zgubiła chęć życia wiecznego.

– Biblioteka to wspaniałe miejsce dla tych, którzy chcą posiąść najpotężniejszą magię – zaczęła z pasją. – Wiedza, drogi gościu, może przynieść ci bogactwo, radość, potęgę… i zgubę. Po nieskończonych korytarzach, wśród półek błądzi zbyt wiele istot niegotowych na to, co ich tam czeka, zachłannych, niezmordowanych w dążeniu do władzy. Jeśli nie jesteś godzien Biblioteki, sama zadba o to, byś nie mógł z niej korzystać. Myślisz, że jesteś godzien? Czy kieruje tobą chęć bycia dobrym, czy najlepszym? Pragniesz zemsty na wrogu czy krwawego morza u twoich stóp? Chcesz żyć długo czy wiecznie?

Ostatnie pytanie zadała nieco ciszej, z nieukrywaną pogardą do samej siebie. Wiedziałem już, że Biblioteka ukarała zapędy hrabiny, spełniając jej życzenie.

– Nauczę cię wszystkiego, czego potrzebujesz, jeśli pomożesz mi naprawić dawny błąd.

Ciemne chmury przesłoniły słońce za oknem, podkreślając to, co powiedziała kobieta chwilę później. Ściany spowite cieniem stały się stalowoszare, brudne i zakurzone, a ciepło zniknęło z jadalni, pozostawiając zimny, wilgotny zapach piwnicy.

– Pomóż mi umrzeć, a ja pomogę ci się zemścić.

Pochyliłem się nad stołem i spojrzałem w piękną, pozbawioną uczuć twarz niewiasty.

– Uczynię wszystko, co w mojej mocy – odparłem.

– Popracujmy więc nad tym, by ta moc była jak największa.

Obrady i problemy

Farma wyglądała dużo lepiej niż wtedy, gdy Yogi przybył tu przed bitwą. Odmalowana na czerwono stodoła przyciągała wzrok, miło współgrając z jesiennymi odcieniami wszędobylskiej roślinności. Złocące się powoli liście jabłoni wciąż wygrywały walkę z wiatrem, mocno trzymając się gałęzi pełnych soczystych owoców, a białe pnie brzóz stanowiły kontrast dla zieleni dziko rosnącej trawy.

Nigdzie nie widać było porzuconych narzędzi i gdyby nie zapach farby, można by pomyśleć, że natura zwyciężyła tu z człowiekiem, powoli zagarniając dawno zamieszkane terytorium. Na przekór zbliżającej się porze umierania zza stodoły wyglądały żywozielone drzewa oraz krzewy obwieszone owocami i ozdobione niezliczonymi kwiatami.

„Gdy cały świat umrze, ten ogród pozostanie jedynym żywym miejscem”, pomyślał mag, podążając ku domowi.

Również tutaj widać było ślady działalności Willa, jakby mężczyzna nie mógł pozostać w bezczynności. Pobielone ściany odbijały światło dnia. Przybysz już przed wejściem mógł sobie wyobrazić przyjemny chłód wnętrza. Uczucie wcale nie było mylące. Yogi odetchnął z ulgą, gdy grube mury powitały go dużo niższą temperaturą niż prażone słońcem podwórko.

– Cześć! – powiedziała wesoło Katana trzymająca w dłoni szmatkę. – Rozgość się w salonie, kończymy sprzątanie kuchni po malowaniu. Jesteś pierwszym gościem.

Jej usta rozciągały się w sztucznym uśmiechu, który miał ukryć stres ostatnich dni. Najwidoczniej oboje rzucili się w wir niepotrzebnej pracy, próbując się oderwać od nowej rzeczywistości.

– Pomogę wam! – odparł, zakasując rękawy. – Od czego mamy magię?

– Mógłbyś wpadać częściej! – zawołał Will z kuchni. – Sprzątanie zajmuje więcej czasu niż sam remont.

Kat przepuściła maga. Przez krótką chwilę zdawało mu się, że zobaczył w jej oczach strach, jakby dostrzegła za nim coś przerażającego.

– Wszystko w porządku? – zapytał.

– Co? Tak, jasne.

Położyła dłoń na jego ramieniu i się uśmiechnęła, tym razem szczerze. Weszli razem do kuchni, gdzie Will dokręcał ostatnie drzwiczki do szafki. Z pokrywającym włosy pyłem wyglądał, jakby z dnia na dzień posiwiał. Twarz i ramiona poznaczone były kropkami farby.

– Chyba straciliśmy poczucie czasu, co, Kat? – odezwał się, wstając i zerkając na odsunięty od ściany zegar. – Czyń swoje czary, bo goście tuż-tuż.

– Sargomani. – Yogi machnął rękami. – To już nie będzie potrzebne.

Wyjął z dłoni Katany szmatkę i powiesił obok lśniącego teraz zlewu, po czym spojrzał krytycznie na przyjaciół.

– Pozwólcie, że i wami się zajmę. Jesteście strasznymi gospodarzami. Akkano zinto.

– Dzięki! Zapraszamy do salonu, wkrótce pojawią się pewnie kolejni goście.

Will przeczesał palcami znów czyste kosmyki i wskazał magowi przejście do przygotowanego wcześniej pomieszczenia. Kanapy i fotele rozstawiono na planie prostokąta, oddzielając większą część salonu, a przed nimi stały zupełnie przypadkowe stylem stoliki. W powstałej za kompletem wypoczynkowym przestrzeni piętrzyły się książki i spakowane naprędce w kartony sprzęty z remontowanych części domu.

Yogi zasiadł w fotelu obok przejścia, lecz zanim zdążył zagaić rozmowę, rozległo się pukanie do drzwi.

– Oto i oni – powiedział Will i ruszył do wejścia.

– Jesteś bardzo milcząca – zauważył mag.

– To tylko przemęczenie. Przepraszam, nie zaproponowałam ci nic do picia.

Zabójczyni odwróciła się w stronę kuchni, lecz Yogi chwycił jej ramię.

– Możesz zwodzić Willa, ale ja widzę, że coś się dzieje – rzekł cicho. – Możesz mi o tym powiedzieć, Katano.

– Nie mogę, Yogi. Nie mogę, bo nie ma o czym mówić. Chcesz kawę, herbatę, sok? – odpowiedziała, patrząc przed siebie.

– Daj spokój. Jestem magiem, nie musisz mi usługiwać. Usiądź i bądź z nami podczas obrad, dobrze?

Westchnęła tylko i ruszyła ku podniszczonemu fotelowi w kącie, omijając wygodniejszą kanapę.

Yogi zakręcił dłońmi, a na stolikach pojawiły się przekąski i napoje.

– Przynieśliśmy też coś od siebie! – zawołał grubym głosem Balimir, wchodząc wraz z żoną do salonu.

Pękata butla bursztynowej nalewki brzęknęła o rząd rozstawionych na stole szklanek. Krasnoludy wniosły do pomieszczenia ciepłą, pozytywną energię, jakby otaczająca je aura szczęścia i miłości rozładowała napięcie między obecnymi. Mag zniknął na chwilę w objęciach korpulentnej kobiety, a ona ruszyła następnie w stronę Zabójczyni.

– Zapewne Katana? – zapytała, chwytając ciepłymi palcami ręce kobiety. – Balimir tyle o was opowiadał, nie mogłam się doczekać, żeby wszystkich poznać. Jestem Yoanna.

– Miło mi. – Na twarzy Katany znów pojawił się prawdziwy uśmiech.

Czuła, jak stres ją opuszcza, jakby od tych pulchnych dłoni na całe jej ciało spływał spokój. Przy Yoannie czuła się bezpiecznie niczym dziecko wtulone w matczyną pierś. Niemal nie bała się już spojrzeć między sterty książek i pudeł za zieloną kanapą.

– Jak na Zabójczynię, wygląda całkiem miło, prawda? – zażartował Balimir.

– Po tobie też bym się nie spodziewała takiej kondycji – odparowała jego żona ze śmiechem. – Dopóki siedział w kuźni, spacer wchodził w grę tylko wtedy, kiedy mieliśmy w domu za dużo dzieci w tym samym czasie. A jak już wojna ruszyła trochę krwi, to i żywotniejszy się zrobił! Pomyślałby kto!

– To twoja nalewka mnie tam najbardziej trzymała przy życiu. I nie tylko mnie, co, chłopaki?

Krasnolud rozlewał właśnie trunek do szklanek. Katana popatrzyła na wyraźnie odprężonego w końcu Willa i uchwyciła spojrzenie Yogiego.

– Niech wszystko się dobrze skończy! – zawołał Balimir, podając kobietom alkohol. Uniósł swoją szklaneczkę i dodał: – No, na zdrowie!

Po gardle Kat przetoczył się ostry żar zastąpiony po chwili owocowo-orzechową słodkością.

„Niech wszystko się dobrze skończy”, powtórzyła w myślach.

Zanim krasnoludy rozsiadły się na kanapie, Will wyszedł po następnych przybyłych. Yogi witał się z każdym i obserwował tworzące się grupki skupione na rozmowie. Katana dołączała na chwilę do kolejnych konwersacji zaskoczona, gdy ktoś wyrywał ją z zamyślenia, lecz w żadnej nie uczestniczyła dłużej. Odpowiadała jedynie półuśmiechami. Dopiero gdy pojawiły się ostatnie osoby i Will zajął miejsce obok kobiety, ta odetchnęła z ulgą. Mag zerknął na staromodny zegarek na łańcuszku.

– Kto miał się pojawić, już jest. Zaczynajmy.

Martwiła go nieco nieobecność Andromedy, którą zaprosił tu razem z pozostałymi członkami Wysokiej Rady. Również Baelin i Mathilda wyglądali brakującego gościa.

– Kali’oppe, czy dostałaś jakieś wieści od Andromedy? – zapytał mag.

– Niestety nie.

– Brak kontaktu to obecnie częsty problem wśród elfów – wtrąciła siedząca obok Uzdrowicielki Lilmoth.

Rozmowy momentalnie przycichły, jakby słowa księżnej miały ogromną wartość dla każdej rasy. Dziś nie wyglądała dostojnie i królewsko. Ubrana w prostą suknię w kolorze bzu i z zebranymi w niski kok włosami, w których nie lśnił ani jeden diament, przypominała bardziej służkę niźli władczynię. Tylko głos pozostał ten sam, spokojny, donośny i pewny swych racji.

– Matko… – Sharmaya chwyciła jej dłoń.

– Wszyscy powinni się dowiedzieć, drogie dziecko. Nie uniesiemy sami tego brzemienia.

Księżna wstała i potoczyła wzrokiem po zebranych. Mimo niezbyt wysokiego wzrostu zdawała się górować nad wszystkimi.

– Królestwo elfów upada – rzekła z uniesioną głową, wpatrzona w przestrzeń przed sobą, jak posłaniec, który musi zanieść królowi złą wiadomość. – Przez Masner Bal przetacza się fala protestów i zamieszek, a prowodyrzy oskarżają nas o zdradę i wywołanie wojny. Pałac od trzech dni jest oblężony, a włości demolowane i palone. Elfy podzieliły się na obrońców i przeciwników rodu królewskiego, wielu uciekło za granicę lub ukrywa się w podziemiach. Równie wielu zdążyło zginąć. Królowi i mnie grozi co najmniej banicja.

– A Sharmaya? – zapytał Will, patrząc ze zmarszczonymi brwiami to na elfkę, to na jej córkę.

– Chcą mojej głowy – odparła beznamiętnym głosem ta druga. – Nie planują dla mnie procesu.

Również po niej widać było trud ostatnich dni. Twarz wydłużyła się znacząco, a skromna sukienka zwisała luźno na ramionach. Przetłuszczone włosy dopełniały obrazu zmęczenia.

– Jak wydostałyście się z pałacu? – spytał Baelin, opierając się na rzeźbionej lasce.