Rewitched - Lucy Jane Wood - ebook

Rewitched ebook

Lucy Jane Wood

3,6

Ebook dostępny jest w abonamencie za dodatkową opłatą ze względów licencyjnych. Uzyskujesz dostęp do książki wyłącznie na czas opłacania subskrypcji.

Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Przepięknie napisane, cudowne cosy-wiedźmie fantasy. Absolutnie magiczna opowieść, idealna, by zwinąć się z nią w kłębek.

Moce Belle nie były całkowicie uśpione. One tylko sobie drzemały…

Belladonna Blackthorn nie straciła swojej magicznej iskry, minęło jednak trochę czasu, odkąd ostatni raz wykorzystała pełnię jej potencjału.

Praca w ukochanej księgarni, gdzie nieustannie powstrzymuje swojego toksycznego szefa przed rujnowaniem biznesu, jest męcząca sama z siebie. A przecież Belle musi jeszcze uważać, by nie zdemaskować się jako czarownica. Nic więc dziwnego, że doskonalenie swoich magicznych mocy nie jest dla niej priorytetem.

Sytuacja jednak się zmienia, kiedy w dniu trzydziestych urodzin Belle otrzymuje wezwanie od kowenu: jej wiedźmia godność ma zostać poddana próbie. Istnieje ryzyko, że za sprawą czarodziejskiego procesu Belle utraci magię na zawsze. Potrzebuje zatem pomocy, szczególnie że ma tylko miesiąc na dowiedzenie swoich umiejętności, a znaki, że tajemne mroczne siły chcą jej utrudnić zadanie, pojawiają się już teraz. Na szczęście Belle może liczyć na swoich przyjaciół, na ekscentrycznego mentora, a nawet na (irytująco przystojnego) opiekuna, który poprzysiągł sobie ją chronić.

Ta magiczna, podnosząca na duchu opowieść z romansem slow burn i motywami nowo odnalezionej rodziny to idealna lektura nie tylko na jesień! Będziecie OCZAROWANI!

***

Zupełnie oczarowała mnie ta ujmująca opowieść o odkrywaniu na nowo swojej iskry.

SARAH BETH DURST, autorkaThe Spellshop

Odświeżające spojrzenie na magię – tę praktyczną i tę elementarną. Podróż Belle do korzeni tego rzemiosła zachwyci wszystkich czytelników, którzy kochają czytać o czarownicach.

LOUISA MORGAN, autorkaTajemnej historii czarownic

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 477

Oceny
3,6 (8 ocen)
0
5
3
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Mrs_Bookies

Dobrze spędzony czas

To nie tak, że Belle nie umie w magię. Umie. Tylko troszeczkę. Moce, które w niej drzemią pomagają jej nie tylko w pracy w księgarni, ale i domowych obowiązkach. Jednak gdy otrzymuje wezwanie od kowenu zmienia się wszystko. Ma dowieść, że jest godna swoich umiejętności. A co jeśli nie jest? I co z tym wspólnego ma jej (irytująco przystojny, tajemniczy i ciemnowłosy) mentor? Rewitched to jedna z tych historii, o których wiedziałam, że zostaną ze mną na długo w serduszku. Wiedziałam, że kliknie. I nie zdziwiłam się, gdy przepadałam po pierwszych stronach. Ba, ja celowo dawkowałam tę książkę, żeby przedłużyć lekturę. Bo tak bardzo nie chciałam się z nią rozstawać. Jej niesamowity klimat, to jak poprowadzona jest historia i jak bardzo polubiłam Belle, sprawiło, że pewnie nie raz do niej wrócę! Jeśli szukacie książki, która otula, która jest ciepełkiem i milutkim kocykiem na jesienne/zimowe wieczory to Rewitched to świetna opcja! Jest taka cudownie zwyczajna, normalna, pokazująca, że czase...
00

Popularność




Copyright © Lucy Jane Wood 2024

First published 2024 by Macmillan, an imprint of Pan Macmillan

The Smithson, 6 Briset Street, London EC1M 5NR

Associated companies throughout the world

panmacmillan.com

Przekład

Anna Kłosiewicz

Redakcja i korekta

Marek Stankiewicz, Joanna Rozmus

Skład i przygotowanie do druku

Tomasz Brzozowski

Opracowanie wersji elektronicznej

Karolina Kaiser,

Copyright © for this edition

Insignis Media, Kraków 2024

Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN 978-83-68053-71-5

StoryLight, imprint Insignis Media, ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków

tel. +48 12 636 01 90, [email protected], insignis.pl

Instagram: @wydawnictwostorylight, @insignis_media

X, TikTok: @insignis_media

Facebook: @Wydawnictwo.Insignis

Dla wszystkich dziewcząt, które wyrastają na wiedźmy i wiedzą, że ich magia jest w zasięgu ręki

Rozdział 1Coś szelmowskiego

Wiedźma zawsze wyczuje, gdy znajdzie się w pobliżu innej osoby o wrodzonej magicznej orientacji. Zanim tamta druga się przedstawi, zanim ujawni się ze swoimi zdolnościami, wiedźma sama podświadomie zarejestruje jej obecność. Najpierw na jej skórze pojawi się mrowienie przypominające musującą oranżadę lub wyładowanie elektrostatyczne. Po jej ramionach przebiegną ciarki przechodzące w dreszczyk. Potem spostrzeże subtelną zmianę w powietrzu, które stanie się ostrzejsze w smaku, słodsze, prawie metaliczne. Następny będzie zapach – charakterystycznie ziemisty, z nutą żaru i kruchych jabłek w karmelu, uderzający do głowy, bogaty, przywodzący na myśl ciepło domowego ogniska. A ponad wszystko wybije się brzęczenie w uszach i świerzbienie kciuków, jakby chwytały zapałkę i rozpalały węgielki intuicji. Odgłos kroków zbliżającej się drugiej wiedźmy wyszepcze jej, że zanosi się na coś ważnego.

Na nieszczęście dla Belle ta niezwykle cenna wiedza do tej pory okazywała się na ogół zbędna, ponieważ w całym swoim życiu – liczącym dwadzieścia dziewięć lat, trzysta sześćdziesiąt trzy dni i kilka godzin – nie spotkała jeszcze ani jednej wiedźmy. Rzecz jasna jeżeli nie liczyć własnej matki oraz babki, która parę lat temu odeszła za woal zaświatów. Ponadto w jej piętnaste urodziny odbyła się krótka, zaskakująca i cokolwiek krępująca wizyta dwojga przywódców kowenu, którzy zajrzeli do nich, aby zapoczątkować długi proces jej omroczenia. Ale Belle niewiele pamiętała z tamtego spotkania. Prawie całą tę upokarzającą dla siebie ceremonię spędziła, kryjąc się za własnymi włosami, rumieniąc się i pragnąc, żeby się już skończyło. W ogóle nie nawiązała kontaktu z kowenem, ponieważ po odblokowaniu jej mocy zgodnie ze zwyczajem zostawiono ją samą sobie, aby na własną rękę odkrywała możliwości, jakie jej daje magia.

Jako że dorastała w cieniu spokojnych, łagodnie działających czarów jej matki i doświadczała ich mocy na co dzień, założono, że ma wrodzone wyczucie magii. Nie nastąpił żaden moment wielkiego olśnienia, ponieważ czary zawsze były na wyciągnięcie ręki. Strumień magii wypływający z Bonnie i stale omywający Belle, gdy tylko znajdowała się w pobliżu matki, był czymś tak normalnym, że prawie wcale go nie zauważała.

Belle już dawno przestała się spodziewać spotkania z inną wiedźmą. W ostatnich czasach osoby tego rodzaju należały do rzadkości, z każdym pokoleniem najwyraźniej było ich mniej, a ona też nie miała zamiaru poszukiwać kogoś takiego z własnej woli, by nie sprowadzić na siebie kłopotów. Miała spokojne życie w niewiedźmowym świecie i była z tego bardziej niż zadowolona.

– Belle, co ja ci mówiłam o tych kartach lojalnościowych? Rozdajesz pieczątki na prawo i lewo, to mnie kosztuje fortunę.

Violet była nienagannie wyglądającą kobietą interesu. Zawsze nosiła drogie garsonki w stonowanych odcieniach błękitu lub fioletu (odwieczny nawyk wyrobiony z powodu imienia), a srebrzyste włosy układała i lakierowała dwa razy w tygodniu. Ostatnimi czasy chodziła powoli, podpierając się na eleganckiej srebrnej lasce, i zawsze nosiła udrapowany na ramionach stylowy szal ze swej ogromnej kolekcji. Belle była niemal pewna, że w ciągu wielu lat pracy w Księżycowej Księgarni nigdy nie widziała, by Violet dwa razy pokazała się w tym samym szalu. Chociaż Vi wciąż trzymała rękę na pulsie, od jakiegoś czasu rzadziej zaglądała do księgarni – zaledwie raz czy dwa razy na tydzień – aby przesunąć palcem po półkach w poszukiwaniu kurzu, uszczypnąć wszystkich w policzek i sprawdzić, czy Belle nie robi czegoś tak głupiego jak przybijanie dwóch pieczątek na karcie lojalnościowej zamiast jednej.

– Vi! – zawołała Belle przez ramię, ustawiając nowe nabytki w ich tymczasowych miejscach pobytu. – Jest czwartek, druga po południu i sklep pęka w szwach od klientów. Chyba nie musisz martwić się o to, że rozdaję papierowe zakładki. – Stanęła na palcach, by umieścić na wysokiej półce szczególnie opasły zbiór mitów, po czym, nie zaniedbując uprzejmości, zaczęła się przeciskać przez morze ludzi w stronę szefowej.

Violet spojrzała na nią z lekkim zakłopotaniem, podając jej kilka zabłąkanych tomów w twardej oprawie.

– Cóż, wiesz, że tak naprawdę nie mam nic przeciwko temu. Nawet mi się podobało, kiedy wkładałaś je do wszystkich książek jako małą niespodziankę. Ale Christopher mówi, że trzeba liczyć każdy pens, bo ziarnko do ziarnka…

– Christopher mówi dużo rzeczy – weszła jej w słowo Belle. A ponieważ brwi szefowej wystrzeliły do góry, zaraz ostrożnie pohamowała się sama. – I to świetnie, zawsze doceniam jego wkład. Oczywiście. – Odchrząknęła. – Po prostu jeszcze się nie przyzwyczaiłam, że się tu kręci i wprowadza swoje zmiany.

– Zmiany, co do których twierdzi, że powinnyśmy je były wprowadzić dawno temu – podkreśliła Violet.

– Zgadza się. Tylko że jego sugestie… Cóż, niekoniecznie pasują do tego, co wszyscy klienci cenią w Księżycowej Księgarni i po co do nas przychodzą.

– Mam świadomość, że wy dwoje macie odmienną wizję przyszłości tego miejsca. Ale ty wiesz także, że gdyby to ode mnie zależało, przede wszystkim nigdy bym nie musiała wprowadzać swojego syna do tego interesu. Z jakim mnie zostawiłaś wyborem? – Posłała jej ciężkie od aluzji spojrzenie spod uniesionej brwi.

Belle westchnęła.

– Daj spokój, Vi. Już to przerabiałyśmy. Kilkaset razy.

– Gdybyś przestała być tak bardzo samolubna i spełniła życzenie słabowitej staruszki… – Violet zrobiła zasmuconą minę, lecz uśmiechała się, dłońmi o wypielęgnowanych czerwonych paznokciach kartkując książkę dla dzieci o szkole z internatem.

Belle zerknęła na szefową z ukosa.

– Nie ma w tobie nic słabowitego. Jesteś zagrożeniem dla społeczeństwa.

– Nie wiem, o czym mówisz. Jestem niewinną, niedomagająca starszą panią, która ma proste życzenie: zostawić swoją ukochaną księgarnię w rękach tej, która kocha to miejsce najbardziej. Mogłabyś prowadzić wszystko po swojemu, a ja spędzałabym popołudnia w teatrze, zamiast zrzędzić ci o kurczących się zasobach…

– Zamierzasz w ogóle kiedyś dać z tym spokój? – przerwała jej Belle z pełnym czułości rozdrażnieniem. W głębi serca wzruszało ją, jak bardzo Violet wciąż nalega, by jej odsprzedać księgarnię, po tym, jak już lata temu rozpoczęła krucjatę mającą na celu przekazanie sterów dumy swojego życia.

– Nie, póki nie podpiszemy papierów. Co oczywiście uczynimy – rzekła Violet i znacząco skinęła głową. Przyjrzała się uważnie wystawce z „Lekturami na jesień” i przesunęła jedną książkę o kilka milimetrów, ustawiając ją pod idealnym kątem.

– Czego oczywiście nie uczynimy – poprawiła ją Belle. – Mówiłam ci już miliony razy: nie ma mowy, żebym prowadziła to miejsce sama. – Przeszła obok dębowego biurka, by uporządkować kartki okolicznościowe i niewielki wybór stojących przy kasie sezonowych stroików. Były wypakowane miniaturowymi dyniami i popielatymi dmuszkami, które przypominały, że już niedługo październik. Subtelne zaklęcie Floresco Bellus wzmacniało łodyżki i utrzymywało bukieciki w nadzwyczajnej świeżości.

– O, ile razy mam ci powtarzać, Belle? Nie robiłabyś tego sama. – Violet zacmokała z przyganą. – Masz tu przecież w dni powszednie Jima i Monicę, a w weekendy tę nową dziewczynkę z nieszczęsnym kolczykiem w nosie.

– Wiesz, o co mi chodzi. Mówię o przejęciu sterów. Ogólnie to nie moja specjalność. Trochę jakby… nie trzymam kursu w życiu?

– Do licha, nie zrobiłam tutaj ani jednej pożytecznej rzeczy, odkąd prasę drukarską uznano za nowoczesną technologię. Od lat każdy dobry pomysł był twój.

– Ale to wciąż twoje dzieło życia. Ja tu tylko pilnuję, żeby książki przyjeżdżały z dostawami i wychodziły z zadowolonymi klientami. Tylko tyle, nic więcej.

– A czegóż potrzeba więcej? Obydwie doskonale wiemy, że w praktyce prowadzisz to miejsce samodzielnie. Ja jestem już na to wszystko za stara, mam lepsze rzeczy do roboty niż polecanie thrillerów niemytym masom.

– W thrillerach nie ma nic złego. Jesteś snobką, Vi. I wiesz, jaka ja jestem. Przypuszczalnie w ciągu kilku miesięcy wpakowałabym ten statek na mieliznę.

– Trochę mniej umniejszania własnych zasług, z łaski swojej. Nie znoszę tego. Jesteś wyjątkowo kompetentną, obeznaną z rynkiem kobietą i ufam ci bezgranicznie. Roztaczałaś tu swoją magię dłużej, niż mam ochotę pamiętać. – Na te słowa szefowej Belle zakrztusiła się i dostała napadu kaszlu, za co zarobiła od niej łupnięcie w plecy. – Głównie dlatego, że strasznie mnie to postarza. Po prostu za bardzo się boisz, by podjąć ryzyko – ciągnęła Violet – i za bardzo się przejmujesz tym, co mogłoby się nie udać. – Wytknęła w stronę Belle szpiczasty, lśniący paznokieć.

– Świetnie ci idzie jednoczesne komplementowanie mnie i obrażanie – zauważyła Belle, marszcząc brwi, po czym wróciła na swoje miejsce za kasą.

Violet oparła się o zielony marmurowy blat i wyjęła kieszonkowe lusterko, by poprawić pojedynczy pukiel włosów.

– To prawdziwa sztuka. – Cmoknęła ustami. – Ale jeśli nadal będziesz uparcie odrzucać moją wspaniałą ofertę, wiedz, że nie będę miała innego wyjścia, jak przekazać rządy Christopherowi. Nie ufam wystarczająco ludziom z zewnątrz. Jeżeli mam się w spokoju cieszyć luksusowymi rejsami i zakupami z osobistym asystentem na emeryturze, Księżycowa Księgarnia musi się znaleźć w kompetentnych rękach. A Christopher ma kompetentne ręce.

– Oczywiście – odpowiedziała Belle zgodnie i zaczerpnęła powietrza, by przełknąć swą dumę. – Ten człowiek może nie odróżnia miękkiej okładki od dyni, ale zna się na zyskach i stratach.

Belle miała nadzieję, że muzyka, którą wybrała dziś rano, wystarczy do zagłuszenia nie tak znowu stłumionych dźwięków dobiegających z zaplecza, gdzie Christopher na zmianę to klął, rycząc głośno, to rechotał pretensjonalnie przez telefon do swojego wspólnika. Skrzywiła się, widząc, że rozkojarzony klient odwraca głowę w tamtą stronę.

Najwyraźniej wiedza Christophera ograniczała się do matematyki, co prowadziło do decyzji, które dzień po dniu po odrobinie łamały serce Belle. W ciągu dwóch lat, odkąd Violet postanowiła odsunąć się w cień i – niechętnie – przekazać zarządzanie księgarnią swojemu korporacyjnemu synowi, stopniowo odcinał on kawałek po kawałku pomysły wprowadzane w życie przez Belle od prawie dekady, którą przepracowała w tym miejscu. Na pierwszy ogień poszedł śliczny wózek z kawą i drobnymi wypiekami, ponieważ Christopher orzekł, że cappuccino zamieniło księgarnię w „miejsce posiedzeń mamusiek”. Jej doroczny festiwal zbioru książek, prowadzony wraz z innymi lokalnymi sklepikami, tak dogłębnie rozbawił Christophera, że aż się trzepnął w kolano. Co ją bardziej zmartwiło, zaledwie kilka dni temu podsłuchała, jak na cały regulator perorował o tym, że wynagrodzenie młodszego personelu wisi na włosku. To przebrało miarkę. Belle poszła z jego wątpliwymi decyzjami do Violet. Ale Christopher szybko wykręcił się sianem, twierdząc, że Belle dramatyzuje, wyśmiał ją, a matkę jak zwykle owinął sobie wokół palca. Belle zachowała dla siebie rzeczywisty obraz tego, jak bardzo jest źle, i nosiła tę świadomość w środku niczym zimny, twardy kamyk w kieszeni.

– Jakoś tak zanim się obejrzałam, na zewnątrz był już nowoczesny świat – zwierzyła się Violet. – To pewne jak diabli, że nie nadążam za duchem czasów, ale on dopilnuje, żeby to miejsce nie zostało w tyle.

– To miejsce nie ma nadążać za duchem czasów – zauważyła Belle. – Ma istnieć po swojemu jako banieczka przytulności zupełnie oddzielona od reszty świata.

– Gdybyż to było wykonalne – mruknęła tęsknie Violet. – Do zobaczenia w przyszłym tygodniu. Zadzwonię do ciebie w sprawie tych liczb z sierpnia. – Wychyliła się, żeby cmoknąć Belle w policzek, jak zwykle zostawiając na nim smużkę magentowej szminki, muśnięcie drobniutkich wąsików i powiew przesłodzonych perfum.

– Do zobaczenia, Vi – odpowiedziała Bell i pomachała szefowej, zmierzającej już w stronę lśniącego czarnego samochodu, który miał ją zawieźć do domu, czyli równie eleganckiej szeregowej kamienicy.

Violet była niemożliwie bogata, ponieważ w młodości brylowała na deskach teatralnych jako gwiazda. Kres jej karierze położyło uszkodzenie strun głosowych, po którym przeniosła się w kojący, uzdrawiający świat książek. Belle wsunęła ręce do kieszeni dżinsowego fartucha haftowanego z przodu w księżyce i powędrowała myślami z powrotem na ich zwyczajowe pole bitwy.

Skorzystanie z propozycji Violet, a więc wykupienie od niej Księżycowej Księgarni, było jej marzeniem, lecz zawsze wydawało jej się, że znacznie przerasta jej możliwości. Za każdym razem, gdy szefowa poruszała ten temat, przypominając o okazji, której pozwala wyśliznąć się z rąk przez palce, Belle czuła, że wzdryga się i wycofuje coraz dalej.

Tak wiele rzeczy mogło się nie udać. Nie miała nawet pojęcia, jak w ogóle przebiega taki proces, a odłożone skromne oszczędności były dla niej zbyt cenne, by je ulokować w czymś, co nie gwarantowało sukcesu, mimo że Violet złożyła jej aż nadto hojną, wynikającą z sentymentu ofertę. Do tego dochodziła mniejsza obawa o to, że położy na szali swoje uwielbiane zatrudnienie, w którym przeszła drogę od dziewczyny pracującej w weekendy do kierowniczki księgarni.

A przecież ośmielała się o tym marzyć, i to cały czas. Ośmielała się wyobrażać sobie, jak to robi, jak sama siebie nagradza, zdobywając się na odwagę, która kiedyś leżała u podstaw każdej jej decyzji. Nigdy jednak nie znalazła w sobie na tyle ikry, by zapalić świeczkę i sprawdzić, czy nastąpi kontrolowany wybuch, czy ogień przerodzi się w pożar. I tak toczyło się jej życie. Kierownicę dzierżyły ręce, które nie były jej rękami, a ona tylko wyglądała przez okno, za którym świat przesuwał się pędem.

Do kasy dotarła kobieta w łososiowym swetrze, balansująca z naręczem kolorowych książeczek i rolką tęczowego papieru do pakowania prezentów oraz z uczepioną jej ręki kilkuletnią dziewczynką.

– Ta jest urocza. Chyba moja ulubiona – powiedziała Belle do małej, owijając brązowym papierem książkę ze szczytu stosu. – To ty ją wybrałaś? Bardzo dobrze.

Dziewczynka nieśmiało kiwnęła głową, po czym zaraz ukryła twarz w maminej spódnicy.

– Dziękujemy pani za pomoc przy doborze lektur. To powinno ją zająć na jakiś czas. – Mówiąc to, kobieta uśmiechnęła się z wdzięcznością.

– Oczywiście. – Belle podsumowała rachunek na kasie. – Przykro mi, że nie mogłam zostać z wami dłużej. Dziś mamy tu dość szalony ruch. Ta pogoda sprawia, że każdy chciałby się skulić w domu nad książką.

Jak na zawołanie posiniaczone chmurami wieczorne niebo rozświetliła błyskawica, przebijając się przez łagodne światło we wnętrzu księgarni, które sprawiało, że było tu przytulnie i miło bez względu na warunki panujące za drzwiami. Zaraz potem zagrzmiało tak mocno, że zabrzęczały witrażowe szyby w oknach na górnym piętrze. Klientka pozbierała swoje zakupy, wetknęła książki pod sweter, po czym niechętnie wyszła na deszcz.

Rozkręcił się wieczorny ruch. Życie w Księżycowej Księgarni, uwielbianej w okolicy za urok i trudną do określenia niezwykłość, chaotycznie przeskakiwało od cichego spokoju po nieokiełznaną ruchliwość. Często się zdarzało, że kiedy Belle miała wolny dzień, dzwonił do niej rozgorączkowany Jim, wyrywający sobie resztki włosów okalających mu głowę puszystą aureolą, bo usiłował nadążyć z wykładaniem towaru na półki i jednoczesnym obsługiwaniem kasy. Maleńki zespół sprzedawców z największym trudem dostosowywał się do wyznaczonych przez Christophera grafików, które z każdym dniem wymagały od przepracowanej obsługi niewykonalnych zadań.

Belle podsumowała na kasie kolejnego klienta, po czym zerknęła w stronę działu książek dziecięcych. Jak zawsze był przewrócony do góry nogami, mimo że rzuciła na niego małe, zgrabne zaklęcie Libri Liberi Ordino, by miękkie książeczki i zabawki same wracały na miejsce, kiedy nikt nie patrzy. Ten rodzaj magii był na tyle bezpieczny, że mogła użyć go tu i ówdzie. Dzieci nie miały nic przeciwko, gdy książeczki porządkowały się same, a dorośli, rzecz jasna, nic nie zauważali.

Kusząco zbliżała się pora zamknięcia. Podczas gdy Jim i Monica rozprawiali się z nagromadzonym w ciągu dnia bałaganem, Belle uwijała się przy kasie, przed którą wciąż stała kolejka klientów, równie nieugięta jak deszcz za oknem. Gdzieś z tyłu głowy Belle zarejestrowała, że brzęknął mosiężny dzwoneczek przy drzwiach, dziś chyba po raz milionowy. Potarła przedramiona, bo ciągnący od otwartych drzwi lodowaty powiew przyprawił ją o gęsią skórkę.

– Czy będzie pani zainteresowana rekomendowanymi lekturami tego tygodnia? To naprawdę…

Bell poczuła, że oddech więźnie jej w gardle. Miała wrażenie, że przez czubek jej głowy przelewa się ciepła fala, dziwnie przyjemna, lecz silna, omywa ją z góry na dół i o mało nie porywa w wirujący taniec. Chwyciła się lady, żeby nie stracić równowagi. Gdyby zdrowy rozsądek nie podpowiadał czegoś innego, pomyślałaby, że… Cóż, pomyślałaby, że to magia.

– Dobrze się pani czuje? – zapytała zatroskana klientka.

Belle z trudem przełknęła ślinę, po czym zbyła swoje zachowanie machnięciem ręki.

– O, tak, świetnie, doskonale. Przepraszam. Trochę zakręciło mi się w głowie. Po prostu pora na kolejną kawę. – Zaśmiała się cierpko i wzięła się w garść, ignorując potężne wrażenie, które pojawiło się nagle i natychmiast odpłynęło. Miała za sobą długi dzień. Wsunęła stos sprzedanych książek do torby, wysilając się na pospieszny, zestresowany uśmiech, którego Violet nie uznałaby za odpowiedni dla obsługi swojej księgarni, po czym zwróciła się do następnego klienta.

Czekający po drugiej stronie blatu mężczyzna zupełnie ją zaskoczył. Najpierw zauważyła jego wzrost. Facet był tak wysoki, że nieco górował nad otoczeniem. A do tego – nie mogła tego nie przyznać – onieśmielająco przystojny. Roztaczał taki urok, że kiedy potem w domu opowiadała o tym Ariadne, natychmiast zaczęła się zastanawiać, dlaczego tego ranka nie zrobiła czegoś lepszego z włosami. Miał na sobie spodnie z paskiem, wetkniętą w nie koszulę w kolorze rdzy, założoną na biały T-shirt, a do tego okrągłe druciane okulary, które zdjął, gdy nawiązał z Belle kontakt wzrokowy. Włożył je do wewnętrznej kieszeni długiego, czarnego skórzanego płaszcza, przewieszonego przez wyjątkowo szerokie ramiona. Kiedy opuścił przy tym głowę, na oczy opadł mu kosmyk niesfornych, sięgających do ramion ciemnych włosów. Odsunął pukiel z twarzy i wtedy na jego kciuku błysnął srebrny pierścień z bursztynowym kamieniem. Mężczyzna położył dłoń na ladzie i lekko wychylił się w stronę Belle. Niemal natychmiast z trudem oderwała od niego wzrok, czując, jak na twarz występują jej plamy gorąca.

– Zastanawiam się, czy mogłaby mi pani pomóc – przemówił głębokim, miodowym głosem, w którym słyszało się podpalany karmel i ledwie zaznaczający się londyński akcent. – Szukam czegoś dość specyficznego. Powiedziałbym, szczególnego.

Belle zaczerwieniła się tak gwałtownie, że zapiekły ją koniuszki uszu. Oparła ręce o ladę i do opuszek jej palców popłynęło dziwne, drażniące wrażenie. Wsunęła więc dłonie do kieszeni, a ostatecznie chwyciła w nie pióro, rozpryskując po blacie atrament.

– Przepraszam, przepraszam. – Wytarła go pospiesznie rękawem. – Zapowiada się interesująco. O czym szczególnym mówimy? Czy to ma być podarunek?

Kąciki jego ust niemal niedostrzegalnie drgnęły ku górze.

– To jest dar.

Belle starała się szybko odzyskać resztki równowagi, zakłopotana własnym zakłopotaniem.

– Świetnie. Brzmi świetnie. Może pan zajrzeć do naszej sekcji wydań specjalnych. Mamy kilka egzemplarzy z autografami, doskonale nadają się na prezent. Jeśli szuka pan czegoś z nowości, na stoliku z rekomendowanymi lekturami znajdzie pan kilka znakomitych tytułów…

– Malleus Maleficarum.

Twarz Belle w sekundzie zmieniła się z jaskrawoczerwonej w śnieżnobiałą. Pewnie się przesłyszała.

– Przepraszam. Mam za sobą długi dzień, chyba przestaję kontaktować. To może nawet dobrze. – Zaśmiała się uprzejmie i potrząsnęła głową, by pozbyć się dziwnego wrażenia. – Słucham?

– Malleus Maleficarum. Rzecz jasna nie twierdzę, że się zgadzam z przesłaniem – rzekł w zadumie. – Że czary są złe albo niewłaściwe. Ale namierzanie osób obdarzonych magicznymi zdolnościami to interesujący koncept, nie uważa pani?

Świat zamigotał przed oczami Belle. Malleus Maleficarum. Okryty najgorszą sławą traktat z dawnych czasów, gdy polowano na czarownice, podpowiadający, jak można je wykryć i przykładnie ukarać.

Zbieg okoliczności. To musi być zbieg okoliczności. Ale w tym momencie poczuła, jakby w jej wnętrzu coś pstryknęło, aktywując intuicyjne wykrywanie. Skupiła się na tym, by ponownie nawiązać kontakt wzrokowy z klientem, i wrażenie było natychmiastowe. Po skórze przebiegły jej ciarki niczym wyładowanie elektrostatyczne. Na języku pojawił się metaliczny posmak. Mężczyzna oparł na ladzie przedramiona i dłonie ze splecionymi palcami. Do Belle dotarł drzewny zapach ogniska i aromat korzennej słodyczy. Zauważyła, jak mięśnie szczęki przemieściły mu się w maleńkim porozumiewawczym uśmiechu. Prawda uderzyła w nią z siłą kuli wyburzeniowej.

Wiedźmarz.

Jim tuż za kasą upuścił potężne pudło z książkami w twardej oprawie. Huk przywrócił Belle do rzeczywistości.

– Nie zwracajcie na mnie uwagi – bąknął Jim i nieśpiesznie wycofał się z powrotem do aneksu kuchennego, pogwizdując nieznośnie wysokimi tonami.

– Interesujący wybór. – Belle zdobyła się na boleśnie niezręczny śmiech, zatknęła sobie włosy za uszy, po czym z niewyjaśnionego powodu wycelowała w stojącego naprzeciw niej mężczyznę palce, udając, że strzela z pistoletów. Ewidentnie nad jej kończynami przejęła kontrolę panika. – Obawiam się, że nie mamy czegoś takiego na składzie. Wielka szkoda. Przykro mi. Dzięki, że pan do nas zajrzał.

– Doprawdy wielka szkoda – potwierdził niecodzienny klient.

Dopiero w tym momencie Belle zarejestrowała, że facet spogląda na nią znacząco spod uniesionych brwi, jakby czekał, aż coś zaskoczy w jej głowie. Skinął, żeby podobnie jak on nachyliła się nad ladą, po czym zniżył głos do szeptu, mówiąc zaledwie kilka centymetrów od jej szyi.

– Próbowałem w Bibliotece Hekate, ale tam najwyraźniej wszystkie egzemplarze są wypożyczone. Powiedzieli, żebym się zwrócił do Belladonny Blackthorn. Że wyświadczy mi przysługę i chętnie pożyczy swój egzemplarz.

Nikt nigdy nie nazywał jej Belladonną. Zatwardziale nienawidziła swojego pełnego wiedźmiego imienia, i to od zawsze. Do tego stopnia, że nawet mama już go nie używała. Było zarezerwowane na te okazje, gdy Bonnie zdecydowanie nie pochwalała tego czy innego życiowego wyboru swojej córki.

Świat zawirował wokół Belle w zwolnionym tempie, ale jakimś cudem zdołała wykrzesać z siebie coś na kształt profesjonalnego uśmiechu. Pierwsze i jedyne, co jej przychodziło na myśl, to usunąć tego człowieka z widoku publicznego. Przez całe życie chroniła się na wypadek właśnie takiego scenariusza, w razie gdyby jej magiczne zdolności zostały ujawnione przed niewiedźmim światem mimo wysiłków, jakie wkładała w to, by zachować je w tajemnicy.

Monica posłała jej przez salę pytające spojrzenie, upewniając się milcząco, czy wszystko w porządku, ponieważ kolejka do kasy rosła.

– Właściwie… oczywiście. – Belle znów wystrzeliła z palców. – Głuptas ze mnie, mamy ją tu, na zapleczu… tędy, jeśli pan pozwoli… – Rzuciła facetowi desperackie spojrzenie, okręciła się na pięcie i w duchu wzniosła modły o litość do niewidzialnych sił, które mogły ją obserwować. Cokolwiek, byle tylko ukryć domniemany przedmiot tej kłopotliwej rozmowy.

Dała znak Monice, żeby ją zastąpiła przy kasie, po czym popędziła na zaplecze, w stronę tonących w półmroku chwiejnych stosów pudeł i poskładanych w sterty kartonowych postaci z wystaw okiennych. Gorączkowo przestawiła na bok wielkiego tekturowego smoka i gwałtownymi gestami przywołała za sobą tajemniczego mężczyznę, żeby go odciągnąć od pozostałych klientów. A właściwie klientek, które niepostrzeżenie obstąpiły go dookoła, śledząc każdy jego ruch, odkąd wszedł do księgarni, jakby był ostatnim kawałkiem ciasta. Mężczyzna skwapliwe podążył za Belle, ale zrobił to, krocząc nonszalancko z rękami złączonymi z tyłu, z nieukrywanym szelmowskim uśmieszkiem na twarzy.

Zapaliła światło w składziku, kopnęła na bok ciężkie pudło i rzuciwszy roztargnionym okiem po sklepie, by się upewnić, że nie widać Christophera, szarpnięciem zamknęła drzwi za nimi dwojgiem. Na szczęście była zbyt przerażona, by się przejmować kłopotliwą sytuacją, gdy znalazła się sam na sam z zupełnie obcym mężczyzną w tak ciasnym, małym pomieszczeniu.

– Przytulnie – mruknął z błyskiem w ciemnych oczach.

– Kim pan jest? O co chodzi? – zapytała wściekle Belle przyciszonym głosem. Zaczęła się już gubić w przypuszczeniach. Przyszło jej do głowy, że jego przybycie może być związane jedynie z ograniczonym wyborem złych wiadomości. – Coś z moją mamą?

– Co? Nie, oczywiście że nie. Nic z tych rzeczy – odpowiedział natychmiast.

Belle poczuła, że napięcie jej ramion nieco odpuszcza.

– Przysłał mnie kowen – rzekł mężczyzna, patrząc na nią z góry z nachmurzoną miną.

Sama była dość wysoka i rzadko się zdarzało, by czuła się najmniejszą osobą w pomieszczeniu.

– Tyle się domyśliłam z tego, jak się pan arcyzabawnie zaprezentował – odwarknęła, czując, że stres zaraz osiągnie u niej punkt wrzenia.

– Nie zamierzałem być zabawny. Raczej tajemniczy, może uwodzicielski.

Ewidentnie jednak w tej sytuacji dobrze się bawił, ponieważ skrzyżował ramiona i oparł się plecami o półkę pełną map Ordnance Survey.

– Ale Selcouth nigdy dotąd nikogo do mnie nie przysłał. Ani nie kontaktował się ze mną od prawie piętnastu lat, jeśli o to chodzi. Czy zrobiłam coś złego? Mam kłopoty?

– Kłopoty? To pani mi o tym powie. – Uśmiechnął się znacząco, najwyraźniej znajdując zbyt wiele upodobania w tym, że ona balansuje na krawędzi załamania nerwowego.

Posłała mu zdecydowanie niewzruszone spojrzenie, po czym zaryzykowała zerknięcie za drzwi, żeby sprawdzić, czy nie snuje się za nimi szefostwo.

– W razie gdyby pan nie zauważył, pracuję – powiedziała, a jej głos coraz bardziej zatrącał o piskliwe tony. – Jeżeli mój szef znajdzie mnie tutaj z klientem, będę się mogła pożegnać z życiem. Nie mam czasu, żeby mi pan zawracał głowę.

Mina mu zrzedła i przewrócił oczami, jakby mu odmówiono udziału w zabawie.

– Cóż, nie umie się pani bawić. A ja nie zawracam pani głowy. Wyglądam na kogoś takiego? – rzucił zapalczywie. – Proszę posłuchać, ignorowała pani naszą korespondencję. – Głos mu odrobinę złagodniał, stał się nieco poważniejszy. – Wie pani, że tak nie należy…

– Korespondencję? – przerwała mu Belle.

Ostro uniósł jedną brew.

– Właśnie. List urodzinowy? Przy tej rzadkiej okazji, gdy kowen raczy kontaktować się z panią przed ukończeniem omroczenia, ma pani obowiązek stawić temu czoło. Nie można uciekać przed magicznymi problemami, nawet jeśli…

– Zaraz, zaraz. – Uniosła rękę, żeby go powstrzymać i musnęła przy tym jego płaszcz, tak ciasno było w składziku. – Jeżeli nie widać tego wyraźnie ze sposobu, w jaki mogę lada chwila ulec samozapłonowi, to oświadczam, że absolutnie nie mam pojęcia, o czym pan do mnie mówi.

– O liście – powtórzył niecierpliwie. – Szczerze powiedziawszy, powinna pani okazać nieco wdzięczności. Mogłem albo tu wpaść i zagadać do pani, albo spuścić porcję ognia piekielnego, by zwrócić pani uwagę. Z pani danych wynika, że mieszka pani z niewiedźmią współlokatorką, wydało mi się więc, że ogień piekielny mógłby pani odrobinę zaszkodzić. Najpierw mnie pani ignoruje, a teraz to.

– Niczego nie ignoruję – skwitowała z rozdrażnieniem, bo jego zachowanie w połączeniu z brakiem odpowiedzi mocno już działało jej na nerwy. – O co panu chodzi?

Zmienił się na twarzy i tym razem uniósł brew w wyrazie zwątpienia.

– Nie dostała go pani?

Belle zamrugała.

– Czarna koperta? Złocone brzegi? Zaklęcie czującej obecności? Zdolność do wmanewrowania się w pani uwagę na wypadek ignorowania…? – recytował.

– Nic mi to nie mówi. Może pańskie zaklęcie nie działa.

– Co?

– Nie mam pojęcia. – Wzruszyła ramionami. – Nic nie wmanewrowało się w moją uwagę.

Teraz on zamrugał niedowierzająco.

– To tradycyjne zaklęcie Vocare Attentio, specjalnie dostosowane do korespondencji kowenu. Stosowane od średniowiecza. Oczywiście, że działa.

– Przykro mi, że muszę to panu oznajmić, ale pańskie zaklęcie wyraźnie szwankuje. Nic takiego do mnie nie dotarło.

Przesunął kciukiem po ostro zarysowanej linii kwadratowej szczęki, dopiero teraz pojmując rozdrażnienie Belle.

– Och, no tak, to zapewne wina prastarego i niemal niezawodnego zaklęcia rzuconego przez szacowny brytyjski kowen. Bo nie ma mowy, żeby taka schludna i dobrze zorganizowana wiedźma jak pani zapodziała gdzieś ważną magiczną korespondencję. Wygląda na to, że utrzymuje tu pani idealny porządek. Wszystko pod ścisłą kontrolą i tyka jak w zegarku.

Sceptycznym skinieniem wskazał stosy książek poupychane na każdym centymetrze półek małego, chaotycznie urządzonego składziku, przykryte dywanem porozrzucanych paragonów, magazynów literackich, broszur handlowych, zakładek książkowych i papierowych toreb.

– Wie pan co – odparła Belle, biorąc się pod boki. – Jest pan bardzo nieuprzejmy jak na przedstawiciela „szacownego brytyjskiego kowenu”, składającego komuś rzadką, stanowiącą zaszczytne wyróżnienie wizytę. I nieproszoną, dodajmy.

– Selcouth nie czeka na zaproszenie.

– Bardzo, bardzo się staram, żeby nie dostać tutaj ataku szału. Mógłby pan okazać nieco więcej zrozumienia.

Gromili się nawzajem wzrokiem, bez słów żądając, aby to drugie dało za wygraną.

– Przepraszam – wycedził w końcu nieznajomy przez zaciśnięte zęby, ustępując.

Belle złagodziła nieco ostre spojrzenie.

– Ten list zatem… zakładając, że taki był… Co powinnam wiedzieć?

– Nie mogę pani pomóc. – Wzruszył ramionami. – Musi go pani sama przeczytać. Dzięki temu nie można się wyprzeć wiedzy. W dawniejszych czasach zbyt wiele wiedźm, czarnoksiężników i innych ludzi o magicznych zdolnościach udawało, że wcześniej nie zostali uświadomieni o procesie. Jestem pewien, że pani rozumie – dodał formalnym tonem, bawiąc się srebrnym pierścieniem na kciuku i zerkając na nią spod oka.

– Procesie?

Oczy mu się rozszerzyły na moment, ale po sekundzie odzyskał swój niezmącony spokój.

– Udawajmy, że tego nie powiedziałem.

Belle zaczerpnęła powietrza, by się uspokoić i spróbować zachować resztki zdrowego rozsądku. Skrzyżowała ramiona, imitując postawę gościa.

 – Upewnię się, czy dobrze rozumiem. Przychodzi pan tu, do mojego miejsca pracy i mojego życia wśród niewiedźmich ludzi, potencjalnie narażając mnie oraz moją egzystencję na niebezpieczeństwo ujawnienia, i obwieszcza pan, że koniecznie muszę znaleźć bardzo ważny list. Ja panu mówię, że go nie dostałam, a pan, zamiast dać mi kolejny albo przekazać, co było w tym pierwszym, zamierza wyjść, mówiąc jedynie, że mam przeczytać tamten list.

Gdyby Belle nie miała na tyle rozumu, by wiedzieć, że to niemożliwe, przysięgłaby, że przez policzki mężczyzny przemknął słabiutki, blady rumieniec. Jego spokój odrobinkę się jakby zamącił, a pomiędzy brwiami ukazała się zmarszczka frustracji.

– W pani ujęciu wygląda to o wiele mniej rozsądnie, niż mi się wydawało, kiedy zmierzałem tu z Domu Hekate.

– O, nie ma sprawy. To dla mnie miła niespodzianka. Bardzo doceniam pańską podróż. Tajemniczość, uwodzicielskość, brak ognia piekielnego i tak dalej. A teraz, choć nasze spotkanie przebiega w czarującej atmosferze, czy mógłby pan się oddalić, zanim ktoś zauważy, że z jakiegoś durnowatego powodu podejrzanie sprzeczam się z klientem w składziku?

Uśmiechnął się półgębkiem, jakby powstrzymując się od pełnego uśmiechu. Belle spostrzegła, że w kącikach jego ciemnych oczu pojawiły się wesołe zmarszczki.

– Ale tak cudownie mi się z panią rozmawia. I tak bardzo starałem się stworzyć odpowiedni nastrój.

Coś jej zaświtało.

– Zaraz, ta burza to pańskie dzieło?

Wsunął ręce do kieszeni, najwyraźniej nieco zakłopotany.

– Możliwe. Nie podobała się pani?

– Nie wzięłam dziś z sobą parasola i będę musiała iść do domu w ulewie, więc nie. – Chwyciła klamkę u drzwi, chcąc wreszcie wydostać się z ciasnej przestrzeni i uwolnić od irytującego aroganta. – Czy to wszystko?

Westchnął równie niewzruszony jak ona.

– Nie żeby spotkało mnie tu niewiarygodnie ciepłe przyjęcie, ale po namyśle… – Pstryknął środkowym palcem i kciukiem prawej ręki. W ułamku sekundy zgrabnie pojawiła się między nimi czarna koperta przyprószona złocistymi iskrami. – Przede wszystkim żebym nie musiał fatygować się po raz drugi. – Podał jej kopertę. – Proszę przeczytać. I tym razem tego nie ignorować.

– Mówiłam panu, że niczego nie zignorowałam. – Belle wyrwała mu list spomiędzy palców. – Dzięki – dodała oschle, obracając papier w rękach. – Czy coś jeszcze?

– Tak, w rzeczy samej. Poleciłaby mi pani jakąś lekturę na plażę? Coś lekkiego, zabawnego, nieco pikantnego – zagadnął z uśmiechem od ucha do ucha, teraz wyraźnie zdradzając, jak bardzo lubuje się w tym, że jej zabiera czas.

Belle zgromiła go wzrokiem. Niechętnie wsunęła sobie list do kieszeni fartucha, zamierzając przeczytać go, kiedy w kolejce do kasy nie będzie pięciu osób wymagających jej natychmiastowej uwagi. W końcu jak straszny może być papierowy list? Gdyby to było coś pilnego, toby zadzwonili. Czy koweny używają telefonu?

Wytknęła gościa palcem.

– Proszę nie iść koło biura szefa. Jeżeli Christopher zobaczy klienta wychodzącego ze składziku, nie da mi spokoju do końca życia. Niech pan pójdzie za mną. Ale nie od razu. Za minutę.

Jej wskazówki najwyraźniej niezmiernie go ubawiły, bo zasalutował niedbale. Belle, nie oglądając się za siebie, otworzyła na oścież drzwi magazynku, strzepnęła fartuch i popędziła do kasy. Nieproszony gość został w składziku tylko chwilę. Odprowadził ją wzrokiem, po czym ruszył za nią, pochylając głowę, żeby nie zawadzić nią o futrynę.

Po krótkim czasie, obsłużywszy klientów z kolejki, Belle wróciła na zaplecze z naręczem książek. I zatrzymała się zszokowana. Nieznajomy wciąż sterczał w cieniu pomiędzy klasyką a literaturą współczesną, z tymi swoimi długimi kończynami i zmierzwionymi włosami. Zerknął na nią ukradkiem i zaraz wrócił wzrokiem do książki, którą trzymał w ręce, jakby go przyłapano na czymś niegodziwym.

Ręce Belle same powędrowały na biodra.

– Pan wciąż tutaj?

– Nie można sobie pomyszkować? Przebyłem taki kawał drogi, a pani nie pozwoli mi skorzystać z oferty tego sklepu?

– Oczywiście, proszę myszkować do woli. Właściwie… – Gestem dała mu znak, żeby został przy tej myśli, po czym zanurkowała za najbliższym rogiem. Kiedy wróciła, miał zaintrygowaną minę. – Osobista rekomendacja. Doskonała pozycja na pańską następną lekturę – rzekła z przesłodzonym uśmiechem i wcisnęła mu książkę w pierś. Złowiła okiem drgnienie w kąciku jego ust, jakby sobie gratulował, że ją przekabacił.

125 magicznych sztuczek dla młodych magików. Z darmowymi prezentami, którymi zadziwisz przyjaciół!

– Może znajdzie pan tam nawet coś, co usprawni pańskie małe zaklęcie z kopertą.

Ich kontakt wzrokowy zdawał się płonąć: w oczach nieznajomego wściekłość mieszała się z nutką rozbawienia, jej oczy zaś wyrażały kompletne oburzenie. Belle tym razem nie spuściła wzroku pod jego spojrzeniem.

– Proszę tu więcej nie wracać – rzekła. – Albo przynajmniej ostrzec mnie z wyprzedzeniem, żebym zdążyła wyjechać z kraju.

– Przepraszam, czy pani tu pracuje?

Belle w ułamku sekundy zmieniła wyraz twarzy na szczerze przyjazny i odwróciła się do kobiety w okularach, zbliżającej się ze stosem romansów w jaskrawych kolorowych okładkach.

– Oczywiście – odparła. – Wybrała pani te książki? Zapraszam do kasy.

Prowadząc klientkę i recytując listę autorów, Belle mimowolnie złowiła kątem oka trzepoczący ruch. Między regałami została tylko smuga lekko roziskrzonego złocistego pyłu i dymny zapach trzaskającego ogniska, który znowu podziałał na jej zmysły. W całym tym zamieszaniu zapomniała wyciągnąć z gościa jego imię. Przypuszczalnie okazałoby się równie niedorzeczne jak jego postać. Gandalf? Na szczęście szczerze wątpiła, aby wizyty w Księżycowej Księgarni weszły mu w nawyk.

Rozdział 2Dom wiedźmy

W przyziemnym świecie niełatwo znaleźć magię, lecz ona zawsze cierpliwie gdzieś czeka: cicho posapuje, zwinięta w kłębek niczym śpiące zwierzę, gotowa, aby znalazł ją ktoś, kto wystarczająco usilnie szuka. Mieszkanie numer 31 było jednym z takich otulonych urokiem miejsc. Mała i niedoświetlona kuchnia, z rozchybotanymi drzwiczkami szafek, które za bardzo do siebie nie pasowały, oraz z kapryśnym palnikiem kuchenki gazowej, który od miesięcy prosił się o naprawę, mimo wszystko była pełna magii. Każdy jej centymetr pokrywały rozmaite rzeczy, od sterty zużytych torebek herbacianych na ociekaczu po dużą miskę w kącie. Nawet maselniczka była naładowana magią, ponieważ to był dom wiedźmy. Aczkolwiek skromnej.

„…mówiąc o zatraceniu tej magii w związku, wiecie, o co chodzi? Tej prawdziwej, urzekającej magii pomiędzy dwójką osób, którą można rozważać tylko jako oczarowanie. Dla wielu par jest to…”

Radio kliknęło ponownie.

„Goool! Znów ta jego magiczna lewa stopa, jakąś czarodziejską moc ma ten chłopak…”

– Wolne żarty.

„Dzień dobry, Jane. Tak, Londyńczycy bez wątpienia będą rozczarowani, słysząc, że przed nami wyjątkowo wysokie temperatury jak na tę porę roku. To suche, słoneczne, na pozór urokliwie piękne lato…”

– O, na…

Dla postronnego obserwatora guzik radioodbiornika wciskał się sam. W końcu radio zatrzymało się na stacji nadającej spokojną muzykę. Ta rozbrzmiewała teraz do wtóru pluskania gąbki, która w zlewie zmywała wczorajsze talerze, następnie same zwinnie ustawiające się na ociekaczu. Na blacie poczta formowała się w zgrabne stosiki. Jeden składał się z brązowych kopert, w których rachunki domagały się pieniędzy, drugi ze lśniących ulotek reklamujących pizzerie i usługi mycia okien. Najważniejszy stosik piętrzył się po drugiej stronie pomieszczenia – od kilku dni na stoliku kawowym układały się w tęczę kolorowe koperty. Kiedy na szczycie wylądowała pomarańczowa, zaadresowana do Belle Blackthorn i gotowa na jej jutrzejsze urodziny, miękkim bulgotem odezwał się czajnik z wodą.

– Przysięgam, że dosłownie właśnie za to zapłaciłam – mruknęła Belle, rozdzierając szczególnie niezachęcająco wyglądającą kopertę z rachunkiem za wodę. Natychmiast odrzuciła kartkę na szczyt sterty powstającej na kuchence mikrofalowej: tymi sprawami miała zamiar zająć się nazajutrz.

Jedynie wyjątkowo bystre oko zauważyłoby, że zwinnym ruchem palca kazała torebce herbaty ze słoja wskoczyć do kubka.

– Zważywszy na to, że jeden członek naszej trzyosobowej ferajny myje się za pomocą własnego języka i śliny, zapewne nie zużywamy wiele wody – przemówiła Belle do kotki, która z gardłowym pomrukiem owijała się wokół jej nóg na wysokości kostek. – Już dobrze, Jinx, już dobrze. Nienażarta pannica.

W dopraszaniu się o przekąskę przeszkodziła kotce rozbrykana iskra magii, która zwiewnie zatańczyła w powietrzu niczym na wpół przeźroczyste skrzydła ćmy. Kotka zajęła się tą zabawką, gorączkowo próbując pacnąć ją łapą.

– Naprawdę muszę tu poodkurzać. Wszędzie jest tego pełno.

Jeżeli nie liczyć kilku niezawodnych zaklęć przydających się w prowadzeniu gospodarstwa domowego, Belle była mistrzynią w ukrywaniu swoich magicznych zdolności i zachowywaniu ich dla siebie. Nie żeby się ich wstydziła. Posiadała je już od piętnastu lat, co do dnia, i jej dom był wypakowany rzeczami łatwo zdradzającymi prawdę. Były one jednak na tyle nierzucające się w oczy, żeby nie zachęcać do zadawania niemile widzianych pytań wymagających udzielania skomplikowanych odpowiedzi. We wszystkich właściwie nasłonecznionych miejscach ładowały się kryształy (choć tych słonecznych miejsc nie było zbyt dużo, ponieważ za wychodzący na słońce taras Belle płaciłaby podwójny czynsz). Na półce stało w rzędzie kilka odziedziczonych po matce almanachów i przewodników runicznych, teraz dla niepoznaki otoczonych książeczkami dla dzieci i poplamionymi książkami kucharskimi. Ponadto butelki z pokojowo naładowaną wodą księżycową. Świece w różnych kolorach do wszelakiego użytku. Dzienniki snów i księgi cieni. Różnorodne dyskretne oznaki działania spokojnej wiedźmy, jak wplecione tu i tam poszepty, niemniej ostatnimi czasy sekret w zasadzie utrzymywał się sam. Nikt nie zauważał drobin magii rozsianych po zakamarkach jej życia niczym krople rosy na pajęczynie, ponieważ nikt ich właściwie nie szukał.

Magia stanowiła dla Belle krzepiącą stałą obecność – kiedy się do niej uciekała, czuła się jak w domu. Tylko że długie godziny spędzała w pracy, a potem wracała do mieszkania nad kawiarnią, ze słabym zapachem espresso snującym się od świtu do zmierzchu przy wtórze regularnie dobiegających zza okna syren i odgłosów ruchu ulicznego, i nie znajdowała zbyt wielu zastosowań dla magii praktycznej.

Moce Belle nie były zupełnie uśpione, tylko trochę ospałe. Prowadząc małą, cokolwiek chaotycznie działającą księgarnię, nie potrzebowała wymyślnych czarów ani przywoływania na żądanie mistycznej menażerii. Owszem, przygotowywała cotygodniową porcję horoskopów do biuletynu Księżycowej Księgarni, ponieważ zespół odkrył, że jej przewidywania są zaskakująco trafne, lecz nawet to wymagało jedynie szybkiego rzutu oka w miniaturową szklaną kulę, która pozornie pełniła funkcję przycisku do papieru. Belle zapewne nie naruszała Naturalnego Porządku ani nie tworzyła zbyt wiele Boskiego Chaosu, kiedy „cudownie” udawało jej się naprawić zepsutą kserokopiarkę czy zaklęciem Lectio Adaperio dopasować klienta do idealnie dobranej fikcji historycznej. W rzeczywistości bodaj najwięcej iskier błyskało na końcu jej palca wskazującego pod koniec roku podatkowego. Skomplikowana magia Pecunia Tributum pochłaniała dużo czasu, ale wyprowadzała finanse na prostą, zaoszczędzając Belle przedzierania się przez gąszcz zapomnianych lub zaniedbanych rachunków, zatem rzecz była warta zachodu. No i wychodziła taniej niż zatrudnienie księgowego.

Belle podrapała Jinx za ciekawsko nastawionymi uszami i dostała w odpowiedzi ciche miauknięcie.

Nawet jako piętnastoletnia czarodziejka ze świeżo zyskaną mocą iskrzącą na końcach palców nie miała za bardzo okazji do popisywania się nią z ekscytującymi fanfarami, zważywszy na to, że mieszkała w internacie dla dziewcząt w sennym miasteczku na północy Anglii. Tu jakaś nowa fryzura, tam usunięty magicznie pryszcz, szczególnie wymyślny tort z mieniącą się różnymi kolorami polewą na urodziny koleżanki. Niedocenionym szczytem jej możliwości było spowodowanie implozji magnetofonu w celu uniknięcia wieloetapowego testu biegowego na wuefie.

Posługiwanie się magią było dla niej autentycznie trudne i boleśnie niezręczne. Belle zawsze łaknęła spokoju, fizycznie kuliła się na myśl o spowodowaniu zamieszania czy przyciągnięciu uwagi. A jeśli ktoś tak bardzo stara się pozostać w cieniu, raczej nie powinien śmiało popisywać się magią wśród nastolatek, które w mgnieniu oka zauważą każdy odbiegający od normy szczegół. Całe to wiedźmie dziedzictwo było dla niej w dużej mierze kłopotliwe i zazwyczaj ujawniało się samo, zanim doprowadziła do mistrzostwa trzymanie magii na wodzy. Ostatecznie nauczyła się ją kontrolować. A nawet z niej chętnie korzystać.

Jednak od tamtej pory okazji do rozwinięcia i szlifowania magicznych zdolności stale ubywało. Kiedyś celowo je w sobie tłumiła ze wstydu, nie chcąc się wyróżniać. Teraz, na dzień przed ukończeniem trzydziestu lat, jej magia sama się wymykała w cień, ledwie zauważalna, z czasem zapomniana i zaniedbywana.

Belle rzuciła się na zieloną sofę, na której piętrzyły się koce i istna twierdza z ozdobnych poduszek. Dzieliła to miejsce z dwiema współlokatorkami: jedną istotą ludzką (podobno) i jedną szylkretową kotką. Ta druga z radosnym piskiem wskoczyła na pierś swojej pani i z zadowoleniem usadowiła się na jej ramieniu.

Nie chodziło o to, że Belle jest zbyt tępa czy pozbawiona polotu lub ikry jak na zajmowanie się czarami. Miała na życiowym koncie wystarczająco wiele przygód i podróży. Po dwudziestce robiła to, czym, na ile się orientowała, z reguły zajmują się dziewczyny w tym wieku. Lecz w miarę jak życie rozwijało się niczym dwie jedwabne wstążeczki – jedna przed nią, a druga za nią – Belle przekonywała się, że poddawanie się niemagicznym życiowym wzlotom i upadkom bez większego oporu raczej ułatwia sprawę. Usilnie tłumiąc w sobie magię, starała się kroczyć przez życie z sukcesem: spełniać oczekiwania, wszystkim iść na rękę, nie powodować zamętu.

A tak realistycznie patrząc, co właściwie można robić z magicznymi mocami?

Leżąc płasko z kotem umiejscowionym pod podbródkiem na podobieństwo ciepłej, choć nieco przyduszającej brody, Belle nieznacznym gestem wysunęła palec wskazujący lewej ręki w stronę czajnika, a ten żwawo nalał wrzątku do kiczowatego kubka w kształcie kotła czarownicy. Jej palec z rozkojarzeniem zakręcił się trzy razy w powietrzu zgodnie z ruchem wskazówek zegara i przez chwilę w kubku brzęczała łyżeczka. Nasączanie naparu intencją było jednym ze starych zwyczajów, które podłapała od mamy. Mieszanie zgodne z zegarem przynosiło pozytywność; mieszanie w przeciwną stronę wyganiało negatywności.

Kubek pofrunął ostrożnie z kuchni, by zaparkować na podkładce. Gdy się przesuwał w powietrzu, rozsnuwając za sobą kłębki pary, po drugiej stronie pokoju dziennego otworzyły się raptownie drzwi sypialni i Belle skoczyła na równe nogi, wyciągając rękę, żeby zapobiec katastrofie. Skrzywiła się, bo parząca herbata rozchlapała się na wszystkie strony.

– W porządku, już idę, idę. Nie mów, że jestem spóźniona.

Ze swojej sypialni wypadła Ariadne, owinięta grubym pikowanym płaszczem i potężnym szalikiem, który spokojnie mógłby pełnić funkcję kołdry, jak zawsze w ciągu kilku minut gotowa prosto z pościeli wyskoczyć za drzwi.

– I mówię serio. Ani się waż zjadać tego ostatniego rogalika. Jest na nim napisane moje imię i myśl o nim to jedyny promyk nadziei, który będzie mnie trzymał przy życiu podczas dzisiejszych śmiertelnych zmagań.

Serce Belle zabiło żywiej pod wpływem zalewu adrenaliny. Na szczęście Ari wciąż kręciła się niczym wirujący derwisz od haczyka z kluczami do półki na buty, zupełnie nieświadoma ataku paniki u swojej współlokatorki.

– Ten rogalik to obecnie jedyne dobro w moim nędznym, żałosnym życiu.

– Gadasz od rzeczy – skwitowała Belle.

– Zamorduję cię we śnie.

– W porządku. Trzymaj się z dala od ciasta. Słyszę cię.

Fakt, że Ari nieustannie obijała się po mieszkaniu i trajkotała bez sensu, przyczyniał się do tego, że wiedźmie zdolności Belle tak długo pozostawały sekretem. Mokre, pospiesznie splecione w warkocze włosy zostawiały wilgotne smugi na płaszczu Ariadne, kiedy sięgała po czekającą z boku filiżankę kawy, którą Belle wcześniej napełniła w ramach ich doskonale sprawdzającego się codziennego rozkładu zadań.

– No chyba. Mam dzisiaj po południu późne spotkania, ale wrócę do domu na podwieczorek. Buzi, buzi, papatki, pa, pa, pa…

Głos Ari rozpłynął się na korytarzu, gdy zatrzasnęła za sobą drzwi wejściowe. Belle głośno wypuściła powietrze, z powrotem opadając na poduszki. Pewnego dnia jej ciśnienie krwi zacznie sobie radzić z przypływem magii maskującej w ostatniej możliwej sekundzie. Dmuchając na to, co zostało w kubku po rozchlapaniu herbaty na dywan i jej piżamę, Belle wsunęła stos urodzinowych kartek za wazon. Zerknęła na zegar i się skrzywiła. Ona zapewne też powinna się ruszyć.

W porannym pośpiechu jej uwadze umknęła niepozorna, matowoczarna koperta, którą teraz ciągnący od drzwi powiew zdmuchnął ze stolika. Poprzedniego wieczoru, kiedy Belle zamykała księgarnię, koperta wysunęła się z kieszeni jej fartucha i wśliznęła do książki spoczywającej na dnie torebki. Po przybyciu do mieszkania numer 31 koperta sprytnie ułożyła się na kocu złożonym na łóżku, ale wieczorem pozostała niezauważona, ponieważ dokładnie na niej umościła swój futrzany brzuch wygodnicka kotka. Rano koperta znów wspięła się na wyżyny swoich możliwości, zdeterminowana, by podążyć za Belle z powrotem do pracy w kieszeni płaszcza, ale działała odrobinkę zbyt wolno i ponownie zniknęła adresatce z oczu. Poszybowała pod sofę i leżała tam niezauważona, z wizerunkiem srebrnej gwiazdy oplecionej trzema słowami.

Tonitru, Fulgur, Pluvia. Grzmot. Błyskawica. Deszcz.

Później tego samego dnia Belle przycisnęła sobie kciuk do czoła, próbując pobudzić do życia mózg marniejący pod osłoną czaszki. Jak zwykle o trzeciej zstępowało na nią popołudniowe otępienie. Komputerowe piksele zamazywały się jej przed oczami, gdy katalogowała piętrzące się na stosie w składziku egzemplarze celebryckiej autobiografii w lśniącej okładce. Ogarniała ją przemożna potrzeba prokrastynacji. Zdania wpadały na siebie nawzajem, zawisając niepewnie na skraju monitora. Zapewne pomogłaby jej kofeina. Albo czekolada.

Odsunęła się energicznie z krzesłem na kółkach i okręciła, by się rozejrzeć ze składziku po przestrzeni sklepowej w nadziei, że dostrzeże kogoś, kto naiwnie dałby się wysłać po przekąskę.

Jej pole widzenia przesłonił ogromny jesienny wieniec. Maszerowała na nią istna armia rudych, pomarańczowych i złocistych odcieni, a tuż za nimi majaczyła drobniutka postać i kasztanowate włosy Moniki. Belle utrzymywała, że jej koleżanka to najbardziej odjazdowa osoba, jaką w życiu poznała: od stóp do głów pokryta patchworkiem kolorowych tatuaży, a na palcach i ubraniach nieustannie popstrzona tęczowymi plamkami, których przybywało po każdych jej zajęciach artystycznych. Dla najmłodszej klienteli Księżycowej Księgarni Monica była kimś na podobieństwo mitycznej istoty szczodrze rozdającej naklejki, których niewyczerpany zapas stale nosiła w kieszeni fartucha.

– Gdzie mam to dać, Belle? – zapytała Monica, trzymając wieniec na odległość wyciągniętych rąk. – Trochę dziwnie zalatuje.

– Może wystarczy go przewietrzyć – powiedziała niepewnie Belle. – Ma wisieć na frontowych drzwiach. W dużym pudle powinien być haczyk. Właściwie upewnij się, czy nie ma myszy w…

– Belle Blackthorn. Jak się miewa moja ulubiona Wonder Woman?

Twarz Moniki, wyglądająca z dziury między ozdobnymi roślinami, przybrała grobowy wyraz, gdy tylko ukazał się człowiek, do którego należał dudniący głos. Dziewczyna, nagle ogarnięta pilną potrzebą wywieszenia wieńca jak najszybciej, przepraszająco wzruszyła ramionami i wycofała się żwawym krokiem. Belle spojrzała na nią z grymasem, który – jak miała nadzieję – skutecznie wyrażał określenie „okrutna zdrajczyni”. Zaraz jednak wróciła do profesjonalnej miny i zerwała się z krzesła.

– Co mogę dla ciebie zrobić, Christopher?

Nie racząc nawet podejść bliżej ani choćby zerknąć na nią znad pagera, który trzymał w ręce, szef ryknął do niej poprzez regały z książkami. Jak zwykle zupełnie mu przy tym nie przeszkadzało, że wiele głów w pobliżu odwróciło się z frustracją na ten brak kontroli głośności, wdzierający się w spokojny, przyciszony szmer rozmów. Jego korporacyjna obecność w Księżycowej Księgarni zawsze wydawała się nie na miejscu, nienaturalna, szarpiąca nerwy niczym wstrząs całego ciała wyrywający śpiącego z błogiego snu. Belle popędziła przez sklep, by skłonić go do zniżenia głosu, ale w pośpiechu zwaliła stos kolorowych pism i zaczęła posyłać klientom przepraszające półuśmiechy.

– Nie miałabyś nic przeciwko, żeby porozmawiać za mnie z bankiem, złotko? Dziś rano utknąłem dłużej na siłowni i nie zdążyłem przeczytać plików, które mama dla mnie wygrzebała. Szczerze mówiąc, tak czy inaczej to strata czasu. Nie pojawiła się dzisiaj, co? Szkoda, że wszyscy nie możemy być cholernymi ćwierćetatowcami – rzucił i zarechotał.

Belle poczuła, jakby w jej żołądku zatonęła ciężka kotwica.

– Nie przeszkadza ci, że to na siebie weźmiesz, co? To duża sprawa, nie są zbyt szczęśliwi – ciągnął wciąż za głośno.

– Cóż, nie. To znaczy tak, mogę się tym zająć. Ale właśnie jestem w środku sprawdzania dostawy i mamy dzisiejszego wieczoru spotkanie z autorem, który ma podpisywać książki, jest więc dużo do…

– Znakomicie. Dzięki, skarbie. Oczekują ciebie. Wrócę później.

Po otrzymaniu takiej odpowiedzi, jakiej i tak był pewien, Christopher zaczął się wycofywać do osobistego gabinetu, który jakimś cudem zaanektował dla siebie, gdy tylko się pojawił, zamieniając wspólny pokój personelu w swoją prywatną przestrzeń. W żadnym momencie ich krótkiej rozmowy nie podniósł na Belle wzroku znad pagera.

Jej brwi powędrowały prawie pod linię włosów.

– Wychodzisz? – zapytała. – Masz jakieś notatki? O co w ogóle chodzi?

Przejrzała w myślach listę swoich najbliższych zadań. Oprócz oczywistej pracy zmianowej miała w planie rozmowę z animatorką zajęć dla dzieci, która chciała omówić halloweenową zabawę. Choć nie mogła o tym nawet pomyśleć, dopóki nie skończy osobistych rekomendacji lektur dla klientów, którzy już zapisali się na to popołudnie. Na mniej więcej piątą po południu w grafiku była wpisana ocena wydajności pracy Jima, co i tak zostało przełożone z zeszłego tygodnia. No i miała ponownie sprawdzić te liczby, o które prosiła Violet, a do tego była umówiona na wizytę potencjalnego nowego dostawcy do kącika z materiałami piśmienniczymi. Belle chciała też trochę czasu poświęcić swojemu pomysłowi na wieczorne zajęcia artystyczne…

Christopher obrzydliwie zbył ją machnięciem ręki, a jego koszula napięła się na piersi.

– Dasz radę, dziecino, zawsze sobie radzisz. Coś z prognozowaniem, może będzie przy tym paru inwestorów, ważne nazwiska, których mama nie chciałaby rozczarować. Po prostu zabawiaj ich przez kwadrans perspektywami na przyszłość. I powiadom mnie później, jak poszło, ale jakbyś mogła, daj im do zrozumienia, że ogólny zysk spada. To im się nie spodoba. Ale to przecież prawda, nie?

Wciąż zagapiony w pager, lekceważąco pokazał jej przez ramię kciuk do góry, wychodząc.

– Tiaa.

– O, i zrób coś z tym pomarańczowym gównem w oknie, dobrze? Wygląda jak wyprzedaż badziewia. Co wy sobie myślicie? Dajcie na wystawę książki o finansach: autobiografie finansistów, poradniki przedsiębiorcy i takie tam. Trochę inspiracji dla gości, którzy tego potrzebują.

– Naprawdę? Twoja mama pochwaliła wystawę – powiedziała cicho Belle, próbując przełknąć gorycz we własnym głosie.

Wiele dni poświęciła na zgromadzenie przed Halloween książek z dreszczykiem i poukładanie ich wśród odpowiednich papierowych dekoracji, z ręcznie wymalowanym napisem na szybie. Zmusiła Ari, żeby razem z nią rzeźbiła w kilku dorodnych dyniach, aż całe mieszkanie prześmierdło ich wonią. Potem taszczyły je w opasłych torbach do księgarni, żeby rozmieścić dyniowe ozdoby wśród najbardziej przerażających książek na podściółce z suchej trawy, z dodatkiem plastikowych czarnych kotów, nietoperzy, szczurów i czarowniczych kapeluszy. Wystawa wyglądała szczególnie dobrze po zachodzie słońca, roztaczając ciepły blask w chłodne wieczory.

– Kobieta traci rozum, to do niej podobne – prychnął Christopher. – To miejsce to jakiś żart. Powtarzam jej, że marnuje pieniądze na te udziwniające bzdury. Badziewie ma zniknąć z wystawy, zanim wrócę. Bez dyskusji.

Gdy znalazł się poza zasięgiem słuchu, Belle wycofała się do cichego kącika i z pasją kopnęła okolicznościową wystawkę. Hałas sprawił, że kobieta czytająca w fotelu obok podskoczyła kilka centymetrów nad siedzeniem. Belle przeprosiła pospiesznie, po czym uklękła, udając, że wiąże sznurówkę, i naprawiła szkodę, ukradkiem sypiąc iskierki zaklęcia Turbamentum Reversio. Potem przykucnęła przy najbliższej półce, pozbierała ostatnie poodpadane elementy wystawki i przycisnęła dłonie do oczu.

Niepostrzeżenie przysunęła się do niej Monica i nachyliła się nad nią, proponując parujący kubek w ramach nagrody pocieszenia. Jej zdaniem herbatki ziołowe były lekiem na wszelkie zło, a do tego zawsze towarzyszyła im puszka z herbatnikami.

– Straszny dupek. Sorki, że cię opuściłam.

– Zostawiłaś mnie na jego pastwę, ale nie mam ci tego za złe. – Belle z wdzięcznością przyjęła herbatę. – Znowu wychodzimy z siebie, żeby odwalić robotę za tego człowieka, a jemu jakimś cudem udaje się wszystko zrujnować.

– Nie, to ty wychodzisz z siebie, żeby odwalić za niego robotę. My wkraczamy, żeby ci pomóc, kiedy wygląda na to, że zaraz wylądujesz w domu wariatów albo w więzieniu.

 – Nie martw się, to nie tak, że zarabia więcej niż my wszyscy razem wzięci, podczas gdy miga się przed swoją uroczą mamusią, że trzy razy w tygodniu zrywa się z pracy, że wyśmiewa bestsellery, że myli autorów z listonoszem i cały czas przypisuje sobie zasługi za wszystko, co tutaj razem stworzyliśmy, a jednocześnie zamienia to piękne miejsce w jakiś korporacyjny koszmar. O, nie, czekaj, tak naprawdę jesteśmy w piekle. I to wszystko moja wina.

– Może. Ale są także dobre strony – wtrąciła Monica. – Przynajmniej kiedy do nas mówi, nie gapi się już nam poniżej szyi. Teraz wlepia gały w pager, a to moim zdaniem ogromny postęp.

Belle popatrzyła na nią spode łba.

– Pomyśl tylko: moglibyśmy istnieć w świecie wolnym od Christophera, gdybyś przyjęła propozycję Vi i stanęła za sterem. Moglibyśmy nawet z powrotem wprowadzić babeczki pana Abbotta na wózku kawowym – rozmarzyła się Monica, ryzykując brak taktu i zerkając ostrożnie na Belle.

– Piękne dzięki za radę.

– Wiem, że masz swoje powody – westchnęła koleżanka. – Ale ty wiesz, że my uważamy je za zupełnie bezpodstawne.

– Cóż, jeżeli to cię pocieszy, mogę potwierdzić, że zdecydowanie fatalnie się czuję, grzebiąc wasze marzenia.

– Wciąż tak naprawdę nie rozumiem, dlaczego to robisz – powiedziała Monica.

– Bo nie jestem gotowa. Nie dałabym rady. Tyle rzeczy może się nie udać: więcej, niż może się udać. I tak czy inaczej, nie zasługuję na to. – Równocześnie wysączyły zawartość swoich kubków. – Choć skoro o tym mowa, nie jestem też pewna, czy zasłużyłam na to, żeby ktoś wkroczył tu z butami i zamienił moje ulubione miejsce na świecie w coś, co coraz bardziej przypomina bar, do którego się wpada po pracy w finansowej dzielnicy.

– Wtedy przynajmniej chodzilibyśmy na bani – zauważyła Monica. – Obiecaj mi jednak, że nie odejdziesz. Nikt inny nie jest tu na tyle dziwakiem, żeby jeść ze mną lunch.

– Dzięki? – Belle prychnęła, po czym ścisnęła sobie palcami nasadę nosa. – Cóż, muszę coś zrobić. On jeździ po mnie równo, przypisuje sobie zasługi za to, że wciąż trzymamy się na powierzchni mimo jego okropnych decyzji. A ja dosłownie nic nie mogę na to poradzić, to zawsze moja wina. Za każdym razem, gdy próbuję zagadnąć o to Vi, ona przewraca tylko oczami i mówi, że on jest biznesmenem.

– Co to właściwie znaczy?

– Chyba to, że nosi garnitur. Jak mamy postawić się komuś, kto podobno zna się na biznesie, skoro jesteśmy tylko głupimi ludkami sprzedającymi książki?

– Zaatakujemy o świcie? Albo w każdym razie na porannym zebraniu – zasugerowała Monica, opierając się plecami o ścianę nad Belle, nadal skuloną przy podłodze w poczuciu porażki. – Albo… wiem, wyjdziemy i będziemy patrzyli, jak księgarnia idzie z dymem.

– Nie odejdę, nie martw się – zapewniła Belle, po czym się zawahała. – Może odejdę. Powinnam odejść. Powinnam odejść? – Poszukała w twarzy koleżanki odpowiedzi. – Nie mogę zostawić tej księgarni. – Wyciągnęła ręce do Moniki, żeby postawiła ją na nogi.

– Życie naprawdę lubi nas przeżuć, prawda?

Belle kiwnęła głową i pociągnęła metaforę:

– A potem zamiast nas wypluć i dać możliwość ucieczki, powoli nas trawi, aż zgnijemy i jesteśmy już tylko miękkim zewłokiem swojego dawnego ja. Przeżartym przez enzymy. I obfite poty Christophera.

Monica wzdrygnęła się.

– Jakże obfite poty.