Stalowe róże - Syryńska Maria Magdalena - ebook
NOWOŚĆ

Stalowe róże ebook

Maria Magdalena Syryńska

5,0

183 osoby interesują się tą książką

Opis

Stalowe róże nigdy nie stracą swojej doskonałości. Ich płatki są jednak zimne i ostre. Przypominają, że pozory mogą mylić i że piękno też potrafi śmiertelnie zranić.

Mythlen postanawia uciec od świata, który ją stworzył, a który teraz może ją unicestwić. Narzeczonego porzuca na ślubnym kobiercu i w drodze ku swojej wolności szuka schronienia w lesie. Trafia tam jednak pod dach dwóch tajemniczych mężczyzn. A według znanych jej wierzeń znajomość z nimi może się okazać skrajnie niebezpieczna i sprowadzić na nią nieszczęście.

Bo skoro wszyscy od zawsze tak mówią, to musi być prawda! Czyż nie?

Czy Mythlen uciekła z jednej pułapki, aby wpaść w drugą?
Jaką cenę trzeba zapłacić za prawdziwą wolność?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 458

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
PatrycjaJankowska

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna❤️
00



Moim rodzicom,

za róże, lecz nie te zestali.

PROLOG

Znaleziono księgę. Niezbyt starą, acz pożółkłą i pokarbowaną od wilgoci. Gdy ją otworzono, rozszedł się zapach papieru nadgryzionego zębemczasu.

Nadeszli zimą, głosiło pierwszezdanie.

Jego przyjaciele. Jedyni i prawieostatni.

Powitali go z serdecznością naturalną dla osób z ich sfery. A pożegnali krzykiem. Agonalnym i błagającym olitość.

Ich krew zmieszała się z brudem napodłodze.

Ich łzy nasączyły ubrania mokre odtrunków.

A ich wspomnienie wypełniło jegomyśli.

On bowiem się ostał. Jako jedyny nie zginął od miecza. Ludzie jednak, miast się radować, iż ich rodzimy dziedzic przeżył, wypędzili go, uznawszy, że ciąży na nim klątwa. Że niesie zgubę każdemu, kogopozna.

Ludzie ci byli niczym staloweróże.

Piękne.

Kuszące.

I zabójcze, gdy zapragnęło się ich pokrzepiającegodotyku.

Okazali się tym i niczymwięcej.

Tak napisałautor.

Jego nazwisko było jednakzamazane.

Twórca pozostał nieznany, mimo iż dzieło, które stworzył, rozeszło się po całymkontynencie.

Mimo iż zapisał całą prawdę oludzkości.

CZĘŚĆ PIERWSZA

KORZEŃ

ROZDZIAŁ I

Krew spływała po śnieżnobiałym gorsecie jej sukni. Materiał zaś darł się na strzępy, pozostawiając resztki na ostrych gałęziach krzewów. A księżyc? Księżyc skrył swój masyw za chmurami, jakby nie chciał oświetlać drogi młodej kobiecie. Biegła więc po omacku, co rusz potykając się i przewracając. Jej piękną twarz zdobiły teraz liczne zadrapania i ziemia, nadająca jej cerze ciemniejszego wyglądu. Dyszała ciężko i co chwila podpierała się o napotkane pnie drzew. Nie przerywała jednak biegu, wiedząc, że ta okazja nigdy więcej się nie powtórzy. To była jej jedyna szansa naucieczkę.

Mknęła więc dalej, jakby w ten sposób mogła zbiec przedprzeznaczeniem.

Nie wzięła ze sobą nic prócz rodowej biżuterii, którą chciała jak najszybciej sprzedać. Nie miała jedzenia. Nie miała wody. Nie miałabroni.

Nie miała tak naprawdę nic – tylko nadzieję i przemożną złość na cały świat oraz na los, który jąspotkał.

Usłyszawszy wilczy skowyt, wpadła z impetem na drzewo. Od uderzenia dostała zawrotów głowy, które zelżały dopiero, gdy osunęła się na miękką trawę. Nasłuchiwała zbliżających się łowców. Czuła bowiem pewność, że właśnie ich wysłał jej niedoszły mąż, by ją odszukali. Jedynym jej sprzymierzeńcem stał się czas, gdyż nigdy nie miała zdolności, które pozwoliłyby jej się schować lub przeżyć w dzikim lesie, a… była przekonana, że jej ucieczka nie została od razu zauważona. Zbiegła tuż po tym, jak służąca odziała ją w tę przepiękną kreację, a na długo przed tym, nim przybyła inna służka, mająca zaprowadzić ją do kaplicy. A działo się to wieczorem. Mythlen doprawdy nigdy nie widziała piękniejszej scenerii od tej, która miała towarzyszyć jej w drodze do ołtarza. Niebo krwawiło różem, a niebieskie chmury oddzielały jego połacie od skrajnie żółtych partii położonych najbliżej słońca. Jej narzeczony pragnął, by ślubowi asystowały niemożebnie romantyczna atmosfera i klimat wręcz błagający, by się tej nocy zakochać. Salę, w której zamierzali biesiadować, rozświetlały setki świec, a suknię Mythlen przyozdobiono prawdziwymi perłami, żeby odbijały ichpłomyki.

Tego wieczora przyćmiłaby wszystkie kobiety w hrabstwie, a może i w całym królestwie Dor Kva’aru. Być może wieść o jej ślubie dotarłaby nawet do zamorskich miejscowości lub przedarła się przez wschodnie góry. Być może przyjaciel króla chwaliłby się nią w ościennych państwach. Być może. Nie wątpiła jednak, że wieść o ucieczce pięknej narzeczonej będzie chętniej opowiadana niż relacja z niedoszłegoślubu.

Pomimo bólu uśmiechnęła się do siebie. Po trosze na pocieszenie, a po trosze zawadiacko, poczuwszy nagle, że jestwolna.

Mimo że nie była, o czym przypomniał jej kolejny skowyt drapieżnika, który rozległ się tym razem nieco bliżej. Cóż takiego działo się z tym zwierzęciem, że tak jęczało? Czyżby ktoś na nie zapolował? Wnocy…?

A może to jej narzeczony już ją znalazł i teraz kazałnastraszyć?

Wstała, zakasała porwaną w strzępy spódnicę sukni i parła przed siebie, boleśnie ocierając kostki o twarde pantofle. Po tym krótkim odpoczynku zaczęły boleć ją mięśnie, a gdy adrenalina opuściła jej ciało, zrozumiała, jak bardzo pieką ją wszystkie zadrapania. Ale musiała brnąć dalej, nie mogła teraz zawrócić. Nawet jeżeli mieliby ją znaleźć, przynajmniej przegra tę bitwę z honorem. A potem znówucieknie.

Nie dopuści do ślubu z tymczłowiekiem.

Po kilku minutach znów przystanęła – tym razem, by oderwać resztki spódnicy, które tylko jej zawadzały. Już i tak nie mogła bowiem wyglądać gorzej. Rzuciła strzępy na ziemię, nie przejąwszy się zupełnie tym, iż zostawia łowcom jawny ślad swojego bytowania tutaj, po czym postawiła kolejny, niezliczony tego dnia krok. Teraz miała na sobie jedynie pończochy, halkę i gorset. Był to strój, który iście nie przystawał kobiecie z jej sfer, lecz przecież wszystko to, co do tej pory zrobiła, również jej nieprzystawało.

Nie chciała, by ją znaleziono, ale nie bała się gniewu narzeczonego. Nie bała się wykluczenia z życia towarzyskiego w jej hrabstwie ani pewnej utraty tytułu. Bała się jedynie biedy, choć i z tym mogła sobie przecieżporadzić.

Jej bieg nie był już tak szaleńczy jak przed dwoma godzinami. Przypominał bardziej nierówny marsz, przerywany słanianiem się ze zmęczenia. Pomimo najszczerszych starań nie potrafiła uspokoić oddechu i obawiała się, że za moment zemdleje. Dziękowała chociaż za to, że tuż po wyjściu służącej poświęciła kilka minut na poluzowaniegorsetu.

W pewnym momencie wybiegła na trakt, ale nie umiała określić, gdzie dokładnie się znajduje ani czy przypadkiem nie zatoczyłakoła.

I aż podskoczyła z przerażenia, gdy tuż za sobą usłyszała kroki i popiskiwaniepsa.

Obróciła się na pięcie, jednak w tych ciemnościach nie dojrzała wiele. Poczuła się osaczona, mimo iż nic nie mówiło, że tak właśnie sięstało.

Po chwili z gęstego cienia wyłoniła się sylwetka rosłego myśliwego, trzymającego na rękach szarego wilka. Nie miał go wszak przerzuconego przez ramię, jak to czynili mężczyźni po udanym polowaniu. Zwierzę spoczywało na przegubach jego rąk, jakby było niesionąkobietą.

Mythlen odruchowo cofnęła się na ten niecodzienny widok i uniosła oczy na nieznajomego. Pod kapturem nie widziała dokładnie jego twarzy, ale dostrzegła, że żaden mięsień się na niej nie poruszył. Serce podeszło jej do gardła, gdy zrozumiała, iż właśnie spotyka w lesie obcego mężczyznę, będąc jednocześnie niemal w samejbieliźnie.

Przez długi moment oboje po prostu stali, patrząc na siebie. Dopiero cichy skowyt niesionego wilka nakazał im przerwać tomilczenie.

Myśliwy przemówił pierwszy, głos miał nieco ochrypły, zapewne długo się nieodzywał.

– Czy chcę wiedzieć, co samotna kobieta robi nocą w środkulasu?

Mythlen czuła na sobie jego czujnespojrzenie.

– Uciekłam – odrzekła po prostu i skrzyżowała ramiona napiersi.

Mężczyzna poruszył rękoma, jakby zaczynały mu drętwieć pod ciężarem ogromnego wilka. Czemu właściwie go niósł? I co zamierzał z nimzrobić?

– Sprzed ołtarza? – domyślił się i nabrał ze świstempowietrza.

– Zgadza się – przyznała.

Pomimo zmęczenia jej myśli wręcz krzyczały, by nie przerywała biegu i nie wdawała się w rozmowę z tym człowiekiem. Była jednak wykończona i zastanawiała się, czy… czy ten jejpomoże.

Równocześnie nie chciała sprowadzać na siebie nieprzewidzianegozagrożenia.

Nagle zrobiło jej się gorąco. Co ona wyprawiała? Nie miała wszak pojęcia o przetrwaniu w dzikim lesie i tym bardziej nie wiedziała, jak mogłaby się obronić przed tym mężczyzną, gdyby on zechciał ją skrzywdzić. Och… naprawdę nie należało sięzatrzymywać.

Cofnęła się jeszcze o krok, gdy nieznajomy ruszył w jejstronę.

– Bardzo romantycznie. Skąduciekłaś?

Księżyc przebił się wreszcie przez chmury i zamigotał w jego złocistych tęczówkach. Przeszły ją ciarki, bo oczy myśliwego skrajnie przypominały ślepia niesionego przezeńwilka.

Początkowo chciała skłamać, lecz ostateczniewydukała:

– Z zamku Kayen. – Odruchowo uniosła palec i skierowała go w stronę, z której przyszła, lecz opuściła go szybko, bo nie miała przecież pojęcia, czy przemieszczała się w liniiprostej.

Mężczyzna skinął głową w zamyśleniu. Przez chwilę sądziła, że zaoferuje jej pomoc, lecz on wtedy wskazał podbródkiem coś znajdującego się za jej plecami i ponownie zmierzył ją spojrzeniem złotych oczu. Tym razem uśmiechał się jednak na wpół ze znużeniem, a na wpół lubieżnie, co potraktowała jakoostrzeżenie.

– Więc idź dalej nawschód.

Zaciskała usta, wpatrując się w niego z niepokojem, nim się odwróciła, zmęczona, nawet mu nie podziękowawszy. Nie pomyślała, że mężczyzna niesamowicie jej pomógł, bo gdyby tylko skręciła na tym trakcie w lewo, trafiłaby z powrotem nazamek.

Uszedłszy kilkanaście kroków, spojrzała przez ramię, by zobaczyć, w którą stronę pójdzie nieznajomy z wilkiem, jego już jednak nigdzie niebyło.

Zniknął, a ona znów zostałasama.

Czy tak miało być jużzawsze?

Wiatr potargał jeszcze mocniej jej czarne włosy, aż przysłonił na moment widok. Pomyślała znów o napotkanym przed momentem myśliwym. Poza uśmiechem, który jej posłał, nie wykazywał nią zainteresowania, mimo iż stanowiła niebywale, żałośnie wręcz łatwy cel. Mogła podejrzewać, że po prostu był strudzony, i nie chciała też źle myśleć o każdym napotkanym człowieku. Wolała zachować w sercu dobre wspomnienie kogoś, kto wskazał jejdrogę.

Próbowała sobie przypomnieć mapę lasów w jej hrabstwie, jednak nawet po rozrysowaniu na ziemi kilku dróg nie mogła z całą pewnością przesądzić, którym traktem teraz podążała. Tak czy inaczej, rankiem powinna dotrzeć do miasta. Tylko że i tak nie będzie mogła tak po prostu sprzedać tam rodowej biżuterii, bo to na pewno przyczyniłoby się do jejzdemaskowania.

Stwierdziła więc, że ruszy na północ, do stawu, ale przypomniała sobie, że ten stanowił jedyne źródło wody w okolicy, więc udanie się w tamtym kierunku też poskutkowałoby tym, że szybciej jąznajdą.

Och, byłaskończona.

Z wściekłością chwyciła pobliski kamień i cisnęła nim o najbliższy pień. Odbiwszy się od niego, wydał cichy i głuchy huk, który zbudził ptactwo śpiące w koronach drzew. Rozległ się przeciągły skrzek, a ją przeszłyciarki.

Podniosła się z kolan, otrzepała przybrudzoną halkę i znów poczęła iść przed siebie chwiejnym krokiem. Żwir chrzęścił pod jej stopami zbyt głośno, toteż zboczyła z traktu, trzymała się jednak jegolinii.

Miała wrażenie, że minęła wieczność, nim usłyszał stukot końskich kopyt. Skryła się za pniem drzewa i odszukała wzrokiem białego wierzchowca, stępem prowadzonego przez jeźdźca po drodze. Mężczyzna siedział w siodle elegancko, a jego jasne włosy błyszczały niczym zboże w słońcu. Rozglądał się po leśnych połaciach, toteż Mythlen kucnęła, by być mniejwidoczna.

– Jest tu pani? – spytałmężczyzna.

Ściągnęła brwi. Czyżby to był podstęp ze strony jej narzeczonego? Czego mógłby potrzebować od niej tenczłowiek?

– Chcę pani pomóc – powiedział dosyć cicho, ale na tyle głośno, by wyraźnie gousłyszała.

Nie zamierzała jednak mu zaufać. Czemuż miałaby uwierzyć niespodzianie napotkanemu mężczyźnie? Drugiemu tejnocy…

– Pani nie może być tu sama, znajdą panią – dodał, zmrużywszy oczy. Nagle zwolnił i znów rozejrzał się dookoła. Westchnął głośno, ze zrezygnowaniem. – Mój kuzyn źle postąpił, powinien panipomóc.

Mythlen wbiła paznokcie w spód dłoni. Kuzyn… Ten zakapturzony mężczyzna z wilkiem miałby być kuzynem tego eleganckiego jeźdźca? Nie chciało jej się w to wierzyć, jednak, nie widząc innego rozwiązania, wstała i odgarnęła włosy ztwarzy.

– I pomógł – odparła, ku zaskoczeniu nieznajomego, który akurat patrzył w drugąstronę.

Dostrzegłszy ją, zeskoczył z siodła i podszedł do niej. Jego zachowanie zdawało się mniej gwałtowne od ruchów tego, który wskazał jejdrogę.

Schował jedną dłoń do kieszenipłaszcza.

– Ale ta pomoc na nic by się nie zdała – stwierdził rzeczowo i zlustrował jąwzrokiem.

Wyprostowała się więc, z nadzieją, iż dzięki temu nie będzie wyglądała aż takżałośnie.

– Doskonale bym sobieporadziła.

– O ile przeżyłaby pani następny dzień – mruknął, przeczesawszy palcami blondwłosy.

Mythlen widziała jego wzrok, ciągle wracający do przednich wiązań jej gorsetu, ale była zbyt zmęczona, by go o toobwiniać.

– Nie oczekuję niczyjejłaski.

Roześmiał siękrótko.

– Och, to do pani bardzopasuje.

– Słucham? – Uniosła brew zezdziwieniem.

Mężczyzna wzruszył nonszalanckoramionami.

– Kobieta, która bez przygotowania ucieka sprzed ołtarza, musi być niezwykle uparta. Ale zapewniam, że nie okazuję pani łaski bez powodu. – Baczny wzrok jego niebieskich oczu stał się nieco bardziej intensywny. – Powiedzmy, że chciałbym spłacić dług. – Wyciągnął do niej odzianą w dłoń rękawiczkę, którą ta po chwili wahaniaujęła.

– Dziękuję – szepnęła, choć nie wiedziała jeszcze, za co mu dziękowała. Ale, och, na wszystkie morza, była zbyt zmęczona, by dalej brnąć przez tenlas!

Jeździec poprowadził ją do konia, co dotarło do niej dopiero po dłuższejchwili.

Stanęła przed nim gwałtownie i wyrywała dłoń z uściskumężczyzny.

– Co się stało? – Popatrzył na niąpodejrzliwie.

Potrząsnęła głową, aż ciemne włosy rozsypały się dookołatwarzy.

– Nic – skłamała, ponieważ w rzeczywistości bała się jeździć konno. Ostatnim razem podróżowała wierzchem za życia jej ojca. Potem, podczas powrotu z pogrzebu, spadła ze swojej klaczy i od tamtego momentu nie chciała nawet myśleć o ponownym siadaniu w siodle. Teraz jednak musiała sięprzełamać.

Na roztrzęsionych nogach, z pomocą mężczyzny, wspięła się na koński grzbiet i omal nie krzyknęła, gdy zwierzę się poruszyło. Blondyn, który akurat postawił stopę w strzemieniu, znów uraczył ją spojrzeniem spod uniesionychbrwi.

– Boi się panikoni?

Spróbowała swoje przerażenie skryć zauśmiechem.

– Skądże. To tylkozmęczenie.

Nie wyglądał na przekonanego, ale przełożył nogę na drugą stronę siodła i dobyłwodzy.

– Proszę się trzymać – polecił. – Nie mieszkamy daleko, ale nie chcę marnować czasu następ.

Objęła go więc w pasie, starała się jednak zachować pewien dystans. Lecz kiedy ruszył, porzuciła ten pomysł na rzecz zminimalizowania zmagań z towarzyszącą im prędkością. Zacisnęła kurczowo palce na koszuli nieznajomego, gdy ten pogalopował wzdłuż traktu, a potem wąską ścieżką w głąblasu.

Nawet za czasów, gdy jeździła z ojcem na polowania, nie rozpędzała swojego wierzchowca do takiej prędkości. Poruszała się zazwyczaj wolno, by móc podziwiać krajobrazy, dlatego nic dziwnego, że omal nie zwymiotowała pod wpływem gwałtownegokołysania.

Wiatr smagał jej włosy, tworząc z nich niby koński ogon za jej głową. Nieznajomy nic się nie odzywał, a ją coraz bardziej ogarniało zmęczenie, które resztkami sił próbowała od siebie odgonić. Musiała być czujna. Jeszcze przez kilka godzin, potem możeodpocznie.

– Jest paniszlachcianką?

– Tak – odparła. Nie było sensu go oszukiwać, bowiem jej strój i biżuteria mówiły same zasiebie.

– Proszę więc wybaczyć, że wiozę panią do naszego domu. Wiem, że nie wypada młodej kobiecie przebywać z dwoma mężczyznami, ale…

– Z każdym słowem czuję się coraz bardziej przerażona – mruknęła, na wpół żartobliwie, na wpółprawdziwie.

– Będzie pani u nas bezpieczna, zapewniam.

– Dziękuję. – Wątpiła, by to usłyszał, gdyż głos jej się załamał w połowie i przycichł. Nie wiedziała, czy powinna mu ufać. A raczej, czy powinna czuć się bezpieczna, bowiem ufać zamierzała tylkosobie.

– Jak ma pani naimię?

– Mythlen.

– Pięknie. – Spojrzał na nią szybko przez ramię. – Ja jestemGareth.

Nie zapytał o nazwisko, co przyjęła z ulgą. Nie zniosłaby jeszcze jednegoobnażenia.

Las, o dziwo, z każdym przebytym metrem stawał się coraz jaśniejszy. Musiała skupić wzrok na konkretnym punkcie, by wreszcie dojrzeć wyrąbane drzewa. A więc znajdowali się jużniedaleko.

– Mój kuzyn to Jothan – powiedział i zatrzymał konia w miejscu, z którego nie było widać ichdomu.

Mythlen spodziewała się starej myśliwskiej chatki, ale potem zwróciła uwagę na starannie skrojony płaszcz Garetha i stwierdziła, że taki elegant nie mógłby mieszkać w rozpadającej sięruderze.

– To tutaj? – Rozejrzała się nieprzytomnie, gdy oboje zeszli naziemię.

Była szczęśliwa, że jazda dobiegła końca, ale jednocześnie odczuwała niepokój, bo nie dostrzegała żadnego budynku… Czy mężczyzna zabrał ją po prostu w sam środek lasu? Och, jakąż głupotą sięwykazała!

Zaczęła się wycofywać, gdy Gareth sięgał po uzdę. Dostrzegłszy Mythlen, która właśnie chciała się zerwać do biegu, uniósł wysokobrwi.

– Wiem, jak to wygląda, ale nie mogę dojechać bliżej domu – wyjaśnił i zacisnął usta. – Jothan trzyma tam wilki, a te, mimo tresury, czasem źle reagują na konie. Mój jest całkiem spokojny, ale i on raz zrzucił mnie z siodła, gdy usłyszałpowarkiwanie.

Mythlen to wszystko wydawało się skrajnie nieprawdopodobne, ale przyjęła tłumaczenia do wiadomości i skinęła głową. Pospieszyła zamężczyzną.

A więc Jothan, którego spotkała wcześniej, zajmował się tresurą wilków… To wyjaśniałoby, dlaczego zamiast zabić ranne zwierzę i zedrzeć z niego skórę na sprzedaż, niósł je w ramionach. Zapewne chciał wyleczyć tamtego drapieżnika. Zdaje się, że trafiła na dziwnychludzi…

W końcu dotarli do wspomnianego wcześniej domu młodzieńców, który okazał się całkiem sporą i raczej zadbaną posiadłością. Oczywiście w niczym nieprzypominającą tych, które dotąd widywała – była kilkukrotnie mniejsza – ale nie wyglądała na zniszczoną lub ubogą. Albo to mrok tworzył takąułudę.

W środku było ciemno, dlatego, poprzez brak świateł z okien, z trudem dostrzegła Jothana, czekającego na nich w progu domostwa. Siedział na schodach w towarzystwie trzech wilków, które zaczęły cicho warczeć. Na Mythlen lub na konia, tego dziewczyna nie umiałaprzesądzić.

Rzuciła Garethowi spojrzenie i z podziwem zauważyła, jak szybko udało mu się uspokoić jego wierzchowca. Zaraz potem jednak skupiła się na siedzącym u drzwi Jothanie. Jedną rękę oparł nonszalancko o kolano, a drugą gładził wilczyłeb.

Oblał ją zimny pot, gdy napotkała wzrok złotych oczu mężczyzny. Nie myliła się wcześniej – jego tęczówki wyglądały zupełnie jak te jegotowarzyszy.

Cztery pary żółtych oczu, jedna ludzka i trzy wilcze, wpatrywały się w nią, gdy powoli zbliżała się doposiadłości.

ROZDZIAŁ II

W środku domu, do którego Jothan łaskawie ją wpuścił, panował nieprzebrany mrok, ale mężczyznom zdawało się to nie przeszkadzać. Gareth wymruczał coś nieprzychylnego do swojego kuzyna i poprowadził ją do pomieszczenia znajdującego się naprzeciw drzwi frontowych, tuż za przedsionkiem, które okazało się salonem. A przynajmniej tak Mythlen uznała po wyłaniającym się z ciemności zarysie mebli. Gareth poprosił, żeby usiadła, jednak ona stała w miejscu, tam, gdzie ją zostawił, dopóki blondyn nie rozpalił dwóch świec znajdujących się nastole.

– Chcesz, żeby nas dekapitowali? – warknął Jothan do Garetha tuż za plecamidziewczyny.

Wzdrygnęła się, usłyszawszy jego wrogi ton, i naraz postanowiła przejść na drugi koniec pokoju, bliżej Garetha, który zdawał się milszy w obejściu. W towarzystwie tego drugiego zaczynała odczuwaćniepokój.

– Od kiedy boisz się dekapitacji? – zapytał prześmiewczo Gareth i zasiadł przy stole. Wskazał jednocześnie Mythlen fotel stojący nieopodal, na którym ochoczo przycupnęła, by dać nareszcie odpocząć zmęczonymnogom.

– Jesteś nienormalny, Garecie. – Jothan podszedł szybko do kuzyna i nachylił się nad nim, aż Mythlen przez moment obawiała się, że go uderzy. Wyglądał na silnego mężczyznę i nie chciała, by do tego doszło. Nie z tak błahego powodu. – To jest jakaś szlachecka baba, która nie powinna mieć z nami nic wspólnego, a ty sprowadzasz ją tak po prostu do naszego domu? Jeśli ją znajdą, to ukręcę ciłeb.

– Myślę, że kiedy ją tu znajdą, to oni pierwsi ukręcą mi łeb, więc powinieneś się pospieszyć, bo głowę mam jedną – odparł Gareth i postukał się po czole, zupełnie nieprzejętypogróżkami.

– Jeżeli to aż taki problem, wyjdę – odezwała się nieśmiało Mythlen, z trudem powstrzymująca drżenie wgłosie.

Jothan spojrzał na nią z szyderczymuśmiechem.

– Proszę. Może odprowadzę panienkę? – W ułamku sekundy znalazł się przy niej, a ona odruchowo odtrąciła jego dłoń, którą chciał chwycić jej nadgarstek. Jothan wyprostował się gwałtownie i zmierzył kuzyna wzrokiem. – Po co ci ona? Nie dość, że szlachcianka, to jeszczebuńczuczna.

– A po co ty mi, do ciężkiej cholery, byłeś, gdy cię tu przyjmowałem?! – wrzasnął z gwałtownością, która nie pasowała jej doGaretha.

Lecz przecież bazowała tylko na pierwszym wrażeniu. Nie znałaich.

Jothan zacisnął szczęki, więc Garethkontynuował:

– I po co ja byłem wujkowi, gdy mnie ojciec z domu wyrzucił? Myślisz, że sam sobie tę chałupę wybudowałem?! – wykrzyknął i tym razem wstał gwałtownie, aż krzesło przewróciło się zhukiem.

Teraz Mythlen była pewna, że natrafiła nawariatów.

Mężczyźni przez chwilę mierzyli się groźnym wzrokiem, aż w końcu Jothan pokiwał wolnogłową.

– Zapomniałem, że z ciebie takiidealista.

Gareth zaśmiał się krótko i opadł na krzesło obok. To poprzednie nadal leżało na podłodze. Zapadła cisza. Mythlen zaciskała dłonie na kolanach, a Jothan, odgarnąwszy z czoła brązowe loki, spojrzał na niąnieprzychylnie.

– Jakie nosisz nazwisko? – zapytał zaskakującospokojnie.

– D’Alarri.

Kuzyni wymienili spojrzenia, z których ciężko było cokolwiek wyczytać. Miała jednak nadzieję, że jej ród nie sprawił improblemów.

– Weźmiemy ją dla okupu – stwierdził nagle Jothan i uśmiechnął się zsatysfakcją.

Z twarzy Garetha odpłynęły wszystkie kolory. Z twarzy Mythlenrównież.

– Słucham?! – Poderwała się z fotela mimo zawrotówgłowy.

Jothan wzruszył szerokimiramionami.

– Taka okazja się nie powtórzy, a ty jesteś na tyle śliczna, że twój narzeczony powinien chcieć cię wykupić. A jak jegowołają?

Gareth znów wstał z krzesła, tym razem jednak go nie przewrócił. Stanął między Mythlen a swoimkuzynem.

– Bracie, czy tobie rozum odjęło? – Głos miał władczy i chłodny i mimo że był niższy o kilka centymetrów od Jothana, zdawał się teraz nad nim górować. – Nie jesteśmybandytami.

– Bogaczami również nie – odparował Jothan i sięwyprostował.

– Przecież mogę zapłacić – wypaliła i pogładziła za plecami koralikibransolety.

Obydwaj mężczyźni odwrócili się w jej stronę, po czym zmierzyli ją czujnymi spojrzeniami. Zrozumiała, jak mogło to zabrzmieć, jednak nim zdążyła cokolwiek dodać, Jothan wyminął Garetha i podszedł, by ująć jej podbródek w palce. Nie była na tyle szybka, by się w poręodsunąć.

– Mam nadzieję, że w naturze – mruknął, wpatrzony w jej twarz. – Przynajmniej tyle byśmy z tegomieli.

Ujrzawszy jego bezczelny, skrajnie lubieżny uśmiech, wyrwała się gwałtownie i spoliczkowała go, czego mężczyzna chyba się nie spodziewał. W przeciwnym razie zapewne by jej touniemożliwił.

– Nienawidzę szlachty – warknął i posyłał jej wrogie spojrzenie złotychoczu.

– Jeżeli tylko po to mnie tu sprowadziliście, wolę być martwa – wysyczała, bo nie panowała już nad drgawkami, które nagle zaczęły spowijać jej ciało. Miała wrażenie, jakby ktoś wystawił ją namróz.

– Nie – zaprotestował od razu Gareth. – To po prostu Jothan ma ośli rozum i chyba zapomniał, jak traktuje się kobiety. – Ostatnie słowa były wypowiedziane niemalże wprost w twarzbruneta.

Ten nie wyglądał wszak naskruszonego.

– Albo ty zapomniałeś, bo tak dawno żadnej niemiałeś.

– Miałem.

Jothan parsknąłśmiechem.

– Nie mówię, że w ogóle nie miałeś, ale od pewnegoczasu…

– Bo muszę pracować – uciął Gareth, zaciskający pięści. – I daruj sobie poruszanie takich kwestii przy damie. Może nie masz już tytułu, ale ogładęmógłbyś…

Po pomieszczeniu przebiegł głuchy dźwięk, a sylwetka Garetha potoczyła się do tyłu. Wtedy też do Mythlen dotarło, że Jothan go uderzył. Na wszystkie morza, ten człowiek byłniereformowalny…

Gareth nie stracił do końca równowagi. Nie odwdzięczył się również kuzynowi ciosem. Mythlen odniosła wrażenie, że obydwaj zapomnieli o jej obecności, co nawet jej odpowiadało. Ale wtedy Jothan, rozcierający pięść, znów odwrócił się w jej stronę, a przydługie włosy przysłoniły mu część twarzy. Gdy się zbliżał, ona cofnęła się za stół, który teraz stanowił barierę międzynimi.

– Co umieszrobić?

Na próżno szukała w jego głosie czegoś, co nie przypominałobypobłażliwości.

– Na pewno nie to, o czymmyślisz.

Jothan wsunął ręce do kieszeni i przekrzywił głowę. Przypominał teraz jednego z wilków, którymi sięzajmował.

– Ja myślałem o gotowaniu. A pani szlachcianka oczym?

Jej twarz zaszła rumieńcem pod wpływem jego nieustępliwego spojrzenia. Zebrała się jednak w sobie, byodpowiedzieć.

– Umiem gotować, sprzątać i prać – odparła lekko, z nadzieją, że ta deklaracja usatysfakcjonuje jedyne osoby, które mogłyby jej terazpomóc.

Postanowiła przemilczeć fakt, iż z tych wszystkich czynności dobrze radziła sobie tylko ze sprzątaniem. A ugotować potrafiła co najwyżej wodę na herbatę. Nie wspomniała jedynie o swojej wiedzy, która spokojnie mogłaby zapewnić jej pozycję guwernantki, bowiem nie sądziła, by taka osoba im sięprzydała.

– Czyli właśnie znaleźliśmy się w rozkosznym gronie ludzi z tymi samymi umiejętnościami. – Gareth, który do tej pory jej bronił, wyglądał teraz raczej na rozczarowanego. – Radzimy sobie z tym sami. No może ze sprzątaniem niekoniecznie, ale, jak widzisz, żyjemy.

Mythlen przełknęła ślinę, w duchu cieszyła się, iż nie trafiła tu w rolisłużącej.

– A czym chciałaś nam zapłacić? – dopytał Jothan, tym razem bez lubieżnego uśmiechu błądzącego potwarzy.

Dziewczyna wypuściła wolno powietrze i sięgnęła rękoma do karku, by rozpiąć kolię. Zdjęła też kolczyki i bransoletę, zostawiła jedynie srebrny łańcuszek na nadgarstku, przerobiony z naszyjnika jej matki. Nie był wart wiele, a ona z nim czuła się paradoksalnie bezpieczniej. Mężczyźni otworzyli ze zdziwienia oczy, jakby wcześniej zupełnie nie dostrzegli biżuterii Mythlen, co bardzo ją zaskoczyło. Przecież z pewnością była aż nadto zauważalna. Chyba że uwagę poświęcili czemuś zupełnie innemu w jej ubiorze, a raczej jegobraku.

– W porządku. – Głęboki głos Jothana poniósł się po salonie jak osąd śledczego. – Powiedzmy, że zarobiłaś na swojeutrzymanie.

– A jeśli nawet nie – wtrącił Gareth, patrzący na nią z błyskiem w oku – to może mi pani pomóc w przepisywaniu dokumentów. Jestem najemnym skrybą. Teoretycznie nie powinienem się dzielić pracą z nikim innym, ale i tak płacą mi za to psiepieniądze.

Mythlen uśmiechnęła się do niego na znakzgody.

– No proszę – burknął Jothan. – Radujmy się, słońcezajaśniało.

Jej uśmiech zniknął równie szybko, jak siępojawił.

– Ciężko jaśnieć, gdy wkoło tyle chmur. – Założyła ręce na piersi i obeszła stół z drugiej strony, wciąż starała się unikać Jothana. Zatrzymała się kilka kroków przed Garethem. – Czy mogę liczyć na jakieśubrania?

– Wolałbym, żebyś tych nie zmieniała, jeśli chcesz znać moje zdanie. – Jothan nie mógł się powstrzymać przedkomentarzem.

– Niechcę.

Gareth zaśmiał się pod nosem i pokręciłgłową.

– Doprowadzę się do ruiny, jeśli będę przyjmował takich jak wy do domu. – Blondyn wyglądał na szczerze rozbawionego, mimo iż tylko jemu było dośmiechu.

– Nie porównuj mnie do niego. – Założyła ręce napiersi.

– Spokojnie, to jednak mój kuzyn. Wbrew pozorom zachowałem resztki dobrego mniemania onim.

Brunet zupełnie się nie przejął tą wymianą zdań, bowiem już po chwili zniknął w cieniu korytarza, pozostawił po sobie jedynie skrzypnięciedrzwi.

– I zazwyczaj taki nie jest. Przynajmniej w stosunku domnie.

– Wie pan, wydaje mi się, że po prostu nie przypomina pan szlachcianki, która zbiegła sprzed ołtarza – odparła żartobliwie i dopiero teraz przyjrzała się rysom jegotwarzy.

Zdawały się łagodne i niepozbawione gracji. Niebieskie oczy świeciły niczym dwa diamenty, a włosy, kolorem przypominające zboże lub płynny miód, odbijały żywo płomienie świec. Efekt psuły tylko opuchlizna i powoli siniejąca kośćpoliczkowa.

Nie mógł być od niej starszy o więcej niż pięć lat. To samo tyczyło się Jothana. O dziwo, żaden z nich nie miał żony, co nakazało jej głębiej się zastanowić nad ichhistorią.

Gareth z pewnym opóźnieniem zaśmiał się cicho z jej żartu i poprosił, by poczekała. Pasowało jej, że zwracał się do niej pani, gdyż dzięki temu nie czuła się jak kobieta, która z własnej woli pozbawiła się tytułu, majątku ihonoru.

Nie, nie z własnej woli – upomniała się w myślach. Zaaranżowanie ślubu odbyło się bez jej zgody, więc nie było tu jejwiny.

Ona w towierzyła.

Wiedziała jednak, że nikt inny nie postrzega tego w tak łaskawymświetle.

Po chwili Gareth wrócił z dwiema długimi sukniami przewieszonymi przez ramię. Nie miał już na sobie płaszcza, a jedynie koszulę, z rękawami podwiniętymi tak, że odsłaniały mięśnie jego przedramion. Podał jej obietoalety.

Przygryzławargę.

– Czemu trzymacie tu damskiestroje?

Gareth przewrócił oczyma i stanął w lekkim rozkroku, ze skrzyżowanymirękoma.

– Nie chcę ci się ze wszystkiego tłumaczyć, pani. Jeżeli masz się tu ukrywać, choćby przez jakiś czas, nie możesz podawać w wątpliwość wszystkiego, co zrobimy. – Ponieważ nie skomentowała, mówił dalej: – Mój świętej pamięci wujek miał córkę starszą od nas o piętnaście lat. Wyszła za mąż i wyjechała na drugi koniec Dor Kva’aru, zostawiła suknie, które uznała za nieprzydatne i niewarte zajmowania miejsca w skrzyniach. Ponieważ wujo zmarł, a ona nigdy nie wróciła, sprzedaliśmy je. Ale tych dwóch nikt nie chciał kupić. Czy to wyjaśnienie panipasuje?

Mythlen rozłożyła przed sobą całkiem ładną szarawąsuknię.

– Tak. Dziękuję.

– Proszę – westchnął ze zmęczeniem Gareth. – A spać będziesz uJothana.

Z jej ust wydobyło się coś na kształt jęknięcia pomieszanego z prześmiewczym prychnięciem. Gareth popatrzył w górę i pokręciłgłową.

– Nie będzie go tam. On nie wraca nocami do domu, śpi po południu, i to krótko, więc nawet się nie miniecie wdrzwiach.

– Ale…

Chciała zapytać, czy tak wypada, jednak sama odpowiedziała sobie na to pytanie. Nie. Tylko że nie miała wyjścia, bowiem nie sądziła, że w tym domu są więcej niż dwapokoje.

– Mamy koce na zmianę – wytłumaczył zawczasu i delikatnie dotknął jej ramienia, by skierować ją w stronędrzwi.

Innych niż te, za którymi zniknął Jothan, więc uznała, że tamte musiały prowadzić dokąd indziej. Może do łazienki? Otworzył przed nią pokój i przy okazji wręczył kandelabr z zapaloną świecą, którego wcześniej nie zauważyła. Wszedł do środka i rzucił coś na łóżko. Było małe i błyszczało jakmoneta.

– To jeden z dwóch kluczy do sypialni. Drugi ma Jothan, ale jeśli to dla ciebie problem, spróbuję przekonać kuzyna, by gdzieś go tuzostawił.

– Dlaczego mi pomagacie? – spytała trochę nieprzytomnie i położyła na łóżkusuknie.

Gareth westchnął, oparłszy się o framugę, jego lewa dłoń spoczywała naklamce.

– Nie wiem, czy wyłapałaś to z naszej sprzeczki, czy nie, ale mnie też ktoś kiedyś pomógł, zupełnie bezinteresownie. I ponieważ nie jestem w stanie spłacić tego długu, bo wujo zmarł, pomyślałem, że… – Zaśmiał się ponuro i przeczesał palcami jasne włosy. – Ależ togłupie.

– Wcale nie – zaprzeczyła szczerze Mythlen, na co mężczyzna posłał jej ciepły, pełen zrozumieniauśmiech.

Potem wyszedł i domknął za sobą szczelniedrzwi.

AMythlen?

ROZDZIAŁ III

Zbudziła się z krzykiem, który spowodował, że ktoś zaczął się dobijać do jejkomnaty.

Nie – nie dokomnaty.

Przecież wczoraj uciekła ze swojejrezydencji.

Spróbowała uspokoić oddech i przyzwyczaić się do otoczenia, które wydawało jej się zarówno znajome, jak i obce. Jak właściwie tu trafiła? Czemuuciekła?

Uniosła dłoń z obawą, że ujrzy na niej obrączkę, ale na jej palcach nie było ani jednego pierścienia, nawet tego zaręczynowego, który zostawiła na toaletce tuż przed opuszczeniem zamku. Przyłożyła więc rękę do czoła, by odgonić koszmary, w których to jej narzeczony dopadał ją, jeszcze nim przekroczyła bramyogrodów.

– Mythlen! – wrzasnął ktoś za drzwiami i walił w zbite deski, jakby chciał się przez nie przebić. – Gareth, gdzie jest tenklucz?

– Ty go masz – odparł Gareth, a dziewczyna usłyszała, że się szybkozbliżał.

Gdy początkowy szok minął i Mythlen przypomniała sobie, gdzie była, zawołała:

– Nic mi nie jest! – Gardło nie chciało współpracować, bolało, jakby połknęłapuginał.

– To po jaką cholerę się drzesz! – Głos Jothana był nieustępliwy i zmusił ją do tego, by wywlokła się z łóżka i włożyła brudne od ziemipantofle.

W tym krótkim czasie Gareth zdążył zrugaćkuzyna.

Mythlen przekręciła po cichu klucz i otworzyła gwałtownie drzwi, czym spowodowała, że Jothan, opierający się o nie, stracił równowagę i wpadł do swojejsypialni.

– Przyśnił mi się koszmar – wyznała, podparta podboki.

Wczorajszego wieczora nie miała siły, by się przebrać, więc zaprezentowała się im wciąż w swoim ślubnym gorsecie i halce, ale chciała sprawiać wrażenie pewnej siebie. Jothan zmrużył złote oczy i potarł dwudniowyzarost.

– Ach, oczywiście – stwierdził i uniósł palec wskazujący. – Nikt przecież panience nie poczytał nadobranoc.

Pokręciła ze zrezygnowaniemgłową.

– Nie rozumiem, dlaczego jesteś dla mnie takinieuprzejmy.

Jothan zacisnął szczęki. Widziała to po grze mięśni pod skórą na jegoszyi.

– Bo szlachta sprawia same problemy – odrzekł już spokojniej, acz z wyczuwalnągoryczą.

Mythlen przygryzała wargę, przypatrując się mu, gdy się od niej oddalał. Raczej nie chciała wiedzieć, czemu miał takie zdanie o jej klasie społecznej. Choć nie ukrywała, że ją tozaciekawiło.

Sięgnęła prawą ręką doklamki.

– Przebiorę się – oznajmiła, ale nie zdążyła zamknąć pokoju, bo Gareth zatrzymał drzwibutem.

– Może się pani najpierw wykąpać, jeśli by chciała. Rano byłem powodę.

Mythlen przetarłaoczy.

– Rano?

– Tak, rano – odpowiedział z uśmiechem błądzącym po twarzy. – Mamypołudnie.

Na tę wiadomość uniosła wysokobrwi.

– No, cóż – szepnęła i wycofała się po leżące na krześle suknie. – Wobec tego chętnieskorzystam.

Schylona po ubrania, usłyszała, że Gareth wychodzi. Gdy się wyprostowała, by rozłożyć przed sobą pierwszą z dwóch sukni, poczuła nagłe ukłucie w skroni, które wkrótce rozeszło się po czaszce. Niewątpliwie wczorajszą ucieczkę musiała przypłacić bólem głowy. Nabrała głęboko powietrza, z nadzieją, że zniweluje to nieco jej dolegliwość, ale nic się nie zmieniło, więc skupiła się na trzymanych przed sobątoaletach.

Pierwsza mieniła się szarością, może nieco błękitem – w tym mroku ciężko było cokolwiek stwierdzić, toteż Mythlen zbliżyła się do okna i jednym ruchem rozsunęła grube zasłony. Kurz osiadły na nich wzbił się w powietrze i zawirował w łunach słonecznego światła, wpadającego do pokoju. Jasność oślepiła ją nieco, więc przymrużyła powieki i odwróciła się od szyby. Rozejrzała się po sypialni Jothana i dopiero teraz dostrzegła, jak minimalistycznie ją urządzono. Mimo to sprzęty, które w niej stały, zrobiono z drewna najwyższej jakości, a rzeźbienia na łóżku i szafie były niezwykle eleganckie. Gdyby surowe, drewniane umeblowanie nie wyszło z mody kilka lat temu, jej rezydencja zapewne szczyciłaby siępodobnymi.

Pośrodku sklepienia wisiał żyrandol – niezbyt zdobny, acz ładny w swej prostocie, jednak świece na nim umocowane wyglądały na prawie wcale niewytopione, co oznaczało, że Jothan nieczęsto je rozpalał. O tym, że krótko przebywał w swoim pokoju, mógł też świadczyć fakt, iż biurko stało niemal puste, a na półkach nie leżały żadne drobiazgi. Czymże więc się trudnił? Co robił tak długo poza domem? Ona, jeśli nie spędzała czasu w ogrodzie, siedziała właśnie w prywatnej komnacie, studiując księgi. Wychodziła jedynie na bale i bankiety, które zdarzały się wcale nierzadko. Nikt też nigdy nie zabraniał jej opuszczania murów rezydencji – była to jej świadomadecyzja.

Nie zajrzała do szafy Jothana ani szuflad pod jego biurkiem, gdyż sama ceniła sobie prywatność. I nim wybrała suknię, odwróciła się raz jeszcze, tym razem po to, by sprawdzić, jaki widok rozciągał się z tegookna.

A był on doprawdy przepiękny, czego wcale się nie spodziewała. W jej wizji zarówno chata, jak i jej otoczenie należały do tych brzydkich i mrocznych, a drzewa, rosnące niezbyt gęsto, nie tworzyły odpowiedniego klimatu. Myliła się jednak i teraz, ujrzawszy połacie zielonej trawy oświetlanej przebijającymi się przez liście promieniami słonecznymi, musiała to przed sobąprzyznać.

Między pniami wiła się ścieżka, a tu i ówdzie z ziemi wyrastały niewielkie kwiaty, których gatunku nie potrafiła z tej odległości określić. Niemniej całość tworzyła naprawdę tajemniczą i piękną atmosferę. Ubodło to Mythlen. W tej dzikości nie było nic, co mogłoby przypomnieć jej o rezydencji, narzeczonym i życiu, którego sama się wyrzekła. Poprzez to jednak, iż tutejsze otoczenie tak skrajnie kontrastowało z tym jej dobrze znanym, w głowie dziewczyny zakwitły porównujące myśli. Myśli, które znów przywiodły wizję tych dobrych czasów, zastąpionych okresem burzy iniepogody.

Myśli o tym, który zmusił ją doślubu.

Potrząsnęła głową, by je odgonić, i skupiła się nasukniach.

Ta, której kolor wcześniej określiła jako odcienie błękitu, okazała się mieć raczej wyblakłą, chabrową barwę. Koronki do niej doszyte połyskiwały złocistą mieszanką żółtawej miedzi i tworzyły jakby naszyjnik wkoło dosyć głębokiego, ostro zakończonego dekoltu. Suknia, mimo że z pewnością zbyt obszerna jak na szczupłą sylwetkę dziewczyny, miała z tyłu dużo wiązań, które na pewno pomogłoby jej w dopasowaniu kreacji do swojego ciała. Mimo tego, że spodobała jej się ta toaleta, przewiesiła ją przez oparcie krzesła i przyjrzała się drugiej, beżowej. Delikatnie bufiaste rękawy były znacznie krótsze – idealne na późną wiosnę, a czerwonawe zdobienia u pasa nadawały jej łagodnego wyglądu. Wybrała ją i ruszyła do przechodniego salonu, zasłaniała się przy tym jasnym materiałem. Przed wyjściem złożyła jeszcze koce, na których spała, i ułożyła je nakrześle.

Spodziewała się spotkać tutaj mężczyzn, jednak żadnego nie dostrzegła w zasięguwzroku.

Nie wiedziała, które z pozostałych czterech par drzwi prowadziły do łazienki, więc najpierw przeszła koło każdych po kolei i nasłuchiwała odgłosów mogących świadczyć o obecności Garetha lub Jothana. Czuła się przy tym jak pałacowyszpieg.

Nic jednak nie usłyszała, zatrzymała się więc przy drzwiach, za którymi zniknął wczoraj Jothan, i zapukała, a gdy nikt nie odpowiedział, otworzyła je ostrożnie. Uśmiechnęła się, bowiem faktycznie skrywały pokój łaziebny. W rogu znajdowała się spora balia, obok której zostały ustawione niezbyt eleganckie, ale za to pojemne dzbany zwodą.

Mythlen przekręciła klucz, który tkwił w zamku, i powiesiła suknię na haczyku. Następnie zzuła buty, które przemyła dokładnie nad kratką odprowadzającą wodę. Nie odzyskały oczywiście poprzedniej bieli, ale lepsze to niż nic. Gdy podwinęła halkę i zobaczyła swoje pończochy brudne od krwi, która wypłynęła z małych zadrapań na jej łydkach, i pokryte błotem, a przy tym porwane, stwierdziła, że nie będzie ich w całości prać, tylko przytnie na wysokość kostki i zaszyje, by się niepopruły.

Halka nie była w złym stanie, ale w łazience nie zgromadzono tyle wody, by jeszcze i ją wyczyścić, więc Mythlen zawiesiła ją obok sukni i zajęła się rozsznurowywaniem gorsetu. Zdjąwszy bieliznę, usiadła w balii i oblała się lodowatą cieczą. Jej ciało przeszył dreszcz, a zęby ażzadzwoniły.

Gdy balia w ten sposób się napełniła, dziewczyna zanurzyła się w niej i zabrała do czyszczenia twarzy i czarnych włosów. Tarła je mocno, żałując, że nie wzięła z zamku chociażby mydła. Żywiła jednak nadzieję, że uda jej się namówić któregoś z mężczyzn, by kupił dla niej jakieś, choćby najtańsze, za pieniądze zbiżuterii.

Całą skórę szorowała szmatką dopóty, dopóki nie stwierdziła, że jest całkiem czysta. Nie przejmowała się licznymi zadrapaniami, przekonana, że niebawem się zagoją, mimo iż w zetknięciu z szorstkim materiałem niecoszczypały.

W końcu wyszła, przeciągnęła balię nad kratkę, a następnie ją przechyliła. Nie było to proste zadanie, ale udało jej się mimo doskwierających zakwasów. Potem przepchnęła drewnianą wannę z powrotem na miejsce, co na pusto było już znacznieprostsze.

Dopiero wtedy zrozumiała, że nie ma pojęcia, czym mogłaby się wytrzeć, więc przykucnęła przy balii z postanowieniem, że poczeka kilka minut. Poświęciła je na rozczesywanie palcami długich włosów. Ten moment wykorzystały powracającewspomnienia.

Jej narzeczony, diuk Haeton Mirovi, nie opuścił jej, mimo iż ona opuściła jego. Gdy tylko mocniej się na tym skupiała, potrafiła przywołać w wyobraźni obraz mężczyzny. Jego przystojną twarz i zimne oczy. Łagodny głos i ręce, które potrafiły tylko krzywdzić. Widząc, jak obchodzi się ze swoimi chłopami pańszczyźnianymi, nie mogła zdzierżyć myśli, że jej właśni podwładni mogliby skończyć pod jego rządami. A gdy niedawno stała się świadkiem napaści diuka na swoją nową służącą, od tej pory nie potrafiła się nie skrzywić na jego widok. Do narzeczeństwa zmusił ją wypominaniem, że sama nie zdołała utrzymać swoich ziem, mimo iż planowała niebawem przepisać część na swoje wujostwo. On jednak roztaczał przed nią wizję bogactwa, które czeka ją u jego boku, i jednocześnie tłumaczył, że jeśli za niego nie wyjdzie, skończy w biedzie. Cóż, wybrała biedę i hańbę. Po śmierci rodziców i tak nie potrafiła uczestniczyć w tych wszystkich kwestach, piknikach i przyjęciach. Nie miała na to ochoty, a widok bogato zdobionych salonów przyprawiał ją o skrajną melancholię i tęsknotę zamatką.

Nie, kobieta nie była najlepszą rodzicielką, jaką Mythlen mogłaby sobie wymarzyć, ale dziewczyna nawet przez chwilę nie poczuła ulgi z powodu jejśmierci.

Otrząsnęła się z rozmyślań, podniosła i naciągnęła na siebie swoją bieliznę. Wstążki z pończoch odczepiła i związała nimi mokre włosy. Zasznurowanie gorsetu sprawiło jej nieco problemu, ale nie miała nikogo, kto mógłby jej w tym pomóc. Następnie, szeleszcząc materiałem, wciągała suknię przez głowę, uradowana jej aksamitnymdotykiem.

Włożyła buty, choć bez pończoch okazały się okropnie niewygodne, a przetarcia na kostkach bolały. Nie była w stanie ujść kilku kroków bez krzywienia się, więc ściągnęła pantofle i postanowiła, że poprosi swoich gospodarzy o nóż, igłę i nić. Musieli trzymać takie przybory w domu, co do tego nie miaławątpliwości.

Nacisnęła więc na klamkę, lecz drzwi anidrgnęły.

Ponowiła próbę, ale znów nic się niezmieniło.

Nim jednak serce zdążyło jej podejść do gardła, uświadomiła sobie, że sama zamknęła je naklucz.

Skarciła się w myślach za głupotę i wyszła do salonu. Obejrzała się jeszcze przez ramię, by się upewnić, że zostawiła po sobie w łazienceporządek.

Nie powinna jednak iść, nie patrząc przed siebie, bowiem przez to tylko na kogoś wpadła. Nie musiała nawet spoglądać w górę, by zrozumieć, że to w pierś Jothana uderzyła, gdyż do jej nozdrzy od razu doleciał zapach lasu, który aż nazbyt do niegopasował.

– A pomyśleć, że Gareth mówił, że nawet się nie miniemy w drzwiach – powiedziała, gdy próbowała goobejść.

– Gareth dużo gada i mało robi, musisz się do tegoprzyzwyczaić.

Uśmiechnęła się pod nosem i obróciła na pięcie, by popatrzeć mężczyźnie w twarz. O dziwo, nie widniała na niej ta sama zgryzota co wcześniej. Jothan wyglądał przyjaźniej, gdy nie mrużył złotychoczu.

– Potraktuję to jako zapewnienie, że przechowacie mnie tu jeszcze przez jakiśczas.

Uniosła z satysfakcją brodę, a Jothan, ku jej szczeremu zdziwieniu, uśmiechnął się nieporadnie. Jego wzrok przesunął się wzdłuż jej sylwetki dwukrotnie, jednak powstrzymała malujący się na policzkach rumieniec. Mężczyzna otworzył usta, by coś powiedzieć, ale ostatecznie pokręcił głową i sięodwrócił.

– Poczekaj! – zawołała, na co przystanął w połowie kroku. – Macie może jakiś nóż albo… albo nożyce? I igłę znicią?

W duchu szykowała się już na sarkastyczny komentarz, ale Jothan po prostu polecił jej, by zaczekała, a sam zniknął w drzwiach sąsiadujących z tymi prowadzącymi do łazienki. Wkrótce wrócił z niewielkim koszykiem, ewidentnie należącym niegdyś do jakiejś kobiety. Może tej samej, której suknię miała nasobie.

– Tylko się nie pokłuj – ostrzegł z ironicznymbłyskiem.

Oczywiście, czegóż innego mogłaby sięspodziewać?

Odebrała od niego koszyk i bez słowa ruszyła w stronę krzeseł stojących przy stole. Na jednym z nich położyła pończochę i przybory, a na drugim usiadła, po czym ucięła materiał najwyżej, jak mogła. Następnie zeszyła go zręcznie jasną nicią i wymierzyła odpowiednią długość na drugiej tkaninie. Całość zabrała jej niecały kwadrans. Gdy naciągnęła pończochy na nogi, stwierdziła ze smutkiem, że nie trzymają się tak dobrze jak wtedy, gdy mogła wiązać je na udach wstążkami, ale przynajmniej nie bolały ją stopy, kiedy wsunęła je w buty. Wyciągnęła przed siebie łydkę, podciągnąwszy nieco spódnicę, by ocenić, jak towygląda.

– Upuściłaśigłę.

Mythlen aż podskoczyła na dźwięk głosu Jothana. Była przekonana, żewyszedł.

Odgarnęła kosmyki wpadające do oczu i spojrzała na niego. Mężczyzna zbliżał się do niej z poważną miną. Gdy kucnął obok jej nogi, przez moment nie potrafiła stwierdzić, w jakim celu to zrobił, więc przesunęła się nakrześle.

Prychnął i sięgnął po coś znajdującego się obok stopydziewczyny.

– Proszę. – Podawał jej igłę, trzymając ją w dużej, opalonej dłoni, w której ten mały metal niemalniknął.

Odebrała ją od niego szybko i wbiła w szpulę. Czuła się nieswojo, gdy Jothan znajdował się tak blisko niej, z brodą na poziomie jejramion.

Zerknęła na niego kątem oka i przyłapała go na wpatrywaniu się w nią z przekrzywioną głową. Pomyślała, że to również do niego pasuje, bowiem wyglądał teraz jak wilk z ciekawością obserwującyotoczenie.

Linia jego ust zdawała się tylko trochę zakrzywiona pod prostym nosem. Brwi miał gęste, zupełnie jak ona, a szczękę, szeroką i już ogoloną, przecinały trzy blisko osadzone, niewielkie blizny. Czy to możliwe, by były śladami popazurach?

Jothan chyba zauważył, że właśnie w nich utkwiła spojrzenie ciemnych oczu, bowiem się wyprostował, przez co brązowe loki przykryły tę dawnąranę.

Dziewczyna się speszyła i wstała, ale on nadal klęczał, przez co odgradzał jej drogę. Dopiero po chwili się podniósł i spojrzał na nią z góry, jakby oceniał całe dotychczasowe zachowanieMythlen.

Któreś z nich na pewno by coś wtedy powiedziało, ale przez frontowe drzwi wpadł zaaferowany Gareth, z rozmierzwionymiwłosami.

Obydwoje odsunęli się od siebie i popatrzyli na niego. Jothan już sekundę później wyglądał na równie rozjuszonego, jak Gareth. Odniosła wtedy wrażenie, że kuzyni w jakiś niewyjaśniony sposób porozumiewali się bez słów, bowiem w tym samym momencie przenieśli na niąspojrzenia.

Nim zdążyła spytać, co się stało, Gareth dopadł do niej i złapawszy ją za łokieć, wycharczał:

– Oni zaraz tubędą.

Świat wywrócił się do góry nogami. Przez chwilę wydawało jej się, że spada w stronę sufitu, który nieprzerwanie wirował, więc chwyciła ramię Garetha i gorączkowo myślała, co mogą zrobić, nim ci oni się tuzjawią.

Oni.

ŁowcyHaetona.

ROZDZIAŁ IV

Gareth jednym ruchem odgarnął leżący pośrodku salonu dywan i kopnął z całej siły w podłogę. Klapa odskoczyła na kilka centymetrów, przez co umożliwiła mu wsunięcie pod spód palców i podciągnięciejej.

– Wchodź – powiedział, a Jothan podbiegł dookna.

Mythlen momentalnie otrząsnęła się zosłupienia.

– Nie, czekaj. Chyba zostawiłam w łazience halkę. A w pokoju suknię – mówiła, niepewnie kierując się wlewo.

– To pędź. – Blondyn wyglądał na autentycznie przejętego, gdy podpierał się o kantklapy.

Mythlen wróciła po niespełna minucie i bez zastanowienia weszła do dziury w podłodze. Gareth asekurował jej głowę, by nie zahaczyła nią o strop, a kiedy się upewnił, że dziewczyna jest wystarczająco głęboko, by jej nie uderzyć, zatrzasnął z całej siły przejście. Mythlen zagryzła wargi, znalazłszy się w nieprzebranych ciemnościach. Nie przejmowała się jednak tym, zbyt zaaferowana wydarzeniami rozgrywającymi się nad jej głową. Ponieważ nic nie widziała, wytężyła zmysł słuchu. Nie odnotowała, by Gareth kładł z powrotem dywan. Była za to pewna, że rozmawiali po cichu z Jothanem. Padło słowowilki.

– Nie – huknął zbyt głośno Jothan. – To bez sensu, przecież nie chcemy afery. Po co miałbym je teraz wołać? Jeszcze mi je powystrzelają, cholera wie, z czymidą.

Nagle zamilkli. Któryś z nich podbiegł w stronę stołu, a odsuwane krzesło skrzypnęło. Drugi zaś udał się do sypialni i z głuchym jękiem padł nałóżko.

Mythlen nie zdążyła nawet doliczyć do dziesięciu, gdy rozległo się pukanie. Ponowiło się po kilku sekundach i dopiero wtedy Garethzawołał:

– Ktotam?!

– Przybywamy z polecenia diuka Miroviego! – Głos strażnika zadudnił w ścianach. – Proszę natychmiastotworzyć!

Gareth westchnąłgłośno.

– Idę, już idę! Pali się?! – rzucił głośno i podniósł się zkrzesła.

Drzwi nie zdążyły nawet skrzypnąć, a do środka wpadło co najmniej trzech ludzi. Mythlen zacisnęła palce na trzymanychubiorach.

– Szukamykobiety.

Mężczyzna zaśmiał sięgromko.

– Ja, panowie, również szukam kobiety, proszę mi wierzyć. – Jego rozbawienie wywołało cichypomruk.

– Szukamy zaginionej hrabiny – wyjaśnił niecierpliwie jeden z łowców. – Mythlen d’Alarri.

– A szukaliście w stawie? – spytał Jothan znad jej głowy zaspanym głosem. Nie udawał jednak tak dobrze jak Gareth i w jego tonie wybrzmiaławściekłość.

Albo to tylko ona tak go bezustannieodbierała.

– Widzieliście ją? – Odpowiedział pytaniem na pytanie ten sam człowiek, który dobijał się dodrzwi.

Jothan zaczął się przechadzać po pokoju ciężkimikrokami.

– Zaginęła wczoraj. Widział pan jakąś kobietę tej nocy czynie?

Na moment zapadłomilczenie.

– Tak – odparł z zadowoleniemJothan.

W salonie znów zapanowała cisza. Jeden z łowców odchrząknął i odezwał się z zaczajoną w głosiegroźbą:

– Jakwyglądała?

– Nie pamiętam, nie zwracam na to uwagi – powiedział nonszalancko, acz z nieskrywaną satysfakcją, i zbliżył się do drzwi. – Ale muszę przyznać, że była w tym całkiem dobra, więc nie sądzę, bym miał przyjemność z tą waszą hrabiną. – Zaśmiał się lubieżnie, śmiech ten urwał się jednak wraz z głuchym odgłosem uderzeniapięścią.

– Przeszukajcie dom – zakomenderował najwyraźniej dowódca grupy i w tym samym momencie po podłodze rozbiegło się kilka parnóg.

Ich kroki były szybkie i ciężkie. Mythlen ukucnęła z dudniącym w piersi sercem, ogarnęło ją wrażenie, jakoby nagle w skrytce zaczęło brakowaćpowietrza.

Wdech.

Znajdąmnie.

Wydech.

Narzeczony mnie poślubi iukarze.

Wdech.

Nigdy nie będęwolna.

Wydech.

Wszystkostracone.

Wdech… Wdech?

Gdzie się podział cały drogocennytlen?

Zamknęła oczy, zasłuchana w odgłosy krzątaniny na górze. Z nierównomiernie rozchodzących się huków wywnioskowała, że łowcy przewracają nawet niektóremeble.

Lokatorzy nie odzywali się wcale i Mythlen nie była pewna, czy wciąż tutaj są, czy ichzabrano.

Nagle tuż nad nią rozległo się szuranie i jakiś materiał zatrzepotał w powietrzu, a potem upadł hałaśliwie. Dywan.

Być może Gareth właśnie dlatego go przesunął, bo podejrzewał, że sprawdzą podłogę podnim.

Modliła się, aby nie zainteresowali się resztądesek.

– Czysto, sir – oznajmił jakiś mężczyzna szorstkim głosem. Nie od razu spotkał się jednak zodpowiedzią.

– Nie, nie jest czysto – odparł po długiej chwili ich dowódca, wychodzący prawdopodobnie z pokoju Jothana. Jego kroki były wolne i dumne. – To biżuteria naszejhrabiny.

Cholerajasna!

Przeszedł na drugi koniec pomieszczenia, by zapewne pokazać ją swoimtowarzyszom.

– Jest panaresztowany.

Aresztowany? A więc nie mogli to być ludzie diuka. Musiał zaangażować do poszukiwań jakąś wyższą instancję. Czyżby gwardiępałacową?

Mythlen zaklęła podnosem.

– Niby za co? – warknął groźnieJothan.

– Za gwałt ikradzież.

Jothan znów się zaśmiał, choć tym razem ponuro izłowróżbnie.

– Nie okradłem waszej hrabiny – powiedział wyraźnie, jakby przemawiał dodziecka.

Mythlen ze ściśniętym gardłem wyobraziła sobie, jaki musi mieć teraz wyraztwarzy.

– Znalazłem to na skraju lasu – kontynuował. – A gwałtu mi nie udowodnicie, może sama chciała, skądwiecie?

– Być może. Musimy jednak pana zabrać. A z panem, panie…

– Gareth – mruknął blondyn. – GarethLarivest.

– Zanotuj to – zwrócił się do kogoś. – Więc z panem zostanie jeden z moichludzi.

– Jesteście popieprzeni. – Jothan uderzył o cośpięścią.

– Kwestia punktu widzenia. Jeśli będzie pan z nami współpracował, wypuścimy pana za dwadni.

– Współpracować z łowcami igwardią?

Tym razem to ich dowódca parsknąłśmiechem.

– Więc wybiera pan ciemny loch? – spytał retorycznie. – Idziemy.

Jothan prawdopodobnie się szarpał, bowiem nie wyszli od razu. Sądząc po jego ryku, musieli powalić go na ziemię iwynieść.

Mythlen przygryzła wargę tak mocno, że po chwili jej usta wypełnił cierpki posmak krwi. Próbowała zrozumieć, co krzyczał Jothan, bo podejrzewała, iż postawiony w takiej sytuacji wyda jej położenie, ale nikt po nią nieprzyszedł.

Krzyki, przerwane długim, wysokim gwizdem, urwały się wraz z cichnącym tętentem końskichkopyt.

Zabraligo.

Czy on naprawdę dał im sięaresztować?

Z pewnością wiedział, co robi, nie wyglądał jej może na najbardziej inteligentnego człowieka, ale głupi też nie był. Ciężko uznać, że Mythlen zapałała do niego sympatią, lecz z pewnością nie chciała, by przez jej ucieczkę Jothanowi coś sięstało.

Nie… Sam jej przecież powiedział, że nienawidzi szlachty. Zmięknie w areszcie i ją wyda, nie ma przecież powodu, aby dłużej ją tu ukrywać. Teraz, gdy łowcy i gwardia odnaleźli jej biżuterię, Mythlen straciła jedyny materiał przetargowy mogący skłonić kuzynów do przechowania jejtutaj.

Byłaskończona.

W myślach śmiała się ze swej naiwności i radości, z jaką przyjęła piękny widok z okna. Och, nie powinna się tu zatrzymywać, powinna biec dalej, a nie ukrywać się tak blisko jej rodzinnejrezydencji.

– Ma pan zamiar tak na mnie patrzeć przez cały czas? – zapytał Gareth tuż znad jej głowy. Jak widać, on nie zamierzał tak łatwo odpuścić i nie zdradził miejsca jejbytowania.

Lecz jak długo będzie musiała siedzieć w tej ciemnej dziurze? Dopiero teraz, gdy emocje nieco opadły, uświadomiła sobie, jak mało miała tu miejsca. Wymacała rękoma ściany, których mogła dotknąć, jeśli tylko rozpostarła ramiona. Przesunęła też stopą po podłodze, jednak było tu pusto – prawdopodobnie nie znalazłaby żadnego tunelu ani chociażby przedmiotu, którym zdołałaby rozjaśnić tęskrytkę.

Nie uzyskawszy odpowiedzi, Gareth udał się do swojego pokoju, ale nie trzasnąłdrzwiami.

– Och, naprawdę, będzie pan za mnąchodził?

– Taki mamobowiązek.

– Ja też mam swoje obowiązki – odpowiedział buńczucznie Gareth. – Jestem skrybą, muszę pisać, a pan mnie peszy. Nie cierpię, gdy ktoś tak na mniepatrzy.

– Gdyby pański współlokator nie zgwałcił i nie okradł wczoraj hrabiny d’Alarri, nie musiałbym tubyć.

– Ale czemu ja mam odpowiadać za jego grzechy? Gdybym był karany za wszystkie przewinienia moich kuzynów, już dawno bymwisiał.

Mythlen przewróciła oczyma. Jednocześnie wciąż nie mogła pojąć, co Jothan chciał osiągnąć tą niemoralną sugestią, że wczoraj jąnapadł.

A może po prostu byłszalony?

– Z czego żyjecie? – spytałstrażnik.

– Z handlu zhańbionymi hrabinami – prychnął Gareth, a dziewczyna szczerze podejrzewała, że za tę odzywkęoberwie.

– Proszę nie testować mojej cierpliwości. Z czegożyjecie?

– Ja piszę, jak pan widzi. I czekam, aż ojciec zemrze, by dostać spadek. Ale spokojnie, zabijać go niezamierzam.

– A pańskikuzyn?

– Organizuje polowania. – Głos Garetha nawet nie zadrżał, wręcz przeciwnie. Mężczyzna zdawał się świetnie bawić. – Wie pan, na wilki, dziki. Pełno tutajzwierzyny.

Mythlen wsparła się o ścianę i zastanawiała nad tym, co usłyszała. Gareth musiał kłamać, bowiem wszystko do tej pory świadczyło o tym, że Jothan robił coś zupełnie przeciwnego – tresował je, a nie zabijał. Czyżby jednak pełniona przez niego funkcja nie była legalna, skoro blondyn nie zamierzał o tymwspominać?

– Chciałbym zobaczyć jakieśpoświadczenia.

– Jestem skrybą, a nienotariuszem.

Przez kilka minut panowała przeraźliwa cisza, w której trakcie Mythlen osunęła się na podłogę i otuliła nogi ramionami. Nie było jej chłodno, ale z podenerwowania nie mogła dłużej ustać. Dodatkowo wciąż odnosiła wrażenie, że do jej skrytki nie dolatywało zbyt dużo powietrza. Udusi się, jeśli posiedzi tu wystarczająco długo. Gareth musiał być tegoświadom.

Nagle koń na zewnątrz zarżał przeraźliwie, a w okolicy rozległo się złowróżbne wycie wilków. Kilka osobników musiało być też bliżej, bowiem usłyszała ich wygłodniałe warczenie. Wierzchowiec wydawał z siebie okropne, spłoszone dźwięki, które rozproszyłystrażnika.

– Coto?

– Pewnie znowu wilki – odpowiedział Gareth z przestrachem. – Cholera, ostatnio zagryzły nam klacz! Prędko! – popędził mężczyznę i obydwaj wybiegli zpokoju.

Mythlen uśmiechnęła się wbrew samej sobie, z resztkę nadziei w sercu, że nie wszystko stracone. Być może… Być może gwizd, który się rozległ, nim zabrali Jothana, był jego inicjatywą i miał zawiadomić watahę oniebezpieczeństwie.

Lecz czy dało się tak dobrze wytresować te dzikiestworzenia?

Nagle ktoś wbiegł z powrotem do salonu, uderzył z całej siły w podłogę i po chwili oślepiło ją ostre światło. Zakryła oczy, prze co wypuściła trzymane ubrania. Serce podeszło jej do gardła, ale uspokoiła się, gdy dostrzegła błękitne tęczówkiGaretha.

– Szybko, nie ma czasu – szepnął nerwowo, chwyciwszy ją zaramiona.

Zacisnęła dłonie na jego barkach, gdy podciągał ją dogóry.

– Schowaj się w pokoju Jothana – polecił i zamknął klapę, po czym wrócił do strażnika, który odganiał wściekłewilki.

Mythlen zobaczyła go kątem oka, nim czmychnęła do sypialni. Tutaj tylko niewielka komoda i krzesło zostały przewrócone, szafę zaś otworzono na oścież, tak, że teraz ukazywała szereg ciemnych ubrań. Poza tym jednak nic nieucierpiało.

Nagle powietrze przeciął skowyt któregoś z wilków, na co dziewczyna przełknęła z trudem ślinę. Koń przestał rżeć, a więc wataha musiała się rozbiec. Mythlen zamknęła cicho drzwi, trzymała jednak ucho przy framudze, by wszystkosłyszeć.

– Często tak wasatakują?

– Gdy wyczują sposobność – mruknął wymijająco Gareth. – Z pańskim koniem wszystko wporządku?

Nagle strażnik jakby odzyskał czujność, bo jego ton z przestraszonego znów zmienił się nastanowczy.

– Proszę wracać do pracy, panie Lariveście. To nie pańskasprawa.

Na tym rozmowa się zakończyła. Mythlen przeszła więc wolno wzdłuż ścian pokoju, ostrożnie, by nie stąpnąć zbyt twardo na żadnej z desek. Przez chwilę rozważała ucieczkę oknem, ale cóż poczęłaby sama w środku lasu? Nie miała wyjścia, musiała tu zostać. Cieszyła się jedynie, że mogła siedzieć w pokoju Jothana zamiast w tej ciemnejdziurze.

Przycupnęła na parapecie i uchyliła okiennicę. Pomyślała, że gdyby usłyszała zbliżające się kroki, mogłaby wyskoczyć i schować się po drugiej stronie, a potem bezpiecznie wdrapać się dośrodka.

Minuty mijały, aż wkrótce zamieniły się w okrągłe dwie godziny. Mythlen przez ten czas zdążyła poleżeć na łóżku i pokręcić się ostrożnie po pokoju. W końcu zasiadła przy biurku Jothana i obrzuciła wzrokiem księgi, które trzymał na półce nadblatem.

Znała te tytuły. Były to powieści, które obowiązkowo musiała przyswoić w młodości, co nieco ją zaskoczyło. Dodatkowo te egzemplarze spisano w języku obowiązującym tylko w królestwie Dor Kva’aru. To wielka rzadkość, bowiem zazwyczaj czytano je w mowie wspólnej. Nawet ona sama nie widziała owych lektur w rodzimymjęzyku.

Delikatnie zdjęła je wszystkie z półki i po przejrzeniu odkładała na miejsce. Musiała przyznać, że to miłe doświadczenie czytać tak dobrze znane zdania w ojczystej mowie, ale… nigdy nie fascynowały jej dzieła napisane w tymjęzyku.

W ten sposób przekartkowała osiem tomów. Dopiero dziewiąty, przedostatni, okazał się oryginałem. To właśnie ten Mythlen postanowiła teraz poczytać, bowiem wspólna mowa była niezwykle melodyjna, a słowa stanowiły ciekawą mieszankę różnych stwierdzeń. Składnia też należała do tych zdecydowanie bardziej artystycznych, dzięki czemu zyskała sobie ogromną przychylnośćdziewczyny.

Zaczytała się w dobrze znanej sobie księdze na tyle, że dopiero po kilkunastu stronnicach spostrzegła, w jak dobrym stanie był ów egzemplarz. Ze zdziwieniem zamknęła go i obróciła w poszukiwaniu śladów, które zazwyczaj odciskały się w miarę użytkowania na skórzanym grzbiecie, ale ich również brakowało. Czyżby… ten wolumin nie był nigdyotwierany?

Odłożyła go z powrotem na półkę, by Jothan, o ile tu wróci, nie dowiedział się, że przeglądała jego niewielkąbiblioteczkę.

Wtedy też, kiedy odchylała się na krześle, wdychając w płuca wilgotny zapach lasu, poczuła, że ssie ją w żołądku. Kiedy ostatnio jadła? Służące odradziły jej wczoraj obiad, by nie sprawiała wrażenia opuchniętej i mogła skosztować więcej weselnych potraw. A kiedy ostatnio piła wodę? Nie pamiętała i aż się zdziwiła, że nie poprosiła wieczorem Garetha, by dał jej chociaż kubek. Prawdopodobnie przeszkodziły jej w tym zaaferowanie izmęczenie.

Rozsądnym pomysłem byłoby ułożenie się teraz do snu, by odłączenie świadomości odsunęło od niej głód i pragnienie, ale wolała pozostać czujna, gdyby strażnik postanowił jednak ponownie sprawdzić pokój Jothana. Czy naprawdę miała tu siedzieć jeszcze dwadni?

A może Jothan trzymał tutaj coś dojedzenia?

Nie, nie… to byłoby bezsensu.

Błądząc wzrokiem po meblach w sypialni mężczyzny, przywoływała w wyobraźni obraz Jothana, którego zabrano z jej winy doaresztu.

Nie. Nie mogła się o to obwiniać. Przecież nie kazała mu okłamywać gwardii i łowców jej narzeczonego. Nie rozkazała mu też pozwolić sobie tu przenocować. A nawet gdyby cokolwiek mu kazała – ba, gdyby go o coś uprzejmie poprosiła – wątpiła, by to wykonał. Zapewne po prostu wyśmiałby ją i po raz kolejny udowodnił, jaką nienawiścią pałał do szlachty. Czemu czuł się lepszy od jej klasy? A może właśnie czuł sięgorszy?

Co takiego powodowało, że zachowywał się wobec niej w tak nonszalancki i pozbawiony szacunkusposób?

Jednocześniejednak…

Mythlen, myśląc nad tym, bawiła sięwłosami.

Jednocześnie jednak dał im się aresztować, zamiast ją wydać i być może zyskać nagrodę. Mythlen jeszcze kilka godzin temu nie podejrzewałaby go o takiezachowanie.

Nagle wpadła na pewien pomysł, zupełnie niezwiązany z obiektem jejrozważań.

Wstała i podeszła do okna, usiadła na parapecie, przełożyła nogi i zsunęła się na zieloną, kusząco miękkątrawę.

Robiąc to, zastanawiała się, co kierowałomężczyzną.

Jakie wydarzenia definiowały jegozachowanie.

I który szlachcic skrzywdził go wprzeszłości.

PODZIĘKOWANIA

Ta książka to dotychczas moja najważniejsza praca. Pamiętam, jak podczas pisania ostatnich rozdziałów płakałam na myśl, że niebawem przyjdzie mi się z nią rozstać, a co za tym idzie, pozostawić za sobą wszystkich jej bohaterów. Niemniej paradoksalnie odczuwałam również radość. Czuję ją także teraz, bowiem nareszcie udało mi się opowiedzieć i upublicznić historię, która chodziła mi po głowie od długiego czasu i której przesłanie stało się dla mnie tak niesamowicie ważne. Gdy zaczynałam pisać Stalowe róże, nie sądziłam, że będą zawierały taki ładunek emocjonalny, jednak w trakcie, kiedy sama zaczęłam poznawać bohaterów, zrozumiałam, jaki ciężar dźwigają na swoich ramionach i jaką przeszłość pragną przed Wami odkryć. A przeszłość ta okazała się zbyt bolesna, aby ją pominąć. Na ich przykładzie, nieco zainspirowana Jaskinią platońską, chciałam również pokazać pewien rodzaj zgubnego społecznego zaślepienia. Każdy z drobnych wątków był zatem swoistym pączkiem kwiatu, który należało pielęgnować.

Przechodząc do meritum, pragnę przede wszystkim podziękować, że miałam możliwość stać się ogrodnikiem dla tych Róż.

Rodzinie – Mamie, Tacie, Babci i Dziadkowi – za to, że byli przy mnie, gdy je sadziłam.

Ani, Asi i Sandrze – bo gdyby nie te trzy panie, które zupełnie się ze sobą nie znają, a które są ze mną od wielu lat i których wsparcie jest dla mnie nieocenione, Róże by niewykiełkowały.

Aż wreszcie składowi doświadczonych ogrodników – dziękuję Marcinowi za docenienie tych kwiatów, a Paulinie i Joannie za ich pielęgnację. I przede wszystkim Wam i wszystkim tym, którzy przeszli razem ze mną przez cały ogród i pełną bólu, a zarazem dającą nadzieję historię Jothana, Mythlen i Garetha – dziękuję!

Stalowe róże

Copyright © Maria Magdalena

Copyright © Wydawnictwo Inanna

Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak

Wszelkie prawa zastrzeżone. All rightsreserved.

Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2025r.

książka ISBN 978-83-7995-825-2

ebook ISBN 978-83-7995-826-9

Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski

Redakcja: Paulina Kalinowska

Korekta: Joanna Błakita

Projekt i