Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł
Z POPIOŁÓW ZAKONU JEDI WYŁANIA SIĘ INKWIZYTORKA
Padawanka Iskat Akaris poświęciła życie na podróże po galaktyce i poznawanie arkanów Mocy u boku mistrzyni, by zostać przykładną Jedi. Choć bardzo się stara, często trudno jej zachować spokój i opanowanie. Każda porażka budzi w dziewczynie poczucie, że pozostali Jedi stają się wobec niej coraz bardziej nieufni. I tak już niepewna własnej przyszłości w zakonie, Iskat mierzy się z osobistą tragedią, gdy jej mistrzyni ginie, a wybuch wojen klonów sprawia, iż galaktyka pogrąża się w chaosie.
Teraz, jako generał, sama szerzy chaos na liniach frontu. Często słyszy napomnienia: „Zaufaj szkoleniu”, „Pokładaj ufność w mądrości Rady”, „Zaufaj Mocy”. Iskat jednak ma wątpliwości. Zaczyna zadawać pytania nieprzystające Jedi, pytania dotyczące jej tajemniczej przeszłości. Pytania, które mistrzowie uznaliby za niebezpieczne. Przez kolejne lata nieustającej wojny Iskat traci wiarę w zakon. Jest pewna, że gdyby tylko dawano jej więcej swobody, mogłaby się bardziej przyczynić do ochrony galaktyki. Gdyby tylko jej zaufali i udostępnili więcej informacji, mogłaby rozproszyć spowijające ją cienie. Gdy Jedi wreszcie upadają, Iskat korzysta z okazji, by wytyczyć własną ścieżkę. Otwiera się na wybawienie, jakim jest dla niej rozkaz 66.
Jako inkwizytorka odnajduje wolność, której zawsze łaknęła. Wolność, by zadawać pytania i pragnąć. Z każdym uderzeniem czerwonego ostrza zbliża się do własnego przeznaczenia w Mocy – bez względu na cenę.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 468
Podobnie jak Iskat, będę szczera. Pewna postać w tej powieści odbiera sobie życie, co w Gwiezdnych Wojnach zdarza się rzadko.
Gdy byłam znacznie młodsza, próbowałam popełnić samobójstwo.
Było to przerażające. Bolesne. I okazało się pomyłką.
Całe szczęście, że mi się nie udało.
Następnego dnia zaczęłam spisywać w notesie wszystkie te drobne rzeczy, które dają mi szczęście – ciepło słońca na twarzy, wiatr na plaży, stąpanie boso po miękkiej trawie, masowanie kota po brzuszku. Tworzyłam listę powodów, by żyć dalej. Chociaż zmagałam się – i nadal się zmagam – ze zdrowiem psychicznym, od tamtej pory ani razu nie pomyślałam, by wrócić w tamto mroczne miejsce. Codziennie jestem wdzięczna za to, że żyję.
Nie zdołaliśmy jednak uniknąć samobójstw wśród członków rodziny. Przyglądałam się z boku, jak wpadają w uzależnienia. Jak cierpią. Wiem, że każdy dzień stanowił dla nich wyzwanie.
Jako osoba, która uniknęła samobójczej śmierci, jako matka, jako osoba neuroatypowa, która zawsze czuła się inna, podchodzę do tej postaci z wielką miłością i wielkim współczuciem. Iskat miała wsparcie, kochającą rodzinę, była inteligentna, utalentowana, a mimo to nie potrafiła uśmierzyć dręczącego ją bólu. Jej wybór niczym rozchodzące się fale wpłynął na jej społeczność i najbliższych – okazał się tragiczny w skutkach.
Jeśli też zmagasz się ze zdrowiem psychicznym, pamiętaj, że z czasem będzie lepiej. Że zawsze jest nadzieja. Że zawsze znajdzie się jakiś powód, by trzymać się życia, choćby wydawał się mikry. Że inni Cię kochają. Że galaktyka Cię potrzebuje i że Twoja nieobecność byłaby tragedią. Musisz opowiedzieć własną historię. Masz do dyspozycji różne formy pomocy, no i są osoby, które Cię wysłuchają.
Niech Moc będzie z Tobą, Delilah
Dawno, dawno temu w odległej galaktyce….
/1
PADAWANKA JEDI ISKAT AKARIS nade wszystko chciała zapunktować u mistrzyni.
Co, niestety, zdarzało się rzadko.
– Choć, Iskat, zobacz. Co czujesz?
Mistrzyni Jedi Sember Vey odstąpiła na bok, by uczennica mogła się lepiej przyjrzeć pradawnemu tekstowi, dopiero co odwiniętemu ze starej, miękkiej skóry eopie. Po przeciwnej stronie kontuaru togrutański sprzedawca nerwowo obracał w palcach długie pasma koralików na szyi. Co chwila mimowolnie zerkał ku przypasanemu w talii mieczowi świetlnemu Sember.
Długie, czerwone palce Iskat sięgnęły ku… Cóż, nie była to do końca książka, a raczej liczne stare, kruche kawałki skóry, ledwie połączone ze sobą nicią ze zwierzęcych jelit – ale nim mogła ich dotknąć, Sember cmoknęła. Dłonie Iskat czym prędzej cofnęły się za plecy. Sember nigdy nie wydawała się nauczycielką aktywną i zaangażowaną. Rzadko kiedy wygłaszała kazania czy udzielała lekcji jak nauczyciele Jedi w Świątyni. Zamiast przekazywać wyraźne polecenia, oczekiwała, że Iskat będzie się przypatrywać i wyciągać wnioski. Często czekała milcząco w nadziei, iż podopieczna sama obmyśli kolejny krok i dokładnie tego oczekiwała od niej w tej chwili. Jej skupione czarne oczy emanowały cierpliwością. Czterdziestoparoletnia kobieta rasy ludzkiej o złocistej skórze i niebieskawoczarnych, nienagannie splecionych włosach czekała, aż uczennica… Niby co? Ma coś powiedzieć? Coś zrobić? Iskat nie miała pojęcia.
Odkąd Sember wybrała ją na padawankę po Turnieju Jedi, nie przebywały długo w jednym miejscu. Odwiedzały kolejne zapyziałe planety i tłoczne księżyce handlowe, by zamęczać sprzedawców, kolekcjonerów i archeologów, negocjując ceny rozmaitych kuriozów, mających wzbogacić zbiory Archiwów Jedi. Iskat już widywała takie teksty, bogato zdobione zwoje, pradawne miecze świetlne zalepione piaskiem czy skorupiakami, a nawet ząb rankora pokryty misternymi znakami dawno zapomnianego alfabetu. Sember była zdolną negocjatorką o pazaakowej twarzy, a Iskat miała świadomość, że jej rolą jest obserwowanie mistrzyni i nabywanie umiejętności przydatnych w rozpoznawaniu i pozyskiwaniu utraconych artefaktów z dziejów zakonu, by te przyczyniały się do rozwoju kolejnego pokolenia uczonych w Mocy.
Ale Iskat znowu nie potrafiła odgadnąć, co kryje się za ciszą ze strony jej mistrzyni.
– Co możesz nam powiedzieć bez dotykania przedmiotu, moja padawanko? – Sember wreszcie przerwała milczenie.
Iskat przerzuciła za ramię długie, splecione brązowe włosy i skupiła się na leżącym przed nią przedmiocie. Zaczerpnęła głęboko tchu i wyostrzyła zmysły.
– Tekst zdaje się być pradawny, mistrzyni. Nie znam samego języka. Poszczególne strony wykonane są z jakiegoś rodzaju zwierzęcej skóry, niemal przezroczystej. Tusz jest ciemnoczerwony. – Pochyliła się nad artefaktem na tyle, by go nie dotknąć, i powąchała. – Żelazisty aromat. Krew? Zmieszana z jakimś sproszkowanym minerałem.
– Tyle widzisz. A teraz sięgnij przez Moc. Co takiego czujesz?
Iskat zamknęła oczy.
– Ciemność. Pragnienie – powiedziała z zaciekawieniem. – To… chce być czytane, dotykane. Chce być poznane.
Otworzyła oczy, jasnoniebieskie na tle czerwonej skóry, i spojrzała pytająco na mistrzynię. Przez te wszystkie lata zdobyły dziesiątki artefaktów, ale coś takiego Iskat poczuła pierwszy raz.
Sember przytaknęła, co było najbliższym pochwały gestem, na jaki sobie pozwalała.
– To nie artefakt Jedi – oznajmiła. – To tekst Sithów.
– To co, nie bierzecie? – wtrącił sprzedawca i już wyciągał ręce, by zabrać przedmiot z kontuaru.
– Tego nie powiedziałam – odparła Sember. Dłonią w rękawiczce przesłoniła księgę garbowaną skórą. – Weźmiemy to po obiecanej cenie. Zapewniam, że będzie przechowywane w bezpiecznym miejscu i nie wpadnie w niepowołane ręce.
Iskat miała obserwować bacznie, jak mistrzyni targuje się ze sprzedawcą, ale jej uwagę przykuł sam dokument, teraz będący zaledwie wybrzuszeniem pod zwierzęcą skórą. Jeszcze nigdy nie widziała sithańskiego artefaktu. Nic dziwnego, że Sember nie pozwoliła jej go dotknąć. Nadal go jednak wyczuwała. Był jak małe dziecko z wyciągniętymi ramionami, proszące, by wziąć je na ręce.
– Pani asystentka. Czym ona jest? – zainteresował się kupiec, gdy już zamierzały opuścić sklep.
Sember zastanowiła się nad pytaniem.
– Jest Jedi.
– Ale jakiej rasy? Pierwszy raz widzę kogoś takiego. Czerwona skóra, ale nie jest Zeltronką ani Devaronianką.
– Jestem Jedi – oznajmiła zdecydowanym tonem Iskat.
– Dobrze, już dobrze – wycofał się sklepikarz. – Tak tylko pytam.
Choć ostro ucięła jego dociekania, Iskat sama była tego ciekawa. Nikt w Świątyni nie wiedział nic o jej rasie, a według Sember w aktach padawanki brakowało wzmianki o planecie pochodzenia. Miała dwa serca, długie palce i nietypowo przenikliwe zmysły, ale podczas podróży i badań nie natrafiła na żadne informacje o własnej biologii czy historii. Nie po raz pierwszy ktoś niefortunnie zadał pytanie, na które nie znała odpowiedzi.
W drodze powrotnej na statek Sember trzymała księgę przez zwierzęcą skórę, jakby chciała ograniczyć kontakt fizyczny z artefaktem. Weszły trapem na pokład promu T-6, nazwanego przez Iskat „Lirą” po tym, jak dziewczyna przeczytała gdzieś, że statki powinny mieć nazwy. Dla Sember był to po prostu T6-315. Gdy padawanka uruchamiała silniki, mistrzyni natychmiast schowała znalezisko w sejfie, w którym transportowały cenne znaleziska do Świątyni.
– Potrafisz przeczytać ten tekst? – spytała Iskat.
Sember przeraziła się na samą myśl.
– Nie śmiałabym próbować. Dobrze ci radzę: zapomnij o tej rzeczy, odetnij się od niej. Ciemna strona jest natarczywa jak robale yista, włażące ci pod skórę i stopniowo cię zatruwające. Rada Jedi podejmie decyzję, co z nią zrobić. My zaś mamy trzymać ją z dala od wszystkich, którzy chcieliby ją wykorzystać, by czynić zło. Jeśli podczas własnych podróży znajdziesz coś podobnego, musisz taką rzecz zdobyć równie umiejętnie, jakbyś kupowała artefakt Jedi, i zabezpieczyć przy pierwszej sposobności. Nie dotykaj jej, nie zapoznawaj się z treścią. Przyznaj sama przed sobą, że jesteś zaciekawiona, ale pozwól, by to uczucie minęło. Chciałam, żebyś wyczuła ten artefakt w Mocy i potrafiła w przyszłości rozpoznać podobne, ale taki kontakt powinien być możliwie krótki. Istnieje wiedza, która nie jest warta swojej ceny.
Iskat chwilowo porzuciła temat i zajęła się zabezpieczaniem reszty ładunku, gdy Sember zasiadła w fotelu pilota. Choć znalezisko wylądowało w sejfie, padawanka czuła, jak sięga na zewnątrz na ślepo niczym roślina bezmyślnie wyciągająca pędy w poszukiwaniu światła. Sember w pełni poświęcała się wyszukiwaniu artefaktów i katalogowaniu wiedzy Jedi, a teraz po raz pierwszy, odkąd podróżowały razem, opowiedziała się po stronie świadomej ignorancji.
Podczas wyprawy pozyskały liczne skarby i Iskat wyczuwała, że mistrzyni nie może się doczekać, aż zacznie pieczołowitą pracę nad ich analizą i katalogowaniem – pracę wykonywaną z upodobaniem i w samotności, przez co padawanka musiała znaleźć sobie inne zajęcie. Z tego, co Iskat wiedziała, niektórzy mistrzowie i padawani mieli serdeczne relacje, wypełnione śmiechem i miłymi słowami, ale Sember Vey była mistrzynią chłodną i często nie wywiązywała się z obowiązków mentorki. Na przemian popadała w obsesję nad pracą, zapominając o wszystkim innym, i w stan niecodziennego błogiego spokoju. Choć Iskat wolałaby nawiązać z nią bliższą więź, rozumiała, że Sember otrzymała inne ważne zadania poza wyszkoleniem padawanki. Iskat sama miała czerpać nauki z obserwacji nietypowych umiejętności mentorki oraz z jej rzadkich porad. Była zdeterminowana, by zostać możliwie najlepszą Jedi mimo tego, iż mistrzyni…
Cóż, pomimo jej wad.
Iskat nie do końca wiedziała, dlaczego Sember w ogóle ją wybrała. Nie odczuwała, by istniała między nimi szczególna więź, ba, często się martwiła, że Sember niespecjalnie ją lubi.
– Co tak stoisz, Iskat? Zapnij się i przygotuj do medytacji – zabrała głos starsza kobieta, jakby dopiero zauważyła obecność dziewczyny na pokładzie.
– Tak, mistrzyni.
Iskat próbowała uspokoić myśli, gdy prom wznosił się łagodnie. Gdy znalazły się w nadprzestrzeni, odnalazła swoją poduszkę i umościła się na niej. Zamknęła oczy i skupiła się na sobie. Oplotła palcami amulet, który dostała od Sember, niewielki kaboszon z niebieskiego kamienia, mający jej pomagać w skupieniu. Odnosiła wrażenie, iż brodzi w strumieniu. Gdy popłynęła wraz z nim, czas przestał istnieć. Z początku medytacja przychodziła jej z trudem, ale Sember i pozostali mistrzowie byli zgodni, że jej podstawowym celem jako padawanki powinna być nauka, jak się uspokajać i nad sobą panować. Po tamtym incydencie z kolumną…
Nie.
Nie zamierzała do tego wracać.
Miała zrobić coś odwrotnego.
„Nie ma emocji – jest spokój” – upomniała samą siebie.
„Nie ma ignorancji – jest wiedza”.
„Nie ma pasji – jest równowaga”.
„Nie ma chaosu – jest harmonia”.
Gdy zaczęła medytować jako młodziczka, czuła się niespokojna i znudzona. Nosiło ją i była zdesperowana, by robić dosłownie cokolwiek, byle nie zbijać bąków. Jej energia okazała się tak chaotyczna, iż nawet cierpliwość Sember znalazła się na wyczerpaniu i mistrzyni oskarżyła ją, że celowo się jej stawia. Jednak mistrz Klefan Opus, dawny mentor Sember, osobiście zaangażował się w rozwój Iskat i przez wiele poranków w Świątyni przesiadywał u jej boku, by mogła zanurzać się w spokoju, który on osiągnął po wielu dekadach. Krok po kroku uczył ją, jak osiągnąć ten sam poziom.
Bo mistrzowie Sember i Klefan mieli rację. Im bardziej Iskat zgłębiała więź z Mocą podczas medytacji, tym bardziej panowała nad emocjami. Ostatnio nie wpadała już w złość i była dumna z tego, ile osiągnęła. Sember nigdy nie komentowała jej postępów, ale Klefan tak, a Iskat to wystarczało.
Kolejne dni spędzały w ciszy, podróżując przez nadprzestrzeń ku zlokalizowanemu pośród Światów Jądra Bar’leth, gdzie jeden z ich ulubionych kupców obiecał im nietypowe znalezisko. Sember większość czasu poświęcała artefaktom za zamkniętymi drzwiami własnej kajuty, ale przygotowała dla Iskat napięty harmonogram zadań, które zmieniały się każdego dnia i między innymi obejmowały ćwiczenia z walki mieczem ze zdalniakiem, kalistenikę, lektury na temat flory i fauny, no i oczywiście więcej medytacji. Iskat zawsze najbardziej uwielbiała walkę i żałowała, iż nie może częściej prowadzić sparingów z własną mistrzynią zamiast z tym prostym urządzeniem, które już od dawna nie stanowiło dla niej wyzwania, ale wiedziała, że jej prośby trafiłyby w próżnię.
Od czasu do czasu dekoncentrowała ją obecność sithańskiego tekstu w sejfie, zupełnie jakby ten nudził się i domagał uwagi, ale Iskat go ignorowała. Myślała, czyby nie wspomnieć o tym Sember, ale nie chciała dawać mistrzyni żadnego powodu, by ta w nią wątpiła czy ją upominała. Tak naprawdę bywało najlepiej, gdy Iskat siedziała cicho i bez słowa robiła to, co sugerowała jej mentorka. Zresztą kto wie, czy nie był to kolejny test. W końcu mistrzyni prosiła ją, by stawiała opór nawoływaniom sithańskiego artefaktu. Porażka jedynie ujawniłaby kolejną słabość.
Gdy wreszcie opuściły nadprzestrzeń, system łączności statku zapikał, informując je o nadchodzącej wiadomości.
– Sember Vey, wiemy, że twoja obecna misja nie dobiegła jeszcze końca, ale musisz natychmiast powrócić do Świątyni na Coruscant – oznajmił mistrz Jedi Mace Windu. W niskim, nieznoszącym sprzeciwu głosie pobrzmiewał nietypowy pośpiech. – W związku z aktualną sytuacją misje bez kluczowego znaczenia zostały tymczasowo wstrzymane. Jesteś nam tu potrzebna.
Komunikat dobiegł końca. Sember westchnęła i zaczęła wprowadzać nowy kurs z myślą o trasie powrotnej do Świątyni.
– Wiesz, co się dzieje? – spytała mistrzynię Iskat.
– Wiem tyle, co ty – odparła spokojnie Sember, jakby otrzymana wiadomość nie zwiastowała niczego nowego czy ekscytującego. – Naprawdę zależało mi, by złożyć wizytę Gamodarowi. Twierdził, że znalazł coś wyjątkowego.
Nie znajdowały się daleko od Coruscant, więc Iskat miała jeszcze mniej czasu niż zazwyczaj, by przygotować się do porzucenia przepełnionego zadaniami milczenia i zanurzenia w kulturze Świątyni. Jak wszyscy padawani, i ona dorastała tam od maleńkości. Pamiętała wiele miłych momentów ze sparingów na miecze świetlne z mistrzem Yodą czy z wycieczek na inne planety z młodymi, buzującymi energią rycerzami Jedi. Ale potem, gdy miała trzynaście lat, doszło do tamtego incydentu z kolumną i od tamtej pory wraz z Sember niemal zawsze przebywały na misjach, i… A teraz zawsze czuła się dziwnie, gdy wracały do Świątyni. Nie to, by ktokolwiek zachowywał się niemiło, bo Jedi byli Jedi, ale Iskat zawsze odnosiła wrażenie, że pozostali padawani czują się nerwowo w jej obecności, a już szczególnie Charlin i Onielle, które doznały wtedy niewielkich i tymczasowych obrażeń. Iskat bała się ponownego spotkania, choć teraz wszyscy byli o pięć lat starsi, podróżowali po galaktyce z własnymi mistrzami i – miała nadzieję – stali się nieco dojrzalsi.
Gdy Coruscant rosło w iluminatorze, a Sember kierowała statek ku Świątyni, Iskat zauważyła, że w pobliżu placówki zakonu panuje wyjątkowo wzmożony ruch. Musiały zaczekać, aż zwolni się lądowisko, a gdy opuściły trap, Sember oddaliła się pośpiesznie z sejfem na platformie repulsorowej. Iskat podążyła za mistrzynią, lecz ta obejrzała się zdziwiona przez ramię.
– No tak. Iskat. Muszę się stawić przed Radą. Jeśli zdołasz, spróbuj poćwiczyć walkę mieczem.
Iskat szła dalej za mistrzynią, teraz wyraźnie zaciekawiona. Posługiwanie się mieczem świetlnym było najmniej ulubionym przedmiotem nauk Sember i choć mistrzyni dołożyła starań, by jej podopieczna spędzała mnóstwo czasu ze zdalniakiem, nigdy nie zachęcała jej, by rozwijała wrodzoną pasję do walki. Gdy na początku szkolenia Iskat spytała ją o awersję do czegoś, co stanowiło integralną część szkolenia Jedi, Sember przypomniała uczennicy, że biegłość i zainteresowanie to dwie różne rzeczy – i na tym ucięła temat.
– Czemu akurat walka mieczem? – spytała dziewczyna. – Czemu teraz? Wysyłają nas na nową misję?
Sember szła przed siebie miarowym krokiem. Nie odwróciła się, gdy zabrała głos.
– Rozejrzyj się, padawanko. Wszyscy zostali ściągnięci ze swoich misji. Nie wyczuwasz tej aury pośpiechu? Buzującego oczekiwania? Stało się coś ważnego. A teraz idź poćwiczyć. Pamiętaj, by się skoncentrować i nie stracić nad sobą panowania. Zaufaj Mocy.
– Tak, mistrzyni.
Iskat ścisnęła swój amulet z niebieskim kamieniem i ruszyła ku ulubionej sali treningowej padawanów z jej grupy wiekowej. Zostawiła mistrzynię, by ta dostarczyła Najwyższej Radzie ich liczne znaleziska. Gdy sejf się oddalał, Iskat czuła, jak głos pradawnego tekstu staje się coraz cichszy. Miała nadzieję, iż Rada przechowuje takie przedmioty pod kluczem, a może nawet po prostu je niszczy. Czuła się nieswojo z myślą, że coś takiego znalazło się tu, w Świątyni, w otoczeniu Jedi i dociekliwych malców. Ba, sama była go ciekawa, ale widziała, że ciemna strona jest kusząca i należy stawiać jej aktywny opór. Sember zawsze wyrażała się na ten temat jasno. Jedi nie powinni ulegać takim pokusom, a co dopiero świadomie ich poszukiwać.
Nie były w Świątyni od dawna, ale mało co się zmieniło. Sember miała rację – w korytarzach panował większy ruch. Jedi w brązowych szatach wyjątkowo szli pośpiesznym krokiem zamiast emanować dystyngowanym spokojem. Obsługa i droidy przemieszczali się wśród nich z bagażami. Gdy Iskat zbliżała się do celu, dobiegł ją znajomy dźwięk buczących i ścierających się mieczy treningowych, rozbrzmiewający do wtóru szurania butów o kamienną posadzkę.
Zatrzymała się przy drzwiach. Teraz była starsza, sporo wyższa, a jej brązowe, misternie splecione włosy sięgały jej niemal do talii. Jej szata wydawała się nieco zbyt krótka, ale utrzymana w dobrym stanie, choć buty miała znoszone. Od lat nie widziała wielu kompanów z dzieciństwa, bo wszyscy rozpierzchli się po galaktyce w towarzystwie własnych mistrzów. No, oprócz tych, którzy postanowili odejść z powodu głupoty Iskat. Dziewczyna nie chciała do tego wracać.
Wyprostowała kołnierz płaszcza, ścisnęła amulet i zachęciła serca, by się uspokoiły. Wezbrały w niej niepożądane emocje – ekscytacja, zaniepokojenie, nawet strach. Emocje niegodne Jedi, a przynajmniej takie, nad którymi powinni szybko zapanować. A jeśli jej umiejętności w walce okażą się liche? A jeśli straci nad sobą panowanie? A jeśli znów stanie się coś strasznego?
Zamknęła oczy i spróbowała się wypośrodkować.
„Nie ma emocji – jest spokój”.
„Nie ma ignorancji – jest wiedza”.
„Nie ma pasji – jest równowaga”.
„Nie ma chaosu – jest harmonia”.
Spokój nie przychodził jej łatwo. W porównaniu z innymi padawanami miała wrażliwsze zmysły, ale i bardziej intensywne i wybuchowe emocje. Często się zastanawiała, czy wszyscy Jedi z takim samym trudem utrzymują ten charakterystyczny spokój, czy może to Sember pokpiła sprawę i zapomniała przekazać jej coś ważnego, co innym przychodziło naturalnie. Zawsze czuła się zupełnie inna niż jej mistrzyni, tak opanowana, że czasami wydawało się, iż jest wykuta z kamienia. Iskat zaś czuła burzę emocji, zmienną niczym morze.
Nieważne. Była Jedi. Musiała odnaleźć spokój, choćby miała przyszpilić go do ziemi i utrzymać w miejscu siłą.
Mistrzyni poleciła jej ćwiczenia, więc zamierzała ćwiczyć.
/2
GDY ISKAT PRZEKRACZAŁA PRÓG sali treningowej, miała wrażenie, że robi wielkie wejście, ale nikt na nią nawet nie spojrzał. Pozostali byli zbyt zajęci sparingami, obserwowaniem walk i udzielaniem pomocnych rad. Ich wiek wahał się od trzynastu do może dwudziestu lat. Sami padawani, którzy jeszcze nie zostali rycerzami. Iskat znała imię każdego z obecnych w sali i nie zdziwiło jej, że rozpoznała kilkoro członków własnego klanu młodzików. Istoty te dorastały u jej boku i wraz z nią ścierały się w Turnieju Jedi. Dziwnie się czuła z tym, że przez ten czas, gdy przebywali na misjach, wszyscy zdawali się niemal dorosnąć.
Natychmiast wyszukała wzrokiem swojego ulubionego kompana wśród padawanów, czarnoskórego Twi’leka o imieniu Tualon, o dwóch lekku okalających twarz. Podobnie jak ona, od Turnieju odbywał misję za misją z młodym i energicznym mistrzem, Nautolaninem Bavokiem Anshem. Tualon sporo podrósł. Jego dawniej pyzate policzki teraz stały się kościste, ale uśmiech miał przyjazny i szelmowski jak zawsze. W przeciwieństwie do niektórych padawanów, nigdy nie okazywał strachu czy niepokoju w towarzystwie Iskat, zresztą wiele razy rano dołączał do niej w ogrodzie medytacyjnym, gdy siedziała przy ulubionym oczku wodnym, tym z rybami. Iskat stanęła przy nim, gdy kucał, opierając kościste łokcie o kolana, i z zainteresowaniem śledził walkę Charlin, różowoskórej Twi’lekanki, z Fvornem, małomównym Durosem, który niemal podwoił rozmiary, odkąd Iskat widziała go ostatnio.
– Charlin nie ma szans – zagaiła Iskat.
Tualon podniósł na nią wzrok. Pomarańczowe oczy płonęły mu jak węgielki. Uśmiechnął się, a Iskat zabiły mocniej serca.
– Może nie pod kątem masy, ale zawsze była szybka. Dopiero co wróciłaś?
– Tak, przed chwilą. Z Ringo Vindy. Wiesz, czemu wszystkich wezwali?
Pozostali w sali zasyczeli, gdy Fvorn zadał potężny cios, ale Tualon nie odkrywał wzroku od Iskat. Skrzywił się.
– Według mistrza Ansha chodzi o coś bezprecedensowego, co nie wydarzyło się jeszcze za naszego życia. Potrzebujemy wszystkich Jedi, jakich zdołamy ściągnąć. Chodzi o jakieś zagrożenie ze strony separatystów. Jestem pewien, że dowiemy się wkrótce.
Przyglądali się walce przez dłuższą chwilę, ale wtedy Charlin zrobiła salto nad Fvornem i wylądowała, wyprowadzając cios, który okazałby się śmiertelny, gdyby walczyli prawdziwymi mieczami. Fvorn jęknął, skłonił się i wycofał z pola walki. Jego rodiański przyjaciel Zeeth poklepał go po ramieniu i rzucił:
– Następnym razem wygrasz.
Charlin obnosiła się zwycięstwem nieco bardziej, niż przystawało to Jedi. Zamachnęła się różowym pasiastym lekku i wyszczerzyła zęby.
Iskat poczuła coś w piersi, rozdrażnienie i może ukłucie zazdrości.
– Naprawdę poprawiła technikę – ocenił Tualon. Był pod wrażeniem. – Słyszałem, że podczas ostatniej misji podszkoliła się w sztuce walki zama-shiwo pod okiem jednych z najlepszych wojowników na Jedzie.
Nim mogła się powstrzymać, Iskat wystąpiła do przodu.
– Wiemy już, kto walczy w kolejnej rundzie?
Charlin spojrzała na nią i Iskat poczuła osobliwą satysfakcję na widok jej rozszerzonych ze zdziwienia zielonych oczu. Twi’lekanka zdradziła się na chwilę z prawdziwymi uczuciami, ale natychmiast zdusiła je w zarodku i uśmiechnęła się do Iskat jakby były przyjaciółkami.
– Nie, ale to sala ćwiczeń. Każdy może wziąć udział.
Iskat naprawdę chciała dobyć miecza świetlnego. Miał krótką rękojeść, nieco szerszą niż standardowa przez wzgląd na jej dłuższe palce, wykonaną z wypolerowanego ciemnoczerwonego drewna i zwieńczoną obrobionym zębem rekina firaksa. W porównaniu z elegancką, połyskującą chromowaną rękojeścią Charlin jej własna wydawała się dziwaczna i brutalna, ale Iskat była z niej dumna. Ma się rozumieć, że mistrzowie nie aprobowali ćwiczeń z prawdziwymi mieczami świetlnymi. Iskat wyciągnęła dłoń i Fvorn rzucił jej swoją broń treningową. Iskat lepiej radziła sobie z własną, ale już dawno nauczyła się obchodzenia z mniejszymi rękojeściami preferowanymi przez większość Jedi.
Charlin włączyła miecz treningowy i Iskat poszła w jej ślady. W sali zapadła cisza. Padawani wstrzymali resztę walk i zebrali się w kole, cisi i uważni. Iskat wzrosło tętno, gdy uświadomiła sobie, że nagle znalazła się w centrum spektaklu, ale zapanowała nad nieproszoną emocją, schłodziła ją spokojem, nad którym tak długo pracowała. Możliwie wyostrzyła zmysły i świat wokół niej nabrał misternych szczegółów. Dostrzegała każdą nierówność posadzki, każdą barierkę, każdą broń, jaką mogłaby się posłużyć, gdyby nagle straciła obecną. Gdy ktoś inny doznawał silnej emocji, szczególnie oczekiwania, Iskat wyczuwała to w Mocy – nie żeby kiedykolwiek podzieliła się tym faktem z innymi, nawet z mistrzynią, która i tak trzymała ją na dystans. Nikt tutaj nie próbował kryć się z ekscytacją. Po tak długiej rozłące i przebywaniu w towarzystwie poważnych mistrzów wszyscy liczyli na dobrą rozrywkę, na to, że ich młodzieńcza pasja znajdzie jakieś ujście. Charlin była dumna i pewna siebie, ale i nieco przestraszona.
Iskat mogła to wykorzystać.
Przypomniała sobie z poprzednich sparingów z Twi’lekanką, że ta nigdy nie atakuje – raczej czeka cierpliwie, aż to przeciwnik wykona pierwszy ruch. Iskat zawsze korzystała z tej wiedzy, by zaszarżować bez zapowiedzi i zbić ją z tropu, ale tym razem czekała, krążąc ostrożnie i powtarzając ruchy Charlin. Mimowolnie wyszczerzyła zęby, gdy zobaczyła wahanie na twarzy Twi’lekanki, dotąd pewnej, że jej sparingpartnerka obierze sprawdzoną strategię. Mistrzyni Vey nie walczyła z Iskat od miesięcy i dziewczyna uświadomiła sobie, że jej tego brakowało. Tęskniła za możliwością doskonalenia umiejętności w starciu z przeciwnikiem, jakby ostrzyła klingę o osełkę. Im dłużej powstrzymywała się od ataku, tym większą niepewność zasiewała w Charlin.
– Niczego nie zrobisz? – spytała sfrustrowana Twi’lekanka.
– Przecież robię. A ty nie?
– Jeszcze nie postanowiłam.
Charlin nie wytrzymała. Zaszarżowała, wyprowadzając klasyczny atak, a Iskat bez trudu go sparowała. Twi’lekanka zdradzała się z ruchami, a choć wyraźnie trenowała i stawała się coraz lepsza, najzwyczajniej nie była urodzoną wojowniczką. Wszystkie ataki Charlin wywodziły się ze skostniałych form, które ćwiczyli aż do znudzenia, a jej kreatywność w walce ograniczała się do tego, co zostało jej wpojone na siłę. Iskat parowała kolejne pchnięcia i cięcia ze spokojem, tracąc na to możliwie mało energii.
Było oczywiste, że w Charlin narasta zniecierpliwienie i zmęczona Twi’lekanka zaczyna tracić formę. Iskat się nią bawiła – a Charlin o tym wiedziała, przez co stawała się niedbała. Gdy następnym razem próbowała przebić się przez zasłonę przeciwniczki, Iskat przeskoczyła nad ostrzem i wyprowadziła cios w połowie salta, o włos – i przez grzeczność – unikając wrażliwego lekku.
– Koniec – oznajmiła, gdy wylądowała lekko na posadzce.
– To tylko draśnięcie – argumentowała Charlin. Zacisnęła zęby. Musiała zarobić bolesnego siniaka. Iskat go widziała – jaśniejszy różowy obrzęk na czubku głowy.
– Gdybyśmy walczyły prawdziwymi mieczami świetlnymi, byłabyś poważnie ranna lub martwa.
Charlin spiorunowała ją wzrokiem. Jej policzki przybrały niemal purpurową barwę.
– Jeszcze nie skończyłam.
– Zgodnie z zasadami to już koniec.
Onielle stanęła obok najlepszej przyjaciółki i uruchomiła własny miecz treningowy. Dziewczyna rasy ludzkiej miała rude włosy i piegi. Iskat wyczuwała, że próbuje okiełznać własną niecierpliwość. Jej policzki były równie różowe co Charlin.
– To ja zawalczę w następnej rundzie.
Iskat skłoniła głowę i uniosła broń.
– Tak jak wspomniała Charlin. Każdy może wziąć udział.
Onielle nie dorównywała poprzedniczce gracją w walce, ale jej mistrz dobrze ją wyszkolił i odkąd Iskat ostatnio ją widziała, ataki dziewczyny polepszyły się i stały bardziej zawzięte. Miała teraz dłuższe ręce, co zapewniało jej świetny zasięg. Onielle natychmiast podjęła atak. Minęła pełna furii i zdziwienia chwila, nim Iskat przyzwyczaiła się i odnalazła własne tempo.
Ależ tęskniła za tym aspektem szkoleń. Gdy trzymała w dłoni broń, a w zasięgu wzroku miała przeciwnika, czuła, że naprawdę żyje, jest skupiona i nawiązała nieutrudnioną więź z Mocą, co w drodze medytacji często osiągała dopiero po wielu godzinach. Odnosiła wrażenie, że niemal wyczuwa przyszłe kroki przeciwniczki, jakby wiedziała, iż Onielle zastosuje konkretną kombinację, którą ćwiczyli z mistrzem Yodą. Pozwalała, by jej ostrze parowało uderzenia naturalnie i z właściwą siłą.
– Dobra jest – dobiegł ją czyjś szept.
Obserwujący nie podnosili głosów, ale nikt w sali nie orientował się, jak bardzo wyostrzone są zmysły Iskat. Sember wiedziała, co było jednym z powodów, dla których zawsze zabierała ze sobą uczennicę, gdy musiała się z kimś targować. Iskat polegała na ostrym wzroku, czułym węchu i wrażliwym słuchu, by oceniać oferowane artefakty. Inni padawani nie mieli o tym pojęcia.
– Zawsze dobrze władała mieczem świetlnym. Po prostu mam nadzieję, że znów nie straci nad sobą panowania…
– Jedi nie powinni się wściekać. Czy to dlatego mistrzyni Vey ciągle wylatuje z nią na te długie misje?
– Ma to sens. Byłeś tam, gdy kolumna…
– Tak, tuż obok. Ledwie jej uniknąłem…
– Pomyśleć, że się przyjaźniły. Biedna Tika.
Dźwięk tego imienia wytrącił Iskat z równowagi. Jakby pływała zadowolona w Mocy, po czym nagle musiała zetrzeć się z potopem, z falą, uderzającą w nią kolejnymi napierającymi wspomnieniami. Ścisnęła amulet, walcząc jednorącz, poszukując chłodnej, niebieskiej więzi, obietnicy spokoju, ale ta lina ratunkowa okazała się niewystarczająca, by powstrzymać stare uczucia, z którymi tak długo i usilnie się godziła albo które przynajmniej tłumiła.
Wychodziło na to, że pomimo ciężkiej pracy pozostawały silne jak zawsze.
Kompletnie niepomna zgiełku w głowie i ciele Iskat, Onielle próbowała wyprowadzić dwuręczny cios. Iskat przechwyciła go ostrzem, uderzeniem buta w żołądek odrzuciła dziewczynę do tyłu, po czym sama zadała cios od góry, a ten sprawił, że przeciwniczka krzyknęła z szoku. Miecz treningowy przejechał dziewczynie po szacie na piersi, gdy Onielle leżała na ziemi z rękoma przed twarzą i odrzuconą bronią.
Iskat stanęła nad nią i skierowała ostrze w kierunku jej gardła, na tyle blisko, że dziewczyna aż się wzdrygnęła.
Silne dłonie złapały Iskat za ramiona i odciągnęły ją do tyłu.
– Iskat, dość – odezwał się Tualon.
Gdy usłyszała jego głos dobiegający z tak bliska, zamarła i upuściła miecz, uświadomiwszy sobie, co najlepszego zrobiła. Nie to, że Jedi krzywili się na wygraną, ale jej atak był niepotrzebnie brutalny, co zdecydowanie wykraczało poza kodeks – kodeks, którego zapisów Iskat się trzymała i w który wierzyła od maleńkości. Ogarnęła ją fala wstydu, że tyle osób widziało jej kolejny błąd.
Od czasu Tiki i kolumny jej jedynym celem stało się to, by nauczyć się kiełznać emocje i panować nad więzią z Mocą. Musiała być łagodną, pogodną rzeką, nie gwałtownym wodospadem, a mimo to podczas pierwszej od lat wizyty w sali treningowej znów o mało co do tego nie doszło. Znów omal nie straciła nad sobą panowania.
– Przepraszam – wydukała. – Dziękuję, Tualonie.
Przynajmniej powstrzymała się przed ucieczką. Odstąpiła od kolegi i z całą godnością, jaką była w stanie przywołać, spokojnie wyszła z sali, powstrzymując łzy.
Jedi nie powinni trzymać się kurczowo złości. Nie powinni robić rzeczy przynoszących wstyd. Nie powinni z tego powodu płakać. A przecież Iskat nade wszystko chciała zostać przykładną Jedi. Całe życie poświęciła na szukanie spokoju i opanowania, których od niej wymagano. Wypełniała prośby mistrzyni z radosnymi sercami, regularnie medytowała, zachowywała dobre samopoczucie i starała się zastępować ciężkie, kurczowo trzymające się jej emocje dobrymi uczynkami i intensywną nauką.
A teraz w domu, pośród kompanów, poległa na całej linii.
Natychmiast udała się do kwatery mistrzyni i zapukała do drzwi. Usłyszała dobiegające z wewnątrz stłumione szmery i po dłuższej chwili otworzyła jej zziajana Sember.
– Wejdź.
Iskat wkroczyła do małego, schludnego pomieszczenia. Sember zamknęła drzwi i stanęła przed szafą.
– Mistrzyni, w sali treningowej stało się coś złego. Ja… znów to poczułam. – Iskat spuściła głowę.
Sember zaczerpnęła głęboko tchu i wypuściła powietrze przez nos. Iskat podniosła wzrok i ujrzała w oczach mentorki ból i rozczarowanie.
– Co się stało?
Opowieść w większości była prawdziwa. Iskat pominęła jednak wzmianki o licznych emocjach, których, jak wiedziała, nie powinna odczuwać tak głęboko, a które tak usilnie próbowała tłumić. Skupiła się na ferworze walki, opuszczając fakt, że to ona sama do niej doprowadziła i z radością prowokowała przeciwniczkę.
– Dobrze sobie radziłam, aż ktoś wspomniał o Tice… – Zamilkła i znów spojrzała starszej kobiecie w ciemne oczy.
Sember nigdy nie była mistrzynią serdeczną i wyrozumiałą ani też żartującą i wyluzowaną. Była odległa, skupiona na innych sprawach, tak letnia, że niemal chłodna, jakby zamieszkiwała inną, o wiele bardziej spokojną płaszczyznę rzeczywistości, a jej padawanka stanowiła dla niej tylko przeszkodę. Iskat często wyczuwała z jej strony drobne fale, emocje, które starsza kobieta usiłowała przed nią ukrywać – rozdrażnienie pytaniami, przerywającymi jej pracę, jasne, ale też ubolewanie i swego rodzaju smutne pragnienie. Wiedziała, że Sember jej nie pocieszy, nie wesprze i nie pomoże w zmaganiach, ale wiedziała też, iż mistrzyni jest szczera i chce, by jej podopieczna odniosła sukces.
– Walki często wywołują w nas emocje, które poza nimi jesteśmy w stanie utrzymać w ryzach – powiedziała wreszcie Sember. – Walka, nawet taka nie na poważnie, pozostaje walką. To taniec między życiem i śmiercią. Każde z nas otrzymało niepowtarzalne dary i zmaga się z innymi wyzwaniami. Tak się składa, że w twoim przypadku mowa o jednym i tym samym. Twoja więź z Mocą jest zarazem silna i trudna do opanowania, ale nie jest to niemożliwe. Dojście do mistrzostwa to wyzwanie na całe życie. Bardzo się rozwinęłaś, ale pod wieloma względami pozostajesz dzieckiem.
– Mistrzyni, tak usilnie próbuję…
– Jak skwitował to mistrz Yoda, gdy byłam znacznie młodsza, rób albo nie rób. Nie ma próbowania. – Sember posłała jej delikatny i niemal szczery uśmiech.
– Ale jak? Więcej medytacji? Kolejny amulet? Tak bardzo chcę stać się lepsza, ale czuję się tak, jakby coś we mnie było zepsute.
Mistrzyni Sember złożyła dłoń na jej ramieniu w rzadkim geście życzliwości.
– Nie jesteś zepsuta. Wszyscy jesteśmy istotami niedoskonałymi, łaknącymi oświecenia. Po prostu musisz go łaknąć nieco silniej niż większość.
Iskat przytaknęła.
– Spróbuję. To znaczy: tak zrobię. Będę pracować pilniej.
– Jestem tego pewna. – Sember westchnęła i się wyprostowała. – Ale teraz nie pora na medytację. W Świątyni panuje niepokój. Nic dziwnego, że w sali treningowej tak buzują emocje – wy, młodzi, też podskórnie wyczuwacie zmianę. – Sember na krótko złożyła dłoń na rękojeści miecza. – Iskat, wezwano nas tutaj, bo jesteśmy potrzebne. Wysyłają nas na Geonosis, aby uratować Obi-Wana Kenobiego. Został zaatakowany…
– Przez separatystów – dokończyła Iskat, przypominając sobie niedawne słowa Tualona.
Sember przytaknęła.
– Separatyści połączyli siły z Federacją Handlową i hrabią Dooku. Powołali armię droidów. Wyruszamy wkrótce. Będziesz w stanie wykazać się odpowiednim poziomem opanowania podczas misji ratunkowej, która może się wiązać z prawdziwym niebezpieczeństwem?
– Tak, mistrzyni.
Iskat poczuła się podniesiona na duchu. Jasne, przez ostatnich parę lat odbyła liczne misje z Sember, ale wszystkie były spokojne – ot, chodziły i robiły zakupy. Niby miało to ogromne znaczenie dla zakonu, ale niespecjalnie ciekawiło Iskat. Z drugiej strony to zadanie zapowiadało się ekscytująco. A to chyba nic złego, że ekscytowała się możliwością czynienia dobra w galaktyce?
No i co to za dziwna misja – wezwali wszystkich dostępnych Jedi, by uratować jedną osobę? Obi-Wan zawsze był dla niej miły, gdy nadchodziła jego pora, by nauczać młodzików, ale on dla każdego był miły. To dokładnie taki mistrz Jedi, jakiego sama by dla siebie wybrała – o wielkiej wiedzy i równie wielkich umiejętnościach, ale o przyjaznym usposobieniu i skory do zachęt i zasłużonych pochwał. Poczuła się dumna, że weźmie udział w akcji, która miała zapewnić mu bezpieczeństwo.
– Leć, padawanko. Przygotuj się do podróży. Wyruszamy o zmierzchu.
Iskat skłoniła głowę i postąpiła zgodnie z instrukcjami. Po drodze nie wpadła na żadnego z padawanów. Podejrzewała, że ci nadal przebywają w sali treningowej i ją obgadują. Mogła jedynie mieć nadzieję, że nadchodząca misja okaże się krótka i skuteczna, a potęga Jedi czym prędzej położy kres zagrażającej Republice armii droidów. Wkrótce wraz z Sember wrócą na pokład statku, gdzie będzie mogła ze wzmożoną siłą poświęcić się poszukiwaniom spokoju w Mocy, choć ten obecnie zdawał się jej nieuchwytny.
/3
GDY PROM PRZEDZIERAŁ SIĘ przez atmosferę suchej planety Geonosis, Iskat z trudem odgradzała się od przytłaczającej kakofonii zmysłów i skupiała się na tym, by wypośrodkować się pośród tego całego chaosu. Nie była to jedynie misja ratunkowa, lecz operacja wojskowa. Jedi stali się teraz żołnierzami, ale nie walczyli sami. Zjawiły się całe tysiące klonów, by wspólnie z nimi wspierać Republikę, jeden z nich nawet leciał z nimi na statku. Po latach względnego pokoju w galaktyce Jedi czym prędzej się zmobilizowali, by robić swoje jako obrońcy demokracji, sprawiedliwości i wolności.
Iskat czuła się podekscytowana… ale i przebodźcowana.
Uspokoiła oddech i zamknęła oczy, ściskając w dłoni amulet, a reszta Jedi wokół niej zniknęła i nastał bezruch.
„Nie ma emocji – jest spokój”.
„Nie ma ignorancji – jest wiedza”.
„Nie ma pasji – jest równowaga”.
„Nie ma chaosu – jest harmonia”.
W dniach po incydencie z kolumną mistrz Klefan nakłaniał ją, by odmawiała tę mantrę, a od tamtej pory Iskat wielokrotnie powtarzała ją z mistrzynią Sember. Jej słowa miała wypisane w umyśle, w sercach. Przenosiły ją do ciszy w jej wnętrzu, sprawiały, że czuła, jakby była tą Jedi, którą być powinna: spokojną, opanowaną, pogodną.
Medytacje nad kodeksem Jedi sprawiały, że niemal zapominała o Tice, ale czy tak naprawdę chciała o niej zapomnieć…?
Nie. Nie mogła teraz o tym myśleć.
Od tamtej pory minęły lata.
Nie wydarzyło się to po raz drugi.
Jej nauczyciele już tego dopilnowali, zresztą ona sama również.
Uczyła się. Ćwiczyła. Zyskała kontrolę, jakiej po niej oczekiwano. A teraz uczestniczyła w misji ratunkowej, otoczona mistrzami Jedi, rycerzami i padawanami. Jeszcze nigdy nie dobyła miecza świetlnego w prawdziwej walce, ale nie martwiła się o odwagę czy umiejętności. To nie to sprawiało, że jej bliźniacze serca biły tak głośno. Była niemal pewna, iż słyszy je siedzący obok Tualon. Zaryzykowała i spojrzała na bliskiego jej padawana o połyskujących czarnych lekku. Na jego twarzy malowała się determinacja.
– Gotowa? – spytał z dodającym otuchy uśmiechem.
– Bardziej gotowa nie będę – odparła.
Cóż, nie do końca mówiła prawdę. Czuła się bardziej niż gotowa. Jedi jednak mieli być skromni i umiarkowani, a ona wiedziała, że Tualon poważnie podchodzi do takich spraw, i nie chciała wyjść na zarozumiałą. Podziwiała kolegę za tę jego skromność – no i za towarzyskie usposobienie i szczery altruizm. Tualon był takim Jedi, jakim sama chciała się stać, takim, którego podziwiała.
Jeśli miała być ze sobą całkiem szczera, musiała przyznać, że o ile nie wątpiła, iż nie brakuje jej zręczności, umiejętności ani odwagi, po wczorajszych starciach z Charlin i Onielle zrodziły się u niej nowe wątpliwości, czy poradzi sobie, gdy stawka okaże się wysoka, a ona będzie mieć broń w ręku. Spodziewała się po sobie więcej. I choć nikt nie napomknął słowem o incydencie z Onielle, czuła na sobie spojrzenia innych padawanów, siedzących przy swoich mistrzach. Wszyscy byli przypięci do swoich miejsc, gdy pędzili ku pustynnym piaskom Geonosis. Czuła na sobie ich wzrok, odbierała ich niepewność.
Siedzący naprzeciwko mistrz Klefan Opus spojrzał jej w oczy, skinął głową i uśmiechnął się do niej pokrzepiająco. Iskat odwzajemniła uśmiech, wdzięczna za to, że przynajmniej jeden mistrz w nią wierzy.
Miała nadzieję, że go nie zawiedzie.
– Brałeś już udział w walce? – spytała cicho Tualona. – Wiesz, na misjach?
Obrócił się w jej stronę i szepnął:
– Trochę. Mistrz Ansho zazwyczaj zajmuje się takimi kwestiami osobiście, ale pomogłem mu pokonać grupę bandytów, gdy eskortowaliśmy senatora podczas misji dyplomatycznej. Dzięki niech będą naszemu szkoleniu – wszystko wraca do ciebie w ferworze walki. Nie chciałem nikomu wyrządzić krzywdy, ale musieliśmy obronić senatora. A ty?
– Nigdy nie dobyłyśmy mieczy – przyznała. – Zazwyczaj albo stoimy przy kontuarze i targujemy się jak zwykli klienci, albo jakiś stary wyga podróżnik zaprasza nas do namiotu na herbatę. Było naprawdę spokojnie.
Rozejrzała się po statku, który trząsł się i drżał, opadając ku powierzchni planety. Powietrze wydawało się gęste i nieruchome. Niosło zapachy paliwa i potu. Na pokładzie znajdowało się łącznie dwudziestu Jedi. Zastanawiała się, jakie przygody przypadły w udziale innym padawanom, skoro Jedi w jej wieku zazwyczaj nie byli aż tak niedoświadczeni w prawdziwej walce jak ona.
– Myślisz, że… – zaczęła.
– Wystarczy pogaduszek – mruknęła mistrzyni Vey. Siedziała obok Iskat po drugiej stronie. – Niemal pora. Pamiętaj o swojej mantrze. Skup się na ćwiczeniach oddechowych, padawanko. Nie wpuść znów chaosu do swojego wnętrza.
Iskat nie spłonęła rumieńcem, ale poczuła przypływ ciepłego wstydu, że została skarcona przez mistrzynię w obecności Tualona i pozostałych. Zważywszy na to, czemu mieli za chwilę stawić czoła na powierzchni, motywująca przemowa byłaby bardziej na miejscu od publicznej nagany. Mistrzyni mogła choćby wyszeptać jej parę słów otuchy. Tualon zamilknął i uprzejmie odwrócił wzrok, by nie kusić Iskat dalszą rozmową.
Długie, czerwone palce Iskat objęły chłodną metalową ławkę. Padawanka zamknęła oczy i po cichu wróciła do słów kodeksu Jedi.
„Nie ma emocji – jest spokój…”
Słowa stały się komfortowym rytmem, przeciwwagą dla silników statku, centralnym punktem, który sprawił, że jej jaźń osiągnęła stan spokoju, wolnego od wstydu, zmartwień i strachu.
– Lądujemy za trzy minuty – ogłosił pilot klon.
Choć Iskat wiedziała, że na Geonosis zmierzają tysiące żołnierzy takich jak on, pilot był pierwszym przedstawicielem nowych sił zbrojnych Republiki, z jakim miała kontakt. Nie wiedziała, jak wygląda pod pancerzem, ile ma lat, jakiego koloru są jego oczy, czy chętniej się krzywi, czy uśmiecha. Wiedziała tyle, że jego głos brzmi całkiem ostro, ale zdolności pilotażu wydawały się bez zarzutu. No i wkrótce będą walczyć ramię w ramię.
Jedi mieli zadziwiająco mało informacji o misji, orientowali się tylko, że Obi-Wan Kenobi wpadł w zasadzkę rosnącej armii separatystów. Każdy dostępny Jedi zdolny do działania znajdował się obecnie na pokładzie jednego z desantowców, podobnie jak Iskat. W przeciwieństwie do wypraw z mistrzynią Vey dziewczyna nie miała pojęcia, jaką przyjdzie jej odegrać rolę, ale była podekscytowana, iż jest wśród innych Jedi, a do tego zadowolona, że mistrzowie uznali ją za wystarczająco zdolną, by wzięła udział w tak ważnym przedsięwzięciu.
Zamierzała spełnić pokładane w niej nadzieje. Będzie wykonywać rozkazy i wcielać w życie nauki. Będzie częścią zespołu, który ocali mistrza Kenobiego.
Mimo to nie dawała jej spokoju pewna natrętna myśl, raz za razem przebijająca się przez jej barierę: co by się stało, gdyby zamiast się uspokoić i utrzymać emocje w ryzach, wyzbyła się kontroli, o którą tak zawzięcie walczyła, i pozwoliła, by Moc przepływała przez nią w pełni? Jaką to siłę by odnalazła, gdyby się na nią otworzyła? Jaką potęgę odkryłaby pod tyloma warstwami zahamowań? Co osiągnie teraz, gdy zetrze się z faktycznymi wrogami, a nie z innymi dzieciakami w sali treningowej?
Ścisnęła amulet i oddaliła od siebie tę myśl z tą samą energią, z jaką uciszyła ckliwy głos sithańskiego artefaktu. Takie myśli były niebezpieczne. Nie bez powodu istniał kodeks Jedi, a dzieje zakonu uczyły, że ci, którzy zbaczali ze ścieżki, często kończyli tragicznie. Prawdziwa wielkość brała się ze spokoju. Z wiedzy, opanowania i harmonii. A przecież Iskat chciała być wielka, no i pragnęła okazać się godna bycia Jedi. Poza Sember podczas misji mieli się jej przyglądać z bliska inni mistrzowie. Kto wie, czy jej postępowanie tu i teraz nie wpłynie na jej przyszłość w zakonie.
Spowalniający desantowiec trząsł się i jęczał, a grawitacja szarpała kośćmi Iskat. Metal pod jej butami drżał, a na wardze padawanki zbierał się pot, jakby wyczuwała z zewnątrz prażące słońce. Byli już blisko powierzchni i Iskat wyobraziła sobie, że gdyby mogła wyjrzeć przez iluminator, ujrzałaby świat piasku i iglic, jasnopomarańczowy i poprzecinany ostrymi czarnymi cieniami.
Już niemal pora.
Już prawie byli na miejscu.
Miała wrażenie, że za chwilę przekroczy ważną granicę, jakby ta misja ratunkowa – choć teraz zapowiadało się na bitwę z prawdziwego zdarzenia – zmieni wszystko bezpowrotnie, zarówno dla Jedi, jak i dla niej samej.
Nie potrafiła zapomnieć, jak blisko klęski znalazła się w Turnieju Jedi, jak fatalnie czuła się, gdy czekała, aż któryś mistrz wybierze ją na padawankę, aż ku jej wielkiemu zdziwieniu, w ostatniej możliwej, zdawałoby się, chwili, wreszcie wskazała ją Sember. Czasami martwiła się, że, zważywszy na roztargnione nauki mistrzyni i jej własne błędy z przeszłości, potrzebuje więcej pomocy i nadzoru od innych padawanów, że wszyscy są doskonale świadomi tego, iż wiele jej brakuje do zostania Jedi i ostatecznie może zrezygnować na dobre.
Nie ma mowy.
Dysze desantowca pracowały zawzięcie podczas lądowania. Z ekscytacji Iskat aż skręciło w żołądku. Gdyby tylko mogła wyglądać przez iluminatory i przygotować się do nadciągającej bitwy! Poinformowano ich o Geonosis podczas odprawy, więc orientowali się, jak działa umysł roju, ale nie będą wiedzieć, z czym przyjdzie im walczyć, aż wylądują i otrzymają konkretne rozkazy.
Desantowiec odbił się raz od ziemi i się zatrzymał. Drzwi rozsunęły się i do pomieszczenia upakowanego nerwowymi ciałami w brązowych szatach wdarło się ostre światło. Iskat zaczęła się siłować z uprzężą na piersi, ale poradziła sobie, nim musiała jej pomóc Sember. Uderzyła zdrętwiałymi stopami o metalową podłogę, ale w dłoni dzierżyła już miecz świetlny.
Gdy wszyscy Jedi wstali, mistrz Klefan Opus stanął w otwartych drzwiach. Był Askajianinem i zazwyczaj utrzymywał ciało w stanie przesadnego nawodnienia, by nadąć worki skórne, nadające mu radosnego wyglądu i sprawiające, że miał serdeczne zmarszczki przy oczach. Dziś jednak wybrał smuklejszą sylwetkę. Iskat szczerze fascynowała ta zmiana. Zazwyczaj zachowywał się w umiarkowany sposób i stanowił ostoję spokoju, ale teraz dzierżył u boku miecz świetlny i roztaczał aurę determinacji. Wyciągnął przed siebie holowyświetlacz i w powietrzu pojawił się wizerunek Mace’a Windu z mieczem w dłoni.
– Tu Klefan Opus – zameldował mistrz. – Wylądowaliśmy na północnym wschodzie.
– Witajcie na Geonosis. Wasz oddział musi pomóc zabezpieczyć arenę, gdzie hrabia Dooku szykuje się do egzekucji Obi-Wana wraz z Anakinem Skywalkerem i senator Padmé Amidalą.
Na pokładzie rozległy się jęki i szepty. Co tu robił Skywalker? I jakim cudem wplątała się w to wszystko senatorka?
– Kierujcie się w stronę najbliższej iglicy i na trybuny – dodał mistrz Windu. – Po drodze zdejmujcie stanowiska dział i broni dalekiego zasięgu. My zatroszczymy się o resztę. Uważajcie na siebie i niech Moc będzie z wami. – Postać zniknęła i Klefan wsunął projektor do kieszeni.
Rozejrzał się po twarzach towarzyszących mu Jedi, od szesnastoletniego rodiańskiego padawana po siwowłosego, choć nadal energicznego arkaniańskiego mistrza Thecę, który, jak powiadali, miał ponad dwieście lat, i skinął głową z uznaniem.
– Wszyscy słyszeliście. Padawani, trzymajcie się mistrzów. Brońcie się w razie potrzeby, ale nie działajcie pochopnie. Pamiętajcie: to misja ratunkowa. Szukamy broni dalekiego zasięgu. – Rozejrzał się po wnętrzu promu. Gdy jego wzrok spoczął na Iskat, padawanka wyobraziła sobie, że mistrz subtelnie mruży oczy. – I niech Moc będzie z wami.
Odwrócił się i popędził w dół po trapie. Pozostali Jedi podążyli jego śladem.
– Pracuj nad samokontrolą – szepnęła mistrzyni Sember, gdy czekały na swoją kolej, by opuścić pokład. – Spokój, którego szukasz, jest w tobie. Ufaj sobie, padawanko, ale nie poddawaj się emocjom.
Iskat pulsowała krew w uszach, gdy zbiegała w ślad za powiewającą szatą Sember. Znalazły się na pustyni o czerwonawym piasku, skąpane ostrym słońcem. Wysokie iglice pięły się ku niebu niczym topniejące świece. Gdzieś w pobliżu tłum bzyczał, mruczał i wrzeszczał. Miało się wrażenie, iż w powietrzu zbierają się ładunki elektryczne, mimo że niebo było bezchmurne.
– Ale gdzie podziali się sami Geonosjanie? – spytała mistrzynię Iskat, gdy biegły ramię w ramię.
– A to myślałaś, że będą stać i na nas czekać? – odpowiedziała pytaniem na pytanie Sember. – Klefan poprowadzi nas tam, dokąd mamy iść.
I owszem, mistrz Klefan już kierował Jedi do otworu w nasadzie jednej z iglic. Iskat zauważyła, że wszyscy uruchamiają miecze, nim wejdą do ciemnego tunelu. Niebieskie i zielone klingi zanikały w cieniach, gdy Iskat biegła przez gorące piaski. Gorąco przesiąkało jej przez podeszwy butów. Już bywała na pustynnych planetach, a choć nie pamiętała własnego domu, wiedziała, że nie ma mowy, by pochodziła z takiego właśnie miejsca. Już się pociła, a kark swędział ją tam, gdzie mocno splotła długie włosy.
Nieistotne. Musiała się skupić.
„Nie ma emocji – jest spokój”.
Mistrzyni Sember zatrzymała się przy wejściu do wieży, uruchomiła niebieskie ostrze i skinęła głową do podopiecznej, która karnie wcisnęła kciukiem przycisk na rękojeści miecza o zielonej barwie i ostrożnie weszła do środka. Zmierzały teraz wąskimi spiralnymi schodami, rozświetlając ciemności tylko przy pomocy swojej broni. Iskat wiedziała, że Geonosjanie są rasą owadzią. Przypuszczalnie nawigują za pomocą zmysłów innych niż wzrok. Uszy podpowiadały jej, że sądząc po echu, schody są długie i sięgają głęboko pod ziemię. Za nią schodził mistrz Ansho, potem Tualon. Była wdzięczna, że jest otoczona przez tak potężnych Jedi w tym dziwnym, nieznanym miejscu.
Schody wreszcie skończyły się w korytarzu o wysokim stropie i misternym architektonicznym wykończeniu, sprawiającym, że całość niemal przypominała świątynię. Podłoga miała postać metalowej kratownicy. Jedi bezszelestnie rozstąpili się i podążyli za mistrzem Klefanem. Iskat nadal znajdowała się między Sember i Anshem. Mistrzowie w naturalny sposób zajmowali miejsca między mniej doświadczonymi padawanami. Fvorn stał w pobliżu wraz ze swoim kumplem Zeethem i ich mentorami. Charlin i Onielle też wchodziły w skład oddziału, ale całe szczęście, że nie znajdowały się bezpośrednio w pobliżu Iskat. Jedi mieli nie chować urazy, ale Iskat uznała, iż skoro jej się to zdarza, to im też, więc była zadowolona, że jest nieco oddalona od padawanek, którym przypuszczalnie nadal nie zeszły niedawne siniaki.
– Iskat! – syknęła Sember i dziewczyna przyśpieszyła, by się z nią zrównać, gdy wkraczały do rozległej fabryki, teraz chłodnej i nieruchomej. Płynny metal nadal jarzył się wiśniową czerwienią wśród ogromnej maszynerii, ale brakowało tam pracowników, choćby i droidów. Dawało to niepokojący efekt, jakby Geonosjanie niedawno po prostu zeszli ze swoich stanowisk, pozostawiając rozpoczętą pracę. Mistrz Klefan poprowadził Jedi ku mniejszym drzwiom wiodącym do tunelu. Wewnątrz przejście miało około trzech metrów wysokości i tyle samo szerokości. Ściany w całości pokryte były płaskorzeźbami przedstawiającymi sceny z życia Geonosjan. U wylotu korytarza Iskat dostrzegała odległy tłum, kibicujący, tupiący i bzyczący. Jej zmysły wariowały od nowych bodźców, a serca biły coraz szybciej, gdy Jedi zbliżali się do celu. Jedno po drugim wkraczali do tunelu, a ich ostrza rzucały barwne światła na rzeźbiony kamień.
Przed nimi od ściany odczepił się ciemny cień i Fvorn zawył, gdy dostał w plecy pałką. Cały korytarz rozświetlił się elektrycznością, gdy chłopak trząsł się i wrzeszczał. Powietrze wypełniło się cierpką wonią przypalanej oleistej duroskiej skóry. Mistrz Klefan odwrócił się i powalił Geonosjanina mieczem świetlnym, ale było za późno. Fvorn się nie ruszał. Iskat znieruchomiała kompletnie, gdy czuła, jak chłopak umiera, emanując w Mocy okropnym, rozdzierającym, przeszywającym bólem, nieprzypominającym niczego, co doświadczyła do tej pory. Powietrze wypełnił wrzask furii i straty wydawany przez Zeetha. Drugi chłopak wyłączył miecz i klęknął przy kompanie.
Iskat jeszcze nigdy nie czuła, by ktoś odchodził tak gwałtownie. Miała wrażenie, że sama trochę umarła. Fvorn zawsze tam był jako pewna stała w jej życiu, najpierw cichy i pogodny towarzysz zabaw, potem szanowany padawan, a teraz po prostu go… zabrakło. Stało się to tak szybko i łatwo, a przecież Fvorn był dobrym Jedi, dobrym wojownikiem. Nie zasługiwał na to, by umrzeć w taki sposób, tak daleko od Świątyni, gdzie chciał pewnego dnia pracować jako dyplomata.
Fvorn zmarł w katuszach, zaskoczony i wystraszony. Ta nagła brutalność rozbrzmiewała echem w kościach Iskat.
Ciche skrobnięcie sprawiło, że zjeżyły się jej włoski w uszach.
Napięła się jak struna i spojrzała na ścianę.
To, co wzięli za płaskorzeźby, w istocie było zamaskowanym kontyngentem uzbrojonych Geonosjan, gotowych do ataku.
Iskat obróciła się i w ostatniej chwili uniosła ostrze miecza. Sprytna grupa Geonosjan odskoczyła od ściany i najbliższy przeciwnik poleciał wprost na nią z piką wymierzoną w jej pierś.
/4
GEONOSJANIN ZAWODZIŁ SZALEŃCZO, lecąc ku Iskat. Machał skrzydłami tak szybko, że wydawały się rozmazaną smugą. Całe ciało padawanki zamarło i się spięło. Jej umysł wykonywał obliczenia, a serca dudniły niezsynchronizowanym tempem w pełnej grozie. Jeszcze nigdy nie została zaatakowana – nie w taki sposób.
Nie naprawdę.
Ale jej ciało dokładnie wiedziało, jak zareagować.
Nie potrzebowało jaźni ani serc.
Jej ręka wystrzeliła w okamgnieniu, jakby żyła własnym życiem.
Gdy ostrze sięgnęło piersi Geonosjanina, Iskat stała się osobliwie świadoma rozdzieranego ciała, ostrego chrzęstu chityny i miększych tkanek w jej wnętrzu. Ledwie dotarło do niej, że jest atakowana, a teraz latający insektoid leżał u jej stóp, niemal przecięty na pół. Dziwna istota w niczym nie przypominała żadnych, jakie widziała do tej pory. W większym stopniu wydawała jej się owadem niż myślącym stworzeniem. Miała jednak na sobie swego rodzaju mundur, no i dzierżyła broń, zatem była rozumna, a Iskat ją zabiła, tak jak jedna z nich zabiła Fvorna.
Geonosjanin, istota żywa, czyjeś dziecko, może i rodzic.
Żywy, a teraz martwy. Z jej przyczyny.
Uczono ją, by sięgać do pulsującej Mocy, by wyczuwać unikalne sygnatury każdej rośliny, każdej osoby, by nawiązywać łączność z tą harmonią. Przygotowali ją, by broniła. Chroniła.
Ale i by uderzała w cele, by jej ciosy sięgały kluczowych narządów, by parowała każde cięcie i każde pchnięcie, by dźgała i zabijała, a tutaj rozegrało się to tak szybko, tak łatwo. Jej ciało zareagowało, jakby dokładnie wiedziało, co powinno zrobić, jakby instynkt był wrodzony.
Została zabójczynią.
W słusznym celu, rzecz jasna. By uratować innego Jedi.
Gdyby nie zabiła Geonosjanina, on zabiłby ją, zresztą pewnie niewiele o tym myśląc.
Musiała to zrobić, więc to zrobiła, a teraz jej pierś wypełniała osobliwa pustka. Czuła, jak Geonosjanina opuszcza Moc, jak jego ciało wzdryga się z bólu i zaskoczenia. Była w pełni świadoma cienkiej jak brzytwa granicy między istnieniem a nieistnieniem, kimś a nikim, życiem a śmiercią.
Nie miała teraz czasu, by o tym myśleć.
Pojawiali się kolejni przeciwnicy. Odklejali się od ścian, przebiegali chyłkiem po suficie. Ciemność oferowała niezliczone kryjówki, a Geonosjanie buczeli ze złości niczym wściekły chór. Mistrzowie i rycerze Jedi natychmiast wkroczyli do akcji. Popędzili padawanów korytarzem ku miejscu, które musiało być areną. Walczyli tylko w obronie własnej. Onielle zawyła, gdy dosięgnęła ją wiązka soniczna z blastera. Charlin pomogła przyjaciółce wstać i asekurowała ją, gdy kuśtykały ku arenie.
– Szybko – upomniała padawankę Sember i obróciła się, by pobiec przejściem.
Zeeth jednak nadal klęczał na ziemi przy swoim przyjacielu, gdy mistrz Klefan nieskutecznie próbował zmusić go do dalszego marszu. Istniało zagrożenie, że w tym chaosie zostaną sami. Albo gorzej – że zginą.
Iskat straciła z oczu szatę mistrzyni. Sember wydawała się tak pewna, że jej padawanka wykona rozkaz, ale Iskat nie mogła zostawić Zeetha na pastwę losu. Fvorn i Zeeth zawsze byli dla niej mili, nigdy nie okazywali przy niej lęku, nawet po tamtym incydencie.
Gdy tak patrzyła, Geonosjanin zamachnął się piką na Zeetha i mistrz Klefan zerwał się, by odeprzeć atak. Gdy kolejni insektoidzi zbliżali się ku odizolowanym Jedi, Iskat wiedziała, że nie może tak po prostu pobiec za resztą. Cofnęła się korytarzem w stronę Zeetha, a gdy geonosjański wojownik odskoczył od ściany, by przypuścić atak, kucnęła i przepołowiła istotę mieczem świetlnym. Nim to do niej dotarło, nim mogła zamrugać, by wyrzucić z głowy obraz górnej połowy ciała zsuwającej się z dolnej, wyrósł przed nią kolejny wróg.
A wtedy stało się coś pięknego.
Myśli i zmartwienia Iskat gdzieś uleciały i stała się…
Pieśnią, wierszem, tańcem.
Istotą czystej koncentracji, skupioną na jednym celu.
Na zabijaniu.
Geonosjanie roili się, a ona siekała, unikała, skakała, parowała, kopała, pchała, dźgała łokciami i biła z pięści, rzucała i łapała, robiła salta i zanurzała ostrze w kolejnych ciałach. Nie powstrzymywała się przed niczym, nie martwiła się, że robi coś źle. Zapomniała o Charlin, Onielle i ich ciągłych podejrzeniach, zapomniała o poważnym spojrzeniu mistrzyni, o własnej obietnicy, że będzie poszukiwać wewnętrznego spokoju. Istniała tylko Iskat, jej broń, jej ciało i wrogowie, którzy ją zabiją, jeśli tylko da im najmniejszą szansę. Czas stracił wszelkie znaczenie, jej zmysły były w pełni skupione. Po raz pierwszy w życiu nie walczyła o to, by ograniczać się i robić to, o co ją proszono.
Po prostu stała się sobą. W pełni.
A wtedy odwróciła się z uniesionym ostrzem i odkryła, że zabrakło jej wrogów. Zeeth nadal przytulał się do ciała przyjaciela, ale mistrz Klefan wbijał wzrok w Iskat, jakby widział ją pierwszy raz.
– Dość, Iskat – powiedział, choć jego głos ledwie wyszedł poza szept. – Już są martwi.
Świat zawirował, po czym odzyskał ostrość, a dziewczyna rozejrzała się dookoła. Geonosjanie leżeli wszędzie, niczym zepsute lalki, ich broń porozrzucana, ich żółta krew plamiąca kamienie. Iskat spojrzała w dół na poobcierane kostki. Ta sama żółta krew splamiła jej dłonie i szatę na łokciach. Jej miecz świetlny w okamgnieniu kauteryzował zadawane rany, ale jej skóra nadal nosiła oznaki jej brutalności.
– Cóż za nietypowy styl walki – rzekł mistrz Klefan. Sposób, w jaki to wypowiedział, sugerował, że to nic dobrego.
Iskat nie odpowiedziała. Bo niby co miała powiedzieć? Przytaknęła tylko i wyłączyła broń. Odnotowała w duchu, iż jedną z wielu zalet miecza świetlnego, o jakiej nigdy wcześniej nie pomyślała, jest to, że po fakcie nie trzeba czyścić ostrza z krwi.
Wraz z mistrzem Klefanem postawili Zeetha na nogi i poprowadzili go korytarzem, omijając truchła tuzina Geonosjan. Rodianin był w szoku. Stąpał nierówno, pogrążony w żałobie.
– Raduj się, bo zjednoczył się z Mocą – powiedział łagodnym tonem mistrz Klefan. – Pora na działanie, Zeethu. Później, gdy będziemy już bezpieczni, wspólnie opłaczemy zmarłych. Ale teraz galaktyka cię potrzebuje.
– Ale nie możemy go tak zostawić… – zaczął Zeeth, przystanąwszy w miejscu.
Mistrz Klefan złożył dłoń na ramieniu padawana.
– Nie chciałby, by inni zginęli, gdy jego dusza już uleciała w dalszą drogę. – Jego dłoń przemieściła się na pierś chłopaka. – Twój przyjaciel zawsze będzie towarzyszył ci w Mocy. Odnajdziesz go tutaj. Jest jak światło, które nigdy nie gaśnie.
Cofnął dłoń, a Zeeth złożył długie palce na sercu i zamknął oczy.
– Naprawdę wyczuwam jego obecność – powiedział ze zdziwieniem, po czym otworzył oczy. – Chciałby, żebym ruszył dalej.
Mistrz Klefan przytaknął z powagą i odwrócił się, a Zeeth podążył jego śladem przez tunel. Iskat była zadowolona, że słowa Klefana mu pomogły. Czuła, że nowo odnaleziona otucha Rodianina promieniuje przez Moc, ale w rozmowie pojawiło się coś, co wzbudziło w niej niesmak. Obejrzała się przez ramię ku miejscu, gdzie spowite cieniem ciało Fvorna leżało wśród martwych Geonosjan. Wszyscy byli tak samo martwi. Iskat zadrżała, nim spojrzała przed siebie i przyśpieszyła kroku, by dołączyć do reszty.
Gdy dotarli do pozostałych padawanów czekających w cichym przedsionku, Iskat odebrała ich niepokój. Liczni odczuwali zapewne to samo wrażenie dojmującej pustki, jakiego doświadczyła, gdy po raz pierwszy odebrała życie. Kilkoro drżało z szeroko otwartymi oczyma, pewnie w szoku. Mistrzowie wokół utrzymywali stan pełnej gotowości i szeptali do podopiecznych słowa otuchy. Dawna mistrzyni Zeetha, Gobi, obejmowała swoją obecną padawankę. Mistrz Klefan udał się na przód, by poprowadzić zespół misternie żłobionymi kamiennymi stopniami. Sember odłączyła się od większej grupy i podeszła do Iskat. Dziewczyna wyczuła, że jej mistrzyni jest osobliwie zaniepokojona.
– Spokój – odezwała się Sember i spojrzała wymownie na padawankę. – Znajdź swój środek.
„Znalazłam” – prawie wymsknęło się Iskat, ale tylko przytaknęła. Te spiralne schody były szersze i bardziej monumentalne niż poprzednie, a okrzyki zebranego na zewnątrz tłumu wydawały się niemal ogłuszające. Iskat czuła wdzięczność wobec mistrzyni za ćwiczenia z kalisteniki, gdy wspinała się coraz wyżej i wyżej z mieczem w gotowości. Schody wiodły ku wielkim sklepionym drzwiom z ogromną szybą, przez którą przenikało jaskrawe światło dnia. Gdy mistrz Klefan rozmawiał z Mace’em Windu przez holowyświetlacz i czekał, aż wszyscy Jedi zbiorą się w miejscu, dziewczynie wydawało się, że widzi świat z nowej perspektywy. Barwy były jaśniejsze, dźwięki – ostrzejsze. Walka dodała jej pewności siebie, jakiej nigdy do tej pory nie doświadczyła. Tak, wcześniej wykazywała się siłą i umiejętnościami, ale nie prawdziwą biegłością. Teraz miała wrażenie, że jest przygotowana nie w stopniu dopuszczającym, jak często ujmowała to mistrzyni Sember, a wręcz błyskotliwym.
Z drugiej strony… biegłość w zabijaniu? Czy to aby na pewno powód do dumy?
Coś, co czyniło dobrą Jedi?
Ma się tym chełpić?
Mistrzowie by tego nie pochwalali. Przypomnieliby jej, by wróciła do kodeksu Jedi.
To, czego się dopuściła, stało się w obronie własnej. No i uratowała Zeetha. Taki miała obowiązek.
Nie pora na uczucia, wymówki. Wiedziała, co musi zrobić.
Zamknęła oczy, ścisnęła amulet i zaczęła recytować w duchu mantrę.
„Nie ma…”
– Dlaczego ma całe zakrwawione dłonie? – szepnęła do Zeetha Onielle, na tyle cicho, że przypuszczalnie nie słyszał jej nikt, kto nie dysponował wyostrzonym słuchem Iskat, choć ta usłyszała ją siłą rzeczy. Takie już jej przekleństwo: nikt nie wiedział nic o jej gatunku, więc nikt nie miał pojęcia, że słyszała każdą opinię wyszeptaną na jej temat. – Widziałeś, co się stało?
– Zabiła je wszystkie – mruknął Zeeth. – Tuzin. Zaatakowały mnie i mistrza Klefana, a ona je zabiła.
Charlin wciągnęła powietrze przez zęby.
– Ja jednego ugodziłam, choć nie śmiertelnie. To było straszne. Nie wyobrażam sobie, by zabić ich tyle.
– A gdy wchodziła schodami, uśmiechała się – dodała Onielle.
Iskat zadała sobie trud, by zapanować nad twarzą. Wyjrzała przez drzwi na rozpościerającą się poniżej ogromną arenę, gdzie przykuto łańcuchami jeńców do postawionych w centralnym punkcie kolumn.
– Tylko ona z nas wszystkich tam została. Dobrze sobie poradziła – odezwał się Tualon zza pleców Onielle. Iskat poczuła przypływ wdzięczności do Twi’leka, który szczerze próbował kierować się słowami kodeksu, nie tylko dlatego, że obserwowali ich mistrzowie.
Iskat poczuła na sobie chłodny wzrok Charlin.
– Nie musiała zostawać. Mistrzowie powiedzieli nam, co mamy robić, a ona zrobiła… coś innego. Coś brutalnego. Najpierw Tika, a teraz to. Nie czuję się komfortowo w obecności kogoś tak niebezpiecznego.
– To trzymaj się z dala od Mace’a Windu – zabrał głos mistrz Ansho, naruszając krąg padawanów swoją obecnością. Jego duże czarne ślepia mieniły się, a niebieskie głowoogony drgały, gdy potężny Nautolanin taksował kolejno wzrokiem uczniów. – Czy nawet od mistrza Yody. Jedi robią to, co konieczne. Jesteśmy na misji. To już nie jest szkolenie, czasami zabijasz lub giniesz. Jestem pewien, że Iskat żałuje tego, co musimy robić. Tak jak żałujemy tego wszyscy.
I tak – żałowała. Przynajmniej tamtego pierwszego. Była stosunkowo pewna, że owadzie oczy umierającego Geonosjanina będą ją prześladować przez całą wieczność.
A po tamtym pierwszym po prostu przestała spoglądać im w oczy.
To sporo ułatwiało.
Zastanawiała się, czy mistrzyni Vey zna to uczucie, czy sama zgładziła jakichś Geonosjan w dalszej części tunelu. Sember udzieliła jej wielu lekcji, ale bardzo niewiele dotyczyło śmierci i przemocy. Iskat podejrzewała, że życie, które dla niej planowała, miało być spokojne, wolne od prowokacji.
Ale sądząc po dzisiejszej misji, pokój nie był już możliwy.
Na wprost mistrz Klefan zatrzymał się wśród cieni przy sklepionych drzwiach wiodących na arenę i schował do kieszeni holowyświetlacz. Syknięcia, wiwaty i kliknięcia rozległy się tak głośno, że Iskat natychmiast zrozumiała, iż tych dwudziestu napotkanych do tej pory Geonosjan było jedynie ziarnkami piasku na plaży. Na trybunach znajdowały się ich bowiem całe tysiące, a to, co działo się na arenie, nie miało prawa być dobre.
– Obi-Wan Kenobi, Anakin Skywalker i senator Amidala walczą o życie – oznajmił poważnym tonem mistrz Klefan. – Zebrani na widowni pewnie nie są uzbrojeni, ale mimo to mogą nas zaatakować, tak jak zrobią to strażnicy i ochroniarze. Nasi zwiadowcy odkryli na tym poziomie kilka dział. Szukamy też blasterów sonicznych i karabinów blasterowych. Nie chcemy, by ktokolwiek z trybun celował w naszych na ziemi. Padawani, trzymajcie się mistrzów. – Kiwnął głową w stronę drzwi.
– Pamiętaj o swoim szkoleniu – przekazała uczennicy mistrzyni Sember. W jej oczach widniało coś ciemnego i badawczego. Gdy pobiegła przez drzwi, Iskat podążyła jej śladem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki