Star Wars. Inkwizytorka. Droga Czerwonego Ostrza - Delilah S. Dawson - ebook

Star Wars. Inkwizytorka. Droga Czerwonego Ostrza ebook

Delilah S. Dawson

0,0
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Z POPIOŁÓW ZAKONU JEDI WYŁANIA SIĘ INKWIZYTORKA

Padawanka Iskat Akaris poświęciła życie na podróże po galaktyce i poznawanie arkanów Mocy u boku mistrzyni, by zostać przykładną Jedi. Choć bardzo się stara, często trudno jej zachować spokój i opanowanie. Każda porażka budzi w dziewczynie poczucie, że pozostali Jedi stają się wobec niej coraz bardziej nieufni. I tak już niepewna własnej przyszłości w zakonie, Iskat mierzy się z osobistą tragedią, gdy jej mistrzyni ginie, a wybuch wojen klonów sprawia, iż galaktyka pogrąża się w chaosie.

Teraz, jako generał, sama szerzy chaos na liniach frontu. Często słyszy napomnienia: „Zaufaj szkoleniu”, „Pokładaj ufność w mądrości Rady”, „Zaufaj Mocy”. Iskat jednak ma wątpliwości. Zaczyna zadawać pytania nieprzystające Jedi, pytania dotyczące jej tajemniczej przeszłości. Pytania, które mistrzowie uznaliby za niebezpieczne. Przez kolejne lata nieustającej wojny Iskat traci wiarę w zakon. Jest pewna, że gdyby tylko dawano jej więcej swobody, mogłaby się bardziej przyczynić do ochrony galaktyki. Gdyby tylko jej zaufali i udostępnili więcej informacji, mogłaby rozproszyć spowijające ją cienie. Gdy Jedi wreszcie upadają, Iskat korzysta z okazji, by wytyczyć własną ścieżkę. Otwiera się na wybawienie, jakim jest dla niej rozkaz 66.

Jako inkwizytorka odnajduje wolność, której zawsze łaknęła. Wolność, by zadawać pytania i pragnąć. Z każdym uderzeniem czerwonego ostrza zbliża się do własnego przeznaczenia w Mocy – bez względu na cenę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 468

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Chronologia Star Wars

Od Autorki

Podob­nie jak Iskat, będę szczera. Pewna postać w tej powie­ści odbiera sobie życie, co w Gwiezd­nych Woj­nach zda­rza się rzadko.

Gdy byłam znacz­nie młod­sza, pró­bo­wa­łam popeł­nić samo­bój­stwo.

Było to prze­ra­ża­jące. Bole­sne. I oka­zało się pomyłką.

Całe szczę­ście, że mi się nie udało.

Następ­nego dnia zaczę­łam spi­sy­wać w note­sie wszyst­kie te drobne rze­czy, które dają mi szczę­ście – cie­pło słońca na twa­rzy, wiatr na plaży, stą­pa­nie boso po mięk­kiej tra­wie, maso­wa­nie kota po brzuszku. Two­rzy­łam listę powo­dów, by żyć dalej. Cho­ciaż zma­ga­łam się – i na­dal się zma­gam – ze zdro­wiem psy­chicz­nym, od tam­tej pory ani razu nie pomy­śla­łam, by wró­cić w tamto mroczne miej­sce. Codzien­nie jestem wdzięczna za to, że żyję.

Nie zdo­ła­li­śmy jed­nak unik­nąć samo­bójstw wśród człon­ków rodziny. Przy­glą­da­łam się z boku, jak wpa­dają w uza­leż­nie­nia. Jak cier­pią. Wiem, że każdy dzień sta­no­wił dla nich wyzwa­nie.

Jako osoba, która unik­nęła samo­bój­czej śmierci, jako matka, jako osoba neu­ro­aty­powa, która zawsze czuła się inna, pod­cho­dzę do tej postaci z wielką miło­ścią i wiel­kim współ­czu­ciem. Iskat miała wspar­cie, kocha­jącą rodzinę, była inte­li­gentna, uta­len­to­wana, a mimo to nie potra­fiła uśmie­rzyć drę­czą­cego ją bólu. Jej wybór niczym roz­cho­dzące się fale wpły­nął na jej spo­łecz­ność i naj­bliż­szych – oka­zał się tra­giczny w skut­kach.

Jeśli też zma­gasz się ze zdro­wiem psy­chicz­nym, pamię­taj, że z cza­sem będzie lepiej. Że zawsze jest nadzieja. Że zawsze znaj­dzie się jakiś powód, by trzy­mać się życia, choćby wyda­wał się mikry. Że inni Cię kochają. Że galak­tyka Cię potrze­buje i że Twoja nie­obec­ność byłaby tra­ge­dią. Musisz opo­wie­dzieć wła­sną histo­rię. Masz do dys­po­zy­cji różne formy pomocy, no i są osoby, które Cię wysłu­chają.

Niech Moc będzie z Tobą, Deli­lah

Dawno, dawno temu w odle­głej galak­tyce….

Część pierwsza

/ Rozdział 1

/1

PADA­WANKA JEDI ISKAT AKA­RIS nade wszystko chciała zapunk­to­wać u mistrzyni.

Co, nie­stety, zda­rzało się rzadko.

– Choć, Iskat, zobacz. Co czu­jesz?

Mistrzyni Jedi Sem­ber Vey odstą­piła na bok, by uczen­nica mogła się lepiej przyj­rzeć pra­daw­nemu tek­stowi, dopiero co odwi­nię­temu ze sta­rej, mięk­kiej skóry eopie. Po prze­ciw­nej stro­nie kon­tu­aru togru­tań­ski sprze­dawca ner­wowo obra­cał w pal­cach dłu­gie pasma kora­li­ków na szyi. Co chwila mimo­wol­nie zer­kał ku przy­pa­sa­nemu w talii mie­czowi świetl­nemu Sem­ber.

Dłu­gie, czer­wone palce Iskat się­gnęły ku… Cóż, nie była to do końca książka, a raczej liczne stare, kru­che kawałki skóry, led­wie połą­czone ze sobą nicią ze zwie­rzę­cych jelit – ale nim mogła ich dotknąć, Sem­ber cmok­nęła. Dło­nie Iskat czym prę­dzej cof­nęły się za plecy. Sem­ber ni­gdy nie wyda­wała się nauczy­cielką aktywną i zaan­ga­żo­waną. Rzadko kiedy wygła­szała kaza­nia czy udzie­lała lek­cji jak nauczy­ciele Jedi w Świą­tyni. Zamiast prze­ka­zy­wać wyraźne pole­ce­nia, ocze­ki­wała, że Iskat będzie się przy­pa­try­wać i wycią­gać wnio­ski. Czę­sto cze­kała mil­cząco w nadziei, iż pod­opieczna sama obmy­śli kolejny krok i dokład­nie tego ocze­ki­wała od niej w tej chwili. Jej sku­pione czarne oczy ema­no­wały cier­pli­wo­ścią. Czter­dzie­sto­pa­ro­let­nia kobieta rasy ludz­kiej o zło­ci­stej skó­rze i nie­bie­ska­wo­czar­nych, nie­na­gan­nie sple­cio­nych wło­sach cze­kała, aż uczen­nica… Niby co? Ma coś powie­dzieć? Coś zro­bić? Iskat nie miała poję­cia.

Odkąd Sem­ber wybrała ją na pada­wankę po Tur­nieju Jedi, nie prze­by­wały długo w jed­nym miej­scu. Odwie­dzały kolejne zapy­ziałe pla­nety i tłoczne księ­życe han­dlowe, by zamę­czać sprze­daw­ców, kolek­cjo­ne­rów i arche­olo­gów, nego­cju­jąc ceny roz­ma­itych kurio­zów, mają­cych wzbo­ga­cić zbiory Archi­wów Jedi. Iskat już widy­wała takie tek­sty, bogato zdo­bione zwoje, pra­dawne mie­cze świetlne zale­pione pia­skiem czy sko­ru­pia­kami, a nawet ząb ran­kora pokryty mister­nymi zna­kami dawno zapo­mnia­nego alfa­betu. Sem­ber była zdolną nego­cja­torką o paza­ako­wej twa­rzy, a Iskat miała świa­do­mość, że jej rolą jest obser­wo­wa­nie mistrzyni i naby­wa­nie umie­jęt­no­ści przy­dat­nych w roz­po­zna­wa­niu i pozy­ski­wa­niu utra­co­nych arte­fak­tów z dzie­jów zakonu, by te przy­czy­niały się do roz­woju kolej­nego poko­le­nia uczo­nych w Mocy.

Ale Iskat znowu nie potra­fiła odgad­nąć, co kryje się za ciszą ze strony jej mistrzyni.

– Co możesz nam powie­dzieć bez doty­ka­nia przed­miotu, moja pada­wanko? – Sem­ber wresz­cie prze­rwała mil­cze­nie.

Iskat prze­rzu­ciła za ramię dłu­gie, sple­cione brą­zowe włosy i sku­piła się na leżą­cym przed nią przed­mio­cie. Zaczerp­nęła głę­boko tchu i wyostrzyła zmy­sły.

– Tekst zdaje się być pra­dawny, mistrzyni. Nie znam samego języka. Poszcze­gólne strony wyko­nane są z jakie­goś rodzaju zwie­rzę­cej skóry, nie­mal prze­zro­czy­stej. Tusz jest ciem­no­czer­wony. – Pochy­liła się nad arte­fak­tem na tyle, by go nie dotknąć, i pową­chała. – Żela­zi­sty aro­mat. Krew? Zmie­szana z jakimś sprosz­ko­wa­nym mine­ra­łem.

– Tyle widzisz. A teraz się­gnij przez Moc. Co takiego czu­jesz?

Iskat zamknęła oczy.

– Ciem­ność. Pra­gnie­nie – powie­działa z zacie­ka­wie­niem. – To… chce być czy­tane, doty­kane. Chce być poznane.

Otwo­rzyła oczy, jasno­nie­bie­skie na tle czer­wo­nej skóry, i spoj­rzała pyta­jąco na mistrzy­nię. Przez te wszyst­kie lata zdo­były dzie­siątki arte­fak­tów, ale coś takiego Iskat poczuła pierw­szy raz.

Sem­ber przy­tak­nęła, co było naj­bliż­szym pochwały gestem, na jaki sobie pozwa­lała.

– To nie arte­fakt Jedi – oznaj­miła. – To tekst Sithów.

– To co, nie bie­rze­cie? – wtrą­cił sprze­dawca i już wycią­gał ręce, by zabrać przed­miot z kon­tu­aru.

– Tego nie powie­dzia­łam – odparła Sem­ber. Dło­nią w ręka­wiczce prze­sło­niła księgę gar­bo­waną skórą. – Weź­miemy to po obie­ca­nej cenie. Zapew­niam, że będzie prze­cho­wy­wane w bez­piecz­nym miej­scu i nie wpad­nie w nie­po­wo­łane ręce.

Iskat miała obser­wo­wać bacz­nie, jak mistrzyni tar­guje się ze sprze­dawcą, ale jej uwagę przy­kuł sam doku­ment, teraz będący zale­d­wie wybrzu­sze­niem pod zwie­rzęcą skórą. Jesz­cze ni­gdy nie widziała sithań­skiego arte­faktu. Nic dziw­nego, że Sem­ber nie pozwo­liła jej go dotknąć. Na­dal go jed­nak wyczu­wała. Był jak małe dziecko z wycią­gnię­tymi ramio­nami, pro­szące, by wziąć je na ręce.

– Pani asy­stentka. Czym ona jest? – zain­te­re­so­wał się kupiec, gdy już zamie­rzały opu­ścić sklep.

Sem­ber zasta­no­wiła się nad pyta­niem.

– Jest Jedi.

– Ale jakiej rasy? Pierw­szy raz widzę kogoś takiego. Czer­wona skóra, ale nie jest Zeltronką ani Deva­ro­nianką.

– Jestem Jedi – oznaj­miła zde­cy­do­wa­nym tonem Iskat.

– Dobrze, już dobrze – wyco­fał się skle­pi­karz. – Tak tylko pytam.

Choć ostro ucięła jego docie­ka­nia, Iskat sama była tego cie­kawa. Nikt w Świą­tyni nie wie­dział nic o jej rasie, a według Sem­ber w aktach pada­wanki bra­ko­wało wzmianki o pla­ne­cie pocho­dze­nia. Miała dwa serca, dłu­gie palce i nie­ty­powo prze­ni­kliwe zmy­sły, ale pod­czas podróży i badań nie natra­fiła na żadne infor­ma­cje o wła­snej bio­lo­gii czy histo­rii. Nie po raz pierw­szy ktoś nie­for­tun­nie zadał pyta­nie, na które nie znała odpo­wie­dzi.

W dro­dze powrot­nej na sta­tek Sem­ber trzy­mała księgę przez zwie­rzęcą skórę, jakby chciała ogra­ni­czyć kon­takt fizyczny z arte­fak­tem. Weszły tra­pem na pokład promu T-6, nazwa­nego przez Iskat „Lirą” po tym, jak dziew­czyna prze­czy­tała gdzieś, że statki powinny mieć nazwy. Dla Sem­ber był to po pro­stu T6-315. Gdy pada­wanka uru­cha­miała sil­niki, mistrzyni natych­miast scho­wała zna­le­zi­sko w sej­fie, w któ­rym trans­por­to­wały cenne zna­le­zi­ska do Świą­tyni.

– Potra­fisz prze­czy­tać ten tekst? – spy­tała Iskat.

Sem­ber prze­ra­ziła się na samą myśl.

– Nie śmia­ła­bym pró­bo­wać. Dobrze ci radzę: zapo­mnij o tej rze­czy, ode­tnij się od niej. Ciemna strona jest natar­czywa jak robale yista, wła­żące ci pod skórę i stop­niowo cię zatru­wa­jące. Rada Jedi podej­mie decy­zję, co z nią zro­bić. My zaś mamy trzy­mać ją z dala od wszyst­kich, któ­rzy chcie­liby ją wyko­rzy­stać, by czy­nić zło. Jeśli pod­czas wła­snych podróży znaj­dziesz coś podob­nego, musisz taką rzecz zdo­być rów­nie umie­jęt­nie, jak­byś kupo­wała arte­fakt Jedi, i zabez­pie­czyć przy pierw­szej spo­sob­no­ści. Nie doty­kaj jej, nie zapo­zna­waj się z tre­ścią. Przy­znaj sama przed sobą, że jesteś zacie­ka­wiona, ale pozwól, by to uczu­cie minęło. Chcia­łam, żebyś wyczuła ten arte­fakt w Mocy i potra­fiła w przy­szło­ści roz­po­znać podobne, ale taki kon­takt powi­nien być moż­li­wie krótki. Ist­nieje wie­dza, która nie jest warta swo­jej ceny.

Iskat chwi­lowo porzu­ciła temat i zajęła się zabez­pie­cza­niem reszty ładunku, gdy Sem­ber zasia­dła w fotelu pilota. Choć zna­le­zi­sko wylą­do­wało w sej­fie, pada­wanka czuła, jak sięga na zewnątrz na ślepo niczym roślina bez­myśl­nie wycią­ga­jąca pędy w poszu­ki­wa­niu świa­tła. Sem­ber w pełni poświę­cała się wyszu­ki­wa­niu arte­fak­tów i kata­lo­go­wa­niu wie­dzy Jedi, a teraz po raz pierw­szy, odkąd podró­żo­wały razem, opo­wie­działa się po stro­nie świa­do­mej igno­ran­cji.

Pod­czas wyprawy pozy­skały liczne skarby i Iskat wyczu­wała, że mistrzyni nie może się docze­kać, aż zacznie pie­czo­ło­witą pracę nad ich ana­lizą i kata­lo­go­wa­niem – pracę wyko­ny­waną z upodo­ba­niem i w samot­no­ści, przez co pada­wanka musiała zna­leźć sobie inne zaję­cie. Z tego, co Iskat wie­działa, nie­któ­rzy mistrzo­wie i pada­wani mieli ser­deczne rela­cje, wypeł­nione śmie­chem i miłymi sło­wami, ale Sem­ber Vey była mistrzy­nią chłodną i czę­sto nie wywią­zy­wała się z obo­wiąz­ków men­torki. Na prze­mian popa­dała w obse­sję nad pracą, zapo­mi­na­jąc o wszyst­kim innym, i w stan nie­co­dzien­nego bło­giego spo­koju. Choć Iskat wola­łaby nawią­zać z nią bliż­szą więź, rozu­miała, że Sem­ber otrzy­mała inne ważne zada­nia poza wyszko­le­niem pada­wanki. Iskat sama miała czer­pać nauki z obser­wa­cji nie­ty­po­wych umie­jęt­no­ści men­torki oraz z jej rzad­kich porad. Była zde­ter­mi­no­wana, by zostać moż­li­wie naj­lep­szą Jedi mimo tego, iż mistrzyni…

Cóż, pomimo jej wad.

Iskat nie do końca wie­działa, dla­czego Sem­ber w ogóle ją wybrała. Nie odczu­wała, by ist­niała mię­dzy nimi szcze­gólna więź, ba, czę­sto się mar­twiła, że Sem­ber nie­spe­cjal­nie ją lubi.

– Co tak sto­isz, Iskat? Zapnij się i przy­go­tuj do medy­ta­cji – zabrała głos star­sza kobieta, jakby dopiero zauwa­żyła obec­ność dziew­czyny na pokła­dzie.

– Tak, mistrzyni.

Iskat pró­bo­wała uspo­koić myśli, gdy prom wzno­sił się łagod­nie. Gdy zna­la­zły się w nad­prze­strzeni, odna­la­zła swoją poduszkę i umo­ściła się na niej. Zamknęła oczy i sku­piła się na sobie. Oplo­tła pal­cami amu­let, który dostała od Sem­ber, nie­wielki kabo­szon z nie­bie­skiego kamie­nia, mający jej poma­gać w sku­pie­niu. Odno­siła wra­że­nie, iż bro­dzi w stru­mie­niu. Gdy popły­nęła wraz z nim, czas prze­stał ist­nieć. Z początku medy­ta­cja przy­cho­dziła jej z tru­dem, ale Sem­ber i pozo­stali mistrzo­wie byli zgodni, że jej pod­sta­wo­wym celem jako pada­wanki powinna być nauka, jak się uspo­ka­jać i nad sobą pano­wać. Po tam­tym incy­den­cie z kolumną…

Nie.

Nie zamie­rzała do tego wra­cać.

Miała zro­bić coś odwrot­nego.

„Nie ma emo­cji – jest spo­kój” – upo­mniała samą sie­bie.

„Nie ma igno­ran­cji – jest wie­dza”.

„Nie ma pasji – jest rów­no­waga”.

„Nie ma cha­osu – jest har­mo­nia”.

Gdy zaczęła medy­to­wać jako mło­dziczka, czuła się nie­spo­kojna i znu­dzona. Nosiło ją i była zde­spe­ro­wana, by robić dosłow­nie cokol­wiek, byle nie zbi­jać bąków. Jej ener­gia oka­zała się tak cha­otyczna, iż nawet cier­pli­wość Sem­ber zna­la­zła się na wyczer­pa­niu i mistrzyni oskar­żyła ją, że celowo się jej sta­wia. Jed­nak mistrz Kle­fan Opus, dawny men­tor Sem­ber, oso­bi­ście zaan­ga­żo­wał się w roz­wój Iskat i przez wiele poran­ków w Świą­tyni prze­sia­dy­wał u jej boku, by mogła zanu­rzać się w spo­koju, który on osią­gnął po wielu deka­dach. Krok po kroku uczył ją, jak osią­gnąć ten sam poziom.

Bo mistrzo­wie Sem­ber i Kle­fan mieli rację. Im bar­dziej Iskat zgłę­biała więź z Mocą pod­czas medy­ta­cji, tym bar­dziej pano­wała nad emo­cjami. Ostat­nio nie wpa­dała już w złość i była dumna z tego, ile osią­gnęła. Sem­ber ni­gdy nie komen­to­wała jej postę­pów, ale Kle­fan tak, a Iskat to wystar­czało.

Kolejne dni spę­dzały w ciszy, podró­żu­jąc przez nad­prze­strzeń ku zlo­ka­li­zo­wa­nemu pośród Świa­tów Jądra Bar’leth, gdzie jeden z ich ulu­bio­nych kup­ców obie­cał im nie­ty­powe zna­le­zi­sko. Sem­ber więk­szość czasu poświę­cała arte­fak­tom za zamknię­tymi drzwiami wła­snej kajuty, ale przy­go­to­wała dla Iskat napięty har­mo­no­gram zadań, które zmie­niały się każ­dego dnia i mię­dzy innymi obej­mo­wały ćwi­cze­nia z walki mie­czem ze zdal­nia­kiem, kali­ste­nikę, lek­tury na temat flory i fauny, no i oczy­wi­ście wię­cej medy­ta­cji. Iskat zawsze naj­bar­dziej uwiel­biała walkę i żało­wała, iż nie może czę­ściej pro­wa­dzić spa­rin­gów z wła­sną mistrzy­nią zamiast z tym pro­stym urzą­dze­niem, które już od dawna nie sta­no­wiło dla niej wyzwa­nia, ale wie­działa, że jej prośby tra­fi­łyby w próż­nię.

Od czasu do czasu dekon­cen­tro­wała ją obec­ność sithań­skiego tek­stu w sej­fie, zupeł­nie jakby ten nudził się i doma­gał uwagi, ale Iskat go igno­ro­wała. Myślała, czyby nie wspo­mnieć o tym Sem­ber, ale nie chciała dawać mistrzyni żad­nego powodu, by ta w nią wąt­piła czy ją upo­mi­nała. Tak naprawdę bywało naj­le­piej, gdy Iskat sie­działa cicho i bez słowa robiła to, co suge­ro­wała jej men­torka. Zresztą kto wie, czy nie był to kolejny test. W końcu mistrzyni pro­siła ją, by sta­wiała opór nawo­ły­wa­niom sithań­skiego arte­faktu. Porażka jedy­nie ujaw­ni­łaby kolejną sła­bość.

Gdy wresz­cie opu­ściły nad­prze­strzeń, sys­tem łącz­no­ści statku zapi­kał, infor­mu­jąc je o nad­cho­dzą­cej wia­do­mo­ści.

– Sem­ber Vey, wiemy, że twoja obecna misja nie dobie­gła jesz­cze końca, ale musisz natych­miast powró­cić do Świą­tyni na Coru­scant – oznaj­mił mistrz Jedi Mace Windu. W niskim, nie­zno­szą­cym sprze­ciwu gło­sie pobrzmie­wał nie­ty­powy pośpiech. – W związku z aktu­alną sytu­acją misje bez klu­czo­wego zna­cze­nia zostały tym­cza­sowo wstrzy­mane. Jesteś nam tu potrzebna.

Komu­ni­kat dobiegł końca. Sem­ber wes­tchnęła i zaczęła wpro­wa­dzać nowy kurs z myślą o tra­sie powrot­nej do Świą­tyni.

– Wiesz, co się dzieje? – spy­tała mistrzy­nię Iskat.

– Wiem tyle, co ty – odparła spo­koj­nie Sem­ber, jakby otrzy­mana wia­do­mość nie zwia­sto­wała niczego nowego czy eks­cy­tu­ją­cego. – Naprawdę zale­żało mi, by zło­żyć wizytę Gamo­da­rowi. Twier­dził, że zna­lazł coś wyjąt­ko­wego.

Nie znaj­do­wały się daleko od Coru­scant, więc Iskat miała jesz­cze mniej czasu niż zazwy­czaj, by przy­go­to­wać się do porzu­ce­nia prze­peł­nio­nego zada­niami mil­cze­nia i zanu­rze­nia w kul­tu­rze Świą­tyni. Jak wszy­scy pada­wani, i ona dora­stała tam od maleń­ko­ści. Pamię­tała wiele miłych momen­tów ze spa­rin­gów na mie­cze świetlne z mistrzem Yodą czy z wycie­czek na inne pla­nety z mło­dymi, buzu­ją­cymi ener­gią ryce­rzami Jedi. Ale potem, gdy miała trzy­na­ście lat, doszło do tam­tego incy­dentu z kolumną i od tam­tej pory wraz z Sem­ber nie­mal zawsze prze­by­wały na misjach, i… A teraz zawsze czuła się dziw­nie, gdy wra­cały do Świą­tyni. Nie to, by kto­kol­wiek zacho­wy­wał się nie­miło, bo Jedi byli Jedi, ale Iskat zawsze odno­siła wra­że­nie, że pozo­stali pada­wani czują się ner­wowo w jej obec­no­ści, a już szcze­gól­nie Char­lin i Onielle, które doznały wtedy nie­wiel­kich i tym­cza­so­wych obra­żeń. Iskat bała się ponow­nego spo­tka­nia, choć teraz wszy­scy byli o pięć lat starsi, podró­żo­wali po galak­tyce z wła­snymi mistrzami i – miała nadzieję – stali się nieco doj­rzalsi.

Gdy Coru­scant rosło w ilu­mi­na­to­rze, a Sem­ber kie­ro­wała sta­tek ku Świą­tyni, Iskat zauwa­żyła, że w pobliżu pla­cówki zakonu panuje wyjąt­kowo wzmo­żony ruch. Musiały zacze­kać, aż zwolni się lądo­wi­sko, a gdy opu­ściły trap, Sem­ber odda­liła się pośpiesz­nie z sej­fem na plat­for­mie repul­so­ro­wej. Iskat podą­żyła za mistrzy­nią, lecz ta obej­rzała się zdzi­wiona przez ramię.

– No tak. Iskat. Muszę się sta­wić przed Radą. Jeśli zdo­łasz, spró­buj poćwi­czyć walkę mie­czem.

Iskat szła dalej za mistrzy­nią, teraz wyraź­nie zacie­ka­wiona. Posłu­gi­wa­nie się mie­czem świetl­nym było naj­mniej ulu­bio­nym przed­mio­tem nauk Sem­ber i choć mistrzyni doło­żyła sta­rań, by jej pod­opieczna spę­dzała mnó­stwo czasu ze zdal­nia­kiem, ni­gdy nie zachę­cała jej, by roz­wi­jała wro­dzoną pasję do walki. Gdy na początku szko­le­nia Iskat spy­tała ją o awer­sję do cze­goś, co sta­no­wiło inte­gralną część szko­le­nia Jedi, Sem­ber przy­po­mniała uczen­nicy, że bie­głość i zain­te­re­so­wa­nie to dwie różne rze­czy – i na tym ucięła temat.

– Czemu aku­rat walka mie­czem? – spy­tała dziew­czyna. – Czemu teraz? Wysy­łają nas na nową misję?

Sem­ber szła przed sie­bie mia­ro­wym kro­kiem. Nie odwró­ciła się, gdy zabrała głos.

– Rozej­rzyj się, pada­wanko. Wszy­scy zostali ścią­gnięci ze swo­ich misji. Nie wyczu­wasz tej aury pośpie­chu? Buzu­ją­cego ocze­ki­wa­nia? Stało się coś waż­nego. A teraz idź poćwi­czyć. Pamię­taj, by się skon­cen­tro­wać i nie stra­cić nad sobą pano­wa­nia. Zaufaj Mocy.

– Tak, mistrzyni.

Iskat ści­snęła swój amu­let z nie­bie­skim kamie­niem i ruszyła ku ulu­bio­nej sali tre­nin­go­wej pada­wa­nów z jej grupy wie­ko­wej. Zosta­wiła mistrzy­nię, by ta dostar­czyła Naj­wyż­szej Radzie ich liczne zna­le­zi­ska. Gdy sejf się odda­lał, Iskat czuła, jak głos pra­daw­nego tek­stu staje się coraz cich­szy. Miała nadzieję, iż Rada prze­cho­wuje takie przed­mioty pod klu­czem, a może nawet po pro­stu je nisz­czy. Czuła się nie­swojo z myślą, że coś takiego zna­la­zło się tu, w Świą­tyni, w oto­cze­niu Jedi i docie­kli­wych mal­ców. Ba, sama była go cie­kawa, ale widziała, że ciemna strona jest kusząca i należy sta­wiać jej aktywny opór. Sem­ber zawsze wyra­żała się na ten temat jasno. Jedi nie powinni ule­gać takim poku­som, a co dopiero świa­do­mie ich poszu­ki­wać.

Nie były w Świą­tyni od dawna, ale mało co się zmie­niło. Sem­ber miała rację – w kory­ta­rzach pano­wał więk­szy ruch. Jedi w brą­zo­wych sza­tach wyjąt­kowo szli pośpiesz­nym kro­kiem zamiast ema­no­wać dys­tyn­go­wa­nym spo­ko­jem. Obsługa i dro­idy prze­miesz­czali się wśród nich z baga­żami. Gdy Iskat zbli­żała się do celu, dobiegł ją zna­jomy dźwięk buczą­cych i ście­ra­ją­cych się mie­czy tre­nin­go­wych, roz­brzmie­wa­jący do wtóru szu­ra­nia butów o kamienną posadzkę.

Zatrzy­mała się przy drzwiach. Teraz była star­sza, sporo wyż­sza, a jej brą­zowe, mister­nie sple­cione włosy się­gały jej nie­mal do talii. Jej szata wyda­wała się nieco zbyt krótka, ale utrzy­mana w dobrym sta­nie, choć buty miała zno­szone. Od lat nie widziała wielu kom­pa­nów z dzie­ciń­stwa, bo wszy­scy roz­pierz­chli się po galak­tyce w towa­rzy­stwie wła­snych mistrzów. No, oprócz tych, któ­rzy posta­no­wili odejść z powodu głu­poty Iskat. Dziew­czyna nie chciała do tego wra­cać.

Wypro­sto­wała koł­nierz płasz­cza, ści­snęła amu­let i zachę­ciła serca, by się uspo­ko­iły. Wez­brały w niej nie­po­żą­dane emo­cje – eks­cy­ta­cja, zanie­po­ko­je­nie, nawet strach. Emo­cje nie­godne Jedi, a przy­naj­mniej takie, nad któ­rymi powinni szybko zapa­no­wać. A jeśli jej umie­jęt­no­ści w walce okażą się liche? A jeśli straci nad sobą pano­wa­nie? A jeśli znów sta­nie się coś strasz­nego?

Zamknęła oczy i spró­bo­wała się wypo­środ­ko­wać.

„Nie ma emo­cji – jest spo­kój”.

„Nie ma igno­ran­cji – jest wie­dza”.

„Nie ma pasji – jest rów­no­waga”.

„Nie ma cha­osu – jest har­mo­nia”.

Spo­kój nie przy­cho­dził jej łatwo. W porów­na­niu z innymi pada­wa­nami miała wraż­liw­sze zmy­sły, ale i bar­dziej inten­sywne i wybu­chowe emo­cje. Czę­sto się zasta­na­wiała, czy wszy­scy Jedi z takim samym tru­dem utrzy­mują ten cha­rak­te­ry­styczny spo­kój, czy może to Sem­ber pokpiła sprawę i zapo­mniała prze­ka­zać jej coś waż­nego, co innym przy­cho­dziło natu­ral­nie. Zawsze czuła się zupeł­nie inna niż jej mistrzyni, tak opa­no­wana, że cza­sami wyda­wało się, iż jest wykuta z kamie­nia. Iskat zaś czuła burzę emo­cji, zmienną niczym morze.

Nie­ważne. Była Jedi. Musiała odna­leźć spo­kój, choćby miała przy­szpi­lić go do ziemi i utrzy­mać w miej­scu siłą.

Mistrzyni pole­ciła jej ćwi­cze­nia, więc zamie­rzała ćwi­czyć.

/ Rozdział 2

/2

GDY ISKAT PRZE­KRA­CZAŁA PRÓG sali tre­nin­go­wej, miała wra­że­nie, że robi wiel­kie wej­ście, ale nikt na nią nawet nie spoj­rzał. Pozo­stali byli zbyt zajęci spa­rin­gami, obser­wo­wa­niem walk i udzie­la­niem pomoc­nych rad. Ich wiek wahał się od trzy­na­stu do może dwu­dzie­stu lat. Sami pada­wani, któ­rzy jesz­cze nie zostali ryce­rzami. Iskat znała imię każ­dego z obec­nych w sali i nie zdzi­wiło jej, że roz­po­znała kil­koro człon­ków wła­snego klanu mło­dzi­ków. Istoty te dora­stały u jej boku i wraz z nią ście­rały się w Tur­nieju Jedi. Dziw­nie się czuła z tym, że przez ten czas, gdy prze­by­wali na misjach, wszy­scy zda­wali się nie­mal doro­snąć.

Natych­miast wyszu­kała wzro­kiem swo­jego ulu­bio­nego kom­pana wśród pada­wa­nów, czar­no­skó­rego Twi’leka o imie­niu Tualon, o dwóch lekku oka­la­ją­cych twarz. Podob­nie jak ona, od Tur­nieju odby­wał misję za misją z mło­dym i ener­gicz­nym mistrzem, Nauto­la­ni­nem Bavo­kiem Anshem. Tualon sporo pod­rósł. Jego daw­niej pyzate policzki teraz stały się kości­ste, ale uśmiech miał przy­ja­zny i szel­mow­ski jak zawsze. W prze­ci­wień­stwie do nie­któ­rych pada­wa­nów, ni­gdy nie oka­zy­wał stra­chu czy nie­po­koju w towa­rzy­stwie Iskat, zresztą wiele razy rano dołą­czał do niej w ogro­dzie medy­ta­cyj­nym, gdy sie­działa przy ulu­bio­nym oczku wod­nym, tym z rybami. Iskat sta­nęła przy nim, gdy kucał, opie­ra­jąc kości­ste łok­cie o kolana, i z zain­te­re­so­wa­niem śle­dził walkę Char­lin, różo­wo­skó­rej Twi’lekanki, z Fvor­nem, mało­mów­nym Duro­sem, który nie­mal podwoił roz­miary, odkąd Iskat widziała go ostat­nio.

– Char­lin nie ma szans – zaga­iła Iskat.

Tualon pod­niósł na nią wzrok. Poma­rań­czowe oczy pło­nęły mu jak węgielki. Uśmiech­nął się, a Iskat zabiły moc­niej serca.

– Może nie pod kątem masy, ale zawsze była szybka. Dopiero co wró­ci­łaś?

– Tak, przed chwilą. Z Ringo Vindy. Wiesz, czemu wszyst­kich wezwali?

Pozo­stali w sali zasy­czeli, gdy Fvorn zadał potężny cios, ale Tualon nie odkry­wał wzroku od Iskat. Skrzy­wił się.

– Według mistrza Ansha cho­dzi o coś bez­pre­ce­den­so­wego, co nie wyda­rzyło się jesz­cze za naszego życia. Potrze­bu­jemy wszyst­kich Jedi, jakich zdo­łamy ścią­gnąć. Cho­dzi o jakieś zagro­że­nie ze strony sepa­ra­ty­stów. Jestem pewien, że dowiemy się wkrótce.

Przy­glą­dali się walce przez dłuż­szą chwilę, ale wtedy Char­lin zro­biła salto nad Fvor­nem i wylą­do­wała, wypro­wa­dza­jąc cios, który oka­załby się śmier­telny, gdyby wal­czyli praw­dzi­wymi mie­czami. Fvorn jęk­nął, skło­nił się i wyco­fał z pola walki. Jego rodiań­ski przy­ja­ciel Zeeth pokle­pał go po ramie­niu i rzu­cił:

– Następ­nym razem wygrasz.

Char­lin obno­siła się zwy­cię­stwem nieco bar­dziej, niż przy­sta­wało to Jedi. Zamach­nęła się różo­wym pasia­stym lekku i wyszcze­rzyła zęby.

Iskat poczuła coś w piersi, roz­draż­nie­nie i może ukłu­cie zazdro­ści.

– Naprawdę popra­wiła tech­nikę – oce­nił Tualon. Był pod wra­że­niem. – Sły­sza­łem, że pod­czas ostat­niej misji pod­szko­liła się w sztuce walki zama-shiwo pod okiem jed­nych z naj­lep­szych wojow­ni­ków na Jedzie.

Nim mogła się powstrzy­mać, Iskat wystą­piła do przodu.

– Wiemy już, kto wal­czy w kolej­nej run­dzie?

Char­lin spoj­rzała na nią i Iskat poczuła oso­bliwą satys­fak­cję na widok jej roz­sze­rzo­nych ze zdzi­wie­nia zie­lo­nych oczu. Twi’lekanka zdra­dziła się na chwilę z praw­dzi­wymi uczu­ciami, ale natych­miast zdu­siła je w zarodku i uśmiech­nęła się do Iskat jakby były przy­ja­ciół­kami.

– Nie, ale to sala ćwi­czeń. Każdy może wziąć udział.

Iskat naprawdę chciała dobyć mie­cza świetl­nego. Miał krótką ręko­jeść, nieco szer­szą niż stan­dar­dowa przez wzgląd na jej dłuż­sze palce, wyko­naną z wypo­le­ro­wa­nego ciem­no­czer­wo­nego drewna i zwień­czoną obro­bio­nym zębem rekina firaksa. W porów­na­niu z ele­gancką, poły­sku­jącą chro­mo­waną ręko­je­ścią Char­lin jej wła­sna wyda­wała się dzi­waczna i bru­talna, ale Iskat była z niej dumna. Ma się rozu­mieć, że mistrzo­wie nie apro­bo­wali ćwi­czeń z praw­dzi­wymi mie­czami świetl­nymi. Iskat wycią­gnęła dłoń i Fvorn rzu­cił jej swoją broń tre­nin­gową. Iskat lepiej radziła sobie z wła­sną, ale już dawno nauczyła się obcho­dze­nia z mniej­szymi ręko­je­ściami pre­fe­ro­wa­nymi przez więk­szość Jedi.

Char­lin włą­czyła miecz tre­nin­gowy i Iskat poszła w jej ślady. W sali zapa­dła cisza. Pada­wani wstrzy­mali resztę walk i zebrali się w kole, cisi i uważni. Iskat wzro­sło tętno, gdy uświa­do­miła sobie, że nagle zna­la­zła się w cen­trum spek­ta­klu, ale zapa­no­wała nad nie­pro­szoną emo­cją, schło­dziła ją spo­ko­jem, nad któ­rym tak długo pra­co­wała. Moż­li­wie wyostrzyła zmy­sły i świat wokół niej nabrał mister­nych szcze­gó­łów. Dostrze­gała każdą nie­rów­ność posadzki, każdą barierkę, każdą broń, jaką mogłaby się posłu­żyć, gdyby nagle stra­ciła obecną. Gdy ktoś inny dozna­wał sil­nej emo­cji, szcze­gól­nie ocze­ki­wa­nia, Iskat wyczu­wała to w Mocy – nie żeby kie­dy­kol­wiek podzie­liła się tym fak­tem z innymi, nawet z mistrzy­nią, która i tak trzy­mała ją na dystans. Nikt tutaj nie pró­bo­wał kryć się z eks­cy­ta­cją. Po tak dłu­giej roz­łące i prze­by­wa­niu w towa­rzy­stwie poważ­nych mistrzów wszy­scy liczyli na dobrą roz­rywkę, na to, że ich mło­dzień­cza pasja znaj­dzie jakieś ujście. Char­lin była dumna i pewna sie­bie, ale i nieco prze­stra­szona.

Iskat mogła to wyko­rzy­stać.

Przy­po­mniała sobie z poprzed­nich spa­rin­gów z Twi’lekanką, że ta ni­gdy nie ata­kuje – raczej czeka cier­pli­wie, aż to prze­ciw­nik wykona pierw­szy ruch. Iskat zawsze korzy­stała z tej wie­dzy, by zaszar­żo­wać bez zapo­wie­dzi i zbić ją z tropu, ale tym razem cze­kała, krą­żąc ostroż­nie i powta­rza­jąc ruchy Char­lin. Mimo­wol­nie wyszcze­rzyła zęby, gdy zoba­czyła waha­nie na twa­rzy Twi’lekanki, dotąd pew­nej, że jej spa­ring­part­nerka obie­rze spraw­dzoną stra­te­gię. Mistrzyni Vey nie wal­czyła z Iskat od mie­sięcy i dziew­czyna uświa­do­miła sobie, że jej tego bra­ko­wało. Tęsk­niła za moż­li­wo­ścią dosko­na­le­nia umie­jęt­no­ści w star­ciu z prze­ciw­nikiem, jakby ostrzyła klingę o osełkę. Im dłu­żej powstrzy­my­wała się od ataku, tym więk­szą nie­pew­ność zasie­wała w Char­lin.

– Niczego nie zro­bisz? – spy­tała sfru­stro­wana Twi’lekanka.

– Prze­cież robię. A ty nie?

– Jesz­cze nie posta­no­wi­łam.

Char­lin nie wytrzy­mała. Zaszar­żo­wała, wypro­wa­dza­jąc kla­syczny atak, a Iskat bez trudu go spa­ro­wała. Twi’lekanka zdra­dzała się z ruchami, a choć wyraź­nie tre­no­wała i sta­wała się coraz lep­sza, naj­zwy­czaj­niej nie była uro­dzoną wojow­niczką. Wszyst­kie ataki Char­lin wywo­dziły się ze skost­nia­łych form, które ćwi­czyli aż do znu­dze­nia, a jej kre­atyw­ność w walce ogra­ni­czała się do tego, co zostało jej wpo­jone na siłę. Iskat paro­wała kolejne pchnię­cia i cię­cia ze spo­ko­jem, tra­cąc na to moż­li­wie mało ener­gii.

Było oczy­wi­ste, że w Char­lin nara­sta znie­cier­pli­wie­nie i zmę­czona Twi’lekanka zaczyna tra­cić formę. Iskat się nią bawiła – a Char­lin o tym wie­działa, przez co sta­wała się nie­dbała. Gdy następ­nym razem pró­bo­wała prze­bić się przez zasłonę prze­ciw­niczki, Iskat prze­sko­czyła nad ostrzem i wypro­wa­dziła cios w poło­wie salta, o włos – i przez grzecz­ność – uni­ka­jąc wraż­li­wego lekku.

– Koniec – oznaj­miła, gdy wylą­do­wała lekko na posadzce.

– To tylko dra­śnię­cie – argu­men­to­wała Char­lin. Zaci­snęła zęby. Musiała zaro­bić bole­snego siniaka. Iskat go widziała – jaśniej­szy różowy obrzęk na czubku głowy.

– Gdy­by­śmy wal­czyły praw­dzi­wymi mie­czami świetl­nymi, była­byś poważ­nie ranna lub mar­twa.

Char­lin spio­ru­no­wała ją wzro­kiem. Jej policzki przy­brały nie­mal pur­pu­rową barwę.

– Jesz­cze nie skoń­czy­łam.

– Zgod­nie z zasa­dami to już koniec.

Onielle sta­nęła obok naj­lep­szej przy­ja­ciółki i uru­cho­miła wła­sny miecz tre­nin­gowy. Dziew­czyna rasy ludz­kiej miała rude włosy i piegi. Iskat wyczu­wała, że pró­buje okieł­znać wła­sną nie­cier­pli­wość. Jej policzki były rów­nie różowe co Char­lin.

– To ja zawal­czę w następ­nej run­dzie.

Iskat skło­niła głowę i unio­sła broń.

– Tak jak wspo­mniała Char­lin. Każdy może wziąć udział.

Onielle nie dorów­ny­wała poprzed­niczce gra­cją w walce, ale jej mistrz dobrze ją wyszko­lił i odkąd Iskat ostat­nio ją widziała, ataki dziew­czyny polep­szyły się i stały bar­dziej zawzięte. Miała teraz dłuż­sze ręce, co zapew­niało jej świetny zasięg. Onielle natych­miast pod­jęła atak. Minęła pełna furii i zdzi­wie­nia chwila, nim Iskat przy­zwy­cza­iła się i odna­la­zła wła­sne tempo.

Ależ tęsk­niła za tym aspek­tem szko­leń. Gdy trzy­mała w dłoni broń, a w zasięgu wzroku miała prze­ciw­nika, czuła, że naprawdę żyje, jest sku­piona i nawią­zała nie­utrud­nioną więź z Mocą, co w dro­dze medy­ta­cji czę­sto osią­gała dopiero po wielu godzi­nach. Odno­siła wra­że­nie, że nie­mal wyczuwa przy­szłe kroki prze­ciw­niczki, jakby wie­działa, iż Onielle zasto­suje kon­kretną kom­bi­na­cję, którą ćwi­czyli z mistrzem Yodą. Pozwa­lała, by jej ostrze paro­wało ude­rze­nia natu­ral­nie i z wła­ściwą siłą.

– Dobra jest – dobiegł ją czyjś szept.

Obser­wu­jący nie pod­no­sili gło­sów, ale nikt w sali nie orien­to­wał się, jak bar­dzo wyostrzone są zmy­sły Iskat. Sem­ber wie­działa, co było jed­nym z powo­dów, dla któ­rych zawsze zabie­rała ze sobą uczen­nicę, gdy musiała się z kimś tar­go­wać. Iskat pole­gała na ostrym wzroku, czu­łym węchu i wraż­li­wym słu­chu, by oce­niać ofe­ro­wane arte­fakty. Inni pada­wani nie mieli o tym poję­cia.

– Zawsze dobrze wła­dała mie­czem świetl­nym. Po pro­stu mam nadzieję, że znów nie straci nad sobą pano­wa­nia…

– Jedi nie powinni się wście­kać. Czy to dla­tego mistrzyni Vey cią­gle wyla­tuje z nią na te dłu­gie misje?

– Ma to sens. Byłeś tam, gdy kolumna…

– Tak, tuż obok. Led­wie jej unik­ną­łem…

– Pomy­śleć, że się przy­jaź­niły. Biedna Tika.

Dźwięk tego imie­nia wytrą­cił Iskat z rów­no­wagi. Jakby pły­wała zado­wo­lona w Mocy, po czym nagle musiała zetrzeć się z poto­pem, z falą, ude­rza­jącą w nią kolej­nymi napie­ra­ją­cymi wspo­mnie­niami. Ści­snęła amu­let, wal­cząc jed­no­rącz, poszu­ku­jąc chłod­nej, nie­bie­skiej więzi, obiet­nicy spo­koju, ale ta lina ratun­kowa oka­zała się nie­wy­star­cza­jąca, by powstrzy­mać stare uczu­cia, z któ­rymi tak długo i usil­nie się godziła albo które przy­naj­mniej tłu­miła.

Wycho­dziło na to, że pomimo cięż­kiej pracy pozo­sta­wały silne jak zawsze.

Kom­plet­nie nie­po­mna zgiełku w gło­wie i ciele Iskat, Onielle pró­bo­wała wypro­wa­dzić dwu­ręczny cios. Iskat prze­chwy­ciła go ostrzem, ude­rze­niem buta w żołą­dek odrzu­ciła dziew­czynę do tyłu, po czym sama zadała cios od góry, a ten spra­wił, że prze­ciw­niczka krzyk­nęła z szoku. Miecz tre­nin­gowy prze­je­chał dziew­czy­nie po sza­cie na piersi, gdy Onielle leżała na ziemi z rękoma przed twa­rzą i odrzu­coną bro­nią.

Iskat sta­nęła nad nią i skie­ro­wała ostrze w kie­runku jej gar­dła, na tyle bli­sko, że dziew­czyna aż się wzdry­gnęła.

Silne dło­nie zła­pały Iskat za ramiona i odcią­gnęły ją do tyłu.

– Iskat, dość – ode­zwał się Tualon.

Gdy usły­szała jego głos dobie­ga­jący z tak bli­ska, zamarła i upu­ściła miecz, uświa­do­miw­szy sobie, co naj­lep­szego zro­biła. Nie to, że Jedi krzy­wili się na wygraną, ale jej atak był nie­po­trzeb­nie bru­talny, co zde­cy­do­wa­nie wykra­czało poza kodeks – kodeks, któ­rego zapi­sów Iskat się trzy­mała i w który wie­rzyła od maleń­ko­ści. Ogar­nęła ją fala wstydu, że tyle osób widziało jej kolejny błąd.

Od czasu Tiki i kolumny jej jedy­nym celem stało się to, by nauczyć się kieł­znać emo­cje i pano­wać nad wię­zią z Mocą. Musiała być łagodną, pogodną rzeką, nie gwał­tow­nym wodo­spa­dem, a mimo to pod­czas pierw­szej od lat wizyty w sali tre­nin­go­wej znów o mało co do tego nie doszło. Znów omal nie stra­ciła nad sobą pano­wa­nia.

– Prze­pra­szam – wydu­kała. – Dzię­kuję, Tualo­nie.

Przy­naj­mniej powstrzy­mała się przed ucieczką. Odstą­piła od kolegi i z całą god­no­ścią, jaką była w sta­nie przy­wo­łać, spo­koj­nie wyszła z sali, powstrzy­mu­jąc łzy.

Jedi nie powinni trzy­mać się kur­czowo zło­ści. Nie powinni robić rze­czy przy­no­szą­cych wstyd. Nie powinni z tego powodu pła­kać. A prze­cież Iskat nade wszystko chciała zostać przy­kładną Jedi. Całe życie poświę­ciła na szu­ka­nie spo­koju i opa­no­wa­nia, któ­rych od niej wyma­gano. Wypeł­niała prośby mistrzyni z rado­snymi ser­cami, regu­lar­nie medy­to­wała, zacho­wy­wała dobre samo­po­czu­cie i sta­rała się zastę­po­wać cięż­kie, kur­czowo trzy­ma­jące się jej emo­cje dobrymi uczyn­kami i inten­sywną nauką.

A teraz w domu, pośród kom­pa­nów, pole­gła na całej linii.

Natych­miast udała się do kwa­tery mistrzyni i zapu­kała do drzwi. Usły­szała dobie­ga­jące z wewnątrz stłu­mione szmery i po dłuż­szej chwili otwo­rzyła jej zzia­jana Sem­ber.

– Wejdź.

Iskat wkro­czyła do małego, schlud­nego pomiesz­cze­nia. Sem­ber zamknęła drzwi i sta­nęła przed szafą.

– Mistrzyni, w sali tre­nin­go­wej stało się coś złego. Ja… znów to poczu­łam. – Iskat spu­ściła głowę.

Sem­ber zaczerp­nęła głę­boko tchu i wypu­ściła powie­trze przez nos. Iskat pod­nio­sła wzrok i ujrzała w oczach men­torki ból i roz­cza­ro­wa­nie.

– Co się stało?

Opo­wieść w więk­szo­ści była praw­dziwa. Iskat pomi­nęła jed­nak wzmianki o licz­nych emo­cjach, któ­rych, jak wie­działa, nie powinna odczu­wać tak głę­boko, a które tak usil­nie pró­bo­wała tłu­mić. Sku­piła się na fer­wo­rze walki, opusz­cza­jąc fakt, że to ona sama do niej dopro­wa­dziła i z rado­ścią pro­wo­ko­wała prze­ciw­niczkę.

– Dobrze sobie radzi­łam, aż ktoś wspo­mniał o Tice… – Zamil­kła i znów spoj­rzała star­szej kobie­cie w ciemne oczy.

Sem­ber ni­gdy nie była mistrzy­nią ser­deczną i wyro­zu­miałą ani też żar­tu­jącą i wylu­zo­waną. Była odle­gła, sku­piona na innych spra­wach, tak let­nia, że nie­mal chłodna, jakby zamiesz­ki­wała inną, o wiele bar­dziej spo­kojną płasz­czy­znę rze­czy­wi­sto­ści, a jej pada­wanka sta­no­wiła dla niej tylko prze­szkodę. Iskat czę­sto wyczu­wała z jej strony drobne fale, emo­cje, które star­sza kobieta usi­ło­wała przed nią ukry­wać – roz­draż­nie­nie pyta­niami, prze­ry­wa­ją­cymi jej pracę, jasne, ale też ubo­le­wa­nie i swego rodzaju smutne pra­gnie­nie. Wie­działa, że Sem­ber jej nie pocie­szy, nie wes­prze i nie pomoże w zma­ga­niach, ale wie­działa też, iż mistrzyni jest szczera i chce, by jej pod­opieczna odnio­sła suk­ces.

– Walki czę­sto wywo­łują w nas emo­cje, które poza nimi jeste­śmy w sta­nie utrzy­mać w ryzach – powie­działa wresz­cie Sem­ber. – Walka, nawet taka nie na poważ­nie, pozo­staje walką. To taniec mię­dzy życiem i śmier­cią. Każde z nas otrzy­mało nie­po­wta­rzalne dary i zmaga się z innymi wyzwa­niami. Tak się składa, że w twoim przy­padku mowa o jed­nym i tym samym. Twoja więź z Mocą jest zara­zem silna i trudna do opa­no­wa­nia, ale nie jest to nie­moż­liwe. Doj­ście do mistrzo­stwa to wyzwa­nie na całe życie. Bar­dzo się roz­wi­nę­łaś, ale pod wie­loma wzglę­dami pozo­stajesz dziec­kiem.

– Mistrzyni, tak usil­nie pró­buję…

– Jak skwi­to­wał to mistrz Yoda, gdy byłam znacz­nie młod­sza, rób albo nie rób. Nie ma pró­bo­wa­nia. – Sem­ber posłała jej deli­katny i nie­mal szczery uśmiech.

– Ale jak? Wię­cej medy­ta­cji? Kolejny amu­let? Tak bar­dzo chcę stać się lep­sza, ale czuję się tak, jakby coś we mnie było zepsute.

Mistrzyni Sem­ber zło­żyła dłoń na jej ramie­niu w rzad­kim geście życz­li­wo­ści.

– Nie jesteś zepsuta. Wszy­scy jeste­śmy isto­tami nie­do­sko­na­łymi, łak­ną­cymi oświe­ce­nia. Po pro­stu musisz go łak­nąć nieco sil­niej niż więk­szość.

Iskat przy­tak­nęła.

– Spró­buję. To zna­czy: tak zro­bię. Będę pra­co­wać pil­niej.

– Jestem tego pewna. – Sem­ber wes­tchnęła i się wypro­sto­wała. – Ale teraz nie pora na medy­ta­cję. W Świą­tyni panuje nie­po­kój. Nic dziw­nego, że w sali tre­nin­go­wej tak buzują emo­cje – wy, mło­dzi, też pod­skór­nie wyczu­wa­cie zmianę. – Sem­ber na krótko zło­żyła dłoń na ręko­je­ści mie­cza. – Iskat, wezwano nas tutaj, bo jeste­śmy potrzebne. Wysy­łają nas na Geo­no­sis, aby ura­to­wać Obi-Wana Keno­biego. Został zaata­ko­wany…

– Przez sepa­ra­ty­stów – dokoń­czyła Iskat, przy­po­mi­na­jąc sobie nie­dawne słowa Tualona.

Sem­ber przy­tak­nęła.

– Sepa­ra­ty­ści połą­czyli siły z Fede­ra­cją Han­dlową i hra­bią Dooku. Powo­łali armię dro­idów. Wyru­szamy wkrótce. Będziesz w sta­nie wyka­zać się odpo­wied­nim pozio­mem opa­no­wa­nia pod­czas misji ratun­ko­wej, która może się wią­zać z praw­dzi­wym nie­bez­pie­czeń­stwem?

– Tak, mistrzyni.

Iskat poczuła się pod­nie­siona na duchu. Jasne, przez ostat­nich parę lat odbyła liczne misje z Sem­ber, ale wszyst­kie były spo­kojne – ot, cho­dziły i robiły zakupy. Niby miało to ogromne zna­cze­nie dla zakonu, ale nie­spe­cjal­nie cie­ka­wiło Iskat. Z dru­giej strony to zada­nie zapo­wia­dało się eks­cy­tu­jąco. A to chyba nic złego, że eks­cy­to­wała się moż­li­wo­ścią czy­nie­nia dobra w galak­tyce?

No i co to za dziwna misja – wezwali wszyst­kich dostęp­nych Jedi, by ura­to­wać jedną osobę? Obi-Wan zawsze był dla niej miły, gdy nad­cho­dziła jego pora, by nauczać mło­dzi­ków, ale on dla każ­dego był miły. To dokład­nie taki mistrz Jedi, jakiego sama by dla sie­bie wybrała – o wiel­kiej wie­dzy i rów­nie wiel­kich umie­jęt­no­ściach, ale o przy­ja­znym uspo­so­bie­niu i skory do zachęt i zasłu­żo­nych pochwał. Poczuła się dumna, że weź­mie udział w akcji, która miała zapew­nić mu bez­pie­czeń­stwo.

– Leć, pada­wanko. Przy­go­tuj się do podróży. Wyru­szamy o zmierz­chu.

Iskat skło­niła głowę i postą­piła zgod­nie z instruk­cjami. Po dro­dze nie wpa­dła na żad­nego z pada­wa­nów. Podej­rze­wała, że ci na­dal prze­by­wają w sali tre­nin­go­wej i ją obga­dują. Mogła jedy­nie mieć nadzieję, że nad­cho­dząca misja okaże się krótka i sku­teczna, a potęga Jedi czym prę­dzej położy kres zagra­ża­ją­cej Repu­blice armii dro­idów. Wkrótce wraz z Sem­ber wrócą na pokład statku, gdzie będzie mogła ze wzmo­żoną siłą poświę­cić się poszu­ki­wa­niom spo­koju w Mocy, choć ten obec­nie zda­wał się jej nie­uchwytny.

/ Rozdział 3

/3

GDY PROM PRZE­DZIE­RAŁ SIĘ przez atmos­ferę suchej pla­nety Geo­no­sis, Iskat z tru­dem odgra­dzała się od przy­tła­cza­ją­cej kako­fo­nii zmy­słów i sku­piała się na tym, by wypo­środ­ko­wać się pośród tego całego cha­osu. Nie była to jedy­nie misja ratun­kowa, lecz ope­ra­cja woj­skowa. Jedi stali się teraz żoł­nie­rzami, ale nie wal­czyli sami. Zja­wiły się całe tysiące klo­nów, by wspól­nie z nimi wspie­rać Repu­blikę, jeden z nich nawet leciał z nimi na statku. Po latach względ­nego pokoju w galak­tyce Jedi czym prę­dzej się zmo­bi­li­zo­wali, by robić swoje jako obrońcy demo­kra­cji, spra­wie­dli­wo­ści i wol­no­ści.

Iskat czuła się pod­eks­cy­to­wana… ale i prze­bodź­co­wana.

Uspo­ko­iła oddech i zamknęła oczy, ści­ska­jąc w dłoni amu­let, a reszta Jedi wokół niej znik­nęła i nastał bez­ruch.

„Nie ma emo­cji – jest spo­kój”.

„Nie ma igno­ran­cji – jest wie­dza”.

„Nie ma pasji – jest rów­no­waga”.

„Nie ma cha­osu – jest har­mo­nia”.

W dniach po incy­den­cie z kolumną mistrz Kle­fan nakła­niał ją, by odma­wiała tę man­trę, a od tam­tej pory Iskat wie­lo­krot­nie powta­rzała ją z mistrzy­nią Sem­ber. Jej słowa miała wypi­sane w umy­śle, w ser­cach. Prze­no­siły ją do ciszy w jej wnę­trzu, spra­wiały, że czuła, jakby była tą Jedi, którą być powinna: spo­kojną, opa­no­waną, pogodną.

Medy­ta­cje nad kodek­sem Jedi spra­wiały, że nie­mal zapo­mi­nała o Tice, ale czy tak naprawdę chciała o niej zapo­mnieć…?

Nie. Nie mogła teraz o tym myśleć.

Od tam­tej pory minęły lata.

Nie wyda­rzyło się to po raz drugi.

Jej nauczy­ciele już tego dopil­no­wali, zresztą ona sama rów­nież.

Uczyła się. Ćwi­czyła. Zyskała kon­trolę, jakiej po niej ocze­ki­wano. A teraz uczest­ni­czyła w misji ratun­ko­wej, oto­czona mistrzami Jedi, ryce­rzami i pada­wa­nami. Jesz­cze ni­gdy nie dobyła mie­cza świetl­nego w praw­dzi­wej walce, ale nie mar­twiła się o odwagę czy umie­jęt­no­ści. To nie to spra­wiało, że jej bliź­nia­cze serca biły tak gło­śno. Była nie­mal pewna, iż sły­szy je sie­dzący obok Tualon. Zary­zy­ko­wała i spoj­rzała na bli­skiego jej pada­wana o poły­sku­ją­cych czar­nych lekku. Na jego twa­rzy malo­wała się deter­mi­na­cja.

– Gotowa? – spy­tał z doda­ją­cym otu­chy uśmie­chem.

– Bar­dziej gotowa nie będę – odparła.

Cóż, nie do końca mówiła prawdę. Czuła się bar­dziej niż gotowa. Jedi jed­nak mieli być skromni i umiar­ko­wani, a ona wie­działa, że Tualon poważ­nie pod­cho­dzi do takich spraw, i nie chciała wyjść na zaro­zu­miałą. Podzi­wiała kolegę za tę jego skrom­ność – no i za towa­rzy­skie uspo­so­bie­nie i szczery altru­izm. Tualon był takim Jedi, jakim sama chciała się stać, takim, któ­rego podzi­wiała.

Jeśli miała być ze sobą cał­kiem szczera, musiała przy­znać, że o ile nie wąt­piła, iż nie bra­kuje jej zręcz­no­ści, umie­jęt­no­ści ani odwagi, po wczo­raj­szych star­ciach z Char­lin i Onielle zro­dziły się u niej nowe wąt­pli­wo­ści, czy pora­dzi sobie, gdy stawka okaże się wysoka, a ona będzie mieć broń w ręku. Spo­dzie­wała się po sobie wię­cej. I choć nikt nie napo­mknął sło­wem o incy­den­cie z Onielle, czuła na sobie spoj­rze­nia innych pada­wa­nów, sie­dzą­cych przy swo­ich mistrzach. Wszy­scy byli przy­pięci do swo­ich miejsc, gdy pędzili ku pustyn­nym pia­skom Geo­no­sis. Czuła na sobie ich wzrok, odbie­rała ich nie­pew­ność.

Sie­dzący naprze­ciwko mistrz Kle­fan Opus spoj­rzał jej w oczy, ski­nął głową i uśmiech­nął się do niej pokrze­pia­jąco. Iskat odwza­jem­niła uśmiech, wdzięczna za to, że przy­naj­mniej jeden mistrz w nią wie­rzy.

Miała nadzieję, że go nie zawie­dzie.

– Bra­łeś już udział w walce? – spy­tała cicho Tualona. – Wiesz, na misjach?

Obró­cił się w jej stronę i szep­nął:

– Tro­chę. Mistrz Ansho zazwy­czaj zaj­muje się takimi kwe­stiami oso­bi­ście, ale pomo­głem mu poko­nać grupę ban­dy­tów, gdy eskor­to­wa­li­śmy sena­tora pod­czas misji dyplo­ma­tycz­nej. Dzięki niech będą naszemu szko­le­niu – wszystko wraca do cie­bie w fer­wo­rze walki. Nie chcia­łem nikomu wyrzą­dzić krzywdy, ale musie­li­śmy obro­nić sena­tora. A ty?

– Ni­gdy nie doby­ły­śmy mie­czy – przy­znała. – Zazwy­czaj albo sto­imy przy kon­tu­arze i tar­gu­jemy się jak zwy­kli klienci, albo jakiś stary wyga podróż­nik zapra­sza nas do namiotu na her­batę. Było naprawdę spo­koj­nie.

Rozej­rzała się po statku, który trząsł się i drżał, opa­da­jąc ku powierzchni pla­nety. Powie­trze wyda­wało się gęste i nie­ru­chome. Nio­sło zapa­chy paliwa i potu. Na pokła­dzie znaj­do­wało się łącz­nie dwu­dzie­stu Jedi. Zasta­na­wiała się, jakie przy­gody przy­pa­dły w udziale innym pada­wa­nom, skoro Jedi w jej wieku zazwy­czaj nie byli aż tak nie­do­świad­czeni w praw­dzi­wej walce jak ona.

– Myślisz, że… – zaczęła.

– Wystar­czy poga­du­szek – mruk­nęła mistrzyni Vey. Sie­działa obok Iskat po dru­giej stro­nie. – Nie­mal pora. Pamię­taj o swo­jej man­trze. Skup się na ćwi­cze­niach odde­cho­wych, pada­wanko. Nie wpuść znów cha­osu do swo­jego wnę­trza.

Iskat nie spło­nęła rumień­cem, ale poczuła przy­pływ cie­płego wstydu, że została skar­cona przez mistrzy­nię w obec­no­ści Tualona i pozo­sta­łych. Zwa­żyw­szy na to, czemu mieli za chwilę sta­wić czoła na powierzchni, moty­wu­jąca prze­mowa byłaby bar­dziej na miej­scu od publicz­nej nagany. Mistrzyni mogła choćby wyszep­tać jej parę słów otu­chy. Tualon zamilk­nął i uprzej­mie odwró­cił wzrok, by nie kusić Iskat dal­szą roz­mową.

Dłu­gie, czer­wone palce Iskat objęły chłodną meta­lową ławkę. Pada­wanka zamknęła oczy i po cichu wró­ciła do słów kodeksu Jedi.

„Nie ma emo­cji – jest spo­kój…”

Słowa stały się kom­for­to­wym ryt­mem, prze­ciw­wagą dla sil­ni­ków statku, cen­tral­nym punk­tem, który spra­wił, że jej jaźń osią­gnęła stan spo­koju, wol­nego od wstydu, zmar­twień i stra­chu.

– Lądu­jemy za trzy minuty – ogło­sił pilot klon.

Choć Iskat wie­działa, że na Geo­no­sis zmie­rzają tysiące żoł­nie­rzy takich jak on, pilot był pierw­szym przed­sta­wi­cie­lem nowych sił zbroj­nych Repu­bliki, z jakim miała kon­takt. Nie wie­działa, jak wygląda pod pan­ce­rzem, ile ma lat, jakiego koloru są jego oczy, czy chęt­niej się krzywi, czy uśmie­cha. Wie­działa tyle, że jego głos brzmi cał­kiem ostro, ale zdol­no­ści pilo­tażu wyda­wały się bez zarzutu. No i wkrótce będą wal­czyć ramię w ramię.

Jedi mieli zadzi­wia­jąco mało infor­ma­cji o misji, orien­to­wali się tylko, że Obi-Wan Kenobi wpadł w zasadzkę rosną­cej armii sepa­ra­ty­stów. Każdy dostępny Jedi zdolny do dzia­ła­nia znaj­do­wał się obec­nie na pokła­dzie jed­nego z desan­tow­ców, podob­nie jak Iskat. W prze­ci­wień­stwie do wypraw z mistrzy­nią Vey dziew­czyna nie miała poję­cia, jaką przyj­dzie jej ode­grać rolę, ale była pod­eks­cy­to­wana, iż jest wśród innych Jedi, a do tego zado­wo­lona, że mistrzo­wie uznali ją za wystar­cza­jąco zdolną, by wzięła udział w tak waż­nym przed­się­wzię­ciu.

Zamie­rzała speł­nić pokła­dane w niej nadzieje. Będzie wyko­ny­wać roz­kazy i wcie­lać w życie nauki. Będzie czę­ścią zespołu, który ocali mistrza Keno­biego.

Mimo to nie dawała jej spo­koju pewna natrętna myśl, raz za razem prze­bi­ja­jąca się przez jej barierę: co by się stało, gdyby zamiast się uspo­koić i utrzy­mać emo­cje w ryzach, wyzbyła się kon­troli, o którą tak zawzię­cie wal­czyła, i pozwo­liła, by Moc prze­pły­wała przez nią w pełni? Jaką to siłę by odna­la­zła, gdyby się na nią otwo­rzyła? Jaką potęgę odkry­łaby pod tyloma war­stwami zaha­mo­wań? Co osią­gnie teraz, gdy zetrze się z fak­tycz­nymi wro­gami, a nie z innymi dzie­cia­kami w sali tre­nin­go­wej?

Ści­snęła amu­let i odda­liła od sie­bie tę myśl z tą samą ener­gią, z jaką uci­szyła ckliwy głos sithań­skiego arte­faktu. Takie myśli były nie­bez­pieczne. Nie bez powodu ist­niał kodeks Jedi, a dzieje zakonu uczyły, że ci, któ­rzy zba­czali ze ścieżki, czę­sto koń­czyli tra­gicz­nie. Praw­dziwa wiel­kość brała się ze spo­koju. Z wie­dzy, opa­no­wa­nia i har­mo­nii. A prze­cież Iskat chciała być wielka, no i pra­gnęła oka­zać się godna bycia Jedi. Poza Sem­ber pod­czas misji mieli się jej przy­glą­dać z bli­ska inni mistrzo­wie. Kto wie, czy jej postę­po­wa­nie tu i teraz nie wpły­nie na jej przy­szłość w zako­nie.

Spo­wal­nia­jący desan­to­wiec trząsł się i jęczał, a gra­wi­ta­cja szar­pała kośćmi Iskat. Metal pod jej butami drżał, a na war­dze pada­wanki zbie­rał się pot, jakby wyczu­wała z zewnątrz pra­żące słońce. Byli już bli­sko powierzchni i Iskat wyobra­ziła sobie, że gdyby mogła wyj­rzeć przez ilu­mi­na­tor, ujrza­łaby świat pia­sku i iglic, jasno­po­ma­rań­czowy i poprze­ci­nany ostrymi czar­nymi cie­niami.

Już nie­mal pora.

Już pra­wie byli na miej­scu.

Miała wra­że­nie, że za chwilę prze­kro­czy ważną gra­nicę, jakby ta misja ratun­kowa – choć teraz zapo­wia­dało się na bitwę z praw­dzi­wego zda­rze­nia – zmieni wszystko bez­pow­rot­nie, zarówno dla Jedi, jak i dla niej samej.

Nie potra­fiła zapo­mnieć, jak bli­sko klę­ski zna­la­zła się w Tur­nieju Jedi, jak fatal­nie czuła się, gdy cze­kała, aż któ­ryś mistrz wybie­rze ją na pada­wankę, aż ku jej wiel­kiemu zdzi­wie­niu, w ostat­niej moż­li­wej, zda­wa­łoby się, chwili, wresz­cie wska­zała ją Sem­ber. Cza­sami mar­twiła się, że, zwa­żyw­szy na roz­tar­gnione nauki mistrzyni i jej wła­sne błędy z prze­szło­ści, potrze­buje wię­cej pomocy i nad­zoru od innych pada­wa­nów, że wszy­scy są dosko­nale świa­domi tego, iż wiele jej bra­kuje do zosta­nia Jedi i osta­tecz­nie może zre­zy­gno­wać na dobre.

Nie ma mowy.

Dysze desan­towca pra­co­wały zawzię­cie pod­czas lądo­wa­nia. Z eks­cy­ta­cji Iskat aż skrę­ciło w żołądku. Gdyby tylko mogła wyglą­dać przez ilu­mi­na­tory i przy­go­to­wać się do nad­cią­ga­ją­cej bitwy! Poin­for­mo­wano ich o Geo­no­sis pod­czas odprawy, więc orien­to­wali się, jak działa umysł roju, ale nie będą wie­dzieć, z czym przyj­dzie im wal­czyć, aż wylą­dują i otrzy­mają kon­kretne roz­kazy.

Desan­to­wiec odbił się raz od ziemi i się zatrzy­mał. Drzwi roz­su­nęły się i do pomiesz­cze­nia upa­ko­wa­nego ner­wo­wymi cia­łami w brą­zo­wych sza­tach wdarło się ostre świa­tło. Iskat zaczęła się siło­wać z uprzężą na piersi, ale pora­dziła sobie, nim musiała jej pomóc Sem­ber. Ude­rzyła zdrę­twia­łymi sto­pami o meta­lową pod­łogę, ale w dłoni dzier­żyła już miecz świetlny.

Gdy wszy­scy Jedi wstali, mistrz Kle­fan Opus sta­nął w otwar­tych drzwiach. Był Aska­jia­ni­nem i zazwy­czaj utrzy­my­wał ciało w sta­nie prze­sad­nego nawod­nie­nia, by nadąć worki skórne, nada­jące mu rado­snego wyglądu i spra­wia­jące, że miał ser­deczne zmarszczki przy oczach. Dziś jed­nak wybrał smu­klej­szą syl­wetkę. Iskat szcze­rze fascy­no­wała ta zmiana. Zazwy­czaj zacho­wy­wał się w umiar­ko­wany spo­sób i sta­no­wił ostoję spo­koju, ale teraz dzier­żył u boku miecz świetlny i roz­ta­czał aurę deter­mi­na­cji. Wycią­gnął przed sie­bie holo­wy­świe­tlacz i w powie­trzu poja­wił się wize­ru­nek Mace’a Windu z mie­czem w dłoni.

– Tu Kle­fan Opus – zamel­do­wał mistrz. – Wylą­do­wa­li­śmy na pół­noc­nym wscho­dzie.

– Witaj­cie na Geo­no­sis. Wasz oddział musi pomóc zabez­pie­czyć arenę, gdzie hra­bia Dooku szy­kuje się do egze­ku­cji Obi-Wana wraz z Ana­ki­nem Sky­wal­ke­rem i sena­tor Padmé Ami­dalą.

Na pokła­dzie roz­le­gły się jęki i szepty. Co tu robił Sky­wal­ker? I jakim cudem wplą­tała się w to wszystko sena­torka?

– Kie­ruj­cie się w stronę naj­bliż­szej iglicy i na try­buny – dodał mistrz Windu. – Po dro­dze zdej­muj­cie sta­no­wi­ska dział i broni dale­kiego zasięgu. My zatrosz­czymy się o resztę. Uwa­żaj­cie na sie­bie i niech Moc będzie z wami. – Postać znik­nęła i Kle­fan wsu­nął pro­jek­tor do kie­szeni.

Rozej­rzał się po twa­rzach towa­rzy­szą­cych mu Jedi, od szes­na­sto­let­niego rodiań­skiego pada­wana po siwo­wło­sego, choć na­dal ener­gicz­nego arka­niań­skiego mistrza Thecę, który, jak powia­dali, miał ponad dwie­ście lat, i ski­nął głową z uzna­niem.

– Wszy­scy sły­sze­li­ście. Pada­wani, trzy­maj­cie się mistrzów. Broń­cie się w razie potrzeby, ale nie dzia­łaj­cie pochop­nie. Pamię­taj­cie: to misja ratun­kowa. Szu­kamy broni dale­kiego zasięgu. – Rozej­rzał się po wnę­trzu promu. Gdy jego wzrok spo­czął na Iskat, pada­wanka wyobra­ziła sobie, że mistrz sub­tel­nie mruży oczy. – I niech Moc będzie z wami.

Odwró­cił się i popę­dził w dół po tra­pie. Pozo­stali Jedi podą­żyli jego śla­dem.

– Pra­cuj nad samo­kon­trolą – szep­nęła mistrzyni Sem­ber, gdy cze­kały na swoją kolej, by opu­ścić pokład. – Spo­kój, któ­rego szu­kasz, jest w tobie. Ufaj sobie, pada­wanko, ale nie pod­da­waj się emo­cjom.

Iskat pul­so­wała krew w uszach, gdy zbie­gała w ślad za powie­wa­jącą szatą Sem­ber. Zna­la­zły się na pustyni o czer­wo­na­wym pia­sku, ską­pane ostrym słoń­cem. Wyso­kie iglice pięły się ku niebu niczym top­nie­jące świece. Gdzieś w pobliżu tłum bzy­czał, mru­czał i wrzesz­czał. Miało się wra­że­nie, iż w powie­trzu zbie­rają się ładunki elek­tryczne, mimo że niebo było bez­chmurne.

– Ale gdzie podziali się sami Geo­no­sja­nie? – spy­tała mistrzy­nię Iskat, gdy bie­gły ramię w ramię.

– A to myśla­łaś, że będą stać i na nas cze­kać? – odpo­wie­działa pyta­niem na pyta­nie Sem­ber. – Kle­fan popro­wa­dzi nas tam, dokąd mamy iść.

I ow­szem, mistrz Kle­fan już kie­ro­wał Jedi do otworu w nasa­dzie jed­nej z iglic. Iskat zauwa­żyła, że wszy­scy uru­cha­miają mie­cze, nim wejdą do ciem­nego tunelu. Nie­bie­skie i zie­lone klingi zani­kały w cie­niach, gdy Iskat bie­gła przez gorące pia­ski. Gorąco prze­sią­kało jej przez pode­szwy butów. Już bywała na pustyn­nych pla­ne­tach, a choć nie pamię­tała wła­snego domu, wie­działa, że nie ma mowy, by pocho­dziła z takiego wła­śnie miej­sca. Już się pociła, a kark swę­dział ją tam, gdzie mocno splo­tła dłu­gie włosy.

Nie­istotne. Musiała się sku­pić.

„Nie ma emo­cji – jest spo­kój”.

Mistrzyni Sem­ber zatrzy­mała się przy wej­ściu do wieży, uru­cho­miła nie­bie­skie ostrze i ski­nęła głową do pod­opiecz­nej, która kar­nie wci­snęła kciu­kiem przy­cisk na ręko­je­ści mie­cza o zie­lo­nej bar­wie i ostroż­nie weszła do środka. Zmie­rzały teraz wąskimi spi­ral­nymi scho­dami, roz­świe­tla­jąc ciem­no­ści tylko przy pomocy swo­jej broni. Iskat wie­działa, że Geo­no­sja­nie są rasą owa­dzią. Przy­pusz­czal­nie nawi­gują za pomocą zmy­słów innych niż wzrok. Uszy pod­po­wia­dały jej, że sądząc po echu, schody są dłu­gie i się­gają głę­boko pod zie­mię. Za nią scho­dził mistrz Ansho, potem Tualon. Była wdzięczna, że jest oto­czona przez tak potęż­nych Jedi w tym dziw­nym, nie­zna­nym miej­scu.

Schody wresz­cie skoń­czyły się w kory­ta­rzu o wyso­kim stro­pie i mister­nym archi­tek­to­nicz­nym wykoń­cze­niu, spra­wia­ją­cym, że całość nie­mal przy­po­mi­nała świą­ty­nię. Pod­łoga miała postać meta­lo­wej kra­tow­nicy. Jedi bez­sze­lest­nie roz­stą­pili się i podą­żyli za mistrzem Kle­fa­nem. Iskat na­dal znaj­do­wała się mię­dzy Sem­ber i Anshem. Mistrzo­wie w natu­ralny spo­sób zaj­mo­wali miej­sca mię­dzy mniej doświad­czo­nymi pada­wa­nami. Fvorn stał w pobliżu wraz ze swoim kum­plem Zeethem i ich men­to­rami. Char­lin i Onielle też wcho­dziły w skład oddziału, ale całe szczę­ście, że nie znaj­do­wały się bez­po­śred­nio w pobliżu Iskat. Jedi mieli nie cho­wać urazy, ale Iskat uznała, iż skoro jej się to zda­rza, to im też, więc była zado­wo­lona, że jest nieco odda­lona od pada­wa­nek, któ­rym przy­pusz­czal­nie na­dal nie zeszły nie­dawne siniaki.

– Iskat! – syk­nęła Sem­ber i dziew­czyna przy­śpie­szyła, by się z nią zrów­nać, gdy wkra­czały do roz­le­głej fabryki, teraz chłod­nej i nie­ru­cho­mej. Płynny metal na­dal jarzył się wiśniową czer­wie­nią wśród ogrom­nej maszy­ne­rii, ale bra­ko­wało tam pra­cow­ni­ków, choćby i dro­idów. Dawało to nie­po­ko­jący efekt, jakby Geo­no­sja­nie nie­dawno po pro­stu zeszli ze swo­ich sta­no­wisk, pozo­sta­wia­jąc roz­po­czętą pracę. Mistrz Kle­fan popro­wa­dził Jedi ku mniej­szym drzwiom wio­dą­cym do tunelu. Wewnątrz przej­ście miało około trzech metrów wyso­ko­ści i tyle samo sze­ro­ko­ści. Ściany w cało­ści pokryte były pła­sko­rzeź­bami przed­sta­wia­ją­cymi sceny z życia Geo­no­sjan. U wylotu kory­ta­rza Iskat dostrze­gała odle­gły tłum, kibi­cu­jący, tupiący i bzy­czący. Jej zmy­sły wario­wały od nowych bodź­ców, a serca biły coraz szyb­ciej, gdy Jedi zbli­żali się do celu. Jedno po dru­gim wkra­czali do tunelu, a ich ostrza rzu­cały barwne świa­tła na rzeź­biony kamień.

Przed nimi od ściany odcze­pił się ciemny cień i Fvorn zawył, gdy dostał w plecy pałką. Cały kory­tarz roz­świe­tlił się elek­trycz­no­ścią, gdy chło­pak trząsł się i wrzesz­czał. Powie­trze wypeł­niło się cierpką wonią przy­pa­la­nej ole­istej duro­skiej skóry. Mistrz Kle­fan odwró­cił się i powa­lił Geo­no­sja­nina mie­czem świetl­nym, ale było za późno. Fvorn się nie ruszał. Iskat znie­ru­cho­miała kom­plet­nie, gdy czuła, jak chło­pak umiera, ema­nu­jąc w Mocy okrop­nym, roz­dzie­ra­ją­cym, prze­szy­wa­ją­cym bólem, nie­przy­po­mi­na­ją­cym niczego, co doświad­czyła do tej pory. Powie­trze wypeł­nił wrzask furii i straty wyda­wany przez Zeetha. Drugi chło­pak wyłą­czył miecz i klęk­nął przy kom­pa­nie.

Iskat jesz­cze ni­gdy nie czuła, by ktoś odcho­dził tak gwał­tow­nie. Miała wra­że­nie, że sama tro­chę umarła. Fvorn zawsze tam był jako pewna stała w jej życiu, naj­pierw cichy i pogodny towa­rzysz zabaw, potem sza­no­wany pada­wan, a teraz po pro­stu go… zabra­kło. Stało się to tak szybko i łatwo, a prze­cież Fvorn był dobrym Jedi, dobrym wojow­ni­kiem. Nie zasłu­gi­wał na to, by umrzeć w taki spo­sób, tak daleko od Świą­tyni, gdzie chciał pew­nego dnia pra­co­wać jako dyplo­mata.

Fvorn zmarł w katu­szach, zasko­czony i wystra­szony. Ta nagła bru­tal­ność roz­brzmie­wała echem w kościach Iskat.

Ciche skrob­nię­cie spra­wiło, że zje­żyły się jej wło­ski w uszach.

Napięła się jak struna i spoj­rzała na ścianę.

To, co wzięli za pła­sko­rzeźby, w isto­cie było zama­sko­wa­nym kon­tyn­gen­tem uzbro­jo­nych Geo­no­sjan, goto­wych do ataku.

Iskat obró­ciła się i w ostat­niej chwili unio­sła ostrze mie­cza. Sprytna grupa Geo­no­sjan odsko­czyła od ściany i naj­bliż­szy prze­ciw­nik pole­ciał wprost na nią z piką wymie­rzoną w jej pierś.

/ Rozdział 4

/4

GEO­NO­SJA­NIN ZAWO­DZIŁ SZA­LEŃ­CZO, lecąc ku Iskat. Machał skrzy­dłami tak szybko, że wyda­wały się roz­ma­zaną smugą. Całe ciało pada­wanki zamarło i się spięło. Jej umysł wyko­ny­wał obli­cze­nia, a serca dud­niły nie­zsyn­chro­ni­zo­wa­nym tem­pem w peł­nej gro­zie. Jesz­cze ni­gdy nie została zaata­ko­wana – nie w taki spo­sób.

Nie naprawdę.

Ale jej ciało dokład­nie wie­działo, jak zare­ago­wać.

Nie potrze­bo­wało jaźni ani serc.

Jej ręka wystrze­liła w oka­mgnie­niu, jakby żyła wła­snym życiem.

Gdy ostrze się­gnęło piersi Geo­no­sja­nina, Iskat stała się oso­bli­wie świa­doma roz­dzie­ra­nego ciała, ostrego chrzę­stu chi­tyny i mięk­szych tka­nek w jej wnę­trzu. Led­wie dotarło do niej, że jest ata­ko­wana, a teraz lata­jący insek­toid leżał u jej stóp, nie­mal prze­cięty na pół. Dziwna istota w niczym nie przy­po­mi­nała żad­nych, jakie widziała do tej pory. W więk­szym stop­niu wyda­wała jej się owa­dem niż myślą­cym stwo­rze­niem. Miała jed­nak na sobie swego rodzaju mun­dur, no i dzier­żyła broń, zatem była rozumna, a Iskat ją zabiła, tak jak jedna z nich zabiła Fvorna.

Geo­no­sja­nin, istota żywa, czy­jeś dziecko, może i rodzic.

Żywy, a teraz mar­twy. Z jej przy­czyny.

Uczono ją, by się­gać do pul­su­ją­cej Mocy, by wyczu­wać uni­kalne sygna­tury każ­dej rośliny, każ­dej osoby, by nawią­zy­wać łącz­ność z tą har­mo­nią. Przy­go­to­wali ją, by bro­niła. Chro­niła.

Ale i by ude­rzała w cele, by jej ciosy się­gały klu­czo­wych narzą­dów, by paro­wała każde cię­cie i każde pchnię­cie, by dźgała i zabi­jała, a tutaj roze­grało się to tak szybko, tak łatwo. Jej ciało zare­ago­wało, jakby dokład­nie wie­działo, co powinno zro­bić, jakby instynkt był wro­dzony.

Została zabój­czy­nią.

W słusz­nym celu, rzecz jasna. By ura­to­wać innego Jedi.

Gdyby nie zabiła Geo­no­sja­nina, on zabiłby ją, zresztą pew­nie nie­wiele o tym myśląc.

Musiała to zro­bić, więc to zro­biła, a teraz jej pierś wypeł­niała oso­bliwa pustka. Czuła, jak Geo­no­sja­nina opusz­cza Moc, jak jego ciało wzdryga się z bólu i zasko­cze­nia. Była w pełni świa­doma cien­kiej jak brzy­twa gra­nicy mię­dzy ist­nie­niem a nieist­nie­niem, kimś a nikim, życiem a śmier­cią.

Nie miała teraz czasu, by o tym myśleć.

Poja­wiali się kolejni prze­ciw­nicy. Odkle­jali się od ścian, prze­bie­gali chył­kiem po sufi­cie. Ciem­ność ofe­ro­wała nie­zli­czone kry­jówki, a Geo­no­sja­nie buczeli ze zło­ści niczym wście­kły chór. Mistrzo­wie i ryce­rze Jedi natych­miast wkro­czyli do akcji. Popę­dzili pada­wa­nów kory­ta­rzem ku miej­scu, które musiało być areną. Wal­czyli tylko w obro­nie wła­snej. Onielle zawyła, gdy dosię­gnęła ją wiązka soniczna z bla­stera. Char­lin pomo­gła przy­ja­ciółce wstać i ase­ku­ro­wała ją, gdy kuś­ty­kały ku are­nie.

– Szybko – upo­mniała pada­wankę Sem­ber i obró­ciła się, by pobiec przej­ściem.

Zeeth jed­nak na­dal klę­czał na ziemi przy swoim przy­ja­cielu, gdy mistrz Kle­fan nie­sku­tecz­nie pró­bo­wał zmu­sić go do dal­szego mar­szu. Ist­niało zagro­że­nie, że w tym cha­osie zostaną sami. Albo gorzej – że zginą.

Iskat stra­ciła z oczu szatę mistrzyni. Sem­ber wyda­wała się tak pewna, że jej pada­wanka wykona roz­kaz, ale Iskat nie mogła zosta­wić Zeetha na pastwę losu. Fvorn i Zeeth zawsze byli dla niej mili, ni­gdy nie oka­zy­wali przy niej lęku, nawet po tam­tym incy­den­cie.

Gdy tak patrzyła, Geo­no­sja­nin zamach­nął się piką na Zeetha i mistrz Kle­fan zerwał się, by ode­przeć atak. Gdy kolejni insek­to­idzi zbli­żali się ku odizo­lo­wa­nym Jedi, Iskat wie­działa, że nie może tak po pro­stu pobiec za resztą. Cof­nęła się kory­ta­rzem w stronę Zeetha, a gdy geo­no­sjań­ski wojow­nik odsko­czył od ściany, by przy­pu­ścić atak, kuc­nęła i prze­po­ło­wiła istotę mie­czem świetl­nym. Nim to do niej dotarło, nim mogła zamru­gać, by wyrzu­cić z głowy obraz gór­nej połowy ciała zsu­wa­ją­cej się z dol­nej, wyrósł przed nią kolejny wróg.

A wtedy stało się coś pięk­nego.

Myśli i zmar­twie­nia Iskat gdzieś ule­ciały i stała się…

Pie­śnią, wier­szem, tań­cem.

Istotą czy­stej kon­cen­tra­cji, sku­pioną na jed­nym celu.

Na zabi­ja­niu.

Geo­no­sja­nie roili się, a ona sie­kała, uni­kała, ska­kała, paro­wała, kopała, pchała, dźgała łok­ciami i biła z pię­ści, rzu­cała i łapała, robiła salta i zanu­rzała ostrze w kolej­nych cia­łach. Nie powstrzy­my­wała się przed niczym, nie mar­twiła się, że robi coś źle. Zapo­mniała o Char­lin, Onielle i ich cią­głych podej­rze­niach, zapo­mniała o poważ­nym spoj­rze­niu mistrzyni, o wła­snej obiet­nicy, że będzie poszu­ki­wać wewnętrz­nego spo­koju. Ist­niała tylko Iskat, jej broń, jej ciało i wro­go­wie, któ­rzy ją zabiją, jeśli tylko da im naj­mniej­szą szansę. Czas stra­cił wszel­kie zna­cze­nie, jej zmy­sły były w pełni sku­pione. Po raz pierw­szy w życiu nie wal­czyła o to, by ogra­ni­czać się i robić to, o co ją pro­szono.

Po pro­stu stała się sobą. W pełni.

A wtedy odwró­ciła się z unie­sio­nym ostrzem i odkryła, że zabra­kło jej wro­gów. Zeeth na­dal przy­tu­lał się do ciała przy­ja­ciela, ale mistrz Kle­fan wbi­jał wzrok w Iskat, jakby widział ją pierw­szy raz.

– Dość, Iskat – powie­dział, choć jego głos led­wie wyszedł poza szept. – Już są mar­twi.

Świat zawi­ro­wał, po czym odzy­skał ostrość, a dziew­czyna rozej­rzała się dookoła. Geo­no­sja­nie leżeli wszę­dzie, niczym zepsute lalki, ich broń poroz­rzu­cana, ich żółta krew pla­miąca kamie­nie. Iskat spoj­rzała w dół na poob­cie­rane kostki. Ta sama żółta krew spla­miła jej dło­nie i szatę na łok­ciach. Jej miecz świetlny w oka­mgnie­niu kau­te­ry­zo­wał zada­wane rany, ale jej skóra na­dal nosiła oznaki jej bru­tal­no­ści.

– Cóż za nie­ty­powy styl walki – rzekł mistrz Kle­fan. Spo­sób, w jaki to wypo­wie­dział, suge­ro­wał, że to nic dobrego.

Iskat nie odpo­wie­działa. Bo niby co miała powie­dzieć? Przy­tak­nęła tylko i wyłą­czyła broń. Odno­to­wała w duchu, iż jedną z wielu zalet mie­cza świetl­nego, o jakiej ni­gdy wcze­śniej nie pomy­ślała, jest to, że po fak­cie nie trzeba czy­ścić ostrza z krwi.

Wraz z mistrzem Kle­fa­nem posta­wili Zeetha na nogi i popro­wa­dzili go kory­ta­rzem, omi­ja­jąc tru­chła tuzina Geo­no­sjan. Rodia­nin był w szoku. Stą­pał nie­równo, pogrą­żony w żało­bie.

– Raduj się, bo zjed­no­czył się z Mocą – powie­dział łagod­nym tonem mistrz Kle­fan. – Pora na dzia­ła­nie, Zeethu. Póź­niej, gdy będziemy już bez­pieczni, wspól­nie opła­czemy zmar­łych. Ale teraz galak­tyka cię potrze­buje.

– Ale nie możemy go tak zosta­wić… – zaczął Zeeth, przy­sta­nąw­szy w miej­scu.

Mistrz Kle­fan zło­żył dłoń na ramie­niu pada­wana.

– Nie chciałby, by inni zgi­nęli, gdy jego dusza już ule­ciała w dal­szą drogę. – Jego dłoń prze­mie­ściła się na pierś chło­paka. – Twój przy­ja­ciel zawsze będzie towa­rzy­szył ci w Mocy. Odnaj­dziesz go tutaj. Jest jak świa­tło, które ni­gdy nie gaśnie.

Cof­nął dłoń, a Zeeth zło­żył dłu­gie palce na sercu i zamknął oczy.

– Naprawdę wyczu­wam jego obec­ność – powie­dział ze zdzi­wie­niem, po czym otwo­rzył oczy. – Chciałby, żebym ruszył dalej.

Mistrz Kle­fan przy­tak­nął z powagą i odwró­cił się, a Zeeth podą­żył jego śla­dem przez tunel. Iskat była zado­wo­lona, że słowa Kle­fana mu pomo­gły. Czuła, że nowo odna­le­ziona otu­cha Rodia­nina pro­mie­niuje przez Moc, ale w roz­mo­wie poja­wiło się coś, co wzbu­dziło w niej nie­smak. Obej­rzała się przez ramię ku miej­scu, gdzie spo­wite cie­niem ciało Fvorna leżało wśród mar­twych Geo­no­sjan. Wszy­scy byli tak samo mar­twi. Iskat zadrżała, nim spoj­rzała przed sie­bie i przy­śpie­szyła kroku, by dołą­czyć do reszty.

Gdy dotarli do pozo­sta­łych pada­wa­nów cze­ka­ją­cych w cichym przed­sionku, Iskat ode­brała ich nie­po­kój. Liczni odczu­wali zapewne to samo wra­że­nie doj­mu­ją­cej pustki, jakiego doświad­czyła, gdy po raz pierw­szy ode­brała życie. Kil­koro drżało z sze­roko otwar­tymi oczyma, pew­nie w szoku. Mistrzo­wie wokół utrzy­my­wali stan peł­nej goto­wo­ści i szep­tali do pod­opiecz­nych słowa otu­chy. Dawna mistrzyni Zeetha, Gobi, obej­mo­wała swoją obecną pada­wankę. Mistrz Kle­fan udał się na przód, by popro­wa­dzić zespół mister­nie żło­bio­nymi kamien­nymi stop­niami. Sem­ber odłą­czyła się od więk­szej grupy i pode­szła do Iskat. Dziew­czyna wyczuła, że jej mistrzyni jest oso­bli­wie zanie­po­ko­jona.

– Spo­kój – ode­zwała się Sem­ber i spoj­rzała wymow­nie na pada­wankę. – Znajdź swój śro­dek.

„Zna­la­złam” – pra­wie wymsknęło się Iskat, ale tylko przy­tak­nęła. Te spi­ralne schody były szer­sze i bar­dziej monu­men­talne niż poprzed­nie, a okrzyki zebra­nego na zewnątrz tłumu wyda­wały się nie­mal ogłu­sza­jące. Iskat czuła wdzięcz­ność wobec mistrzyni za ćwi­cze­nia z kali­ste­niki, gdy wspi­nała się coraz wyżej i wyżej z mie­czem w goto­wo­ści. Schody wio­dły ku wiel­kim skle­pio­nym drzwiom z ogromną szybą, przez którą prze­ni­kało jaskrawe świa­tło dnia. Gdy mistrz Kle­fan roz­ma­wiał z Mace’em Windu przez holo­wy­świe­tlacz i cze­kał, aż wszy­scy Jedi zbiorą się w miej­scu, dziew­czy­nie wyda­wało się, że widzi świat z nowej per­spek­tywy. Barwy były jaśniej­sze, dźwięki – ostrzej­sze. Walka dodała jej pew­no­ści sie­bie, jakiej ni­gdy do tej pory nie doświad­czyła. Tak, wcze­śniej wyka­zy­wała się siłą i umie­jęt­no­ściami, ale nie praw­dziwą bie­gło­ścią. Teraz miała wra­że­nie, że jest przy­go­to­wana nie w stop­niu dopusz­cza­ją­cym, jak czę­sto ujmo­wała to mistrzyni Sem­ber, a wręcz bły­sko­tli­wym.

Z dru­giej strony… bie­głość w zabi­ja­niu? Czy to aby na pewno powód do dumy?

Coś, co czy­niło dobrą Jedi?

Ma się tym cheł­pić?

Mistrzo­wie by tego nie pochwa­lali. Przy­po­mnie­liby jej, by wró­ciła do kodeksu Jedi.

To, czego się dopu­ściła, stało się w obro­nie wła­snej. No i ura­to­wała Zeetha. Taki miała obo­wią­zek.

Nie pora na uczu­cia, wymówki. Wie­działa, co musi zro­bić.

Zamknęła oczy, ści­snęła amu­let i zaczęła recy­to­wać w duchu man­trę.

„Nie ma…”

– Dla­czego ma całe zakrwa­wione dło­nie? – szep­nęła do Zeetha Onielle, na tyle cicho, że przy­pusz­czal­nie nie sły­szał jej nikt, kto nie dys­po­no­wał wyostrzo­nym słu­chem Iskat, choć ta usły­szała ją siłą rze­czy. Takie już jej prze­kleń­stwo: nikt nie wie­dział nic o jej gatunku, więc nikt nie miał poję­cia, że sły­szała każdą opi­nię wyszep­taną na jej temat. – Widzia­łeś, co się stało?

– Zabiła je wszyst­kie – mruk­nął Zeeth. – Tuzin. Zaata­ko­wały mnie i mistrza Kle­fana, a ona je zabiła.

Char­lin wcią­gnęła powie­trze przez zęby.

– Ja jed­nego ugo­dzi­łam, choć nie śmier­tel­nie. To było straszne. Nie wyobra­żam sobie, by zabić ich tyle.

– A gdy wcho­dziła scho­dami, uśmie­chała się – dodała Onielle.

Iskat zadała sobie trud, by zapa­no­wać nad twa­rzą. Wyj­rzała przez drzwi na roz­po­ście­ra­jącą się poni­żej ogromną arenę, gdzie przy­kuto łań­cu­chami jeń­ców do posta­wio­nych w cen­tral­nym punk­cie kolumn.

– Tylko ona z nas wszyst­kich tam została. Dobrze sobie pora­dziła – ode­zwał się Tualon zza ple­ców Onielle. Iskat poczuła przy­pływ wdzięcz­no­ści do Twi’leka, który szcze­rze pró­bo­wał kie­ro­wać się sło­wami kodeksu, nie tylko dla­tego, że obser­wo­wali ich mistrzo­wie.

Iskat poczuła na sobie chłodny wzrok Char­lin.

– Nie musiała zosta­wać. Mistrzo­wie powie­dzieli nam, co mamy robić, a ona zro­biła… coś innego. Coś bru­tal­nego. Naj­pierw Tika, a teraz to. Nie czuję się kom­for­towo w obec­no­ści kogoś tak nie­bez­piecz­nego.

– To trzy­maj się z dala od Mace’a Windu – zabrał głos mistrz Ansho, naru­sza­jąc krąg pada­wa­nów swoją obec­no­ścią. Jego duże czarne śle­pia mie­niły się, a nie­bie­skie gło­wo­ogony drgały, gdy potężny Nauto­la­nin tak­so­wał kolejno wzro­kiem uczniów. – Czy nawet od mistrza Yody. Jedi robią to, co konieczne. Jeste­śmy na misji. To już nie jest szko­le­nie, cza­sami zabi­jasz lub giniesz. Jestem pewien, że Iskat żałuje tego, co musimy robić. Tak jak żału­jemy tego wszy­scy.

I tak – żało­wała. Przy­naj­mniej tam­tego pierw­szego. Była sto­sun­kowo pewna, że owa­dzie oczy umie­ra­ją­cego Geo­no­sja­nina będą ją prze­śla­do­wać przez całą wiecz­ność.

A po tam­tym pierw­szym po pro­stu prze­stała spo­glą­dać im w oczy.

To sporo uła­twiało.

Zasta­na­wiała się, czy mistrzyni Vey zna to uczu­cie, czy sama zgła­dziła jakichś Geo­no­sjan w dal­szej czę­ści tunelu. Sem­ber udzie­liła jej wielu lek­cji, ale bar­dzo nie­wiele doty­czyło śmierci i prze­mocy. Iskat podej­rze­wała, że życie, które dla niej pla­no­wała, miało być spo­kojne, wolne od pro­wo­ka­cji.

Ale sądząc po dzi­siej­szej misji, pokój nie był już moż­liwy.

Na wprost mistrz Kle­fan zatrzy­mał się wśród cieni przy skle­pio­nych drzwiach wio­dą­cych na arenę i scho­wał do kie­szeni holo­wy­świe­tlacz. Syk­nię­cia, wiwaty i klik­nię­cia roz­le­gły się tak gło­śno, że Iskat natych­miast zro­zu­miała, iż tych dwu­dzie­stu napo­tka­nych do tej pory Geo­no­sjan było jedy­nie ziarn­kami pia­sku na plaży. Na try­bu­nach znaj­do­wały się ich bowiem całe tysiące, a to, co działo się na are­nie, nie miało prawa być dobre.

– Obi-Wan Kenobi, Ana­kin Sky­wal­ker i sena­tor Ami­dala wal­czą o życie – oznaj­mił poważ­nym tonem mistrz Kle­fan. – Zebrani na widowni pew­nie nie są uzbro­jeni, ale mimo to mogą nas zaata­ko­wać, tak jak zro­bią to straż­nicy i ochro­nia­rze. Nasi zwia­dowcy odkryli na tym pozio­mie kilka dział. Szu­kamy też bla­ste­rów sonicz­nych i kara­bi­nów bla­ste­ro­wych. Nie chcemy, by kto­kol­wiek z try­bun celo­wał w naszych na ziemi. Pada­wani, trzy­maj­cie się mistrzów. – Kiw­nął głową w stronę drzwi.

– Pamię­taj o swoim szko­le­niu – prze­ka­zała uczen­nicy mistrzyni Sem­ber. W jej oczach wid­niało coś ciem­nego i badaw­czego. Gdy pobie­gła przez drzwi, Iskat podą­żyła jej śla­dem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki