To tylko złudzenie. Blef. Tom 2 - Agnieszka Kulbat - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

To tylko złudzenie. Blef. Tom 2 ebook i audiobook

Agnieszka Kulbat,

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

53 osoby interesują się tą książką

Opis

Czy w grze pełnej złudzeń znajdzie się miejsce na miłość?

Uporządkowany świat Asyi runął, gdy poznała prawdę o swoim ojcu. Andriej Karranov zniszczył życie jej ukochanego Maksa oraz wielu niewinnych ludzi. Zdruzgotana dziewczyna zostaje na jego rozkaz zamknięta wraz z Amandą w willi w środku lasu. Ich strażnik, Kamil, odsłania przed nią swoją historię, wyjaśniając związki łączące go z Karranovem. Czy okaże się sojusznikiem Asyi, czy wrogiem?

Zdruzgotana dziewczyna musi podjąć grę ojca, aby dać współpracującemu z wywiadem Maksowi czas na zniszczenie imperium finansowego od środka. Czy para ma szansę w starciu z silniejszymi od nich przeciwnikami?

Ta historia jest naprawdę SWEET. Sugerowany wiek: 16+.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 324

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 56 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Megi Piast

Oceny
4,5 (16 ocen)
10
4
2
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
marynioka2

Nie oderwiesz się od lektury

całkiem fajna
00
Heske

Nie oderwiesz się od lektury

serdecznie polecam ❤️
00
iza125

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam, dobrze jest znać pierwszą część, w kontynuacji podomykane wszystkie wątki. Przyjemnie się czyta.
00
Magda_lena941129

Nie oderwiesz się od lektury

polecam przeczytać
00
emili22

Całkiem niezła

Ok,jest mafia ,jest romans....kryminał,dramat...ogólnie jestem na tak.Nie nudziłam się wciąga na maxa...nieraz tylko śmieszy to jak banalnie rozwiązują się niektóre problemy.Taki mafijny romans dla młodzieży...taki delikatniejszy ...jakby lekko naciągany. Bardzo inny od tych które bardziej przechodzą w krwawy i wylgarny erotyk ....tutaj tego nie ma . Naprawdę fajna książka oba tomy...Nie mogłam zdecydować komu kibicuję czy Kamilowi czy Horusowi...dobry pomysł na te postacie....bo nigdy nie wiadomo czy autorce nie strzeli coś do głowy ze któryś z nich okaże się kimś innym i cała teorie spisku szlak trafi.Polecam warta przeczytania 😊
00

Popularność




Karta tytułowa

„BOJĘ SIĘ O CIEBIE, ŻE CIĘ KIEDYŚ STRACĘ

I KIEDY O TYM MYŚLĘ, TO ROBI SIĘ INACZEJ”.– KAŚKA SOCHACKA, MATEUSZ DOPIERALSKI

ROZDZIAŁ 1

Kiedy ostatnio narzekałam na swoje życie, przereklamowane pozytywy czy kredyt przyczepiony do pleców, nie wiedziałam jeszcze, że pewnego dnia ojciec uprowadzi mnie w biały dzień z wynajmowanego mieszkania.

To jest dopiero powód do marudzenia.

– Asya… – Usłyszałam gdzieś na granicy snu i jawy. Znajomy, kobiecy głos dochodził z bliska. Wydawało mi się nawet, że poczułam na ramieniu oddech osoby obok. – Asya, t-ty głupia krowo. N-nie wybaczę ci tego, że mnie w to wplątałaś.

Nie bez trudu uniosłam powieki.

Świat zawirował, choć siedziałam na parkiecie oparta plecami o ścianę. Powoli budziłam się z zaserwowanej mi przymusowej drzemki. Z każdą kolejną sekundą zauważałam więcej szczegółów, co nie było łatwe, ponieważ raziło mnie światło emitowane przez żarówki zamontowane w żyrandolu pośrodku pokoju.

Rozejrzałam się po jasnej, świeżo urządzonej sypialni. Przestronne pomieszczenie zdobiły białe minimalistyczne meble, w oknach wisiały długie firany tego samego koloru. Zwróciłam uwagę na otwarte drzwi do łazienki – pomieszczenia o standardzie, jakiego dawno nie doświadczyłam, lecz to akurat tyczyło się wszystkiego, co miałam w zasięgu wzroku.

Tu jest tak jakby luksusowo, przeszło mi przez głowę.

Z cichym jękiem odsunęłam opierającą się o mnie Amandę, która bełkocząc, odwróciła głowę w drugą stronę. Wstałam, asekurując się ścianą. Dopiero po chwili udało mi się złapać równowagę, więc zaczęłam niemrawo przeszukiwać kieszenie spodenek. Co dziwne, nie zachowywałam się nerwowo. Metodycznie badałam palcami swoje ciało i nie doszukawszy się żadnych poważniejszych obrażeń, przestawiłam się na wykonywanie kolejnej czynności – tak jakbym nie mogła działać i myśleć w tym samym czasie.

Zachowywałam się tak chyba tylko dlatego, że doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, co się stało. Dzięki temu jakoś wyjątkowo ominął mnie moment niemożliwej do opanowania paniki.

Przecież to tylko ojciec gangster porwał mnie i zamknął cholera wie gdzie, ot tak.

– As, głowa mnie boli – mruknęła Amanda, opierając leniwie brodę na dłoni.

Dziewczyna siedziała rozkraczona na podłodze. Jej krótka skórzana spódniczka podwinęła się, przez co miałam idealny widok na jej granatowe majtki. Opięta czarna bluzka zrolowała się i odsłoniła jej pępek, lecz Amanda nie wydawała się tym przejęta. Spoglądała na mnie jedynie pustym wzrokiem z na wpół przymkniętymi powiekami.

– Mnie też – odparłam i ruszyłam w stronę okien, których łącznie doszukałam się aż trzech.

Gdy odsunęłam cienkie firanki, oklapłam na widok rozpościerającej się po drugiej stronie szyby połaci drzew pogrążonych w mroku nocy.

Środek lasu, świetnie.

– Asya, ty czujesz się lepiej. – Amanda z wyrzutem wskazała na mnie palcem. – Zawołaj tego swojego ojca, mmmuszę z nim pomówić. To jakaś kpina jest to wszystko.

– Dobrze, że powiedziałaś. Bez ciebie bym się nie domyśliła.

Uniosłam dłoń, aby pociągnąć za klamkę od okna, lecz ta ani drgnęła.

– Lepiej powiedz, co wiesz o swoim ojcu, bo chyba zapomniałaś mi wspomnieć, że go znasz – wyrzuciłam z siebie, zapatrzona w korony wysokich drzew.

Dopiero po chwili zorientowałam się, jak ostro zabrzmiałam. Z opóźnieniem zrozumiałam również, że Amanda mogła przeżywać tę sytuację zupełnie inaczej niż ja, przez co wraz z moim oskarżycielskim tonem nie musieliśmy być tym, czego potrzebowała teraz najbardziej.

Turlejska jednak, z typową dla siebie wyniosłością, chrząknęła.

– Mój ojciec jest… kryminalistą – prychnęła. – Odezwał się do mnie pierwszy raz trzy lata temu. Dwa razy odwiedziłam go w więzieniu, ale potem doszłam do wniosku, że nie chcę go znać, i tyle go widziałam.

Skrzywiła się i chwiejnie wstała, akurat kiedy otwierałam szufladę pokaźnego biurka w poszukiwaniu jakiejkolwiek poszlaki czy informacji. Miałam nadzieję, że znajdę coś, co naprowadzi nas na trop tego, gdzie się znajdowałyśmy, a może nawet pozwoli znaleźć potencjalny oręż, gdyby przyszło nam się bronić.

Mimowolnie przeleciała mi przed oczami scena, kiedy jeszcze w swojej kawalerce zaatakowałam Horusa widelcem.

Na wspomnienie chłopaka moje ciało wreszcie odczuło pierwsze oznaki stresu czy zdenerwowania. Dopiero strach o Maksa wybudził mnie z wcześniejszego letargu, a umysł zaczął dopuszczać do siebie blokowane wcześniej uczucia.

Moje ręce zaczęły się lekko trząść, oddech uwiązł w gardle.

Co, jeśli coś poszło nie tak? Jeśli go złapali?

Zemdliło mnie na samą myśl.

Wzięłam krótki oddech i oparłam ręce na biodrach, aby ukryć ich drżenie. Czułam, jak wzbierające fale nerwów lada moment zaleją mój mizerny spokój, który nie wytrzyma dłużej niż dom z papieru w starciu z tsunami.

Skurcz przeszył mój brzuch na myśl o pozostawionym samemu sobie Maksie.

– Szlag, Asya! – Ocknęłam się, usłyszawszy, jak Amanda krzyczy, wymachując ręką w stronę okna. – To jakaś pipidówa! Środek niczego!

Przynajmniej ona nie straciła rezonu.

– Wiem, Amanda. Mam oczy… Dobra. – Odwróciłam się przodem do Turlejskiej i stanęłam szeroko na nogach. Przyjęłam już do wiadomości, że nie kierował mną strach o siebie, tylko o Maksa, choć nie miałam jeszcze pojęcia, jak go zinterpretować... – N-nie mam pojęcia, co ci powiedzieć. Obie wiemy teraz tyle samo, więc nie oczekuj ode mnie rewelacji. Nie wiem, gdzie jesteśmy ani czego mój ojciec od nas chce.

Amanda zmarszczyła brwi, walcząc z podobnymi myślami, i podeszła bliżej, aby objąć mnie ramionami. Starałam się uspokoić nerwowy i głośny, świszczący oddech, który z każdą kolejną chwilą wzmagał moją chęć wybuchnięcia płaczem.

– No już, już. – Stanęła na palcach i poklepała mnie kilkukrotnie po głowie. – Nie możesz myśleć o smutnych rzeczach. Nie wiesz, co się dzieje z twoim Syndromem Sztokholmskim, i się o niego martwisz? Trudno.

– Nie nazywaj tak Maksa – burknęłam, ale ona kontynuowała:

– Nie wiesz, gdzie jesteś? Trudno. Nie wiesz nawet, która jest godzina? Trudno. Ale jesteś tu ze mną i razem z pewnością będziemy wrzeszczeć zdecydowanie głośniej, niż gdybyś robiła to sama.

Przejechałam dłonią po twarzy. Rozejrzałam się ponownie po pokoju i bez słowa, wreszcie wiedziona prawidłowym instynktem, zrobiłam coś, co powinnam zrobić już na samym początku.

Nacisnęłam klamkę do drzwi na korytarz.

– O, stara – mruknęła pod nosem Amanda, stanąwszy obok. – Tego się nie spodziewałam.

Zażenowana patrzyłam, jak drzwi się otwierają i ukazują nam wyłożony dużymi kaflami korytarz urządzony w brązach, które rozjaśniono złotymi akcentami zauważalnymi w ramach obrazów czy lampach. Rozchodził się na boki, lecz po lewej nie czekało na mnie nic prócz okna na całą wysokość piętra, dzięki czemu księżycowe światło bezwiednie wpadało do środka, oświetlając moje doświadczone trudami życia buty.

– Wiemy o tym tylko my i niech tak zostanie – szepnęłam do Amandy, która od razu pokiwała głową i wychyliła się głębiej na korytarz.

– Raczej nie mam zamiaru chwalić się tym, że zabłysnęłyśmy intelektem na poziomie pantofelka, sprawdzając drzwi jako ostatnie, więc możesz być spokojna.

Zebrałam się w sobie i ruszyłam w głąb długiego korytarza. Amanda dzielnie dreptała za mną, nie wyściubiając nosa zza mojej sylwetki. W tej ciemności nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać, prócz tych napakowanych karków, których ojciec przyprowadził ze sobą na Pragę.

Choć w sumie najbardziej to się boję tego, że spotkamy Kamila, a ja przypadkiem wydrapię mu oczy.

– Dużo hajsu natrzepał ten twój ojciec – szepnęła Amanda, gdy znalazłyśmy się w holu, gdzie w dół i w górę odchodziły kręcone marmurowe schody z żeliwnymi barierkami.

Blask księżyca, wpadający przez przeszklone ściany tej swoistej klatki schodowej, odbijał się od kolejnego żyrandola. Ten, zbudowany z wielu kryształów kaskadami opadającymi w dół, ozdabiał przestrzeń nad posągiem nagiej kobiety z białego kamienia.

– To chyba już definicja próżności – odparłam cicho, zauważywszy, że po ramieniu kobiety płynęła woda, która spływała do misy u jej stóp, gdzie pływały dwa dorodne, błękitne bojowniki.

Amanda wstrzymała na chwilę oddech. Dopiero po jej słowach zrozumiałam, że zrobiła to po to, aby nie wybuchnąć śmiechem.

– Twój stary serio ma posąg-fontannę nagiej laski na marmurowej posadzce. I jeszcze te ryby.

– Nie pomagasz.

– Sorki.

Rozejrzałyśmy się, niepewne tego, co dalej.

Równie dobrze za rogiem może czekać na nas jakiś wielki gangster, który swoim jednym łapskiem dałby radę mnie udusić.

– Na co czekasz, As? – szepnęła Amanda i wbiła mi palec między żebra. – Nie uciekniemy, jeśli będziemy stały w miejscu.

– Serio sądzisz, że uda nam się uciec tak od razu?

– No a niby po co wyszłyśmy z pokoju?

Już chciałam jej odpowiedzieć, lecz nagle poczułam, jak opuszcza mnie determinacja – kątem oka dojrzałam kamerę w rogu pomieszczenia, przy suficie. Czerwone światełko emitowane przez małą diodę na urządzeniu rozganiało czerń nocy oraz moją wiarę w to, że wyjdziemy z tego cało.

– Jestem prawie pewna, że każde inne okno w tym domu też jest zamknięte – powiedziałam zdławionym głosem. – Możemy zejść na dół i spróbować poszukać drzwi, ale tam pewnie natkniemy się na ludzi mojego ojca.

– A skąd ty to wszystko wiesz, co? – burknęła Amanda i mnie wyminęła. Podeszła do fontanny. Przyjrzała się jej krytycznie i z sapnięciem położyła ręce na biodrach. Dopiero po dłuższej chwili namysłu odwróciła się do mnie przodem z wysoko uniesioną głową. Jej werwa nie zmalała nawet wtedy, gdy pokazałam jej kamerę. – Dobra, masz rację. Ucieczka jest na nic. W takim razie wracamy do naszego pierwszego pomysłu.

– Amanda…

– Nie jestem jakimś zwierzakiem, żeby mnie wkładać w labirynt i patrzeć, jak się męczę. – Ze złością uniosła rękę i wycelowała palcem w kamerę. – Jak znajdę typa, który siedzi po drugiej stronie monitora, to wyrwę mu flaki! To wszystko na pewno go bawi.

– Czyli co zamierzasz?

– Zrobić coś, cokolwiek. Bezczynność mnie drażni. – Machnęła ręką, z udawaną nonszalancją odrzucając ciemne włosy na plecy, po czym dumnie ruszyła w dół schodów, posławszy mi jedynie spojrzenie pełne buty. – Może i zmierzam donikąd, ale za to patrz, jak zapierdalam.

Głośno tupała swoimi czarnymi glanami w marmurowe stopnie. Dźwięk ten bez przeszkód niósł się po korytarzu, co tylko rozochociło Turlejską, która wydawała się wręcz urodzić w tych ciężkich butach wiązanych pod same kolana.

Chwilę później stanęłyśmy razem na parterze w dużym holu ozdobionym impresjonistycznymi obrazami.

– Od kiedy twój ojciec jest tak duchowo bogaty, że zaczął doceniać sztukę? – sarknęła Amanda. – Bo to, że porobił ludzi na hajs i w nim pływa, to już wiemy.

– Powinnyście wiedzieć, że szlajanie się po pustym domu o tej godzinie, to nie jest dobry pomysł.

Rozpoznawszy w ciemności znajomy męski głos, prawie natychmiast się zirytowałam. Co prawda na co dzień również niewiele było mi do tego potrzebne, jednak Kamil, który właśnie wyszedł z najbliższego pomieszczenia i oparł się barkiem o kolumnę, zdenerwował mnie w ułamku sekundy.

– Kim ty jesteś, żeby mówić mi, co jest dobrym pomysłem, a co nie? – syknęłam.

Jego znudzony głos i dłonie niedbale włożone w kieszenie szarych dresów tylko podjudzały mnie do złego. Nie lubiłam, gdy ktoś patrzył na mnie z góry, a już w szczególności ktoś, od kogo tak wiele zależało, ponieważ obstawiałam, że to właśnie on stał nam teraz na drodze do wolności.

Zaspane spojrzenie, jakim nas obdarzył, wcale nie pomogło mi się uspokoić.

– Musimy przez to przechodzić? – Kamil ziewnął i z ociąganiem przeczesał palcami jasne włosy. – Jest koło północy.

Amanda stanęła przodem do mnie, całkowicie go ignorując.

– As, ten gość to chyba kretyn. Może po prostu już chodźmy.

Turlejska złapała mnie za nadgarstek i pociągnęła w stronę głównych drzwi. Musiało to wyglądać trochę komiczne, bo była ode mnie niższa o prawie dwadzieścia centymetrów i lżejsza też o jakieś dwadzieścia kilo.

Najwyraźniej Kamil pomyślał o tym samym co ja, ponieważ zaśmiał się kpiąco pod nosem.

– I co teraz? Podsadzić cię do klamki? – rzucił niedbale, na co Amanda, z dłonią opartą na klamce, odparła wyniośle:

– Wyśmiewanie czyjegoś wzrostu jest żałosne.

Gdy drzwi, mimo najszczerszych starań dziewczyny, ani drgnęły, Kamil wybuchnął śmiechem.

– No to niezła ucieczka – powiedział, zaplatając lekko umięśnione ramiona na piersi. – Taka niezbyt skuteczna.

– Skończmy ten festiwal żenady i zabierz mnie już do ojca. Chcę z nim porozmawiać – odparłam i podeszłam do Kamila. Przyjrzałam mu się z bliska. Mieliśmy oczy na równi, nawet jeśli on starał się wyprostować, aby dodać sobie wzrostu. – Nie będziemy biegać po tym domu jak dwie idiotki.

– Właśnie to robiłyście, dopóki wam nie przeszkodziłem. Sam widziałem na kamerach, choć następnym razem ktoś inny może was nakryć, bo ja jestem tylko w zastępstwie, dopóki nie znajdziemy kogoś na to stanowisko. Dlatego radziłbym nie szwendać się po domu w nocy.

– Ty masz tupet jak stąd na Haiti, chłopie. – Amanda pchnęła go małą pięścią w ramię, co on zupełnie zbył. – Ale już wystarczy. Rozumiemy jaki jesteś ważny i jak bardzo cię to bawi, więc wołaj tego swojego szeryfa i miejmy to już z głowy.

– Andrieja nie ma, wróci dopiero jutro albo pojutrze. Sprawy biznesowe.

Amanda nadęła policzki ze złości.

– Nic mnie nie obchodzą te wasze gnaty. Nie macie prawa nas tu trzymać!

– Ona zawsze tak jazgocze? – Kamil ponownie zignorował Turlejską, kierując to pytanie bezpośrednio do mnie.

– Bez względu na to, czy jazgocze, czy nie, ma rację. Skończmy już ten cyrk – odparłam chłodno.

– Nawet gdybym chciał, to nie mogę.

– Nie możesz czy nie chcesz?

– W sumie dwa w jednym.

Turlejska głośno sapnęła.

– Jeszcze wylądujesz za to w pierdlu, zobaczysz – syknęła. – Karma to zołza.

– Tak, widzę – odparł Kamil ze zmarszczonymi brwiami. – Przyszła pod postacią ciebie. Strasznie mnie drażnisz.

Amanda cofnęła się i nachyliła w moją stronę, aby szepnąć mi coś na ucho.

– Jak zaatakujemy go we dwie, to może się uda.

– Tak? I co potem? Zrobimy podkop czy wybijemy okno? – odparłam równie cicho, na co Kamil z dezaprobatą przewrócił oczami, ponieważ cały czas nas słyszał.

Jego pewność siebie zaczynała działać mi na nerwy.

– Okna są kuloodporne, więc nie wybijecie ich żadnym krzesłem – powiedział znudzony i przetarł zaspaną twarz dłonią.

– A twoją głową? – Amanda pogroziła mu pięścią, ale on absolutnie się tym nie przejął.

Traktował ją jak niegroźne, pyskate dziecko.

– Zamki w drzwiach w większości są automatyczne, otwiera i blokuje je karta – kontynuował niezrażony. – Nawet jeśli udałoby się wam mnie unieszkodliwić, to w domu są ochroniarze, tylko Andriej nie lubi, gdy są na widoku. Aczkolwiek teraz też nas obserwują, więc jeszcze jeden zły ruch, Pani Metr Sześćdziesiąt, a przestanie być tak miło jak teraz.

– A to jest miło? – zapytałam, na co on bezwiednie skinął głową.

– Nawet bardzo. – Kamil bez skrępowania świdrował mnie spojrzeniem. Deprymowało mnie to. – Na razie prowadzimy jedynie małą konwersację. Brakuje tylko ciastek i kawy, ale jak wspominałem, jest już późno, więc…

– Chyba nie oczekujesz, że wrócimy do tego pokoju i pójdziemy spać! – wybuchnęła Amanda.

Ja z kolei z jakiegoś powodu siedziałam cicho i jeszcze nie wiedziałam, czy to dobrze, czy źle. Nie mogłam rozgryźć Kamila.

– Dokładnie tego oczekuję. – Wskazał na schody. – Rano Henryk poprosi was na śniadanie. Co prawda macie w pokoju windę kuchenną, więc mógłbym was po prostu zamknąć w tej sypialni i podrzucać jedzenie, ale postanowiłem być miły.

Zazgrzytałam zębami z frustracji.

– Serdeczne dzięki.

– Z rzeczy informacyjnych na razie to tyle. – Kamil zasłonił przedramieniem usta, aby ukryć kolejne ziewnięcie. – A właśnie, Asya. Wysłałem do baru twoje wypowiedzenie, już tam nie pracujesz. Resztę kwestii organizacyjnych rozwiążemy jutro. Albo przynajmniej wam je nakreślę, żebyście miały pojęcie o czymkolwiek, gdy Andriej wróci.

Amanda, w duchu konspiracji, ponownie pochyliła się ku mnie.

– On naprawdę sądzi, że wrócimy do pokoju.

– Boże, jak ty mnie denerwujesz – jęknął Kamil. – Twój tatusiek już wie, co musi zrobić, żebyśmy wypuścili cię na wolność, więc siedź i grzecznie czekaj.

Widziałam, jak Amanda od razu tężeje, a wcześniejsza buńczuczność wyparowuje z niej bezpowrotnie.

– Nie chcę nic od mojego ojca.

– Ale Andriej chce. – Chłopak podszedł do nas i dłonią wskazał kręcone schody. Nie umiałam dokładnie określić, w którą stronę galopowały moje myśli, lecz postanowiłam go usłuchać. Czułam, że będzie to lepsze wyjście niż kłótnia, nawet jeśli nie potrafiłam tego dobrze wytłumaczyć. – Ty jesteś tylko kartą przetargową i to, czego chcesz, nie ma zbyt dużego znaczenia.

Wzdrygnęłam się, gdy przyłożył dłoń do mojego ramienia, mając zamiar tym samym skłonić mnie do ruszenia się z miejsca.

Odruchowo uniosłam na niego wzrok.

– Dobrze, wrócimy do pokoju – powiedziałam, a Amanda natychmiast prychnęła oburzona.

– Ja się nigdzie nie wybieram.

– Czego potrzebujecie od ojca Amandy? – zapytałam, pchnąwszy Turlejską przed siebie, która z nosem na kwintę zaczęła wchodzić po pierwszych stopniach.

Asekuracyjnie dotknęłam żeliwnej poręczy, pokonując kolejne schody. Kamil szedł tuż za mną, czułam jego oddech na swoich plecach.

– Od Ganewa chcemy, żeby nigdy więcej nie przeszkadzał nam w interesach i na zawsze pozostał w pierdlu.

– Z tego, co wiem, on w ogóle nie zamierza z niego wychodzić – wtrąciła gniewnie Amanda.

– Ale chęci oraz zamiary mogą się zmienić – zauważył Kamil i tym razem zrobił to bez złośliwości. – Zależy nam, żeby tam pozostał.

– Czyli?

– Nie sprecyzowaliśmy, co ma zrobić. Może kogoś pobije, zabije. – Chłopak westchnął, a mnie przeszły dreszcze.

Dlaczego mu się nie stawiam?

– To nie mój problem – dodał. – Ma dostać dożywocie bez możliwości zwolnienia.

Amanda zatrzymała się wraz z ostatnim słowem Kamila. Dziewczyna akurat stanęła na pierwszym piętrze i zablokowała mi drogę, przez co musiałam ją minąć. Kamil natomiast od razu przystanął i jak gdyby nigdy nic poprawił kaptur swojej bluzy dresowej.

– Podobno nie chciałaś mieć z nim nic wspólnego. Czemu nagle jesteś nim zainteresowana? – zapytał.

– Nie twój interes, zbirze – warknęła i ruszyła w stronę pokoju. – Chcę rozmawiać z moim ojcem i jestem głodna. Jedzenia oczekuję natychmiast, rozmowa może się odbyć jutro! – wrzasnęła i trzasnęła za sobą drzwiami.

Niemiły dla ucha odgłos rozniósł się po całym korytarzu i dotarł nawet do posągu nagiej kobiety, przy którym wciąż staliśmy z Kamilem.

– A ty? Coś za mało krzyczysz jak na siebie – mruknął, przerywając milczenie.

– Tym razem chyba nic nie uzyskam krzykiem.

– Mądra decyzja – skwitował i podrapał się po karku. Miałam wrażenie, że chciał mi coś powiedzieć, ale nie wiedział, jak ubrać to w słowa. Był zakłopotany, a mi podejrzanie dobrze się to obserwowało. – Dziwnie jest mi na ciebie patrzeć, gdy ty też mnie widzisz.

Przewróciłam oczami.

– Rok stalkowania ci w tym przeszkadza?

– Tak. Coś w tym stylu.

– Czemu pracujesz dla mojego ojca? Przecież on oszukuje ludzi – zapytałam wprost.

Spodziewałam się, że mnie jakoś skompromituje czy spróbuje umniejszyć, lecz on po prostu zastanowił się nad moim pytaniem i odpowiedział dopiero po chwili.

Może źle go oceniłam?

– Gdy masz kilkanaście lat i żadnych perspektyw przed sobą, to nie gardzisz ręką, którą ktoś ci podaje.

Zmarszczyłam brwi, zastanawiając się nad opcjami. Po chwili dotarło do mnie, że aby móc ugrać coś później u ojca, nie powinnam mieć w Kamilu wroga. Andriej, z tego, co się zorientowałam, mu ufał – w końcu zostawił nas z nim pod swoją nieobecność – a to łzawe zdanie, które przed chwilą usłyszałam, tylko mnie w tym utwierdziło.

– Nie wydaje mi się, abyś miał teraz kilkanaście lat – odparłam po chwili i prawie natychmiast poczułam, jak chłopak mentalnie wycofuje się z rozmowy.

– Kwestia przyzwyczajenia, ale to raczej nie twój interes.

Wykazałam za dużo zainteresowania i się sparzył, cholera.

– U mnie na to nie licz, nie zamierzam przyzwyczajać się do żadnej z tych rzeczy – wskazałam dłonią na korytarz, na co Kamil posłał mi ciepły uśmiech, który zupełnie nie pasował do toczonej przez nas rozmowy.

Pewność siebie, z jaką wypowiedział kolejne słowa, wciąż bezwstydnie wpatrując mi się w oczy, wcale nie pomogła mi się tutaj odnaleźć.

– Cóż… – westchnął – będziesz musiała przejść na naszą stronę dobrowolnie i świadomie.

– Będę musiała co?

Potarłam odruchowo ramiona, bo było mi trochę zimno. Kamil od razu omiótł wzrokiem moje gołe nogi. Wciąż miałam na sobie jedynie krótkie jeansowe spodenki, w których uciekłam z mieszkania z Horusem.

Maks…

Momentalnie się spięłam, co nie uszło uwadze Kamila. Chłopak wtedy nabrał czujności i chyba odebrał moją reakcję jako strach.

Z naszej dwójki tylko ja wiedziałam, że cholernie się bałam… tylko nie o siebie.

– Idź spać, Asya. Jutro wytłumaczę ci część rzeczy – powiedział w końcu stłumionym głosem. Buta w jego tonie zdawała się zniknąć, a on sam chyba odrzucił kpinę na bok na rzecz życzliwości. – Nikt nie zrobi ci tutaj krzywdy, choć… może teraz tak to nie wygląda.

– Nie wygląda – potwierdziłam.

– Też jesteś głodna?

– Jestem okropnie głodna – odparłam bez wahania, na co Kamil po raz kolejny się uśmiechnął.

Przez chwilę miałam wrażenie, że znów rozmawiam z chłopakiem, który w środku dnia zatrzymał mi się przed maską na ulicy, czym o mało nie spowodował stłuczki – że ten zabawny blondyn chcący poznać mój numer telefonu na krótki moment wrócił.

Mózg właśnie spłatał mi figla, nakładając na siebie dwie odsłony Kamila.

– Pójdę do kuchni i coś wam odgrzeję – powiedział cicho i wskazał dłonią drzwi sypialni, w której się obudziłyśmy, a w środku której siedziała już Amanda. Ruszyłam w ich kierunku i przystanęłam dopiero z dłonią na klamce. – Tym razem zamknę wam drzwi, na wszelki wypadek.

I to niby z troski? Jasne.

– Jedzenie przyjedzie windą kuchenną – kontynuował. – Jutro rano ktoś was obudzi i zaprowadzi do jadalni. Tu… naprawdę nie jest aż tak strasznie, Asya.

O ile nie myśli się o ludziach, którym zniszczono życie, aby móc sobie tutaj bezpiecznie siedzieć.

– Lepiej, aby to, co mówisz, okazało się prawdą – rzuciłam cicho, naciskając na klamkę.

Weszłam do rozjaśnionego żarówkami pomieszczenia. Amanda, wciąż nabuzowana z wściekłości, stała przy oknie ze wzrokiem wbitym w las. Ja natomiast odwróciłam się przez ramię i z odwagą spojrzałam Kamilowi w oczy. Zanim zamknęłam mu drzwi przed twarzą, powiedziałam:

– Zapamiętaj, że bardzo nie lubię, jak ktoś mnie okłamuje.

ROZDZIAŁ 2

– Naprawdę masz zamiar przystać na to wszystko? – zapytała szeptem Amanda, bez pamięci zajadając się shoarmą, która kilka minut temu przyjechała dość pokaźną windą kuchenną.

Siedziałyśmy na puchatym dywanie między wielkim łożem a oknami. Kamil wysłał nam na górę talerze z jedzeniem oraz herbatę. Z Turlejską szybko doszłyśmy do wniosku, że strajk głodowy nie miał sensu – gdy zamierzasz iść na wojnę, nie możesz robić tego na czczo.

To źle wpływa i na trawienie, i na morale.

– Jeszcze nie zdecydowałam na sto procent, ale wydaje mi się, że tak – odparłam, biorąc do ust pełen widelec mięsa. – Znam mojego ojca. Teraz, gdy już ochłonęłam, wiem, że darcie się nic mi nie da. Muszę go przekonać, że jestem wartościowym towarzyszem w rozmowie. Wtedy poświęci mi czas i uzna, że jestem go godna.

– To brzmi strasznie – mruknęła z pełną buzią Amanda. – Musisz podchodzić do niego jak do jakiegoś bossa? To nie ojciec chrzestny, As. Chyba, że polsko-gruzińska edycja limitowana dla desperatów.

– Na pewno ma ego jak ojciec chrzestny i jeśli tak go będę traktować, może powie mi coś konkretnego. Właśnie! – Wskazałam sztućcem w jej stronę. – Tym muszę go zaatakować, gdy się spotkamy. Konkretami.

– Takimi jak…?

– Jeszcze nie wiem, ale mam dużo czasu. Kamil powiedział, że ojciec wróci jutro bądź pojutrze. Do tego czasu musimy wybadać teren.

– Ja nic nie muszę – prychnęła Amanda.

– W takim razie ja muszę. – Odłożyłam w połowie pusty talerz na szafkę przy łóżku. – Ze słów Kamila wywnioskowałam, że twój ojciec się zgodził, więc może cię wypuszczą, ale dla siebie nie przewiduję tak szybkiego zakończenia tego szajsu.

Turlejska spojrzała na mnie bez zrozumienia.

– Przecież nie wyjdę stąd bez ciebie – dodała szybko. – A jak wyjdę, to od razu zgłoszę wszystko na policję!

– Chyba, że cię zastraszą – odparłam z przekąsem, na co Amanda zmrużyła oczy, w oczekiwaniu na moje kolejne słowa. – Pójdziesz na policję i powiesz, że co? Że gruziński handlarz bronią porwał cię z twojego mieszkania na Pradze-Północ, na co nie masz żadnych dowodów? Potem dodasz, że razem ze mną przetrzymywał cię gdzieś w środku lasu, w pełnej luksusu willi, której lokalizacji nie możesz podać? A może potem dodasz jeszcze że wrobił niewinnych ludzi, przekupił sędziego, aby dostać niski wyrok, i przez to wyszedł tak szybko z pierdla?

– Coś w tym jest. – Amanda zacisnęła usta. – Brzmisz jak obłąkana.

– Uwierz mi, ty w emocjach brzmiałabyś jeszcze gorzej.

– Jedyną opcją byłoby dostanie się do tajniaków, o których mówił ten twój Syndrom… tfu, Maks. – Amanda również odłożyła talerz na półkę i podciągnęła kolana pod brodę.

– Tylko jeśli mój ojciec cię nie zaszantażuje…

– Pfff, nie ma czym!

– Mną.

Te wnioski wpadły mi do głowy naturalnie i wydawało mi się, że było w nich wiele prawdy. Mój ojciec, jak się uparł, szedł po trupach do celu, przez co wcale nie byłam tak w pełni przekonana o swoim bezpieczeństwie w tym miejscu. Amanda nie znała Andrieja tak jak ja, dlatego jej myśli dryfowały znacznie dalej niż moje.

Podsuwały możliwości, które ja skreśliłam na starcie.

Turlejska już otwierała usta, aby coś powiedzieć, obie jednak zamilkłyśmy na cichy dźwięk sygnału przyjazdu windy. Szybko podeszłam do drewnianych drzwiczek w ścianie. Za nimi czekały na mnie ubrania oraz kartka.

Jutro kupię wam więcej rzeczy. Dziś na szybko znalazłem tylko to, musi wam wystarczyć. Łazienka jest wyposażona, korzystajcie do woli. Do zobaczenia rano, K.

– Dupek – mruknęłam i wyjęłam rzeczy z windy.

Dla siebie wybrałam z nich bokserki, krótkie spodenki i koszulkę. Wszystko pachniało, jakby ledwo wyszło z prania, więc na wpół spokojna ruszyłam do urządzonej w bieli łazienki, z której w innych okolicznościach nie wyszłabym chyba przez kilka godzin. Wielka wanna pośrodku pomieszczenia z opcją jacuzzi z pewnością miała w tym swój udział, ale problem polegał na tym, że to nie były wakacje.

Resztę rzeczy zostawiłam Amandzie na łóżku. Widząc, jak dziewczyna planuje położyć się na narzucie, warknęłam cicho:

– Ani mi się waż w tych brudnych ciuchach wchodzić na pościel.

– Ugh, a ty jak zwykle to samo… – Amanda się skrzywiła, ale w końcu pokiwała głową. – Dobrze, jak chcesz.

Weszłam do przestronnej łazienki pełnej wysokich luster i skierowałam się do białej wanny. Rozebrałam się, usiadłam na jej granicy i puściłam z fikuśnego miedzianego kranu gorącą wodę. Wpatrywałam się w swoje odbicie w jednym ze zwierciadeł na ścianach, aż szkło po kilku minutach zaczęło zachodzić mgiełką z powodu powstałej w powietrzu pary.

W zamyśleniu o mało nie przelałam wanny i dopiero po fakcie zorientowałam się, że cała wypełniona była wrzątkiem. Spuściłam więc część wody i dolałam lodowatej, jednak tylko na tyle, abym mogła się w niej zanurzyć i jednocześnie nie poparzyć, bo ciepłe kąpiele nie zawsze musiały być przyjemne. Te przeokropnie gorące miały na celu dokładnie to samo co horrendalnie zimne prysznice – spowodować nieprzyjemnie ślizgający się pod skórą ból, który miał zabrać z mojej głowy wszystkie niechciane myśli i obawy.

A ja właśnie tego teraz potrzebowałam.

Gdy prawie po szyję zanurzyłam się w wodzie, nie czułam niczego poza przejmującym parzeniem, a po chwili nie czułam już absolutnie nic, bo na niczym oprócz bólu nie mogłam się skupić.

Dokładnie tak, jak chciałam.

***

Gospodyni po pięćdziesiątce krzątała się w kuchni pomiędzy wyspą kuchenną, czajnikiem a kuchenką. Jej biały fartuch właśnie zaczepił się o szufladę, na co kobieta syknęła ze złością. Nie omieszkała też sobie siarczyście przekląć pod nosem.

Mimo jej wieku byłam daleka do określenia jej mianem babci – miała zdecydowanie za mało ciepła w spojrzeniu, aby było to możliwe. Kojarzyła mi się raczej ze stereotypową, przesadnie ostrą nauczycielką w siwiejącym koku na czubku głowy, która nieposłusznych uczniów lała po rękach linijką – dlatego też z uwagą patrzyłam na nóż w jej dłoniach.

Urszula, ponieważ tak brzmiało imię gospodyni, wyglądała, jakby w każdej chwili mogła nim we mnie rzucić.

Razem z Amandą siedziałyśmy przy długim mahoniowym stole w części jadalnianej na parterze. Blat był przykryty obrusem, na którym czekała już na nas porcelanowa zastawa. W całej willi przeważały ciężkie drewniane meble i ciemne kolory, przez co jej klimat wydawał się wręcz toporny. Miałam wrażenie, jakby ktoś wrzucił nas do filmu kostiumowego z fabułą osadzoną w osiemnastym wieku. Do pełni scenerii brakowało tylko, żebym wskoczyła w bufiastą kieckę i gorset, o ile nie pomyliłam czasów i w ogóle nosiło się wtedy jeszcze gorsety.

Urszula natomiast ubrana była w czarną spódnicę do ziemi i golf bez rękawów, co niezbyt pasowało do kucharki, slash gospodyni, ale że do znawcy wszelakiego stylu było mi daleko, nie skupiałam się na tym zbyt długo.

– Niczego nie potłuczcie. To bardzo stara i droga zastawa – powiedziała Urszula, stawiając obok naszych talerzy kubki pasujące do wymyślnego dzbanka. – Andriej byłby bardzo zły, gdyby coś jej się stało.

– Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby przetrwała to śniadanie w nienaruszonym stanie – mruknęłam, nie mogąc wyzbyć się z głosu złośliwości, co gospodyni skomentowała grymasem.

– W takim razie następnym razem wyślę wam windą jedzenie na plastikowych talerzach.

– Wolę papierowe, są bardziej eko – odpowiedziała z wymuszonym uśmiechem Amanda, przekazując Urszuli spojrzeniem, że mogłaby już zostawić nas same.

– Tylko nic nie uświńcie i lepiej się pospieszcie. Kamil woli jeść w samotności.

– Tak się składa – mruknęłam – że właśnie na niego czekamy, więc raczej będzie zmuszony zjeść razem z nami.

Oczy Urszuli zwęziły się w dwie małe szparki, aby po chwili z jej ust wydostało się pierwsze oszczerstwo, jakim potraktowano mnie w tym domu.

– Jesteś równie arogancka jak twój ojciec… Nawet przez moment nie musiałam się zastanawiać, która z was to jego córka.

I wtedy u stóp marmurowych schodów stanął Kamil.

– Ula, po co te złośliwości? – Chłopak uśmiechnął się w stronę kobiety, która z dumą odwróciła głowę w drugą stronę. – Dobrze wiesz, że to moja specjalność. Nie zabieraj mi pola do popisu.

– Tak, wiem. – Gospodyni poprawiła swoje ciemne, przetykane siwizną włosy, które właśnie uwolniły się z koka. – Ale nie mogłam się powstrzymać. W ogóle nie powinno ich tu być.

Skonfundowana patrzyłam, jak Kamil, ubrany w czarne dopasowane jeansy i jasną koszulę, podchodzi do Urszuli i daje jej całusa w policzek. Jeszcze bardziej zdziwiłam się w momencie, gdy kobieta zareagowała wręcz matczynym uśmiechem.

– Oj, Ula… – zaśmiał się, siadając na wolnym krześle po mojej prawej stronie. – Te dwie raczej tu trochę posiedzą, więc jeśli chociaż spróbujesz je polubić, to nic na tym nie stracisz.

– Polubić, polubić – mruknęła kobieta, stawiając solniczkę zaraz obok głębokiej misy z sałatką.

Do klimatu gregoriańskiej Anglii brakowało tylko, żebym zaczęła mówić z akcentem i nastroszyła sobie włosy w wysoką fryzurę albo przestała się myć.

– Siądź, zjedz z nami. – Kamil odsunął jedno krzesło, chcąc, aby Urszula do nas dołączyła.

Ta jednak uniosła wysoko podbródek i prychnęła cicho z dezaprobatą.

– Po moim trupie.

W sumie to pewnie da się to załatwić…

Nie minęło kilka sekund, a opuściła jadalnię, nie szczędząc sobie sił przy zamykaniu drzwi prowadzących na taras.

Amanda gwizdnęła pod nosem.

– To było dziwne. Bardzo dziwne.

– Różni ludzie okazują troskę w różny sposób. – Kamil wzruszył ramionami.

– Ugh! – jęknęła Amanda i wycelowała w niego widelcem. – Ledwo co przyszedłeś, a ja już mam cię dość. Po co ten cały teatrzyk, że niby ta sytuacja jest normalna?

– Jedzenie śniadania to nie jest dla ciebie norma? – zapytał niezrażony, sięgając po kromkę razowego chleba.

– W sumie lepsze to niż nic – odparłam i dla niepoznaki sięgnęłam po dzbanek z herbatą.

Amanda rzuciła mi taksujące spojrzenie z ukosa, ale przestała narzekać.

– Ta kobieta, Urszula, długo tu pracuje? – zapytałam.

– W samej willi od ponad roku, czyli odkąd Andriej wszedł w jej posiadanie, ale ogólnie pracuje dla niego, odkąd sięgam pamięcią.

– A niby w jaki sposób wykazała troskę, o której mówiłeś? Jakoś jej nie wyczułam.

Kamil uniósł kpiąco kącik ust, skupiając się na smarowaniu pieczywa masłem. Biała koszula opinała się na jego ramionach przy każdym ruchu, podkreślając wysportowaną sylwetkę. Na końcu języka miałam pytanie, po co się tak odstawił. Gdybym poznała go właśnie teraz, pewnie pomyślałabym, że był młodym, wykształconym i dobrze prosperującym materiałem na faceta.

Niestety byłam w posiadaniu wiedzy na temat jego drugiej odsłony, której nie dało się wybielić szykownymi ciuchami.

Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 3

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 4

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 5

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 6

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 7

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 8

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 9

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 10

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 11

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 12

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 13

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ 14

Rozdział dostępny w pełnej wersji

EPILOG

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Od autorki

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Redaktorka prowadząca: Agata Ługowska

Wydawczyni: Agnieszka Nowak, Maria Mazurowska

Redakcja: Patryk Białczak

Korekta: Damian Pawłowski

Projekt okładki: Anna Jamróz

Copyright © 2025 by Agnieszka Kulbat

Copyright © 2025, Papierowe Serca an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2025

ISBN 978-83-8417-024-3

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Angelika Kuler-Duchnik