Wezwanie Żmija. Dziedzictwo stróża Nawii, tom 1 - Agnieszka Kulbat - ebook

Wezwanie Żmija. Dziedzictwo stróża Nawii, tom 1 ebook

Agnieszka Kulbat,

5,0
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Przesycona słowiańską magią, pradawnymi wierzeniami i mrocznymi urokami pierwsza część cyklu Dziedzictwo stróża Nawii

Wojmir, syn Żmija, widzi duchy i potrafi rozmawiać z demonami. Na co dzień odprowadza zbłąkane dusze nad brzeg Rzeki Zapomnienia spływającej pod same bramy Nawii.

Jest też częstym bywalcem zamtuzów, cmentarzy i karczm, między którymi wędruje w poszukiwaniu świętego spokoju i łatwych pieniędzy. Mając słabość do pięknych kobiet, znajduje się pod silnym wpływem uroku Żywii – strzygi z aspiracjami na szlachciankę – oraz wdzięku Stefy – lokalnej szeptuchy z urazem do czapników. To właśnie w ich towarzystwie musi pokonać trawiące średniowieczny Poznań plagi tajemniczych samobójstw i opętań, które niebezpiecznie często mają coś wspólnego z nim samym…

Wezwanie Żmija to niezwykła podróż do czasów, w których chrześcijaństwo i wierzenia słowiańskie funkcjonują obok siebie – jedno nie wyparło drugiego i muszą one ze sobą konkurować.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 341

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

W serii Słowiańskie Światy do tej pory ukazały się:

 

Elwira Dresler-Janik

cykl Leszygród

Tom 1. Córki bogini Mokosz

Tom 2. Topielica z mokradeł

 

Krzysztof Jagiełło

cykl Piast Zdobywca

Tom 1. Przysięga

 

Agnieszka Kulbat

cykl Dziedzictwo Stróża Nawii

Tom 1. Wezwanie Żmija

 

Ewelina Kasiuba

Wybranka boga słońca

 

Anna Musiałowicz

Wyrzuciła ją rzeka

 

Robert Socha

Kwiat Peruna

 

 

 

Copyright © by Agnieszka Kulbat

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Replika, 2025

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

 

Redakcja

Magdalena Chrobok

 

Korekta

Eliza Orman

 

Skład i łamanie

Dariusz Nowacki

 

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

Wydanie elektroniczne 2025

 

eISBN 978-83-68364-66-8

 

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań

[email protected]

www.replika.eu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

PROLOG

 

 

 

 

Wojmir nie lubił przyjmować zleceń.

Nie przepadał za nimi szczerze i niezaprzeczalnie, bo po ich wykonaniu zawsze prędzej czy później ktoś miał do niego jakieś pretensje. Że co tak długo, że co tak drogo, a w ogóle to czemu za pieniądze, skoro za darmo to przecież uczciwa cena. Tak jakby użeranie się ze zbuntowanymi duszami czy targowanie z demonami było dla niego przyjemnością samą w sobie, której oddawał się tylko wtedy, gdy miał na to ochotę.

Otóż nie.

Nie było tak nigdy i nic nie wskazywało na to, jakoby preferencje Wojmira dotyczące sposobu spędzania wolnego czasu miały się zmienić. Dotychczas wykorzystywał go bowiem głównie na wizyty w zamtuzach, włóczenie się po karczmach i okradanie duchów. Był pewny, że nikt na jego miejscu nie odrzuciłby tak wspaniałego życia dla jakże uciążliwego odprowadzania zagubionych dusz nad brzeg Rzeki Zapomnienia prowadzącej do Nawii.

W szczególności, kiedy te sprawiały kłopoty i psuły mu humor, jak choćby Racisław, na którego ostatnio pokusił się tylko z uwagi na lichy stan swojej sakiewki. Ów Racisław kilka dni temu, zamiast grzecznie dać się zaprowadzić nad brzeg Rzeki Zapomnienia, stawiał się niemiłosiernie. Nim łaskawie zgodził się na podróż, nie dość, że napsuł Wojmirowi krwi swoim gadaniem, to jeszcze ubabrał go sadzą od stóp do głów. Z tego powodu w takim to paleniskowym wizażu opuścił on skromną chatkę leżącą pod lasem z nadzieją na kufel piwa w pobliskiej tawernie.

Może spotkam jakąś sympatyczną karczmarkę o sarnich oczach…

Ale wtedy do akcji wkroczyła ona.

– Wojmirze, drogi mój. Odezwij się do mnie…

Mężczyzna ocknął się z zamyślenia i uniósł wzrok znad polnej drogi, którą pokonywał wraz z samą zainteresowaną – Żywią, pół człowiekiem, przepiękną niewiastą o boskiej urodzie, z włosami w kolorze złota i niebieskimi jak bezchmurne niebo oczami, ale i pół demonem zdolnym w mgnieniu oka rozszarpać mu gardło.

– Możemy porozmawiać? – zapytała, lecz Wojmir wciąż milczał.

Nie przetrawił jeszcze tego, czego się właśnie dowiedział, mianowicie, że nie zakochał się w Żywii tak sam z siebie, lecz w wyniku rzuconego przez nią wcześniej uroku. Wszystko po to, aby ukryć prawdę, podług której była niczym więcej jak nieobliczalną strzygą morderczynią, co to przed laty wepchnęła swojego brata do studni, a matkę nie dość, że zabiła, to jeszcze niechlujnie pochowała pod podłogą z głową między kolanami.

– Oj, Wojmirze – usłyszał znów zza siebie. – Nie bądź dla mnie taki oschły.

Spojrzał przez ramię na przybitą dziewczynę. Drobiła za nim smętnie drogą przecinającą pola pszenicy i żyta. Między nogami pałętała jej się przybrudzona, biała sukienka, a po kwiecie wetkniętym wcześniej w jej włosy nie było już śladu. Policzki wieszczycy znaczyły czerwone ślady od płaczu.

Mimo tego dzielnie parła naprzód tuż za Wojmirem.

Pokłócili się przed chwilą okropnie, to prawda, lecz bez względu na to nadal potrzebowała jego pomocy. W końcu dała mu zlecenie i musiała dopilnować, aby ten je wypełnił bez względu na ich osobiste niesnaski.

A jak już powszechnie wiadomo, Wojmir nie lubił przyjmować zleceń. Na to konkretne zgodził się tylko dlatego, że omamiła go zawczasu tym przeklętym urokiem za pomocą swojej czarnej, welesowej magii.

Ta dziewucha chyba naprawdę ma zamiar za mną leźć pomimo tego wszystkiego,pomyślał widzący i otarł z czoła pot, dalej żwawo maszerując w kierunku Poznania. Tylko czy ja chcę mieć z tą kłamczuchą jeszcze cokolwiek wspólnego?

– Ja wiem, że źle postąpiłam, że cię okłamałam. – Wojmir, znów usłyszawszy jej zbolały głos, westchnął. – Lecz przyznaj, że dobrze ci było ze mną…

– Ale już nie jest – mruknął i zwrócił ku niej swój wzrok.

Była jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie spotkał w swoim życiu. Tego nawet niecne uczynki nie mogły jej odebrać.

– O ojcu, wielkim, potężnym Żmiju strzegącym wejścia do Nawii, opowiedziałeś mi przecież z własnej woli – zaczęła znów Żywia. – Musiałeś mnie chociaż trochę polubić… Udowodnię ci to! – dopowiedziała i przyspieszyła, aby teraz iść przed nim tyłem. Determinacja, z jaką na niego patrzyła, spowodowała, że poczuł się nieswojo. Co prawda nie odrąbie mi głowy, ale tylko dlatego, że mnie potrzebuje. I nie ma przy sobie siekiery... – Mówiłeś mi też o tym, jak to nigdy nie widziałeś go w ludzkim ciele, a jeno pod wrotami Nawii w postaci wielkiej jaszczurki…

– Węża, Żywia – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Węża.

– No, tak, tak. Węża.

Wojmir westchnął, obserwując wędrującą po szyi dziewczyny czerwoną mrówkę.

Dobrze jej tak, pomyślał, i szybko dodał: Żywii, nie mrówce. Mrówki to szkoda.

– Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – Strzyga pomachała mu dłonią przed oczami i perorowała dalej. – Jakbyś mnie nie lubił, bez względu na urok, to byś mi tego nie powiedział! Ognikiś mi nawet pokazał! Jakżeś je nazywał? Obłąkane?

– Na litość bogów, Żywia… – Wojmir w ostatniej chwili przeskoczył nad końskim łajnem leżącym na środku drogi. – Błędne albo zbłąkane.

– O, tak właśnie. Błędne ogniki. – Uniosła z dumą podbródek, dalej wyliczając, co Wojmir zdradził jej o sobie w ciągu kilku ostatnich dni. – Duchy, co pokutują na Ziemi przy swoich martwych ciałach, zanim twój ojciec przeprowadzi je przez Rzekę Zapomnienia. I one są dla ciebie jak drogowskazy do trupów, które potem okradasz. A ogniki, z racji, żeś żmijowy syn, zbierasz i w ich towarzystwie podróżujesz! Ha! I co? – Uderzyła go w ramię. – Łyso ci? Łyso? I sam żeś mi to powiedział wszystko, więc mieliśmy się ku sobie nie bez powodu!

W tej chwili Wojmir poczuł chęć, by rzucić w jej kierunku stare, sprawdzone: „Było, minęło, nie roztrząsaj”,bo w końcu miał doświadczenie we wchodzeniu w kilkudniowe związki.

I w ich kończeniu.

– Skoro już to ustaliliśmy… – Żywia znów przystanęła tuż przed Wojmirem i nieśmiało spojrzała mu prosto w twarz. I pod słońce, przez co musiała mocno zmrużyć powieki. – Na pewno przyznasz, że w gruncie rzeczy… mam dobre serce.

– Serca. – Wojmir pochylił się lekko i stuknął palcem w jej czoło. Oczy dziewczyny rozszerzyły się w udawanym zaskoczeniu. – Serca i dusze masz dwie. Ludzką i demoniczną. Bo jesteś strzygą. Wieszczycą. Jak zwał, tak zwał – rzucił rozeźlony. – I odkąd dowiedziałem się, że mnie okłamałaś, chcę po prostu odpocząć i na razie mam gdzieś twoje zlecenie! Więc daj mi w końcu święty spokój!

Zastygła, po czym zacisnęła swoje drobne usta w geście irytacji, a jej spojrzenie przestało być tak maślane, jak wcześniej. Po jej poprzedniej niewinności nie było już śladu, bo… Żywia była uparta.

Wręcz demonicznie uparta.

Szczególnie kiedy gra toczyła się o tak wysoką stawkę.

Gdy po ostatnim przetarciu zapłakanej buzi rękawem sukni zebrała się w sobie, jej zawzięcie sięgnęło zenitu. Z jednej strony wyraźnie czuła, że widzący nią gardził i chciał się jej pozbyć, lecz z drugiej przecież jej nie opuścił. Tak kompletnie. To znaczy opuścił, ale tylko tak trochę. Jeszcze niedawno obiecał przecież, że prędzej czy później wykona zlecenie w jej rodzinnej posiadłości, Oleśnickim Dworku.

Zlecenie, które mogło zrobić z niej dziedziczkę, panią na włościach!

A ona była gotowa zrobić wszystko, byle żmijowy dziedzic dotrzymał słowa.

Czując, że swędzi ją szyja, podrapała się po niej, przy okazji strząsając na ziemię winną temu czerwoną mrówkę.

Strzyga szlachcianka to ja!,przeszło jej przez głowę. Szkoda tylko, że bez posagu, męża i… dowodu swojego pochodzenia. Ale już niedługo.

Znów skierowała swój wzrok na idącego przed nią żmijowego syna.

Już niedługo…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ I

 

 

 

 

Otoczeni przez złote łany skąpane w ostrym słońcu południa zmierzali w stronę Poznania. Dojrzewające zboże cicho szumiało targane wiatrem, jednak nawet on, choć przynoszący przyjemne podmuchy świeżości, nie pomógł Wojmirowi ochłonąć z nadmiaru wrażeń, które zaledwie kilkanaście minut temu zaserwowała mu Żywia.

Żeby moje serce niewinne tak perfidnie okłamać i wykorzystać…

Spojrzał w bok i dopatrzył się na jej twarzy śladu smutku. Nie uwierzył w niego jednak ani trochę, w związku z czym poświęcił mu uwagę na jedno tylko okamgnienie.

Nagle strzyga się zatrzymała.

– Czujesz to? – zapytała, marszcząc nos.

– Niby co? – odpowiedział pytaniem, lecz gdy tylko skończył mówić, sam poczuł woń będącą powodem grymasu na jej twarzy.

– To od ciebie ten smród? – nachyliła się w jego stronę.

– Nie masz wstydu, babo – burknął i rozejrzał się.

Jego wzrok padł na miejsce, przy którym droga się rozwidlała – na kapliczkę stojącą niecałe dwa metry od nich. Omszała i ogrodzona lichym płotkiem, uchowała się na skrawku łąki w całkiem zadowalającym stanie. Nie licząc figurki aniołka znajdującej się na szczycie, której ktoś odrąbał skrzydełko.

– To stamtąd – wskazał brodą.

I wtedy strzyga zadała pytanie, które Wojmir powinien postawić sobie jako pierwszy:

– Zajrzymy, co tam jest, czy udajemy, że nas tu nie było i idziemy dalej?

– Oczywiście, że idzie… Żywia.

Przewrócił oczami na widok skradającej się ku kapliczce dziewczynie.

– Ja bym tam nie podchodził, może to jakiś trup tak śmierdzi. No i przy kapliczkach spotykają się czarownice – powiedział głośniej i z westchnieniem oparł ręce na biodrach. – Wiesz, co się może kryć w zbożu tuż obok? Na przykład południca, a słońce, przypominam, mamy w zenicie – mówił dalej, z bezpiecznej odległości przyglądając się Żywii wiedzionej przez nagły zew zostania odkrywcą. Zrezygnowany znów krzyknął w jej kierunku: – Raz spotkałem na polu licho, wiesz?!

– Przecież nie wchodzę na pole, a na kawałek łąki! Licho, licho… – gderała pod nosem, pochylając się, przez co częściowo zniknęła mężczyźnie z oczu, schowana za kapliczką chrystusowych. – Pal licho! To tylko jajo!

Absurd tej rozmowy był dla Wojmira niepojęty, a biorąc pod uwagę jego nadszarpnięte nerwy, wykazanie się cierpliwością w obecnej sytuacji przewyższało jego możliwości. Dlatego bez słowa i wyrzutów sumienia ruszył w dalszą drogę. Zostawił za sobą ciekawską źródła odoru strzygę.

Nie minęła chwila, a usłyszał jej kroki i lekką zadyszkę.

– Dlaczego nie pytasz, czemu za kapliczką na rozstaju dróg znalazłam zbuka? – zapytała naburmuszona. Kropla potu skapnęła jej do oka. – O nieee, szczypie, szczypie, szczypie.

– To mrugaj – mruknął, po czym przyspieszył, ignorując kamień panoszący się w jego lewym bucie, mimo że ten uwierał go w stopę od dobrych kilkunastu minut.

– Mrugam, mrugam.

Jak powiedziała, tak zrobiła, wystawiając przy okazji twarz do słońca. Wojmir odruchowo pomyślał, że dzięki temu jej delikatne piegi będą bardziej widoczne.

Potrząsnął głową.

Nie, nie, nie. Chłopie, skup się, zrugał się i już przygotował się na liczenie kroków, co zawsze uspokajało go podczas wędrówki, lecz wtedy Żywia znów się odezwała.

– No zapytaj o to jajko. Jak jestem zdenerwowana, to muszę o czymś rozmawiać.

Spojrzał na nią z góry.

– Daj. Mi. Spokój – wyartykułował dosadnie każde słowo.

– Dobrze, to sama ci powiem. – Machnęła ręką i przetarła twarz przedramieniem, niewzruszona niechęcią widzącego. – Mianowicie mam pewien wniosek i brzmi on następująco. – Chrząknęła. – W pobliżu może mieszkać szep...

– A ty to nie możesz sama ze sobą pogadać? – Wojmir zapatrzył się na przelatującego nieopodal orła, dopóki rozkoszowania się tym majestatycznym widokiem nie przerwała mu Żywia, bez pardonu zatrzymując się tuż przed nim i kolejny raz uniemożliwiając dalszy marsz. – Wiesz… – mruknął rozdrażniony. – Skoro jesteś strzygą i masz dwie dusze, to weź porozmawiaj z tą drugą i daj mi spokój, co? – powiedział i ponownie ją wyminął.

Wtedy ona nadęła policzki i zaczęła złorzeczyć pod nosem, podczas gdy on, maszerując, wypatrywał zaobserwowanego wcześniej, kołującego nieopodal orła. Niestety tym razem bez skutku.

I narodowego ptaka z oczu straciłem. Taki piękny okaz, aż żal!

– Dobrze, Wojmirze. Skoro nie chcesz rozmawiać o czarownych jajkach, to możemy porozmawiać o mnie.

Litości, bogowie. Czym ja sobie na to zasłużyłem?

– Co byś chciał o mnie wiedzieć? – plotła Żywia, beztrosko kołysząc sukienką, której rąbki złapała między palce. – Z ważnych rzeczy mogę ci powiedzieć, że nienawidzę jagód. Zostawiają taki brzydki kolor na ustach. Wygląda to mało ponętnie i potem ciężko to zmyć i… Wojmir, dlaczego wchodzisz w pole?! – wrzasnęła, kiedy widzący pod wpływem impulsu skręcił prosto w zboże. – Wojmir?!

Byle dalej od niej.

– Sam mówiłeś, że tam może być licho albo południca! – zawołała za nim, a jej głos na ostatnim słowie zamienił się w pisk.

– Już wolę je od ciebie! – odkrzyknął mężczyzna.

– Nie bądź taki! W pole za tobą nie wejdę!

– Nie musisz!

– Nie wejdę, bo jako strzyga nie mogę! Nie zostawiaj mnie samej! Umrę tu!

Wojmir westchnął i odwrócił się ku niej, stojąc po pas w pszenicy.

– Jak to nie możesz? – zapytał, a Żywia przygryzła lekko wargę i odparła ze wstydem:

– Strzygi nie mogą wejść na uprawianą ziemię, taką skalaną ciężką ludzką pracą.

– Pierwsze słyszę…

– Chcesz dowodu?

Po krótkim zastanowieniu założył ręce na piersi i powiedział.

– A chcę.

Zgodnie z zapowiedzią ruszyła w jego stronę. Zdążyła jednak postawić może trzy kroki, zanim odbiła się od niewidzialnej ściany odgradzającej drogę od pola.

– Ale heca! – krzyknął Wojmir.

– Możemy więc iść drogą? – Wbiła wzrok w ziemię. – Proszę?

– No nie wiem… – Mężczyzna przeciągnął się z cichym jękiem.

– Że co? – zapytała, nieprzygotowana na taką odpowiedź.

– Muszę się zastanowić.

– Przed chwilą strasznie ci się spieszyło do karczmy – burknęła, z zadowoleniem zauważając, że południowe gorąco zaczęło bardziej niż wcześniej naprzykrzać się też Wojmirowi.

Jego koszula była przepocona na plecach. Znajdowała się tam wielka mokra plama. Czoło chłopaka również zrosił pot, co skłoniło go, aby ściągnąć część odzienia i od pasa w górę pozostać takim, jakim bogowie stworzyli go przy narodzinach.

Żywia uniosła kącik ust w uśmiechu, widząc, jak teraz to jemu słone krople wpadają do oczu.

A dobrze ci tak!, pomyślała. Przy okazji bezwstydnie lustrowała jego gibkie ciało, które wręcz doskonale poznała przez ostatnie noce.

Będę musiała go szybko ugłaskać…,pomyślała.

Szczerze powiedziawszy, najchętniej przywiązałaby go do siebie, byle tylko jej nie uciekł. Musiał przecież wykonać zlecenie i wyciągnąć z Oleśnicowego Dworku tak drogie jej listy, a przeczuwała w kościach, że zamiast tego wskoczy do łoża innej, gdy tylko trafią do Poznania. Był on bowiem dość młody, na oko dwudziestotrzyletni, urodziwy całkiem, wysoki jak dąb i przede wszystkim niepowtarzalny. Jedyny w swoim rodzaju! A kobiety kochały takich mężczyzn. Żywia wiedziała, że strzygę dało się spotkać raz na jakiś czas, jeśli wiedziało się, gdzie szukać. Ale widzącego duchy syna Żmija?

Za nic!

Wieszczyca lubiła wzbudzać zachwyt i zainteresowanie. Pragnęła ich. Lubiła też ładne rzeczy i ładnych ludzi, którzy nie ustępowali jej w wyjątkowości, więc Wojmir idealnie wpisywał się w jej upodobania. Ubolewała jedynie nad tym, że od momentu poznania prawdy urok, jaki na niego rzuciła, słabł. Strzyga wątpiła, że wytrzyma jeszcze dwa dni, jak pierwotnie zaplanowała.

Cóż… Może już teraz przestał działać…,pomyślała smętnie.

Wojmir zawrócił z pola.

– Dobra. – Przystanął przed Żywią i klasnął w dłonie. Przez ramię miał przerzuconą pogniecioną, lnianą koszulę. – Ale stawiasz mi obiad. – Puknął ją palcem w czoło. – I piwo.

– A-Ale…

– Ja zajmę się noclegiem – kontynuował niezrażony. – Albo u druha mojego, Mikołaja, albo w lokalnym zamtuzie, bo wiszą mi tam przysługę, więc będzie gdzie przenocować.

Strzyga zamrugała z nadzieją, że się przesłyszała.

– Chcesz, żebym spała w zamtuzie?!

– Zakopałaś matkę pod podłogą, a brata wrzuciłaś do studni. I to wszystko mając dziesięć lat. Myślę, że przeżyjesz noc w zamtuzie w wieku osiemnastu.

– To nie było dla mnie łatwe! – wykrzyczała i zacisnęła usta, aby powstrzymać ich drżenie. – Zabiłam ich, i co?! Znęcali się nade mną! Przez lata! Rozumiesz?!

Przełknęła łzy i w złości nawet nie zorientowała się, jak welesowa dusza chwilowo przejęła nad nią kontrolę, a palce zmieniły się w szpony, raniąc wnętrze jej delikatnych dłoni.

Nie od razu poczuła na skórze krople krwi.

– Jesteś bez serca – wycedziła.

– To dobrze, że ty masz dwa, nie? – rzucił Wojmir i powrócił do marszu.

Upokorzona tą rozmową, z ociąganiem znów podążyła śladem widzącego.

Może była pazerna. Może skupiała się na sobie. No i co z tego? Ludzie robili gorsze rzeczy. Ona po prostu odważyła się sięgnąć po swoje, a fakt, że wiązało się to z dwoma trupami, to już zupełnie inna historia.

Wbiła wzrok w plecy żmijowego syna. Uparcie szła za nim, aby mieć go na oku. I aby wszystkie wymruczane pod jej nosem obelgi na pewno do niego trafiły.

– Cham, ejber, prostak… Ja mu jeszcze pokażę!

 

- - -

 

Ta piesza wyprawa, choć krótka, dla Wojmira zdawała się nie mieć końca.

– Tej, Żywia, przyznaj w końcu, że nie mieszkasz w Poznaniu.

– Nie.

– Kiedy dobrze wiesz, że tak jest.

– Wcale nie.

– Twój Oleśnicki Dworek nie znajduje się nawet w wiosce pod Poznaniem. Tylko jeszcze pod tą wioską.

– Ale czy prosił cię ktoś o zdanie?

– Ty widziałaś mieszkanie w Poznaniu jak świnia Wyraj, wiesz? I jak ja mam ci ufać? Te dzisiejsze kobiety…

Wieszczyca przemilczała fakt, że jako dziecko myliła Piaski – osadę podmiejską – z samym Poznaniem i tak jej po prostu zostało. Lepiej zresztą jakoś jej na sercach było, gdy myślała o sobie jak o miejskiej niewieście.

– O ile mnie pamięć nie myli – ciągnął lekceważąco widzący z dłońmi wsadzonymi w kieszenie luźnych spodni. – Piaski to nic innego jak wiocha, gdzie mieszkają rzemieślnicy.

– Wiesz, z kim ty mi się kojarzysz? – burknęła w końcu, tracąc cierpliwość. – Z takim księdzem jednym. Masz swoją teorię i swoje zdanie, i nic więcej cię nie obchodzi. Wypisz, wymaluj ksiądz!

– Jestem dumnym poganinem, babo.

– Dobra, dobra. Ale jak ksiądz się panoszysz! Albo o, jak biskup, a ci są podobno wcieleniami tych, no, apostatów!

– Apostołów jeśli już, Żywia. – Wojmir, zrezygnowany, otarł pot z czoła i przyspieszył, widząc na horyzoncie pierwsze zarysy zabudowań. – Apostołów…

 

- - -

 

Niedługo potem oczom strzygi i widzącego duchy syna Żmija już w całości ukazały się domostwa wybudowane przy drodze prowadzącej do Piasków – jednego z kilku rzemieślniczych trzonówPoznania.

Lokalizacja większości podobnych im podmiejskich osad znajdujących się poza murami była ściśle związana z cechem, w którym specjalizowali się mieszkańcy. Stąd też dla przykładu sąsiednie Garbary leżały nad samą Wartą, gdyż praca garbarzy wymagała dostępu do wody i dużej ilości świeżego powietrza z uwagi na uciążliwy zapach skór. A warto dodać, że przykład jest to nie byle jaki, bo to właśnie z obróbki i przetwórstwa skórzanego słynął Poznań w całej Wielkopolsce, będący siedzibą nie tylko garbarzy, ale też wielu szewców, rymarzy, kaletników czy nawet kuśnierzy i czapników.

Dla Wojmira nie miało to teraz jednak żadnego znaczenia. Liczył się dla niego tylko fakt, że i Garbary, i Piaski leżały bezpośrednio pod samym Poznaniem, do którego wraz z Żywią mogli dostać się jedną z dwóch najbliższych bram: Wielką albo Wrocławską. Zatem nocleg mieli już na wyciągnięcie ręki.

– Na litość boską… – warknął i machnął dłonią, chcąc odgonić natrętne muchy latające mu przed oczyma. – Skąd ich tyle?

– Do gówna lecą – mruknęła Żywia i, spojrzawszy na niego ostentacyjnie, wyminęła go z kamienną twarzą.

Odkąd tylko zobaczyli przed sobą piaskowe domostwa, czuła w sercach niepokój. Tak jakby znajoma wioska miała przyprawić ją o kłopoty.

Demoniczna natura strzygi, prócz przekleństwa samego w sobie, sprezentowała Żywii również wyostrzony słuch, a ten był dla niej czasem okropnym utrapieniem. Przydawał się przy polowaniach, lecz powodował też, że nigdy, nawet w najgorszych momentach, nie zaznawała ciszy. Dlatego, choć nadal nie minęli pierwszej linii domostw, i tak słyszała, jak w najbliższej chacie po prawej stronie ktoś stuka drewnianą łychą o kant gara, czy jak na podwórku obok zaciekle ganiają się dwa dzikie koty. Doleciał do niej nawet wrzask niemowlaka zakłócany rytmicznym odgłosem wyciągania ze studni pełnego wiadra.

Chlup, chlup, chlup, powtarzała w myślach w rytm kołyszącej się w nim wody.

W słabszych chwilach – takich jak ta – zwykle unikała dużych skupisk ludzi. Obawiała się, że z nadmiaru nękających ją dźwięków straci cierpliwość, co w najgorszym wypadku mogło skończyć się czyjąś śmiercią. Nieustannie żyła w lęku, że kiedyś zabraknie jej siły. Że jej welesowe serce i czarna dusza obejmą we władanie umysł oraz ciało, przyćmią osąd i dojdzie do tragedii.

Teraz, rozchwiana i pod presją związaną z zatrzymaniem przy sobie Wojmira, nie była w pełni sobą. Jej trzewia skurczami przypominały o lęku, przez który najchętniej w ogóle nie wchodziłaby do osady. Nie chciała jednak przyznać się do tego synowi Żmija. Miała przecież tylko wejść do wioski, a przywykła do robienia zdecydowanie bardziej niecnych rzeczy.

Ograbienie z kosztowności uwiedzionych mężczyzn po wspólnie spędzonej nocy?

Ależ z chęcią!

Napaść pod postacią wieszczycy na przejeżdżającą lasem, strzeżoną karocę z bogatym szlachcicem w środku?

Żaden problem!

Uśmiechnęła się na myśl o tym, jak zwykła zostawiać za sobą ogłuszonych ludzi i znikać w lesie z workiem bądź skrzyneczką kosztowności. I to zawsze w akompaniamencie krzyków o jakichś diablicach, bękartach Welesa czy innych Judaszach. Najbardziej lubiła jednak, jak nieliczni przytomni wymachiwali w jej stronę krzyżami, co, swoją drogą, nigdy nie przyniosło rezultatu. Takie zabobony nie imały się profesjonalistów, a więc i Żywii. Złodziejstwem parała się bowiem już od czternastego roku życia, kiedy to po ucieczce z Oleśnickiego Dworku znudziło jej się śpiewanie po karczmach i dworach.

Śpiących mężczyzn okradała zawsze w ludzkiej formie. Napadów zaś dokonywała jedynie jako strzyga, co, wbrew jej pierwotnym obawom, działo się dość sprawnie. Wystarczyło odpowiednio dobierać miejsce i porę. Nie można było też być nazbyt chytrym i napadać za często.

Bo wtedy to jeszcze by ci chrystusowi krucjatę urządzili czy coś innego…

Uniosła wzrok na Wojmira.

A się chłop przeliczył co do mnie, pomyślała, przechodząc obok pierwszego, krzywo zbitego płotu, za którym trzy rude kury skubały trawę. I to pod samym drewnianym posągiem Peruna. Wyglądało to ciekawie, ponieważ po drugiej stronie ogrodzenia znajdowała się skromna, drewniana kapliczka chrystusowych. Dookoła niej także dziobały kury, z tym że czarne.

Żywia westchnęła.

Niby tylko drób, a jednak mądrzejszy od ludzi. Nie robi mu różnicy, czyjej wiary symbol mu towarzyszy. Grunt, żeby trawa była dobra. Tak trzeba żyć.

W Piaskach prócz kur, kapliczek i pomnikówbyła też łaźnia, dwie tawerny i skromny targ otwierany jedynie na potrzeby mieszkańców, odkąd większość towarów i tak trafiała bezpośrednio do Poznania. Miasto było bowiem nie tylko ważnym punktem na trasie handlowej na zachód i centrum lokalnego handlu, ale też jednym z ulubionych miast króla Jagiełły i miejscem rezydowania jego namiestnika, starosty generalnego. To tutaj władca zajeżdżał podczas swoich objazdów po kraju i konsultował decyzje polityczne z lokalnymi możnymi oraz obradującą pod Poznaniem Pogańską Radą Królewską. Zbierała się ona, kiedy trzeba było spotkać się z królem, w Świętym Gaju w Rogalinie. Jej bliźniak, Chrześcijańska Rada Królewska, rezydował natomiast w Krakowie, co, chcąc nie chcąc, zaowocowało intuicyjnym podziałem Królestwa Polskiego na pół.

Bo nic nie dzieli tak jak wiara.

Wojmir był dumnym orędownikiem pierwszej grupy, czując się usatysfakcjonowany faktem, że i poganie, i chrześcijanie byli równi sobie w świetle prawa. Zwykle. Niejednokrotnie zdarzało się, że podczas publicznej chłosty do pręgierza przywiązani byli i ci, i ci. Jedni za czary i demony, drudzy za grzechy wobec swego Boga. Dzięki tej całkiem sprawnie działającej w państwie ręce sprawiedliwości na ogół nie trzeba było w Poznaniu bać się ani fanatyków jezusowych, ani Krzyżaków, ani rodzimowierców.

Z racji sympatii króla Jagiełły do miasta oraz bliskości Pogańskiej Rady Królewskiej panowie wielkopolscy naturalnie pragnęli posiadać w pobliżu Poznania własne rezydencje. Zwykle były to albo budynki znajdujące się jeszcze na terenie otoczonym murem, usytuowane w dzielnicy żydowskiej, albo reprezentacyjne domy leżące na terenach osad podmiejskich – takich jak choćby Piaski.

 Wraz z rozkwitem gospodarczym pod koniec XIV wieku i one dały wciągnąć się w wir zmian, stopniowo zastępowano budynki drewniane murowanymi, co zmieniło krajobraz, do którego przywykła Żywia. Od lat przecież omijała osadę szerokim łukiem. I po co? Aby teraz wraz z Wojmirem odkrywać ją od nowa, konfrontując wspomnienia z dzieciństwa z rzeczywistością…

Zabudowania ciągnęły się wzdłuż drogi, którą przemierzali nieliczni mieszkańcy. Większość z nich o tej godzinie pracowała jeszcze w polu, w warsztatach bądź u mieszczan za murami, co podróżnikom z Oleśnickiego Dworku było na rękę – oznaczało mniejszą kolejkę po ciepłą strawę, której czas zbliżał się nieubłaganie.

Choć z początku przywitały ich zaledwie pojedyncze domy, teraz Żywia i Wojmir szli już pomiędzy skupiskami budynków, aż wreszcie znaleźli się pod samą łaźnią leżącą w sąsiedztwie tawerny.

Widzący od razu pomyślał, że jeszcze dziś połączy przyjemne z pożytecznym.

– Dobra, zrobimy tak – chrząknął Wojmir i oparł dłonie na biodrach. – Nie wiem, jakie są twoje plany, ale…

– Takie same jak twoje – odparła szybko Żywia, z trudem odciągając wzrok od wyszywanej w maki, białej chusty znajdującej na szyi pannicy, która, ubrana w wytworną suknię, zmierzała w stronę Garbar.

A ta to się chyba zgubiła…,pomyślał Wojmir, po czym kontynuował:

– Ale ja idę do karczmy – wyjaśnił – żeby zjeść i odpocząć, więc…

– Wiem, wiem. – Żywia uśmiechnęła się i poklepała swoją sakiewkę przytroczoną do pasa wokół jej talii. – Stawiam ci posiłek i piwo, pamiętasz? I nawet nocleg dorzucę.

Wojmir uniósł brwi, ale nie zaprotestował.

– Pamiętam.

– A więc chodźmy – powiedziała i już miała pociągnąć go za łokieć, kiedy ten przytrzymał ją w miejscu i uniósł sobie przed twarz jej drugą, zakrwawioną dłoń.

– Kiedy sobie to zrobiłaś? – zapytał skonsternowany.

Z zachmurzoną miną wyszarpnęła zranioną rękę z uścisku i przyciągnęła do piersi.

– Gdy się kłóciliśmy – mruknęła, wbiwszy spojrzenie w czubki swoich butów. – Jak jestem wściekła albo bardzo smutna, to czasem przestaję w pełni panować nad drugą duszą i moje palce zamieniają się w pazury. W szpony, nazywaj sobie to, jak chcesz. A że zaciskałam pięść, to… sam rozumiesz.

Strzydze przez chwilę wydawało się, że Wojmir jej współczuł; że przez krótki moment patrzył na nią tak, jak w Pogorzeli, gdzie się poznali, i jeszcze zanim poznał prawdę dotyczącą jej przeszłości.

Bez pogardy, wstrętu czy niezrozumienia.

– Trzeba to jakoś opatrzyć – rzekł w końcu.

– Trzeba, ale nie jest to coś niecierpiącego zwłoki. – Zmusiła się do uśmiechu. – Najpierw zjedzmy. Mówiłeś, że jesteś głodny.

– Ale…

– Chodź już, chodź.

– Żywia…

Nie dając mu dokończyć, pociągnęła go za nadgarstek w stronę znajdującego się kilkanaście metrów dalej dwupiętrowego budynku z masywnymi drzwiami, których otworzenie kosztowało ją wiele wysiłku.

Weszli do środka i od razu zajęli jeden z wolnych stolików. Blisko wygaszonego kominka. Choć panująca w karczmie duchota była uciążliwa, to nie ona okazała się dla strzygi utrapieniem, a hałas raniący jej wrażliwy słuch. Żywia z całych sił próbowała zachować spokój i nie zwracać uwagi na donośny głos siedzącego obok drwala, bez przerwy chwalącego się ostatnio ściętą brzozą. Ani na to, jak jego kompan siorbał zupę, mimo że nie ulatywała z niej żadna para.

– Wszystko w porządku?

Usłyszawszy pytanie Wojmira, odwróciła głowę i zaczęła przyglądać się małemu, kwadratowemu obrusikowi leżącemu na ich stoliku. Stała na nim podłużna świeca gotowa rozproszyć powoli nadchodzącą noc.

Kilkoma zgrabnymi ruchami, dla odwrócenia uwagi, wygładziła zagnieciony róg obrusa.

– Tak, ale…

– Co podać?

Spojrzeli na drobną karczmarkę, która właśnie jej przerwała. Dziewczyna trzymała pod pachą drewnianą, okrągłą tacę, a w drugiej dłoni trzy puste już kufle po piwie. Do jednego z nich wpadła właśnie końcówka jej długiego, rudego warkocza.

– A co dziś macie? – odparł pytaniem Wojmir, lustrując wzrokiem nieznajomą.

– Z rana został twaróg z cebulą. Jest też świeży gulasz z pyrami i repeta z wczoraj.

– Więc wezmę gulasz i piwo.

– Dwa razy – wtrąciła się Żywia.

– Dwa razy – potwierdził z westchnieniem Wojmir.

– I dwa pokoje na tę noc – dodała strzyga.

– A stać cię na dwa? – zdziwił się widzący.

– Nie żałuję pieniędzy na ludzi, na których mi zależy.

– Ostrzegam tylko, że noc może być głośna. – Karczmarka poprawiła chwyt na ciężkiej tacy. – Wieczorem odbędzie się tu zebranie cechu czapników.

Wziąwszy milczenie za akceptację, ruszyła w stronę kuchni. Wojmir spojrzał za nią, a kiedy zniknęła za zakrętem, już miał zamiar obrócić się ku Żywii… Ale nie zdążył, ponieważ usiadł obok niego starszy mężczyzna w szarej tunice nałożonej na roboczą, płócienną koszulę.

– A wy to chyba nie jes-steście s-stąd – powiedział, sepleniąc, i przyjrzał się Wojmirowi. Położył brodę na wspartej na łokciu dłoni i zmrużył swoje szczurze oczy. – Choć… czy ja już cię kiedyś nie widziałem?

– W Piaskach? Nie sądzę – odparł Wojmir niechętnie.

– Dziwne, dziwne. – Nieznajomy charchnął i kichnął w swój rękaw, gdzie zostawił mokrą plamę flegmy, na co Żywia momentalnie się skrzywiła. – Od której strony żeście szli?

– A ja nie wiem – wzruszył ramionami Wojmir, nie mogąc doczekać się, aż w końcu będzie mógł zjeść. Wskazał palcem na Żywię. – Za nią szedłem.

– Za babą żeś lazł?

– Od Pogorzeli – odparła niechętnie dziewczyna. – Na około żeśmy Rybaki i kościół Bożego Ciała przeszli, ten co w budowie jest.

– Na chwałę Jezusa niech rośnie – przeżegnał się chłop nabożnie i skłonił głowę. – To coś mi się pomylić musiało. Podobnyś jest do kogoś… Trudno. – Mężczyzna wstał niezgrabnie i poklepał Wojmira po ramieniu. – Dobrego dnia.

– Dobrego – mruknął pod nosem widzący, zadowolony z faktu, że w końcu dano im spokój.

Naiwnie sądził, że zdąży się nim nacieszyć. Wtedy jeszcze jednak nie wiedział, co stanie się tego wieczora i dlaczego jego los związany będzie od tej pory nie z jedną, a z dwiema wyjątkowymi niewiastami.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej