Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
654 osoby interesują się tą książką
Pożądanie siostry najlepszego przyjaciela jest zakazane.
Ford Grant może być postrzegany przez cały świat jako jeden z najgorętszych bogaczy, ale on marzy wyłącznie o założeniu studia nagrań w spokojnym miasteczku Rose Hill i o ucieczce od ciekawskiej prasy oraz zgiełku wielkiego miasta.
Wszystko obraca się o sto osiemdziesiąt stopni, kiedy z dnia na dzień mężczyzna dowiaduje się, że jest biologicznym ojcem pewnej dwunastoletniej dziewczynki.
Jest jeszcze ktoś, kto spędza mu sen z powiek. To Rosie Belmont – siostra jego najlepszego przyjaciela. Zbieg okoliczności sprawia, że dziewczyna rozpoczyna dla niego pracę, a on obiecuje sobie, że będzie się trzymał od niej z daleka. Jednak są rzeczy, którym Ford po prostu nie potrafi się oprzeć.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 511
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Wild Love
Copyright © Elsie Silver 2024
Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2024
All rights reserved· Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Marta Grandke
Korekta: Karina Przybylik, Daria Ławska, Natalia Szoppa
Skład i łamanie: Paulina Romanek
Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka
Projekt okładki: Books and Moods
ISBN 978-83-8362-846-2 · Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne ·Oświęcim 2024
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Wspieramy czytelnictwo w Polsce razem z Fundacją Powszechnego Czytania
Ford
– Stary, magazyn „Forbes” okrzyknął cię najseksowniejszym miliarderem świata. – Mój najlepszy przyjaciel, Weston Belmont, kładzie szczególny nacisk na ten tytuł, naśmiewając się ze mnie. Brzmi to tak, jakbym był striptizerem, którego on wywołuje na scenę.
Ignoruję go i skupiam się na rozpakowywaniu stojącego u moich stóp kartonu z detergentami.
– Ford. – Mój przyjaciel wymachuje w moim kierunku lśniącym czasopismem. – To jest szaleństwo.
Przecinam powietrze spojrzeniem i spoglądam na niego pustym wzrokiem. West siedzi rozwalony w fotelu, z butami na moim biurku. Zaschnięta ziemia odpada mu od podeszew, robiąc tu jeszcze większy bałagan.
– Faktycznie, czyste szaleństwo. – Kładę dłonie na biodrach i odwracam się, by rozejrzeć się po starej stodole, która zostanie przerobiona na główną siedzibę mojego nowego studia nagraniowego oraz firmy zajmującej się produkcją muzyczną. Choć nazywam ją stodołą, to obecnie przypomina ona po prostu pusty, zakurzony budynek gospodarczy. Wypełnione rdzą dziury w podłodze wskazują na to, że kiedyś były tu boksy. Teraz to spora, brudna, otwarta przestrzeń z niewielkim aneksem kuchennym znajdującym się w pobliżu drzwi wejściowych, do których prowadzi długi wąski korytarz.
W każdym razie budynek znajduje się kilkadziesiąt metrów od właściwego domu stojącego na ogromnej działce na wzgórzu, na samym skraju Rose Hill.
A za drzwiami tej starej stodoły rozciąga się naprawdę spektakularny widok.
Do dolnej części posiadłości przylega jezioro, a z obu stron otoczona jest ona sosnami, przez co można odnieść wrażenie, jakby przebywało się w prywatnej oazie. Zaledwie pięć minut drogi stąd znajduje się skraj małego górskiego miasteczka, a dalej są już tylko urwiste szczyty rozciągające się na wiele mil wśród pierwotnej kanadyjskiej dziczy.
Jest tu pięknie. Ale wszystko, co znajduje się na tej posesji, popadło w ruinę. Jednak ma ona ogromny potencjał. Wyraźnie widzę swoją wizję. Domki gościnne dla artystów. Antyczne meble. Słabo działające wi-fi. Żadnych paparazzich.
Rose Hill Records. Firma nazwana na cześć miasta, które tak bardzo pokochałem.
Stoję za produkcją jednego albumu i po tym, jak odniósł sukces, wciąż mi mało. Chcę powtórzyć ten wyczyn. Na szczęście już odzywają się do mnie inni artyści z pytaniami o możliwość nawiązania współpracy. Z ekscytacją czekam na to, żeby codziennie pracować kreatywnie. Codziennie słuchać muzyki. Codziennie tworzyć piosenki.
Szczególnie tutaj.
Rose Hill to idealne miejsce, by się zadomowić i założyć firmę, której zawsze pragnąłem.
Moja osobista bezpieczna przystań, gdzie nie muszę ubierać się w sztywne garnitury ani składać raportów udziałowcom, którym nie zależy na niczym poza ogólnym rozrachunkiem. Gdzie nie będę nagabywany przez gazety z powodu tego, że zostałem okrzyknięty najseksowniejszym miliarderem świata, jakby to było jakieś wielkie dokonanie.
– Tu jest napisane, że odmówiłeś komentarza.
Gdyby to West zyskał tytuł najseksowniejszego miliardera świata, to wycisnąłby z niego tyle, ile by się dało.
A ja? Nie udzielam komentarzy i uciekam do miasteczka, gdzie mogę zacząć budować nową firmę od podstaw. Nienawidzę zwracać na siebie uwagi.
– Właściwie to skomentowałem to, zanim oficjalnie odmówiłem wypowiedzi.
West prycha.
– Och, to z pewnością będzie dobre.
Drga mi mięsień w policzku. Mój przyjaciel wie. Prawie nikt nie zna mnie tak dobrze, jak on.
– Powiedziałem im, że ledwo można mnie zaliczyć do grona miliarderów i po prostu jestem bardziej atrakcyjny od pozostałych dwóch tysięcy pięciuset osób na tej liście. Że chcą napisać artykuł na temat najmniej interesującej części mojego życia. Więc nie udzieliłem komentarza, ponieważ to osiągnięcie na takowy nie zasługuje. Konwencjonalnie atrakcyjny, bogaty facet mówi: „Nie, kurwa, dziękuję”.
– Strasznie dziwne, że nie chcieli opublikować tej twojej wypowiedzi, Ford. Naprawdę nie mam pojęcia, czemu tego nie zrobili.
Wzruszam ramionami i ignoruję ten docinek. Czuję się niezręcznie, mówiąc o pieniądzach. Przez całe życie odbyłem masę takich rozmów i jeszcze do niedawna spędzałem mnóstwo czasu wśród ludzi, przy których moje dzieciństwo wypadało ubogo. Mnie bogactwo nigdy nie wydawało się szczególnie imponującą cechą. Właściwie to jest całkiem odwrotnie. Kiedy masz dużo forsy, ludzie zachowują się przy tobie inaczej, więc jeśli pozwolisz sobie na zbyt dużą obsesję na punkcie swoich funduszy, to możesz stać się prawdziwym gnojkiem.
Czemu ktokolwiek miałby chcieć przeczytać artykuł na temat tego, jak bogaty jest jakiś koleś?
Zresztą nigdy nie lubiłem znajdować się w centrum uwagi. Gdy to się dzieje, staję się opryskliwy i sarkastyczny oraz (co wytykano mi niejeden raz) „niegrzeczny”lub „ignorujący wskazówki społeczne”. Chociaż według mnie takie określenia to przesada. Ja powiedziałbym raczej, że jestem bezpośredni i że niektórych jest zbyt łatwo urazić.
W przeciwieństwie do Westa mnie nie odbiera się jako kogoś, kogo jest łatwo lubić. Zdaję sobie sprawę z tego, jak inni mnie postrzegają, ale nie mam ochoty tego zmieniać. Każdy, kto mnie zna, wie, jaki jestem naprawdę. Pozostałymi nie zaprzątam sobie głowy.
Pochylam się, podnoszę miotełkę do kurzu i przechodzę przez pomieszczenie. Moje ciężkie buty uderzają głucho o porysowaną podłogę z drewna, kiedy podchodzę do starej żeliwnej kuchenki stojącej w rogu pomieszczenia. Pajęczyny i nadpalone polana wypełniają przestrzeń pod nią i zastanawiam się, jak długo tu leżą, kto je tu położył, jaka kryje się za nimi historia. Gdyby nie wyglądały tak brzydko, to bym je zostawił. Szczerze mówiąc, czuję się trochę jak wielkomiejski intruz, który tu wparował, żeby wszystko uprzątnąć i naprawić.
Mógłbym komuś zapłacić, by odwalił za mnie tę czarną robotę, ale zatrudnienie osoby godnej zaufania wydaje mi się górą nie do pokonania. Poza tym zbudowanie czegoś własnymi rękami ma w sobie pewien urok. Fakt, mam pieniądze, lecz niemuszę ich wydawać, skoro sam mogę zrobić pewne rzeczy. Jestem przecież ambitny i potrafię się poświęcać.
Ciężka praca – to właśnie dzięki niej posiadam jeden z najbardziej obleganych barów z muzyką na żywo w Calgary. To dzięki niej stworzyłem też serwis streamingowy oferujący dostęp do muzyki, który odpowiada za niemoralnie dużą sumę na moim koncie bankowym. Mój tata miał mnóstwo kasy, sporo znajomości i mógłby z łatwością mnie ustawić… Ale tego nie zrobił. Chciał, żebyśmy razem z moją siostrą poznali wartość pieniądza.
Ale co już zawsze będzie uznawane za źródło moich sukcesów?
Pieniądze. Znajomości. Szczęście. A ja nie wierzę w szczęście.
– Co to w ogóle za zdjęcie? – Siedzący na drugim końcu pomieszczenia West podnosi czasopismo. – Wyglądasz, jakbyś chował się za podniesionym kołnierzem kurtki.
– Bo tak było.
– Czemu?
To przeurocze. Jego zmarszczone brwi i przechylona głowa zdradzają szczerą konsternację. Ktoś taki jak on po prostu nie potrafi pojąć tego, czemu ja nie chcę pławić się w zainteresowaniu. Mój przyjaciel przyciąga uwagę i uwielbia zabawę oraz popisywanie się – a ja go za to kocham. Poza tym West ma dobre serce i można mu całkowicie zaufać. Jest autentyczny w świecie, w którym o tak wielu osobach nie da się tego powiedzieć. Jako dziecko wpadł na mnie nad jeziorem, kiedy czytałem i zaczął rozmawiać ze mną, jakby mnie już znał i od tamtego czasu nie przestał tego robić. Choć to zaskakujące, zostaliśmy przyjaciółmi. Jest między nami jakaś więź i to dzięki niej nasza przyjaźń po prostu… przetrwała.
Przez dwadzieścia lat.
– Ponieważ nie chciałem, żeby robiono mi zdjęcie. Nie lubię tego.
– Czemu? Mam ci powiedzieć, jak przystojny jesteś?
Prycham.
– Szedłem ulicą na spotkanie z siostrą. Chciałem po prostu wypić z nią kawę w kawiarni i nie pisałem się na sesję zdjęciową.
Weston się śmieje.
– Umarłbyś, gdybyś się uśmiechnął?
– Tak. – Wbijam wzrok w kuchenkę, trzymając w dłoni miotełkę do kurzu i zastanawiając się, jak ja, do cholery, zrobię wszystko, co sobie zaplanowałem.
– Do tego przyda ci się łopata, a nie miotełka.
– Dziękuję, West. Bardzo się cieszę, że jesteś w pobliżu i możesz podzielić się ze mną swoją opinią.
On wzdycha ciężko.
– Będzie jak za starych dobrych czasów. Nas dwóch pakujących się w kłopoty.
– Ty pakowałeś się w kłopoty. Ja tylko obserwowałem.
– Rosie zawsze szwendała się z nami i przez cały czas ci dopierdalała. Boże, byłem z niej wtedy taki dumny.
Zamieram, kiedy mój przyjaciel wspomina o swojej siostrze. Rosalie. Chociaż nie widziałem jej od dekady, to i tak się spinam na dźwięk jej imienia.
Odwracam się do Westa.
– Skończyła magisterkę i ma jakąś dobrą pracę w Vancouver, co nie?
Jednak ja już wiem, że tak jest. Od czasu do czasu wyszukuję jej imię i nazwisko w sieci – oczywiście tylko po to, żeby upewnić się, czy jest szczęśliwa. West wspomina czasem o niej podczas naszych rozmów, ale nigdy nie zagłębia się w szczegóły. Mówi o niej w ogólny sposób i przekazuje mi powierzchowne informacje. Bo po co miałby bardziej szczegółowo opowiadać najlepszemu przyjacielowi o swojej młodszej siostrze, która przeprowadziła się do innego miasta?
Lepiej o nią nie pytać.
West macha dłonią, jakby rzucanie przez nastoletnią Rosie kąśliwych uwag było dla niego najbardziej imponującym wyczynem.
– To były najlepsze lata. Zawsze byłem cholernie smutny, kiedy wracałeś do szkoły w mieście.
Ja też nienawidziłem powrotów. Nienawidziłem tej szkoły z dzieciakami, które – w przeciwieństwie do Westa – traktowały mnie, jak gdybym bardzo od nich odstawał. Znów czułem presję bycia synem jednego z najbardziej rozpoznawalnych gitarzystów na świecie. Gdy byłem dzieckiem, Rose Hill było moją ulubioną cichą przystanią i wygląda na to, że teraz, kiedy mam trzydzieści lat, nic się nie zmieniło. W tym miasteczku czas się zatrzymał. Nikt nie traktuje tutaj nikogo, jakby był bogaty czy sławny, czy nawet szczególnie wyjątkowy. Wszyscy po prostu zajmują się swoimi sprawami. Najwyraźniej to świeże górskie powietrze daje im perspektywę, jakiej brakuje mieszczuchom.
Jednak przywiązanie, jakie czuję do tego miejsca, nie bierze się tylko z tego. Powodów, dla których mnie tu ciągnie, jest znacznie więcej. Chodzi o wspomnienia wiążące się z tą okolicą.
– Cóż, w tym roku nie będziesz musiał przez to płakać, West. Oficjalnie jesteś na mnie skazany.
Wrzucam miotełkę do pudełka, ponieważ pogodziłem się z tym, że chyba będę musiał zatrudnić kogoś, kto pomoże mi doprowadzić to miejsce do porządku, jeśli mam zacząć nagrywać tu w najbliższym czasie. W głównym budynku można już mieszkać – sam zmodernizowałem go przez lato – lecz stodoła jest w znacznie gorszym stanie.
– No i zajebiście. Dołączysz do mojej drużyny kręglarskiej.
– Nie. Nie ma mowy. Mówiłeś mi, że to spotkania ojców, a ja nim nie jestem. – Czubkiem buta kopię w coś, co wygląda jak martwy robal, ale okazuje się odchodami gryzoni. – No, chyba że to stado myszy uznałoby mnie za swojego tatę.
– Myszy raczej nie chodzą stadami.
– Niezależnie od tego, raczej nie można mnie nazwać ojcem.
– Nie szkodzi. Tak naprawdę drużyna to tylko ja, Sebastian, jeśli jest akurat w mieście, ty…
– Mnie w to nie wliczaj…
– I jeszcze Świrnięty Clyde.
– Kim jest Świrnięty Clyde? Chyba już nie można tak nazywać ludzi.
– Mieszka po drugiej stronie gór… Jest praktycznie pustelnikiem, ponieważ wierzy w każdą teorię spiskową znaną człowiekowi. Opowiada najlepsze historie. I przedstawi ci się jako Świrnięty Clyde, więc będziesz mógł go osobiście poprawić.
Mrugając, patrzę na swojego przyjaciela. To brzmi jak mój największy koszmar.
– Nie pójdę z tobą na pieprzone kręgle, West.
Weston prycha i machnięciem ręki zbywa moje słowa.
– Teraz tak mówisz. Ale za dzieciaka też nigdy nie zgadzałeś się na moje wybryki, a później zawsze się zjawiałeś. Z tymi emo włosami zasłaniającymi oczy. Ciągle poprawiałeś na nosie za duże okulary, które wtedy nosiłeś. – Posyła mi szeroki uśmiech i jego idealne zęby lśnią bielą, kontrastując z szorstkim krótkim zarostem. – Miałeś markotną minę. I pewnie jakiś nieznany tomik poezji pod pachą.
Prycham z rozbawieniem i kręcę głową na ten wierny opis.
– Pierdol się, Belmont.
– I spójrz no teraz na siebie…
Celuję w niego palcem wskazującym.
– Nawet nie waż się tego mówić.
West wykonuje zamaszysty, melodramatyczny ruch dłonią, kończąc zdanie:
– Jesteś najseksowniejszym miliarderem świata.
– Nienawidzę cię.
– Nie. Kochasz mnie. Jestem słoneczkiem, a ty zrzędą.
Marszczę brwi.
– Co?
– To taki motyw w romansach…
Jego wypowiedź przerywa pukanie do drzwi i obaj odwracamy się, by przenieść wzrok na drugi koniec stodoły, na rozklekotane drzwi wejściowe znajdujące się za wąskim korytarzem, który skręca gwałtownie i wychodzi prosto na aneks kuchenny.
– Kto to może być? – szepcze West, jakbyśmy wpadli w tarapaty.
Może rzeczywiście wpadliśmy, chociaż jestem tu od niedawna i przez cały czas tylko remontowałem dom, więc nie mam pojęcia, kto to mógłby być. Moja siostra, Willa, wpadłaby bez pukania. Moi rodzice by do mnie wcześniej zadzwonili. Mój najlepszy przyjaciel siedzi obok.
Tak naprawdę w moim życiu nie jest obecny nikt, komu zależałoby na mnie na tyle, by przyjechać aż tutaj.
Mam ścisłe grono przyjaciół i mało komu ufam. Urok Rose Hill polega na tym, że paparazzi nie chcą krążyć przez cały dzień po okolicy wnadziei, że może uda im się zrobić zdjęcie komuś sławnemu.
– Nie wiem. – Wzruszam ramionami i West robi to samo, wybałuszając oczy jak sowa.
Znów rozbrzmiewa pukanie.
– Słyszę, że tam szepczecie! – woła zza drewnianych drzwi dziewczęcy głos, którego nie rozpoznaję.
Najpierw myślę o Rosie, ale ta osoba brzmi za młodo, by mogła być nią. Wzdychając ciężko, podchodzę do drzwi i otwieram je z rozmachem.
Przede mną stoi dziewczynka. Ubrana jest w czarne podarte jeansy. Czarne trampki marki Converse. Za dużą koszulkę z koncertu z 1979 roku zespołu Death From Above – jednego z moich ulubionych. Dostrzegam w niej kilka dziur umiejscowionych tak, że wyglądają, jakby zostały zrobione specjalnie. Kruczoczarne włosy dziewczyny zapleciono w dwa warkocze opadające na ramiona, a całość dopełnia prosta grzywka przecinająca jej czoło na pół. Do tego nieznajoma ma bardzo niewzruszony wyraz twarzy. W dłoni, za górny uchwyt, trzyma plecak firmy JanSport.
Nie wiem, ile ma lat, ale jest młoda. Wygląda, jakby była w tym niezręcznym wieku, kiedy wszystko jest strasznie zagmatwane, tuż przed wejściem w prawdziwą nastoletniość – oceniam to po jej posępnym spojrzeniu oraz sporym pryszczu na brodzie. Krzyżuje ramiona na piersi i powoli mierzy mnie wzrokiem, od stóp do głów i z powrotem.
– Kim ty jesteś? – Nie chcę brzmieć jak kutas, gdy to mówię, bo przecież ona jest tylko dzieckiem.
Dziewczynka zaciska usta i mruga raz, powoli.
– Twoją córką, ty fiucie.
Teraz to ja mrugam powoli. Słyszę, jak fotel, w którym siedzi West, przesuwa się po drewnianej podłodze, a następnie rozbrzmiewają jego ciężkie kroki.
– Słucham? – mówię. Słyszałem jej słowa, lecz nie dotarły one do mojego mózgu.
– Jesteś moim tatą – stwierdza ona i przewraca oczami. – Z biologicznego punktu widzenia.
To nie może być prawda. To jest niemożliwe. Samo to stwierdzenie sprawia, że od razu przechodzę w tryb defensywy. To jest śmiechu warte.
Wystarczył jeden głupi artykuł w „Forbesie” na temat stanu mojego konta bankowego, by nagle powychodziły karaluchy. Zbyt dobrze znam tę historię. Prawie mi żal tej dziewczyny. Jest za młoda, żeby za tym stać. Ktoś musiał kazać jej to zrobić.
– Posłuchaj, nawet nie wiem, jak masz na imię, i może nie jestem pewien co do tego, czego ode mnie chcesz, ale mogę z łatwością zgadnąć. I najwyraźniej ty też mnie nie znasz, skoro myślisz, że to na mnie podziała.
– Nazywam się Cora Holland. A ty jesteś Ford Grant Junior, mój biologiczny ojciec.
– Uff, następnym razem lepiej daruj sobie tego Juniora – mamrocze stojący za mną West. – On tego nie znosi.
Nawet nie patrzę na swojego przyjaciela. Nie przestaję wpatrywać się w smarkulę łgającą mi w żywe oczy. Ma niezły tupet. To mogę jej przyznać.
– To niemożliwe. Nigdy nie przeleciałem Morticii Addams.
Dziewczyna przechyla głowę i znowu przewraca oczami. Praktycznie nie reaguje na zaczepkę.
– Bardzo oryginalne, kolesiu z bogatego domu. Nigdy wcześniej nie słyszałam tego żartu. – Młoda zaczyna grzebać w plecaku. Oczywiście, też jest czarny. Zamaszystym gestem wyjmuje z niego kartkę papieru opatrzoną logiem, które od razu rozpoznaję.
Należy ono do firmy, której oddałem próbkę DNA, żeby móc dokończyć drzewo genealogiczne w ramach prezentu dla mamy.
– Może za to spuściłeś się w papierowy kubeczek jednorazowy? – dodaje ona. – Płytkę Petriego? Sterylną fiolkę? Czy przeleciałeś kiedyś za kilka dolców którąś z tych rzeczy?
Czuję, jak cała krew wędruje do moich stóp. Skręca mnie w żołądku i zaczyna wirować mi w głowie.
Ponieważ, w rzeczy samej, zrobiłem to.
West klepie mnie po ramieniu i ściska je mocno, wymijając mnie, po czym przystaje w drzwiach i mówi:
– No, w takim razie chyba widzimy się na kręglach.
Wtedy zostaję w tym zapuszczonym budynku.
Sam.
Wpatrując się w dziewczynkę, która faktycznie może być moim biologicznym dzieckiem. I czując się jak najgorzej przygotowany tata świata.
Rosie
Uśmiecham się do wszystkich zebranych w sali konferencyjnej.
Do mojego szefa.
Do szefa mojego szefa.
Do szefa szefa mojego szefa.
Tak bardzo chciałam świetnieprzedstawić tę prezentację. I chyba mi się to udało. Nie, ja wiem, że mi się to udało. Choć puste spojrzenia i obojętne kiwanie głowami raczej na to nie wskazują. Co prawda, nie spodziewałam się owacji na stojąco, ale byłoby miło, gdyby kilka osób mi chociaż pogratulowało.
Zamiast tego jest właściwie niezręcznie.
– I, cóż… – Wycieram dłonie w spódnicę ołówkową, co jest oznaką tego, jak bardzo zdenerwowana jestem. – Właśnie to myślę na temat omawianego zakupu na podstawie tego, co udało mi się ustalić.
Jedyne, co wciąż widzę, to te cholernie puste spojrzenia.
– Więc, eee, dziękuję za przyjście na moją prezentację. – Śmieję się ze swojego żartu, jednakże brzmi to tak piskliwie i desperacko, że ogarnia mnie zażenowanie.
Zerkam na Faye, moją ulubioną członkinię zespołu administracyjnego, która spisuje protokół posiedzenia. Zaciska usta, żeby powstrzymać śmiech i dyskretnie unosi kciuk w górę.
Przynajmniej Stan, prezes spółki oraz mój szef, współczuje mi na tyle, by zaśmiać się cicho. Chociaż on zawsze śmieje się niemal z każdego mojego słowa. Potem oblizuje się, patrząc na moje cycki.
Posyłam więc wszystkim ostatni szybki uśmiech, podnoszę leżący przede mną stos papierów i prędko wracam na swoje miejsce przy stole. Kiedy czuję na plecach przyjemny nacisk twardego oparcia krzesła, wzdycham, rozluźniając się.
Gdy ktoś z księgowości zaczyna swoją prezentację, Stan nachyla się do mnie, prawdopodobnie po to, by zacząć uskarżać się na koszty związane z zakupem kolejnej żwirowni, zupełnie ignorując fakt, że dzięki temu firma zarobi więcej.
– Świetnie ci poszło. Bardzo mądra z ciebie dziewczynka.
Zaciskam usta, starając się nie skrzywić. Słysząc słowa „bardzo mądra z ciebie dziewczynka”, prawie zwracam zawartość całego żołądka na jego drogie, beżowe, eleganckie spodnie. Jednak przełykam ślinę i wykrzywiam usta w niezręcznym uśmiechu, jakby schlebiała mi ta jego protekcjonalność.
– Dziękuję, Stan.
Nudne spotkanie ciągnie się dalej i łańcuszek mówiących ludzi oraz arkuszy kalkulacyjnych wyświetlanych przez projektory – to wszystko zlewa się w jedno, podczas gdy ja próbuję przekonać samą siebie, że kiedyś w końcu pokocham tę pracę. Zaciągnęłam zbyt dużo pożyczek studenckich, by pozwolić sobie na inny sposób myślenia.
To jest najlepsza praca na świecie!
Powtarzam to w myślach, próbując skupić się na sporej wypłacie, jaką dostanę. Jak dorosła się poczuję, kiedy już spłacę długi. Jestem jedyną osobą w swojej rodzinie, która uzyskała takie wykształcenie. Pracuję w mieście w jednym z pięciuset największych przedsiębiorstw zajmującym się wytwarzaniem materiałów budowalnych.
Moje życie to bajka.
Wkrótce spotkanie się kończy i większość ludzi szybko opuszcza salę konferencyjną – Faye przed odejściem szepcze mi do ucha: „Byłaś świetna” – ale ja zostaję. Wciąż jestem najnowszym pracownikiem uczęszczającym na spotkania projektowe, a więc to ja muszę posprzątać po wszystkich. Kiedy zbieram rzeczy, Stan, który nadal nie wstał od stołu, przywołuje mnie do siebie gestem.
– Potrzebuję cię na chwilę, Rosie.
– Rosalie – poprawiam go, ponieważ on nie zna mnie na tyle dobrze, by mówić na mnie Rosie.
Stan po prostu się śmieje, jakby to, że go poprawiłam, było zabawne.
Stan jest najlepszym szefem!
Jeśli będę powtarzała to w myślach wystarczająco często, to w końcu w to uwierzę.
– Mogłabyś do mnie podejść i pokazać mi na tej mapie, gdzie tak dokładnie znajduje się ten obiekt, o którym mówiłaś? – prosi mnie. – Ten, który znajduje się tuż przy naszej obecnej żwirowni.
– Naturalnie.
Kiedy staję obok niego, na ekranie laptopa dostrzegam mapę satelitarną, z widokiem oddalonym najbardziej jak się da, jakby nawet nie wiedział, gdzie znajduje się Ameryka Północna.
– Mogę? – pytam, wskazując jego myszkę. On kiwa głową i podnosi ręce, opadając na oparcie krzesła, ale się nie odsuwa.
Postanawiam się nad tym nie zastanawiać i pochylam się, by najechać na odpowiednią część mapy. Klikam kilka razy myszką i przybliżam obraz, aż wreszcie pojawia się nieruchomość, o której mówiłam.
– O tutaj. – Wskazuję ją i w tym samym momencie czuję dłoń na górnej części tyłka.
Jego dłoń.
Zamieram, zszokowana dotykiem oraz tupetem tego mężczyzny. Jeszcze w tej chwili mógłby stwierdzić, że położył dłoń na mojej kości ogonowej albo powiedzieć coś równie niedorzecznego, ale wtedy on przesuwa swoją dużą, mięsistą dłoń po moim tyłku. Przeciąga palcami po samym środku i już ma je wsunąć w zagłębienie między nimi, lecz ja odwracam się gwałtownie i odtrącam jego dłoń.
A ten facet ma czelność spojrzeć na mnie szeroko otwartymi oczami, jakby był niewinnym chłopcem. Wkurza mnie to.
On mnie wkurza.
Przemieniam się z przyjacielskiej Rosie w „Zaraz Cię Kurwa Zabiję” Rosie. Bo przecież jedyna siostra faceta pokroju Westona Belmonta nie mogłaby po wejściu w dorosłość tak po prostu stracić całej waleczności.
Prostuję się i surowym, chłodnym tonem mówię:
– Stan, gdybym chciała, żebyś mnie dotknął, to bym ci o tym powiedziała.
– Rosie…
– Ale teraz będę musiała powiedzieć o tym zajściu ludziom z HR-u. Jesteś świnią.
Mój szef wygląda na zszokowanego moimi słowami i tym, jak szybko zgarniam swoje rzeczy i pędzę w kierunku drzwi.
Można by pomyśleć, że mnie przeprosi, zacznie błagać o litość, lecz zamiast tego mówi:
– HR skończył już na dzisiaj pracę. Będziesz musiała poczekać z tym do jutra.
***
– Wyglądasz na zmęczonego.
Ryan wytacza się z naszej sypialni i posyła mi uśmiech, jakby był zjarany. Czekam na pojawienie się motyli w brzuchu, ale nic z tego.
– Bo jestem – odpowiada, kierując się prosto do dzbanka z kawą.
Nie wiem, gdzie spędził poprzednią noc. Wróciłam do pustego mieszkania po tym, jak do późnej nocy siedziałam biurze, zadręczając się i kończąc pracę. Ludzie z działu HR naprawdę poszli już do domów – wiem to, ponieważ wielokrotnie przechodziłam obok ich pokoju, co tylko zwiększało mój niepokój.
Po powrocie do domu otworzyłam butelkę czerwonego wina i pijąc je, patrzyłam na miasto rozpościerające się za oknem. Pod czarnym, zachmurzonym niebem oraz niekończącą się mżawką Zachodniego Wybrzeża samochody przecinały mokre ulice śródmieścia Vancouver, wydając przy tym cichy, niemal kojący świst. Później zjadłam na kolację miskę popcornu i zaczęłam rozmyślać nad swoim życiem.
Większość dziewczyn chciałaby wiedzieć, gdzie są ich partnerzy. Pewnie wydzwaniałyby do nich w nieskończoność, żądając informacji na temat tego, gdzie i z kim są. Ale ja nie miałam na nic takiego ochoty.
Lubię Ryana. I zawsze go lubiłam. Już od dnia, kiedy to na pierwszych zajęciach z finansów na magisterce usiadł od niechcenia obok mnie i posłał mi ten typowy dla siebie krzywy, chłopięcy uśmiech. Wszystko w naszej relacji było łatwe. Najpierw byliśmy przyjaciółmi i kumplami od nauki, współlokatorami, a później… Staliśmy się kimś więcej.
I po prostu z nim zostałam.
Czasami zastanawiam się, czy nie było nam zbyt łatwo. W tym, jak przemieniliśmy się ze współlokatorów w partnerów, było coś prostego i oczywistego. A teraz mam wrażenie, jakbyśmy wrócili do bycia współlokatorami i myślę o tym, co się zmieniło i jakim cudem nie zauważyłam, że to się dzieje. Zastanawiam się, czy słodki, niezawodny Ryan też to zauważył, czy może to ja stanowię problem.
Zastanawiam się… Czy ktoś, kto się odkochuje, może to poczuć? Czy po prostu budzi się pewnego dnia i nagle zdaje sobie z tego sprawę?
– Co porabiałeś? – pytam. – Nawet nie słyszałam, jak wróciłeś.
Ryan wyciąga drugi stołek spod wyspy w naszym wymuskanym trzypokojowym mieszkaniu.
– No. Wróciłem dopiero jakoś o trzeciej i spałaś wtedy jak zabita. Kilka grubych ryb z centrali zabrało mnie i chłopaków na piwo po pracy i wyjście trochę się przedłużyło.
Ryan śmieje się pogodnie i mierzwi moje włosy. Czasami uważam to za słodki gest. Ale po tym, co przytrafiło mi się wczoraj, wydaje mi się to… protekcjonalne.
Posyłam mu wymuszony uśmiech i wygładzam włosy. Ryan to dobry facet. Ciągle sobie o tym przypominam, szczególnie podczas takich drobnostek. Czuję wyrzuty sumienia z powodu tego, że te małe rzeczy tak mnie irytują i to uczucie tylko się pogłębia, gdy myślę o tym, co może ono oznaczać.
Jest niczym golden retriever. Radosny, wyluzowany i stale beztroski. Czasami, kiedy niechcący mnie obślini albo zostawi sierść na mojej czarnej koszulce, niczym jakiś duży, szczęśliwy idiota, chcę na niego warknąć. Ale on nie ma złych zamiarów, więc tego nie robię.
Ignoruję to, ponieważ w naszym życiu dzieje się teraz cholernie dużo. W tej chwili nie mogę się o to martwić. Ryan ma wszystko, czego powinnam chcieć i nie chcę zrezygnować z wieloletniego związku z miłym facetem wyłącznie dlatego, że jestem przepracowana i spięta.
To wydaje się zbyt impulsywne. Przecież to może być tylko przelotna myśl. Później mogłabym tego pożałować. W rodzinie zawsze byłam tym odpowiedzialnym dzieckiem. Nie robię niczego bez wcześniejszego przemyślenia tego.
– Brzmi fajnie – dodaję bez emocji. Ponieważ nocny wypad na miasto grupki facetów z przemysłu naftowego nie brzmi ciekawiej od nocnego wypadu na miasto grupki facetów z przemysłu budowlanego.
Obie sytuacje brzmią, jakby stwarzały świetną okazję do łapania za tyłek.
Na moich policzkach pojawia się rumieniec, kiedy przypomina mi się to, jak Stan przesuwał dłonią po moim ciele. Zawsze myślałam, że umiałabym zignorować coś takiego. W kolejach SkyTrain, którymi jeżdżę do pracy, ludzie ciągle na mnie wpadają. Ale w tym przypadku chodzi o zamiar – o to, jaką trasę obrała jego dłoń.
To wydawało się złe. I przez długi czas myślałam o tym, nie mogąc zasnąć. Ponieważ zdałam sobie sprawę z tego, że kiedy wbił palce w moje ciało, usłyszałam jego głośny, zachrypnięty wdech.
Właśnie ten wdech zmotywował mnie do działania.
To ten dźwięk rozgrywa się w mojej głowie ciągle na nowo. To on przyprawia mnie o dreszcze. Przez niego mam ochotę już nigdy nie pokazywać się w pracy. To nie powinno mnie aż tak dręczyć, a jednak tak jest. Nie mam pojęcia, komu ufam na tyle, by podzielić się z nim tym, co mi się przydarzyło. Mogłabym powiedzieć o tym Westowi, ale wiem, jak on by zareagował, a nie chcę, żeby poszedł do więzienia.
Więc stawiam na Ryana. Słodkiego, kochanego, niezawodnego Ryana.
– Chciałabym usłyszeć twoją opinię na pewien temat.
Mój chłopak przerywa przewijanie czegoś w telefonie, by spojrzeć na mnie z dodającym otuchy uśmiechem.
– Tak, kochanie. Jasne.
– Wczoraj, pod koniec tego dużego spotkania, na które się przygotowywałam… Wiesz, o które chodzi?
Chociaż nie odrywa wzroku od ekranu, to kiwa głową.
– Tak, oczywiście, że tak. Przez cały tydzień chodziłaś po domu, mamrocząc pod nosem słowa tej prezentacji. Na pewno świetnie ci poszło.
– Właśnie. Tak. Dokładnie o tę prezentację chodzi. I poszło mi dobrze. Ale, no… – Wykręcam sobie palce na kolanach, zapominając o kubku z herbatą stojącym przede mną na blacie. Skupiam całą swoją uwagę na Ryanie, próbując zebrać się na odwagę, żeby to z siebie wyrzucić, podczas gdy on ogląda filmik przedstawiający szopa pracza kąpiącego się w wannie. – Pod koniec tego spotkania pokazywałam coś swojemu szefowi, Stanowi. I wtedy on mnie dotknął. Cóż, tak właściwie, to złapał mnie za tyłek.
Czuję ucisk w gardle, kiedy Ryan szybko podnosi głowę i spogląda na mnie.
– O kurde – mówi i w jego głosie słyszę nutę rozbawienia. Jakby to jakimś cudem było zabawne.
– No. O kurde.
Słysząc napięcie w moim głosie, Ryan prostuje się i wreszcie wygląda na zmartwionego.
– Myślisz, że on chciał to zrobić? Wiesz, czy na pewno zrobił to specjalnie?
Czuję szczypanie w nosie, ponieważ to jest pierwsza rzecz, o którą pyta.
– Tak, z pewnością zrobił to specjalnie.
– Kurde. Dobrze się czujesz? – Odkłada telefon i wreszcie w pełni skupia się na mnie, a mnie, o dziwo, to się nie podoba. Wydawało mi się, że pragnęłam jego uwagi, lecz w tej chwili, gdy na mnie patrzy, czuję zakłopotanie. Jednak łatwiej mi było o tym mówić, kiedy wpatrywał się w telefon.
Kiwam szybko i zdecydowanie głową, by ukryć to, że nie wiem, czy tak naprawdę czuję się dobrze.
– Powiedziałam mu, że poinformuję o tym HR, ale ten dział skończył już pracę na ten dzień. Więc teraz tak jakby przygotowuję się psychicznie, żeby do nich pójść i ich poinformować.
Ryan robi głośny wydech i zmienia nieco pozycję na stołku, kładąc dłoń na mojej nodze, po czym mówi najgorszą rzecz, jaką kiedykolwiek od niego usłyszałam:
– Kurde, Rosie. Tak mi przykro. Wiem, jak ważna jest dla ciebie ta praca. Nie sądzisz, że lepiej byłoby udawać, że to się nigdy nie wydarzyło? Te duże firmy – palcami przesuwa po moim udzie, a następnie je ściska i odruchowo się wzdrygam – zawsze robią wszystko, by uniknąć skandalu. A dla ciebie jest to całkiem nowa posada… Bardzo bym nie chciał, żebyś ją straciła.
Milczę, kompletnie zaskoczona. Mrugając, wpatruję się w mężczyznę, z którym żyłam przez ostatnie dwa lata, czując mieszankę wściekłości i załamania.
Moje usta poruszają się i moje ciało także, ale nie w zgodzie z tym, co czuję w środku.
– Tak. Jasne. Nie chciałabym narazić swojej kariery.
Kiwając głową, klepię jego dłoń, która nadal znajduje się na mojej nodze. Nie jestem pewna, kto tu kogo pociesza.
Wiem tylko tyle, że rzeczywista reakcja Ryana w niczym nie odpowiada tej, jakiej od niego oczekiwałam.
Właśnie dlatego chwytam go za dłoń i zdejmuję ją ze swojego ciała.
– Cieszę się, że się ze mną zgadzasz. Na twoim miejscu chyba po prostu dalej bym pracował jak gdyby nigdy nic.
Na twoim miejscu.
– Mm-hmm – wyduszam z siebie, odsuwając się od niego.
– Wiem, kochanie. Wiem. – Próbuje ścisnąć moje ramię, by mnie uspokoić i znów ogarnia mnie niepokój. Nie chcę być dotykana. – Kiedy już będziesz pracowała w tej branży tak długo, jak ja, to nauczysz się, że jeśli chcesz odnieść sukces, to na niektóre rzeczy musisz przymknąć oko.
W odpowiedzi prycham i zapamiętuję, że w przyszłości powinnam nie przejmować się napastowaniem seksualnym. Ta opinia wydaje mi się wyjątkowo obrzydliwa, ponieważ pochodzi ona od kogoś, kto przez całą noc jadł i pił z wielkimi szychami ze swojej firmy. Ryan miał dobre chęci i próbował okazać mi w ten sposób wsparcie, ale ja chcę uderzyć go prosto w twarz za to, co powiedział.
Jednak słodka, profesjonalna, mająca magistra z zarządzania Rosie Belmont nie jest agresywna, więc odsuwam tę myśl i mamroczę:
– Dzięki. – Po czym odchodzę.
Różnica w naszych doświadczeniach rozdziera moje serce, jednak w tej chwili nie chcę wyżywać się na Ryanie. Nie mogę pozwolić sobie na lekkomyślność.
Ale on nawet nie wygląda na zmartwionego i ten fakt jest bardzo bolesny.
Nie chciałam, żeby ktokolwiek poszedł do mojej firmy i pobił Stana, lecz skłamałabym, gdybym powiedziała, że by mi się to nie spodobało. Może i byłoby miło poczuć, że mężczyzna, z którym dzielę życie, mnie wspiera. Że broniłby mojego honoru – nawet jeśli brzmi to słabo i staromodnie. Wystarczyłaby mi choćby najdrobniejsza iskra dzikiej troski o moje bezpieczeństwo, poczucia niesprawiedliwości.
Cholera, zwykły uścisk byłby wystarczający.
Ale nie dostałam żadnej z tych rzeczy.
Kiedy później tego ranka zbieram się do wyjścia, Ryan pokazuje mi kciuki w górę i zza szklanych drzwi prysznica mówi:
– Bierz ich, tygrysie.
W pociągu, przez całą drogę do pracy, jest mi niedobrze.
A gdy wjeżdżam windą na nasze piętro, zaczynam się trząść.
Wbijam wzrok w podłogę, wiedząc, że jeśli uda mi się dotrzeć do swojego maleńkiego biura, zdołam dojść do siebie za zamkniętymi drzwiami.
Jednakże na drodze staje mi Linda z HR-u. Patrzy na mnie przepraszająco, jeszcze zanim jakiekolwiek słowa wychodzą z jej ust.
– Dzień dobry, Rosalie. Przyjdziesz do mnie po odłożeniu swoich rzeczy?
– Tak, oczywiście. – Głos mi się załamuje i kiwam głową.
Posyłamy sobie nawzajem identyczne wymuszone uśmiechy, a kiedy odwracam się plecami do niej, po policzku spływa mi duża, słona łza. Ponieważ świetnie wiem, co się teraz wydarzy.
Ford
Ostatnią godzinę spędziłem razem z Corą na schodach prowadzących do podupadłej stodoły, przeglądając wyniki naszych badań DNA pod kątem pokrewieństwa. Podczas gdy ja przeszukiwałem internet, by znaleźć rzetelną ocenę dokładności takiego testu, ona siedziała obok mnie, czekając w ciszy. A gdy wpisałem to samo zapytanie po raz drugi, tylko sformułowane inaczej, przewróciła oczami.
Na swoją obronę powiem, że pytanie: „Jak trafne są wyniki badań DNA na pokrewieństwo?” może wygenerować inne odpowiedzi niż: „Czy wyniki badań DNA na pokrewieństwo są kiedykolwiek błędne?”.
– Więc jesteś całkiem pewna, że jestem twoim biologicznym tatą? – To pytanie brzmi głupio nawet dla moich uszu, ale mam problem z przetrawieniem tych wieści.
– Jestem całkiem pewna. – Cora bawi się swoimi sznurówkami, zwracając moją uwagę na rysunki, które nabazgrała czarnym flamastrem na białych czubkach butów. Ja też kiedyś robiłem coś takiego. – Dopiero niedawno dowiedziałam się, że moi rodzice skorzystali z dawcy nasienia. To jest dowód na to, że byłeś nim ty.
Czy powinienem ją przytulić albo coś w tym stylu? To chyba byłoby dość dziwne, ponieważ w ogóle się nie znamy. Postanawiam więc dowiedzieć się czegoś więcej.
– Czy jesteś… Czy masz… – Przeczesuję włosy dłonią, z frustracją szukając słów. – Masz dom?
W odpowiedzi Cora wzdycha tak dramatycznie, z taką irytacją, że czuję, jak drgają mi usta. Przypomina mi teraz moją siostrę, Willę.
– Więc przyszłaś tu i mnie znalazłaś…
– Tak. I cię znalazłam. Pojawiasz się w wiadomościach z powodu tej nowej firmy od produkcji muzycznej i całej reszty. Dzieciaki w tych czasach są całkiem dobre w odgrzebywaniu informacji w sieci.
– Ja po prostu… Przepraszam. Mam problem z przetworzeniem tej informacji. Nie spodziewałem się, cóż, ciebie.
Dziewczynka przesuwa paznokciami ozdobionymi czarnym, odpryśniętym lakierem po gumowych noskach swoich butów.
– Oddałeś swoją spermę. Czego się spodziewałeś?
– Że wyjdę stamtąd z bardzo potrzebną stówą w kieszeni.
Zapada niezręczna cisza i zaczyna mnie ogarniać poczucie winy. Muszę zapanować nad swoją postawą, ponieważ nie chcę być takim fiutem w stosunku do dziecka.
– Miałem wtedy dziewiętnaście lat. Nie wybiegałem myślami aż tak daleko. Nigdy nie wyobrażałem sobie, że gdzieś na świecie będzie z tego jakieś dziecko.
Cora prycha.
– Zapomniałeś o tym, że oddałeś spermę?
Wzruszam ramionami, wspierając się łokciami na kolanach.
– Tak jakby. – Spoglądam szybko na nią. – Przepraszam.
Ona znów przewraca oczami, lecz kącik jej ust unosi się na ułamek sekundy.
– Nie ma sprawy. Myślałam, że byłeś burżujem, czy coś w tym stylu. Twój tata jest znaną gwiazdą rocka. Czemu musiałeś kombinować, by zdobyć sto dolców?
Śmieję się i spuszczam głowę.
– Strasznie chciałem zobaczyć Rage Against the Machine. Reaktywowali zespół na jedną ostatnią trasę koncertową. Ale mój tata, choć jest bogaty i znany, nie fundował niczego mi ani mojej siostrze. Bardzo zależało mu na tym, żeby dać nam lekcję życia i uniknąć stworzenia generacji bogatych dzieciaków, które niczego nie szanują. Więc po pójściu na uniwersytet nie miałem pieniędzy. Czesne było opłacane, jednak wynajem i jedzenie musiałem ogarniać sam, dlatego zacząłem pracę w barze. – Kręcę głową, przypominając sobie tamtą rozmowę ze swoim tatą. – Nie chciał dać mi stówy na bilety. Według niego ci, co ciężko pracują, skupiają się na opłacaniu potrzebnych rzeczy i czasami muszą rezygnować z przyjemności.
Usta Cory drgają i dziewczyna odwraca wzrok.
– Wow. To mu pokazałeś.
Nie odpowiadam na te słowa, ponieważ w tej chwili wreszcie dociera do mnie to, że będę musiał powiedzieć o tej dziewczynce swoim rodzicom. Chyba? Nie jestem jeszcze pewien, co ona tutaj robi ani czego chce.
– To prawie tak, jakby Zack de la Rocha odegrał rolę w moim poczęciu i muszę przyznać, że jest to całkiem fajne. Od tamtego czasu rzeczywiście już nie zagrali, więc chyba nikt nie może cię winić za to, co zrobiłeś. To była niezła inwestycja.
Teraz się śmieję, ponieważ jak mógłbym tego nie robić?
– Doceniam twój tok rozumowania w tej sprawie.
Cora posyła mi uśmiech, ale jest w nim smutek. Powiedziała mi, że ma dwanaście lat, ale wygląda, jakby była roztropniejsza od większości nastolatków, już zmęczona życiem w sposób, w jaki żaden dwunastolatek być nie powinien.
Zachrypniętym głosem pytam:
– Okej, uznajmy na chwilę, że jestem twoim biologicznym rodzicem. Co sprowadza cię tutaj, na mój próg?
– Jaki próg? To miejsce to kompletna dziura – mamrocze ponuro i zerkam znad ramienia na stodołę, żeby potwierdzić, że, w rzeczy samej, jest to dziura bez progu.
– Tak właściwie, to ten tutaj budynek jest domem. – Wskazuję na nieruchomość w stylu rzemieślniczym stojącą niedaleko stodoły. Nie jest idealny, lecz blisko mu do tego. Jest zarówno nowy, jak i rustykalny. Ale stodoła? Tak, nad nią trzeba jeszcze popracować.
Jednak wysiłek z pewnością się opłaci. Widok na jezioro, zapach sosny przywiewany przez lekki wiatr. W powietrzu czuć woń wiosny i gdy tylko wszystko się zazieleni, to miejsce będzie naprawdę imponujące.
– Zmarł mój tata.
To jedno zdanie bardzo mnie zaskakuje. Cora nadal bawi się sznurówkami, nie przestając wpatrywać się w dół, lecz ja przyglądam się jej w bezruchu.
– Przykro mi. – Boże, to brzmi tak kurewsko słabo. Temu dzieciakowi umarł tata, a ja przemieniam się w banalną kartkę z kondolencjami wysłaną do dalekiego krewnego.
Ale ona wygląda, jakby miała to gdzieś. Właściwie znowu wzrusza ramionami. Najwyraźniej jest to jej ulubiony gest.
– Chorował przez bardzo długi czas. Miał ALS1, więc, no wiesz, wiedzieliśmy, że to się w końcu wydarzy. Nie zaskoczyło nas to jakoś specjalnie.
Z trudem przełykam ślinę, dając jej mówić, zamiast wtrącać się w historię, której częścią wyraźnie nie jestem.
– Moja mama… – Cora wzdycha i jej cała klatka piersiowa unosi się, a następnie opada wraz z ciężkim wydechem. – Moja mama nie radzi sobie zbyt dobrze bez niego. Już w liceum byli parą, a ja pojawiłam się w ich życiu całkiem późno. Mieli problemy z poczęciem i takie tam. I nie mamy żadnego bliskiego, który mógłby nam pomóc.
W piersi czuję bolesne i uciążliwe napięcie. Mam wrażenie, jakby ktoś nadepnął na mnie wielkim butem i nakładał na mnie coraz więcej i więcej ciężaru. Z trudem zachowuję miarowy oddech, ale Cora tego nie dostrzega.
– Chyba powinna zamieszkać na pewien czas gdzieś, gdzie… uzyska trochę wsparcia. – Teraz jej głowa porusza się na boki. Najwyraźniej ostrożnie dobiera swoje następne słowa. – Pogrzebałam w internecie i jestem całkiem pewna, że wpadła w depresję kliniczną. Taką… bardzo silną. Więc zaczęłam szukać jakichś miejsc, wiesz? Ośrodków, gdzie mogłaby być hospitalizowana. Jest takich kilka w okolicy. Rozmawiałam też o tym z moją pedagog w szkole. Dowiedziałam się, że ponieważ jestem nieletnia, to prawdopodobnie zostałabym odesłana do rodziny zastępczej, gdybym nie znalazła jakiegoś krewnego, który objąłby nade mną pieczę zastępczą. Już i tak zrobiła mi przysługę, nie mówiąc o tym opiece społecznej.
Tym razem to ja spuszczam wzrok i przesuwam palcami po czubkach butów, znajdując sobie jakieś zajęcie. Zastanawiam się, jak teraz wyglądamy, siedząc obok siebie, naśladując swoje ruchy.
– Okazało się, że prawdopodobnie jesteś moim jedynym żyjącym krewnym. Cóż, poza mamą.
Kurwa.
– Nie masz żadnych cioć ani wujków albo dziadków? Kogoś, kogo znałabyś lepiej niż mnie?
Cora pociąga nosem, lecz ja taktownie nie patrzę w jej stronę. Nie znam jej, ale wygląda mi na kogoś, kto nie chciałby, żebym patrzył, jak płacze.
Na jej miejscu ja też bym tego nie chciał. To może być dziedziczne.
– Nie. Rodzice byli jedynakami. A moi dziadkowie nie żyją.
– Okej. – Kiwając głową, wpatruję się w nasze buty. – Okej.
– Co okej?
– Okej, zabierzemy cię do domu. I może porozmawiamy z twoją mamą.
Kątem oka widzę, że odwraca się, żeby wbić we mnie wzrok.
– Tak po prostu?
Prostuję się i opieram o rozklekotane schody znajdujące się za mną. W środku odchodzę od zmysłów. Nie mam cech potrzebnych, by poradzić sobie z takim gównem. Nie wiem nawet, co oznacza piecza zastępcza. Jak to wygląda. Co jest wymagane. Ale skoro tylko ja stoję między tą dziewczynką a spędzeniem czasu w rodzinie zastępczej, to nie mógłbym, kurwa, później ze sobą żyć, gdybym się nie zgodził. W głębi duszy jestem zbyt, cholera, miękki na to wszystko.
– No. Tak po prostu.
Ona ma dwanaście lat. Nie musi martwić się szczegółami. Od tego są dorośli. Moja prawniczka. Moja prawniczka, Belinda, która mnie za to zabije.
Już ją słyszę. Ma głos, jakby wypalała jedną paczkę papierosów dziennie. Pewnie zbeszta mnie za to, że jestem takim strasznym dupkiem, a później za to, że zawsze wybieram najmniej odpowiednie momenty na to, żeby mieć duże, miękkie serce.
Nie myliłaby się, gdyby tak powiedziała.
Potem wstaję, zamykam drzwi wejściowe do tej „dziury”, i ruszam w kierunku swojego mercedesa klasy G.
– Chodź, młoda – wołam, machając ręką znad ramienia. – Chcesz skorzystać z toalety? Zjeść przekąskę? Możemy zajechać gdzieś po burgera. – Muszę się ruszać. Robić coś. Zajść na tyle daleko, żeby przestać się zastanawiać i nie wyszukiwać kolejnych powodów, by tego nie robić.
Ponieważ w głębi serca wiem, że postępuję słusznie. Niezależnie od tego, jak cholernie szalone to się wydaje. Ufam swojemu przeczuciu.
Cora szybko do mnie dołącza. Siada na miejscu pasażera i zaraz czuję na sobie jej wzrok. Pewnie jest skonsternowana tym, jakim cudem przeszedłem od porównywania jej do Wednesday Addams do tego, co, do cholery, robię teraz.
– Zawsze mam ochotę na burgera.
Klepiąc się po kieszeniach w poszukiwaniu portfela, pytam:
– Jesteś wystarczająco wysoka, żeby siedzieć z przodu?
– Mam dwanaście lat.
Wzdychając, naciskam przycisk włączający silnik i jego szum wypełnia ciche wnętrze mojego SUV-a.
– Mam wrażenie, że w tych czasach dzieciaki jeżdżą w fotelikach do czasu, kiedy osiągają pełnoletność, więc pytam tak dla bezpieczeństwa.
Cora prycha i zapina pasy, a ja przyłapuję się na wpatrywaniu się w jej profil, próbując odnaleźć w niej części siebie. Z pewnością odziedziczyła po mnie tendencję do rzucania złośliwymi komentarzami. Potencjalnie także świetny gust muzyczny. Czarne sznurówki. A może nawet grube brwi, przez które wiecznie wygląda, jakby była niezadowolona.
W ciszy wyruszamy spod mojego domu i dopiero gdy docieramy na koniec długiego podjazdu otoczonego z obu stron drzewami, zdaję sobie sprawę z tego, że nie wiem, dokąd jadę.
– Chwila. Gdzie ty mieszkasz?
Cora spogląda w dół, próbując ukryć grymas.
– W Calgary.
– To… To ponad trzy godziny jazdy stąd.
Dziewczynka przygryza wewnętrzną stronę policzka, po czym spogląda na mnie.
– No. Sorka.
– Jak ty tu dotarłaś? – Kierunkowskaz w samochodzie jest włączony, ale jeszcze nie skręciłem.
– Autobusem. Zatrzymywał się dość często, więc jechałam całą noc.
– Twoja mama pozwoliła ci przyjechać tu nocnym autobusem?
Cora odwraca wzrok i wygląda za okno.
– Chyba spała, kiedy wychodziłam i pewnie nadal nie wstała.
Jakiś czas później zajeżdżamy pod najzwyczajniejszy w świecie dwupiętrowy dom z przylegającym garażem znajdujący się na ulicy z identycznymi budynkami. Kawałek dalej przy tej samej ulicy mieści się szkoła, a w pobliżu na poboczu stoi bramka do gry w hokeja na trawie. Na niej leżą kije i rękawice, jakby dzieciaki zostały wezwane na obiad w połowie rozgrywki.
Ta okolica wygląda zupełnie normalnie. Na podjazdach panuje porządek, a samochody są przeciętne.
Jedynym, co wygląda inaczej w domu Cory, jest trawnik. Jest skoszony tak jak reszta, ale linie nie są do końca proste. Cały dom wygląda na nieco bardziej zaniedbany od tych stojących obok. Jest środek dnia, więc zaciągnięte do połowy zasłony sprawiają, że wygląda on na niemal opuszczony, jakby mieszkający w nim ludzie byli na wakacjach.
Jednak tak nie jest.
Cora wyskakuje z pojazdu i zamyka za sobą drzwi mocniej, niż jest to konieczne, a następnie pewnym krokiem podchodzi do drzwi wejściowych. Ja idę za nią, rozglądając się dookoła, by sprawdzić, czy ktokolwiek nas obserwuje. To wydaje mi się tak nieprawdopodobne, że zjawiłem się tutaj z dzieciakiem, o którego istnieniu nie miałem pojęcia, w domu, którego nigdy wcześniej nie odwiedzałem i teraz mam spotkać się z kobietą, która… Skorzystała z mojego nasienia?
Podchodząc do drzwi wejściowych, przeciągam dłonią po kilkudniowym zaroście.
– Przepraszam za bałagan – mamrocze Cora, wystukując ciąg cyfr na panelu przy zamku i wchodząc do środka.
Nie żartowała. Zatrzymuję się zaraz za progiem i przyglądam się otwartej przestrzeni znajdującej się przede mną. Fakt, moje biuro jest dziurą, ale ten dom przypomina ciemną, zatęchłą jaskinię. Telewizor jest włączony i ustawiony na jakąś stację z wiadomościami, na tyle głośno, że słyszę głos prowadzącego, podczas gdy na dole przesuwa się pasek z dodatkowymi informacjami. W kuchni przydałoby się posprzątać. Na zagraconym blacie stoi pudełko po pizzy, a obok niego karton mleka. W zlewie piętrzy się sterta brudnych naczyń.
Nie śmierdzi tu zepsuciem i pleśnią – jeszcze – lecz nikt z pewnością od dawna nie wietrzył tego pokoju.
– Rozgość się – mówi Cora. – Ja pójdę po mamę. – Po tych słowach, nawet nie zdejmując butów, znika za rogiem, a następnie słyszę, jak wchodzi po schodach.
Ja nadal stoję niezręcznie tuż przy drzwiach. Nie wiem, co mógłbym zrobić, by poczuć się tu jak w domu. Normalnie zacząłbym sprzątać i otworzył okna, ale w tym wypadku byłoby to nie na miejscu.
To zabawne. Bycie najseksowniejszym miliarderem świata nie przygotowuje na coś takiego. Ten tytuł od początku był głupi, a teraz wreszcie mam na to dowód. Cora nie powiedziała mi zbyt dużo, kiedy tu jechaliśmy. Za każdym razem, gdy pytałem ją o mamę, ona odwracała się i wbijała wzrok w okno, a następnie mamrotała pod nosem jakąś odpowiedź, jak najmniej wchodząc w szczegóły. Wyczuwam, że chce chronić swoją mamę, broni jej na swój sposób. Unikając rozmowy.
Rozpoznaję tę taktykę, ponieważ sam tak robię. Jednakże tym razem znalazłem się przez to w sytuacji, która może rozegrać się na wiele różnych sposobów. Mogłaby, na przykład, wybuchnąć niezła awantura.
Wyjmuję telefon, by sprawdzić godzinę. Odczekuję jeszcze dziesięć minut, zanim znów spojrzę w telefon.
I po tym słyszę szepty oraz kroki, i zanim się obejrzę, stoję przed kobietą wyglądającą, jakby była pod sześćdziesiątkę – z pewnością nie jest znacznie młodsza od mojej matki. Na tym kończą się podobieństwa między nimi. Cora wydała mi się zmęczona, ale ta kobieta wygląda na zniszczoną.
Podchodzi do mnie z otępiałym wyrazem twarzy i z wymuszonym uśmiechem wyciąga do mnie niemal bezwładną dłoń.
– Cześć, jestem Marilyn.
– Cześć, Marilyn. Ford – odpowiadam łagodnym głosem, przyglądając się workowatym ubraniom, potarganym włosom oraz wgłębieniom na skórze jej policzka – prawdopodobnie coś odcisnęło się tam, gdy leżała. Dopiero co spojrzałem w telefon, więc wiem, że nie ma jeszcze nawet drugiej po południu, i zazwyczaj nie śpi się o tej godzinie we wtorek.
Teraz, jak tak o tym myślę, to Cora powinna być w szkole.
– Miło cię poznać – dodaję, odsuwając się od kobiety.
Ona kiwa głową i posyła mi kolejny uśmiech. Tym razem w jej oczach widzę łzy. A gdy odzywa się drżącym głosem, po jej policzku spływa kropla. I oto mówi:
– Cora powiedziała mi, że jesteś tu, by nam pomóc.
Wystarczy jedno spojrzenie na Corę, która wygląda, jakby zamierzała zrobić wszystko, by ochronić swoją matkę, ściskając jej bezwładną dłoń, bym wiedział, że już nie ma odwrotu. W tym wieku powinienem być ostrożniejszy. Ale najwyraźniej jeszcze niczego się nie nauczyłem, ponieważ jestem w to w pełni zaangażowany i nie zdołam odejść.
– Tak, Marilyn. Chciałbym pomóc w każdy możliwy sposób.
1 Stwardnienie zanikowe boczne (przyp. red.).