Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Siedemnastoletnia Cecylia jest beztroską inteligentną nastolatką, kierującą się w życiu zasadą przyjemności. Lubi manipulować ludźmi i potrafi robić to tak, aby wszystko szło po jej myśli. Podczas wakacji, które spędza z ojcem i jego aktualną partnerką, z nudów i ciekawości knuje intrygę, posuwa się jednak za daleko i w pewnej chwili przestaje panować nad wydarzeniami...
Książka zrobiła oszołamiającą karierę na całym świecie, a Françoise Sagan stała się najpopularniejszą autorką francuską drugiej połowy XX wieku.
[Opis]
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna w Dzielnicy Żoliborz miasta stołecznego Warszawy
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Kole
Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej w Koninie
Biblioteka Miejsko-Powiatowa w Kwidzynie
Miejska Biblioteka Publiczna w Łomży
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna im. Marii Fihel w Miechowie (4)
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu (3)
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim (3)
Biblioteka Publiczna w Stęszewie (4)
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie
Biblioteka Publiczna w Dzielnicy Wola m.st. Warszawy
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 126
Rok wydania: 1990
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Françoise SAGAN
WITAJ
SMUTKU
Przełożyły Anna Gostyńska i Jadwiga Olędzka
Tytuł oryginału
Bonjour Tristesse
Opracowanie graficzne
Anny Wunderlich
Redaktor
Zofia Uhrynowska
Redaktor techniczny
Józef Grabowski
Korektor
Jolanta Spodar
ISBN 83-207-1307-2
© Editions Juillard, 1954
For the Polish edition copyright by Państwowe Wydawnictwo ..Iskry”, Warszawa, 1957
Żegnaj mi smutku
Dzień dobry smutku
To ty wpisany w kwadrat sufitu
To ty wpisany w najdroższe oczy
Nie jesteś niedolą jedynie
Jeżeli cię wargi zgnębionych
Głoszą uśmiechem
Dzień dobry smutku
Kochanku ciał powabnych
Dominanto miłości
Której urok urasta
Jak bezcielesny potwór
Głowo z nadziei wyzuta
Smutku o pięknej twarzy.
P. ELUARD (La vie immediate)
Przełożyła Joanna Kulmowa
Waham się nazwać pięknym, poważnym słowem „smutek”, to obce mi dotąd uczucie, którego łagodna, bolesna gorycz dręczy mnie nieustannie. Jest ono tak wyłączne, tak egoistyczne, że nieomal wstydzę się go, a uczucie smutku wydawało mi się przecież zawsze godne szacunku. Nie znałam go do niedawna. Znałam raczej nudę, żal, rzadziej wyrzuty sumienia. Teraz coś jak gdyby rozsnuwa się wokół mnie, niby miękka, denerwująca jedwabna zasłona, i oddziela mnie od innych.
Tamtego lata miałam siedemnaście lat i czułam się zupełnie szczęśliwa. Ci „inni” to był mój ojciec i Elza, jego kochanka. Muszę od razu wyjaśnić sytuację, która może wydawać się fałszywa. Ojciec przekroczył właśnie czterdziestkę i był wdowcem od piętnastu lat. Był to człowiek młody jeszcze, pełen żywotności, o dużych możliwościach. Gdy dwa lata temu, po ukończeniu szkoły, wróciłam do domu, nietrudno mi było zrozumieć, że ojciec ma kochankę. O wiele trudniej było pogodzić się z tym, że zmieniał je co pół roku. Lecz niebawem i do tego przywykłam: urok osobisty ojca, nowy i łatwy tryb życia i moje własne skłonności wpłynęły na to w niemałym stopniu. Był to człowiek lekkomyślny, zdolny do interesów, zawsze wszystkiego ciekaw i szybko się wszystkim nużący, z dużym powodzeniem u kobiet. Łatwo mi było kochać go, i to czule, bo był dobry, wspaniałomyślny, wesoły i miał dla mnie dużo uczucia. Nie wyobrażam sobie lepszego i bardziej zajmującego przyjaciela. W początkach owego lata był nawet aż tak delikatny, że zapytał mnie, czy nie mam nic przeciwko temu, by spędzić wakacje z jego obecną kochanką, Elzą. Ze swej strony mogłam tylko namawiać go do tego, gdyż wiedziałam, że nie może żyć bez kobiety i że zresztą Elza nie będzie nam przeszkadzała. Była to duża, ruda dziewczyna, trochę prymitywna i jednocześnie pozująca na damę, która statystowała w kabaretach i w barach na Champs-Elysees. Była sympatyczna, dość prosta i bez specjalnych pretensji. Zresztą za bardzo cieszyliśmy się z ojcem na ten wyjazd, by stwarzać sobie jakieś przeszkody.
Ojciec wynajął na Riwierze dużą, białą, śliczną willę, o której marzyliśmy od pierwszych ciepłych dni czerwca. Stała ona na cyplu górującym nad morzem, a sosnowy lasek zasłaniał ją od drogi. Wąska ścieżka biegła w dół do małej, złotawej zatoczki, otoczonej brunatnymi skałami, o które rozbijały się fale morskie.
Pierwsze dni były zachwycające. Spędzaliśmy na plaży całe godziny, obezwładnieni upałem, a ciała nasze nabierały stopniowo zdrowego, złotego koloru. Tylko Elza opalała się na czerwono i obłaziła boleśnie ze skóry. Ojciec, robiąc skomplikowane ruchy nogami, usiłował pozbyć się zaczątków brzuszka, tak nie licujących z jego usposobieniem Don Juana. Od świtu kąpałam się w morzu. Woda była przezroczysta i świeża. Zanurzałam się w niej i pławiłam wykonując szereg nieskoordynowanych ruchów, aby zmyć z siebie wszelkie ślady i cały kurz Paryża. Wyciągałam się jak długa na plaży, brałam w rękę garść piasku i pozwalałam mu przeciekać przez palce żółtawym, łagodnym strumieniem. „Ucieka jak czas — mówiłam sobie. — Jaka prosta myśl! Jak przyjemnie jest mieć nieskomplikowane myśli”. Było przecież lato.
Szóstego dnia pobytu zobaczyłam po raz pierwszy Cyryla. Płynął małą żaglówką wzdłuż wybrzeża i wywrócił się właśnie przed naszą zatoczką. Pomogłam mu się pozbierać. Zaśmiewaliśmy się oboje i powiedział mi, że ma na imię Cyryl, że jest studentem prawa i spędza wakacje w sąsiedniej willi, z matką. Miał smagłą szczerą twarz południowca, w której było coś zrównoważonego i opiekuńczego, co mi się podobało. Zazwyczaj unikałam studentów. Byli brutalni, zajęci tylko sobą, a zwłaszcza swoją młodością, znajdując w niej zawsze temat do dramatu lub pretekst do nudy. Nie lubiłam młodzieży. O wiele bardziej interesowali mnie przyjaciele ojca, mężczyźni pod czterdziestkę, którzy prawili mi komplementy i słodkie słówka i okazywali czułość ojca i czułość kochanka.
Ale Cyryl mi się podobał. Był wysoki i chwilami piękny tą urodą, która budzi zaufanie. Chociaż nie podzielałam niechęci mego ojca do brzydoty, co często skłaniało nas do przestawania z ludźmi ograniczonymi/odczuwałam wobec osób zupełnie pozbawionych fizycznego wdzięku pewien rodzaj zażenowania, niepokoju. Ich rezygnacja z chęci podobania się wydawała mi się jakąś nieprzyzwoitą ułomnością. Bo czegóż innego chcieliśmy niż podobać się? Do dziś nie wiem, czy ta chęć powodzenia kryje w sobie nadmiar sił żywotnych, pragnienie zaborczości czy też potajemną niewypowiedzianą potrzebę upewnienia się o własnej wartości, uznania dla samego siebie.
Cyryl odjeżdżając zaproponował mi, że nauczy mnie żeglować. Wróciłam na kolację tak zajęta myślą o nim, że prawie nie brałam udziału w rozmowie. Zaledwie zauważyłam zdenerwowanie ojca. Po kolacji wyciągnęliśmy się jak co wieczór w fotelach na tarasie. Niebo było usiane gwiazdami. Wpatrywałam się w nie z cichą nadzieją, że już teraz — przed czasem — zaczną spadać, tworząc świetliste smugi. Ale był dopiero początek lipca i gwiazdy tkwiły nieruchomo w górze. W żwirze pokrywającym taras śpiewały koniki polne. Było ich chyba tysiące. Pijane księżycem i upałem, wydawały te dziwne dźwięki po całych nocach. Wytłumaczono mi kiedyś, że pocierają tylko o siebie skrzydełka, ale ja wolałam wierzyć, iż ów śpiew dobywa się z ich gardziołek, podobnie jak instynktowne miauczenie kotów w marcu. Było nam dobrze. Tylko drobne ziarenka piasku, które dostały się pod bluzkę, nie pozwalały mi zapaść w słodką drzemkę. Wtedy właśnie ojciec chrząknął i wyprostował się na leżaku.
Z rozpaczą przymknęłam oczy. Za dobrze nam było, za spokojnie, to nie mogło długo trwać!
Patrzyłam na niego, zbyt zdziwiona, by zareagować na tę wiadomość.
Nie przyszłoby mi to nigdy do głowy. Anna Larsen była dawną przyjaciółką mojej biednej matki i rzadko widywała ojca. Niemniej jednak, gdy przed dwoma laty wróciłam z internatu, ojciec, który nie bardzo wiedział, co ze mną robić, posłał mnie do niej. W ciągu tygodnia ubrała mnie gustownie i nauczyła dobrych manier. Wzbudziła we mnie namiętny podziw dla siebie, który zręcznie skierowała na pewnego młodego człowieka ze swego otoczenia. Zawdzięczałam jej więc moje pierwsze eleganckie, stroje i moją pierwszą miłość. Przy swoich czterdziestu dwu latach była kobietą pociągającą i wytworną. Twarz jej, piękna i dumna, miała wyraz znużonej obojętności. Ta obojętność to jedyna rzecz, jaką można jej było zarzucić. Anna była uprzejma i daleka. Biła z niej jakaś uparta siła woli i spokój serca, który onieśmielał. Nie słyszało się, by miała kochanka, chociaż była rozwiedziona i niezależna. Zresztą obracaliśmy się w różnych środowiskach. Ona spotykała się z ludźmi mądrymi, dobrze wychowanymi, dyskretnymi, a my z osobami hałaśliwymi, żądnymi rozrywek, bo ojciec wymagał od ludzi jedynie tego, żeby byli ładni lub zabawni. Mam wrażenie, że Anna pogardzała trochę ojcem i mną, bo przywiązywaliśmy zbyt dużą wagę do zabaw i błahostek — jak pogardzała wszelkim brakiem umiaru. Spotykaliśmy się tylko na przyjęciach dla załatwiania interesów, ona prowadziła bowiem salon mód, a ojciec zajmował się reklamą. Łączyło nas jeszcze wspomnienie o matce i moje starania, żeby się z nią spotykać, bo choć mnie onieśmielała, podziwiałam ją bardzo. Ten nagły przyjazd wydawał się poza tym niefortunny, gdy się pomyślało o obecności Elzy i znało wymagania towarzyskie Anny.
Elza zadawała mnóstwo pytań dotyczących pozycji Anny w świecie i poszła spać. Gdy zostałam sama z ojcem, siadłam u jego stóp na schodach. Pochylił się ku mnie i położył mi ręce na ramionach.
Śmiał się cicho, gładząc, mi kark. Odwróciłam się i spojrzałam na niego. Wokół jego ciemnych, błyszczących oczu tworzyły się małe, śmieszne zmarszczki, kąciki ust uniosły się w górę. Przypominał fauna. Zaczęłam się śmiać z nim razem, jak zwykle, gdy ściągał sobie na głowę jakieś kłopoty.
I ton jego głosu brzmiał tak przekonywająco, tak czule, że pojęłam, iż rzeczywiście byłby nieszczęśliwy.
Do późnej nocy mówiliśmy o miłości i jej komplikacjach, które ojciec zresztą uważał za wyimaginowane. Odrzucał systematycznie takie pojęcia jak wierność, głębia uczuć, obowiązek. Tłumaczył mi, że są one jałowe i krępujące. Gdyby to mówił kto inny, byłabym oburzona. Ale znałam go. Wiedziałam, że u niego nie wykluczało to ani czułości, ani przywiązania. Uczucia te okazywał tym łatwiej, że wiedział, iż są one przemijające, i chciał, by takie były. To mi odpowiadało: miłość nagła, gwałtowna i nietrwała. Nie byłam w wieku, w którym wierność pociąga. Spotkania, pocałunki, znudzenie — to były moje miłosne doświadczenia.
Anna miała przyjechać najwcześniej za tydzień Korzystałam z tych ostatnich dni prawdziwych wakacji. Wynajęliśmy willę na dwa miesiące, ale wiedziałam, że z chwilą przyjazdu Anny zupełna swoboda będzie już niemożliwa. Anna nadawała sprawom kształt, a słowom sens, których my z ojcem najchętniej unikaliśmy. Narzucała prawidła dobrego smaku i właściwego zachowania i trudno było nie wyczuć tego w jej nagłym zamykaniu się w sobie, w milczeniu pełnym urazy, w słowach. Było to interesujące i męczyło jednocześnie, no i w końcu upokarzało, bo czułam, że miała rację.
W dniu jej przyjazdu zdecydowaliśmy, że ojciec z Elzą wyjadą po nią na dworzec do Frejus. Odmówiłam stanowczo mego udziału w tej wyprawie. Ojciec, chcąc jakoś ratować sytuację, ściął wszystkie mieczyki w ogrodzie, by ofiarować je Annie, gdy tylko wysiądzie z pociągu. Poradziłam mu tylko, by bukietu nie niosła Elza. Po ich wyjeździe, o trzeciej, zeszłam na plażę. Upał był nieznośny. Wyciągnęłam się na piasku i już prawie usypiałam, gdy obudził mnie głos Cyryla. Otworzyłam oczy; niebo było białe, nasycone upałem. Nie odpowiedziałam Cyrylowi; nie miałam ochoty rozmawiać z nim ani z nikim. Byłam jak przygwożdżona do piasku całą siłą tego gorącego lata, ramiona ciążyły mi, w ustach zasychało.
— Umarłaś czy co? — zapytał. — Z daleka wyglądasz jak samotny rozbitek.
Uśmiechnęłam się. Usiadł obok, a mnie serce zaczęło walić ciężko, głucho, bo siadając dotknął niechcący mego ramienia. Wiele razy w ciągu ostatniego tygodnia moje wspaniałe popisy pływackie zbliżały nas w wodzie do siebie, splatały razem, nie budząc we mnie najmniejszego niepokoju. Ale dziś ten upał, ta ociężałość, ten niezręczny gest wystarczyły, by coś się jakby we mnie załamało. Obróciłam głowę w jego stronę. Patrzył na mnie. Zaczynałam go poznawać; był zrównoważony i przyzwoitszy może, niż jest się na ogół w jego wieku. Dlatego nasza sytuacja — ta dziwna trójka — raziła go. Był Zbyt dobry lub zbyt nieśmiały, by mi o tym powiedzieć, lecz wyczuwałam to z niechętnych, pełnych urazy spojrzeń, jakie rzucał memu ojcu. Chciałby pewnie, żebym się tym przejmowała. Ale ja nie przejmowałam się wcale, a jedyną rzeczą, jaka dręczyła mnie w tej chwili, był jego wzrok i gwałtowny niepokój własnego serca. Pochylił się ku mnie. Przypomniałam sobie ostatnie dni tego tygodnia, moją ufność i spokój u jego boku, i gdy te pełne, trochę ciężkie wargi zbliżyły się do mej twarzy, zrobiło mi się czegoś żal.
- Cyrylu — powiedziałam — byliśmy tacy szczęśliwi...
Pocałował mnie delikatnie. Spojrzałam w niebo. Potem nie widziałam już nic prócz czerwonych błysków rozpryskujących się pod zaciśniętymi powiekami. Upał, odurzenie, smak pocałunków, westchnienia przeciągały się w długie minuty. Dźwięk klaksonu spłoszył nas jak złodziei. Bez słowa zostawiłam Cyryla i wróciłam do domu. Zdziwił mnie ten szybki powrót: pociąg Anny nie mógł jeszcze przyjść. Niemniej ujrzałam ją w chwili, gdy wysiadłszy z własnego auta wchodziła na taras.
✓ Zaprowadziłam ją do przeznaczonego dla niej pokoju. Otworzyłam okno w nadziei, że dojrzę żaglówkę Cyryla, ale już jej nie było. Anna usiadła na łóżku. Zauważyłam, że ma podkrążone oczy.
Postawiłam właśnie walizkę na krześle i odwracając się do Anny doznałam wstrząsu. Wyraz jej twarzy zmienił się nagle, usta drżały.
Nie znałam odpowiedzi. Patrzyłam na nią w osłupieniu. Ta twarz, którą widziałam zawsze tak spokojną, tak opanowaną, wydana w ten sposób na pastwę mego zdumienia... Wpatrywała się we mnie poprzez obrazy, jakie nasuwały jej moje słowa; na koniec dostrzegła mnie i odwróciła głowę.
Wzrok jej był pytający, pogardliwy. Nic się przecież nie stało.
Bąkając coś pod nosem wycofałam się z pokoju i zeszłam po schodach. Nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć. Co znaczy ten wyraz, ten zmieniony głos, to nagłe załamanie? Usiadłam na leżaku i zamknęłam oczy. Starałam się przypomnieć sobie twarz Anny: poważną, spokojną czy ironiczną, ale zawsze mocną w wyrazie, kojącą. Odkrycie tej twarzy tak wrażliwej na ból wzruszało mnie i irytowało równocześnie. Czy Anna kochała mego ojca? Czy to możliwe, by go kochała? Nic w nim nie odpowiadało jej gustom. Był słaby, lekkomyślny, czasami tchórzliwy. Ale może to tylko zmęczenie podróżą, zastrzeżenia natury moralnej? Spędziłam całą godzinę na snuciu hipotez.
O piątej przyjechał ojciec z Elzą. Obserwowałam go, gdy wysiadał z auta. Starałam się dociec, czy Anna może go kochać. Szedł ku mnie szybko, z głową lekko odchyloną do tyłu, uśmiechając się. Pomyślałam, że to bardzo możliwe, że Anna go kocha. Któż mógłby mu się oprzeć?
Schodziła ze schodów na jego spotkanie, wypoczęta, z uśmiechem na ustach, w sukni, na której nie znać było śladów podróży. „Zeszła na dół dopiero słysząc nadjeżdżający samochód — pomyślałam ze smutkiem. — Mogła zrobić to wcześniej i porozmawiać ze mną, choćby o egzaminie, który zresztą oblałam”.
Ta ostatnia myśl pocieszyła mnie.
Ojciec poszedł do Anny, pocałował ją w rękę.
Odwróciłam oczy.
Ojciec promieniał. W jego pojęciu wszystko układało się dobrze. Dużo mówił, odkorkowywał butelki. A ja widziałam znów na przemian to rozpaloną twarz Cyryla, to twarz Anny, obie pełne namiętności, i zastanawiałam się, czy wakacje będą takie przyjemne, jak to zapowiadał ojciec.
Ta pierwsza kolacja była bardzo wesoła. Ojciec z Anną mówili o wspólnych znajomych, nielicznych co prawda, lecz interesujących. Bawiłam się do momentu, gdy Anna oświadczyła, że wspólnik ojca jest ograniczony. Człowiek ten dużo pił, ale był sympatyczny i w jego towarzystwie spędziliśmy z ojcem niezapomniane wieczory.
Zaprotestowałam:
Przerwała mi z miną pobłażliwą:
Zwięzłość i dosadność tego sformułowania zachwyciły mnie. Niektóre zdania stwarzają subtelny intelektualny klimat, który mnie oczarowuje, nawet jeśli nie rozumiem ich dokładnie. Powiedzenie Anny wzbudziło we mnie chęć posiadania małego notesu i ołówka. Powiedziałam jej to. Ojciec wybuchnął śmiechem.