61,00 zł
Niechętny wojownik uciekający ze starożytną boginią przez bujny świat pełen dzikiej magii, cudownych stworzeń i ukrytych wrogów ma tylko pięć dni, aby zakończyć uciskające panowanie cesarza w tej pięknej epickiej fantazji autora „Ptaków, które zniknęły”.Lud cierpi pod trwającym od wielu wieków panowaniem Księżycowego Tronu. Cesarz-despota i jego potworni synowie, Pierwszy, Drugi oraz Trzeci Zgroza, trzymają kraj w żelaznym uścisku. Wykrwawiają ziemię, a poddanych zastraszają, gnębią i mordują dzięki przerażającym mocom, jakie odziedziczyli po matce - bogini więzionej w pałacowych podziemiach. Ale bogini nie można wiecznie trzymać w zamknięciu. Z pomocą Juna, strażnika przytłoczonego ciężarem dawnych przewin, oraz Keemy, wyrzutka, który chce wywalczyć dla siebie przyszłość, bogini udaje się uwolnić z cesarskiej niewoli i zbiec przed własnymi potwornymi synami, którzy chcą zawlec ją z powrotem do nędznej ciemnej celi. Tak oto bogini wraz z dwoma młodymi towarzyszami wyrusza na pięciodniową pielgrzymkę w poszukiwaniu wolności - jak również klucza do położenia kresu Księżycowemu Tronowi. Żadne nich nie przypuszcza nawet, jak niebezpieczna będzie to podróż. Włócznia rozcina wodę to zarówno powieść przygodowa o imponującym rozmachu, jaki i głęboko intymna refleksja na temat tożsamości, dziedzictwa i naszego miejsca w świecie. To fascynująca i głęboka saga, która zabierze was w podróż i przyniesie przemianę - i będzie inna od wszystkiego, co już znacie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 693
wspominasz babcię palącą papierosy.
Pamiętasz zapach jej suchego tytoniu jak woń siana po burzy. Cichy szelest zwijanych bibułek. Trzask zapałki, którą czasem, żeby cię zadziwić, pocierała o skórę na nodze, twardą jak łuski jaszczurki. Pamiętasz ten jej rytuał. Usta miała zbyt suche, żeby zwilżać bibułkę, to było więc twoje zadanie, pamiętasz, że przy lizaniu brzegu papierka zostawały ci na języku twarde okruchy tytoniu jak odnóża robaka. Mówiła, że to wymiana przysług, coś za coś. Ty ślinisz, ona opowiada historie. Z dziejów Starego Kraju. O królestwach w ruinie, o tragicznych zdradach i o starych drzewach pijących krew lisów, które były na tyle nierozsądne, że zasnęły pośród ich ostrych korzeni. Dowolne historie, które można opowiedzieć, zanim szybko zetli się jeden papieros.
– Wtedy było zupełnie inaczej – zaczynała, a ty patrzyłeś, jak bibułka między jej palcami skręca się i żarzy, podczas gdy ona opisywała sto wilków, które polowały na zbiegłe słońce, i potężny miecz jidero, tak cienki, że mógł rozciąć przestrzeń między sekundami. Jej słowa były nierozerwalnie związane z zapachem papierosa i z jej śmiechem, od którego trzęsły się jej wszystkie kości. Złączone z nimi do tego stopnia, że zawsze gdy myślisz o tamtym dawnym, odległym miejscu, chcąc nie chcąc, myślisz o dymie i o śmierci.
Miałeś chyba trzynaście lat. Byłeś mniej więcej w takim wieku, że często bezwiednie babcię straszyłeś, wręcz się na ciebie obrażała, wydymała usta, ilekroć wchodziłeś do pokoju, jakby nagle wtargnął tam ktoś obcy z ulicy. Myślałeś, że babcia czuje odrazę do twojej tłustej cery, do zapachu twojego ciała, do tego, jak się garbisz z nieśmiałości, ale tak naprawdę po prostu zaskakiwało ją, jak szybko przemija czas. Twoja młodość ją raniła. Sprawiała, że chciała cię jednocześnie chronić i wykopać za drzwi.
– Siadaj – mówiła, kiedy przechodziłeś koło kuchni. – I słuchaj. Coś ci opowiem.
Przez podsunięte w górę okno wpadała ciepła noc, zawiewana przez wietrzyk, który igrał z firankami i z dymem unoszącym się znad palców babci, a ona opowiadała ci o teatrze, który stał pomiędzy światami.
– Pewnego razu Tarcza Księżyca i Ocean zakochali się w sobie. – Babcia zatrzymywała się nad słowem „zakochali” niczym dym, który zawisał w powietrzu. – Jak sobie możesz wyobrazić, nie były to okoliczności wymarzone do romansu. Jedno nie mogło się ruszyć z nieba, a drugie z ziemi. Jedno było uosobieniem bezruchu, drugie składało się z samych fal i sztormów. Ale przez pewien czas byli szczęśliwi. Tarcza Księżyca zalewała Ocean swoim blaskiem, a Ocean tak tańczył w przypływach i odpływach, jak wskazywała mu Tarcza Księżyca. I choć zajmowali odmienne sfery, znajdowali okrężne sposoby, by się nawzajem odwiedzać, nie ma bowiem w życiu bariery, której nie pokonałaby miłość. Ocean posyłał w niebo kłębiaste, burzowe, nabrzmiałe jego istotą chmury i swoją chłodną mgiełką oraz słonym oddechem całował suchą, spękaną powierzchnię Tarczy Księżyca. Tarcza Księżyca zaś, kiedy chciała odwiedzić Ocean, kładła na jego powierzchni swoje odbicie, a wówczas spotykali się, tańczyli i oddawali miłości w Odwróconym Świecie, który leży zawieszony poniżej naszego.
Babcia urwała i wpatrywała się w ciebie zza kłębów dymu, badając wyraz twojej twarzy. Bywały takie okresy, kiedy się wzdrygałeś na samą wzmiankę o fizycznej bliskości w jej opowieściach, ale nie tym razem. Tym razem po prostu siedziałeś zasłuchany – co było znakiem dojrzałości, która cieszyła jej serce, a jednocześnie ją przygnębiała.
– W każdym razie – ciągnęła, ze świstem zaciągając się dymem – to właśnie w tym odbitym świecie wzniesiono teatr, w którym rozgrywają się wydarzenia z naszej opowieści. Tarcza Księżyca i Ocean, jako opiekuńcze bóstwa artystów i tancerzy, uwielbiali scenę i dlatego stworzyli własną: wznieśli pagodę tak wysoką, że jej szczyt przecinał pasma niebios, i właśnie tam urządzili scenę dla prześwietnych występów, opowieści o dziejach nawet mnie nieznanych. – Babcia zakasłała. – Choć przyszedł czas, kiedy Tarcza Księżyca i Ocean się rozstali, teatr pozostał, prowadzony przez potomka tych dwojga, owoc ich miłości, niesłychanie piękną istotę, która na widownię zapraszała nawet takich śmiertelników jak my.
Zapytałeś, jak śmiertelnicy mogą znaleźć to miejsce.
– W snach – odparła, trzymając w palcach niedopałek z popiołem. – W głębokim śnie, w takich jego głębinach, w jakich twój śpiący duch jeszcze nigdy nie pływał. Niczego więcej nie trzeba. Tylko snu i odrobiny szczęścia. A kiedy już zasiądziesz na widowni, opowiedzą ci historię ze Starego Kraju. Odpowiednią historię i we właściwym czasie. A gdy będziesz teatr opuszczał – kiedy twoje ciało wynurzy się z głębin tego snu – poczujesz zadowolenie, spełnienie, choć nie będziesz pamiętał dlaczego, bo wspomnienie tej wizyty zatrze się, wypłynie z umysłu jak mydliny, tak jak zaciera się każdy dobry sen, im bardziej ktoś stara się go sobie przypomnieć. A ty będziesz się starał. Z wytężeniem. – Uśmiechnęła się smutno. – I nie uda ci się.
Babcia zaczęła zwijać kolejnego papierosa.
– Może jeszcze przed końcem – powiedziała – wreszcie przypomnę sobie, jak sama tam byłam.
Z drugiego pokoju dobiegł chichot. Kiedy babcia rozkładała tytoń na bibułce nowego skręta, odchyliłeś się na krześle, żeby lepiej widzieć swoich braci, którzy słuchali radia w salonie. Wszystkich dziewięciu obsiadło radioodbiornik jak bezdomne koty jatkę rzeźnika – z nogą przełożoną przez poręcz kanapy – z głową zwieszoną z boku szezlongu – z brodą wspartą na dłoniach zwiniętych w pięści, z łokciami na stoliku do kawy – a cotygodniowy serial zbliżał się do punktu kulminacyjnego – „Wszyscy ludzie prokuratora, którzy wycelowali strzelby w okna kościoła, gotowi zastrzelić kapitana Domingo, zastanawiali się, patrząc w celowniki, dlaczego ten szakal ma czelność się uśmiechać w godzinę śmierci. Przyczyna stała się jasna, kiedy kapitan z błyskiem w oku pokazał detonator trzymany w dłoni odzianej w rękawiczkę” – a gdy patrzyłeś na swoich braci, byłeś zazdrosny, że nie siedzisz z nimi, ale jednocześnie cieszyłeś się, że z nimi nie jesteś. Że możesz ich wszystkich widzieć ze swojego krzesła w kuchni. Że wszyscy oni mieszczą się w twoim oku i możesz ich tam mieć.
– Owszem, próbujemy do tego teatru wrócić – powiedziała babcia, kierując za okno spojrzenie dużych, zaszklonych oczu – ale wolno nam tam trafić tylko raz. Dostajemy tylko jedno zaproszenie. Dlatego go nie zmarnuj. Zapamiętaj.
Przez małe okno wpadało do kuchni wieczorne powietrze. Gdzieś na ulicy zatrąbiło stare auto. Twój ojciec miał niedługo wrócić do domu, zmęczony po ciężkim dniu. Trzeba jeszcze było nakryć do stołu. Ale babcia nie przejmowała się czasem. Zaciągała się dymem głęboko i bez pośpiechu.
– Nie będziesz wiedział, że Odwrócony Teatr cię wezwał, aż się tam znajdziesz – powiedziała, pozwalając, żeby bibułka się żarzyła, a z nią spalały się lata. – To miejsce, w którym wizyty nie da się zaplanować. – Wiatr od morza stukał okiennicami. – A kiedy już, odurzony snem, nieoczekiwanie znajdziesz się w tym amfiteatrze, najlepiej usiądź, oglądaj i słuchaj, bo nikt nie trafia tam przypadkiem.
Pociągnęła skręta, koniuszek żaru rozkwitł jak herbaciana róża. Papieros już prawie całkiem się wypalił, kiedy nagle z hukiem otworzyły się drzwi wejściowe. Twoi bracia rozpierzchli się od radia, a do środka wkroczył ojciec wraz ze swoim nastrojem i całym światem za progiem – chciałeś pójść go przywitać, ale babcia chwyciła cię za rękę.
– Ta opowieść jest dla ciebie – powiedziała.
Tytoń wypalał jej płuca.
– Więc puść wolno śpiące ciało.
A dym, wydmuchnięty z ciemności, spowija cię, aż w końcu widzisz tylko wirujące kłęby szarej materii, gęsta mgła jakby cię unosi, kołysze w ramionach, kładzie delikatnie, aż opadasz na gładką, twardą powierzchnię i dym się rozwiewa – wspomnienie babci w kuchni powoli gaśnie, jak gaśnie dzień w oczach zmierzchu, a wtedy odkrywasz, że stoisz właśnie przed tym miejscem, o którym ci tyle lat temu opowiadała.
Wyłaniasz się z kłębów dymu i ją widzisz: niebotyczną pagodę na spokojnym jeziorze nocą, jej odbicie w wodzie jest doskonałe, jej wiele pięter jednocześnie wznosi się wysoko nad tobą, a w swoim wodnym odbiciu opada bez końca w głąb. Na jej wygiętych okapach latarnie wiszą jak kolczyki, rozjaśniając jej zdobną fasadę na tle czarnego kobierca nieba. Budowla pnie się ku niebu kolumną niezliczonych balkonów, a każdy z nich jest w innym kolorze. Z balkonu w barwie purpury, hen, wysoko, wychyla się herold i krzyczy, że już niedługo zacznie się spektakl, proszę wchodzić i zajmować miejsca.
Kamienna ścieżka zaprasza do przekroczenia mrocznej wody. Gdy po niej stąpasz, uświadamiasz sobie, że nie idziesz sam. Kroczysz w rzece innych śniących cieni, które przelatują przez ciebie jak podmuchy wiatru, a ich myśli nadchodzą i odchodzą jak sygnały radiowe. Myślą o pracy. O utraconej miłości. O godzinach zmarnowanych w mrocznych pomieszczeniach przy ogryzkach łojowych świec. Prowadziłem księgowość szaleńcowi. Wiedziałem, że potrzebuję nowej pracy, ale nie mogłem ryzykować przerwy – kto może ryzykować przerwę w zatrudnieniu? Niektórych rozumiesz, do innych nie masz dostępu. Mówią w językach, których nie rozpoznajesz, albo używają słów, które pozbawione kontekstu nic nie znaczą. Prułem bieżnikiem gwiazd, byłem już w trzecim wątku, zagrzebany w kimono, kiedy nagle coś zwabiło moje śpiące „ja” tutaj, na brzeg tego ciemnego jeziora. Cienie ludzi zewsząd i z wszechdy. Bez twarzy, nieostre, głośne. A kiedy przeprawiasz się przez jezioro, ich głosy nacierają wszystkie naraz, obezwładniająco, jak ryk bezkresnego oceanu – zbiorowy pomruk z tysiąca ust, niewyraźny i nieskończony. I w tej nieskończoności teraz siedzisz.
Mrugasz i już tu jesteś – na wielkiej teatralnej widowni, gdzie wisi pełno kotar, a na czarnych deskach podłogi ustawione są ławy. Teatr jest stylizowany na dawne zapomniane czasy. Siadasz na ławce, którą dla ciebie zajęto. Jeszcze zanim ją zobaczyłeś, wiedziałeś, że to twoje miejsce. Wzywało cię. Miałeś pewność, dokąd się kierować.
Innych spraw jesteś mniej pewny. Podczas gdy pozostali znajdują swoje miejsca, a wzdłuż przejść między rzędami pośpiesznie chodzą bileterzy, za którymi unoszą się zapalone świece, wysoki cień, który usiadł obok ciebie, nachyla się i pyta, skąd jesteś.
Trudno ci odpowiedzieć.
Z pomocą przychodzi ci to jaśniejące blaskiem księżyca ciało. Czubkiem stopy delikatnie trąca i rozwija pergamin z dziejami twojego ludu, duży palec stopy śledzi bitwy i traktaty, rozproszenia i zjednoczenia, aż znajduje ciebie: w czasach pociągów i parowców, kiedy radioodbiorniki jak dzwony katedr trzeszczały przez otwarte okna w nadbrzeżnym mieście, w którym mieszkałeś.
Pochodzisz z czasów plakatów i propagandy. W których obwieszczenia o obywatelskim czynie dla wojennej sprawy sfruwały z furkotem z pokrytych farbą murów w nieciekawych zaułkach. Widok na zalany słońcem, pachnący solą ocean znienacka zaburzały sylwetki okrętów wojennych w błękitnej dali. Czasem do miasta przypływały łodzie z rannymi żołnierzami. Wojna jest wszędzie, ale gdybyś tej nocy – tej nocy, dzisiaj – nie spał i nastawił pokrętło radia, na tle trzasków nie usłyszałbyś gładkiego głosu prezentera podającego wiadomości z frontu, tylko wibrujący śpiew Dorrada „Chila” Seminy, którego głos porywał serca większości beznadziejnie zakochanych słuchaczy na całym Zjednoczonym Kontynencie. Cóż, niestety! Jutro rano, kiedy się obudzisz, będziesz musiał kłamać swoim rodakom, gdy cię zapytają, czy jak oni nie kładłeś się do późna, żeby usłyszeć jego nowy utwór, i będziesz musiał udawać, że śpiewasz w ich zachwyconym chórze, bezgłośnie otwierając usta do słów piosenki, wstydząc się, że dopiero musisz się ich uczyć na pamięć, ponieważ tutaj, teraz, gdy ludzie z twojego miasta zachwycają się nadawaną muzyką popularną, twoje ciało leży w głębokim śnie w pokoju, który wtedy dzieliłeś ze swoimi dziewięcioma braćmi.
To jesteś ty. Dziecko kupca. Ale jedno z wielu. Twój wiek poza granicami tego snu jest nieistotny, w tym teatrze masz tyle lat, na ile się czujesz – jesteś nastolatkiem w okresie dojrzewania i jak wszyscy młodzi ludzie jesteś samotny na własny, nienazwany sposób. Pełen lęku przed ojcem i zadręczany przez babcię, której nie obchodziły fazy rozwoju twojego ciała ani twoje zmienne zainteresowania, gdy zaciągała się dymem ze zmiędlonego skręta, objaśniała ci kraj pochodzenia twojej rodziny i snuła wszelkie opowieści, z którymi tu przybyła.
– Na Odwrócony Teatr nie ma się jak przygotować – mówiła. – Otwiera przed tobą podwoje, kiedy sam chce.
Wszystko to powtarzasz cieniowi, a on kiwa głową, usatysfakcjonowany, a potem odwraca się i zajmuje swoimi sprawami. Zastanawiasz się, czy powinieneś zapytać, skąd pochodzi, ale cień już chyba skończył z tobą rozmawiać, z zagubioną miną rozglądasz się więc po Odwróconym Teatrze, nabożny zachwyt miesza się w tobie z głęboką tęsknotą i równie głęboką konsternacją, bo nie masz najmniejszego pojęcia, dlaczego cię tutaj wezwano.
– Nigdy nie wzywają bez powodu.
Zaczynasz podejrzewać, że może chodzić o przedmiot, który trzymasz w dłoniach, co dopiero teraz sobie uświadamiasz.
Znasz ją dobrze. Jej krwiście czerwone drewno. Czerwony frędzel, ciasno obwiązany wokół groźnie lśniącego grotu. Dziwne żłobienia i ryty biegnące w ezoterycznych wzorach wzdłuż całego drzewca. Odkąd tylko pamiętasz, broń ta obowiązkowo wisiała na gzymsie nad kominkiem w salonie, ignorowana przez wszystkich domowników, którym jej widok spowszedniał, była bowiem zbyt droga, zbyt stara i zbyt bezużyteczna, by ją brać do ręki. Kiedy byłeś mały, ty i twoi bracia dostaliście kiedyś straszną burę za to, że bawiliście się nią na podwórku. Jeden z dozorców powiedział o tym waszemu ojcu, a ojciec, który nigdy was nie bił, ale znał inne sposoby, żeby wam poszło w pięty, w swoim gabinecie przeprowadził po kolei rozmowę z tobą i oddzielnie z każdym z twoich braci, i już nigdy potem nie dotknąłeś tej włóczni, nawet na nią nie spojrzałeś, dlatego teraz czujesz zakazany dreszcz, kiedy ją trzymasz, nieważne, że tylko we śnie.
– Przebyła długą drogę, by tu trafić – mówiła twoja babcia – a jeszcze dłuższą ma do przebycia.
Zauważasz, że inni na widowni, inne cienie, rzucają na włócznię ukradkowe spojrzenia. Byliśmy ciekawi, dlaczego ten cień ma broń. I są ciekawi, dlaczego włócznia wygląda tak znajomo. Dlaczego przyniosłeś ją tutaj, w to święte miejsce. I czy zamierzasz jej użyć.
Ale takie pytania będą musiały zaczekać.
Występ, na oglądanie którego zostałeś wezwany. Słyszysz bicie w werbel. Gładka pałeczka z drewna uderza w napiętą impregnowaną skórę. Drrdum. Dźwięk werbla przecina mroczną przestrzeń. Drrdum. Uderza ciebie, o, tutaj, w sam środek piersi. Drrdum. Na ten dźwięk przeszywał nas dreszcz. Słuchasz bicia serca tej budowli. Drrdum. Pełnego napięcia oddechu siedzących wokół ludzi. Drrdum. I opuszczasz rodzinną włócznię, pozwalasz, by oparła się pochylona o twój bok, na razie zapomniana, podczas gdy ty i pozostali widzowie, wstrzymując oddech, wpatrujecie się w scenę, wbijacie wzrok w kurtynę, której poły bezszelestnie unoszą się ku belkom stropu, odsłaniając scenę jak rozpostarte skrzydła.
Drrdum.
Staje przed tobą to jaśniejące blaskiem księżyca ciało. I choć to wasze pierwsze spotkanie, wszyscy z miejsca to ciało rozpoznajecie. Widzieliśmy te podobizny, posągi, fryzy. Znaną z opisów sylwetkę o szerokich barach i wąskich biodrach, o skórze barwy błękitu letniego nieba, o oczach, które błyszczą jak światło na srebrze. Widzieliście wyobrażenia artystów o tym jaśniejącym blaskiem księżyca ciele, z jego włosami zielonymi jak morze, kołyszącymi się niczym w morskich prądach, i gdy teraz patrzysz na to ciało, kłaniające się z krawędzi sceny, zdajesz sobie sprawę, że wszystkie sny o jego pięknie były prawdziwe. Gdzieś w twojej pamięci tęsknie wzdycha babcia, patrząc przez małe kuchenne okno na wir gwiaździstej nocy.
– A gdybyś przypadkiem pewnego dnia znalazł się na widowni tego teatru i miał szczęście patrzeć, jak podnosi się kurtyna, wtedy osobą, która cię przywita, będzie potomek Oceanu i Tarczy Księżyca. Istota zrodzona z tańca cofającej się Tarczy i odpływających wód Oceanu, teraz obsadzona w roli wiecznego artysty Morza Śpiącego. Po wsze czasy obdarzona siłą i wdziękiem najświetniejszych tancerzy.
Babcia się uśmiecha.
– Piękne, jaśniejące blaskiem księżyca ciało.
A ty z zaskoczeniem patrzysz, jak to jaśniejące blaskiem księżyca ciało wciąga nosem powietrze tak głęboko, że jego brzuch się rozdyma, brzemienny wiatrem. Ciało pewnie staje na deskach sceny, a potem w długim wydechu wypuszcza całe nabrane do płuc powietrze, powiew z jego ściągniętych ust zdmuchuje ogień we wszystkich płonących misach w teatrze, aż w końcu sala opowiada się za mrokiem i twoje oczy widzą teraz ostatnią żarzącą się misę na scenie – zwężasz źrenice, skupiając się na tym pradawnym, szalejącym płomieniu, a wtedy to jaśniejące blaskiem księżyca ciało staje przed nim i niczym mag przy nieświętej chrzcielnicy wyczarowuje z trzaskającego paleniska głosy zmarłych praprzodków, wkrótce zaczniemy snuć naszą opowieść – o tym krwawym tygodniu, o tygodniu zamętu, teatr wypełnia fala szeptów, niektóre historie są bowiem zbyt wielkie, by mógł je opowiadać tylko jeden głos.
Słyszysz konną szarżę ze wzgórza w oddali, a scenę zapełniają tancerze wybijający stopami bezładne synkopy. Płomienie skaczą, światło i cień smagają ściany, a gdy ruchy tego jaśniejącego blaskiem księżyca ciała i tancerzy rzeźbią w powietrzu daleki, dawny kraj, przysięgasz, że w tym sennym teatrze widzisz jego obraz – a wtedy miejsce, które znasz tylko z opisów babci, nagle ożywa w najgłębszej głębi twojego wnętrza, jakby zawsze tam było. Głębokie doliny i stare lasy, groźne szczyty czarnych gór, które przebijają chmury, i kobierce mgły unoszącej się znad wąwozów pośród stromych skał. To kraina, w której żyliśmy i w której umarliśmy. Stary Kraj, jak nazywała go babcia, ale istniały też inne nazwy. Nazwy wyryte runami i wplecione w języki dawno zapomniane w twoich dziejach. Dziś to Kraina Bezksiężycowej Nocy. Dziś to kraina zlana potem podczas Lata Bez Końca – w teatrze płonie ogień, a ty czujesz na plecach słońce, którego oko praży bez drgnienia powieki. Czujesz zapach suchej trawy. Widzisz martwe potoki i zakrzywione palce przydrożnych trupów, a nad nimi roje much, które rozlatują się, gdy mijają je w galopie jeźdźcy, niebaczni na nic w tej suchej krainie, niosący sztandar swojego Cesarza.
Właśnie tutaj zaczyna się nasza opowieść, od oddziału wojowników dokonujących inspekcji kraju w imieniu władcy, tancerze tupią o deski sceny, udając tętent koni brygady nieustraszonych jeźdźców, którzy w tumanach pyłu przemierzają tę suchą ziemię, i wyraźnie widzisz jeźdźca na czele tej cesarskiej szarży – człowieka, który prowadzi swoich synów wojowników na zachód i podnosi teraz roześmianą twarz, głęboko wdychając zapach tej krainy, należnej mu z urodzenia.
– Posłuchaj – mówiła twoja babcia, przypalając papierosa.
Posłuchaj, mówi to jaśniejące blaskiem księżyca ciało, gdy krwawe słońce sunie w górę na pergaminie nieba przy dźwiękach werbli grzechoczących jak kości.
Odgłosu dalekiego grzmotu w jasny, bezchmurny dzień. Grzmotu niosącego się między bólem falistych wzgórz i wybuchem zielonych lasów. Grzmotu, od którego spłoszone zwierzęta pierzchały do nor. Ludzie z niepokojem nasłuchiwali nieba. Słyszeliśmy ich, jeszcze zanim było ich widać. Grzmotu cesarskiego galopu.
Gdy tańczyły kamyki i trzęsły się okapy dachów z terakoty, wieśniacy odkładali kosy i odwracali karmidła do góry dnem. Przygarniali do siebie dzieci na widok koni, około czterdziestu, gnających po grani pobliskiego wzgórza, z jeźdźcami odzianymi w czerwień. Byli krwawą raną na horyzoncie w południowym słońcu. Wojownicy bezwzględni i bezlitośni, o ostrych kościach policzków i głodnych oczach, z tatuażami stworzenia patronującego brygadzie, a do tego z czerwonym dziobem i piórem. Ten widok przerażał każdego przezornego wędrowca, każdego, kto słyszał o nich opowieści, z wielu bowiem drużyn, brygad i band, które nawiedzały doliny w tamtych dniach, największe spustoszenia siały Czerwone Pawie, dowodzone przez jednego z cesarskich synów, człowieka, którego zasłużenie zwano Pierwszym Zgrozą.
W całym kraju ludzie ustawiali się rzędem, by ich witać. Działo się to w przededniu Świętej Pielgrzymki Cesarza i brygada dostała święte zadanie przygotowania ziem na przybycie Uśmiechniętego Słońca.
Wypełniali swoją misję z wielką przyjemnością.
– Już niedługo – oznajmiał Pierwszy Zgroza tkaczom, robotnikom z kamieniołomów, rybakom i rolnikom – ledwie za kilka dni przybędzie Cesarz i w Swej wielkoduszności odwiedzi was wszystkich podczas pięciodniowej podróży na wschodnie wybrzeże. Ofiarujecie Mu wasze najlepsze rękodzieła i zbiory. Perły waszego ryżu, świeże solone ryby. Wasze najwspanialsze gobeliny. Ducha waszej ciężkiej pracy. A On zabierze ze sobą te daniny i będzie je sobie cenił, kiedy już przepłynie Wielkie i Bezkresne Morze i zejdzie na brzeg, aby wizytować zamorskie kolonie. Jego odwiedziny będą największym zaszczytem w waszym życiu. Na starość będziecie o nich opowiadać dzieciom zebranym przy waszym łożu. Nie zmarnujcie tej chwili, abyście gorzko nie żałowali.
Gdy Zgroza przemawiał, Pawie otwierały z hukiem drzwi i plądrowały komody, kopały luźne deski podłóg, szukały dowodów nieposłuszeństwa. Wypędzały kurczaki z kurników. Ostrymi nożami cięły worki z ziarnem i lnianą pościel. Ludzie słuchali, jak grabią ich domy, ale nie ośmielaliśmy się zwrócić tam spojrzeń, bo wszyscy wiedzieliśmy, co czeka każdego, kto odwróci wzrok od księcia.
– Kiedy Jego karawana będzie tędy przejeżdżać, usłyszycie bęben oznajmiający Jego przybycie. Ustawicie się rzędem, tak jak teraz, przed wjazdem do wioski, twarzą do drogi. Każdy mężczyzna, każda kobieta i dziecko. I złożycie pokłon. Niski pokłon, by On nie widział waszych twarzy. Każda głowa, która się nie pochyli przed naszym Uśmiechniętym Słońcem, zostanie dodana do zbioru – ostrzegł, wskazując na czarne od zaschłej krwi worki zwieszone z końskich siodeł, nad którymi krążyły roje much.
W jednej z wiosek rozległy się głośne krzyki – z niewielkiej chaty wyciągano zapłakaną dziewczynę.
– Ta zdrajczyni schowała się pod podłogą, ojcze! – krzyknął Paw.
Wszyscy wieśniacy wstrzymali oddech. I patrzyliśmy na rodziców tej dziewczyny, którzy przez to, że tak ją rozpuścili, sprowadzili zgubę na nas wszystkich. Jej bose stopy ryły bruzdy w rozgrzanej suchej ziemi, gdy ciągnięto ją przed księcia na osąd.
Matka próbowała bronić wleczonej córki.
– Ona się bała! – krzyczała. – Wybaczcie nam! Ona się bała!
Jej ojciec stał cicho z nisko pochyloną głową.
Pierwszy Zgroza bębnił palcami o pas wokół talii. Podniósł drżącą dziewczynę z klęczek, a potem spojrzał jej w oczy i poczuliśmy, jak wiatr zaczyna nas smagać coraz silniej, i byliśmy pewni, że to już koniec, że książę nie wybaczy nam tej obrazy i że wszystkich nas wtrącą w czeluście Weseliska. Niewysłowione szczęście, że nas oszczędzono. Na zawsze pozostanie dla nich tajemnicą, jaka łaska sprawiła, że Zgroza łagodnie odesłał dziewczynę w tłum, w roztrzęsione ramiona rodziców. Złowieszczy wiatr już cichł. Na ustach księcia pojawił się swobodny uśmiech.
– Nie będziecie mogli mówić, że Cesarz nie okazuje litości – oznajmił. – Ale w dniu przybycia Jego karawany ci, którzy nie stawią się na wyznaczonym miejscu, niech nie spodziewają się takiej łaski.
Potem odjechali. Konie stanęły dęba i puściły się galopem zaraz po tym, jak Zgroza skończył przemawiać, osłupiali ludzie stali w milczeniu, kilkoro zaniosło się kaszlem od tumanów kurzu spod końskich kopyt. Matka przyciskała dziewczynę do piersi, ojciec patrzył bezradnie, bo spisał córkę na straty. A żona już nigdy nie pozwoliła mi zapomnieć tej hańby. Nigdy więcej nie mogłem spojrzeć córce w oczy.
Nigdy nie pojęliśmy, dlaczego nas oszczędzono.
Powód był prosty. Ten sam, dla którego Pierwszy Zgroza przez wiele tygodni inspekcji był w takim dobrym humorze mimo żmudnego zadania. Ten sam, dla którego spiął konia ostrogami do szybszego biegu, aby wrócić do pałacu bez zwłoki, bez przestojów. Ten sam powód, o którym sobie przypomniał, gdy spojrzał w oczy tej dziewczynie i zobaczył, że są takiego samego koloru jak oczy jego ukochanego syna.
– Już pół roku, jak nas rozdzielono. Wiem, z dumą służy Tronowi. I zdaję sobie sprawę, jak ważną powierzono mu misję. Ale nic nie poradzę, że wolałbym, by nie musiał wykonywać tego obowiązku. By mógł dzisiaj jechać u mego boku. Bardzo trudno mi czekać, aż go do nas wrócą.
Dowódca Borsuczej Bramy, niski człowiek z cieniem zarostu na brodzie, nalał Zgrozie herbaty, zgodnie z etykietą, z całych sił starałem się opanować drżenie dłoni; z całych sił starałem się nie zrobić pod siebie.
– Jesteś troskliwym ojcem, panie – powiedział z pokornym uśmiechem, stawiając przed księciem lśniącą, czystą czarkę. – Oby wszystkich synów w tym kraju pobłogosławiono takimi ojcami jak ty.
Słowa pochlebcze, ale prawdziwe. Pierwszy Zgroza płakał z synami i śmiał się z nimi, a my z kolei obdarzaliśmy go niezachwianym oddaniem, jeżdżąc z nim w najdalsze zakątki kraju, zabijając każdego, kogo było trzeba. Ale on miał swojego ulubieńca. I okazywał to bez skrępowania.
– Za Juna – wzniósł toast dowódca, podnosząc czarkę w nadziei, że zadowoli gościa, którą to taktykę stosował ze znawstwem.
Zgroza ze łzami w oczach uniósł swoje naczynie.
– Za Juna.
Stuknęli się czarkami za Juna Ossę, dwudziestego piątego Pawia, który od sześciu miesięcy trzymał straż przed osławionymi Wilczymi Wierzejami w głębi pałacowych gór jako wyłączny obrońca Cesarzowej.
Jego ojciec otarł oczy, wzruszony ujrzaną w wyobraźni sceną: oto Jun samotnie trzymający półroczną wartę w zimnie i mroku tej przepastnej górskiej pieczary, za towarzystwo mający jedynie własny miecz, własne myśli i zawarte wierzeje, których strzeże. Ten obraz ciążył mu przez resztę dnia, aż w końcu później, już w obozie, pozostali synowie położyli dłonie na jego ramieniu, aby go pocieszyć, i przypomnieliśmy mu, że to już niedługo, a wtedy książę uśmiechnął się do swoich chłopców, wdzięczny za nich wszystkich.
Spinając konie ostrogami, jechali dalej na zachód i wypełniali zadanie, okazując rzadko spotykaną litość tym, których mijali. Zgroza dzielił myśli między obowiązki i rodzinę. Dokonując inspekcji, przeglądając niestarannie prowadzone zapiski i zadając pytania niekończącemu się ciągowi zlanych potem dowódców, myślał o synu. O Junie Pięknym Nożu, który pierwszy raz w życiu poderżnął gardło, gdy miał osiem lat. O Junie Krwawym Cieniu, co w pojedynkę wyśledził w lasach klan wędrownych bandytów Dorogo, którzy złupili święte skarbce wielmożnej pani Panjet, a żaden z nich nie był świadom, że ktoś na nich tamtej nocy polował, nawet kiedy po przedwczesnym świętowaniu jeden po drugim wykrwawiali się w ciemnościach. O Junie Niosącym Pochodnię, od której zajmowały się ogniem łany zboża, gdy szukał zdradzieckich psów zastawiających zasadzki na patrole na Łabędziej Drodze. Patrzyliśmy z domów, jak ten demon rzuca w pola pochodnie i nasze zbiory stają w płomieniach, a wśród kłosów palą się ci, których tam ukryliśmy. Jun o Wielu Zaszczytnych Tytułach, nadanych mu przez zaślepionego miłością ojca.
– Kiedy ostatni raz mój syn Jun tędy przejeżdżał – powiedział milczącej grupie wartowników przy Orlej Bramie – kilka wiosen temu… pamiętam, jak zauważył niedopuszczalną gnuśność wśród straży. Bałagan w kantynie, brud i nieład w koszarach. Jun ma do tego świetne oko. Słusznie zawstydził was za brak dyscypliny i przyrzekliście mu wtedy, że zaprowadzicie tu większy rygor. Uwierzyliśmy wam. – Przesunął dłonią po ścianie i pokazał brudny od kurzu czubek palca spoconym ze strachu istotom czekającym na wyrok. Nie musiał nic mówić. Wartownicy, a nawet ich dowódca, padli na kolana i wypolerowali każdy cal koszar, a on się uśmiechał, bo choć Cesarza kurz nie obchodził i nawet by go nie zauważył, dobrze, że ludzie nadal byli pod kontrolą mimo pogłosek o ros nącej w siłę rebelii.
Tak właśnie przebył ostatni odcinek drogi do stolicy, niosąc ojcu wieści, że kraj jest posłuszny i dobrze utrzymany przed Jego podróżą, oraz niecierpliwie wyczekując spotkania z ukochanym synem. Wtem słońce wyjrzało zza ciemnej chmury. Zachodnie szczyty gór, znane jako Paszcza, wystrzeliły jeszcze wyżej na spotkanie chmurom i słońcu. Pierwszy Zgroza uniósł głowę i zawył, Pawie zawyły z nim, a miejskie bramy otworzyły się na ich przybycie. Jeśli jednak Zgroza spodziewał się triumfalnych wiwatów na stromych ulicach Pałacowego Miasta, spotkało go rozczarowanie, bo w mieście panowała pełna napięcia cisza. Wszyscy strażnicy rozstawieni wzdłuż górskiej drogi byli tego dnia nadzwyczaj czujni i uważni – ale żaden nawet nie zwrócił uwagi na juki pełne odrąbanych głów, z którymi wracały tego dnia Pawie. Mniej nas zajmowało, kto wjeżdża pod górę, a bardziej, kto z niej zjeżdża – był wśród nas bowiem winowajca i przygotowywał ucieczkę.
Zgroza wciągnął nosem zimne, wysokogórskie powietrze. Wyczuł jakąś kwaśność, jakby zgniłych cytryn, i wiedział, że ojciec jest nie w humorze.
Wcześniej, kiedy podążali grzbietem ostatniego wzgórza, jeden z generałów z cesarskiej świty wyjechał im na powitanie i właśnie od niego książę się dowiedział, dlaczego w Paszczy panuje taki ponury nastrój. Generał nosił malowaną maskę dzika z kłami, obyczaj kazał bowiem, by na dworze całkowicie zakrywać twarz w obecności Cesarza. Patrząc odpowiednio wielkimi i pełnymi paniki oczami dzika, generał jednym tchem wyjaśnił, co się dzieje.
Jest to opowieść o kresie Księżycowego Tronu.
Którego upadek zaczął się właśnie od tego.
Wydarzyło się to, mówił generał, jeszcze przed świtaniem, nim mrok nieba na wschodzie zabarwił się fioletem, jeszcze nawet nim w wieży strażniczej o świcie zmieniła się warta. Ktoś włamał się do cesarskich pokojów – nie do wiary! – i wykradł ulubionego ptaka Cesarza z klatki z drewna sekwoi. Cesarz nie przyjął wtargnięcia ze spokojem.
– Nikt z nas nie ma do Niego dostępu – wyjaśnił generał. – Cesarz nie chce nawet słyszeć o jutrzejszej pielgrzymce, jeśli ptak się nie znajdzie, a winowajcy nie spotka sprawiedliwa kara.
– Czy przesunął mosty? – zapytał Zgroza.
– Przesunął, panie.
Zgroza potarł oczy.
– Pagody pałacu wznosiły się na wierzchołkach Gór Zachodnich, na każdym ich szczycie – opowiadała. Jej palce zamykały się i otwierały, zmieniając układ nitek. – Między szczytami biegł tuzin mostów z gładko ciosanego kamienia, łącząc pagody w zdumiewającą sieć. Mosty obracały się na olbrzymich osiach jak wskazówki zegara. Z kaprysu Cesarza i dzięki mocy Jego boskich darów mosty się przesuwały, a rozkład pałacu się zmieniał. – Palce babci zamykały się i z powrotem otwierały, a układ nici rodził się na nowo, zmieniając połączenia. – Dla obrony – wyjaśniła. – Odkąd tylko ród Cesarzy zasiadł na Tronie, dochodziło do prób skrytobójstw, a do pałacu usiłowali przenikać szpiedzy. W razie niebezpieczeństwa Cesarz rozkazywał obracać mosty tam, gdzie sobie życzył. Mógł w jednej chwili oddzielić cesarskie pokoje od całego świata i odizolować wrogów na samotnych szczytach.
Babcia spoglądała przez dziedziniec ku korytarzowi z rzędem okien, w którym słychać było głośne kroki twojego ojca.
– Większość tych mostów wzniósł ostatni z Cesarzy. Mówią, że zmieniał ich kierunki częściej niż którykolwiek z jego poprzedników. A wiesz dlaczego? – Kiedy kręciłeś głową, babcia odpowiadała niemal wesołym szeptem: – Ze strachu. – Usłyszałeś odgłos zatrzaskiwanych drzwi. Silnik samochodu zaczął gniewnie burczeć. Twój ojciec odjeżdżał, a czerwona nitka odplątywała się z wiotkich palców babci i przechodziła na twoje dłonie, kiedy zamykała nad nimi swoje. – Bał się śmierci.
– Wszystkie mosty są rozłączone – oznajmił generał. – Do pokojów Cesarza nie ma dostępu, a połowa naszych ludzi utknęła na innych pagodach bez możliwości powrotu.
– To niedobrze – odparł Zgroza. – Jutro wyruszamy. Nie mamy czasu na napady złości. – Uśmiech księcia kazał generałowi przezornie cofnąć się o krok. – Mam więc nadzieję, że przedstawisz mi nie tylko problem, ale też rozwiązanie.
Po chwili wahania generał pokiwał głową. Czułem smród rozkładających się głów w jukach u siodeł jego synów. Z oczu pod maską płynęły mi łzy.
– Tak, mój książę. Istnieje pewne rozwiązanie. I za twoim pozwoleniem sięgniemy po nie.
Książę udzielił pozwolenia. Nie minęła godzina, a Pierwszy Zgroza zasiadł wśród innych możnych w trybunale ustawionym w półkręgu wokół człowieka wybranego przez nich na tego, który poniesie karę za zbrodnię, w nadziei, że gdy ktoś – ktokolwiek – zostanie ukarany, Cesarz powściąg nie gniew i mosty wrócą na właściwe miejsca.
Wybrali właśnie mnie. Oskarżony stał pośrodku sali na niewielkim podeście dla suplikanta, jak człowiek, którego za chwilę mają zepchnąć z tratwy do morza. Był to starszy mężczyzna, ciało miał przygarbione. Nosił malowaną maskę uśmiechniętego gekona. Przez trzydzieści trzy lata polerowałem porcelanowe wazony i podlewałem lilie wieczornice w wiszących ogrodach. Pracowałem po cichu, pilnowałem własnych spraw i w przeciwieństwie do innych sług nie zajmowałem się plotkami ani gdybaniem na temat zachowania Cesarza w ostatnich kilku miesiącach. Przez trzydzieści trzy lata budziłem się przed pierwszym pianiem koguta i szedłem spać długo po tym, jak gasła ostatnia świeca w Jego cesarskim oknie. Ciałem i duszą oddany byłem sumiennemu czyszczeniu draperii i rozkładaniu wyśmienitych specjałów na misternie rzeźbionych tacach. Rezygnowałem z nadarzających się okazji, by znaleźć miłość lub by zdobyć korzyści, ponieważ moi rodzice nauczyli mnie, że na tym świecie nie ma nic ważniejszego niż lojalność. A wtedy – a wtedy – pięciu Mędrców zza długiego stołu w drugim końcu sali odczytało mu fałszywe zarzuty w bezdusznym porządku, z wszelkimi szczegółami, Pierwszy Zgroza zaś był w tym czasie zajęty cichą rozmową o sprawach wagi państwowej z innym dygnitarzem. Mężczyznę oskarżono o to, że wemknął się do królewskiego salonu, wykradł ulubionego ptaka Cesarza i ukręcił ptaszkowi głowę z czystej złości, a w końcu wyrzucił go przez balustradę w przepaść, uniemożliwiając tym samym zwrócenie martwego ciała ptaka jego prawowitemu właścicielowi. Pierwszy z Mędrców wycedził z teatralną pogardą:
– Przez trzydzieści trzy lata służyłeś Tronowi.
A potem pewnego dnia nagle byłem skończony.
Oskarżony zaniósł się tak głośnym szlochem, że możni członkowie trybunału niezręcznie poruszyli się na krzesłach. Ale jak miałem nie szlochać, skoro każdy inny sługa i każdy wielmoża, któremu służyłem, złożył przed Mędrcami świadectwa potrzebne, by mnie potępić. Na pamięć swoich babek przysięgali, że nie widzieli mnie cały ranek. Że już od dawna narzekałem na swoją pozycję. Że miałem motyw. A cały ten spektakl był odgrywany przed żółwiem zajmującym miejsce na swoim podeście.
Spojrzenie żółwia padło na Pierwszego Zgrozę.
– Uśmiechnięte Słońce życzy sobie poznać twoje myśli – powiedział żółw i zachichotał jak szaleniec. – Na podstawie wszystkich przedstawionych ci dowodów, w którą stronę skłania się twoje serce?
Zgroza spojrzał na stworzenie będące przedstawicielem jego ojca, a potem opuścił wzrok na oskarżonego, który stał jak zbity pies pośrodku sali. Trzydzieści trzy lata. I bez chwili wahania orzekł:
– Moje Uśmiechnięte Słońce, ten człowiek jest winny.
Oskarżony zapadł się w sobie.
Po co? – zapytałem.
Po co.
– Uśmiechnięte Słońce życzy sobie, byś wiedział, że cię pamięta – przekazał żółw oskarżonemu. – Pamięta, że kiedy Jego ojciec zasiadał w trybunale, ty dawałeś Mu słodycze za plecami Jego piastunki.
Winowajca na podwyższeniu potwierdził, że to prawda. Dawałem mu laseczki ze słodzonego ryżu, zawinięte w natłuszczone liście bananowca. Był synem Cesarza, ale był też dzieckiem, które się nudziło i było samotne.
– Robiłem to z ochotą, moje Uśmiechnięte Słońce! – krzyknął.
– Dlatego tym większa hańba, że masz serce przeżarte chorobą. – Żółw odwrócił głowę. Zachichotał płaczliwie. – Obyś znalazł spokój w Morzu Śpiącym.
Strażnik dobył miecza. Mężczyzna wstał – chciałem ich zaklinać, oddałbym wszystko – rękami sięgnął do twarzy, by zdjąć maskę, by błagać trybunał spojrzeniem oczu pełnych łez, ale jego krzyk ucięło szybkie i gwałtowne ścięcie głowy. Strumień krwi bryznął na czarne deski podłogi. Głowa przestała się toczyć tuż przed półkręgiem wielmożów. Maska gekona uśmiechała się pusto do mężczyzny, który przyciskał do nosa chusteczkę, bliski omdlenia. A kiedy czerwona fontanna już przestała tryskać, ciało obaliło się z bezwładnie rozrzuconymi rękoma i nogami. Resztka życia opuściła je przez drgający mały palec prawej dłoni.
– Skończyliśmy – stwierdził żółw.
Możni z trybunału ucałowali posadzkę, dotykając do niej czołami.
Gdy mosty z łoskotem wracały na dawne miejsca, trupa tego człowieka wyciągnięto za buty przez otwarte drzwi, moje ciało wyrzucono przez balustradę mostu w nieznaną przepaść, bez tabliczki na szyi, bez modlitwy, a tymczasem Zgroza przedostawał się już na drugą stronę, nie czekając nawet, aż most z jękiem przestanie się obracać. Nie zwalniając kroku, założył na twarz kunsztownie ciosaną maskę Pawia, nawet książęta nie byli bowiem zwolnieni z nakazów cesarskiego edyktu, i wszedł przez niemal bezgłośnie rozsuwające się drzwi do cesarskiego salonu, gdzie odczekał chwilę, aż odzyska nad sobą panowanie, a następnie oznajmił swoje przybycie – co pozostało bez odpowiedzi. Głośno przeprosił i wszedł głębiej. Widział woskowane niskie stoły, zwoje pergaminów wetkniętych równo w przegródki w kształcie rombów, przepych zasłon z kosztownej tkaniny induun, wytrzepanych i wyprasowanych. Aż trudno uwierzyć, pomyślał, że było tu jakieś włamanie, bo jedyny jego dowód stanowiła wisząca bezużytecznie w rogu salonu pusta klatka dla ptaków.
– Jak widać, nigdzie nie jest bezpiecznie – odezwał się ktoś chrapliwym głosem. – Nawet w moim domu.
Magaam Ossa, Ósmy Cesarz Księżycowego Tronu, Ojciec Pierwszego, Drugiego oraz Trzeciego Zgrozy, siedział z wydętymi ustami w swoim ulubionym fotelu.
– Dobrze cię widzieć, Ojcze – przywitał go Zgroza. Ukląkł i przywarł dziobem maski do wychudłej dłoni ojca.
– Tak? – zapytał Cesarz.
Wyniośle patrzył na syna małymi oczami bez życia, wzywając go do odpowiedzi. Na jego dłoni, nadal trzymanej przez księcia, widać było grube żyły jak martwe węże na wolno płynącej rzece. Zgroza chciał jednocześnie zgnieść tę dłoń na miazgę i ją utulić.
– Wiem, że miałeś dziś ciężki dzień – powiedział – ale przynoszę dobre wieści o Twojej jutrzejszej podróży. Lud…
Ręka ojca wyślizgnęła się z jego dłoni. Zgroza patrzył, jak Ósmy Cesarz, odziany w najczarniejszą z szat, podchodzi do okna balkonu niczym wdowiec w żałobie.
– Było mi ogromnie przykro, gdy usłyszałem o Twoim ptaku – odważył się dodać Zgroza. – Zdaje się, że zbyt długo mnie tu nie było. Nie wiedziałem, że miałeś nowego ulubieńca.
– W jaki sposób ty i inni dygnitarze zdecydowaliście, komu ściąć głowę? – zapytał Cesarz.
Zgroza się zawahał.
– Odkrywając, kto był winien, panie.
– Nie jestem mandoliną. Nie próbuj na mnie wygrywać swoich melodyjek.
Z końca sali dobiegł stłumiony chichot. Książę zerknął na żółwia leżącego na wysokiej poduszce przy stoliku do pisania. Żółw odpowiedział mu hardym spojrzeniem, od którego jeżyły się włosy.
– Wybrano pierwszego z brzegu – przyznał Zgroza.
– W jaki sposób?
– Każdemu ze sług, którzy odwiedzali Twoje pokoje w ostatnich dniach, przypisaliśmy numer. Jeden z generałów rzucił kostkami. – Kiedy Cesarz ponuro się zaśmiał, słysząc to wyjaśnienie, książę spojrzał na ojca, niedostrzegalnie mrużąc oczy. – Czyli wiedziałeś. Wiedziałeś, że ten człowiek był niewinny.
Cesarz podszedł przez salon do pustej klatki. Bawił się w palcach haczykiem, zamykał klatkę, otwierał, a gdy Zgroza przyglądał się ojcu, który wydawał się dużo starszy niż zaledwie kilka miesięcy temu, mógł śmiało przyjąć, że nie doszło do żadnej kradzieży – że ten starzec po prostu zapomniał wczoraj zamknąć klatkę na noc i ptak sam, bez niczyjej pomocy, wyfrunął przez okno balkonu. Że zabito mnie przed trybunałem jedynie po to, by złożyć ofiarę Jego dumie.
– Ostatecznie to nie ma znaczenia – stwierdził Cesarz, zamykając klatkę na dobre. – A teraz opowiedz mi o moim kraju.
Napili się razem herbaty. Zaparzył ją Zgroza. Kiedy gotował wodę na ogniu, jego ojciec siedział dalej posępny i wycofany, Jego podkrążone oczy dawały świadectwo, jak słabo sypia. Książę, w nadziei na poprawienie ojcu humoru, opowiadał Mu, że posterunki na Górnej Drodze są utrzymywane w znakomitym porządku. Że ataki bandytów zdarzają się rzadziej niż za czasów Jego dziada. Nie wspomniał, że zupełnie odwrotnie mają się sprawy na Dolnej Drodze. Że na tym niepatrolowanym szlaku ludzie częściej niż przedtem padają ofiarami złodziei i zabójców. Jakiś człowiek zatrzymał mnie, kiedy szedłem do wioski mojej siostry. Mówił, że potrzebuje pomocy w popchnięciu wozu, który utknął tam, za drzewami. Owszem. Dałem się nabrać. Miałem tylko trzy kopany przy duszy. Nie wiem, czego się spodziewał. Ale i tak rozpruł mi brzuch. Tak, zapewniał Zgroza, kraj rozkwita.
– Budowę floty na wschodnim wybrzeżu ukończono przed kilkoma tygodniami. Każdy okręt ma w załodze najlepszych żeglarzy w całym kraju. – Nie wspomniał, że flota kosztowała trzy razy tyle, ile szacowano, i że Tron jest teraz zadłużony u Pięciu Rodów, od których nabywano surowce. Zapewnił ojca, że wszystko jest gotowe na jutro, a lud bije się o to, by zobaczyć przejazd Jego karawany. Nie wspomniał, że ludzie są głodni, że z powodu Lata Bez Końca ich ciała leżą przy drogach, z wyschniętymi gardłami, spalone słońcem. Że nasze dzieci piją wodę z pól ryżowych i puchną od choroby. Powiedział wszystko, co ojciec potrzebował usłyszeć. Ale jego lukrowane słowa nie zdołały poprawić podłego nastroju ojca, przez który ostatnio coraz bardziej zamykał się w sobie.
Cesarz odstawił herbatę. Potarł zapadłe oczy. Nie obchodziły go posterunki ani bandyci, ani lud.
Opowiedział o jedynej rzeczy, którą ostatnio potrafił się przejąć.
– Miałem wczoraj kolejny sen. Żywszy niż wcześniejsze. – Zamknął oczy, żeby przywołać tę wizję, a jego syn teatralnie okazał zainteresowanie. – Tygrys trzymający w pysku gałąź wiśni wyłonił się z krzewu w moim prywatnym ogrodzie. Szedłem za nim przez zarośla, przez łąkę, a nawet przez morze. Stąpałem po wodzie jak po twardej ziemi. – Cesarz opowiadał o tygrysie z trwożną powagą. Wiadomo było, że tygrys i gałąź wiśni są symbolami długiego, dostatniego życia. Twoja babcia wyszyła tę gałąź na ubraniu swojego ojca, co służyło tobie i twoim braciom jako jedyne wytłumaczenie, dlaczego ten zaśliniony staruszek w bujanym fotelu jakimś cudem ciągle żyje – musi być jakieś ziarno prawdy w tym, co mówią o tygrysach i gałęziach wiśni, ponieważ twój pradziadek, twój pradziadunio, jak o nim mówiliście, z nadal nieznanego wam powodu nie chciał umrzeć, pomimo masy chorób i przypad łości starczego wieku.
O odrzuceniu śmierci i o życiu długim ponad miarę – o tym były sny, intensywne i wszechogarniające, które ostatnimi czasy prześladowały Cesarza obietnicami z innego świata i które natchnęły Go do Świętej Pielgrzymki. Niosły wizje i omeny, nakazujące Mu wyruszyć w podróż przez morze do nowych ziem, aby znaleźć klucz do drzwi dotąd zamkniętych przed wszystkimi ludźmi, nawet przed tymi, którzy zrodzili się z bóstwa.
Aby znaleźć sekret do życia wiecznego.
Nie wybierał się w podróż, by poznać poddany Mu lud. Pielgrzymka była raczej sposobem na zdobycie wystarczających środków na długą podróż za morze i jeszcze dalej – dokądkolwiek miała zaprowadzić.
– Sądzisz, że to znajdziemy? – zapytał cicho syna. – Tam za kanałem, za Wielkim i Bezkresnym Morzem?
Zgrozę zaniepokoił niepewny ton ojca w przededniu podróży. Przecież pod nieobecność Cesarza to on miał rządzić w Jego zastępstwie i poczynił już wiele planów na urządzenie cesarskich pokojów, w których teraz się znajdowali.
– Za wodą znajdziesz to, czego szukasz – zapewnił ojca, kurczącego się starego człowieka. – Na nowych ziemiach odnajdziesz sekret wiecznego życia. Tak mówią Twoje wizje, tak się zatem stanie, ponieważ jesteś Słońcem, w którego promieniach znikają cienie wszelkiej niepewności. Czyż nie tak? – Ujął ojcowską dłoń. – Ojcze? Nie tak?
– Tak, właśnie tak – odparł Cesarz głosem drżącym z emocji. – Masz rację, jest, jak mówisz.
– Cieszę się – odparł książę. – Pożegnałeś się już z Matką? Jutro nie będzie na to czasu.
Na ułamek chwili twarz Cesarza przybrała tajemniczy wyraz, którego Jego syn nie potrafił odczytać. Ale potem ów zagadkowy grymas zniknął. A Cesarz pokręcił głową.
– Odwiedzę Ją później, po mojej ostatniej przemowie.
– Dobrze. A czy mógłbyś potem dać znać mojemu synowi, że tu jestem i że z niecierpliwością czekam, aż się jutro spotkamy…?
– Tak, tak – wymamrotał Uśmiechnięte Słońce – przekażę mu, jeśli będę pamiętał.
– Jak on się miewa? – zapytał książę. – Kiedy ostatni raz tam zaszedłeś, czy był w pełni sił i zdrowia?
– A skąd miałbym wiedzieć? Jego zdrowie mnie nie zajmuje.
– Rozmawiałeś z nim? Jest zręcznym rozmówcą. Może jutro moglibyście we dwóch…?
– Wystawiasz moją cierpliwość na próbę, synu.
Paw skłonił głowę.
– Najmocniej proszę o wybaczenie, moje Uśmiechnięte Słońce.
Cesarz zapadł się w fotelu. Odsunął czarkę.
– Zawsze wiesz, jak popsuć mi humor – burknął. – No, dobrze – westchnął. – Powiedz, co mnie jutro czeka. Opowiedz mi o podróży. Niechaj mnie nie zaskoczy żadna niewiadoma.
Książę gorliwie spełnił prośbę, nie chciał ojca zirytować, w dodatku tuż przed końcem.
– Opowiem Ci o wszystkim, co się wydarzy jutro i w następnych dniach. Opowiem Ci o Twojej pielgrzymce.
– Mów więc, synu. – Ostatni władca na Księżycowym Tronie jeszcze raz zamknął oczy. Jego wyczerpane bezsennością ciało było teraz ciepłe i ciężkie od herbaty. – I niech twoje słowa będą tak słodkie jak ten napój w czarkach.
Jutro, Ojcze, rozpoczniesz najważniejszą podróż w Swoim życiu. Z pierwszym słodkim tchnieniem świtu wyruszysz karawaną na wschód, na wybrzeże, gdzie na Twoje przybycie czeka flota wyprawy, aby zabrać Cię do krainy Twoich słynnych snów.
Jesteś tak blisko boskości.
Podróż na wybrzeże zajmie pięć dni. Na malowniczej Górnej Drodze będziesz cieszył oczy najwspanialszymi widokami, obdarowywany tym, co najlepsze z pięciu prowincji, gdyż lud, który nadal uważa, że wyprawiasz się na zwykłą duchową pielgrzymkę, przybędzie, aby ofiarować Ci swoje najwspanialsze dary.
Pierwszego Dnia ofiarują Ci najdoskonalsze zbiory. Zasiądziesz do wspaniałej uczty, smakować będziesz wonnych herbat i spoczywać na najbardziej miękkich ryżowych poduszkach podczas uroczystości na wielkim dziedzińcu przy Małpiej Bramie, gdzie ugoszczą Cię wielmożny pan Yinn i wielmożna pani Panjet.
Stamtąd, po nocy pełnej uciech, udasz się na wschód, do Misy Niebios. Na jej kryształowo czystych wodach spędzisz Dzień Drugi, delektując się wybornym smakiem połowów z Tysiąca Rzek i zażywając wygód na pokładzie łodzi spacerowej mojego brata. Jak dobrze wiesz, mam swoje zdanie o tym, jak Luubu się prowadzi, ale zawsze wysoko ceniłem jego talent do podejmowania zaszczytnych gości i jestem pewien, że wyprawi dla Ciebie przyjęcie tak świetne, że zaczniesz rozważać rezygnację z podróży.
Trzeciego Dnia pozostaniesz w Misie, gdzie dokonasz objazdu tkalni wielmożnego Induuna i oglądał będziesz najwspanialsze gobeliny oraz najbardziej puszyste, najdelikatniejsze dywany, z których każdy utkano właśnie na tę okazję. Ich wzory będą opowiadać dzieje Twojego długiego panowania. Kobierce te zabierzesz ze Sobą w daleką podróż. Będą Ci przypominać rodzinną krainę.
Czwartego Dnia droga Twojej pielgrzymki prowadziła będzie przez kamieniołomy wielmożnego Waaga. W rozpękniętej ziemi pokażą Ci czarną jak noc rudę, z której powstaje nasza najwspanialsza broń. Odwiedzisz kuźnie, gdzie ofiarują Ci miecz ostrzejszy niż wszelkie dotąd wykute. Niechaj ten miecz strzeże Cię w podroży przez tajemnicze, dzikie i nieznane ziemie.
A na koniec, Dnia Piątego, Dnia Ostatniego, dotrzesz do Boskiego Miasta na końcu świata. Z nadmorskiej skały będziesz podziwiał zachwycający widok na Wielkie i Bezkresne Morze. Na głównym placu zasiądziesz do obejrzenia wspaniałego występu i aż do kresu dnia będziesz cieszył oczy tańcem najświetniejszych tancerzy. Tylko od Twojej woli zależy, czy dokonasz inspekcji Weseliska. Nikt nie będzie miał Ci za złe, jeśli postanowisz je ominąć.
W końcu zajdzie słońce, a Ty i Twoja świta wstąpicie na pokład okrętów, załadowanych owocami tej krainy, zapasy których wystarczą na przyszłe lata, a gdy załoga podniesie żagle, wypłyniesz na spotkanie Swojej największej przygody. Do nowej ziemi.
Gdy statek będzie odbijał od brzegu, Ojcze, odwrócisz się i zobaczysz nas wszystkich, jak stoimy na skale i żegnamy Cię, gdy odpływasz w bezkres ku zachodzącemu słońcu. Na tle mroczniejącej purpury wieczornego nieba wybuchać będą sztuczne ognie. I w głębi serca będziesz wiedział, że choć znajdziesz się daleko, pamięć o Tobie nie zagaśnie – w dniu, w którym powrócisz, pokonawszy śmierć, ta kraina przyjmie Cię jak zawsze: z ciepłem, miłością i najgłębszą dumą.
Nie ma się czego obawiać, moje Uśmiechnięte Słońce. Fortuna niezmiennie sprzymierza z Tobą swoje zastępy. Ja będę trwał w pałacu jako zarządca Twych ziem i każdego dnia bez wyjątku będę przewodził ludowi w żarliwych modlitwach o Twą bezpieczną podróż, i podtrzymywał będę ogień w palenisku, aż wrócisz i je przejmiesz.
– Zaiste Twój syn cię miłuje, moje Uśmiechnięte Słońce.
Ojciec i syn spojrzeli przez salon na żółwia, leżącego na kocach w rogu. Książę ze wstrętem odwrócił wzrok od olbrzymiego stworzenia, które za woalami z najzwiewniejszej tkaniny induun zanosiło się szalonym rechotem, wypełniającym pokój jak gaz z pękniętej rury.
Twoja babcia trzymała telefon przy uchu, a w drugim pokoju grało radio. Twierdziła, że oba przedmioty służą za dobre porównanie.
– Były nastawione na pewien kanał. Miały dostęp do świata, którego nie widzimy. Wyczuwały woń nastrojów, smak pobudek. I mogły porozumiewać się ze sobą na wielką odległość.
W radiu prezenter opisywał w szczegółach najnowsze zwycięstwo: wzdłuż wybrzeża grzmiały działa, samoloty podrywały się w powietrze jak kaczki, unicestwiano bataliony wroga.
– Wielką moc miały te stworzenia – ciągnęła. – Ale wiązało się z nią też pewne szaleństwo – westchnęła, a telefon dzwonił dalej. – Nic dziwnego, że Tron tak często je wykorzystywał.
– Dlaczego nam przerywasz? – zapytał.
Chichot ucichł.
– Dowódczyni Tygrysiej Bramy chciałaby potwierdzić, czy Twój syn odwiedzi ją jutro, by wypić z nią herbatę, moje Uśmiechnięte Słońce – oznajmił żółw.
Cesarz zwrócił się do księcia.
– Myślałem, że jutro wyruszysz z moją karawaną.
Książę milczał, ostrożnie dobierając w myślach słowa odpowiedzi.
– Pomyślałem, że będzie roztropnie, gdy pojadę Dolną Drogą z karawaną odbierającą dary, aby upewnić się, że pomyślnie rozpocznie drogę. Sądzę, że to niewielkie poświęcenie, brak mojego towarzystwa przez jeden dzień, a w zamian za to dopilnuję, by właściwie przewożono towary na Twoją długą podróż.
Cesarz nie był zadowolony, ale jak zwykle trudno Mu było odmówić synowi pewnej słuszności.
– A co to za sprawa z tą herbatą?
Książę nieznacznie wzruszył ramionami.
– Napiję się herbaty ze znajomą, nic więcej.
Żółw głośno węszył w powietrzu, a zaraz potem zaniósł się śmiechem, jakby wyczuł od księcia łaskotliwą woń pożądania.
– Ze znajomą i nic więcej – mruknął, głęboko rozbawiony. – Ze znajomą i nic więcej.
– Potwierdź, że przyjedzie, żółwiu – polecił Cesarz.
– Tak jest, moje Uśmiechnięte Słońce.
Zwierzę nagle uniosło głowę i naprężyło długą, wysuniętą szyję.
Myślisz o swojej babci przy telefonie, zgarbionej i czekającej, aż odbierze telefonistka w centrali. Dryyyyyń dryyyyyń.
– Dryyyyyyń – czasem śpiewała do wtóru.
Zawsze dzwoniła do domu – nie do twojego domu, ale do tego za morzem, skąd pochodziła twoja rodzina – aby powiadomić krewnych, że wszyscy są bezpieczni i że prawie nie zauważacie wojny. Telefon dzwonił, a ona ocierała ślinę z warg pradziadunia. Przepędzała koty z pokoju. Nuciła pod nosem, przestawiała garnki i talerze w kuchni. Czekała.
Jeden z twoich starszych braci, którego ciekawiły podobne sprawy, próbował wam wyjaśnić, jak działa telefon. Opowiadał, że gdzieś, w centrali, siedzi kobieta i wpina kable w gniazdka.
– O, tak – mówił, przesadnie naśladując gesty telefonistki, aż parsknąłeś śmiechem.
I tak samo było z żółwiami: jeden wysyłał sygnał, uzyskiwał połączenie, a wtedy drugi odbierał. Proste. Chociaż czasem co rozsądniejszy strażnik czy posłaniec spoglądał na te stworzenia i zastanawiał się, kto obsługuje centralę.
Na południowym wschodzie, na szczycie wieży strażniczej, ponad łoskotem wozów jadących przez zakurzony dziedziniec, żółw w punkcie kontrolnym przy Tygrysiej Bramie uniósł głowę i naprężył długą szyję podobnie jak jego brat w Pałacu. Odebrał przekaz, kiwnął głową. A wartownikowi czekającemu na jego słowa powiedział:
– Potwierdza się przyjęcie zaproszenia na herbatę, jutro, u Dowódczyni.
W tamtych czasach trudno było się pozbyć przezwiska. Wypalało na człowieku piętno trwale jak rozżarzone żelazo na krowim boku. Niektóre przezwiska pielęgnowano. Tym, którzy je nosili, dawały pewien rodzaj ochrony w kontaktach z innymi, czasem stanowiły ostrzeżenie, czasem służyły zmyleniu rozmówcy. Tak właśnie było w przypadku dowódczyni posterunku przy Tygrysiej Bramie, Uhi Arai, która w kręgach hierarchii wojskowej znana była najczęściej jako Araya Pijanica. Wielmożna od Flaszki. Przekrwiona Dama. Trunkowa Panienka. Była jowialną kobietą niskiej, krępej postury, lubiła wygody, dochrapała się swojej pozycji pomimo upodobania do trunków, a bywało, że i za jego sprawą, i w krótkim czasie stała się nadzorczynią pierwszego posterunku na okrytej złą sławą Dolnej Drodze. Ta wpływowa funkcja dawała jej wiele korzyści. Zawsze zastanawialiśmy się, jak zaszła tak wysoko – jakie miała koneksje. Araya powszechnie znano jako osobę skorą do śmiechu, a jeszcze bardziej do częstowania łykiem czegoś, co wprawiało w dobry humor, ale pozbawiało sił – choć nie było również tajemnicą, że na boku przyjmowała łapówki i według kaprysu zawyżała należne podatki. Mówiła, że wyglądam dla niej podejrzanie. A potem nas zawróciła. Nawet nie oddała nam dokumentów. Taka była Araya. Albo też taką swoją stronę pokazywała światu. Bekającą i patrzącą zezem. Czasem zalotnicę, a czasem twardą sztukę.
Ale istniała też inna Araya, którą niewielu znało. Araya, która od samego początku pracowała na to, by osiągnąć coś prawie niemożliwego. I właśnie taka Araya rozsupłała teraz troki mieszka z trucizną w swojej wartowni, gdy dostała potwierdzenie, że nazajutrz przybędzie Zgroza. Nachyliła się i powąchała sproszkowaną w kamiennym moździerzu miksturę. Jej woń podrażniła nozdrza Arai, jakby wdychała słodkie iskry.
– Och – jęknęła z załzawionymi oczami i wydmuchała nos. Nie wiedziała, jak ma to wsypać do herbaty Pierwszego Zgrozy, by się nie zorientował.
Spojrzała na półki, szukając czegoś, co zakryje smak.
– Cholera – przeklęła, kiedy przewróciła stojący na blacie pełny kałamarz.
Tak twierdził jej kontakt, człowiek bez języka, pomylony geniusz znad szarych rzek, kiedy kilka tygodni temu wyrysował na jej drżącej dłoni plany opracowywane od miesięcy. Figurami, które skreśliłem na jej wilgotnej skórze, powiadomiłem ją, że nadszedł czas – że w końcu znaliśmy już terminarz i drogę Pielgrzymki.
Nadeszła pora, by pożreć cesarski ród.
Ktoś zapukał do drzwi.
– Dowódczyni – dobiegł stłumiony głos – przyszła dla ciebie wieść przekazana przez żółwia: wielmożna pani Jova z posiadłości Panjet chciałaby omówić twoją dostępność na uroczystości z okazji osiągnięcia przez jej córkę wieku pełnoletniego…
– Później, Raami – odburknęła, usiłując zetrzeć atrament z podłogi, ale z każdym ruchem tylko bardziej rozmazując go szmatą. – Jestem akurat… jestem w tej chwili zajęta.
– Tak jest, dowódczyni.
Jego kroki się oddaliły. Araya z westchnieniem rzuciła ociekającą szmatę do wiadra, wewnętrzną fałdą odzienia wytarła uwalane palce, a potem wróciła do kamiennego moździerza i leżącego obok niego woreczka.
Kruche liście wystawały z mieszka jak noże.
Zwyczajna trucizna nie powaliłaby członka cesarskiego rodu. Długa lista nieudanych skrytobójczych zamachów przez wieki władzy Księżycowego Tronu mówiła nam, że ich ciała, zrodzone z bóstwa, są odporniejsze niż nasze, bardziej śmiertelne ciała. Dobrze zapamiętaliśmy historię biednego głupca, który usiłował wsypać szczyptę Pocałunku Sędziego do ucha Trzeciego Cesarza – bezskutecznie. Cesarz obudził się tylko ze słabym bólem głowy, a potem kazał niedoszłego zabójcę ukarać. Do jego pleców przyszyto skórę jego dzieci i miał ją nosić do końca swoich dni, które spędził, przemierzając drogi tego kraju i głośno opiewając cnoty władcy.
Araya pamiętała. Dlatego jej ręce nie przestawały się trząść, kiedy ucierała miksturę w moździerzu na stole, aż proszek stał się jedwabiście gładki.
– To się nie skończy dobrze – westchnęła ze smutnym uśmiechem.
Szczypczykami dodała więcej liści.
Trucizna nazywała się idlit. Było to zioło rosnące wśród mchu w głębokich lasach, zbierane przez nieliczne stare plemiona, które jeszcze go tam pozyskiwały. Odcinaliśmy łodygi opalowymi nożami, ostrymi jak dowcip Somy, trzymaliśmy je dłońmi w rękawiczkach. Zwierzątka, które niefortunnie zjadły oleisty liść, padały w konwulsjach na wilgotne poszycie lasu, a te, które z miejsca nie straciły życia, leżały sparaliżowane na mchu, czekając, aż spośród zarośli w leśnej kotlinie wyłonią się większe stworzenia, które zwęszyły drażniącą woń ich bezsilności. Trucizny działające na głowę i na serce w najmniejszym stopniu książętom ani Cesarzom nie szkodziły. Ale trucizny wpływające na kości i na mięśnie mogły jeszcze coś zdziałać.
Liniami na dłoni dowódczyni dałem jej znać, że gdy Pierwszy Zgroza odwiedzi ją przy Tygrysiej Bramie, a ona, jak nakazuje obyczaj, będzie częstowała go herbatą, ma dosypać do jego czarki trochę tej urokliwej mikstury. Wcisnąłem w jej dłoń niewielki mieszek i pożegnałem się z nią ciepłym dotykiem. Zbyt wiele liści idlitu, a Zgroza swoim uwrażliwionym zmysłem bez wątpienia wyczułby jakiś dodany składnik i wtedy zabiłby każdego strażnika na posterunku, jeszcze nim paraliżująca substancja trafiłaby do jego krwioobiegu. Zbyt mało liści, a poczułby najwyżej lekkie mrowienie w kończynach. Może nabrzmiały wzwód, ale nie o taki efekt nam chodziło, szczególnie u mężczyzny znanego ze swojej jurności.
Na małe zwierzęta idlit działał natychmiast, ale gdy ludzie przyjmowali go z zaparzoną herbatą, paraliż następował dopiero po podwieczorku. Powiedziałem Arai, że musi dopilnować, by Zgroza wkrótce po przyjęciu trucizny opuścił posterunek. Substancja paraliżująca bezwzględnie musiała zadziałać dopiero wtedy, kiedy będzie już daleko na wschód za Tygrysią Bramą – dostatecznie oddalony od granic miasta, by jego ludzie nie mogli pośpieszyć mu z pomocą.
Powiedziałem jej, że im więcej Pawi zjawi się na herbacie, tym lepiej, ale jeśli pić ją ma tylko jedna osoba, to musi być właśnie ON – a herbata ma być najlepszej jakości, aby dopił ją całą. Inaczej tych, którzy urządzili zasadzkę na karawanę, rychło czeka rzeź.
– On trwa przy życiu – wyszeptała, ucierając liście na proszek.
Była to codzienna modlitwa, którą zmawiała, kiedy czuła niepokój.
Niektórzy z nas, jej podkomendnych, usiłowali odgadnąć, kim jest ten „on” – wrzucaliśmy kopany do garnca – ja stawiałem na dawnego kochanka – ja na porzucone dziecko. Dokończyła przyrządzać proszek, a jego, tego z modlitw, widziała w myślach tak żywo jak w wizji tuż po przebudzeniu. Pociągnęła z flaszki, aby uspokoić nerwy. Zaparzyła próbny czajniczek herbaty i podała wyimaginowanemu gościowi. Wyobraziła sobie, że on na nią patrzy jak sokół na pierzchającego gryzonia, uważnie obserwowała ruchy nadgarstków przy nalewaniu. Wymyślała pytania, jakie mu zada, komplementy, jakimi go obdarzy. Był przystojny i lubił, gdy mu o tym przypominano. Uśmiechnie się do niego powściągliwie i powie, że każdy z jego synów to wykapany ojciec.
– Tak – powiedziała do pustej izby, napełniając czarkę aż po brzegi i uśmiechając się wdzięcznie do ściany. – Bez wątpienia masz słuszność. Dla naszego Uśmiechniętego Słońca to będzie cudowny tydzień. Tak. Ja też mam nadzieję, że będzie wspominał nas z czułością.
Herbata przelała się przez krawędź czarki.
Araya przeklęła cicho.
Jeszcze zanim opuściła nasze tajne miejsce spotkań, chwyciłem ją za rękę i przypomniałem, czym grozi porażka. Przypomniałem, że więzień Weseliska, na rzecz uwolnienia którego tak ciężko pracuje, pozostanie zakuty w łańcuchy w tym piekielnym labiryncie, a jej własne życie również będzie skończone. Że nie podejmiemy żadnych starań, by ją ocalić. Że najpewniej dokona żywota jako obdarta ze skóry ozdoba cesarskich pokojów. Araya głęboko westchnęła. A gdy wychodziła ze świątyni na spotkanie przeznaczeniu, modliłem się za nią: „Niechaj to dziecię wytańczy kroki Rytmu. Niechaj jej występ przyjmą z zadowoleniem duchy i mędrcy Morza Śpiącego. Niechaj dożyje dnia, gdy nasz kraj powróci w ręce swego ludu”. Modlitwa tańczyła w umyśle Arai, która siedziała z twarzą ukrytą w dłoniach, dopóki z zamyślenia nie wyrwało jej pośpieszne pukanie do drzwi jej wartowni. „Chwileczkę!” – odparła, chowając moździerz i o mały włos zgarniając gołymi dłońmi resztki suszonych liści, ale w ostatniej chwili się opamiętała i ścierką zmiotła truciznę z powrotem do mieszka. Otworzyła drzwi.
– O co chodzi? – zapytała podwładnego, po niej najwyższego rangą.
– Przepraszam, że przeszkadzam, dowódczyni – odparł młody Raami, kłaniając się sztywno.
– W niczym nie przeszkadzasz, wejdź. Co cię sprowadza?
– Sugowie – odparł. – Znowu nie dają spokoju kalece.
Araya westchnęła – jak szybko myśl o jutrzejszym zabójstwie gdzieś się rozwiała. Raami powiedział dowódczyni, że jeśli sobie życzy, on zajmie się tą sytuacją, bo kiedy na nią spojrzałem, na kobietę, za którą byłem gotów umrzeć, wydała mi się zmęczona, pokonana – i czułem, jakbym ją zawiódł. Ale ona powiedziała, że nie, nie, ona sama pójdzie.
– Poza wszystkim, to należy do moich obowiązków – dodała gorzko.
Dowódczyni wybiegła ze swojej wartowni w ostre południowe słońce, aby rozprawić się z gromadzącym się tłumem strażników ociągających się z inspekcjami, przez co wydłużała się kolejka podróżnych usiłujących przejechać jeszcze przed zmierzchem. To ciało natomiast pragnie ci teraz objaśnić naturę posterunku, nad którym pieczę sprawowała Araya Pijanica.
I były wszędzie. Na głównych drogach. W wąwozach. Przy skalnych ścianach. Na odludziach między nicością a pustką. Wszędzie, gdzie trafiało się jakiekolwiek przewężenie, które można było pokonać jedynie biegnącą nim wąską drogą, stała masywna brama z twardego drewna, z linami na wielokrążkach. Posterunki służyły pobieraniu myta i sprawdzaniu papierów. Fortece te były nadzorowane przez żółwie, oczy Cesarza, który ogarnięty paranoją podeszłego wieku, rozkazywał wznoszenie coraz większej liczby takich budowli w całym kraju.
Posterunki przypominały punkty kontrolne z twoich czasów. Pamiętasz, jak jechałeś z rodziną pociągiem do jednej z prowincji na północy, w odwiedziny u dalekich krewnych, kiedy nagle wasz pociąg się zatrzymał na posterunku granicznym na kontrolę bagaży. Siedziałeś, wstrzymując oddech, a żołnierze gwałtownymi szarpnięciami zdejmowali torby z pó łek nad głowami pasażerów, jakby ściągali nieposłuszne dzieciaki z gałęzi drzewa. Aż się krzywisz na wspomnienie rozdzieranego płótna i otwieranych siłą zamków. Z kamiennymi minami grzebali kijami w bagażach. Zapadł ci w pamięć funkcjonariusz w surowym niebieskim mundurze, pucołowate policzki miał rumiane, jakby właśnie napił się wina. Pamiętasz wyraźnie, jak wyrwał dokumenty z rąk babci. Pamiętasz, jak jej pierś unosiła się gwałtownie i szybko. Myślałeś wtedy, że coś jej się stało, że jest chora, ale byłeś jeszcze mały – nigdy wcześniej nie widziałeś jej zdenerwowanej.
W wagonie tuż przed waszym jakiś człowiek podniósł krzyk, a jego bezradne wołania cichły, gdy wyprowadzano go z pociągu. Nie widziałeś go, nawet kiedy razem z braćmi przyciskaliście nosy do szyby, ale przez wiele lat potem wyobrażałeś go sobie, zawsze z inną twarzą, bo tak naprawdę to mógł być każdy.
– Dziękuję – powiedział funkcjonariusz w niebieskim mundurze, rzucając dokumenty na kolana babci i podchodząc do kolejnego pasażera. Babcia schyliła się, żeby podnieść papiery, które upadły na podłogę. Ty i twoi bracia przyglądaliście się, jak ten człowiek idzie wzdłuż przejścia, aż w końcu babcia warknęła na ciebie, żebyś przestał się gapić. Myślałeś, że uczy cię uprzejmości, co było jej zadaniem. Ale nie tamtym razem. Tamtym razem uczyła cię, jak przeżyć.
Odnosiło się to też do ludzi z czasów przed pociągami i radiem. Ci, którzy jechali nieutwardzoną Dolną Drogą, zdawali sobie sprawę, że to może być ostatnia podróż w ich życiu. Zabieraliśmy dwa razy więcej wody, niż było potrzeba. Nigdy nie podróżowaliśmy samotnie. I nigdy nocą. Owszem, znalazło się kilku desperatów, którzy próbowali w pojedynkę przebyć Dolną Drogę. To właśnie ich martwe, spieczone słońcem ciała stanowiły większość trupów ukrytych w zaroślach i na polach ryżowych, ograbionych z kosztowności, nawet z zębów, które można było sprzedać za niezłą cenę w zależności od ich połysku i od tego, komu się sprzedawało. A jeżeli bandyci nie poderżnęli ci gardła, padałeś ofiarą dzikiej leśnej zwierzyny, a jeśli nie zwierzyny, to palącego słońca i szmatu drogi przez pustkowia, z ostatnim bukłakiem już opróżnionym suchymi spierzchniętymi ustami, mówiłem sobie, że tylko chwilę odpocznę pod tamtą skałą, w jej chłodnym cieniu, tylko chwilę, i dopiero wtedy odkryłem, że chwila może trwać do końca życia. I jeśli nawet jakimś cudem ktoś pokonał te wszystkie niebezpieczeństwa, kres mógł dla niego nadejść tuż przed celem podróży, kiedy przeprowadzał umęczonego konia przez bramę niektórych posterunków, gdzie zajmował się nim wartownik, najwyżej piętnastoletni, w paskudnym humorze, który przyjmował ludzkie wyczerpanie za brak szacunku. Niech to szlag, dzień wlókł się w nieskończoność, a co chwila zjawiali się kolejni i żaden bynajmniej nie okazywał wdzięczności za to, że wykonujesz swój obowiązek, że dbasz o bezpieczeństwo kraju! I jeszcze ten cholerny skwar. Trudno było się na nich nie wyżywać. Nie patrzeć, jak się wiją. Człowiek trzymał strzępy podartych papierów, a oni pakowali go do wozu jadącego prosto do Weseliska.
Posterunek przy Tygrysiej Bramie, którym dowodziła Araya, stał jak karaluch na drodze między skałami. Miał dwie ciężkie drewniane bramy, tak wielkie, że aby każdą otworzyć, pięciu ludzi musiało kręcić kołem. Między bramami znajdował się dziedziniec, przez który ludzie przesuwali się jeden za drugim, odwracając wzrok. Tylko nas przepuśćcie, modliliśmy się, tylko nas przepuśćcie. To tutaj, na pylistym dziedzińcu tej zapomnianej fortecy, Araya podeszła do awanturników, którzy wystawiali jej dowództwo na pośmiewisko.
Twoją uwagę przyciąga dziwne nachylenie płomieni w misach oraz liczni tancerze na scenie. Skupiasz się na tym ciele, ku któremu zdają się biec wszystkie linie. Skupiasz się na tym ciele jaśniejącym blaskiem księżyca. Jedno ramię ukryło za plecami. Twoim zdaniem to dziwnie afektowana poza, ale w końcu dostrzegasz, że to nie jest po prostu gest, tylko nieodłączna cecha postaci, którą to ciało odgrywa – życia ukształtowanego przez brakującą lewą rękę.
Przypominasz sobie, jak przesunęła palcami po krawędzi stawu, wzdłuż którego twoje ramię łączy się z tułowiem. Nie była przy tym delikatna.
– Zwykle odcinali lewe – powiedziała. – O, tak. – Jej dłoń spadła jak topór na twój bark. – Lewe ramię symbolizuje dumę człowieka. Jego wojownicze serce. Jeśli ktoś zhańbił swoją rangę, jeśli porzucił posterunek albo uciekł z pola bitwy, jego odcięte ramię z miejsca mówiło wszystkim, że jest tchórzem.
A jeśli ktoś stracił ramię w bitwie? – zapytałeś. Albo z choroby? Skąd wiedzieli, że to akurat z tchórzostwa?
– Cięcie było szczególne – wyjaśniła. – Wysoko. A ranę opatrywano w taki sposób, że blizna układała się charakterystycznie, żeby nie można jej było pomylić. – Babcia wzruszyła ramionami. – W tamtych czasach zupełnie inaczej patrzono na brakujące ręce czy nogi. Nieżyczliwie. Nawet jeśli nie brano cię za tchórza, to uważano za trędowatego albo za kiepskiego szermierza, tak czy owak za człowieka podłego szczęścia. Za kogoś, komu los nie sprzyja. A podłe szczęście jest zaraźliwe jak choroba. Lepiej, żeby o człowieku nikt w ten sposób nie myślał.
Zastanowiłeś się nad jej słowami.
Zapytałeś, jak odrąbywali ręce.
Uśmiechnęła się, co było rzadkim widokiem, tego dnia uczyniła jednak wyjątek, bo rozbawiła ją twoja ciekawość makabry i gotowa była ją zaspokoić, ponieważ sprawa dotyczyła Starego Kraju.
– Jeśli kogoś lubili, zajmował się tym najlepszy szermierz. Najlepsi potrafili odrąbać ramię jednym ciosem. Prostym cięciem, w dół. Wtedy człowiek zostawał z najlepszą możliwą raną. Tak, jeśli kogoś lubili, to było prawie jak okazanie miłosierdzia.
Po czym z chłodniejszym uśmiechem dodała:
– Ale rzadko kogoś lubili.
– Koniec z tym, psy! – krzyknął Raami, przepychając się przez tłumek. – Przyszła dowódczyni! Już! Wracać na swoje stanowiska!
Araya pokręciła głową, podczas gdy młodzi, znudzeni celnicy Tygrysiej Bramy bez entuzjazmu wracali na swoje miejsca, kiwając palcem na pierwszego podróżnego czekającego w kolejce. Mając lat czterdzieści, Araya była ponad dwa razy starsza od swoich podkomendnych i wyraźnie czuła tę różnicę, gdy stała teraz wśród kłębów opadającego pyłu i patrzyła na dwójkę klęczących zakrwawionych gówniarzy.
Rodzeństwo Sugów spoglądało na nią bez najmniejszej skruchy. Mae i Vogo, brat i siostra z piekła rodem, dzieci jakichś dalekich krewnych Tronu, kuzynów kuzynostwa. Płynęło w nich dość cesarskiej krwi, by najczęściej nic sobie nie robili z dyscyplinujących gróźb Arai. Nawet nie zaczekali na pozwolenie, by się odezwać, tylko sami zaczęli opowiadać. Powiedzieliśmy Pijanicy, że tamten jednoręki zwyrodnialec podszedł i nas zaatakował, sam z siebie. Nawet złamał kciuk mojej kochanej siostrze. Mae Sugo, dziewczyna o twarzy jak sztylet, zademonstrowała Arai rzeczony wykrzywiony palec.
– Oczekuję należnego zadośćuczynienia – powtórzyła słowa, które padały z ust ich ojca, ilekroć był mocno niezadowolony, czyli często.
– Zapamiętam – odparła Araya, nie patrząc na nich, tylko na trzecią osobę zamieszaną w tę awanturę. – A ty? – zapytała.
Wyglądał tak: klęczał w brudzie i pyle, pobity, ale nie złamany, ciało miał jak młoda pantera, szczupłe, ale silne, jego oczy tańczyły niczym lśniące noże. Tylko raz rzucił krótkie spojrzenie na Arayę, a potem z szacunkiem wbił z powrotem wzrok w ziemię, z jego prawego nozdrza płynęła krew.
Araya zapytała go po raz drugi, jaki miał udział w bójce. Ale on tylko otarł twarz wierzchem jedynej dłoni.
– Odpowiedz dowódczyni – warknął Raami, kładąc rękę na pochwie miecza.
Araya uciszyła go spojrzeniem.
Raami ustąpił.
– Jego milczenie zdradza, że jest winny – oznajmiła Mae. – Możemy już wstać z klęczek?
Araya, poirytowana zuchwałym uśmiechem Mae, dała młodemu mężczyźnie jeszcze jedną szansę. Zapytała, dlaczego zaatakował współtowarzyszy służby, ale on ponownie odmówił odpowiedzi, bo lepiej niż ktokolwiek wiedział, że gdyby jego słowo postawić przeciw ich słowu, nic by to nie dało, szale wagi sprawiedliwości były już bowiem przechylone na ich korzyść za sprawą krwi i wpływów.
– Rozumiem, że należy wymierzyć wam karę – powiedziała Araya.
Keema szeroko otworzył zdumione oczy, kiedy jej wyniosłe spojrzenie omiotło nie tylko jego, ale również Sugów.
– Cała wasza trójka nie dostanie dziś kolacji za tłok i przestoje, jakie spowodowaliście na moim dziedzińcu. Sugowie, stawicie się dziś do służby w stajniach. Konie i oruki mają być wyczyszczone i nakarmione, a cały gnój uprzątnięty łopatami i wywieziony na skały. Kiedy skończycie, stajnie mają lśnić jak dupa Uśmiechniętego Słońca.
Na to małe bluźnierstwo w jej ustach wszyscy skulili się w sobie, nawet Raami.
– Dowódczyni – odezwała się Mae, gotując się z wściekłości – ja i mój brat mamy dziś wieczorem wolne. Będzie na nas czekał wóz, który ma nas zawieźć na plantacje herbaty.
– Tak, wiem – odparła Araya pogodnie. – Powiadomię wóz, by ruszał bez was. Macie dużo do zrobienia, bo chyba wczorajsza pasza była nieświeża i konie obsrały cały sąsiek. Raami, dopilnuj, proszę, żeby dotarli do stajni na czas.
Jej zastępca zasalutował dowódczyni i popchnął Sugów naprzód. Milczenie obojga, kiedy ich odprowadzał, wytrącało go z równowagi. Gdy już poszli, Araya zwróciła się do młodego człowieka:
– A jeśli chodzi o ciebie, Keemo z plemienia Dawarów, chłopcze mający zwyczaj wszczynania bójek, które musi przerywać dowódczyni, przykro mi, ale ciebie również muszę ukarać. Oszczędzę ci jednak najgorszego, jeśli powiesz mi, skąd ta cała awantura.
Ale on tylko pochylił głowę. Chciał już szybko mieć to za sobą.
– Przyjmę każdą karę, jaką mi wyznaczysz.
Araya wpatrywała się w tył jego schylonej głowy, w krótkie czarne włosy, ogolone niemal przy skórze, w niewyraźną bliznę na szyi. I powiedziała:
– Zgoda. Będziesz przepychał przez resztę popołudnia.
Skrzywił się.
– Ruszaj – powiedziała.
Chłopak się wyprostował i bez słowa sprzeciwu odszedł do wyznaczonych przykrych obowiązków.
Właśnie tak przedstawił się Arai trzy miesiące wcześniej, kiedy przyszedł do niej wygłodniały i błagał o pracę. Keema z plemienia Dawarów. Przedstawił się krótko i zwięźle, jakby oczywiste było nie tylko to, że istnieje plemię Dawarów, ale też, że właśnie dlatego jest dumny ze swojego pochodzenia. I choć Araya nigdy nie słyszała o tym plemieniu z północy, nieumieszczonym na długiej liście ludów, przez których ziemie przedarto się podczas Marszów, całkiem spodobały jej się słowa, jakimi chłopak się przedstawił, spodobał jej się ich rytm i ogień, i właśnie dlatego ona też wypowiadała je w pełnej formie, kiedy tylko miała ku temu okazję. Powiedziała je pod nosem nawet teraz, z czułym uśmiechem i z pewnym żalem, patrząc, jak chłopak odchodzi.
Do latryn Tygrysiej Bramy, długiego szałasu przy południowym murze fortecy, dokąd wartownicy chodzili się wypróżniać. Wewnątrz szałasu nad wykopanym rowem stały drewniane ławki. W ich siedzeniach wycięto dziury, kiedy się załatwialiśmy, wszyscy najczęściej siedzieliśmy kolano przy kolanie. Podkurczaliśmy palce stóp, pociliśmy się i udawaliśmy przed sobą, że jesteśmy sami w tym jebanym szałasie. Naturalne siły działające w świecie sprawiały, że nieczystości osuwały się szybem, który biegł coraz bardziej stromo i kończył się wylotem w skalnej ścianie. Potem spadały w przepaść między Wieżycami, ku niezadowoleniu zwierząt z zalesionej kotliny pod fortecą.
Na nieszczęście dla strażników z Tygrysiej Bramy gównospad, jak go nazywano, miał nieregularne koryto i miejscami bardzo się zwężał, co powodowało częste blokady. Wtedy jeden z nich musiał zejść z kijem do szybu i poprzepychać te zatory, zanim doszło do prawdziwej katastrofy. To było najgorsze zadanie ze wszystkich. Kwitł handel wymienny, który pozwalał wykręcić się od służby w latrynie. Monety, zobowiązania do przysług, przedmioty „skonfiskowane” podróżnym – wsuwaliśmy komuś rzeczy w dłoń i wykupywaliśmy się od roboty przy gównospadzie. Vogo i Mae Sugowie słynęli wśród celników z talentu do wymiany handlowej i jeszcze nigdy nie musieli schodzić do cuchnącego szybu, mimo że służyli przy Tygrysiej Bramie od lat.
Ale kilka miesięcy temu, wraz z przybyciem tego młodego Dawara, wykupowanie się szybko zanikło wśród wartowników. Nie było już przehandlowywania, nie było rzucania kośćmi. Nie o gównospad.
Po prostu jemu kazaliśmy tam chodzić.
Schodził do szybu często.
Zapierając się obiema nogami o skałę pod latrynami, z pochylonym grzbietem, żeby się zmieścić pod rzędami ławek, Keema rozbijał kijem skamieniałe hałdy blokujące gównospad. Oprószona pachnącym pudrem chusta zawiązana wokół ust i nosa bardzo słabo chroniła go przed duszącymi wyziewami z tej ciemnej, wilgotnej arterii, ale on pracował mimo smrodu, robił tylko tyle przerw, ilu naprawdę domagało się jego ciało, nie chcąc przeciągać zadania dłużej niż to konieczne.
– Oni chcą cię zabić.
Głos nadbiegł z góry. Kiedy Keema wystawił głowę z szybu, zobaczył wiele małych, ubrudzonych sadzą stóp, skierowanych paluchami w jego stronę. Sieroty, które pracowały przy miechach i czyściły baraki, wyszły na przerwę od obowiązków i najwyraźniej miały do niego jakąś sprawę.
– Lubisz się tarzać w tym gównie, świniaku? – zapytał najgłośniejszy z nich, chłopak z zajęczą wargą. Był nowy, usiłował wywalczyć sobie miejsce pośród innych dzieci w jedyny znany sobie sposób, ale ordynarność tego pytania, zadanego dziecięcym zachrypniętym głosem, sepleniącym przez zajęczą wargę, stanowiła takie zaskakujące połączenie, że pytanie Keemę nie tyle uraziło, co rozbawiło. Wręcz się roześmiał.
– Lubię – odparł. – Chrum, chrum.
Dzieciaki też parsknęły śmiechem.
– Śmiej się, śmiej – powiedział chłopak z zajęczą wargą, usiłując ukryć rozbawienie. – Możesz się tarzać ze śmiechu. Ale jak stracisz przytomność w tym szybie, nie przyjdziemy cię uratować. Będą nas prosić, będą nas błagać, żebyśmy zeszli do rynny, ale powiemy „nie” i tam zdechniesz. Świniaku.
Stojąca za nim dziewczynka powtórzyła „świniaku” z nieśmiałym uśmiechem.
Keema udał, że się bardzo mocno zastanawia nad ich słowami, a w końcu odparł:
– W takim razie spróbuję nie stracić tu przytomności. – Po czym dodał, patrząc na pozostałych: – Jedno z was powiedziało, że ktoś chce mnie zabić.
– Sugowie – potwierdził chłopiec z tyłu grupy, z podbitym okiem. – Podsłuchaliśmy ich w stajniach.
– Rozprują ci brzuch, jak będziesz spał – dodał chłopak z zajęczą wargą.
– Niepotrzebnie ich powstrzymałeś – dodał ten z podbitym okiem, niemal ze złością w głosie. – Nas biją bez przerwy. A teraz zabiją ciebie.
– Niepotrzebnie ich powstrzymałeś – powtórzyła nieśmiała dziewczynka.
Keema słuchał tego wszystkiego.
– Dziękuję, że mnie ostrzegliście – powiedział, z wdzięcznością pochylając głowę przed sierotami, co było gestem niespodziewanym i dzieciaki do takich nie przywykły. Kiedy z powrotem zasłonił usta i nos chustą i pochylił się nad rowem, sieroty nie były pewne, co powiedzieć ani zrobić, zostały więc przez chwilę przy wejściu do latryn, pilnując, czy nie nadchodzą ewentualni zabójcy, aż w końcu przegonił ich nadzorca, krzykiem zapędzając z powrotem do obowiązków – polerowania trociniaków i nakrywania stołów do wieczornego posiłku.
Wąski tunel w ziemi nabrzmiewał sapaniem Keemy. Z rzęs chłopaka skapywały krople potu. Gówno osuwało się rynną i spadało ze skały. Miał nadzieję, że jeśli będzie milczał i nie powie nic Arai o tym, że Mae i Vogo Sugowie wcześniej bili dzieciaki, uniknie odwetu rodzeństwa, ale okazało się, że los kolejny raz mu nie sprzyja. Przez resztę czasu, który Keema spędził w rowie, myślał, jak ma się tej nocy ochronić. Gdzie będzie najbezpieczniej spać. I w tym sensie tego dnia był dla Arai bratnią duszą, bo myśli obojga zajmowała śmierć.
Patrzyła ponuro, a kiedy obchodzili posterunek, sprawdzając, czy wszystko jest w dobrym stanie na jutrzejsze przybycie Pierwszego Zgrozy, rzucało się w oczy pewne ociąganie w jej krokach, jakby usiłowała rozciągnąć w czasie godziny pozostałe do końca dnia. Na istnienie jakiegoś sekretu naprowadził Raamiego nie tylko wyraz jej twarzy czy tamto drobne bluźnierstwo, które jej się wyrwało – nadal nie mogę uwierzyć, że tak ordynarnie wyraziła się o cesarskiej… o cesarskim siedzeniu – ale także to, jak otwarcie i bez zawstydzenia piła po południu z flaszki, nie próbując w żaden sposób ukryć swoich przywar. Również jej dowcipy były sprośniejsze, uśmiechała się szerzej, gdy on się czerwienił. Ale nie potrafiła ukryć przede mną swojego przygnębienia. Mam świadomość, że wielu rzeczy o niej nie wiedziałem, wielu spraw nie znałem. Z jej przeszłości. Ale wiedziałem dość, by ją kochać.