Włócznia rozcina wodę - Jimenez Simon - ebook + książka

Włócznia rozcina wodę ebook

Jimenez Simon

4,0
61,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.
Dowiedz się więcej.
Opis

Niechętny wojownik uciekający ze starożytną boginią przez bujny świat pełen dzikiej magii, cudownych stworzeń i ukrytych wrogów ma tylko pięć dni, aby zakończyć uciskające panowanie cesarza w tej pięknej epickiej fantazji autora „Ptaków, które zniknęły”.Lud cierpi pod trwającym od wielu wieków panowaniem Księżycowego Tronu. Cesarz-despota i jego potworni synowie, Pierwszy, Drugi oraz Trzeci Zgroza, trzymają kraj w żelaznym uścisku. Wykrwawiają ziemię, a poddanych zastraszają, gnębią i mordują dzięki przerażającym mocom, jakie odziedziczyli po matce - bogini więzionej w pałacowych podziemiach. Ale bogini nie można wiecznie trzymać w zamknięciu. Z pomocą Juna, strażnika przytłoczonego ciężarem dawnych przewin, oraz Keemy, wyrzutka, który chce wywalczyć dla siebie przyszłość, bogini udaje się uwolnić z cesarskiej niewoli i zbiec przed własnymi potwornymi synami, którzy chcą zawlec ją z powrotem do nędznej ciemnej celi. Tak oto bogini wraz z dwoma młodymi towarzyszami wyrusza na pięciodniową pielgrzymkę w poszukiwaniu wolności - jak również klucza do położenia kresu Księżycowemu Tronowi. Żadne nich nie przypuszcza nawet, jak niebezpieczna będzie to podróż. Włócznia rozcina wodę to zarówno powieść przygodowa o imponującym rozmachu, jaki i głęboko intymna refleksja na temat tożsamości, dziedzictwa i naszego miejsca w świecie. To fascynująca i głęboka saga, która zabierze was w podróż i przyniesie przemianę - i będzie inna od wszystkiego, co już znacie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 693

Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Zanim

Zanim przybędziesz,

wspo­mi­nasz bab­cię palącą papie­rosy.

Pamię­tasz zapach jej suchego tyto­niu jak woń siana po burzy. Cichy sze­lest zwi­ja­nych bibu­łek. Trzask zapałki, którą cza­sem, żeby cię zadzi­wić, pocie­rała o skórę na nodze, twardą jak łuski jasz­czurki. Pamię­tasz ten jej rytuał. Usta miała zbyt suche, żeby zwil­żać bibułkę, to było więc twoje zada­nie, pamię­tasz, że przy liza­niu brzegu papierka zosta­wały ci na języku twarde okru­chy tyto­niu jak odnóża robaka. Mówiła, że to wymiana przy­sług, coś za coś. Ty śli­nisz, ona opo­wiada histo­rie. Z dzie­jów Sta­rego Kraju. O kró­le­stwach w ruinie, o tra­gicz­nych zdra­dach i o sta­rych drze­wach piją­cych krew lisów, które były na tyle nie­roz­sądne, że zasnęły pośród ich ostrych korzeni. Dowolne histo­rie, które można opo­wie­dzieć, zanim szybko zetli się jeden papie­ros.

– Wtedy było zupeł­nie ina­czej – zaczy­nała, a ty patrzy­łeś, jak bibułka mię­dzy jej pal­cami skręca się i żarzy, pod­czas gdy ona opi­sy­wała sto wil­ków, które polo­wały na zbie­głe słońce, i potężny miecz jidero, tak cienki, że mógł roz­ciąć prze­strzeń mię­dzy sekun­dami. Jej słowa były nie­ro­ze­rwal­nie zwią­zane z zapa­chem papie­rosa i z jej śmie­chem, od któ­rego trzę­sły się jej wszyst­kie kości. Złą­czone z nimi do tego stop­nia, że zawsze gdy myślisz o tam­tym daw­nym, odle­głym miej­scu, chcąc nie chcąc, myślisz o dymie i o śmierci.

Kiedy pierwszy raz opowiedziała ci o Odwróconym Teatrze?

Mia­łeś chyba trzy­na­ście lat. Byłeś mniej wię­cej w takim wieku, że czę­sto bez­wied­nie bab­cię stra­szy­łeś, wręcz się na cie­bie obra­żała, wydy­mała usta, ile­kroć wcho­dzi­łeś do pokoju, jakby nagle wtar­gnął tam ktoś obcy z ulicy. Myśla­łeś, że bab­cia czuje odrazę do two­jej tłu­stej cery, do zapa­chu two­jego ciała, do tego, jak się gar­bisz z nie­śmia­ło­ści, ale tak naprawdę po pro­stu zaska­ki­wało ją, jak szybko prze­mija czas. Twoja mło­dość ją raniła. Spra­wiała, że chciała cię jed­no­cze­śnie chro­nić i wyko­pać za drzwi.

– Sia­daj – mówiła, kiedy prze­cho­dzi­łeś koło kuchni. – I słu­chaj. Coś ci opo­wiem.

Przez pod­su­nięte w górę okno wpa­dała cie­pła noc, zawie­wana przez wie­trzyk, który igrał z firan­kami i z dymem uno­szą­cym się znad pal­ców babci, a ona opo­wia­dała ci o teatrze, który stał pomię­dzy świa­tami.

– Pew­nego razu Tar­cza Księ­życa i Ocean zako­chali się w sobie. – Bab­cia zatrzy­my­wała się nad sło­wem „zako­chali” niczym dym, który zawi­sał w powie­trzu. – Jak sobie możesz wyobra­zić, nie były to oko­licz­no­ści wyma­rzone do romansu. Jedno nie mogło się ruszyć z nieba, a dru­gie z ziemi. Jedno było uoso­bie­niem bez­ru­chu, dru­gie skła­dało się z samych fal i sztor­mów. Ale przez pewien czas byli szczę­śliwi. Tar­cza Księ­życa zale­wała Ocean swoim bla­skiem, a Ocean tak tań­czył w przy­pły­wach i odpły­wach, jak wska­zy­wała mu Tar­cza Księ­życa. I choć zaj­mo­wali odmienne sfery, znaj­do­wali okrężne spo­soby, by się nawza­jem odwie­dzać, nie ma bowiem w życiu bariery, któ­rej nie poko­na­łaby miłość. Ocean posy­łał w niebo kłę­bia­ste, burzowe, nabrzmiałe jego istotą chmury i swoją chłodną mgiełką oraz sło­nym odde­chem cało­wał suchą, spę­kaną powierzch­nię Tar­czy Księ­życa. Tar­cza Księ­życa zaś, kiedy chciała odwie­dzić Ocean, kła­dła na jego powierzchni swoje odbi­cie, a wów­czas spo­ty­kali się, tań­czyli i odda­wali miło­ści w Odwró­co­nym Świe­cie, który leży zawie­szony poni­żej naszego.

Bab­cia urwała i wpa­try­wała się w cie­bie zza kłę­bów dymu, bada­jąc wyraz two­jej twa­rzy. Bywały takie okresy, kiedy się wzdry­ga­łeś na samą wzmiankę o fizycz­nej bli­sko­ści w jej opo­wie­ściach, ale nie tym razem. Tym razem po pro­stu sie­dzia­łeś zasłu­chany – co było zna­kiem doj­rza­ło­ści, która cie­szyła jej serce, a jed­no­cze­śnie ją przy­gnę­biała.

– W każ­dym razie – cią­gnęła, ze świ­stem zacią­ga­jąc się dymem – to wła­śnie w tym odbi­tym świe­cie wznie­siono teatr, w któ­rym roz­gry­wają się wyda­rze­nia z naszej opo­wie­ści. Tar­cza Księ­życa i Ocean, jako opie­kuń­cze bóstwa arty­stów i tan­ce­rzy, uwiel­biali scenę i dla­tego stwo­rzyli wła­sną: wznie­śli pagodę tak wysoką, że jej szczyt prze­ci­nał pasma nie­bios, i wła­śnie tam urzą­dzili scenę dla prze­świet­nych wystę­pów, opo­wie­ści o dzie­jach nawet mnie nie­zna­nych. – Bab­cia zaka­słała. – Choć przy­szedł czas, kiedy Tar­cza Księ­życa i Ocean się roz­stali, teatr pozo­stał, pro­wa­dzony przez potomka tych dwojga, owoc ich miło­ści, nie­sły­cha­nie piękną istotę, która na widow­nię zapra­szała nawet takich śmier­tel­ni­ków jak my.

Zapy­ta­łeś, jak śmier­tel­nicy mogą zna­leźć to miej­sce.

– W snach – odparła, trzy­ma­jąc w pal­cach nie­do­pa­łek z popio­łem. – W głę­bo­kim śnie, w takich jego głę­bi­nach, w jakich twój śpiący duch jesz­cze ni­gdy nie pły­wał. Niczego wię­cej nie trzeba. Tylko snu i odro­biny szczę­ścia. A kiedy już zasią­dziesz na widowni, opo­wie­dzą ci histo­rię ze Sta­rego Kraju. Odpo­wied­nią histo­rię i we wła­ści­wym cza­sie. A gdy będziesz teatr opusz­czał – kiedy twoje ciało wynu­rzy się z głę­bin tego snu – poczu­jesz zado­wo­le­nie, speł­nie­nie, choć nie będziesz pamię­tał dla­czego, bo wspo­mnie­nie tej wizyty zatrze się, wypły­nie z umy­słu jak mydliny, tak jak zaciera się każdy dobry sen, im bar­dziej ktoś stara się go sobie przy­po­mnieć. A ty będziesz się sta­rał. Z wytę­że­niem. – Uśmiech­nęła się smutno. – I nie uda ci się.

Bab­cia zaczęła zwi­jać kolej­nego papie­rosa.

– Może jesz­cze przed koń­cem – powie­działa – wresz­cie przy­po­mnę sobie, jak sama tam byłam.

Z dru­giego pokoju dobiegł chi­chot. Kiedy bab­cia roz­kła­dała tytoń na bibułce nowego skręta, odchy­li­łeś się na krze­śle, żeby lepiej widzieć swo­ich braci, któ­rzy słu­chali radia w salo­nie. Wszyst­kich dzie­wię­ciu obsia­dło radio­od­bior­nik jak bez­domne koty jatkę rzeź­nika – z nogą prze­ło­żoną przez poręcz kanapy – z głową zwie­szoną z boku szez­longu – z brodą wspartą na dło­niach zwi­nię­tych w pię­ści, z łok­ciami na sto­liku do kawy – a coty­go­dniowy serial zbli­żał się do punktu kul­mi­na­cyj­nego – „Wszy­scy ludzie pro­ku­ra­tora, któ­rzy wyce­lo­wali strzelby w okna kościoła, gotowi zastrze­lić kapi­tana Domingo, zasta­na­wiali się, patrząc w celow­niki, dla­czego ten sza­kal ma czel­ność się uśmie­chać w godzinę śmierci. Przy­czyna stała się jasna, kiedy kapi­tan z bły­skiem w oku poka­zał deto­na­tor trzy­many w dłoni odzia­nej w ręka­wiczkę” – a gdy patrzy­łeś na swo­ich braci, byłeś zazdro­sny, że nie sie­dzisz z nimi, ale jed­no­cze­śnie cie­szy­łeś się, że z nimi nie jesteś. Że możesz ich wszyst­kich widzieć ze swo­jego krze­sła w kuchni. Że wszy­scy oni miesz­czą się w twoim oku i możesz ich tam mieć.

– Ow­szem, pró­bu­jemy do tego teatru wró­cić – powie­działa bab­cia, kie­ru­jąc za okno spoj­rze­nie dużych, zaszklo­nych oczu – ale wolno nam tam tra­fić tylko raz. Dosta­jemy tylko jedno zapro­sze­nie. Dla­tego go nie zmar­nuj. Zapa­mię­taj.

Przez małe okno wpa­dało do kuchni wie­czorne powie­trze. Gdzieś na ulicy zatrą­biło stare auto. Twój ojciec miał nie­długo wró­cić do domu, zmę­czony po cięż­kim dniu. Trzeba jesz­cze było nakryć do stołu. Ale bab­cia nie przej­mo­wała się cza­sem. Zacią­gała się dymem głę­boko i bez pośpie­chu.

– Nie będziesz wie­dział, że Odwró­cony Teatr cię wezwał, aż się tam znaj­dziesz – powie­działa, pozwa­la­jąc, żeby bibułka się żarzyła, a z nią spa­lały się lata. – To miej­sce, w któ­rym wizyty nie da się zapla­no­wać. – Wiatr od morza stu­kał okien­ni­cami. – A kiedy już, odu­rzony snem, nie­ocze­ki­wa­nie znaj­dziesz się w tym amfi­te­atrze, naj­le­piej usiądź, oglą­daj i słu­chaj, bo nikt nie tra­fia tam przy­pad­kiem.

Pocią­gnęła skręta, koniu­szek żaru roz­kwitł jak her­ba­ciana róża. Papie­ros już pra­wie cał­kiem się wypa­lił, kiedy nagle z hukiem otwo­rzyły się drzwi wej­ściowe. Twoi bra­cia roz­pierz­chli się od radia, a do środka wkro­czył ojciec wraz ze swoim nastro­jem i całym świa­tem za pro­giem – chcia­łeś pójść go przy­wi­tać, ale bab­cia chwy­ciła cię za rękę.

– Ta opo­wieść jest dla cie­bie – powie­działa.

Tytoń wypa­lał jej płuca.

– Więc puść wolno śpiące ciało.

Wypuściła kłęby dymu.

A dym, wydmuch­nięty z ciem­no­ści, spo­wija cię, aż w końcu widzisz tylko wiru­jące kłęby sza­rej mate­rii, gęsta mgła jakby cię unosi, koły­sze w ramio­nach, kła­dzie deli­kat­nie, aż opa­dasz na gładką, twardą powierzch­nię i dym się roz­wiewa – wspo­mnie­nie babci w kuchni powoli gaśnie, jak gaśnie dzień w oczach zmierz­chu, a wtedy odkry­wasz, że sto­isz wła­śnie przed tym miej­scem, o któ­rym ci tyle lat temu opo­wia­dała.

Witamy w Odwróconym Teatrze.

Wyła­niasz się z kłę­bów dymu i ją widzisz: nie­bo­tyczną pagodę na spo­koj­nym jezio­rze nocą, jej odbi­cie w wodzie jest dosko­nałe, jej wiele pię­ter jed­no­cze­śnie wznosi się wysoko nad tobą, a w swoim wod­nym odbi­ciu opada bez końca w głąb. Na jej wygię­tych oka­pach latar­nie wiszą jak kol­czyki, roz­ja­śnia­jąc jej zdobną fasadę na tle czar­nego kobierca nieba. Budowla pnie się ku niebu kolumną nie­zli­czo­nych bal­ko­nów, a każdy z nich jest w innym kolo­rze. Z bal­konu w bar­wie pur­pury, hen, wysoko, wychyla się herold i krzy­czy, że już nie­długo zacznie się spek­takl, pro­szę wcho­dzić i zaj­mo­wać miej­sca.

Kamienna ścieżka zapra­sza do prze­kro­cze­nia mrocz­nej wody. Gdy po niej stą­pasz, uświa­da­miasz sobie, że nie idziesz sam. Kro­czysz w rzece innych śnią­cych cieni, które prze­la­tują przez cie­bie jak podmu­chy wia­tru, a ich myśli nad­cho­dzą i odcho­dzą jak sygnały radiowe. Myślą o pracy. O utra­co­nej miło­ści. O godzi­nach zmar­no­wa­nych w mrocz­nych pomiesz­cze­niach przy ogryz­kach łojo­wych świec. Pro­wa­dzi­łem księ­go­wość sza­leń­cowi. Wie­dzia­łem, że potrze­buję nowej pracy, ale nie mogłem ryzy­ko­wać prze­rwy – kto może ryzy­ko­wać prze­rwę w zatrud­nie­niu? Nie­któ­rych rozu­miesz, do innych nie masz dostępu. Mówią w języ­kach, któ­rych nie roz­po­zna­jesz, albo uży­wają słów, które pozba­wione kon­tek­stu nic nie zna­czą. Pru­łem bież­ni­kiem gwiazd, byłem już w trze­cim wątku, zagrze­bany w kimono, kiedy nagle coś zwa­biło moje śpiące „ja” tutaj, na brzeg tego ciem­nego jeziora. Cie­nie ludzi zewsząd i z wszechdy. Bez twa­rzy, nie­ostre, gło­śne. A kiedy prze­pra­wiasz się przez jezioro, ich głosy nacie­rają wszyst­kie naraz, obez­wład­nia­jąco, jak ryk bez­kre­snego oce­anu – zbio­rowy pomruk z tysiąca ust, nie­wy­raźny i nie­skoń­czony. I w tej nie­skoń­czo­no­ści teraz sie­dzisz.

Rząd ósmy, pośrodku.

Mru­gasz i już tu jesteś – na wiel­kiej teatral­nej widowni, gdzie wisi pełno kotar, a na czar­nych deskach pod­łogi usta­wione są ławy. Teatr jest sty­li­zo­wany na dawne zapo­mniane czasy. Sia­dasz na ławce, którą dla cie­bie zajęto. Jesz­cze zanim ją zoba­czy­łeś, wie­dzia­łeś, że to twoje miej­sce. Wzy­wało cię. Mia­łeś pew­ność, dokąd się kie­ro­wać.

Innych spraw jesteś mniej pewny. Pod­czas gdy pozo­stali znaj­dują swoje miej­sca, a wzdłuż przejść mię­dzy rzę­dami pośpiesz­nie cho­dzą bile­te­rzy, za któ­rymi uno­szą się zapa­lone świece, wysoki cień, który usiadł obok cie­bie, nachyla się i pyta, skąd jesteś.

Trudno ci odpo­wie­dzieć.

Z pomocą przy­cho­dzi ci to jaśnie­jące bla­skiem księ­życa ciało. Czub­kiem stopy deli­kat­nie trąca i roz­wija per­ga­min z dzie­jami two­jego ludu, duży palec stopy śle­dzi bitwy i trak­taty, roz­pro­sze­nia i zjed­no­cze­nia, aż znaj­duje cie­bie: w cza­sach pocią­gów i parow­ców, kiedy radio­od­bior­niki jak dzwony katedr trzesz­czały przez otwarte okna w nad­brzeż­nym mie­ście, w któ­rym miesz­ka­łeś.

Pocho­dzisz z cza­sów pla­ka­tów i pro­pa­gandy. W któ­rych obwiesz­cze­nia o oby­wa­tel­skim czy­nie dla wojen­nej sprawy sfru­wały z fur­ko­tem z pokry­tych farbą murów w nie­cie­ka­wych zauł­kach. Widok na zalany słoń­cem, pach­nący solą ocean znie­nacka zabu­rzały syl­wetki okrę­tów wojen­nych w błę­kit­nej dali. Cza­sem do mia­sta przy­pły­wały łodzie z ran­nymi żoł­nie­rzami. Wojna jest wszę­dzie, ale gdy­byś tej nocy – tej nocy, dzi­siaj – nie spał i nasta­wił pokrę­tło radia, na tle trza­sków nie usły­szał­byś gład­kiego głosu pre­zen­tera poda­ją­cego wia­do­mo­ści z frontu, tylko wibru­jący śpiew Dor­rada „Chila” Seminy, któ­rego głos pory­wał serca więk­szo­ści bez­na­dziej­nie zako­cha­nych słu­cha­czy na całym Zjed­no­czo­nym Kon­ty­nen­cie. Cóż, nie­stety! Jutro rano, kiedy się obu­dzisz, będziesz musiał kła­mać swoim roda­kom, gdy cię zapy­tają, czy jak oni nie kła­dłeś się do późna, żeby usły­szeć jego nowy utwór, i będziesz musiał uda­wać, że śpie­wasz w ich zachwy­co­nym chó­rze, bez­gło­śnie otwie­ra­jąc usta do słów pio­senki, wsty­dząc się, że dopiero musisz się ich uczyć na pamięć, ponie­waż tutaj, teraz, gdy ludzie z two­jego mia­sta zachwy­cają się nada­waną muzyką popu­larną, twoje ciało leży w głę­bo­kim śnie w pokoju, który wtedy dzie­li­łeś ze swo­imi dzie­wię­cioma braćmi.

To jesteś ty. Dziecko kupca. Ale jedno z wielu. Twój wiek poza gra­ni­cami tego snu jest nie­istotny, w tym teatrze masz tyle lat, na ile się czu­jesz – jesteś nasto­lat­kiem w okre­sie doj­rze­wa­nia i jak wszy­scy mło­dzi ludzie jesteś samotny na wła­sny, nie­na­zwany spo­sób. Pełen lęku przed ojcem i zadrę­czany przez bab­cię, któ­rej nie obcho­dziły fazy roz­woju two­jego ciała ani twoje zmienne zain­te­re­so­wa­nia, gdy zacią­gała się dymem ze zmię­dlo­nego skręta, obja­śniała ci kraj pocho­dze­nia two­jej rodziny i snuła wszel­kie opo­wie­ści, z któ­rymi tu przy­była.

– Na Odwró­cony Teatr nie ma się jak przy­go­to­wać – mówiła. – Otwiera przed tobą podwoje, kiedy sam chce.

Wszystko to powta­rzasz cie­niowi, a on kiwa głową, usa­tys­fak­cjo­no­wany, a potem odwraca się i zaj­muje swo­imi spra­wami. Zasta­na­wiasz się, czy powi­nie­neś zapy­tać, skąd pocho­dzi, ale cień już chyba skoń­czył z tobą roz­ma­wiać, z zagu­bioną miną roz­glą­dasz się więc po Odwró­co­nym Teatrze, nabożny zachwyt mie­sza się w tobie z głę­boką tęsk­notą i rów­nie głę­boką kon­ster­na­cją, bo nie masz naj­mniej­szego poję­cia, dla­czego cię tutaj wezwano.

– Ni­gdy nie wzy­wają bez powodu.

Zaczy­nasz podej­rze­wać, że może cho­dzić o przed­miot, który trzy­masz w dło­niach, co dopiero teraz sobie uświa­da­miasz.

O tę włócznię.

Znasz ją dobrze. Jej krwi­ście czer­wone drewno. Czer­wony frę­dzel, cia­sno obwią­zany wokół groź­nie lśnią­cego grotu. Dziwne żło­bie­nia i ryty bie­gnące w ezo­te­rycz­nych wzo­rach wzdłuż całego drzewca. Odkąd tylko pamię­tasz, broń ta obo­wiąz­kowo wisiała na gzym­sie nad komin­kiem w salo­nie, igno­ro­wana przez wszyst­kich domow­ni­ków, któ­rym jej widok spo­wsze­dniał, była bowiem zbyt droga, zbyt stara i zbyt bez­u­ży­teczna, by ją brać do ręki. Kiedy byłeś mały, ty i twoi bra­cia dosta­li­ście kie­dyś straszną burę za to, że bawi­li­ście się nią na podwórku. Jeden z dozor­ców powie­dział o tym waszemu ojcu, a ojciec, który ni­gdy was nie bił, ale znał inne spo­soby, żeby wam poszło w pięty, w swoim gabi­ne­cie prze­pro­wa­dził po kolei roz­mowę z tobą i oddziel­nie z każ­dym z two­ich braci, i już ni­gdy potem nie dotkną­łeś tej włóczni, nawet na nią nie spoj­rza­łeś, dla­tego teraz czu­jesz zaka­zany dreszcz, kiedy ją trzy­masz, nie­ważne, że tylko we śnie.

– Prze­była długą drogę, by tu tra­fić – mówiła twoja bab­cia – a jesz­cze dłuż­szą ma do prze­by­cia.

Zauwa­żasz, że inni na widowni, inne cie­nie, rzu­cają na włócz­nię ukrad­kowe spoj­rze­nia. Byli­śmy cie­kawi, dla­czego ten cień ma broń. I są cie­kawi, dla­czego włócz­nia wygląda tak zna­jomo. Dla­czego przy­nio­słeś ją tutaj, w to święte miej­sce. I czy zamie­rzasz jej użyć.

Ale takie pyta­nia będą musiały zacze­kać.

Ponieważ się zaczyna.

Występ, na oglą­da­nie któ­rego zosta­łeś wezwany. Sły­szysz bicie w wer­bel. Gładka pałeczka z drewna ude­rza w napiętą impre­gno­waną skórę. Drr­dum. Dźwięk wer­bla prze­cina mroczną prze­strzeń. Drr­dum. Ude­rza cie­bie, o, tutaj, w sam śro­dek piersi. Drr­dum. Na ten dźwięk prze­szy­wał nas dreszcz. Słu­chasz bicia serca tej budowli. Drr­dum. Peł­nego napię­cia odde­chu sie­dzą­cych wokół ludzi. Drr­dum. I opusz­czasz rodzinną włócz­nię, pozwa­lasz, by oparła się pochy­lona o twój bok, na razie zapo­mniana, pod­czas gdy ty i pozo­stali widzo­wie, wstrzy­mu­jąc oddech, wpa­tru­je­cie się w scenę, wbi­ja­cie wzrok w kur­tynę, któ­rej poły bez­sze­lest­nie uno­szą się ku bel­kom stropu, odsła­nia­jąc scenę jak roz­po­starte skrzy­dła.

Drr­dum.

Staje przed tobą to jaśnie­jące bla­skiem księ­życa ciało. I choć to wasze pierw­sze spo­tka­nie, wszy­scy z miej­sca to ciało roz­po­zna­je­cie. Widzie­li­śmy te podo­bi­zny, posągi, fryzy. Znaną z opi­sów syl­wetkę o sze­ro­kich barach i wąskich bio­drach, o skó­rze barwy błę­kitu let­niego nieba, o oczach, które błysz­czą jak świa­tło na sre­brze. Widzie­li­ście wyobra­że­nia arty­stów o tym jaśnie­ją­cym bla­skiem księ­życa ciele, z jego wło­sami zie­lo­nymi jak morze, koły­szą­cymi się niczym w mor­skich prą­dach, i gdy teraz patrzysz na to ciało, kła­nia­jące się z kra­wę­dzi sceny, zda­jesz sobie sprawę, że wszyst­kie sny o jego pięk­nie były praw­dziwe. Gdzieś w two­jej pamięci tęsk­nie wzdy­cha bab­cia, patrząc przez małe kuchenne okno na wir gwiaź­dzi­stej nocy.

– A gdy­byś przy­pad­kiem pew­nego dnia zna­lazł się na widowni tego teatru i miał szczę­ście patrzeć, jak pod­nosi się kur­tyna, wtedy osobą, która cię przy­wita, będzie poto­mek Oce­anu i Tar­czy Księ­życa. Istota zro­dzona z tańca cofa­ją­cej się Tar­czy i odpły­wa­ją­cych wód Oce­anu, teraz obsa­dzona w roli wiecz­nego arty­sty Morza Śpią­cego. Po wsze czasy obda­rzona siłą i wdzię­kiem naj­świet­niej­szych tan­ce­rzy.

Bab­cia się uśmie­cha.

– Piękne, jaśnie­jące bla­skiem księ­życa ciało.

A ty z zasko­cze­niem patrzysz, jak to jaśnie­jące bla­skiem księ­życa ciało wciąga nosem powie­trze tak głę­boko, że jego brzuch się roz­dyma, brze­mienny wia­trem. Ciało pew­nie staje na deskach sceny, a potem w dłu­gim wyde­chu wypusz­cza całe nabrane do płuc powie­trze, powiew z jego ścią­gnię­tych ust zdmu­chuje ogień we wszyst­kich pło­ną­cych misach w teatrze, aż w końcu sala opo­wiada się za mro­kiem i twoje oczy widzą teraz ostat­nią żarzącą się misę na sce­nie – zwę­żasz źre­nice, sku­pia­jąc się na tym pra­daw­nym, sza­le­ją­cym pło­mie­niu, a wtedy to jaśnie­jące bla­skiem księ­życa ciało staje przed nim i niczym mag przy nie­świę­tej chrzciel­nicy wycza­ro­wuje z trza­ska­ją­cego pale­ni­ska głosy zmar­łych pra­przod­ków, wkrótce zaczniemy snuć naszą opo­wieść – o tym krwa­wym tygo­dniu, o tygo­dniu zamętu, teatr wypeł­nia fala szep­tów, nie­które histo­rie są bowiem zbyt wiel­kie, by mógł je opo­wia­dać tylko jeden głos.

To jest opowieść o twojej ziemi i o włóczni, która ją rozcięła.

Sły­szysz konną szarżę ze wzgó­rza w oddali, a scenę zapeł­niają tan­ce­rze wybi­ja­jący sto­pami bez­ładne syn­kopy. Pło­mie­nie ska­czą, świa­tło i cień sma­gają ściany, a gdy ruchy tego jaśnie­ją­cego bla­skiem księ­życa ciała i tan­ce­rzy rzeź­bią w powie­trzu daleki, dawny kraj, przy­się­gasz, że w tym sen­nym teatrze widzisz jego obraz – a wtedy miej­sce, które znasz tylko z opi­sów babci, nagle ożywa w naj­głęb­szej głębi two­jego wnę­trza, jakby zawsze tam było. Głę­bo­kie doliny i stare lasy, groźne szczyty czar­nych gór, które prze­bi­jają chmury, i kobierce mgły uno­szą­cej się znad wąwo­zów pośród stro­mych skał. To kra­ina, w któ­rej żyli­śmy i w któ­rej umar­li­śmy. Stary Kraj, jak nazy­wała go bab­cia, ale ist­niały też inne nazwy. Nazwy wyryte runami i wple­cione w języki dawno zapo­mniane w two­ich dzie­jach. Dziś to Kra­ina Bez­k­się­ży­co­wej Nocy. Dziś to kra­ina zlana potem pod­czas Lata Bez Końca – w teatrze pło­nie ogień, a ty czu­jesz na ple­cach słońce, któ­rego oko praży bez drgnie­nia powieki. Czu­jesz zapach suchej trawy. Widzisz mar­twe potoki i zakrzy­wione palce przy­droż­nych tru­pów, a nad nimi roje much, które roz­la­tują się, gdy mijają je w galo­pie jeźdźcy, nie­baczni na nic w tej suchej kra­inie, nio­sący sztan­dar swo­jego Cesa­rza.

Wła­śnie tutaj zaczyna się nasza opo­wieść, od oddziału wojow­ni­ków doko­nu­ją­cych inspek­cji kraju w imie­niu władcy, tan­ce­rze tupią o deski sceny, uda­jąc tętent koni bry­gady nie­ustra­szo­nych jeźdź­ców, któ­rzy w tuma­nach pyłu prze­mie­rzają tę suchą zie­mię, i wyraź­nie widzisz jeźdźca na czele tej cesar­skiej szarży – czło­wieka, który pro­wa­dzi swo­ich synów wojow­ni­ków na zachód i pod­nosi teraz roze­śmianą twarz, głę­boko wdy­cha­jąc zapach tej kra­iny, należ­nej mu z uro­dze­nia.

– Posłu­chaj – mówiła twoja bab­cia, przy­pa­la­jąc papie­rosa.

Posłu­chaj, mówi to jaśnie­jące bla­skiem księ­życa ciało, gdy krwawe słońce sunie w górę na per­ga­mi­nie nieba przy dźwię­kach wer­bli grze­cho­czą­cych jak kości.

Posłuchaj pędu brygady Czerwonych Pawi.

Odgłosu dale­kiego grzmotu w jasny, bez­chmurny dzień. Grzmotu nio­są­cego się mię­dzy bólem fali­stych wzgórz i wybu­chem zie­lo­nych lasów. Grzmotu, od któ­rego spło­szone zwie­rzęta pierz­chały do nor. Ludzie z nie­po­ko­jem nasłu­chi­wali nieba. Sły­sze­li­śmy ich, jesz­cze zanim było ich widać. Grzmotu cesar­skiego galopu.

Gdy tań­czyły kamyki i trzę­sły się okapy dachów z tera­koty, wie­śniacy odkła­dali kosy i odwra­cali kar­mi­dła do góry dnem. Przy­gar­niali do sie­bie dzieci na widok koni, około czter­dzie­stu, gna­ją­cych po grani pobli­skiego wzgó­rza, z jeźdź­cami odzia­nymi w czer­wień. Byli krwawą raną na hory­zon­cie w połu­dnio­wym słońcu. Wojow­nicy bez­względni i bez­li­to­śni, o ostrych kościach policz­ków i głod­nych oczach, z tatu­ażami stwo­rze­nia patro­nu­ją­cego bry­ga­dzie, a do tego z czer­wo­nym dzio­bem i pió­rem. Ten widok prze­ra­żał każ­dego prze­zor­nego wędrowca, każ­dego, kto sły­szał o nich opo­wie­ści, z wielu bowiem dru­żyn, bry­gad i band, które nawie­dzały doliny w tam­tych dniach, naj­więk­sze spu­sto­sze­nia siały Czer­wone Pawie, dowo­dzone przez jed­nego z cesar­skich synów, czło­wieka, któ­rego zasłu­że­nie zwano Pierw­szym Zgrozą.

W całym kraju ludzie usta­wiali się rzę­dem, by ich witać. Działo się to w przeded­niu Świę­tej Piel­grzymki Cesa­rza i bry­gada dostała święte zada­nie przy­go­to­wa­nia ziem na przy­by­cie Uśmiech­nię­tego Słońca.

Wypeł­niali swoją misję z wielką przy­jem­no­ścią.

– Już nie­długo – oznaj­miał Pierw­szy Zgroza tka­czom, robot­ni­kom z kamie­nio­ło­mów, ryba­kom i rol­ni­kom – led­wie za kilka dni przy­bę­dzie Cesarz i w Swej wiel­ko­dusz­no­ści odwie­dzi was wszyst­kich pod­czas pię­cio­dnio­wej podróży na wschod­nie wybrzeże. Ofia­ru­je­cie Mu wasze naj­lep­sze ręko­dzieła i zbiory. Perły waszego ryżu, świeże solone ryby. Wasze naj­wspa­nial­sze gobe­liny. Ducha waszej cięż­kiej pracy. A On zabie­rze ze sobą te daniny i będzie je sobie cenił, kiedy już prze­pły­nie Wiel­kie i Bez­kre­sne Morze i zej­dzie na brzeg, aby wizy­to­wać zamor­skie kolo­nie. Jego odwie­dziny będą naj­więk­szym zaszczy­tem w waszym życiu. Na sta­rość będzie­cie o nich opo­wia­dać dzie­ciom zebra­nym przy waszym łożu. Nie zmar­nuj­cie tej chwili, aby­ście gorzko nie żało­wali.

Gdy Zgroza prze­ma­wiał, Pawie otwie­rały z hukiem drzwi i plą­dro­wały komody, kopały luźne deski pod­łóg, szu­kały dowo­dów nie­po­słu­szeń­stwa. Wypę­dzały kur­czaki z kur­ni­ków. Ostrymi nożami cięły worki z ziar­nem i lnianą pościel. Ludzie słu­chali, jak gra­bią ich domy, ale nie ośmie­la­li­śmy się zwró­cić tam spoj­rzeń, bo wszy­scy wie­dzie­li­śmy, co czeka każ­dego, kto odwróci wzrok od księ­cia.

– Kiedy Jego kara­wana będzie tędy prze­jeż­dżać, usły­szy­cie bęben oznaj­mia­jący Jego przy­by­cie. Usta­wi­cie się rzę­dem, tak jak teraz, przed wjaz­dem do wio­ski, twa­rzą do drogi. Każdy męż­czy­zna, każda kobieta i dziecko. I zło­ży­cie pokłon. Niski pokłon, by On nie widział waszych twa­rzy. Każda głowa, która się nie pochyli przed naszym Uśmiech­nię­tym Słoń­cem, zosta­nie dodana do zbioru – ostrzegł, wska­zu­jąc na czarne od zaschłej krwi worki zwie­szone z koń­skich sio­deł, nad któ­rymi krą­żyły roje much.

W jed­nej z wio­sek roz­le­gły się gło­śne krzyki – z nie­wiel­kiej chaty wycią­gano zapła­kaną dziew­czynę.

– Ta zdraj­czyni scho­wała się pod pod­łogą, ojcze! – krzyk­nął Paw.

Wszy­scy wie­śniacy wstrzy­mali oddech. I patrzy­li­śmy na rodzi­ców tej dziew­czyny, któ­rzy przez to, że tak ją roz­pu­ścili, spro­wa­dzili zgubę na nas wszyst­kich. Jej bose stopy ryły bruzdy w roz­grza­nej suchej ziemi, gdy cią­gnięto ją przed księ­cia na osąd.

Matka pró­bo­wała bro­nić wle­czo­nej córki.

– Ona się bała! – krzy­czała. – Wybacz­cie nam! Ona się bała!

Jej ojciec stał cicho z nisko pochy­loną głową.

Pierw­szy Zgroza bęb­nił pal­cami o pas wokół talii. Pod­niósł drżącą dziew­czynę z klę­czek, a potem spoj­rzał jej w oczy i poczu­li­śmy, jak wiatr zaczyna nas sma­gać coraz sil­niej, i byli­śmy pewni, że to już koniec, że książę nie wyba­czy nam tej obrazy i że wszyst­kich nas wtrącą w cze­lu­ście Wese­li­ska. Nie­wy­sło­wione szczę­ście, że nas oszczę­dzono. Na zawsze pozo­sta­nie dla nich tajem­nicą, jaka łaska spra­wiła, że Zgroza łagod­nie ode­słał dziew­czynę w tłum, w roz­trzę­sione ramiona rodzi­ców. Zło­wiesz­czy wiatr już cichł. Na ustach księ­cia poja­wił się swo­bodny uśmiech.

– Nie będzie­cie mogli mówić, że Cesarz nie oka­zuje lito­ści – oznaj­mił. – Ale w dniu przy­by­cia Jego kara­wany ci, któ­rzy nie sta­wią się na wyzna­czo­nym miej­scu, niech nie spo­dzie­wają się takiej łaski.

Potem odje­chali. Konie sta­nęły dęba i puściły się galo­pem zaraz po tym, jak Zgroza skoń­czył prze­ma­wiać, osłu­piali ludzie stali w mil­cze­niu, kil­koro zanio­sło się kasz­lem od tuma­nów kurzu spod koń­skich kopyt. Matka przy­ci­skała dziew­czynę do piersi, ojciec patrzył bez­rad­nie, bo spi­sał córkę na straty. A żona już ni­gdy nie pozwo­liła mi zapo­mnieć tej hańby. Ni­gdy wię­cej nie mogłem spoj­rzeć córce w oczy.

Ni­gdy nie poję­li­śmy, dla­czego nas oszczę­dzono.

Powód był pro­sty. Ten sam, dla któ­rego Pierw­szy Zgroza przez wiele tygo­dni inspek­cji był w takim dobrym humo­rze mimo żmud­nego zada­nia. Ten sam, dla któ­rego spiął konia ostro­gami do szyb­szego biegu, aby wró­cić do pałacu bez zwłoki, bez prze­sto­jów. Ten sam powód, o któ­rym sobie przy­po­mniał, gdy spoj­rzał w oczy tej dziew­czy­nie i zoba­czył, że są takiego samego koloru jak oczy jego uko­cha­nego syna.

Oczy Juna.

– Już pół roku, jak nas roz­dzie­lono. Wiem, z dumą służy Tro­nowi. I zdaję sobie sprawę, jak ważną powie­rzono mu misję. Ale nic nie pora­dzę, że wolał­bym, by nie musiał wyko­ny­wać tego obo­wiązku. By mógł dzi­siaj jechać u mego boku. Bar­dzo trudno mi cze­kać, aż go do nas wrócą.

Dowódca Bor­su­czej Bramy, niski czło­wiek z cie­niem zaro­stu na bro­dzie, nalał Zgro­zie her­baty, zgod­nie z ety­kietą, z całych sił sta­ra­łem się opa­no­wać drże­nie dłoni; z całych sił sta­ra­łem się nie zro­bić pod sie­bie.

– Jesteś tro­skli­wym ojcem, panie – powie­dział z pokor­nym uśmie­chem, sta­wia­jąc przed księ­ciem lśniącą, czy­stą czarkę. – Oby wszyst­kich synów w tym kraju pobło­go­sła­wiono takimi ojcami jak ty.

Słowa pochleb­cze, ale praw­dziwe. Pierw­szy Zgroza pła­kał z synami i śmiał się z nimi, a my z kolei obda­rza­li­śmy go nie­za­chwia­nym odda­niem, jeż­dżąc z nim w naj­dal­sze zakątki kraju, zabi­ja­jąc każ­dego, kogo było trzeba. Ale on miał swo­jego ulu­bieńca. I oka­zy­wał to bez skrę­po­wa­nia.

– Za Juna – wzniósł toast dowódca, pod­no­sząc czarkę w nadziei, że zado­woli gościa, którą to tak­tykę sto­so­wał ze znaw­stwem.

Zgroza ze łzami w oczach uniósł swoje naczy­nie.

– Za Juna.

Stuk­nęli się czar­kami za Juna Ossę, dwu­dzie­stego pią­tego Pawia, który od sze­ściu mie­sięcy trzy­mał straż przed osła­wio­nymi Wil­czymi Wie­rze­jami w głębi pała­co­wych gór jako wyłączny obrońca Cesa­rzo­wej.

Jego ojciec otarł oczy, wzru­szony ujrzaną w wyobraźni sceną: oto Jun samot­nie trzy­ma­jący pół­roczną wartę w zim­nie i mroku tej prze­past­nej gór­skiej pie­czary, za towa­rzy­stwo mający jedy­nie wła­sny miecz, wła­sne myśli i zawarte wie­rzeje, któ­rych strzeże. Ten obraz cią­żył mu przez resztę dnia, aż w końcu póź­niej, już w obo­zie, pozo­stali syno­wie poło­żyli dło­nie na jego ramie­niu, aby go pocie­szyć, i przy­po­mnie­li­śmy mu, że to już nie­długo, a wtedy książę uśmiech­nął się do swo­ich chłop­ców, wdzięczny za nich wszyst­kich.

Spi­na­jąc konie ostro­gami, jechali dalej na zachód i wypeł­niali zada­nie, oka­zu­jąc rzadko spo­ty­kaną litość tym, któ­rych mijali. Zgroza dzie­lił myśli mię­dzy obo­wiązki i rodzinę. Doko­nu­jąc inspek­cji, prze­glą­da­jąc nie­sta­ran­nie pro­wa­dzone zapi­ski i zada­jąc pyta­nia nie­koń­czą­cemu się cią­gowi zla­nych potem dowód­ców, myślał o synu. O Junie Pięk­nym Nożu, który pierw­szy raz w życiu pode­rżnął gar­dło, gdy miał osiem lat. O Junie Krwa­wym Cie­niu, co w poje­dynkę wyśle­dził w lasach klan wędrow­nych ban­dy­tów Dorogo, któ­rzy złu­pili święte skarbce wiel­moż­nej pani Pan­jet, a żaden z nich nie był świa­dom, że ktoś na nich tam­tej nocy polo­wał, nawet kiedy po przed­wcze­snym świę­to­wa­niu jeden po dru­gim wykrwa­wiali się w ciem­no­ściach. O Junie Nio­są­cym Pochod­nię, od któ­rej zaj­mo­wały się ogniem łany zboża, gdy szu­kał zdra­dziec­kich psów zasta­wia­ją­cych zasadzki na patrole na Łabę­dziej Dro­dze. Patrzy­li­śmy z domów, jak ten demon rzuca w pola pochod­nie i nasze zbiory stają w pło­mie­niach, a wśród kło­sów palą się ci, któ­rych tam ukry­li­śmy. Jun o Wielu Zaszczyt­nych Tytu­łach, nada­nych mu przez zaśle­pio­nego miło­ścią ojca.

– Kiedy ostatni raz mój syn Jun tędy prze­jeż­dżał – powie­dział mil­czą­cej gru­pie war­tow­ni­ków przy Orlej Bra­mie – kilka wio­sen temu… pamię­tam, jak zauwa­żył nie­do­pusz­czalną gnu­śność wśród straży. Bała­gan w kan­ty­nie, brud i nie­ład w kosza­rach. Jun ma do tego świetne oko. Słusz­nie zawsty­dził was za brak dys­cy­pliny i przy­rze­kli­ście mu wtedy, że zapro­wa­dzi­cie tu więk­szy rygor. Uwie­rzy­li­śmy wam. – Prze­su­nął dło­nią po ścia­nie i poka­zał brudny od kurzu czu­bek palca spo­co­nym ze stra­chu isto­tom cze­ka­ją­cym na wyrok. Nie musiał nic mówić. War­tow­nicy, a nawet ich dowódca, padli na kolana i wypo­le­ro­wali każdy cal koszar, a on się uśmie­chał, bo choć Cesa­rza kurz nie obcho­dził i nawet by go nie zauwa­żył, dobrze, że ludzie na­dal byli pod kon­trolą mimo pogło­sek o ros nącej w siłę rebe­lii.

Tak wła­śnie prze­był ostatni odci­nek drogi do sto­licy, nio­sąc ojcu wie­ści, że kraj jest posłuszny i dobrze utrzy­many przed Jego podróżą, oraz nie­cier­pli­wie wycze­ku­jąc spo­tka­nia z uko­cha­nym synem. Wtem słońce wyj­rzało zza ciem­nej chmury. Zachod­nie szczyty gór, znane jako Pasz­cza, wystrze­liły jesz­cze wyżej na spo­tka­nie chmu­rom i słońcu. Pierw­szy Zgroza uniósł głowę i zawył, Pawie zawyły z nim, a miej­skie bramy otwo­rzyły się na ich przy­by­cie. Jeśli jed­nak Zgroza spo­dzie­wał się trium­fal­nych wiwa­tów na stro­mych uli­cach Pała­co­wego Mia­sta, spo­tkało go roz­cza­ro­wa­nie, bo w mie­ście pano­wała pełna napię­cia cisza. Wszy­scy straż­nicy roz­sta­wieni wzdłuż gór­skiej drogi byli tego dnia nad­zwy­czaj czujni i uważni – ale żaden nawet nie zwró­cił uwagi na juki pełne odrą­ba­nych głów, z któ­rymi wra­cały tego dnia Pawie. Mniej nas zaj­mo­wało, kto wjeż­dża pod górę, a bar­dziej, kto z niej zjeż­dża – był wśród nas bowiem wino­wajca i przy­go­to­wy­wał ucieczkę.

Zgroza wcią­gnął nosem zimne, wyso­ko­gór­skie powie­trze. Wyczuł jakąś kwa­śność, jakby zgni­łych cytryn, i wie­dział, że ojciec jest nie w humo­rze.

Wcze­śniej, kiedy podą­żali grzbie­tem ostat­niego wzgó­rza, jeden z gene­ra­łów z cesar­skiej świty wyje­chał im na powi­ta­nie i wła­śnie od niego książę się dowie­dział, dla­czego w Pasz­czy panuje taki ponury nastrój. Gene­rał nosił malo­waną maskę dzika z kłami, oby­czaj kazał bowiem, by na dwo­rze cał­ko­wi­cie zakry­wać twarz w obec­no­ści Cesa­rza. Patrząc odpo­wied­nio wiel­kimi i peł­nymi paniki oczami dzika, gene­rał jed­nym tchem wyja­śnił, co się dzieje.

Jest to opo­wieść o kre­sie Księ­ży­co­wego Tronu.

Któ­rego upa­dek zaczął się wła­śnie od tego.

Od kradzieży ptaka.

Wyda­rzyło się to, mówił gene­rał, jesz­cze przed świ­ta­niem, nim mrok nieba na wscho­dzie zabar­wił się fio­le­tem, jesz­cze nawet nim w wieży straż­ni­czej o świ­cie zmie­niła się warta. Ktoś wła­mał się do cesar­skich poko­jów – nie do wiary! – i wykradł ulu­bio­nego ptaka Cesa­rza z klatki z drewna sekwoi. Cesarz nie przy­jął wtar­gnię­cia ze spo­ko­jem.

– Nikt z nas nie ma do Niego dostępu – wyja­śnił gene­rał. – Cesarz nie chce nawet sły­szeć o jutrzej­szej piel­grzymce, jeśli ptak się nie znaj­dzie, a wino­wajcy nie spo­tka spra­wie­dliwa kara.

– Czy prze­su­nął mosty? – zapy­tał Zgroza.

– Prze­su­nął, panie.

Zgroza potarł oczy.

Twoja babcia splotła kocią kołyskę z czerwonej nitki.

– Pagody pałacu wzno­siły się na wierz­choł­kach Gór Zachod­nich, na każ­dym ich szczy­cie – opo­wia­dała. Jej palce zamy­kały się i otwie­rały, zmie­nia­jąc układ nitek. – Mię­dzy szczy­tami biegł tuzin mostów z gładko cio­sa­nego kamie­nia, łącząc pagody w zdu­mie­wa­jącą sieć. Mosty obra­cały się na olbrzy­mich osiach jak wska­zówki zegara. Z kaprysu Cesa­rza i dzięki mocy Jego boskich darów mosty się prze­su­wały, a roz­kład pałacu się zmie­niał. – Palce babci zamy­kały się i z powro­tem otwie­rały, a układ nici rodził się na nowo, zmie­nia­jąc połą­cze­nia. – Dla obrony – wyja­śniła. – Odkąd tylko ród Cesa­rzy zasiadł na Tro­nie, docho­dziło do prób skry­to­bójstw, a do pałacu usi­ło­wali prze­ni­kać szpie­dzy. W razie nie­bez­pie­czeń­stwa Cesarz roz­ka­zy­wał obra­cać mosty tam, gdzie sobie życzył. Mógł w jed­nej chwili oddzie­lić cesar­skie pokoje od całego świata i odizo­lo­wać wro­gów na samot­nych szczy­tach.

Bab­cia spo­glą­dała przez dzie­dzi­niec ku kory­ta­rzowi z rzę­dem okien, w któ­rym sły­chać było gło­śne kroki two­jego ojca.

– Więk­szość tych mostów wzniósł ostatni z Cesa­rzy. Mówią, że zmie­niał ich kie­runki czę­ściej niż któ­ry­kol­wiek z jego poprzed­ni­ków. A wiesz dla­czego? – Kiedy krę­ci­łeś głową, bab­cia odpo­wia­dała nie­mal weso­łym szep­tem: – Ze stra­chu. – Usły­sza­łeś odgłos zatrza­ski­wa­nych drzwi. Sil­nik samo­chodu zaczął gniew­nie bur­czeć. Twój ojciec odjeż­dżał, a czer­wona nitka odplą­ty­wała się z wiot­kich pal­ców babci i prze­cho­dziła na twoje dło­nie, kiedy zamy­kała nad nimi swoje. – Bał się śmierci.

– Wszyst­kie mosty są roz­łą­czone – oznaj­mił gene­rał. – Do poko­jów Cesa­rza nie ma dostępu, a połowa naszych ludzi utknęła na innych pago­dach bez moż­li­wo­ści powrotu.

– To nie­do­brze – odparł Zgroza. – Jutro wyru­szamy. Nie mamy czasu na napady zło­ści. – Uśmiech księ­cia kazał gene­ra­łowi prze­zor­nie cof­nąć się o krok. – Mam więc nadzieję, że przed­sta­wisz mi nie tylko pro­blem, ale też roz­wią­za­nie.

Po chwili waha­nia gene­rał poki­wał głową. Czu­łem smród roz­kła­da­ją­cych się głów w jukach u sio­deł jego synów. Z oczu pod maską pły­nęły mi łzy.

– Tak, mój książę. Ist­nieje pewne roz­wią­za­nie. I za twoim pozwo­le­niem się­gniemy po nie.

Książę udzie­lił pozwo­le­nia. Nie minęła godzina, a Pierw­szy Zgroza zasiadł wśród innych moż­nych w try­bu­nale usta­wio­nym w pół­kręgu wokół czło­wieka wybra­nego przez nich na tego, który ponie­sie karę za zbrod­nię, w nadziei, że gdy ktoś – kto­kol­wiek – zosta­nie uka­rany, Cesarz powściąg nie gniew i mosty wrócą na wła­ściwe miej­sca.

Wybrali wła­śnie mnie. Oskar­żony stał pośrodku sali na nie­wiel­kim pode­ście dla supli­kanta, jak czło­wiek, któ­rego za chwilę mają zepchnąć z tra­twy do morza. Był to star­szy męż­czy­zna, ciało miał przy­gar­bione. Nosił malo­waną maskę uśmiech­nię­tego gekona. Przez trzy­dzie­ści trzy lata pole­ro­wa­łem por­ce­la­nowe wazony i pod­le­wa­łem lilie wie­czor­nice w wiszą­cych ogro­dach. Pra­co­wa­łem po cichu, pil­no­wa­łem wła­snych spraw i w prze­ci­wień­stwie do innych sług nie zaj­mo­wa­łem się plot­kami ani gdy­ba­niem na temat zacho­wa­nia Cesa­rza w ostat­nich kilku mie­sią­cach. Przez trzy­dzie­ści trzy lata budzi­łem się przed pierw­szym pia­niem koguta i sze­dłem spać długo po tym, jak gasła ostat­nia świeca w Jego cesar­skim oknie. Cia­łem i duszą oddany byłem sumien­nemu czysz­cze­niu dra­pe­rii i roz­kła­da­niu wyśmie­ni­tych spe­cja­łów na mister­nie rzeź­bio­nych tacach. Rezy­gno­wa­łem z nada­rza­ją­cych się oka­zji, by zna­leźć miłość lub by zdo­być korzy­ści, ponie­waż moi rodzice nauczyli mnie, że na tym świe­cie nie ma nic waż­niej­szego niż lojal­ność. A wtedy – a wtedy – pię­ciu Mędr­ców zza dłu­giego stołu w dru­gim końcu sali odczy­tało mu fał­szywe zarzuty w bez­dusz­nym porządku, z wszel­kimi szcze­gó­łami, Pierw­szy Zgroza zaś był w tym cza­sie zajęty cichą roz­mową o spra­wach wagi pań­stwo­wej z innym dygni­ta­rzem. Męż­czy­znę oskar­żono o to, że wemknął się do kró­lew­skiego salonu, wykradł ulu­bio­nego ptaka Cesa­rza i ukrę­cił ptasz­kowi głowę z czy­stej zło­ści, a w końcu wyrzu­cił go przez balu­stradę w prze­paść, unie­moż­li­wia­jąc tym samym zwró­ce­nie mar­twego ciała ptaka jego pra­wo­wi­temu wła­ści­cie­lowi. Pierw­szy z Mędr­ców wyce­dził z teatralną pogardą:

– Przez trzy­dzie­ści trzy lata słu­ży­łeś Tro­nowi.

A potem pew­nego dnia nagle byłem skoń­czony.

Oskar­żony zaniósł się tak gło­śnym szlo­chem, że możni człon­ko­wie try­bu­nału nie­zręcz­nie poru­szyli się na krze­słach. Ale jak mia­łem nie szlo­chać, skoro każdy inny sługa i każdy wiel­moża, któ­remu słu­ży­łem, zło­żył przed Mędr­cami świa­dec­twa potrzebne, by mnie potę­pić. Na pamięć swo­ich babek przy­się­gali, że nie widzieli mnie cały ranek. Że już od dawna narze­ka­łem na swoją pozy­cję. Że mia­łem motyw. A cały ten spek­takl był odgry­wany przed żół­wiem zaj­mu­ją­cym miej­sce na swoim pode­ście.

Spoj­rze­nie żół­wia padło na Pierw­szego Zgrozę.

– Uśmiech­nięte Słońce życzy sobie poznać twoje myśli – powie­dział żółw i zachi­cho­tał jak sza­le­niec. – Na pod­sta­wie wszyst­kich przed­sta­wio­nych ci dowo­dów, w którą stronę skła­nia się twoje serce?

Zgroza spoj­rzał na stwo­rze­nie będące przed­sta­wi­cie­lem jego ojca, a potem opu­ścił wzrok na oskar­żo­nego, który stał jak zbity pies pośrodku sali. Trzy­dzie­ści trzy lata. I bez chwili waha­nia orzekł:

– Moje Uśmiech­nięte Słońce, ten czło­wiek jest winny.

Oskar­żony zapadł się w sobie.

Po co? – zapy­ta­łem.

Po co.

– Uśmiech­nięte Słońce życzy sobie, byś wie­dział, że cię pamięta – prze­ka­zał żółw oskar­żo­nemu. – Pamięta, że kiedy Jego ojciec zasia­dał w try­bu­nale, ty dawa­łeś Mu sło­dy­cze za ple­cami Jego pia­stunki.

Wino­wajca na pod­wyż­sze­niu potwier­dził, że to prawda. Dawa­łem mu laseczki ze sło­dzo­nego ryżu, zawi­nięte w natłusz­czone liście bana­nowca. Był synem Cesa­rza, ale był też dziec­kiem, które się nudziło i było samotne.

– Robi­łem to z ochotą, moje Uśmiech­nięte Słońce! – krzyk­nął.

– Dla­tego tym więk­sza hańba, że masz serce prze­żarte cho­robą. – Żółw odwró­cił głowę. Zachi­cho­tał płacz­li­wie. – Obyś zna­lazł spo­kój w Morzu Śpią­cym.

Straż­nik dobył mie­cza. Męż­czy­zna wstał – chcia­łem ich zakli­nać, oddał­bym wszystko – rękami się­gnął do twa­rzy, by zdjąć maskę, by bła­gać try­bu­nał spoj­rze­niem oczu peł­nych łez, ale jego krzyk ucięło szyb­kie i gwał­towne ścię­cie głowy. Stru­mień krwi bry­znął na czarne deski pod­łogi. Głowa prze­stała się toczyć tuż przed pół­krę­giem wiel­mo­żów. Maska gekona uśmie­chała się pusto do męż­czy­zny, który przy­ci­skał do nosa chu­s­teczkę, bli­ski omdle­nia. A kiedy czer­wona fon­tanna już prze­stała try­skać, ciało oba­liło się z bez­wład­nie roz­rzu­co­nymi rękoma i nogami. Resztka życia opu­ściła je przez drga­jący mały palec pra­wej dłoni.

– Skoń­czy­li­śmy – stwier­dził żółw.

Możni z try­bu­nału uca­ło­wali posadzkę, doty­ka­jąc do niej czo­łami.

Pałac się zatrząsł.

Gdy mosty z łosko­tem wra­cały na dawne miej­sca, trupa tego czło­wieka wycią­gnięto za buty przez otwarte drzwi, moje ciało wyrzu­cono przez balu­stradę mostu w nie­znaną prze­paść, bez tabliczki na szyi, bez modli­twy, a tym­cza­sem Zgroza prze­do­sta­wał się już na drugą stronę, nie cze­ka­jąc nawet, aż most z jękiem prze­sta­nie się obra­cać. Nie zwal­nia­jąc kroku, zało­żył na twarz kunsz­tow­nie cio­saną maskę Pawia, nawet ksią­żęta nie byli bowiem zwol­nieni z naka­zów cesar­skiego edyktu, i wszedł przez nie­mal bez­gło­śnie roz­su­wa­jące się drzwi do cesar­skiego salonu, gdzie odcze­kał chwilę, aż odzy­ska nad sobą pano­wa­nie, a następ­nie oznaj­mił swoje przy­by­cie – co pozo­stało bez odpo­wie­dzi. Gło­śno prze­pro­sił i wszedł głę­biej. Widział wosko­wane niskie stoły, zwoje per­ga­mi­nów wetknię­tych równo w prze­gródki w kształ­cie rom­bów, prze­pych zasłon z kosz­tow­nej tka­niny induun, wytrze­pa­nych i wypra­so­wa­nych. Aż trudno uwie­rzyć, pomy­ślał, że było tu jakieś wła­ma­nie, bo jedyny jego dowód sta­no­wiła wisząca bez­u­ży­tecz­nie w rogu salonu pusta klatka dla pta­ków.

– Jak widać, ni­gdzie nie jest bez­piecz­nie – ode­zwał się ktoś chra­pli­wym gło­sem. – Nawet w moim domu.

Magaam Ossa, Ósmy Cesarz Księ­ży­co­wego Tronu, Ojciec Pierw­szego, Dru­giego oraz Trze­ciego Zgrozy, sie­dział z wydę­tymi ustami w swoim ulu­bio­nym fotelu.

– Dobrze cię widzieć, Ojcze – przy­wi­tał go Zgroza. Ukląkł i przy­warł dzio­bem maski do wychu­dłej dłoni ojca.

– Tak? – zapy­tał Cesarz.

Wynio­śle patrzył na syna małymi oczami bez życia, wzy­wa­jąc go do odpo­wie­dzi. Na jego dłoni, na­dal trzy­ma­nej przez księ­cia, widać było grube żyły jak mar­twe węże na wolno pły­ną­cej rzece. Zgroza chciał jed­no­cze­śnie zgnieść tę dłoń na mia­zgę i ją utu­lić.

– Wiem, że mia­łeś dziś ciężki dzień – powie­dział – ale przy­no­szę dobre wie­ści o Two­jej jutrzej­szej podróży. Lud…

Ręka ojca wyśli­zgnęła się z jego dłoni. Zgroza patrzył, jak Ósmy Cesarz, odziany w naj­czar­niej­szą z szat, pod­cho­dzi do okna bal­konu niczym wdo­wiec w żało­bie.

– Było mi ogrom­nie przy­kro, gdy usły­sza­łem o Twoim ptaku – odwa­żył się dodać Zgroza. – Zdaje się, że zbyt długo mnie tu nie było. Nie wie­dzia­łem, że mia­łeś nowego ulu­bieńca.

– W jaki spo­sób ty i inni dygni­ta­rze zde­cy­do­wa­li­ście, komu ściąć głowę? – zapy­tał Cesarz.

Zgroza się zawa­hał.

– Odkry­wa­jąc, kto był winien, panie.

– Nie jestem man­do­liną. Nie pró­buj na mnie wygry­wać swo­ich melo­dy­jek.

Z końca sali dobiegł stłu­miony chi­chot. Książę zer­k­nął na żół­wia leżą­cego na wyso­kiej poduszce przy sto­liku do pisa­nia. Żółw odpo­wie­dział mu har­dym spoj­rze­niem, od któ­rego jeżyły się włosy.

– Wybrano pierw­szego z brzegu – przy­znał Zgroza.

– W jaki spo­sób?

– Każ­demu ze sług, któ­rzy odwie­dzali Twoje pokoje w ostat­nich dniach, przy­pi­sa­li­śmy numer. Jeden z gene­ra­łów rzu­cił kost­kami. – Kiedy Cesarz ponuro się zaśmiał, sły­sząc to wyja­śnie­nie, książę spoj­rzał na ojca, nie­do­strze­gal­nie mru­żąc oczy. – Czyli wie­dzia­łeś. Wie­dzia­łeś, że ten czło­wiek był nie­winny.

Cesarz pod­szedł przez salon do pustej klatki. Bawił się w pal­cach haczy­kiem, zamy­kał klatkę, otwie­rał, a gdy Zgroza przy­glą­dał się ojcu, który wyda­wał się dużo star­szy niż zale­d­wie kilka mie­sięcy temu, mógł śmiało przy­jąć, że nie doszło do żad­nej kra­dzieży – że ten sta­rzec po pro­stu zapo­mniał wczo­raj zamknąć klatkę na noc i ptak sam, bez niczy­jej pomocy, wyfru­nął przez okno bal­konu. Że zabito mnie przed try­bu­na­łem jedy­nie po to, by zło­żyć ofiarę Jego dumie.

– Osta­tecz­nie to nie ma zna­cze­nia – stwier­dził Cesarz, zamy­ka­jąc klatkę na dobre. – A teraz opo­wiedz mi o moim kraju.

Napili się razem her­baty. Zapa­rzył ją Zgroza. Kiedy goto­wał wodę na ogniu, jego ojciec sie­dział dalej posępny i wyco­fany, Jego pod­krą­żone oczy dawały świa­dec­two, jak słabo sypia. Książę, w nadziei na popra­wie­nie ojcu humoru, opo­wia­dał Mu, że poste­runki na Gór­nej Dro­dze są utrzy­my­wane w zna­ko­mi­tym porządku. Że ataki ban­dy­tów zda­rzają się rza­dziej niż za cza­sów Jego dziada. Nie wspo­mniał, że zupeł­nie odwrot­nie mają się sprawy na Dol­nej Dro­dze. Że na tym nie­pa­tro­lo­wa­nym szlaku ludzie czę­ściej niż przed­tem padają ofia­rami zło­dziei i zabój­ców. Jakiś czło­wiek zatrzy­mał mnie, kiedy sze­dłem do wio­ski mojej sio­stry. Mówił, że potrze­buje pomocy w popchnię­ciu wozu, który utknął tam, za drze­wami. Ow­szem. Dałem się nabrać. Mia­łem tylko trzy kopany przy duszy. Nie wiem, czego się spo­dzie­wał. Ale i tak roz­pruł mi brzuch. Tak, zapew­niał Zgroza, kraj roz­kwita.

– Budowę floty na wschod­nim wybrzeżu ukoń­czono przed kil­koma tygo­dniami. Każdy okręt ma w zało­dze naj­lep­szych żegla­rzy w całym kraju. – Nie wspo­mniał, że flota kosz­to­wała trzy razy tyle, ile sza­co­wano, i że Tron jest teraz zadłu­żony u Pię­ciu Rodów, od któ­rych naby­wano surowce. Zapew­nił ojca, że wszystko jest gotowe na jutro, a lud bije się o to, by zoba­czyć prze­jazd Jego kara­wany. Nie wspo­mniał, że ludzie są głodni, że z powodu Lata Bez Końca ich ciała leżą przy dro­gach, z wyschnię­tymi gar­dłami, spa­lone słoń­cem. Że nasze dzieci piją wodę z pól ryżo­wych i puchną od cho­roby. Powie­dział wszystko, co ojciec potrze­bo­wał usły­szeć. Ale jego lukro­wane słowa nie zdo­łały popra­wić pod­łego nastroju ojca, przez który ostat­nio coraz bar­dziej zamy­kał się w sobie.

Cesarz odsta­wił her­batę. Potarł zapa­dłe oczy. Nie obcho­dziły go poste­runki ani ban­dyci, ani lud.

Opo­wie­dział o jedy­nej rze­czy, którą ostat­nio potra­fił się prze­jąć.

– Mia­łem wczo­raj kolejny sen. Żyw­szy niż wcze­śniej­sze. – Zamknął oczy, żeby przy­wo­łać tę wizję, a jego syn teatral­nie oka­zał zain­te­re­so­wa­nie. – Tygrys trzy­ma­jący w pysku gałąź wiśni wyło­nił się z krzewu w moim pry­wat­nym ogro­dzie. Sze­dłem za nim przez zaro­śla, przez łąkę, a nawet przez morze. Stą­pa­łem po wodzie jak po twar­dej ziemi. – Cesarz opo­wia­dał o tygry­sie z trwożną powagą. Wia­domo było, że tygrys i gałąź wiśni są sym­bo­lami dłu­giego, dostat­niego życia. Twoja bab­cia wyszyła tę gałąź na ubra­niu swo­jego ojca, co słu­żyło tobie i twoim bra­ciom jako jedyne wytłu­ma­cze­nie, dla­czego ten zaśli­niony sta­ru­szek w buja­nym fotelu jakimś cudem cią­gle żyje – musi być jakieś ziarno prawdy w tym, co mówią o tygry­sach i gałę­ziach wiśni, ponie­waż twój pra­dzia­dek, twój pra­dzia­du­nio, jak o nim mówi­li­ście, z na­dal nie­zna­nego wam powodu nie chciał umrzeć, pomimo masy cho­rób i przy­pad łości star­czego wieku.

O odrzu­ce­niu śmierci i o życiu dłu­gim ponad miarę – o tym były sny, inten­sywne i wszech­ogar­nia­jące, które ostat­nimi czasy prze­śla­do­wały Cesa­rza obiet­ni­cami z innego świata i które natchnęły Go do Świę­tej Piel­grzymki. Nio­sły wizje i omeny, naka­zu­jące Mu wyru­szyć w podróż przez morze do nowych ziem, aby zna­leźć klucz do drzwi dotąd zamknię­tych przed wszyst­kimi ludźmi, nawet przed tymi, któ­rzy zro­dzili się z bóstwa.

Aby zna­leźć sekret do życia wiecz­nego.

Nie wybie­rał się w podróż, by poznać pod­dany Mu lud. Piel­grzymka była raczej spo­so­bem na zdo­by­cie wystar­cza­ją­cych środ­ków na długą podróż za morze i jesz­cze dalej – dokąd­kol­wiek miała zapro­wa­dzić.

– Sądzisz, że to znaj­dziemy? – zapy­tał cicho syna. – Tam za kana­łem, za Wiel­kim i Bez­kre­snym Morzem?

Zgrozę zanie­po­koił nie­pewny ton ojca w przeded­niu podróży. Prze­cież pod nie­obec­ność Cesa­rza to on miał rzą­dzić w Jego zastęp­stwie i poczy­nił już wiele pla­nów na urzą­dze­nie cesar­skich poko­jów, w któ­rych teraz się znaj­do­wali.

– Za wodą znaj­dziesz to, czego szu­kasz – zapew­nił ojca, kur­czą­cego się sta­rego czło­wieka. – Na nowych zie­miach odnaj­dziesz sekret wiecz­nego życia. Tak mówią Twoje wizje, tak się zatem sta­nie, ponie­waż jesteś Słoń­cem, w któ­rego pro­mie­niach zni­kają cie­nie wszel­kiej nie­pew­no­ści. Czyż nie tak? – Ujął ojcow­ską dłoń. – Ojcze? Nie tak?

– Tak, wła­śnie tak – odparł Cesarz gło­sem drżą­cym z emo­cji. – Masz rację, jest, jak mówisz.

– Cie­szę się – odparł książę. – Poże­gna­łeś się już z Matką? Jutro nie będzie na to czasu.

Na uła­mek chwili twarz Cesa­rza przy­brała tajem­ni­czy wyraz, któ­rego Jego syn nie potra­fił odczy­tać. Ale potem ów zagad­kowy gry­mas znik­nął. A Cesarz pokrę­cił głową.

– Odwie­dzę Ją póź­niej, po mojej ostat­niej prze­mo­wie.

– Dobrze. A czy mógł­byś potem dać znać mojemu synowi, że tu jestem i że z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kam, aż się jutro spo­tkamy…?

– Tak, tak – wymam­ro­tał Uśmiech­nięte Słońce – prze­każę mu, jeśli będę pamię­tał.

– Jak on się miewa? – zapy­tał książę. – Kiedy ostatni raz tam zasze­dłeś, czy był w pełni sił i zdro­wia?

– A skąd miał­bym wie­dzieć? Jego zdro­wie mnie nie zaj­muje.

– Roz­ma­wia­łeś z nim? Jest zręcz­nym roz­mówcą. Może jutro mogli­by­ście we dwóch…?

– Wysta­wiasz moją cier­pli­wość na próbę, synu.

Paw skło­nił głowę.

– Naj­moc­niej pro­szę o wyba­cze­nie, moje Uśmiech­nięte Słońce.

Cesarz zapadł się w fotelu. Odsu­nął czarkę.

– Zawsze wiesz, jak popsuć mi humor – burk­nął. – No, dobrze – wes­tchnął. – Powiedz, co mnie jutro czeka. Opo­wiedz mi o podróży. Nie­chaj mnie nie zasko­czy żadna nie­wia­doma.

Książę gor­li­wie speł­nił prośbę, nie chciał ojca ziry­to­wać, w dodatku tuż przed koń­cem.

– Opo­wiem Ci o wszyst­kim, co się wyda­rzy jutro i w następ­nych dniach. Opo­wiem Ci o Two­jej piel­grzymce.

– Mów więc, synu. – Ostatni władca na Księ­ży­co­wym Tro­nie jesz­cze raz zamknął oczy. Jego wyczer­pane bez­sen­no­ścią ciało było teraz cie­płe i cięż­kie od her­baty. – I niech twoje słowa będą tak słod­kie jak ten napój w czar­kach.

– To opowieść o tym, co przyniesie jutro i następny tydzień.

Jutro, Ojcze, roz­pocz­niesz naj­waż­niej­szą podróż w Swoim życiu. Z pierw­szym słod­kim tchnie­niem świtu wyru­szysz kara­waną na wschód, na wybrzeże, gdzie na Twoje przy­by­cie czeka flota wyprawy, aby zabrać Cię do kra­iny Two­ich słyn­nych snów.

Jesteś tak bli­sko bosko­ści.

Podróż na wybrzeże zaj­mie pięć dni. Na malow­ni­czej Gór­nej Dro­dze będziesz cie­szył oczy naj­wspa­nial­szymi wido­kami, obda­ro­wy­wany tym, co naj­lep­sze z pię­ciu pro­win­cji, gdyż lud, który na­dal uważa, że wypra­wiasz się na zwy­kłą duchową piel­grzymkę, przy­bę­dzie, aby ofia­ro­wać Ci swoje naj­wspa­nial­sze dary.

Pierw­szego Dnia ofia­rują Ci naj­do­sko­nal­sze zbiory. Zasią­dziesz do wspa­nia­łej uczty, sma­ko­wać będziesz won­nych her­bat i spo­czy­wać na naj­bar­dziej mięk­kich ryżo­wych podusz­kach pod­czas uro­czy­sto­ści na wiel­kim dzie­dzińcu przy Mał­piej Bra­mie, gdzie ugosz­czą Cię wiel­możny pan Yinn i wiel­można pani Pan­jet.

Stam­tąd, po nocy peł­nej uciech, udasz się na wschód, do Misy Nie­bios. Na jej krysz­ta­łowo czy­stych wodach spę­dzisz Dzień Drugi, delek­tu­jąc się wybor­nym sma­kiem poło­wów z Tysiąca Rzek i zaży­wa­jąc wygód na pokła­dzie łodzi spa­ce­ro­wej mojego brata. Jak dobrze wiesz, mam swoje zda­nie o tym, jak Luubu się pro­wa­dzi, ale zawsze wysoko ceni­łem jego talent do podej­mo­wa­nia zaszczyt­nych gości i jestem pewien, że wyprawi dla Cie­bie przy­ję­cie tak świetne, że zaczniesz roz­wa­żać rezy­gna­cję z podróży.

Trze­ciego Dnia pozo­sta­niesz w Misie, gdzie doko­nasz objazdu tkalni wiel­moż­nego Indu­una i oglą­dał będziesz naj­wspa­nial­sze gobe­liny oraz naj­bar­dziej puszy­ste, naj­de­li­kat­niej­sze dywany, z któ­rych każdy utkano wła­śnie na tę oka­zję. Ich wzory będą opo­wia­dać dzieje Two­jego dłu­giego pano­wa­nia. Kobierce te zabie­rzesz ze Sobą w daleką podróż. Będą Ci przy­po­mi­nać rodzinną kra­inę.

Czwar­tego Dnia droga Two­jej piel­grzymki pro­wa­dziła będzie przez kamie­nio­łomy wiel­moż­nego Waaga. W roz­pęk­nię­tej ziemi pokażą Ci czarną jak noc rudę, z któ­rej powstaje nasza naj­wspa­nial­sza broń. Odwie­dzisz kuź­nie, gdzie ofia­rują Ci miecz ostrzej­szy niż wszel­kie dotąd wykute. Nie­chaj ten miecz strzeże Cię w podroży przez tajem­ni­cze, dzi­kie i nie­znane zie­mie.

A na koniec, Dnia Pią­tego, Dnia Ostat­niego, dotrzesz do Boskiego Mia­sta na końcu świata. Z nad­mor­skiej skały będziesz podzi­wiał zachwy­ca­jący widok na Wiel­kie i Bez­kre­sne Morze. Na głów­nym placu zasią­dziesz do obej­rze­nia wspa­nia­łego występu i aż do kresu dnia będziesz cie­szył oczy tań­cem naj­świet­niej­szych tan­ce­rzy. Tylko od Two­jej woli zależy, czy doko­nasz inspek­cji Wese­li­ska. Nikt nie będzie miał Ci za złe, jeśli posta­no­wisz je omi­nąć.

W końcu zaj­dzie słońce, a Ty i Twoja świta wstą­pi­cie na pokład okrę­tów, zała­do­wa­nych owo­cami tej kra­iny, zapasy któ­rych wystar­czą na przy­szłe lata, a gdy załoga pod­nie­sie żagle, wypły­niesz na spo­tka­nie Swo­jej naj­więk­szej przy­gody. Do nowej ziemi.

Gdy sta­tek będzie odbi­jał od brzegu, Ojcze, odwró­cisz się i zoba­czysz nas wszyst­kich, jak sto­imy na skale i żegnamy Cię, gdy odpły­wasz w bez­kres ku zacho­dzą­cemu słońcu. Na tle mrocz­nie­ją­cej pur­pury wie­czor­nego nieba wybu­chać będą sztuczne ognie. I w głębi serca będziesz wie­dział, że choć znaj­dziesz się daleko, pamięć o Tobie nie zaga­śnie – w dniu, w któ­rym powró­cisz, poko­naw­szy śmierć, ta kra­ina przyj­mie Cię jak zawsze: z cie­płem, miło­ścią i naj­głęb­szą dumą.

Nie ma się czego oba­wiać, moje Uśmiech­nięte Słońce. For­tuna nie­zmien­nie sprzy­mie­rza z Tobą swoje zastępy. Ja będę trwał w pałacu jako zarządca Twych ziem i każ­dego dnia bez wyjątku będę prze­wo­dził ludowi w żar­li­wych modli­twach o Twą bez­pieczną podróż, i pod­trzy­my­wał będę ogień w pale­ni­sku, aż wró­cisz i je przej­miesz.

Z ciemności dobiegł chichot.

– Zaiste Twój syn cię miłuje, moje Uśmiech­nięte Słońce.

Ojciec i syn spoj­rzeli przez salon na żół­wia, leżą­cego na kocach w rogu. Książę ze wstrę­tem odwró­cił wzrok od olbrzy­miego stwo­rze­nia, które za woalami z naj­zwiew­niej­szej tka­niny induun zano­siło się sza­lo­nym recho­tem, wypeł­nia­ją­cym pokój jak gaz z pęk­nię­tej rury.

– Dziwne stworzenia, żółwie.

Twoja bab­cia trzy­mała tele­fon przy uchu, a w dru­gim pokoju grało radio. Twier­dziła, że oba przed­mioty służą za dobre porów­na­nie.

– Były nasta­wione na pewien kanał. Miały dostęp do świata, któ­rego nie widzimy. Wyczu­wały woń nastro­jów, smak pobu­dek. I mogły poro­zu­mie­wać się ze sobą na wielką odle­głość.

W radiu pre­zen­ter opi­sy­wał w szcze­gó­łach naj­now­sze zwy­cię­stwo: wzdłuż wybrzeża grzmiały działa, samo­loty pod­ry­wały się w powie­trze jak kaczki, uni­ce­stwiano bata­liony wroga.

– Wielką moc miały te stwo­rze­nia – cią­gnęła. – Ale wią­zało się z nią też pewne sza­leń­stwo – wes­tchnęła, a tele­fon dzwo­nił dalej. – Nic dziw­nego, że Tron tak czę­sto je wyko­rzy­sty­wał.

Cesarz skinął głową na Swojego żółwia.

– Dla­czego nam prze­ry­wasz? – zapy­tał.

Chi­chot ucichł.

– Dowód­czyni Tygry­siej Bramy chcia­łaby potwier­dzić, czy Twój syn odwie­dzi ją jutro, by wypić z nią her­batę, moje Uśmiech­nięte Słońce – oznaj­mił żółw.

Cesarz zwró­cił się do księ­cia.

– Myśla­łem, że jutro wyru­szysz z moją kara­waną.

Książę mil­czał, ostroż­nie dobie­ra­jąc w myślach słowa odpo­wie­dzi.

– Pomy­śla­łem, że będzie roz­trop­nie, gdy pojadę Dolną Drogą z kara­waną odbie­ra­jącą dary, aby upew­nić się, że pomyśl­nie roz­pocz­nie drogę. Sądzę, że to nie­wiel­kie poświę­ce­nie, brak mojego towa­rzy­stwa przez jeden dzień, a w zamian za to dopil­nuję, by wła­ści­wie prze­wo­żono towary na Twoją długą podróż.

Cesarz nie był zado­wo­lony, ale jak zwy­kle trudno Mu było odmó­wić synowi pew­nej słusz­no­ści.

– A co to za sprawa z tą her­batą?

Książę nie­znacz­nie wzru­szył ramio­nami.

– Napiję się her­baty ze zna­jomą, nic wię­cej.

Żółw gło­śno węszył w powie­trzu, a zaraz potem zaniósł się śmie­chem, jakby wyczuł od księ­cia łasko­tliwą woń pożą­da­nia.

– Ze zna­jomą i nic wię­cej – mruk­nął, głę­boko roz­ba­wiony. – Ze zna­jomą i nic wię­cej.

– Potwierdź, że przy­je­dzie, żół­wiu – pole­cił Cesarz.

– Tak jest, moje Uśmiech­nięte Słońce.

Zwie­rzę nagle unio­sło głowę i naprę­żyło długą, wysu­niętą szyję.

Sygnał został wysłany.

Myślisz o swo­jej babci przy tele­fo­nie, zgar­bio­nej i cze­ka­ją­cej, aż odbie­rze tele­fo­nistka w cen­trali. Dry­y­y­yyń dry­y­y­yyń.

– Dry­y­y­y­yyń – cza­sem śpie­wała do wtóru.

Zawsze dzwo­niła do domu – nie do two­jego domu, ale do tego za morzem, skąd pocho­dziła twoja rodzina – aby powia­do­mić krew­nych, że wszy­scy są bez­pieczni i że pra­wie nie zauwa­ża­cie wojny. Tele­fon dzwo­nił, a ona ocie­rała ślinę z warg pra­dzia­du­nia. Prze­pę­dzała koty z pokoju. Nuciła pod nosem, prze­sta­wiała garnki i tale­rze w kuchni. Cze­kała.

Jeden z two­ich star­szych braci, któ­rego cie­ka­wiły podobne sprawy, pró­bo­wał wam wyja­śnić, jak działa tele­fon. Opo­wia­dał, że gdzieś, w cen­trali, sie­dzi kobieta i wpina kable w gniazdka.

– O, tak – mówił, prze­sad­nie naśla­du­jąc gesty tele­fo­nistki, aż par­sk­ną­łeś śmie­chem.

I tak samo było z żół­wiami: jeden wysy­łał sygnał, uzy­ski­wał połą­cze­nie, a wtedy drugi odbie­rał. Pro­ste. Cho­ciaż cza­sem co roz­sąd­niej­szy straż­nik czy posła­niec spo­glą­dał na te stwo­rze­nia i zasta­na­wiał się, kto obsłu­guje cen­tralę.

Klik.

Na połu­dnio­wym wscho­dzie, na szczy­cie wieży straż­ni­czej, ponad łosko­tem wozów jadą­cych przez zaku­rzony dzie­dzi­niec, żółw w punk­cie kon­tro­l­nym przy Tygry­siej Bra­mie uniósł głowę i naprę­żył długą szyję podob­nie jak jego brat w Pałacu. Ode­brał prze­kaz, kiw­nął głową. A war­tow­ni­kowi cze­ka­ją­cemu na jego słowa powie­dział:

– Potwier­dza się przy­ję­cie zapro­sze­nia na her­batę, jutro, u Dowód­czyni.

U Arai Pijanicy.

W tam­tych cza­sach trudno było się pozbyć prze­zwi­ska. Wypa­lało na czło­wieku piętno trwale jak roz­ża­rzone żelazo na kro­wim boku. Nie­które prze­zwi­ska pie­lę­gno­wano. Tym, któ­rzy je nosili, dawały pewien rodzaj ochrony w kon­tak­tach z innymi, cza­sem sta­no­wiły ostrze­że­nie, cza­sem słu­żyły zmy­le­niu roz­mówcy. Tak wła­śnie było w przy­padku dowód­czyni poste­runku przy Tygry­siej Bra­mie, Uhi Arai, która w krę­gach hie­rar­chii woj­sko­wej znana była naj­czę­ściej jako Araya Pija­nica. Wiel­można od Flaszki. Prze­krwiona Dama. Trun­kowa Panienka. Była jowialną kobietą niskiej, krę­pej postury, lubiła wygody, dochra­pała się swo­jej pozy­cji pomimo upodo­ba­nia do trun­ków, a bywało, że i za jego sprawą, i w krót­kim cza­sie stała się nad­zor­czy­nią pierw­szego poste­runku na okry­tej złą sławą Dol­nej Dro­dze. Ta wpły­wowa funk­cja dawała jej wiele korzy­ści. Zawsze zasta­na­wia­li­śmy się, jak zaszła tak wysoko – jakie miała konek­sje. Araya powszech­nie znano jako osobę skorą do śmie­chu, a jesz­cze bar­dziej do czę­sto­wa­nia łykiem cze­goś, co wpra­wiało w dobry humor, ale pozba­wiało sił – choć nie było rów­nież tajem­nicą, że na boku przyj­mo­wała łapówki i według kaprysu zawy­żała należne podatki. Mówiła, że wyglą­dam dla niej podej­rza­nie. A potem nas zawró­ciła. Nawet nie oddała nam doku­men­tów. Taka była Araya. Albo też taką swoją stronę poka­zy­wała światu. Beka­jącą i patrzącą zezem. Cza­sem zalot­nicę, a cza­sem twardą sztukę.

Ale ist­niała też inna Araya, którą nie­wielu znało. Araya, która od samego początku pra­co­wała na to, by osią­gnąć coś pra­wie nie­moż­li­wego. I wła­śnie taka Araya roz­su­płała teraz troki mieszka z tru­ci­zną w swo­jej war­towni, gdy dostała potwier­dze­nie, że naza­jutrz przy­bę­dzie Zgroza. Nachy­liła się i pową­chała sprosz­ko­waną w kamien­nym moź­dzie­rzu mik­sturę. Jej woń podraż­niła noz­drza Arai, jakby wdy­chała słod­kie iskry.

– Och – jęk­nęła z załza­wio­nymi oczami i wydmu­chała nos. Nie wie­działa, jak ma to wsy­pać do her­baty Pierw­szego Zgrozy, by się nie zorien­to­wał.

Spoj­rzała na półki, szu­ka­jąc cze­goś, co zakryje smak.

– Cho­lera – prze­klęła, kiedy prze­wró­ciła sto­jący na bla­cie pełny kała­marz.

Wszystko zależało od niej.

Tak twier­dził jej kon­takt, czło­wiek bez języka, pomy­lony geniusz znad sza­rych rzek, kiedy kilka tygo­dni temu wyry­so­wał na jej drżą­cej dłoni plany opra­co­wy­wane od mie­sięcy. Figu­rami, które skre­śli­łem na jej wil­got­nej skó­rze, powia­do­mi­łem ją, że nad­szedł czas – że w końcu zna­li­śmy już ter­mi­narz i drogę Piel­grzymki.

Nade­szła pora, by pożreć cesar­ski ród.

Ktoś zapu­kał do drzwi.

– Dowód­czyni – dobiegł stłu­miony głos – przy­szła dla cie­bie wieść prze­ka­zana przez żół­wia: wiel­można pani Jova z posia­dło­ści Pan­jet chcia­łaby omó­wić twoją dostęp­ność na uro­czy­sto­ści z oka­zji osią­gnię­cia przez jej córkę wieku peł­no­let­niego…

– Póź­niej, Raami – odburk­nęła, usi­łu­jąc zetrzeć atra­ment z pod­łogi, ale z każ­dym ruchem tylko bar­dziej roz­ma­zu­jąc go szmatą. – Jestem aku­rat… jestem w tej chwili zajęta.

– Tak jest, dowód­czyni.

Jego kroki się odda­liły. Araya z wes­tchnie­niem rzu­ciła ocie­ka­jącą szmatę do wia­dra, wewnętrzną fałdą odzie­nia wytarła uwa­lane palce, a potem wró­ciła do kamien­nego moź­dzie­rza i leżą­cego obok niego woreczka.

Kru­che liście wysta­wały z mieszka jak noże.

Zwy­czajna tru­ci­zna nie powa­li­łaby członka cesar­skiego rodu. Długa lista nie­uda­nych skry­to­bój­czych zama­chów przez wieki wła­dzy Księ­ży­co­wego Tronu mówiła nam, że ich ciała, zro­dzone z bóstwa, są odpor­niej­sze niż nasze, bar­dziej śmier­telne ciała. Dobrze zapa­mię­ta­li­śmy histo­rię bied­nego głupca, który usi­ło­wał wsy­pać szczyptę Poca­łunku Sędziego do ucha Trze­ciego Cesa­rza – bez­sku­tecz­nie. Cesarz obu­dził się tylko ze sła­bym bólem głowy, a potem kazał nie­do­szłego zabójcę uka­rać. Do jego ple­ców przy­szyto skórę jego dzieci i miał ją nosić do końca swo­ich dni, które spę­dził, prze­mie­rza­jąc drogi tego kraju i gło­śno opie­wa­jąc cnoty władcy.

Araya pamię­tała. Dla­tego jej ręce nie prze­sta­wały się trząść, kiedy ucie­rała mik­sturę w moź­dzie­rzu na stole, aż pro­szek stał się jedwa­bi­ście gładki.

– To się nie skoń­czy dobrze – wes­tchnęła ze smut­nym uśmie­chem.

Szczyp­czy­kami dodała wię­cej liści.

Tru­ci­zna nazy­wała się idlit. Było to zioło rosnące wśród mchu w głę­bo­kich lasach, zbie­rane przez nie­liczne stare ple­miona, które jesz­cze go tam pozy­ski­wały. Odci­na­li­śmy łodygi opa­lo­wymi nożami, ostrymi jak dow­cip Somy, trzy­ma­li­śmy je dłońmi w ręka­wicz­kach. Zwie­rzątka, które nie­for­tun­nie zja­dły ole­isty liść, padały w kon­wul­sjach na wil­gotne poszy­cie lasu, a te, które z miej­sca nie stra­ciły życia, leżały spa­ra­li­żo­wane na mchu, cze­ka­jąc, aż spo­śród zaro­śli w leśnej kotli­nie wyło­nią się więk­sze stwo­rze­nia, które zwę­szyły draż­niącą woń ich bez­sil­no­ści. Tru­ci­zny dzia­ła­jące na głowę i na serce w naj­mniej­szym stop­niu ksią­żę­tom ani Cesa­rzom nie szko­dziły. Ale tru­ci­zny wpły­wa­jące na kości i na mię­śnie mogły jesz­cze coś zdzia­łać.

Liniami na dłoni dowód­czyni dałem jej znać, że gdy Pierw­szy Zgroza odwie­dzi ją przy Tygry­siej Bra­mie, a ona, jak naka­zuje oby­czaj, będzie czę­sto­wała go her­batą, ma dosy­pać do jego czarki tro­chę tej uro­kli­wej mik­stury. Wci­sną­łem w jej dłoń nie­wielki mie­szek i poże­gna­łem się z nią cie­płym doty­kiem. Zbyt wiele liści idlitu, a Zgroza swoim uwraż­li­wio­nym zmy­słem bez wąt­pie­nia wyczułby jakiś dodany skład­nik i wtedy zabiłby każ­dego straż­nika na poste­runku, jesz­cze nim para­li­żu­jąca sub­stan­cja tra­fi­łaby do jego krwio­obiegu. Zbyt mało liści, a poczułby naj­wy­żej lek­kie mro­wie­nie w koń­czy­nach. Może nabrzmiały wzwód, ale nie o taki efekt nam cho­dziło, szcze­gól­nie u męż­czy­zny zna­nego ze swo­jej jur­no­ści.

Na małe zwie­rzęta idlit dzia­łał natych­miast, ale gdy ludzie przyj­mo­wali go z zapa­rzoną her­batą, para­liż nastę­po­wał dopiero po pod­wie­czorku. Powie­dzia­łem Arai, że musi dopil­no­wać, by Zgroza wkrótce po przy­ję­ciu tru­ci­zny opu­ścił poste­ru­nek. Sub­stan­cja para­liżująca bez­względ­nie musiała zadzia­łać dopiero wtedy, kiedy będzie już daleko na wschód za Tygry­sią Bramą – dosta­tecz­nie odda­lony od gra­nic mia­sta, by jego ludzie nie mogli pośpie­szyć mu z pomocą.

Powie­dzia­łem jej, że im wię­cej Pawi zjawi się na her­ba­cie, tym lepiej, ale jeśli pić ją ma tylko jedna osoba, to musi być wła­śnie ON – a her­bata ma być naj­lep­szej jako­ści, aby dopił ją całą. Ina­czej tych, któ­rzy urzą­dzili zasadzkę na kara­wanę, rychło czeka rzeź.

– On trwa przy życiu – wyszep­tała, ucie­ra­jąc liście na pro­szek.

Była to codzienna modli­twa, którą zma­wiała, kiedy czuła nie­po­kój.

Nie­któ­rzy z nas, jej pod­ko­mend­nych, usi­ło­wali odgad­nąć, kim jest ten „on” – wrzu­ca­li­śmy kopany do garnca – ja sta­wia­łem na daw­nego kochanka – ja na porzu­cone dziecko. Dokoń­czyła przy­rzą­dzać pro­szek, a jego, tego z modlitw, widziała w myślach tak żywo jak w wizji tuż po prze­bu­dze­niu. Pocią­gnęła z flaszki, aby uspo­koić nerwy. Zapa­rzyła próbny czaj­ni­czek her­baty i podała wyima­gi­no­wa­nemu gościowi. Wyobra­ziła sobie, że on na nią patrzy jak sokół na pierz­cha­ją­cego gry­zo­nia, uważ­nie obser­wo­wała ruchy nad­garst­ków przy nale­wa­niu. Wymy­ślała pyta­nia, jakie mu zada, kom­ple­menty, jakimi go obda­rzy. Był przy­stojny i lubił, gdy mu o tym przy­po­mi­nano. Uśmiech­nie się do niego powścią­gli­wie i powie, że każdy z jego synów to wyka­pany ojciec.

– Tak – powie­działa do pustej izby, napeł­nia­jąc czarkę aż po brzegi i uśmie­cha­jąc się wdzięcz­nie do ściany. – Bez wąt­pie­nia masz słusz­ność. Dla naszego Uśmiech­nię­tego Słońca to będzie cudowny tydzień. Tak. Ja też mam nadzieję, że będzie wspo­mi­nał nas z czu­ło­ścią.

Her­bata prze­lała się przez kra­wędź czarki.

Araya prze­klęła cicho.

Jesz­cze zanim opu­ściła nasze tajne miej­sce spo­tkań, chwy­ci­łem ją za rękę i przy­po­mnia­łem, czym grozi porażka. Przy­po­mnia­łem, że wię­zień Wese­li­ska, na rzecz uwol­nie­nia któ­rego tak ciężko pra­cuje, pozo­sta­nie zakuty w łań­cu­chy w tym pie­kiel­nym labi­ryn­cie, a jej wła­sne życie rów­nież będzie skoń­czone. Że nie podej­miemy żad­nych sta­rań, by ją oca­lić. Że naj­pew­niej dokona żywota jako obdarta ze skóry ozdoba cesar­skich poko­jów. Araya głę­boko wes­tchnęła. A gdy wycho­dziła ze świą­tyni na spo­tka­nie prze­zna­cze­niu, modli­łem się za nią: „Nie­chaj to dzie­cię wytań­czy kroki Rytmu. Nie­chaj jej występ przyjmą z zado­wo­le­niem duchy i mędrcy Morza Śpią­cego. Nie­chaj dożyje dnia, gdy nasz kraj powróci w ręce swego ludu”. Modli­twa tań­czyła w umy­śle Arai, która sie­działa z twa­rzą ukrytą w dło­niach, dopóki z zamy­śle­nia nie wyrwało jej pośpieszne puka­nie do drzwi jej war­towni. „Chwi­leczkę!” – odparła, cho­wa­jąc moź­dzierz i o mały włos zgar­nia­jąc gołymi dłońmi resztki suszo­nych liści, ale w ostat­niej chwili się opa­mię­tała i ścierką zmio­tła tru­ci­znę z powro­tem do mieszka. Otwo­rzyła drzwi.

– O co cho­dzi? – zapy­tała pod­wład­nego, po niej naj­wyż­szego rangą.

– Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam, dowód­czyni – odparł młody Raami, kła­nia­jąc się sztywno.

– W niczym nie prze­szka­dzasz, wejdź. Co cię spro­wa­dza?

– Sugo­wie – odparł. – Znowu nie dają spo­koju kalece.

Araya wes­tchnęła – jak szybko myśl o jutrzej­szym zabój­stwie gdzieś się roz­wiała. Raami powie­dział dowód­czyni, że jeśli sobie życzy, on zaj­mie się tą sytu­acją, bo kiedy na nią spoj­rza­łem, na kobietę, za którą byłem gotów umrzeć, wydała mi się zmę­czona, poko­nana – i czu­łem, jak­bym ją zawiódł. Ale ona powie­działa, że nie, nie, ona sama pój­dzie.

– Poza wszyst­kim, to należy do moich obo­wiąz­ków – dodała gorzko.

Dowód­czyni wybie­gła ze swo­jej war­towni w ostre połu­dniowe słońce, aby roz­pra­wić się z gro­ma­dzą­cym się tłu­mem straż­ni­ków ocią­ga­ją­cych się z inspek­cjami, przez co wydłu­żała się kolejka podróż­nych usi­łu­ją­cych prze­je­chać jesz­cze przed zmierz­chem. To ciało nato­miast pra­gnie ci teraz obja­śnić naturę poste­runku, nad któ­rym pie­czę spra­wo­wała Araya Pija­nica.

Posterunki zwane były bramami.

I były wszę­dzie. Na głów­nych dro­gach. W wąwo­zach. Przy skal­nych ścia­nach. Na odlu­dziach mię­dzy nico­ścią a pustką. Wszę­dzie, gdzie tra­fiało się jakie­kol­wiek prze­wę­że­nie, które można było poko­nać jedy­nie bie­gnącą nim wąską drogą, stała masywna brama z twar­dego drewna, z linami na wie­lo­krąż­kach. Poste­runki słu­żyły pobie­ra­niu myta i spraw­dza­niu papie­rów. For­tece te były nad­zo­ro­wane przez żół­wie, oczy Cesa­rza, który ogar­nięty para­noją pode­szłego wieku, roz­ka­zy­wał wzno­sze­nie coraz więk­szej liczby takich budowli w całym kraju.

Poste­runki przy­po­mi­nały punkty kon­tro­lne z two­ich cza­sów. Pamię­tasz, jak jecha­łeś z rodziną pocią­giem do jed­nej z pro­win­cji na pół­nocy, w odwie­dziny u dale­kich krew­nych, kiedy nagle wasz pociąg się zatrzy­mał na poste­runku gra­nicz­nym na kon­trolę bagaży. Sie­dzia­łeś, wstrzy­mu­jąc oddech, a żoł­nie­rze gwał­tow­nymi szarp­nię­ciami zdej­mo­wali torby z pó łek nad gło­wami pasa­że­rów, jakby ścią­gali nie­po­słuszne dzie­ciaki z gałęzi drzewa. Aż się krzy­wisz na wspo­mnie­nie roz­dzie­ra­nego płótna i otwie­ra­nych siłą zam­ków. Z kamien­nymi minami grze­bali kijami w baga­żach. Zapadł ci w pamięć funk­cjo­na­riusz w suro­wym nie­bie­skim mun­du­rze, puco­ło­wate policzki miał rumiane, jakby wła­śnie napił się wina. Pamię­tasz wyraź­nie, jak wyrwał doku­menty z rąk babci. Pamię­tasz, jak jej pierś uno­siła się gwał­tow­nie i szybko. Myśla­łeś wtedy, że coś jej się stało, że jest chora, ale byłeś jesz­cze mały – ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łeś jej zde­ner­wo­wa­nej.

W wago­nie tuż przed waszym jakiś czło­wiek pod­niósł krzyk, a jego bez­radne woła­nia cichły, gdy wypro­wa­dzano go z pociągu. Nie widzia­łeś go, nawet kiedy razem z braćmi przy­ci­ska­li­ście nosy do szyby, ale przez wiele lat potem wyobra­ża­łeś go sobie, zawsze z inną twa­rzą, bo tak naprawdę to mógł być każdy.

– Dzię­kuję – powie­dział funk­cjo­na­riusz w nie­bie­skim mun­du­rze, rzu­ca­jąc doku­menty na kolana babci i pod­cho­dząc do kolej­nego pasa­żera. Bab­cia schy­liła się, żeby pod­nieść papiery, które upa­dły na pod­łogę. Ty i twoi bra­cia przy­glą­da­li­ście się, jak ten czło­wiek idzie wzdłuż przej­ścia, aż w końcu bab­cia wark­nęła na cie­bie, żebyś prze­stał się gapić. Myśla­łeś, że uczy cię uprzej­mo­ści, co było jej zada­niem. Ale nie tam­tym razem. Tam­tym razem uczyła cię, jak prze­żyć.

Odno­siło się to też do ludzi z cza­sów przed pocią­gami i radiem. Ci, któ­rzy jechali nie­utwar­dzoną Dolną Drogą, zda­wali sobie sprawę, że to może być ostat­nia podróż w ich życiu. Zabie­ra­li­śmy dwa razy wię­cej wody, niż było potrzeba. Ni­gdy nie podró­żo­wa­li­śmy samot­nie. I ni­gdy nocą. Ow­szem, zna­la­zło się kilku despe­ra­tów, któ­rzy pró­bo­wali w poje­dynkę prze­być Dolną Drogę. To wła­śnie ich mar­twe, spie­czone słoń­cem ciała sta­no­wiły więk­szość tru­pów ukry­tych w zaro­ślach i na polach ryżo­wych, ogra­bio­nych z kosz­tow­no­ści, nawet z zębów, które można było sprze­dać za nie­złą cenę w zależ­no­ści od ich poły­sku i od tego, komu się sprze­da­wało. A jeżeli ban­dyci nie pode­rżnęli ci gar­dła, pada­łeś ofiarą dzi­kiej leśnej zwie­rzyny, a jeśli nie zwie­rzyny, to palą­cego słońca i szmatu drogi przez pust­ko­wia, z ostat­nim bukła­kiem już opróż­nio­nym suchymi spierzch­nię­tymi ustami, mówi­łem sobie, że tylko chwilę odpocznę pod tamtą skałą, w jej chłod­nym cie­niu, tylko chwilę, i dopiero wtedy odkry­łem, że chwila może trwać do końca życia. I jeśli nawet jakimś cudem ktoś poko­nał te wszyst­kie nie­bez­pie­czeń­stwa, kres mógł dla niego nadejść tuż przed celem podróży, kiedy prze­pro­wa­dzał umę­czo­nego konia przez bramę nie­któ­rych poste­run­ków, gdzie zaj­mo­wał się nim war­tow­nik, naj­wy­żej pięt­na­sto­letni, w paskud­nym humo­rze, który przyj­mo­wał ludz­kie wyczer­pa­nie za brak sza­cunku. Niech to szlag, dzień wlókł się w nie­skoń­czo­ność, a co chwila zja­wiali się kolejni i żaden by­naj­mniej nie oka­zy­wał wdzięcz­no­ści za to, że wyko­nu­jesz swój obo­wią­zek, że dbasz o bez­pie­czeń­stwo kraju! I jesz­cze ten cho­lerny skwar. Trudno było się na nich nie wyży­wać. Nie patrzeć, jak się wiją. Czło­wiek trzy­mał strzępy podar­tych papie­rów, a oni pako­wali go do wozu jadą­cego pro­sto do Wese­li­ska.

Poste­ru­nek przy Tygry­siej Bra­mie, któ­rym dowo­dziła Araya, stał jak kara­luch na dro­dze mię­dzy ska­łami. Miał dwie cięż­kie drew­niane bramy, tak wiel­kie, że aby każdą otwo­rzyć, pię­ciu ludzi musiało krę­cić kołem. Mię­dzy bra­mami znaj­do­wał się dzie­dzi­niec, przez który ludzie prze­su­wali się jeden za dru­gim, odwra­ca­jąc wzrok. Tylko nas prze­puść­cie, modli­li­śmy się, tylko nas prze­puść­cie. To tutaj, na pyli­stym dzie­dzińcu tej zapo­mnia­nej for­tecy, Araya pode­szła do awan­tur­ni­ków, któ­rzy wysta­wiali jej dowódz­two na pośmie­wi­sko.

Zauważasz pewną zmianę światła.

Twoją uwagę przy­ciąga dziwne nachy­le­nie pło­mieni w misach oraz liczni tan­ce­rze na sce­nie. Sku­piasz się na tym ciele, ku któ­remu zdają się biec wszyst­kie linie. Sku­piasz się na tym ciele jaśnie­ją­cym bla­skiem księ­życa. Jedno ramię ukryło za ple­cami. Twoim zda­niem to dziw­nie afek­to­wana poza, ale w końcu dostrze­gasz, że to nie jest po pro­stu gest, tylko nie­od­łączna cecha postaci, którą to ciało odgrywa – życia ukształ­to­wa­nego przez bra­ku­jącą lewą rękę.

Babcia wbiła palce w twój bark.

Przy­po­mi­nasz sobie, jak prze­su­nęła pal­cami po kra­wę­dzi stawu, wzdłuż któ­rego twoje ramię łączy się z tuło­wiem. Nie była przy tym deli­katna.

– Zwy­kle odci­nali lewe – powie­działa. – O, tak. – Jej dłoń spa­dła jak topór na twój bark. – Lewe ramię sym­bo­li­zuje dumę czło­wieka. Jego wojow­ni­cze serce. Jeśli ktoś zhań­bił swoją rangę, jeśli porzu­cił poste­ru­nek albo uciekł z pola bitwy, jego odcięte ramię z miej­sca mówiło wszyst­kim, że jest tchó­rzem.

A jeśli ktoś stra­cił ramię w bitwie? – zapy­ta­łeś. Albo z cho­roby? Skąd wie­dzieli, że to aku­rat z tchó­rzo­stwa?

– Cię­cie było szcze­gólne – wyja­śniła. – Wysoko. A ranę opa­try­wano w taki spo­sób, że bli­zna ukła­dała się cha­rak­te­ry­stycz­nie, żeby nie można jej było pomy­lić. – Bab­cia wzru­szyła ramio­nami. – W tam­tych cza­sach zupeł­nie ina­czej patrzono na bra­ku­jące ręce czy nogi. Nie­życz­li­wie. Nawet jeśli nie brano cię za tchó­rza, to uwa­żano za trę­do­wa­tego albo za kiep­skiego szer­mie­rza, tak czy owak za czło­wieka pod­łego szczę­ścia. Za kogoś, komu los nie sprzyja. A podłe szczę­ście jest zaraź­liwe jak cho­roba. Lepiej, żeby o czło­wieku nikt w ten spo­sób nie myślał.

Zasta­no­wi­łeś się nad jej sło­wami.

Zapy­ta­łeś, jak odrą­by­wali ręce.

Uśmiech­nęła się, co było rzad­kim wido­kiem, tego dnia uczy­niła jed­nak wyją­tek, bo roz­ba­wiła ją twoja cie­ka­wość maka­bry i gotowa była ją zaspo­koić, ponie­waż sprawa doty­czyła Sta­rego Kraju.

– Jeśli kogoś lubili, zaj­mo­wał się tym naj­lep­szy szer­mierz. Naj­lepsi potra­fili odrą­bać ramię jed­nym cio­sem. Pro­stym cię­ciem, w dół. Wtedy czło­wiek zosta­wał z naj­lep­szą moż­liwą raną. Tak, jeśli kogoś lubili, to było pra­wie jak oka­za­nie miło­sier­dzia.

Po czym z chłod­niej­szym uśmie­chem dodała:

– Ale rzadko kogoś lubili.

A nikt nie lubił tego młodego człowieka z północy.

– Koniec z tym, psy! – krzyk­nął Raami, prze­py­cha­jąc się przez tłu­mek. – Przy­szła dowód­czyni! Już! Wra­cać na swoje sta­no­wi­ska!

Araya pokrę­ciła głową, pod­czas gdy mło­dzi, znu­dzeni cel­nicy Tygry­siej Bramy bez entu­zja­zmu wra­cali na swoje miej­sca, kiwa­jąc pal­cem na pierw­szego podróż­nego cze­ka­ją­cego w kolejce. Mając lat czter­dzie­ści, Araya była ponad dwa razy star­sza od swo­ich pod­ko­mend­nych i wyraź­nie czuła tę róż­nicę, gdy stała teraz wśród kłę­bów opa­da­ją­cego pyłu i patrzyła na dwójkę klę­czą­cych zakrwa­wio­nych gów­nia­rzy.

Rodzeń­stwo Sugów spo­glą­dało na nią bez naj­mniej­szej skru­chy. Mae i Vogo, brat i sio­stra z pie­kła rodem, dzieci jakichś dale­kich krew­nych Tronu, kuzy­nów kuzy­no­stwa. Pły­nęło w nich dość cesar­skiej krwi, by naj­czę­ściej nic sobie nie robili z dys­cy­pli­nu­ją­cych gróźb Arai. Nawet nie zacze­kali na pozwo­le­nie, by się ode­zwać, tylko sami zaczęli opo­wia­dać. Powie­dzie­li­śmy Pija­nicy, że tam­ten jed­no­ręki zwy­rod­nia­lec pod­szedł i nas zaata­ko­wał, sam z sie­bie. Nawet zła­mał kciuk mojej kocha­nej sio­strze. Mae Sugo, dziew­czyna o twa­rzy jak szty­let, zade­mon­stro­wała Arai rze­czony wykrzy­wiony palec.

– Ocze­kuję należ­nego zadość­uczy­nie­nia – powtó­rzyła słowa, które padały z ust ich ojca, ile­kroć był mocno nie­za­do­wo­lony, czyli czę­sto.

– Zapa­mię­tam – odparła Araya, nie patrząc na nich, tylko na trze­cią osobę zamie­szaną w tę awan­turę. – A ty? – zapy­tała.

– Jaki miałeś w tym udział, Keemo z plemienia Dawarów?

Wyglą­dał tak: klę­czał w bru­dzie i pyle, pobity, ale nie zła­many, ciało miał jak młoda pan­tera, szczu­płe, ale silne, jego oczy tań­czyły niczym lśniące noże. Tylko raz rzu­cił krót­kie spoj­rze­nie na Arayę, a potem z sza­cun­kiem wbił z powro­tem wzrok w zie­mię, z jego pra­wego noz­drza pły­nęła krew.

Araya zapy­tała go po raz drugi, jaki miał udział w bójce. Ale on tylko otarł twarz wierz­chem jedy­nej dłoni.

– Odpo­wiedz dowód­czyni – wark­nął Raami, kła­dąc rękę na pochwie mie­cza.

Araya uci­szyła go spoj­rze­niem.

Raami ustą­pił.

– Jego mil­cze­nie zdra­dza, że jest winny – oznaj­miła Mae. – Możemy już wstać z klę­czek?

Araya, poiry­to­wana zuchwa­łym uśmie­chem Mae, dała mło­demu męż­czyź­nie jesz­cze jedną szansę. Zapy­tała, dla­czego zaata­ko­wał współ­to­wa­rzy­szy służby, ale on ponow­nie odmó­wił odpo­wie­dzi, bo lepiej niż kto­kol­wiek wie­dział, że gdyby jego słowo posta­wić prze­ciw ich słowu, nic by to nie dało, szale wagi spra­wie­dli­wo­ści były już bowiem prze­chy­lone na ich korzyść za sprawą krwi i wpły­wów.

– Rozu­miem, że należy wymie­rzyć wam karę – powie­działa Araya.

Keema sze­roko otwo­rzył zdu­mione oczy, kiedy jej wynio­słe spoj­rze­nie omio­tło nie tylko jego, ale rów­nież Sugów.

– Cała wasza trójka nie dosta­nie dziś kola­cji za tłok i prze­stoje, jakie spo­wo­do­wa­li­ście na moim dzie­dzińcu. Sugo­wie, sta­wi­cie się dziś do służby w staj­niach. Konie i oruki mają być wyczysz­czone i nakar­mione, a cały gnój uprząt­nięty łopa­tami i wywie­ziony na skały. Kiedy skoń­czy­cie, staj­nie mają lśnić jak dupa Uśmiech­nię­tego Słońca.

Na to małe bluź­nier­stwo w jej ustach wszy­scy sku­lili się w sobie, nawet Raami.

– Dowód­czyni – ode­zwała się Mae, gotu­jąc się z wście­kło­ści – ja i mój brat mamy dziś wie­czo­rem wolne. Będzie na nas cze­kał wóz, który ma nas zawieźć na plan­ta­cje her­baty.

– Tak, wiem – odparła Araya pogod­nie. – Powia­do­mię wóz, by ruszał bez was. Macie dużo do zro­bie­nia, bo chyba wczo­raj­sza pasza była nie­świeża i konie obsrały cały sąsiek. Raami, dopil­nuj, pro­szę, żeby dotarli do stajni na czas.

Jej zastępca zasa­lu­to­wał dowód­czyni i popchnął Sugów naprzód. Mil­cze­nie obojga, kiedy ich odpro­wa­dzał, wytrą­cało go z rów­no­wagi. Gdy już poszli, Araya zwró­ciła się do mło­dego czło­wieka:

– A jeśli cho­dzi o cie­bie, Keemo z ple­mie­nia Dawa­rów, chłop­cze mający zwy­czaj wsz­czy­na­nia bójek, które musi prze­ry­wać dowód­czyni, przy­kro mi, ale cie­bie rów­nież muszę uka­rać. Oszczę­dzę ci jed­nak naj­gor­szego, jeśli powiesz mi, skąd ta cała awan­tura.

Ale on tylko pochy­lił głowę. Chciał już szybko mieć to za sobą.

– Przyjmę każdą karę, jaką mi wyzna­czysz.

Araya wpa­try­wała się w tył jego schy­lo­nej głowy, w krót­kie czarne włosy, ogo­lone nie­mal przy skó­rze, w nie­wy­raźną bli­znę na szyi. I powie­działa:

– Zgoda. Będziesz prze­py­chał przez resztę popo­łu­dnia.

Skrzy­wił się.

– Ruszaj – powie­działa.

Chło­pak się wypro­sto­wał i bez słowa sprze­ciwu odszedł do wyzna­czo­nych przy­krych obo­wiąz­ków.

Keema z plemienia Dawarów.

Wła­śnie tak przed­sta­wił się Arai trzy mie­siące wcze­śniej, kiedy przy­szedł do niej wygłod­niały i bła­gał o pracę. Keema z ple­mie­nia Dawa­rów. Przed­sta­wił się krótko i zwięźle, jakby oczy­wi­ste było nie tylko to, że ist­nieje ple­mię Dawa­rów, ale też, że wła­śnie dla­tego jest dumny ze swo­jego pocho­dze­nia. I choć Araya ni­gdy nie sły­szała o tym ple­mie­niu z pół­nocy, nie­umiesz­czo­nym na dłu­giej liście ludów, przez któ­rych zie­mie przedarto się pod­czas Mar­szów, cał­kiem spodo­bały jej się słowa, jakimi chło­pak się przed­sta­wił, spodo­bał jej się ich rytm i ogień, i wła­śnie dla­tego ona też wypo­wia­dała je w peł­nej for­mie, kiedy tylko miała ku temu oka­zję. Powie­działa je pod nosem nawet teraz, z czu­łym uśmie­chem i z pew­nym żalem, patrząc, jak chło­pak odcho­dzi.

Do miejsca, w którym nikt pracować nie chciał.

Do latryn Tygry­siej Bramy, dłu­giego sza­łasu przy połu­dnio­wym murze for­tecy, dokąd war­tow­nicy cho­dzili się wypróż­niać. Wewnątrz sza­łasu nad wyko­pa­nym rowem stały drew­niane ławki. W ich sie­dze­niach wycięto dziury, kiedy się zała­twia­li­śmy, wszy­scy naj­czę­ściej sie­dzie­li­śmy kolano przy kola­nie. Pod­kur­cza­li­śmy palce stóp, poci­li­śmy się i uda­wa­li­śmy przed sobą, że jeste­śmy sami w tym jeba­nym sza­ła­sie. Natu­ralne siły dzia­ła­jące w świe­cie spra­wiały, że nie­czy­sto­ści osu­wały się szy­bem, który biegł coraz bar­dziej stromo i koń­czył się wylo­tem w skal­nej ścia­nie. Potem spa­dały w prze­paść mię­dzy Wie­ży­cami, ku nie­za­do­wo­le­niu zwie­rząt z zale­sio­nej kotliny pod for­tecą.

Na nie­szczę­ście dla straż­ni­ków z Tygry­siej Bramy gów­no­spad, jak go nazy­wano, miał nie­re­gu­larne koryto i miej­scami bar­dzo się zwę­żał, co powo­do­wało czę­ste blo­kady. Wtedy jeden z nich musiał zejść z kijem do szybu i poprze­py­chać te zatory, zanim doszło do praw­dzi­wej kata­strofy. To było naj­gor­sze zada­nie ze wszyst­kich. Kwitł han­del wymienny, który pozwa­lał wykrę­cić się od służby w latry­nie. Monety, zobo­wią­za­nia do przy­sług, przed­mioty „skon­fi­sko­wane” podróż­nym – wsu­wa­li­śmy komuś rze­czy w dłoń i wyku­py­wa­li­śmy się od roboty przy gów­no­spa­dzie. Vogo i Mae Sugo­wie sły­nęli wśród cel­ni­ków z talentu do wymiany han­dlo­wej i jesz­cze ni­gdy nie musieli scho­dzić do cuch­ną­cego szybu, mimo że słu­żyli przy Tygry­siej Bra­mie od lat.

Ale kilka mie­sięcy temu, wraz z przy­by­ciem tego mło­dego Dawara, wyku­po­wa­nie się szybko zani­kło wśród war­tow­ni­ków. Nie było już prze­han­dlo­wy­wa­nia, nie było rzu­ca­nia kośćmi. Nie o gów­no­spad.

Po pro­stu jemu kaza­li­śmy tam cho­dzić.

Scho­dził do szybu czę­sto.

Zapie­ra­jąc się obiema nogami o skałę pod latry­nami, z pochy­lo­nym grzbie­tem, żeby się zmie­ścić pod rzę­dami ławek, Keema roz­bi­jał kijem ska­mie­niałe hałdy blo­ku­jące gów­no­spad. Opró­szona pach­ną­cym pudrem chu­sta zawią­zana wokół ust i nosa bar­dzo słabo chro­niła go przed duszą­cymi wyzie­wami z tej ciem­nej, wil­got­nej arte­rii, ale on pra­co­wał mimo smrodu, robił tylko tyle przerw, ilu naprawdę doma­gało się jego ciało, nie chcąc prze­cią­gać zada­nia dłu­żej niż to konieczne.

– Oni chcą cię zabić.

Głos nad­biegł z góry. Kiedy Keema wysta­wił głowę z szybu, zoba­czył wiele małych, ubru­dzo­nych sadzą stóp, skie­ro­wa­nych palu­chami w jego stronę. Sie­roty, które pra­co­wały przy mie­chach i czy­ściły baraki, wyszły na prze­rwę od obo­wiąz­ków i naj­wy­raź­niej miały do niego jakąś sprawę.

– Lubisz się tarzać w tym gów­nie, świ­niaku? – zapy­tał naj­gło­śniej­szy z nich, chło­pak z zaję­czą wargą. Był nowy, usi­ło­wał wywal­czyć sobie miej­sce pośród innych dzieci w jedyny znany sobie spo­sób, ale ordy­nar­ność tego pyta­nia, zada­nego dzie­cię­cym zachryp­nię­tym gło­sem, seple­nią­cym przez zaję­czą wargę, sta­no­wiła takie zaska­ku­jące połą­cze­nie, że pyta­nie Keemę nie tyle ura­ziło, co roz­ba­wiło. Wręcz się roze­śmiał.

– Lubię – odparł. – Chrum, chrum.

Dzie­ciaki też par­sk­nęły śmie­chem.

– Śmiej się, śmiej – powie­dział chło­pak z zaję­czą wargą, usi­łu­jąc ukryć roz­ba­wie­nie. – Możesz się tarzać ze śmie­chu. Ale jak stra­cisz przy­tom­ność w tym szy­bie, nie przyj­dziemy cię ura­to­wać. Będą nas pro­sić, będą nas bła­gać, żeby­śmy zeszli do rynny, ale powiemy „nie” i tam zdech­niesz. Świ­niaku.

Sto­jąca za nim dziew­czynka powtó­rzyła „świ­niaku” z nie­śmia­łym uśmie­chem.

Keema udał, że się bar­dzo mocno zasta­na­wia nad ich sło­wami, a w końcu odparł:

– W takim razie spró­buję nie stra­cić tu przy­tom­no­ści. – Po czym dodał, patrząc na pozo­sta­łych: – Jedno z was powie­działo, że ktoś chce mnie zabić.

– Sugo­wie – potwier­dził chło­piec z tyłu grupy, z pod­bi­tym okiem. – Pod­słu­cha­li­śmy ich w staj­niach.

– Roz­prują ci brzuch, jak będziesz spał – dodał chło­pak z zaję­czą wargą.

– Nie­po­trzeb­nie ich powstrzy­ma­łeś – dodał ten z pod­bi­tym okiem, nie­mal ze zło­ścią w gło­sie. – Nas biją bez prze­rwy. A teraz zabiją cie­bie.

– Nie­po­trzeb­nie ich powstrzy­ma­łeś – powtó­rzyła nie­śmiała dziew­czynka.

Keema słu­chał tego wszyst­kiego.

– Dzię­kuję, że mnie ostrze­gli­ście – powie­dział, z wdzięcz­no­ścią pochy­la­jąc głowę przed sie­ro­tami, co było gestem nie­spo­dzie­wa­nym i dzie­ciaki do takich nie przy­wy­kły. Kiedy z powro­tem zasło­nił usta i nos chu­stą i pochy­lił się nad rowem, sie­roty nie były pewne, co powie­dzieć ani zro­bić, zostały więc przez chwilę przy wej­ściu do latryn, pil­nu­jąc, czy nie nad­cho­dzą ewen­tu­alni zabójcy, aż w końcu prze­go­nił ich nad­zorca, krzy­kiem zapę­dza­jąc z powro­tem do obo­wiąz­ków – pole­ro­wa­nia tro­ci­nia­ków i nakry­wa­nia sto­łów do wie­czor­nego posiłku.

Wąski tunel w ziemi nabrzmie­wał sapa­niem Keemy. Z rzęs chło­paka ska­py­wały kro­ple potu. Gówno osu­wało się rynną i spa­dało ze skały. Miał nadzieję, że jeśli będzie mil­czał i nie powie nic Arai o tym, że Mae i Vogo Sugo­wie wcze­śniej bili dzie­ciaki, unik­nie odwetu rodzeń­stwa, ale oka­zało się, że los kolejny raz mu nie sprzyja. Przez resztę czasu, który Keema spę­dził w rowie, myślał, jak ma się tej nocy ochro­nić. Gdzie będzie naj­bez­piecz­niej spać. I w tym sen­sie tego dnia był dla Arai brat­nią duszą, bo myśli obojga zaj­mo­wała śmierć.

Raami to widział, miała to wypisane na twarzy.

Patrzyła ponuro, a kiedy obcho­dzili poste­ru­nek, spraw­dza­jąc, czy wszystko jest w dobrym sta­nie na jutrzej­sze przy­by­cie Pierw­szego Zgrozy, rzu­cało się w oczy pewne ocią­ga­nie w jej kro­kach, jakby usi­ło­wała roz­cią­gnąć w cza­sie godziny pozo­stałe do końca dnia. Na ist­nie­nie jakie­goś sekretu napro­wa­dził Raamiego nie tylko wyraz jej twa­rzy czy tamto drobne bluź­nier­stwo, które jej się wyrwało – na­dal nie mogę uwie­rzyć, że tak ordy­nar­nie wyra­ziła się o cesar­skiej… o cesar­skim sie­dze­niu – ale także to, jak otwar­cie i bez zawsty­dze­nia piła po połu­dniu z flaszki, nie pró­bu­jąc w żaden spo­sób ukryć swo­ich przy­war. Rów­nież jej dow­cipy były spro­śniej­sze, uśmie­chała się sze­rzej, gdy on się czer­wie­nił. Ale nie potra­fiła ukryć przede mną swo­jego przy­gnę­bie­nia. Mam świa­do­mość, że wielu rze­czy o niej nie wie­dzia­łem, wielu spraw nie zna­łem. Z jej prze­szło­ści. Ale wie­dzia­łem dość, by ją kochać.