12,99 zł
Dywizjon 302 kontynuował tradycje III dywizjonu myśliwskiego 3 pułku lotniczego w Poznaniu, walczącego podczas wojny obronnej w 1939 roku w składzie lotnictwa armii „Poznań” oraz dywizjonu myśliwskiego 1/145 z kampanii francuskiej 1940 roku. Wkład 302 dywizjonu myśliwskiego w dzieło zwycięstwa nad III Rzeszą stanowi jedną z kart bojowych tradycji polskich skrzydeł. Jest wyrazem odwagi i determinacji młodych ludzi w stalowych mundurach, którzy z dala od ojczyzny, pod obcym niebem, nie załamali się po dwóch przegranych kampaniach, lecz stanęli w obronie honoru polskiego lotnictwa, biorąc odwet za gorycz klęski i tułaczki.
Ten kolejny tomik z reaktywowanego legendarnego cyklu wydawniczego wydawnictwa Bellona przybliża czytelnikowi dramatyczne wydarzenia największych zmagań wojennych w historii; przełomowe, nieznane momenty walk; czujnie strzeżone tajemnice pól bitewnych, dyplomatycznych gabinetów, głównych sztabów i central wywiadu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 116
Niektórzy twierdzą, że trzynastka jest liczbą pechową, ale właśnie pod tą datą – 13 lipca 1940 roku – otwarta została pierwsza karta kroniki 302 dywizjonu myśliwskiego (poznańskiego) jako nowo zorganizowanej jednostki Polskich Sił Powietrznych, które pod obcym niebem, daleko od ojczystego kraju, rozpoczynały walkę z wrogiem. Kolebką narodzin było lotnisko Leconfield w hrabstwie York w środkowej Anglii.
Sytuacja militarna Wielkiej Brytanii była w tym czasie bardzo trudna. Jej armia lądowa nie przedstawiała prawie żadnej siły, nie miała sprzętu wojennego, który pozostał na plażach północnej Francji w rejonie Dunkierki, wpadając w ręce Niemców w czasie dramatycznej ewakuacji do Anglii na przełomie maja i czerwca 1940 roku. Lotnictwo brytyjskie (Royal Air Force – RAF), szczególnie dywizjony myśliwskie, wykrwawiło się podczas działań wojennych we Francji i walk nad Dunkierką w osłonie ewakuacji. Straciło łącznie 700 samolotów i 300 osób personelu latającego, w tym prawie 200 pilotów myśliwskich. Jedynie brytyjska marynarka wojenna (Royal Navy) była wciąż potężna i górowała nad niemiecką flotą wojenną – Kriegsmarine. Działała jednak w rozproszeniu, zabezpieczając interesy imperium brytyjskiego we wszystkich częściach świata i broniąc szlaków komunikacyjnych na wszystkich niemal oceanach i morzach.
Przed decydującą rozgrywką na Wschodzie – na kierunku, który był głównym celem strategicznym wywołanej przez Niemców wojny – Hitler postanowił rozstrzygnąć na swoją korzyść zbrojny konflikt z Wielką Brytanią. Ponieważ jego „pokojowe” apele kierowane pod adresem Londynu były stanowczo odrzucane ustami premiera Winstona Churchilla, w OKW zdecydowano się na przeprowadzenie inwazji Wysp Brytyjskich w celu ostatecznego złamania woli oporu społeczeństwa Albionu i całkowitego podporządkowania go politycznym i militarnym interesom III Rzeszy. Wiodącą rolę w przeprowadzeniu tej operacji, której nadano kryptonim „Seelöwe”, (Lew morski) wyznaczono trzem Flotom Powietrznym Luftwaffe: 2., 3. i 5. dysponującym łącznie około trzema tysiącami nowoczesnych samolotów bojowych. Luftwaffe miała wszechwładnie zapanować na niebie kanału La Manche i nad południową Anglią przez zniszczenie brytyjskiego lotnictwa w powietrzu i na ziemi, zbombardowanie lotnisk i wytwórni sprzętu lotniczego oraz fabryk broni przeciwlotniczej. W ten sposób kierownictwo Wehrmachtu chciało zabezpieczyć sobie czyste niebo dla 25 dywizji, przeznaczonych do dokonania desantu na plażach południowej Anglii. Natomiast Luftwaffe, niezagrożona z powietrza, miała skierować ataki bombowe przeciwko brytyjskiej flocie wojennej.
Lotnictwo myśliwskie (Fighter Command) z Hugh Dowdingiem na czele, któremu przypadła w udziale obrona powietrzna Anglii, nie uzyskało jeszcze pełnej gotowości bojowej. Liczyło wtedy 19 dywizjonów wyposażonych w samoloty typu Supermarine spitfire Mk-I i 27 dywizjonów w Hawker Hurricane Mk-I – razem 46 dywizjonów zamiast 52, ustalonych jako minimum. Łącznie posiadało 620 samolotów myśliwskich i około 850 pilotów. Z budową nowych samolotów przemysł radził sobie zupełnie dobrze, zmobilizowano również zakłady remontowe. Szkolenia pilotów jednak nie można było przyśpieszyć. Na przygotowanie pilota myśliwskiego potrzebny był okres około jednego roku. Sięgnięto więc po wszelkie możliwe rezerwy pilotów myśliwskich, w tym również i polskich.
W pierwszych miesiącach 1940 roku przybyło z Francji do Anglii 300 polskich lotników personelu latającego i 2000 osób z personelu obsługi technicznej. Zaproponowano im zorganizowanie dwóch dywizjonów bombowych i ośrodka zapasowego. Dowództwo RAF Fighter Command początkowo stanowczo odrzuciło propozycję organizacji polskich dywizjonów myśliwskich.
Po klęsce Francji w czerwcu 1940 roku lotnicy polscy przybywali gromadnie do Anglii, by walczyć dalej ze wspólnym wrogiem. Było wśród nich ponad stu myśliwców zaprawionych w bojach powietrznych, gotowych do natychmiastowej walki na brytyjskich hurricane’ach czy spitfire’ach.
Brak pilotów w myśliwskich dywizjonach brytyjskich i wiszące nad Anglią groźne niebezpieczeństwo nalotów bombowych niemieckiej Luftwaffe skłoniły w końcu dowództwo RAF do zmiany swoich dotychczasowych postanowień. Wśród pilotów obcokrajowców ogłoszono ochotniczy zaciąg do lotnictwa myśliwskiego, zaproponowano także polskim władzom wojskowym organizację dwóch dywizjonów myśliwskich – 302 i 303.
Dzień 13 lipca 1940 roku stał się dniem narodzin dywizjonu 302 (poznańskiego). Lotnisko w Leconfield było stałą, dobrze zorganizowaną bazą lotniczą RAF, wówczas pustą, bo stacjonujące tam dywizjony przeniesiono na południe Anglii. Było więc dogodnym miejscem do zorganizowania dywizjonu i szkolenia pilotów na myśliwskich hurricane’ach.
Wszystkie stanowiska dowódcze i administracyjne w dywizjonie obsadzono przez Anglików, dublowali ich polscy oficerowie. Stan taki miał trwać do czasu, aż Polacy nauczą się języka angielskiego, poznają dobrze przepisy regulaminu brytyjskiego, system dowodzenia i taktykę prowadzenia walki. Obowiązywała zasada, że dywizjony polskie podlegać miały lotniczym władzom brytyjskim. Takie były postanowienia zawartej 5 sierpnia 1940 roku polsko-brytyjskiej umowy lotniczej.
Dowódcą dywizjonu został oficer RAF squadron leader Jack Satchel, dowódcami eskadr – flight lieutenant John Farmer i flight lieutenant James Thomson. Instruktorami i zarazem dowódcami kluczy byli – flight lieutenant Wiliam Riley i flying officer Edward Carter.
Polskim dowódcą został podpułkownik pilot Mieczysław Mümler, a dowódcami eskadr kapitan pilot Piotr Łaguna i kapitan pilot Franciszek Jastrzębski. W pierwszej grupie pilotów znaleźli się: kapitan Tadeusz Chłopik, porucznicy – Julian Kowalski i Tadeusz Czerwiński, podporucznicy – Edward Pilch, Stefan Wapniarek, Czesław Główczyński, Stanisław Łapka, Włodzimierz Karwowski, Stanisław Chałupa, sierżanci – Marian Wędzik, Jan Palak, Edward Paterek i Antoni Markiewicz. W połowie sierpnia przybyli następni piloci, wśród których znaleźli się: kapitanowie – Antoni Wczelik i Jan Czerny, porucznik Władysław Goethel, podporucznicy – Wacław Król, Jerzy Czerniak, Władysław Gnyś, Jan Maliński, Aleksy Żukowski, Zbigniew Wróblewski, sierżanci – Antoni Beda, Wilhelm Kosarz, Eugeniusz Nowakiewicz i Antoni Łysek.
Większość z tych pilotów miała za sobą po dwie kampanie – polską i francuską, część przybyła do Anglii w styczniu i znała już dobrze język wyspiarzy.
Wśród personelu technicznego dużo było podoficerów z długoletnią praktyką w obsłudze samolotów. W większości pochodzili oni z polskiego dywizjonu 1/145, który walczył we Francji. Byli to między innymi chorąży Leon Zamiana, starszy sierżant Bolesław Psujek, starszy sierżant Stanisław Rapiór, sierżant Leon Bartecki, sierżant Julian Faliński, sierżant Józef Gumowski, sierżant Zygmunt Gołębiowski, sierżant Władysław Urbański, sierżant Zygmunt Karpiński, plutonowy Józef Tass, plutonowy Józef Fiedler, plutonowy Wincenty Ziętara, kapral Stefan Pyssa.
Zagrożeni inwazją Anglicy podchodzili do Polaków jako swych nowych sojuszników przyjaźnie, lecz z pewną rezerwą. Nie wierzyli po prostu, aby ci lotnicy gdzieś ze wschodu Europy – z kraju, o którym przeciętny mieszkaniec Wysp Brytyjskich wiedział niewiele – wstrząśnięci ponadto dwoma klęskami, mogli włączyć się do walki z niemiecką Luftwaffe na równi z personelem RAF. Dopiero w trakcie szkolenia praktycznego w powietrzu lody zostały całkowicie przełamane. Wbrew obawom, a nawet ku zdumieniu Brytyjczyków, polscy piloci nadzwyczaj szybko pokazali swą klasę, opanowując pod każdym względem oddany do ich dyspozycji sprzęt. Polacy sami odkryli zalety nowych samolotów hurricane, stosunkowo łatwych w pilotowaniu, zwrotnych, osiągających prędkość ponad 500 km/godz. Imponujące było uzbrojenie tych myśliwców – aż osiem karabinów maszynowych, umieszczonych w skrzydłach. Celna seria z takiej broni mogła rozłupać każdy samolot wroga w ciągu kilku sekund. Nic więc dziwnego, że wszyscy z coraz większą niecierpliwością czekali na dzień, kiedy dobiorą się Niemcom do skóry!
Ósmego sierpnia 1940 roku niemiecka Luftwaffe przypuściła powietrzny szturm na Anglię, rozgorzała słynna bitwa o Wielką Brytanię.
Piętnastego sierpnia 1940 roku squadron leader Satchel zameldował dowódcy 12. Grupy Myśliwskiej, że 302 polish fighter squadron is ready for operational duty, co oznaczało, że 302 polski dywizjon myśliwski jest gotów do służby operacyjnej. Tego samego dnia został on włączony do dywizjonów bojowych Grupy, której zadaniem była obrona powietrzna w obszarze środkowej Anglii. Pierwszy wypadek lotniczy zdarzył się 17 sierpnia – na skutek defektu silnika w locie zapalił się hurricane pilotowany przez podporucznika Główczyńskiego. Pilot zdążył wylądować na lotnisku, został jednak ciężko poparzony, samolot spłonął. Główczyński wylizał się z oparzelin i wrócił po kilku miesiącach do dywizjonu.
Dwudziestego sierpnia po południu, podczas chmurnej pogody, wystartował na alarm klucz hurricane’ów z pilotami: prowadzący flight lieutenant Riley, prawy boczny podporucznik Chałupa i lewy boczny sierżant Paterek. Nad miastem Hull i nad morzem, dokąd klucz został skierowany, warstwa chmur była poprzerywana. Wykorzystując sprzyjające warunki pogody, do Hull zbliżały się dwa niemieckie bombowce z zamiarem zrzucenia swoich bomb na urządzenia portowe. Po kilkuminutowym naprowadzaniu drogą radiową przez stanowisko dowodzenia, myśliwcom udało się dopaść niemieckie samoloty i skutecznie je zaatakować. Podporucznik Chałupa zestrzelił jeden z nich – były to Junkersy Ju-88 – drugi również celnie ostrzelali flight lieutenant Riley i sierżant Paterek – jeden z jego silników zadymił gwałtownie, lecz w tej samej chwili Niemiec wpadł w chmurę. Czy został na pewno zestrzelony, trudno było stwierdzić. Uznano go za uszkodzonego.
Podczas walki samolot podporucznika Chałupy został celnie trafiony w silnik przez pociski strzelca pokładowego junkersa. Spowodowało to zatarcie cylindrów w następnych dwóch minutach lotu, co zmusiło pilota do wylądowania ze schowanym podwoziem tuż nad brzegiem morza. Teren okazał się jednak nierówny, hurricane uległ rozbiciu, a pilot doznał poważnych kontuzji. Tak więc 20 sierpnia 1940 roku pewnym zestrzałem niemieckiego junkersa Ju-88 przez podporucznika Chałupę otwarte zostało konto zwycięstw dywizjonu 302.
Następne dni i tygodnie upływały bez szczególnych wydarzeń. Dywizjon pełnił dyżury bojowe, startował na alarm kluczami, eskadrami lub nawet w całości w sile 12 maszyn, ale do spotkań z niemieckimi samolotami nie dochodziło. Poza tym do zadań dywizjonu należała osłona konwojów morskich w pasie przybrzeżnym morza od Scarborough na północy do portu Hull na południu. Loty te dla myśliwców były mało atrakcyjne, trzeba było krążyć na małej wysokości nad wolno posuwającymi się do przodu statkami, często podczas trudnych warunków atmosferycznych i przy wzburzonym morzu, co nie napawało pilotów optymizmem.
Do dywizjonu nadchodziły wieści o sukcesach polskich myśliwców, latających w dywizjonach brytyjskich, i o wspaniałych zwycięstwach walczącego na południu Anglii polskiego dywizjonu 303. Pozostawanie w tak gorącym okresie bitwy z dala od rejonu walk powietrznych było dla pilotów dywizjonu 302 nie do wytrzymania.
Czternastego września rano nadszedł szyfrogram, nakazujący przebazowanie dywizjonu na kilkanaście dni na lotnisko w Duxford, usytuowane o 50 kilometrów na północ od Londynu. Miał polecieć podwójny skład pilotów, 15 hurricane’ów i grupa mechaników potrzebna do obsługi. W Leconfield pozostawał jeden klucz i 6 pilotów do pełnienia dyżurów bojowych.
W południe przyleciały do Leconfield trzy samoloty transportowe. Załadowano niezbędny sprzęt, wsiedli do nich mechanicy i grupka pilotów. Niebawem transportowce wzbiły się w powietrze i skierowały na południe. W dwie godziny potem wystartowały również hurricane’y i po czterdziestu minutach lotu wylądowały w Duxford. Znajdowały się tam już dwa dywizjony brytyjskich spitfire’ow – 19 i 611 – oraz dwa dywizjony hurricane’ów – kanadyjski 242 i czeski 310. Dywizjony te, wraz z polskim 302, należały do 12. Grupy Myśliwskiej i tworzyły eksperymentalne skrzydło myśliwskie. Na czele tego skrzydła stał dowódca kanadyjskiego dywizjonu 242, squadron leader Douglas Bader. Nic w tym nie byłoby dziwnego, gdyby nie to, że miał zamiast nóg dwie metalowe protezy. Bader uległ wypadkowi lotniczemu w 1931 roku, w wyniku którego amputowano mu obie nogi poniżej kolan. Nie załamał się jednak kalectwem, nauczył się chodzić na protezach i po wybuchu wojny zaczął latać na samolotach myśliwskich. Nad Dunkierką zestrzelił dwa samoloty niemieckie – był bardzo cenionym pilotem i dowódcą. Zorganizowanie większej jednostki taktycznej niż dywizjon było jego pomysłem. W celu zebrania doświadczeń bojowych takie skrzydło zorganizowano na lotnisku w Duxford i Baderowi powierzono dowodzenie.
Po ulokowaniu samolotów w wyznaczonym rejonie lotniska i pozostawieniu ich pod opieką mechaników piloci dywizjonu 302 udali się na odprawę personelu latającego wszystkich pięciu dywizjonów, zarządzoną przez dowódcę skrzydła. Squadron leader Bader był w obcowaniu bezpośredni, budził zaufanie pogodnym usposobieniem. Zapoznał zebranych z ogólną sytuacją w powietrzu, wyjaśnił koncepcję taktyki walki skrzydła, wspólnie z dowódcami dywizjonów ustalił tok służby dyżurnej na następny dzień, sposób startu dywizjonów na wypadek alarmu oraz system radiowego porozumiewania się.
Był to już okres bitwy o Wielką Brytanię, w którym Luftwaffe skierowała swoje naloty bombowe głównie przeciwko Londynowi i innym większym miastom południowej Anglii. Dziennie na południu Anglii pojawiało się około tysiąca samolotów niemieckich, w tym ponad połowę stanowiły myśliwce osłony wypraw bombowych. Niemcy zakładali, że w ten sposób sterroryzują i wyczerpią nerwowo londyńczyków i mieszkańców bombardowanych miast, co wywoła w społeczeństwie brytyjskim ferment i będzie się ono domagać, aby rząd Wielkiej Brytanii podjął decyzję rozpoczęcia pertraktacji z Trzecią Rzeszą w celu zaprzestania dalszego prowadzenia wojny. Zamiarem dowództwa Luftwaffe było również zmuszenie brytyjskich dywizjonów myśliwskich do stałego przebywania w powietrzu nad rejonem Londynu i innymi miastami. Przy przytłaczającej przewadze niemieckich myśliwców messerschmittów Me-109 zamierzano w walkach zniszczyć lotnictwo obrony Anglii.
Ranek 15 września tonął we mgle, ale już w dwie godziny po wschodzie słońca zaczęła ona ustępować, wstawał jesienny, słoneczny dzień. Dywizjony skrzydła Badera powołano do gotowości bojowej. Na lotnisku zaroiło się od mechaników i pilotów, okolica napełniła się hukiem podgrzewanych silników. Piloci przywdziali na kombinezony żółte kamizelki ratunkowe, znosili spadochrony i hełmofony do kabin, sprawdzali razem z mechanikami przygotowanie samolotów do startu – zwykłe czynności przed objęciem dyżuru bojowego.
– Hej Staszek, co ty tam majstrujesz przy spadochronie? – zakrzyknął od sąsiedniego hurricane’a Edek Pilch do Łapki.
– Edek, psiakrew! Coś z tym spadochronem jest nie w porządku. Chodź i popatrz! Linki wystają z pokrowca, chyba coś pokręcili podczas składania.
– Rzeczywiście. O, i z tego boku wystaje jedwab czaszy – zauważył Edek. – Wiesz co? Zamień go lepiej na inny. Dobrze ci życzę. Niemcy też dobrze strzelają. A dzisiaj może być gorąco!
Przypatrujący się mechanik, plutonowy Tass, bez słowa zerwał się i pobiegł w stronę baraku, by za chwilę razem z kapralem Szymczakiem, odpowiedzialnym za stan spadochronów, pojawić się przy samolocie z nowym.
– Panie poruczniku, jest już nowy spadochron, proszę tylko dopasować pasy. Tamten zabiorę do sprawdzenia – mówił szybko zdyszany Szymczak.
– Coś nie pasuje? – zapytał Piotr Łaguna, spacerujący w pobliżu z Frankiem Jastrzębskim.
– Już w porządku. Wymieniłem spadochron na lepszy, bo mam zamiar wyskoczyć dziś sobie nad Londynem – zażartował Łapka.
– Nie wywołuj wilka z lasu – przestrzegł go Franek.
Od strony baraku rozległo się nagle głośne wołanie:
– Three zero two squadron immediately to stand by! Three zero two stand by!
Znaczyło to, że piloci dywizjonu 302 mają natychmiast zająć miejsca w kabinach. Zanosiło się na start.
W pięć minut potem wystrzelono zielone rakiety. Dywizjony podrywano w powietrze.
Cicha okolica lotniska wypełniła się wkrótce rykiem uruchamianych silników. Trójka za trójką odrywały się od trawiastej nawierzchni lotniska rozpędzone hurricane’y i spitfire’y startujących w pośpiechu dywizjonów. Wkrótce na niebie uformował się szyk kolumny dywizjonów, na przodzie leciał dywizjon 242 z Baderem na czele, za nim czeski dywizjon 310, jako trzeci w kolejności polski 302. Dywizjony spitfire’ów – 19 i 611 – uplasowały się nieco z tyłu za hurricane’ami. Na lotnisku zrobiło się raptem pusto i głucho, tylko z daleka, od strony południowej, dochodziło stłumione dudnienie silników, czasem słychać było dalekie wybuchy, jakby grzmoty nadciągającej burzy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki