Ballada o szeptach i mgle - Anna Bartłomiejczyk, Marta Gajewska - ebook
NOWOŚĆ

Ballada o szeptach i mgle ebook

Anna Bartłomiejczyk, Marta Gajewska

4,0

17 osób interesuje się tą książką

Opis

Przed Wami trzeci, finalny tom sagi fantasy Anny Bartłomiejczyk i Marty Gajewskiej!

Czas, aby smoczy płomień rozświetlił mrok… Poznaj zakończenie tej niesamowitej historii!

 

Na Południu nastroje są coraz poważniejsze. Raina jest królową bez korony, a żeby zdobyć pełnię władzy, musi w końcu znaleźć w sobie odwagę i zdecydować się na… małżeństwo. Tymczasem Zjednoczone Królestwo Elendoru jest coraz mocniej oplatane siecią wrogich intryg.Pod czyją twarzą ukrywa się ten, którego wszyscy szukają? Co zwiastuje obecność Matija, księcia Vijandy, i czy jego obietnice są tak niewinne, jak wydaje się Rainie?

 

Rose udało się odnaleźć Fiyonna zupełnym przypadkiem, ale to spotkanie okazało się dla niej zbawieniem. Królewski brat zdradza jej nie tylko tajemnice magicznego rzemiosła, ale także własne skrywane od lat sekrety. Połączy ich krucha nić zaufania i mordercze pragnienie zemsty… Czy Północ musi zostać owładnięta wojną? Kto zwycięży w tej nierównej rozgrywce? Mgła powoli zasłania wzrok Antoinette, Kruczej Wiedźmy, która jeszcze nie wie, że zaczęła igrać z mocą o wiele większą od niej samej…

 

W tej książce króluje ogień! Daj się porwać do świata smoków, emocji i odwagi!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 949

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (4 oceny)
0
4
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Anna Bartłomiejczyk, Marta Gajewska, 2025

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2025

 

Redaktorka prowadząca: Anna Fiałkowska

Marketing i promocja: Anna Fiałkowska, Gabriela Wójtowicz

 

Redakcja: Anna Fiałkowska

Korekta: Magdalena Owczarzak, Agnieszka Czapczyk

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Ilustracja na okładce: © Kasia ‚Kafis’ Zielińska

Ilustracja na wyklejce: © Justyna Podwysocka

Mapa: Łukasz Chmara

Projekt okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka

Zdjęcie autorek: Urszula Słomińska

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-68370-24-9

 

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

[email protected]

www.weneedya.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

Prolog

 

JAMES

 

 

 

 

Mimo całej swojej okazałości Zjednoczone Królestwo Elendoru w oczach Jamesa niewiele miało wspólnego z tym, o czym mówiło się za zamkniętymi drzwiami Glandiru.

Wyrwanie się z pałacu, choć gorzkie, szybko przyniosło mu ulgę. Możliwość ponownego przemierzenia znajomych szlaków momentalnie rozjaśniła jego umysł. Ciężar broni przy pasie przynosił pociechę, a czas w podróży płynął zupełnie inaczej niż dni spędzone w dusznym pałacu.

Poruszał się bez mapy. Za przewodników miał jedynie gwiazdy i księżyc, leniwie oświetlające drogę do Manstaru, gdzie planował na poważnie rozpocząć poszukiwania Tomasa. Przed opuszczeniem stolicy spędził jeszcze kilkanaście długich godzin na błoniach, przedzierając się przez ledwo uprzątnięte pole bitwy. Znalezienie jakichkolwiek tropów w pozostawionym przez ludzi korony rozgardiaszu okazało się, jak przewidywał, niemożliwe. Przepytywanie żołnierzy i medyków stacjonujących pod murami mijało się z celem. Wiedział, że tak dramatyczne wydarzenia, jak minione starcie, każdy zapamiętał po swojemu. Przez jakiś czas James rozważał zatrzymanie się w Kantalarze, jednak szybko odrzucił tę opcję, obawiając się spotkania z Gildią Łowców, którą zdradził. Nie podejrzewał któregokolwiek z dawnych pobratymców o łaskawe spojrzenie.

Nie odzywał się do ludzi na szlaku, choć zwyczajowo w drodze każdy był sobie równy. Wielokrotnie przemierzał już kontynent i zawsze napotykał kogoś, kto potrzebował pomocy. Komuś pękło koło w wozie, inni zgubili trakt, całkiem tracąc orientację. James sam wielokrotnie korzystał z uprzejmości podróżnych, wszystko działało na zasadzie przysług. Zamieszanie w kraju wiele zmieniło. Ludzie stali się nieufni. James czuł na karku pełne napięcia spojrzenia.

Przez kilka kolejnych dni odrzucał możliwość zatrzymania się w jakiejś wiosce. Im dalej na południe się posuwał, tym rzadziej napotykał osady, a jeśli już w oddali majaczyły jakieś zabudowania, były to zaledwie maleńkie rodzinne wsie otoczone polami. Wspólna trzoda, łany rozdzielone między braci i kuzynów, gromadka dzieci.

Niosące się po nieskończonych dolinach krzyki oraz płomienie rozjaśniające mrok nie były czymś, czego spodziewał się, kiedy zboczył z gościńca na zachód. Wesele? Narodziny dziedzica? Aż prychnął nad własnymi domysłami. Zbyt dużo czasu spędził w pałacach.

Trzymaj się z daleka, mówił mu cichy głos przeczucia, jednak dłonie już pociągały za lejce, by popędzić konia.

Z każdym kolejnym metrem coraz bardziej odczuwał nie tyle obawę, co strach. Myśli Jamesa galopowały w tym samym tempie co jego wierzchowiec. Ktoś potrzebuje pomocy? Co tam się dzieje? Czy to napaść? Powinienem się wtrącić? Łowcy się nie wtrącają. Ale ja nie jestem już łowcą…

Grupa ludzi zebrała się wokół wysokiego na kilka metrów ogniska. Cała wieś składała się ledwo z kilku domów, może trzech skromnych zagród w typie tych leciwych, zbudowanych, by służyły, a nie godnie się prezentowały. Ktoś ściął dwa drzewa okalające największy dom, drewno walało się w nieładzie, narzędzia wyglądały, jakby ktoś odstąpił od pracy przed chwilą, w pośpiechu. Wściekłe płomienie rzucały szyderczy cień, jakby starały się obnażyć panujące wokół zepsucie. Ktoś się kłócił, grupa kilkunastu ludzi tłoczyła się przy drzwiach stodoły, jakby chcieli…

– Zepsucie! Won z nią! – wrzeszczała starsza kobieta w fartuchu.

James dostrzegł centrum zamieszania: grupę młodzieniaszków ciąg­nących do stodoły młodą dziewczynę. Płakała, a jej próby walki nie przynosiły efektów. Nie był w stanie dosłyszeć słów, choć przerażenie przecinające wąską, wychudzoną twarz powiedziało mu wszystko.

Walenie w drewniane drzwi utonęło w okrzykach pełnych nienawiści. Nie mógł nazwać ludzi tłumem, byli zaledwie garstką wieśniaków, wzajemnie napędzających się do samosądu. Nie ucichli, dopóki płomienie podłożone przez najwyżej nastoletniego chłopaka nie zajęły budynku, rozświetlając jeszcze większą połać wsi.

James nie znalazł w sobie odwagi, by zainterweniować. Na to było już za późno. Nie zsiadając z konia, obserwował, jak stodoła tonie w pożodze, krzyki cichną, a ich miejsce zajmują trzaski i łupnięcia palonego drewna. Większość mieszkańców ruszyła do pobliskiej studni, by w skoordynowanym zapale zacząć gasić pożar.

– Za co? – rzucił pytanie w eter, zbliżając się powoli do stojącej odrobinę z boku grupy przerażonych kobiet.

– Czary, panie, czary! – syknęła najstarsza z nich. Twarz miała poszarzałą, zaciętą, jakby upatrzyła sobie Jamesa na następną ofiarę. – A co, ty też dziwadło?

Jedno spojrzenie wystarczyło, by zdał sobie sprawę z uwagi, jaką do siebie przyciągnął. Mężczyźni sięgnęli po kosy i widły, podczas gdy reszta nadal donosiła wiadra.

– Złapaliście czarownicę?

– Opętało wnuczkę sołtysa Mikela – oburzyła się inna kobieta. – Noc w noc w gwiazdy patrzyła, na czworaka ziemię oglądała. Zamiast pracować, to jej się zioła spodobały i jak oczu kaprawych dostała, to samo jej po obłożeniu trawskiem przeszło! Nie pojechała do wsi, coby ją lekarz obadał. Tośmy spalili, żeby dzieci nie pomordowała.

– Królowa zabroniła karać za czary – rzucił James odważnie. Jedną rękę odjął od wodzy.

– Jaka królowa? U nas nie ma żadnych królowych – stwierdził starszy mężczyzna, zaciskając mocniej ręce na widłach.

James ostatni raz podniósł wzrok na dogaszaną stodołę. Był na tyle blisko, by czuć buchający od niej gorąc. Wyczekujący jego reakcji ludzie stali w ciszy, w której, miał wrażenie, jakimś cudem można było usłyszeć cichy skowyt krzywdy.

 

 

 

 

 

 

Rozdział 1

 

RAINA

 

 

 

 

Atłasowa suknia mimo swojej lekkości i przewiewności z każdą chwilą coraz bardziej dusiła i osaczała Rainę. Zabudowany dekolt, sięgający połowy szyi, przypominał jej obrożę, a długie, obcisłe rękawy – kajdany. Garderobiana kręciła się wokół stóp królowej, równomiernie rozprowadzając fałdy wielowarstwowej spódnicy, a następnie skupiła się na dopasowywaniu biżuterii do stroju. Raina zerknęła przelotnie na leżący na blacie diadem. Światło odbijało się od zimnego metalu i przezroczystych kamieni, tworząc wokół nich kaskadę kolorów.

– Co wasza wysokość powie na ten komplet? – Służąca stanęła za jej plecami, przykładając kolczyki do uszu. Raina spojrzała w lustrze na swoją twarz. – Należały do waszej prababki, Isli Rodaagov. Miała je na swoim ślubie.

Błyskotki w kształcie łez składały się z misternie oszlifowanego złota i grantowych kamieni.

– Nie na ślubie, a w trakcie koronacji – usłyszała za plecami, zanim zorientowała się, że ktoś jeszcze jest w jej komnatach. Podniosła wzrok na młodego, smukłego mężczyznę stojącego w progu. Ręce chował za plecami, jednak widząc jej reakcję, momentalnie zgiął się w ukłonie.

– Koronacja i ślub często idą w parze, Antonie – zauważyła Raina.

– W tym przypadku było inaczej. – Anton przeszedł przez pokój i zatrzymał się obok Rainy. – Wasza babka poślubiła Rodiona Rodaagova kilka miesięcy przed śmiercią jego ojca. Na ślubie zgodnie z tradycją przywdziała barwy Lashanów, jednak w trakcie koronacji zwyczajem było reprezentowanie rodu panującego. Te kolczyki były sposobem na przechytrzenie tradycji, dodaniem własnej tożsamości do absolutyzmu Rodaagovów.

– Twoi dziadkowie nie żartowali, nazywając cię najzdolniejszym Fairfaksem.

– Moi rodzice i kuzyni pewnie obraziliby się, słysząc ten komplement, niemniej jestem ogromnie wdzięczny za ich rekomendację – odparł uprzejmie, pochylając głowę.

– Prawdopodobnie nikt z twoich krewnych nie porzuciłby tak obiecującej kariery wojskowej jak twoja, by zostać królewskim sekretarzem. – Wypowiedziawszy te słowa, odwróciła się w jego stronę, by podać mu rękę.

Młody Fairfax ujął ją pewnie, co szybko stało się ich zwyczajowym powitaniem. Protokół nakazywał, by witając się z królową, złożyć pocałunek na królewskim pierścieniu, jednak Raina nie chciała, by którykolwiek z członków Rady podłapał ten zwyczaj. Pragnęła trzymać ich na dystans tak długo, jak to możliwe. Z tego samego powodu, gdy tylko nadarzyła się okazja, pozbyła się sekretarza przydzielonego jej po odzyskaniu stolicy. Wcześniej służył Ronanowi Rodaagovowi, a w obliczu oczekiwań Rainy był niewystarczający. Potrzebowała kogoś, kto zajmie się poważniejszymi sprawami niż dostarczanie jej korespondencji, i właśnie wtedy na scenę wkroczył wnuk przychylnych jej Fairfaksów.

– W pałacu czuję się już równie dobrze, co w koszarach – stwierdził z uśmiechem Anton.

Garderobiana odłożyła na bok kolczyki Isli Rodaagov i skupiła się na zakładaniu szarfy. Raina uniosła rękę, pozwalając służącej na zapięcie szerokiego, bogato zdobionego pasa na wysokości talii oraz ramienia.

– Jak malują się nastroje naszych gości?

Anton obdarzył ją spojrzeniem wartym więcej niż słowa.

Od wyjazdu Rose i skandalicznego zachowania Sebastiana Raina z każdym dniem pogrążała się w coraz większym chaosie. Zorientowała się, że poza spotkaniami z Radą ma niewiele okazji do rozmowy z kimkolwiek. Próbowała prowadzić korespondencję. Listy krążyły pomiędzy Dorilly, Niliath, Unur a Glandirem nieprzerwanym strumieniem. Poparcie płynące z księstw podtrzymywało ją na duchu, jednak nie było w stanie zastąpić czyjejś obecności.

Lashanowie zrezygnowali z zapłaty za udział wojsk Kamaala w odbiciu Glandiru, dzięki czemu choć jedno zmartwienie spadło z barków Rainy. Problemem pozostawała kwestia Manstaru, który w bardzo krótkim czasie stracił zarówno Wielkiego Lorda, jak i dziedzica. Najmłodszy z Pilariów, Estill, miał niedługo pojawić się w stolicy, by zasiąść w Radzie. Zarządzanie Unur przypadło dalekiemu kuzynostwu do czasu, aż Estill osiągnie pełnoletniość. Na samą myśl o nastolatku wrzuconym w sam środek politycznej zawieruchy Rainie robiło się słabo.

– Vijandczycy z pewnością wywołali w stolicy spore zamieszanie – przyznał Anton. – Pozwoliłem sobie zajrzeć do Szmaragdowego Salonu. Większość gości powinna zająć miejsca o czasie. Książę Matij sugestywnie ociąga się z opuszczeniem swoich komnat.

Raina zachęciła go, by mówił dalej. Wybrała w tym czasie inny zestaw biżuterii, niż pierwotnie zaproponowała jej służąca. Uszy i szyję królowej ozdobiły białe perły pasujące do ciemnozielonego stroju.

– Wielu zastanawia się, skąd ta nagła chęć kontaktu ze Zjednoczonym Królestwem – mruknął mężczyzna, obserwując, jak służąca poprawia naszyjnik.

– Co podpowiada ci twoje wykształcenie? – zapytała Raina, mając w pamięci informacje od Fairfaksów. Wychowali wnuka na uczonego, rozpływając się nad jego talentem do znajomości historii i obyczajów.

– Na pewno powinniśmy się postarać o dobrą prezencję. Większość najważniejszych wydarzeń dzieje się nie na polach bitew, lecz za zamkniętymi drzwiami. Należy pokazać księciu Prijestolicowi, że nie może sobie z nami, nazwijmy to kolokwialnie, pogrywać. Wtedy powstanie przestrzeń do otwartego przedstawienia motywacji. Aktualnie na naszą niekorzyść działają niestrzeżona granica oraz wątpliwa reputacja namiestnika, jednak sytuacja porewolucyjna odrobinę to rekompensuje.

– Lord Pisceriov ma pojawić się na kolacji – oświadczyła Raina, przyglądając się sobie uważnie w lustrze. Na pierwszy rzut oka prezentowała się dostojnie i elegancko. Lubiła siebie w barwach Rodaagovów, zawsze czuła, że zieleń podkreśla jej karnację. Jednak świadomość tłoczących się wewnątrz niej słabości sprawiała, że potrafiła przejrzeć własną fasadę. – Czy może jest to błąd?

– Tak długo, jak będzie podążał za protokołem, wszystko powinno pójść po myśli waszej wysokości – zapewnił Anton, wyraźnie starając się ją uspokoić.

Raina posłała mu pełne podziwu spojrzenie.

– Odnalazłeś się w nowej roli znacznie szybciej niż ja w byciu królową, mimo wielu lat przygotowań.

– Zawiedzenie waszej wysokości równałoby się z wydaniem na mnie wyroku śmierci przez moją babkę – wyjaśnił i zaśmiał się krótko. – Dlatego też sugerowałbym drobną zmianę w zbroi.

Anton spojrzał znacząco na trzymany przez garderobianą diadem.

– Reprezentuje status książęcy, a jednak Zjednoczone Królestwo ma już królową – rzekł, po czym przeszedł przez pokój do ustawionej na stole imponującej kolekcji królewskich klejnotów. Przejrzał kilka pokrytych welurem skrzynek, a gdy w końcu znalazł to, czego szukał, oczom Rainy ukazała się złota obręcz wysadzana wielokolorowymi kamieniami. Czerwień, zieleń, granat, głęboki brąz, biel – każdy kryształ odbijał światło na swój sposób.

– Diadem imperialny. – Anton wymówił te słowa, jakby przedstawiał sobie dwie osoby. – Symbol zjednoczenia i władzy, wykuty na zlecenie Eileen Rodaagov, po sojuszu wielkich rodów.

– Hm, nie uważasz, że to trochę obcesowe zagranie?

– Vijandczycy nie dostrzegą w nim nic więcej niż kunsztowną błyskotkę. Rada jednak może odrobinę złagodnieje pod ciężarem jego symboliki.

– Gdyby to było takie proste – westchnęła Raina, skinieniem głowy pozwalając służącej na umiejscowienie diademu wśród misternie upiętych loków.

Choć nie do końca odpowiadało jej ogłoszenie wystawnej kolacji na cześć Vijandczyków, musiała przyznać, że podobał jej się skrupulatnie zaplanowany rozgardiasz panujący w Glandirze przez kilka ostatnich dni. Służba uwijała się jak w ukropie, Anton jako jej prywatny sekretarz jednocześnie był wszędzie i nigdzie. Nieważne, o jakiej porze dnia zażądała jego obecności, pojawiał się w progu jej komnat bez chwili zwłoki, uzbrojony w każdą informację, jakiej tylko mogła potrzebować. Wszystko nabrało tempa, a pałac odnalazł swój dawno zgubiony rytm, przez co znacznie łatwiej przychodziło Rainie nawigowanie pomiędzy obowiązkami a chwilami spokoju, które poświęcała na zamartwianie się.

– Jakieś wieści z Falaus? – zapytała, gdy powoli zmierzali w kierunku jadalni. Strażnicy trzymali się na tyle daleko, by mogła rozmawiać ze swoim sekretarzem bez skrępowania.

– Nie. Upewniłem się, że listy waszej wysokości są dostarczane, jednak żadna odpowiedź nie nadeszła.

– A ta druga sprawa? – Właśnie w ten sposób rozmawiali o Jamesie i jego wyprawie w poszukiwaniu Tomasa.

– Również bez odpowiedzi. Ciężko jest namierzyć adresata. Jeśli chodzi o wieści od patroli – Anton wziął głęboki wdech przez zaciśnięte zęby – obawiam się, że z każdym dniem coraz mniejsze są szanse na jakiś przełom.

– Może zginął – mruknęła.

Część niej bardzo chciała w to wierzyć. Raina wielokrotnie roztrząsała w myślach wspomnienia z błoni. Czy Sebastianowi udało się jakoś zranić Tomasa? Nie pamiętała wiele z tamtego czasu. Szok i panika związane z Rose sparaliżowały ją do tego stopnia, że całe starcie było jedynie plątaniną urywkowych obrazków. Naiwnie wierzyła, że jakimś cudem na polach bitewnych spotkał go koniec. Z drugiej strony, znała już zdolność kuzyna do wykwintnej wręcz ucieczki. Gdzieś tam jest, szeptała do siebie w duchu, jednocześnie modląc się, by gdzieś znajdowało się jak najdalej od niej i Rose.

– Będę się dalej przyglądał temu tematowi – obiecał Anton, pomagając jej zejść po masywnych schodach. Byli już w sercu pałacu.

W przedsionku jadalni dostrzegła grupkę gości, którzy jeszcze nie zajęli swoich miejsc, oraz Sebastiana. Bash, ku jej zdziwieniu, przywdział barwy swojego domu. W szarej marynarce i z mieczem przyczepionym do pasa prezentował się nader dostojnie, jakby wydarzenia ostatnich tygodni ani trochę na niego nie wpłynęły. Jedyną pozostałością po gniewie i rozpaczy był lekki grymas na świeżo ogolonej twarzy.

– Sebastianie – przywitała się Raina, stając obok niego. Goście wpłynęli do sali, gdy tylko zorientowali się, że bankiet za moment się zacznie. Anton wyszedł przed szereg, by upewnić się, że kolacja może się rozpocząć.

– Raino. – Bash ukłonił się lekko. Drgnęła na dźwięk jego głosu, którego nie dane jej było słyszeć od wielu dni. Starał się zabrzmieć neutralnie, jednak znała go na tyle, by wiedzieć, że nadal żywi do niej urazę.

Raina miała więcej powodów, by się na niego złościć.

– Nie uznałeś tej okazji za dogodną do prezentacji swoich zasług? – zapytała, wskazując brodą na jego stary miecz. Porysowana rękojeść dziwnie odstawała od świątecznego ubioru. Wystarczyło jedno spojrzenie, by zdać sobie sprawę, że broń pochodzi z czasów, gdy nadal był kapitanem straży.

– Oddałem tamtą broń – odparł, jakby była to najnormalniejsza rzecz na świecie.

Raina nie uznała za stosowne skomentować jego słów. Mimo iż stali ramię w ramię, miała wrażenie, że dzieli ich wiele mil.

– Wasza wysokość – zwrócił się do niej Anton i dłonią wskazał wejście.

Jadalnię przystrojono z przepychem, jednak zachowując smak. Rada pozostawała podzielona nawet w kwestiach tak błahych jak ta. Hershel optował za skromną, acz elegancką kolacją, sugerującą Vijandczykom, że Zjednoczone Królestwo nie uznaje ich za najznamienitszych gości. Ewan z Milesem, niczym nierozłączne bliźnięta, naciskali na pokazanie pełni elendorskiej świetności. Dojście do kompromisu zajęło w uznaniu Rainy więcej czasu, niż było tego warte, zwłaszcza że w chwili gdy przekroczyła próg, wszystko skupiło się na niej i księciu Prijestolicu. Większość spojrzeń podążała pomiędzy dwoma punktami. Wśród szeptów dosłyszała zachwyty nad jej suknią i fryzurą, a także wygłoszone na głos wątpliwości, czy nie pragnie przyćmić własnego gościa.

Z daleka dostrzegła, że z jakiegoś powodu na lewo od księcia zasiadał nie kto inny, jak jego sekretarz. Walczyła ze sobą, by nie skrzywić się na tak oczywisty brak taktu ze strony Vijandczyków, mając w pamięci usilne żądania delegacji, by w trakcie kolacji za ich plecami znajdowała się jego prywatna straż. Już samo to wystarczająco oburzyło ją oraz Antona, jednak ostatecznie zgodzili się na obecność żołnierzy, chcąc pokazać się z dobrej strony. Jako swój warunek postawili przed księciem konieczność pozbycia się ich zbroi na rzecz mundurów, aby uniknąć nerwowej atmosfery.

Raina uważnie obserwowała, jak wszyscy zajmują miejsca, dopatrując się oznak niezadowolenia.

– Wielcy lordowie, szanowna Rado, wielmożni goście – przywitała się, stając pośrodku długiego stołu, ustawionego centralnie w szczycie sali. Powiodła wzrokiem po długich ławach po prawej i lewej stronie, tworzących ogromną podkowę zastawioną świecami i świeżymi kwiatami. – Dziękuję wam za tak liczne przybycie. – Przeniosła wzrok na Prijestolica. – Wasza książęca mość. Jest mi niezwykle miło powitać was w moich skromnych, choć dziś wyjątkowo wystrojonych progach.

Zalotna nuta w jej głosie natchnęła gości do cichego pomruku zadowolenia. Książę Prijestolic uśmiechnął się pod nosem.

– Świadoma jestem waszej tęsknoty za normalnością, dlatego też cieszę się, mogąc zaprosić was w ten piękny wieczór do mojego stołu. Żywię nadzieję, iż nie jest to nasz ostatni wspólny posiłek w czasach pokoju i porządku. Chciałabym, byście po tym wieczorze nie chowali wystawnych sukien oraz kaftanów do kufrów, a jedynie odświeżyli je przed rychło zbliżającą się kolejną okazją do ich ubrania – powiedziała, starając się, by jej wypowiedź była jednocześnie zwięzła i sugestywna. Wszyscy zebrani poszli w ślady Rainy, gdy wzniosła kielich do toastu.

– Za pokój! – Głos księcia po jej lewej stronie zbił ją z tropu, ale tylko na chwilę. Goście jak jeden mąż powtórzyli jego zawołanie, przyprawiając Rainę o dreszcze.

– Za pokój – powtórzyła cicho, zajmując miejsce. Grymas zdziwienia przebiegł jej twarz, gdy niespodziewanie ambasador wstał.

– W imieniu swoim oraz jego najjaśniejszej wysokości dziękuję waszej wysokości za tak ciepłe przyjęcie – rzekł, wyraźnie wymawiając każde słowo. Raina starała się zachować uprzejmy wyraz twarzy, słysząc, jak sili się na wygładzenie swojego akcentu. – Dziękuję również szanownym lordom za zaufanie, którym obdarzacie mnie, świętując ze mną przy jednym stole. Życzę wam cudownie spędzonego czasu oraz wielu lat spokoju pod panowaniem jej wysokości Rainy Rodaagov. Niech żyje królowa!

Sala ponownie rozbrzmiała echem głosów, tym razem jednak zawołanie zagłuszył rumor odsuwanych krzeseł i drżącej na stole zastawy, gdy wszyscy goście poderwali się z miejsca. Choć postronny obserwator uznałby ruch Matija za pełen szacunku, rzut oka na twarze zebranych dał Rainie do zrozumienia, że duża część z nich czuje się nieswojo. Sebastian, siedzący po jej prawej stronie, wziął udział w toaście, jednak jego usta pozostały bezgłośne. Hershel oraz Ewan wyglądali na znudzonych, podobnie jak spora część szlachciców. Dopiero po chwili Raina dostrzegła własną matkę siedzącą przy końcu stołu, pomiędzy dwiema hrabinami wystrojonymi w pióra i perły.

Najgłośniejszy toast dobiegł ją tuż zza księcia.

Archer prezentował swoją sympatię do Prijestolica na tyle bezwstydnie, by pozwolić sobie na kurtuazyjną przepychankę w postaci pozwalania temu drugiemu, by usiadł jako pierwszy.

– Mam nadzieję, że niczego nie pomyliłem – odezwał się książę, rozkładając serwetkę na kolanach. – Czasami słowa w mowie wspólnej mieszają się w mojej głowie niczym nuty kwiatowe w rozległych ogrodach.

– Poszło waszej książęcej mości nad wyraz dobrze – odparła uprzejmie Raina, obserwując skoordynowaną do perfekcji służbę, która zaczęła już podawać pierwsze dania.

– Mówiąc o ogrodach… – Już chciał pochylić się ku Rainie, jednak na jego drodze stanęło ramię lokaja z talerzem pełnym jedzenia. – Z moich pokojów od paru dni obserwuję oszałamiająco piękną oranżerię waszej wysokości. Byłbym wielce rad obejrzeć ją kiedyś z bliska.

– Chce mi książę powiedzieć, że znajdzie czas na cokolwiek w natłoku obowiązków? – mruknęła Raina prowokacyjnie.

Od przyjazdu do stolicy Prijestolic spędzał większość czasu w zachodnim skrzydle, zamknięty w gabinecie ze swoim sekretarzem. Anton donosił jej o każdym ruchu księcia, raportując, ile listów wysyła za pośrednictwem swoich ciągle zmieniających się posłańców. Przez chwilę wraz z Lashanem rozważała, czy udałoby im się przechwycić którąś z korespondencji na traktach albo chociaż śledzić posłańców, aż dotrą do adresatów. Udało im się jedynie dowiedzieć, że listy trafiają do Vijandy. Dalsze węszenie zgodnie uznali za zbyt niebezpieczne, zważywszy na brak wiedzy o potencjalnej reakcji Vijandczyków na szpiegostwo.

– Cóż, zależy mi na poznaniu Zjednoczonego Królestwa z każdej strony, fragment po fragmencie. Jeśli wasza wysokość zgodzi się, bym został ambasadorem… – Tym razem pochylił się bez przeszkód do tego stopnia, że Raina poczuła zapach jego wody kolońskiej. Bash siedzący po jej prawej stronie zwrócił na to uwagę i teraz bacznie obserwował każdy ruch księcia. – Chciałbym, by moje poselstwo służyło tym ziemiom, dlatego też zależy mi na poznaniu waszych zwyczajów i tradycji.

– Podobne podejście zastosowaliście wobec Tesarythu? – zapytał niespodziewanie Sebastian. Sprawiał wrażenie, jakby rzucił te słowa mimo­chodem, sztućce w jego dłoniach metodycznie rozrywały posiłek na talerzu.

– Podobne? – zapytał książę. Rainie nie umknął kamienny wyraz twarzy jego sekretarza.

– Nasze źródła donoszą, że wasza, jak to książę nazwał, unia handlowa w gruncie rzeczy jest okrutną okupacją – mruknął jej namiestnik.

– Nasze źródła za to – niespodziewanie do rozmowy dołączył Hansen Validic – wyraźnie wskazują na problemy natury ekonomicznej, z którymi mierzy się Korona, a to przecież niemożliwe, by królestwo tak wspaniałe jak Elendor pozbawione zostało funduszy, czyż nie?

Rainie trudno było przywołać na twarz uśmiech.

– To tylko pokazuje, że nie warto słuchać plotek – ucięła, czując, jak serce łopocze jej w piersi. Sebastian pokiwał głową, udając rozbawienie, jednak znała go na tyle, by dostrzec panikę w jego oczach.

– Absolutnie, moi panowie. – Książę podłapał próbę zmiany tematu. – Jeśli będziemy opierać nasze relacje tylko na nieprawdziwych opowieściach, to donikąd nie dojdziemy.

– Tak, skupmy się na konkretach. Co chcielibyście zaproponować ze swojej strony? – zapytał Bash.

Książę mruknął przeciągle, przełykając posiłek, a następnie pstryknął palcami na jednego ze stojących za ich plecami gwardzistów. Bash spiął się, Raina dostrzegła odruch sięgnięcia po miecz, jednak żołnierz podszedł bliżej jedynie po to, aby podać Prijestolicowi ogromną drewnianą szkatułę.

– Vijanda powszechnie nazywana jest perłą północy i to nie bez powodu – mruknął niby mimochodem. – Może nasz klimat nie jest tak sprzyjający jak elendorski, jednak potrafimy być samowystarczalni, jeśli chodzi o podstawowe potrzeby. To, czego mamy w nadmiarze… – zrobił dramatyczną pauzę, kiedy unosił powoli wieko – to bogactwa wydobywane z samego serca naszych ziem. Ich celem jest… lśnienie.

Oczom Rainy ukazała się imponujących rozmiarów kolia zrobiona z dziesiątek maleńkich kamieni. Gęsty warkocz srebra i zieleni tworzył misterną obręcz, z której kaskadą spływało pięć ogromnych, szmaragdowych łez. Na samą myśl o założeniu tego arcydzieła Rainę rozbolał kark. W świetle klejnoty błyszczały blaskiem, który był w stanie przyćmić nawet jej tiarę.

– To prezent – zapewnił szybko książę, jakby obawiał się, że dojdzie do nieporozumienia. – I zachęta.

– Do czego? – zapytała bezmyślnie.

– Do spojrzenia na mnie jak na przyjaciela, a nie wroga.

 

– Och, Ulmo, muszę przyznać, że nigdy nie wątpiłam w twoje zdolności, jednak tego wieczoru przeszłaś samą siebie – mruknęła królowa matka.

Stały w damskim gronie odrobinę z boku i obserwowały wirujące na parkiecie pary. Kolacja przebiegła bez żadnych rewelacji, nic nieznaczące konwersacje płonęły i gasły jak świece, co jakiś czas wymieniane przez służących. Raina popijała słodkie wino, tak niepodobne do trunków obecnych na tego typu przyjęciach. Był to jeden z tych aspektów organizacyjnych, o których nawet nie pomyślała. Kiedy w Glandirze zapanowało poruszenie związane z przyjazdem ambasadora, to Hershel Lashan przejął tymczasowo rolę gospodarza. Sam zaoferował się, że sfinansuje bal powitalny, a jego żona natychmiast podjęła rękawicę i wzięła na siebie rolę wizjonerki, zamawiając kwiaty, zlecając pranie obrusów i wywieszanie nowych firan. Raina obserwowała z dystansem najpierw tę krzątaninę, a potem samo przyjęcie, niezdolna do wprawienia się w świąteczny nastrój.

– Wszystko dla waszej wysokości – odparła z uśmiechem Ulma, kłaniając się najpierw Rainie, a potem jej matce.

Jak gorzkie były chwile, gdy musiały przebywać w jednym pomieszczeniu, to wiedziała tylko sama Raina. Królowa matka szybko wpasowała się w nową rolę. Z chęcią opuszczała swoje pokoje, dając do zrozumienia, że od wyjazdu Rose interesuje się poczynaniami nowej królowej, jakby nagle z jej piersi spadł wielki ciężar. Często znajdowała Rainę, gdy ta szła do ogrodu bądź do świątyni, niby to przypadkiem stając na jej drodze. Jasne było, że próbuje coś ugrać. Po latach tłamszenia pod wolą męża Talia wreszcie chciała stanąć na własnych nogach.

Raina nie była w stanie puścić tego płazem.

– Chciałabym porozmawiać z wami, drogie panie – zwróciła się do Ulmy oraz towarzyszącej im Kateriny Miles. – O kwestii mojego dworu.

Talia Rodaagov niemal opluła się winem.

– Twojego, Raino? Lady Lashan i Miles należą do mojej świty – oburzyła się.

– Należały – odparła Raina, świdrując matkę wzrokiem. Nie mieściło jej się w głowie, że zdobyła się na tak oczywistą impertynencję.

– Z pewnością jest to sprawa, którą z łatwością rozwiążemy – wtrąciła się lady Miles. – Moja córka będzie przeszczęśliwa, mogąc…

– Dobierzesz sobie towarzyszki odpowiednie dla twojego wieku i statusu. – Talia zignorowała nieśmiałe próby uspokojenia sytuacji. – Jako niekoronowana królowa powinnaś otoczyć się kimś swojego pokroju.

– Co to ma w ogóle znaczyć?!

Oburzenie wstrząsnęło Rainą do cna. Palce, które zaciskała na wątłej szyjce kieliszka, zadrżały, odstawiła więc naczynie na stolik, bojąc się, że rozbijając szkło, niepotrzebnie rozpęta burzę.

– Znaczy tyle, że hierarchia nie może być tak bezwstydnie zachwiana. Mój dwór świetnie funkcjonuje na rzecz reprezentowania Korony. To, że lady Lashan tak dobrodusznie zaoferowała się zorganizować bal, jest przedłużeniem obowiązków królowej.

– Dlatego też zostanie za swoje oddanie nagrodzona awansem. – Raina starała się zachować twarz. – I od tej chwili należy do dworu prawdziwej królowej Zjednoczonego Królestwa.

Talia wpatrywała się w córkę osłupiała. Część Rainy była w stanie poddać się, złamać pod tym spojrzeniem. Na co dzień nie darzyła matki szacunkiem, jednak starała się ją traktować zgodnie z zasadami dobrego wychowania. Mogły nie zgadzać się w żadnej kwestii, jednak ostatecznie to Raina znajdowała się w pozycji, w której potrzebowała sojuszników.

– Jesteś katem, tak jak twój ojciec – wysapała Talia i ruszyła w kierunku drzwi. Po chwili odwróciła się, tylko na sekundę, by sprawdzić, czy którakolwiek z dam podąża za nią. Gdy tak się nie stało, na jej twarzy pojawił się grymas i zniknęła w tłumie.

– Chciałabym, żeby wasza wysokość była świadoma poparcia naszego oraz wielu innych rodów – rzekła usłużnie Ulma Lashan. – Jestem wdzięczna, mogąc służyć Koronie.

– Czeka nas naprawdę sporo pracy – westchnęła Raina, nie tracąc sił na szukanie odpowiednich słów. Sama myśl o rozpoczęciu kolejnych dworskich gier, prowadzeniu wielu znaczących konwersacji w pozornie frywolny i łagodny sposób, napawała ją przerażeniem. Skupiła się na pogrążonych w zabawie gościach, dzięki czemu nie przegapiła momentu, w którym wszyscy liczący się na scenie politycznej mężczyźni na znak Archera Milesa zaczęli opuszczać swoje miejsca. Tańce zwolniły, muzyka przeszła z radosnej w rozluźniającą, niemal senną nutę.

Przed jej twarzą zmaterializował się książę Prijestolic.

– Wasza wysokość – ukłonił się, jakby widział ją tego wieczoru po raz pierwszy – poinformowano mnie, iż rozmowy przenoszą się o tej porze do saloniku. Nie jestem pewien, z czym wiąże się ta tradycja, jednak będę zaszczycony, mogąc odprowadzić waszą wysokość.

Raina spięła się, obserwując jego wyciągniętą dłoń.

– Obawiam się, książę, iż jest to zaproszenie skierowane tylko do wąskiego grona.

– Damy zostają tutaj – pomogła jej Ulma.

Prijestolic obserwował je przez chwilę niewidzącym wzrokiem, aż w końcu sugestia trafiła w sedno. Hershel przeszedł przez salę, lawirując między gośćmi.

– Będę pana przewodnikiem. Miał książę okazję spróbować tytoniu?

– Ja? Nie, chyba nigdy…

Oddalili się, pozostawiając Rainę w huraganie tępego gniewu. Obserwowanie, jak wszyscy mężczyźni opuszczają bal, zagotowało w niej żar niemożliwy do stłumienia. Wiedziała, że po zamknięciu drzwi salonu karafki pójdą w ruch, a dym tytoniu zaścieli każdy centymetr pomieszczenia, aby stanowić zasłonę dla męskich rozmów i politycznych dywagacji. Będą rozmawiać o ekonomii, grać w szachy, kupczyć swoimi majątkami, jakby to do nich należał jej kraj. Zapewne, korzystając z nieobecności królowej, wyrażą swoje opinie na temat odsuniętej w czasie koronacji. Stworzą fronty, może nawet zawiążą spiski.

W ostatniej chwili pochwyciła spojrzenie Sebastiana. Przepuszczał właśnie Ewana w drzwiach, przyglądając się Rainie tak, jakby w ogóle jej nie współczuł.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej