Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
[O KSIĄŻCE]
Leksykon współczesności: A jak AGATA, B jak BOCZNIAK, C jak CHIPSY, D jak DOMINIKA, E jak EMOJI (z paznokciem), F jak FAKTURY, G jak GASLIGHTING, H jak HANNA, […] Z jak ZAŁOGOWE LOTY KOSMICZNE. Świat w opałach, przed którym na zmianę trzeba się chować i go ratować, a na domiar złego jeszcze rodzina – przeszła, obecna, przyszła – i te arcymistrzowskie problemy, które tylko ona potrafi zgotować. Osiem opowiadań, niektóre z nich kończą się happy endem.
[FRAGMENT]
Co dzień przeprowadzana jest ta sama rozmowa, to rytuał, którego nikt nigdy nie ma dość.
– Co słychać? – pyta matka.
– Wszystko dobrze – mówi Dziecko 1.
– A w szkole?
– Też dobrze – mówi Dziecko 2.
– A poza tym?
– Dobrze.
Tu wyczerpują się wspólne tematy i można przeżuwać w ciszy, myśląc o swoich sprawach lub po prostu skupiając się na bieżącym placku. Matka czasem sobie wtedy myśli, że nie ma pojęcia, co by odpowiedziała, gdyby któregoś razu ktoś ją zapytał o to, co u niej.
***
[Blurby]
Nie mam kompetencji, by wiedzieć, jak wygląda życie młodych kobiet w Polsce, a zwłaszcza w wersji surrealistycznej, ale jestem bardzo tego ciekaw – może dlatego książka Natalki Suszczyńskiej weszła mi jak złoto. A może dlatego, że jest świetnie, komunikatywnie napisana, z ogromną empatią względem swoich bohaterów – to jakby przyszła do Ciebie przyjaciółka i zaczęła opowiadać bajki. Takie z wartką narracją osadzoną mocno w kontekście, który obie/oboje znacie: w przesądach, absurdach i nieporozumieniach, które każdy wynosi i z rodzinnego domu, i z codziennych akcji. Ta pisarka umie wydobyć nawet z kompletnego banału magię - bardzo polecam, zjedzcie te chipsy. Wzruszycie się trochę i ubawicie setnie.
Legendarny Afrojax
***
Natalka Suszczyńska jest jak ten sąsiad, co gada, że ma pod łóżkiem dziwne robaki, które mnożą się i kłębią, a kiedy przychodzisz je obejrzeć, to oczywiście żadnych nie ma. Ale ty, mimo to, postanawiasz u niego zostać, bo sąsiad gada i gada rzeczy coraz dziwniejsze i coraz bardziej wciągające. Mówi o matkach pływających w studniach, o namiętności i fakturach, i o duchach w podlaskiej piwnicy – i mówi tak długo, aż dociera do ciebie, że po tym wszystkim nie masz do czego wracać. Więc kiedy on donosi chipsy, te dla gości, nie przestając mówić o diamentowych świniach, ty już wiesz, że będziesz modlić się do najpotężniejszego z białostockich popów, żeby móc z tym sąsiadem zamieszkać już na zawsze, żeby ta książka nigdy się nie skończyła.
Olga Hund
Natalka Suszczyńska - autorka opowiadań, książki "Dropie" (2019), która była nominowana do Nagrody Gombrowicza, i zina "Sny i Pokemony" (2021).
***
Matronaty:
Stoner Polski, Girls and Queers to the Front
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 172
Rok wydania: 2024
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Seria prozatorska pod redakcją Piotra Mareckiego
Jerzy Franczak, Trzy historye
Sławomir Shuty, Bełkot
Łukasz Orbitowski, Szeroki, głęboki, wymalować wszystko
Piotr Cegiełka, Sandacz w bursztynie
Sławomir Shuty, Cukier w normie
Michał Palmowski, Przygody Hiszpana Dete
Michał Witkowski, Lubiewo
Marta Dzido, Małż
Marian Pankowski, Rudolf
Maciek Miller, Pozytywni
Ewa Schilling, Głupiec
Adam Wiedemann, Sceny łóżkowe
Jan Dzban, Dentro
Piotr Szulkin, Socjopatia
Marian Pankowski, Bal wdów i wdowców
Jerzy Nasierowski, Zbrodnia i...
Piotr Czerski, Ojciec odchodzi
Maciek Miller, Zakręt hipokampa
Łukasz Orbitowski, Horror Show
Joanna Pawluśkiewicz, Pani na domkach
Joanna Wilengowska, Zęby
Marta Dzido, Ślad po mamie
Jan Krasnowolski, Klatka
Marian Pankowski, Pątnicy z Macierzyzny
Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Raz. Dwa. Trzy
Michał Zygmunt, New Romantic
Joanna Pawluśkiewicz, Telenowela
Jerzy Franczak, Przymierzalnia
Wojciech Bruszewski, Fotograf
Krzysztof Niemczyk, Kurtyzana i pisklęta
Sylwia Chutnik, Kieszonkowy atlas kobiet
Juliusz Strachota, Cień pod blokiem Mirona Białoszewskiego
Natalia Rolleczek, Drewniany różaniec
Marian Pankowski, Niewola i dola Adama Poremby
Maciek Miller, Cockring
Dominika Ożarowska, Nie uderzy żaden piorun
Ewa Schilling, Codzienność
Marian Pankowski, Tratwa nas czeka
Piotr Szulkin, Epikryza
Jerzy Franczak, NN
Sławomir Shuty, Jaszczur
Darek Foks, Kebab Meister
Tomasz Pułka, Vida Local
Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian
Wojciech Bruszewski, Big Dick. Fikcja dokumentalna
Jan Krasnowolski,Afrykańska elektronika
Daniel Kot, Kierunkowy 22
Marian Pankowski, Nastka, śmiej się! Opowiadania
Sławomir Shuty, Dziewięćdziesiąte
Łukasz Orbitowski, Horror Show [wyd. II popr.]
Joanna Dziwak, Gry losowe
Søren Gauger, Nie to / nie tamto
Maciej Bobula, Katarzyna Gondek, Adam Miklasz, Aleksander Przybylski, Michał Zantman, Bękarty Wołgi. Klechdy miejskie
Ziemowit Szczerek, Siódemka
Juliusz Strachota, Relaks amerykański
Flash fiction. Antologia
Dariusz Orszulewski, Zjednoczone Siły Królestwa Utopii
Stanisław Czycz, Nie wierz nikomu. Baza
Konrad Janczura, Przemytnicy
Maciej Piotr Prus, Przyducha
Marta Dzido, Frajda
Olga Hund, Psy ras drobnych
Juliusz Strachota, Turysta polski wZSRR
Jakub Michalczenia, Gigusie
Anna Mazurek, Dziwka
Natalka Suszczyńska, Dropie
Antonina Kardaś, Czernucha
Aleksandra Wstecz, Kwiaty rozłączki
Jarek Skurzyński, Zrolowany wrześniowy Vogue
Zenon Sakson, Zaczarowany uber
Sławomir Shuty, Historie o ludziach z wolnego wybiegu. Pasty i skity
Maciej Topolski, Niż
Jakub Michalczenia, Korszakowo [wyd. II popr. i uzupeł.]
Maciej Piotr Prus, Wyspa i inni ludzie
Jan Dzban, Dentro De Luxe
Anna Sudoł, Projekt
Sławomir Shuty, Bełkot [wyd. II popr.]
Jaga Słowińska, Czarnolas
Sławomir Shuty, Cukier w normie [wyd. III popr.]
Sławomir Shuty, Nowy wspaniały smak
Marian Pilot, Dzikie mieso
Soren Gauger, Imitacja życia
Mateusz Górniak, Trash Story
Gaba Krzyżanowska, Jedna czwarta wróbla
Marta Kozłowska, Berdyczów
Z. Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian [wyd. II]
M. Pilot, Zakaz zwałki
M. Czub, Objawienie Bogini-Świni
A. Kaczanowski, Ze Słowackiego
J. Bliźniak, Dźwięki z Ha’Tun
N. Suszczyńska, Chipsy dla gości
Agata i zmarli
1.
Był taki tydzień, że pół podstawówki zwariowało na punkcie nawiedzonego domu. Plotki przeskakiwały z klasy do klasy jak wszy z dziecięcych głów. Uderzały znienacka jak piłka podczas gry w dwa ognie. W nawiedzonym domu znajdował się trup dyndający na szubienicy, pentagramy narysowane krwią, garnki łomotały, porcelana samoistnie roztrzaskiwała się o ściany, ktoś widział w środku osobę, która zamiast stóp miała kopyta, ktoś spojrzał w żółte oczy niezidentyfikowanej bestii. Wersji było wiele, większość szyta na bieżąco z pomocą zasłyszanych strasznych historii i obejrzanych do połowy horrorów. Na każdej przerwie pojawiały się aktualizacje dotyczące sytuacji panującej w nawiedzonym domu. Po nudnych lekcjach było ich szczególnie dużo.
Nie było zgody co do tego, co straszy w domu. Jako że cała podstawówka była zapoznana z podstawowymi zagrożeniami czyhającymi na ludzi w latach 90., czyli z sektami i z AIDS, bo dużo się o tym wtedy mówiło, w roli czarnych charakterów chętnie byli obsadzani sataniści i narkomani (z dzisiejszej perspektywy wiadomo, że sataniści, którzy tną dzieciom twarze w kratkę lub w linie, to bujda, a temat AIDS jest dużo bardziej skomplikowany, jednak przypominam, że jedyna wiedza, jaką dysponowali wówczas ci, którzy tak hojnie dzielili się aktualizacjami na temat nawiedzonego domu, pochodziła z podstawówki, podwórka oraz telewizji). Sataniści i narkomani przerażali i ekscytowali większość uczniów.
Udało się za to jednoznacznie ustalić, gdzie znajduje się nawiedzony dom. Stał w bardzo dogodnej lokalizacji, bo przy ulicy Wróbla. A więc odpowiednio blisko, by udać się tam po lekcjach, nawet w przypadku posiadania szczególnie przywiązanych do zegarka rodziców. Co szybszym i co odważniejszym udawało się tam też wyskoczyć na długich przerwach.
Dom był pusty i rzeczywiście prezentował się dość mrocznie: zbutwiałe deski, dziurawy dach, wybite okna, w środku kompletna ciemność. Dzieciaki pielgrzymowały na Wróbla grupami, udając przed sobą, że się nie boją, zaglądały do środka i mówiły, że faktycznie: widzą napisy krwią na ścianach, słyszą tłuczone filiżanki i spodki, a niektórym udało się nawet wypatrzyć tego trupa, co dynda na stryczku. Niektóre patrzyły przez palce, inne kamieniały lub uciekały z piskiem. Chłopcy popychali dziewczynki na ogrodzenie, myśląc pewnie, że śmiesznie by było, gdyby jakiś satanista czy narkoman capnął je za nogę i wciągnął do środka (co oczywiście nigdy się nie zdarzyło).
Pod koniec tygodnia pojawiła się kolejna plotka: otóż znalazła się jedna odważna, która weszła do środka domu. I to dziewczyna! Rzekomo spędziła tam z kwadrans, a kiedy wyszła, powiedziała, że nie widziała nic specjalnego. Podobno wtedy miało miejsce przesłuchanie przeprowadzone przez tych, którzy pod domem wystawali najczęściej.
– Nie widziałaś pentagramów i 666 na ścianach?
– Nie.
– A jakichś napisów krwią?
– Nie.
– A trupa dyndającego na szubienicy?
– Nie.
– A poltergeista?
– Co to takiego?
– Ten duch, który rzuca przedmiotami.
– A, no to też nie.
– A człowieka z kopytami?
– Nie widziałam tam żadnego człowieka.
– Nawet takiego z jaszczurzymi oczami?
– Nawet takiego z jaszczurzymi oczami.
– A narkomanów? A satanistów?
– Nie i nie.
A potem przyszedł weekend, a po nim poniedziałek i nawiedzony dom przestał być tematem numer jeden, bo ktoś miał nowe adidasy, ktoś dostał PlayStation, a w ogóle to zbliżał się czas wycieczek szkolnych i to one zaprzątały głowę uczniom podstawówki. Skończyło się pielgrzymowanie na ulicę Wróbla.
2.
Dziewczyna, która weszła do nawiedzonego domu, miała na imię Agata. Poznałyśmy się dwa lata później, czyli w zupełnie innej epoce, na koloniach. Zakolegowałyśmy się. Podobało mi się, że Agata do wszystkiego podchodzi poważnie, słucha prawdziwej muzyki, ogląda Wiadomości, a do tego nie za bardzo przejmuje się tym, czy ktoś ją lubi.
– Nie jestem zupą pomidorową, żeby mnie wszyscy lubili – mówiła zawsze, a ja myślałam, że sama to wymyśliła. Dopiero potem dowiedziałam się, że jednak nie.
Agata interesowała się wydarzeniami ze świata i żywo na nie reagowała. Po obozie dalej się kolegowałyśmy, co zresztą nie było szczególnie skomplikowane, bo mieszkałyśmy blisko siebie, nasz rozkład dnia nie obfitował w wydarzenia i dalej trwało lato. Któregoś dnia przyszła cała we łzach:
– Marek Kotański nie żyje – powiedziała.
Ja oczywiście nie miałam pojęcia, kto to jest ten cały Marek Kotański i dlaczego jego odejście tak ją zasmuciło, ale wstydziłam się zapytać. Niby byłam o rok od niej młodsza, ale widać było, że nie przystoi tego nie wiedzieć, skoro ludzie, którzy wiedzą, reagują na jego śmierć w taki sposób. Między jednym chlipnięciem a drugim Agata zasugerowała, że należy jakoś upamiętnić tego wielkiego człowieka, o którym ja wciąż miałam raczej niewielkie pojęcie. Ale i tak ochoczo przytaknęłam.
Agata powiedziała, że najlepszą formą upamiętnienia Marka Kotańskiego będzie mural. Zaproponowałam jej, że można wykonać go w mojej piwnicy. I tak planowałyśmy wykorzystać resztki farby, którą znalazłyśmy na śmietniku, żeby ożywić trochę wnętrze i przy okazji znaleźć sobie jakąś konstruktywną rozrywkę.
A o to było trudno, bo choć wiedziałyśmy na sto procent, z czego już wyrosłyśmy, to, do czego właśnie dorastamy, nie było jeszcze jasne jak słońce.
Mural powstał tego samego dnia: uśmiechnięty Kotański, oczywiście z wąsem i z kucykiem, ubrany w T-shirt z napisem „MARKOT”. Malunek może i naiwny, ale z serca.
Na Kotańskim się jednak nie skończyło. Agata domofonowała do mnie cała we łzach, z pewną regularnością informując, że na ścianie piwnicy należy upamiętnić kolejną osobę.
– Joe Strummer nie żyje – mówiła, więc malowałyśmy Joego Strummera.
– Nie żyje Kazimierz Dejmek – no i malowałyśmy Dejmka.
– Nina Simone odeszła – ale nie ze ściany mojej piwnicy.
– Już po Katharine Hepburn – i znów chwytałyśmy za pędzle.
Trwało to kilka miesięcy, aż na ścianie pojawiła się niezła gromadka tych, którzy odeszli między 19 sierpnia 2002 a 29 czerwca 2003 roku.
Czasem wydawało mi się, że Agata nie przeżywa tych wszystkich śmierci tak naprawdę i z całego serca, że stanowią one raczej pretekst do wykonania muralu. Ale nieładnie było to sugerować, gdy tak chlipała i smarkała. A czasem myślałam całkiem odwrotnie, że to ja jestem niedojrzała, bo śmierć tych wielkich ludzi nie robi na mnie dostatecznego wrażenia.
Któregoś razu Agata powiedziała, że musi mi coś wyznać, ale żebym się z niej nie śmiała.
– Ci zmarli, kiedy ich maluję, przekazują mi różne informacje.
– Na przykład jakie?
– Duchowe. Dzięki nim jestem lepszą osobą.
Nie drążyłam. Pierwszy raz usłyszałam z pierwszej ręki o tak głębokim duchowym doświadczeniu i zbiło mnie to z pantałyku.
3.
Śniło mi się tej nocy, że znowu byłam na Wygodzie. Podjeżdżam pod dom, bramka skrzypi, po prawej mam wierzbę, a po lewej tuje, pokonuję schody, otwieram drzwi wejściowe, stawiam buty w wiatrołapie, mijam wyłożony boazerią korytarz i wchodzę na piętro. Tam znajduje się pokój, który pamiętam z dzieciństwa: biurko, stosy papierzysk, książek, maszyna do pisania (halo, halo, czy sprawdzałaś ostatnio swój przywilej?).
Przechadzam się po tym pokoju na tyle, na ile to możliwe. Miejsca jest bardzo mało, a przedmiotów bardzo dużo. Trochę w nich grzebię, ale tak, żeby się nie wydało. Wiem, że zaraz wróci właściciel pokoju i zarazem wiem, że on nie żyje. A mimo to wraca. No i wtedy ja się budzę.
Pamiętam ten pokój z dzieciństwa. Wtedy też grzebałam, tak, żeby się nie wydało, czekając aż wróci właściciel. Starałam się też robić małe miłe rzeczy, dzięki którym życie staje się przyjemniejsze. Zbierałam wszystkie gumki do ścierania, które leżały na biurku, w szufladach, pozapychane gdzieś po kątach, liczyłam je i wkładałam do jednego kartonowego pudełka po perfumach (wtedy takie pudełka się przechowywało – zarówno mnie, jak i ludziom znacznie ode mnie starszym, wydawały się one niezwykle cenne). Następnie pisałam na kartce „27 GUMEK DO ŚCIERANIA” i naklejałam ją na pudełko.
„Ucieszy się, kiedy zobaczy, że policzyłam wszystkie gumki” – myślałam sobie.
Kiedy wracałam tydzień później, gumki znów leżały w najróżniejszych miejscach. Była to więc praca z gatunku tych syzyfowych.
Dom, o którym myślę, to klasyczna kostka z lat 70., w międzyczasie trochę przebudowana, ale tak bez szaleństw. Nie mieliśmy tu do czynienia z „efektowną metamorfozą” albo „wyjątkową rewitalizacją”. Wtedy zresztą nie używało się takich słów.
Mieszkała tam babcia i mieszkał tam dziadek.
Kilka dni wcześniej śniła mi się babcia. Niewiele z tego snu pamiętam, ale ją tak. A to wyjątkowe, bo częściej zapamiętuję miejsca, które mi się śniły. Nawet jeśli wyglądają trochę inaczej niż w rzeczywistości, umiem je pokazać na Google Maps.
Trzy razy w tygodniu śni mi się pawilon handlowy Trzy Kłosy, są w nim trzy wielkie szmateksy, w których za każdym razem znajduję coś nowego.
Wychowano mnie w przekonaniu, że zmarli śnią się z jakiegoś powodu. Choć nie żyją, to czegoś tam od nas chcą, o coś im chodzi. Dlatego też nie można ich zignorować.
Na ewentualność występowania osób zmarłych w snach została opracowana specjalna procedura. Po takim śnie należy udać się na cmentarz w najbliższym możliwym terminie i zapalić znicz nie tylko na grobie osoby, która się śniła, ale też całej reszty. W ten sposób zapewni się zmarłym uwagę, której się domagają.
Tu występuje komplikacja. Bez ociągania udałam się na cmentarz prawosławny, by postawić znicze, a potem – w tym samym celu – także na cmentarz katolicki. Zmarli jednak śnili mi się dalej. Przychodzili całymi hordami i gadali, gadali, gadali, własnych myśli przez to nie słyszałam. Każdej nocy śniło mi się ich coraz więcej, najpierw tylko z rodziny, a potem nie, potem przyszedł czas na innych, znanych mi z mediów, z telewizji. Szalę przeważył Marek Kotański, który pewnej nocy uparł się, by głośno puszczać swoje płyty.
Chodziłam niewyspana i rozdrażniona, a na domiar złego nie mogłam się z nikim podzielić tym, co mnie spotyka, bo miałam dojmujące poczucie, że istnieją bardziej prawdziwe i namacalne problemy niż garstka zmarłych, która siedzi mi na głowie.
I wtedy przypomniałam sobie o Agacie.
4.
Nie za bardzo pielęgnowałyśmy tę znajomość, przez parę lat mijałyśmy się jeszcze na osiedlu, aż w końcu ścieżki się nam całkiem rozeszły. Nie widywałam jej już wcale. Ale w dzisiejszych czasach, jeśli się wie, jak szukać, do wszystkich da się jakoś doklikać. Ja akurat wiem, więc pod wieczór byłyśmy już znajomymi na Facebooku, a dwa dni później pukałam do drzwi jej dwupokojowego mieszkania na Dziesięcinach. Biały, puchaty pieseczek szczekał na mnie, kiedy wieszałam kurtkę w korytarzu.
– Cicho, Rambo. Przepraszam za nią, jest strasznie krzykliwa. Ilu masz obserwatorów na Instagramie?
– Nie mam Instagrama – odpowiedziałam. Pomyślałam sobie, że to bardzo dziwne pytanie na dzień dobry po kilkunastu latach.
– Rambo obserwuje dwieście tysięcy osób. No, prawie dwieście tysięcy. Z całego świata.
– Ale dlaczego?
– Tylko popatrz. Po prostu jest urocza. Czasem to wystarczy. Zwłaszcza w przypadku psów.
Rambo to nie tylko pies, ale też praca. Prowadzenie jej konta na Instagramie zamieniło się w zawód Agaty. Oprócz tego ma też internetowy vintage shop, w którym sprzedaje ciuchy wygrzebane w szmateksach. Mówi, że dzięki temu czuje się niezależna. Nie musi wstawać o konkretnej porze i tak dalej. A pieniądze z tego są – jak to ujęła – fajne.
– A ty czym się zajmujesz? – zapytała, więc odpowiedziałam, ale nie chce mi się tego teraz powtarzać.
Zrobiła kawę i usiadłyśmy w salonie. Nad welurową kanapą wisiało dużo oprawionych zdjęć. Wszystkie przedstawiały Rambo.
– Słuchaj, w zasadzie przyszłam w konkretnej sprawie. Pamiętasz te malunki, które robiłaś w mojej piwnicy?
– Już się tym nie zajmuję.
– Domyślam się. I prawdę mówiąc zdziwiłabym się, gdybyś robiła to dalej.
– Czasem żałuję. Ostatnio, jak umarł Prokopiuk, a zaraz po nim Brach-Czaina. Wtedy miałam takie poczucie, że powinnam do tego wrócić. Ale wiesz, życie, zupa się przypalała, coś zapipczało w telefonie, ktoś coś ode mnie chciał, no i w końcu zapomniałam.
– A może byłabyś w stanie mi pomóc?
W weekend zobaczyłyśmy się u mnie, ja, Agata i Rambo. Wygrzebałam jakieś farby, pewnie te same, którymi malowała Kotańskiego i resztę, bo ich konsystencja pozostawiała wiele do życzenia. Ale dolałyśmy trochę wody, rozpuszczalnika, zmywacza do paznokci (może niepotrzebnie) i powoli zaczęły się do czegoś nadawać.
– Pokaż mi ich zdjęcia. Muszę wiedzieć, jak wyglądali. I daj mi chwilę, bo to chyba nie będzie proste. Nigdy czegoś takiego nie robiłam. Mogę zapalić?
– Jasne, tylko wyjdź na balkon.
Wyszła i nie było jej dosyć długo. W tym czasie zdążyłam kupić na Allegro kilka mniej lub bardziej potrzebnych rzeczy. To jest to, czym się zajmuję, kiedy nie wiem, co robić. A potem odbieram te paczki i się dziwię.
– Okej, jestem gotowa. Możemy schodzić do piwnicy, tylko najpierw wezmę Rambo na psipsi.
– To ja to malowałam? Co za szok – powiedziała Agata, patrząc na moją piwnicę. – Jakoś lepiej to zapamiętałam, ale w sumie nic dziwnego. Patrz na tego, jaką ma buzię! Czekaj, zrobię zdjęcie... Albo nie, lepiej ty mi zrób, mnie i Rambo, okej? Patrz piesku, to jest Marek Kotański, wielki człowiek. Ale nie miał konta na insta. Pokaż, pokaż te zdjęcia... Spoko wyszło, potem wrzucę. Dobra, możemy zaczynać. Mam nadzieję, że się nie obrazisz, jeśli mi wyjdą trochę pokracznie... Bo jest takie prawdopodobieństwo i to duże. Dawno niczego nie rysowałam. No i chyba nigdy nie byłam w tym dobra, przynajmniej sądząc po tych mordach. Ale mam koncepcję, mam koncepcję. Choć nie obiecuję, że coś z tego wyjdzie.
Na ścianach piwnicy było gęsto od zmarłych. W zasadzie zaczęłam się zastanawiać, czy to nie było tak, że wtedy – lata temu – przestała malować, bo czuła, że kończy się miejsce. A innej piwnicy nie miała na widoku. Temat tworzenia takich portretów w cudzych piwnicach musi się pojawić organicznie, bo inaczej ludzie dziwnie będą na ciebie patrzeć (niby nie należy się tym przejmować, ale wiadomo, jak jest).
Kiedy ona malowała, ja grzebałam w piwnicy. Przez lata zebrało się tu dużo wszystkiego, co stare i niepotrzebne: pożółkłe wydania gazet i tygodników opinii, podręczniki z gimnazjum, nadgryzione zębem czasu buty, słoiki, te puste i te pełne. Kiedy już z grubsza przejrzałam te wszystkie rzeczy, wybrałam się na wyprawę po piwnicznych korytarzach. Wyglądało na to, że w ostatnim czasie piwnica stała się przestrzenią socjalizacji. Świadczyły o tym zwłaszcza puste butelki, puszki i niedopałki, na które co rusz się natykałam.
Poczułam, że wiele mnie ominęło.
Agata malowała i malowała, więc można było przypuszczać, że odstawi tam jakiegoś Rembrandta. Efekt przypominał jednak raczej dziwny świat współczesnych prymitywów, tyle że bez bigla. Zenek to to nie był (mam na myśli oczywiście Iłariona Daniluka).
Grunt, że dało się tych moich zmarłych rozpoznać. To nic, że głównie po fryzurach.
– I co? Powiedzieli coś? – zapytałam.
– Tak. Przede wszystkim, że się o ciebie martwią.
– Mogliby się już w końcu zająć sobą.
– Powiedzieli, że negujesz swoje prawdziwe ja.
– A co to znaczy?
– Tego to mi akurat nie wyjaśnili.
5.
Muszę się do czegoś przyznać: coachingowe bon moty mnie brzydzą. Dlatego też nie po drodze było mi z sugestią od moich zmarłych. Ale skoro właśnie tego chcieli, nie miałam wyjścia – musiałam wyruszyć drogą samopoznania. I szło mi to opornie.
A oni dalej mi się śnili. Konwencja: film niemy. Czarno-biali zmarli ślą mi mnóstwo wymownych spojrzeń, ich rysy są podkreślone makijażem; akompaniament na pianinku. Ta muzyka tkwiła mi w głowie całymi dniami, wyznaczając mój kierunek.
Chodziłam do piwnicy, by wpatrywać się w namalowane przez Agatę twarze. Zadawałam im pytania, ale nie otrzymywałam odpowiedzi. Stos butelek rósł z każdym dniem, ale osób, które mogły za to odpowiadać, nigdy nie spotkałam.
Mijał czas, ale niewiele się zmieniało. Każdej nocy oglądałam niemy film z moimi zmarłymi. Ich twarze stawały się coraz bardziej sugestywne. Aż w końcu epoka kina niemego się skończyła. Pewnej nocy przyśniło mi się coś w rodzaju Avatara, choć nikt z moich zmarłych nie widział tego filmu. Bardzo kolorowa animacja komputerowa w 3D, wszyscy na niebiesko. Mówili dziwnym, nieistniejącym językiem, który jednak rozumiałam – tak to w końcu jest w snach. I czułam, że to już to.
Następnego poranka nie przypominałam już siebie. Sytuacja z gruntu kafkowska, ale cóż – obudziłam się, a w lustrze zobaczyłam Digletta. Jest to Pokemon ziemny, mówi się o nim czasem „kreci”. Przypomina brązową dżdżownicę, przynajmniej sądząc po głowie, bo zwykle to tylko ona jest widoczna. W lustrze widziałam jednak całość, więc gdyby ktoś się zastanawiał, jak wygląda reszta Digletta, to z całą pewnością mogę zaświadczyć, że nie ma tu żadnych kombinacji. Niewidoczna część tego Pokemona jest naturalnym przedłużeniem jego widocznej części.
Wiedziałam, że to nie jest żadna kpina i wiedziałam, co mam robić.
Życie Digletta polega na ryciu, więc popełzałam czynić moją powinność: poznać miasto z poziomu minus jeden. Jako Pokemon kreci miałam słaby wzrok, bo gdy się kopie tunel pod ziemią, ten zmysł jest w zasadzie zbędny. Co innego dotyk – czułam wszystko, dużo więcej niż ziemię.
Przypomniało mi się, co mówiła Agata. Pytana przez dzieci o wizytę w nawiedzonym domu przy ulicy Wróbla twierdziła, że nic tam nie widziała. Coś się tam jednak wydarzyło.
– Ale nie o wszystkim da się elokwentnie opowiadać – powiedziała mi.
A ja znowu nie drążyłam.
Czułam wszystko, a wszystko, co czułam, rozumiałam.
Do rozumienia było dużo, bo zwiedziłam kawał miasta. Byłam i pod Pałacem Branickich, i tam, gdzie kiedyś stał Market ABC, i pod Placem Uniwersyteckim, pod otaczającym go parkiem, pod Słonecznym Stokiem i pod Dojlidami. Zahaczyłam o Dziesięciny.
Sunęłam cały dzień, a kiedy już się zmęczyłam, wróciłam do domu. Spłukałam moje dżdżownicze ciało pod prysznicem, a następnego dnia obudziłam się już jako ja. Zgadzały się pieprzyki, blizny na kolanach i obgryzione paznokcie.
Zdaje się, że po tym nie śnili mi się już zmarli. Zaczęłam za to bywać na imprezach w piwnicy, ale to już temat na inną historię.