Cieniobójcy. Cieniobójcy. Księga III. Świt - Mateusz Żuchowski - ebook

Cieniobójcy. Cieniobójcy. Księga III. Świt ebook

Żuchowski Mateusz

0,0
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Zwycięstwo nad istotami, które nazywano cieniami, kosztowało wiele i nie okaże się całkowite. Kiedy wszystko wydaje się zmierzać w dobrym kierunku, z trudem budowany nowy porządek chwieje się w posadach. Stary nieprzyjaciel nie zniknął na dobre, a na horyzoncie, a nawet tuż obok, czają się nowi wrogowie.

Królowa Ren od czterech lat wiodła swój lud ku świetlanej przyszłości. Teraz jednak musi zmierzyć się z prawdziwym ciężarem korony. Stanie przed wyborem, czy wyzbyć się człowieczeństwa, czy porzucić wszystko, co kocha w imię obrony przed narastającym chaosem. Tajemniczy gemomanta, który stanął na jej drodze może okazać się jej wybawcą. Albo ostatecznym, apokaliptycznym przekleństwem.

Poznaj kolejne losy bohaterów trzymającej w napięciu serii Cieniobójcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 444

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Prolog

Gabrielle sie­działa na skal­nej półce z nie­obec­nym wzro­kiem wbi­tym w niebo. Ciem­no­szare chmu­rzy­ska kłę­biły się nad roz­le­głą kra­iną u pod­nóża gór, wydęte, jakby zaraz miały pęk­nąć w szwach. Pory­wi­sty wiatr sma­gał skrzy­dla­tej kobie­cie policzki i tar­gał pióra, wygi­na­jąc śnież­no­białe lotki to w jedną, to w drugą stronę. Roz­wiane włosy iskrzyły się pla­tyną.

– Jak mogłeś? – szep­nęła. – Jak mogłeś zosta­wić mnie bez słowa?

Sto­jący nie­opo­dal młody męż­czy­zna odgar­nął z czoła nie­sforny srebrny kosmyk i przy­kuc­nął obok niej.

– Wcale tego nie chcia­łem.

– Ale to zro­bi­łeś.

Ciszę mącił jedy­nie huk wia­tru, który wbi­jał się w głowę jak gwóźdź.

– Wszystko się zmie­niło – mruk­nął bia­ło­włosy męż­czy­zna. – Kiedy zacią­gnęli cię do oddziału pokut­ni­ków…

– To była twoja wina, Casyn­tielu Ruxfe­rze – syk­nęła Gabrielle.

Mło­dzie­niec uśmiech­nął się ponuro w odpo­wie­dzi.

– Wiem to aż za dobrze.

Znowu cisza. Znów to cho­lerne mil­cze­nie. Było nie­zno­śne. Bar­dziej nawet niż to, co Gabrielle zoba­czyła przy… Przy tym czymś, ciem­nym jak nicość.

Spoj­rzała w dal, na roz­po­ście­ra­jący się przed nią kra­jo­braz. Ska­li­sto-żwi­rowy i surowy, jakby ktoś wycio­sał go sie­kierą, choć poprze­pla­tany rzad­kimi pasmami zie­leni. Pośród nie­wiel­kich turni i kamien­nych pagó­rów wyra­stały przy­po­mi­na­jące wiel­kie place mia­sta. Z tej odle­gło­ści wyda­wały się śmiesz­nie małe. Łączące je drogi spla­tały się i roz­dzie­lały jak nie­re­gu­larne rysy zna­czące skałę. Kra­inę wciąż zdo­biły relikty z cza­sów wiecz­nej ciem­no­ści. Ludz­kie oko nie dostrze­głoby z takiego dystansu cią­gną­cych się wzdłuż traktu sta­lo­wych słu­pów, które jesz­cze kilka lat temu słu­żyły za lampy, ale Gabrielle widziała je dosko­nale.

– Nie cofnę czasu, Gabrielle. Ale dobrze wiesz, dla­czego tu jestem. Tak – Casyn­tiel spoj­rzał w niebo wzro­kiem nie­prze­nik­nio­nym jak naj­gęst­sza mgła. – Teraz już wiesz.

Kobieta ze świ­stem wypu­ściła długo trzy­mane w płu­cach powie­trze.

– Kiedy tu przy­le­cia­łam i zro­zu­mia­łam, co tu się działo, myśla­łam, że robisz to dla tego świata. Dla nich – wska­zała ruchem głowy roz­po­ście­ra­jące się przed nimi zie­mie. – Ale kiedy cię spo­tka­łam… Kiedy poka­za­łeś mi to… Coś…

– Wtedy poję­łaś.

– Wtedy poję­łam – przy­znała.

Wiatr omiótł jej twarz po raz kolejny. Skrzy­wiła się. W miej­scu, z któ­rego pocho­dziła, w Eth­na­ris, nie miała oka­zji się prze­ko­nać, co to chłód.

– Ale przy­znam ci się, że polu­bi­łem tych tutaj. Fare­ań­czy­ków – stwier­dził po chwili męż­czy­zna. – Są har­dzi. Wal­czą, nawet kiedy świat wali im się na głowę. Tak, jak my kie­dyś, zanim… No wiesz – wes­tchnął. – Cie­szy mnie, że choć przez chwilę mogą być szczę­śliwi. Ludzie. Sherr-Ikha. Wszy­scy.

– No pro­szę, jaki jesteś dobro­duszny – Gabrielle zer­k­nęła na towa­rzy­sza z ukosa. – A ci cali Paste­rze? Prze­cież oni…

– Mieli swoją chwilę rado­ści. Być może będą mieli kolejną – mruk­nął ponuro bia­ło­włosy, choć kącik jego ust drgnął nie­znacz­nie. – Każdy ma w tym przed­sta­wie­niu swoją rolę do ode­gra­nia. Nie każda opo­wieść koń­czy się dobrze dla wszyst­kich, ale my wyj­dziemy z tej tutaj zwy­cię­sko.

– Bar­dzo chcę ci wie­rzyć, Ruxfer. W to wszystko.

– To uwierz, Gabrielle! – męż­czy­zna uśmiech­nął się sze­roko. Zapał i humor zda­wały się wró­cić na jego twarz. – I mów mi po imie­niu, do cho­lery! Wiesz, że nie­na­wi­dzę, kiedy nazy­wasz mnie Ruxfer. Powta­rzaj za mną: Ca. Syn. Tiel. Może być też Casyn, zdą­ży­łem przy­wyk­nąć.

– Wyklu­czone – skwi­to­wała z namy­słem Gabrielle. – Jesteś Casyn­tie­lem i kropka. Żebyś cał­kiem nie zapo­mniał o tym, skąd pocho­dzisz.

– To może: Cas?

– Zapo­mnij.

Casyn­tiel zachi­cho­tał pod nosem i pokrę­cił głową, po czym szep­nął:

– Powiedz, Gabrielle, jak mógł­bym zapo­mnieć, skąd pocho­dzę? Prze­cież robię to wszystko dla nas.

– Ale już nie wró­cisz do Eth­na­ris. Za Hory­zont Przej­ścia – zauwa­żyła Gabrielle, mnąc w dłoni ośle­pia­jąco biały mate­riał, który spły­wał jej na kolana spod sre­brzy­stego, jasnego nie­mal jak śnieg kirysu.

– Nie – odparł chłodno Casyn­tiel, a jego wzrok powę­dro­wał w dół. Roz­iskrzone oczy na chwilę stra­ciły blask. – Nie wrócę.

– Więc dla­czego…

– Każdy musi coś poświę­cić – prze­rwał jej. – Wszystko się zmieni, ale zmiana wymaga wysiłku. Gdy­bym mógł, oddał­bym dużo wię­cej. Gdyby ta prze­klęta moc zadzia­łała za czwar­tym razem, albo gdyby dała mi dokład­nie to, o co pro­szę, może ten cały teatrzyk nie byłby konieczny.

– Ale jest, prawda? – Gabrielle prze­łknęła ślinę.

Casyn­tiel nie odpo­wie­dział od razu. Wpa­try­wał się w hory­zont, który ginął w zle­wa­ją­cych się bar­wach skał i sza­rego nieba. Mimo że męż­czy­zna nie mówił nic, nie było na jego twa­rzy nawet cie­nia zawa­ha­nia. Uniósł pod­bró­dek.

– Prawda – odparł w końcu.

Zapa­dła cisza. Znowu. Oboje wpa­try­wali się w mil­cze­niu w czer­nie­jące obłoki, zwi­sa­jące nad zie­mią niczym zwia­stun końca świata. Po chwili z opa­słych chmur zaczął padać deszcz. Począt­kowo tylko mżył, by zaraz potem huk­nąć o skały napa­stliwą ulewą. Niebo załkało, zupeł­nie jakby Casyn­tiel jed­nym sło­wem powo­łał do życia nie­sły­szalną, posępną melo­dię. Tak prze­raź­li­wie smutną, że zmu­siła do pła­czu sam fir­ma­ment. Nawet nie­mal wieczny uśmiech na twa­rzy męż­czy­zny zbladł zupeł­nie. Widoczne przed chwilą drobne prze­bły­ski słońca scho­wały się na dobre w koł­tu­nach sza­ro­ści.

– Tylko trzy życze­nia – wychry­piała Gabrielle. Włosy lepiły się jej do czoła i powiek, a zimny deszcz chło­stał blade policzki. – To stąd ten cały zamęt.

– Sam bym sobie nie pora­dził. Mój plan byłby szyb­szy, ale pew­nie nie tak sku­teczny jak…

– Jak tego cze­goś? – dokoń­czyła skrzy­dlata. – Tego dziw­nego skal­nego mono­litu. Nawet nie wiesz, czym on jest.

– Wystar­czy, że poka­zuje prawdę.

– Czy­ta­łeś Czarną Księgę, Casyn­tielu – zauwa­żyła z powagą Gabrielle. – Musia­łeś. Choć sama znam ją tylko pobież­nie, zbyt dobrze wiesz, co robisz. Ten mono­lit miał być tylko legendą. Jeżeli reszta też jest…

– Prawdą? – dokoń­czył Casyn­tiel, uno­sząc brew. – Księgi dawno zostały prze­ina­czone. Meta­tra o to zadbała. Już całe eony Dom Virgo zasiada samot­nie w Astral­nym Dwo­rze. A my mamy potul­nie ugi­nać kark, nie zada­jąc pytań. W końcu to oni posie­dli pry­zma­tyt, wielki dar od Stwórcy – prych­nął, po czym pokrę­cił głową. – Jakiego Stwórcy? Nikt go ni­gdy nie widział.

– Casyn­tielu, to prze­cież…

– Za to ja widzia­łem! – cią­gnął bia­ło­włosy męż­czy­zna. – Widzia­łem, jak wyku­wają pry­zma­tyt w tajem­nicy i roz­sz­cze­piają go na gwiezdne kamie­nie, któ­rych mocą tak się cheł­pią. Widzia­łaś to, co ja. Przy mono­li­cie. Wiesz, do czego są gotowi się posu­nąć.

Gabrielle prze­łknęła ślinę. Wie­działa. Wie­działa i wola­łaby, żeby to nie była prawda, a jed­nak wszystko do sie­bie paso­wało, two­rząc ide­alną ukła­dankę. Casyn­tiel wpa­try­wał się zna­cząco w jej srebrne oczy. Wie­działa, że będzie musiała pod­jąć decy­zję. Nie – już ją pod­jęła. Być może dawno temu, choć nie zda­wała sobie z tego sprawy.

– Przy­wróćmy Ste­lar­nym dawny blask – wyszep­tał Ruxfer z iskrą w sze­ro­kich źre­ni­cach i wycią­gnął rękę w kie­runku towa­rzyszki. – Niech Gwiezdne Domy znowu staną się równe. Niech skoń­czy się tyra­nia i zasady, które zro­biły z nas grzesz­ni­ków.

Gabrielle wzięła głę­boki oddech i roz­po­starła skrzy­dła, cięż­kie od desz­czu. Ujęła dłoń Casyn­tiela i ści­snęła ją mocno, a męż­czy­zna uśmiech­nął się. Być może cie­plej i rado­śniej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej.

– Będę potrze­bo­wał two­jej pomocy – powie­dział Casyn­tiel. – Powiem ci, jaki jest plan. Będzie z tego nie­zły spek­takl. Naj­pierw jed­nak będę chciał, żebyś… Gdzieś mnie pod­rzu­ciła – zer­k­nął w stronę swo­ich ple­ców, miej­sca, gdzie kie­dyś znaj­do­wały się skrzy­dła.

– No popatrz, miło cza­sem cię obser­wo­wać, kiedy jesteś zależny od innych.

Bez­skrzy­dły Ste­larny uśmiech­nął się szcze­rze, pochy­la­jąc głowę. Nic nie odpo­wie­dział. Nie musiał. Cisza była tym razem cie­pła jak pro­mie­nie słońca. Naresz­cie.

– Jesteś w tym ze mną, Gabrielle? – ode­zwał się Casyn­tiel.

Kobieta unio­sła oczy ku pła­czą­cemu niebu.

– Prze­cież zawsze byłam.

Akt pierwszy. Długa pieśń o tym, jak umiera światłość

AKT PIERW­SZY

Długa pieśń o tym, jak umiera świa­tłość

Rozdział I. Cień przeszłości

Roz­dział I

Cień prze­szło­ści

Naj­wyż­sza Meta­tro, z trwogą i ubo­le­wa­niem prze­ka­zuję Ci tę infor­ma­cję. W moim domi­nium znów poja­wiły się oznaki buntu. Już od czasu znik­nię­cia Helli Sta­eler i Casyn­tiela Ruxfera krążą plotki i paskudne here­zje, ale coraz bar­dziej się nasi­lają. Nie­któ­rzy nawet cytują nie­do­rzecz­no­ści z Czar­nej Księgi. Pro­po­nuję wzmoc­nić reżim. Dom Tau­rus zawsze będzie wspie­rał Astralny Dwór, ale potrzebne są zde­cy­do­wane kroki, by trzy­mać Ste­lar­nych w ryzach. Cze­kam na Twoje pole­ce­nia, Pani. Nie mam wąt­pli­wo­ści, że okażą się roz­tropne i wyko­nam je z naj­wyż­szą sta­ran­no­ścią. Cześć i chwała Stwórcy, Panu Gwiazd,

Asmo­del, Diuk Domu Tau­rus

***

Pod­sta­rzała kobieta wpa­try­wała się w szu­miącą ulewę jak zahip­no­ty­zo­wana. Ciężką głowę opie­rała o heba­no­li­tową, nisz­cze­jącą oścież­nicę dużego okna dają­cego widok na zabło­cone podwó­rze. Na twa­rzy miała wypi­sany smu­tek, a głę­bo­kie zmarszczki wyda­wały się bli­znami po wielu bole­snych doświad­cze­niach.

Minęło nie­wiele ponad cztery lata, odkąd ciem­ność spo­wi­ja­jąca niebo w końcu się roz­stą­piła. Cztery lata, od kiedy dotarła do niej wieść o śmierci jej przy­bra­nego syna. Kobieta wykrzy­wiła usta. Cztery lata, odkąd w jej życiu poja­wił się praw­dziwy mrok.

– Mój mały Kane – wyszep­tała. – Dla­czego musia­łeś odejść?

Szare niebo nie prze­sta­wało pła­kać, a wiatr lamen­to­wał gło­śno mię­dzy fron­tami fret­zlandz­kich kamie­nic. Kobie­cie wyda­wało się, że świsz­czący wicher prze­ma­wia gło­sem umar­łych. Gło­sem Kane’a, dziecka uzna­nego za prze­klęte. Za wyrzutka. Zabi­tego przez szlach­ciankę. Księż­niczkę. To musiała być prawda. Bo kobieta nie wie­rzyła, że jest ina­czej.

– Babko Marien, wszystko w porządku?

Sta­ruszka odwró­ciła głowę. W pół­mroku zacie­nio­nej izby stał młody, wychu­dzony chło­pak, naj­wy­żej szes­na­sto­letni. Skórę miał bladą i nie­sa­mo­wi­cie jasną, a policzki zapad­nięte. Kilka tygo­dni temu przy­był do niej w nocy pro­sić o schro­nie­nie. Wyglą­dał jak Khi­gor­czyk albo miesz­ka­niec Ahr­shire, ale dla Marien nie miało to zna­cze­nia. Od dawna doskwie­rała jej samot­ność, pustka. Cie­szyła się, że ktoś może choć na chwilę ją wypeł­nić.

– Tak – mach­nęła ręką. – To tylko ten prze­klęty deszcz wpro­wa­dza mnie w melan­cho­lijny nastrój.

– Nie­długo się prze­ja­śni – stwier­dził chło­pak. – Cho­ciaż uwa­żam, że deszcz jest piękny.

– Piękny? – prych­nęła Marien. – Chyba piękny ina­czej.

– Dla ludzi zawsze wią­zał się ze smut­kiem i ciem­no­ścią. Ale to dzięki niemu mogą rado­wać się rośliny, nie­praw­daż?

– Rośliny nie mogą się rado­wać – burk­nęła sta­ruszka i ponow­nie wle­piła wzrok w ulewę. – To nie ludzie. Nie czują.

– Też kie­dyś myśla­łem podob­nie – szep­nął chło­pak, wpa­tru­jąc się z namy­słem w sza­le­jący na zewnątrz deszcz.

Marien odwró­ciła się i zmarsz­czyła krza­cza­ste brwi.

– Co masz na myśli?

Mło­dzie­niec tylko pokrę­cił głową.

– Może nie­ba­wem tobie też przyj­dzie to zro­zu­mieć.

– Mówisz, jak­byś był star­szy ode mnie – sta­ruszka zaśmiała się pogod­nie.

Chło­pak uśmiech­nął się łagod­nie jak poranne pro­mie­nie słońca, ale mil­czał. Kobie­cie odpo­wie­dział jedy­nie szum desz­czu.

– Może wyj­dziesz ze mną na rynek, kiedy się prze­ja­śni? – zapro­po­no­wała Marien. – Wybie­rzesz sobie jakieś ładne ubra­nie i…

– Oba­wiam się, że to nie­moż­liwe – szep­nął mło­dzie­niec.

Sta­ruszka wes­tchnęła gło­śno.

– Od kilku tygo­dni się stąd nie ruszasz. Słońce dobrze ci zrobi. Może twoja skóra nabra­łaby koloru? Kiedy nastał świt, oka­zało się, że jej barwa potrafi ciem­nieć, jeśli…

– Lubię swoją kar­na­cję.

– Po pro­stu nie chcę, żebyś się tu czuł jak w wię­zie­niu – mruk­nęła Marien.

Chło­pak zamy­ślił się i zako­ły­sał na pię­tach. Wpa­try­wał się nie­prze­nik­nio­nym wzro­kiem w dal, a kobieta nie potra­fiła go roz­szy­fro­wać.

– Już wkrótce nie będę – wychry­piał.

***

Ren otwo­rzyła cięż­kie okien­nice na oścież, a jej twarz musnął przy­jemny wie­trzyk. W końcu prze­stało lać. Przez cały kon­ty­nent prze­to­czyła się jakaś paskudna seria burz. Wciąż dzwo­niły jej w uszach huki grzmo­tów i gło­śny, nie­usta­jący szum opa­słych kro­pel roz­bi­ja­ją­cych się o mister­nie zdo­bione para­pety. Omio­tła wzro­kiem niebo. Pro­mie­nie sło­neczne nie­mrawo szu­kały szcze­lin mię­dzy roz­cho­dzą­cymi się z wolna ciem­nymi obło­kami i ozła­cały dachy wyso­kich kamie­nic, które cią­gnęły się nie­mal tak daleko, jak się­gał wzrok. Świe­tli­ste snopy, jesz­cze dość liche, nie dawały takiego bla­sku jak przy dobrej pogo­dzie, ale nawet to było sto­kroć lep­sze niż czerń, która przy­kry­wała Farean przed czte­rema laty. Ren nabrała powie­trza w płuca. Wyda­wało się znacz­nie lżej­sze niż wtedy. Może takie wła­śnie powinno być? Wszystko dążyło teraz ku lep­szemu. Nawet rzą­dze­nie nie wycho­dziło jej naj­go­rzej, choć nie kryła, że w głów­nej mie­rze była to zasługa Rady. Uśmiech­nęła się nieznacz­nie. Cie­kawe, czy Rhyan uznałby ją za dobrą kró­lową? Minęły cztery lata od zwy­cię­stwa nad cie­niami. Nad Paste­rzami. Cztery lata, odkąd urmań­ski książę Rive-Rion opu­ścił Lac­cię, a Ten­naer abdy­ko­wał. Cztery lata, odkąd pierw­szy raz wło­żyła na głowę koronę wobec odmowy pozo­sta­łych suk­ce­so­rów. Była drugą kobietą w histo­rii, która zasia­dła na Świe­tli­stym Tro­nie. I choć na początku doświad­czała nie­przy­chyl­nych spoj­rzeń (w końcu nie dość, że była kobietą, to jesz­cze bar­dzo młodą, a do tego drugą córką), Lac­cia­nie szybko przy­wy­kli do nowej wład­czyni. Cza­sami Ren miała wra­że­nie, że ludzie są w sta­nie przy­zwy­czaić się do wszyst­kiego, jeśli da się im na to wystar­cza­jąco dużo czasu. W końcu przez tysiąc lat żyli bez słońca i mało kto trak­to­wał to jako jaką­kol­wiek nie­do­god­ność, tak po pro­stu było.

Albo się dosto­su­jesz, albo nie ma dla cie­bie miej­sca, pomy­ślała.

Drgnął jej kącik ust. Prze­cież ona ni­gdy się nie dosto­so­wała. Cały czas parła pod prąd, wbrew wszyst­kiemu. Dawno temu skoń­czyła z przy­zwy­cza­je­niem. Jak długo mogło jej to jesz­cze wycho­dzić? Wes­tchnęła, spo­glą­da­jąc na ulice Dra­co­daru, które po ule­wie znów zaczęły się powoli zapeł­niać.

Może to wła­śnie był klucz do suk­cesu? Nie­ule­ga­nie przy­zwy­cza­je­niom? Cóż, przy­naj­mniej nie wszyst­kim. Zer­k­nęła w głąb kom­naty, na nie­wielką, zawie­szoną na ścia­nie szafkę oko­loną wiją­cym się drew­nia­nym relie­fem smoka. Dłu­gie, wężowe ciel­sko gada dzięki usło­je­niu drewna i war­stwie lakieru miało migo­tliwe łuski, a jedna z łap zaci­skała się na szyjce pęka­tej butelki sto­ją­cej na półce. Chwyt wyda­wał się mocny, ale była to jedy­nie ilu­zja, naczy­nie dało się bez trudu wycią­gnąć. Zupeł­nie jak kil­ka­na­ście innych, które stały obok w sze­regu niczym żoł­nie­rze.

Wino. Ren aż pocie­kła ślinka, ale nie… Kró­lowa pokrę­ciła jedy­nie głową. Nad tym przy­zwy­cza­je­niem musiała pano­wać szcze­gól­nie. Lata spę­dzone na dwo­rze spra­wiły, że coraz bar­dziej zaprzy­jaź­niała się z butelką. A prze­cież wie­działa, do czego może to pro­wa­dzić. Wciąż miała przed oczami przy­bra­nego ojca otu­ma­nio­nego alko­ho­lem, sły­szała krzyki i roz­bi­jane tale­rze.

Ści­snęła usta w cienką kre­skę.

Były jed­nak rze­czy o wiele gor­sze i bar­dziej prze­ra­ża­jące. Zer­k­nęła na nie­wielką, pięk­nie rzeź­bioną toa­letkę, która stała tuż pod półką z winem. To w szu­fla­dzie toa­letki znaj­do­wało się coś, do czego Ren nie chciała się nawet zbli­żać. A mimo to ni­gdy się tego nie pozbyła. Wisio­rek od Rhy­ana. Amu­let z malut­kim anty­ka­mie­niem, który wcze­śniej nosiła przy sobie przez długi czas. Kiedy prze­stała, jej prze­ra­ża­jące senne wizje znik­nęły. Nie chciała do nich wra­cać, a jed­nak codzien­nie zma­gała się z pokusą, by zało­żyć prze­klętą biżu­te­rię. Dzia­łała na nią jak magnes, a z każ­dym dniem przy­cią­gała coraz bar­dziej i bar­dziej. Może lepiej byłoby się jej pozbyć?

Zgrzyt­nęła zębami i wygła­dziła czer­woną jak krew suk­nię, która spły­wała jej po bio­drach. Lubiła ten kolor, przy­po­mi­nał jej barwę rubinu, który na zawsze odmie­nił jej życie. Wypro­sto­wała się. Już nie cho­dziła sku­lona i prze­stra­szona, mimo że wciąż nie­rzadko dopa­dała ją nie­pew­ność. Przy­mknęła lekko okien­nice, po czym ruszyła żwa­wym kro­kiem do drzwi. Jutro miało odbyć się spo­tka­nie Rady, a to ozna­czało, że poza obec­nymi już w sto­licy Bay­whic­kiem, Kan­noem i Bau­kar­sten, do mia­sta zawita rów­nież Arcy­mistrz Magii, Mar­cello Garietti. Miał przy­być za mniej niż godzinę. Dobrze byłoby się przy­wi­tać.

***

Mar­cello zesko­czył ze zło­to­grz­bieta, a obcasy jego butów dźwięcz­nie ude­rzyły o bruk. Polu­zo­wał wią­za­nie skro­jo­nej klo­szowo mala­chi­to­wej pele­ryny i zsu­nął okry­wa­jący mu głowę kap­tur, wyzwa­la­jąc spod niego burzę ogni­ście rudych wło­sów.

– Dobra robota, Drif­fen – szep­nął do masyw­nego jasz­czura, kle­piąc go po bez­zęb­nej pasz­czy.

Zło­to­grz­biet mla­snął w odpo­wie­dzi, a Mar­cello uśmiech­nął się sze­roko. Drif­fen była dobrą kom­panką. Odkąd dostał ją od kró­lo­wej z oka­zji mia­no­wa­nia go na Arcy­mi­strza, jasz­czu­rzyca ani razu go nie zawio­dła. Zawsze zawo­ziła go do celu, nie­za­leż­nie od tego, jak zła pano­wała pogoda.

Mar­cello roz­pro­sto­wał nogi. Podróż odbył bez towa­rzy­stwa, jak zwy­kle. Nie wie­dział do końca, dla­czego wła­śnie tak wolał wędro­wać. Mówił sobie, że duże kon­woje koja­rzą mu się ze słusz­nie minioną wojną, choć prawdę mówiąc, cza­sem bra­ko­wało mu kom­pana w podróży. Nawet tutaj, w samym sercu Dra­co­daru, pozo­sta­wał osa­mot­niony. Cóż, miał przy­naj­mniej swoją Drif­fen.

W cen­trum mia­sta było widać liczną straż, ale pra­wie żad­nych nor­mal­nych prze­chod­niów. Zda­wało się, że potworna ulewa, która ustą­piła led­wie godzinę temu, wypłu­kała ludzi z ulic. Mia­sto nie­mrawo wra­cało do życia. W powie­trzu uno­siła się przy­jemna woń desz­czu, która choć tro­chę mogła wyna­gro­dzić to, że Arcy­mistrz prze­mókł do suchej nitki.

Mar­cello odgar­nął z czoła pozle­piane desz­czem kosmyki, które ongiś spla­tał w war­ko­cze i spoj­rzał w górę, na potężny gmach pałacu. A może zamku? Róż­nie go bowiem okre­ślano. Aż dziw, że nikt do tej pory nie nadał mu ofi­cjal­nej nazwy licu­ją­cej z jego kunsz­towną archi­tek­turą. Mar­mu­rowa, gdzie­nie­gdzie śnież­no­biała, gdzie indziej wie­lo­barwna ele­wa­cja cią­gnęła się wszerz na dobre pięć­set jar­dów i choć nie się­gała tak wysoko jak czarna wieża Gil­dii, i tak była impo­nu­jąca. Gmach wygi­nał się w wymyślne kształty, a co kil­ka­dzie­siąt stóp z jego dachu wspi­nały się do nieba strze­li­ste wieże zwień­czone szpi­cza­stymi igli­cami, czer­wo­nymi jak krew, na któ­rych już wieki temu przy­cup­nęły odlane z naj­róż­niej­szych metali figury smo­ków. Posągi ani myślały stam­tąd zni­kać, wyda­wały się nie­mal wieczne. Zamku nie ota­czał żaden dodat­kowy mur. Kró­lew­ska budowla przy­le­gała bez­po­śred­nio do reszty mia­sta, jed­nak wszel­kie wej­ścia były strze­żone przez licz­nych gwar­dzi­stów w mie­nią­cych się zło­tem zbro­jach, wciąż mokrych od desz­czu.

Rudy Arcy­mistrz chwy­cił Drif­fen za uzdę i zaczął mia­ro­wym kro­kiem zbli­żać się do pałacu, wycho­dząc spo­mię­dzy kolo­ro­wych kamie­nic na plac, na któ­rym wzno­siło się zamczy­sko. Nie minęła chwila, a jeden z gwar­dzi­stów ode­brał od Mar­cella zło­to­grz­bieta, by zapro­wa­dzić go do stajni, a sam Arcy­mistrz, prze­kro­czyw­szy próg ogrom­nych drzwi, zna­lazł się wewnątrz kró­lew­skiej sie­dziby.

Stę­sk­nił się. Nie za ogrom­nia­stym holem, prze­cię­tym mięk­kim czer­wo­nym dywa­nem w złote liścia­ste wzory. Nie za kopu­la­stym skle­pie­niem upstrzo­nym zer­ka­ją­cymi na niego pła­sko­rzeź­bami i helio­do­ro­wymi lam­pami. Stę­sk­nił się za kró­lową, która teraz kro­czyła pew­nie po stop­niach pro­wa­dzą­cych na par­ter z ozdob­nego pode­stu umiesz­czo­nego pomię­dzy dwoma roz­cho­dzą­cymi się w prze­ciwne strony bie­gami scho­dów. Brzegi czer­wo­nej sukni sub­tel­nie muskały wyście­łane dywa­nem kra­wę­dzie stopni, a na pokry­tej deli­kat­nymi pie­gami zaokrą­glo­nej twa­rzy wład­czyni malo­wał się pogodny uśmiech.

Ren. Kie­dyś pew­nie chcia­łaby sko­czyć Mar­cel­lowi do gar­dła, a on zaszty­le­to­wać ją wro­gim spoj­rze­niem. Cóż, to chyba czasy słusz­nie minione.

Dziew­czyna pach­niała lasem. Aro­ma­tycz­nymi igłami sosen. Rudy Arcy­mistrz dosko­nale czuł jej per­fumy i mimo że tylko raz albo dwa miał oka­zję poczuć woń gaju (w dodatku bar­dzo mło­dego i nie­wy­ro­śnię­tego), to nie dało się jej pomy­lić z niczym innym.

Popra­wił pstro­katy żupan kry­jący się pod pele­ryną i ruszył na spo­tka­nie kró­lo­wej. Wiele się zmie­niło od ich pierw­szego spo­tka­nia. Z wro­gów stali się przy­ja­ciółmi, a ona doce­niła go na tyle, że to dzięki jej popar­ciu został Arcy­mi­strzem Magii. A może zro­biło jej się go żal? Cóż, wolał myśleć, że cho­dziło o tę pierw­szą opcję. Choć może nie do końca się do swo­jej roli nada­wał. Mimo ogrom­nej mocy, którą udało mu się opa­no­wać, nie był ani zbyt­nio prze­ni­kliwy, ani bie­gły w zarzą­dza­niu i pla­no­wa­niu. Jed­nakże musiał nie­skrom­nie przy­znać, że miał głowę pełną inno­wa­cyj­nych pomy­słów, nawet jeżeli wpa­dał na nie przy­pad­kiem. Cie­szył się na myśl, że wkrótce będzie mógł o nich opo­wie­dzieć Ren.

– Kopę lat – powie­dział z uśmie­chem, kiedy młoda kró­lowa poko­nała schody.

– Raczej kilka mie­sięcy. Trzy? – Ren prze­chy­liła głowę, a brą­zowe wodo­spady wło­sów spły­nęły jej po ramie­niu.

– W każ­dym razie cał­kiem spory kawał czasu – zauwa­żył Arcy­mistrz.

– Zawsze możesz zacząć przy­jeż­dżać czę­ściej – Ren wyszcze­rzyła zęby. – Miło cię widzieć, Marcy.

Marcy. Choć dziew­czyna zwra­cała się tak do niego od dobrych dwóch lat, wciąż nie mógł się przy­zwy­czaić. Nie to, żeby mu to prze­szka­dzało, po pro­stu wcze­śniej mało kto chciał się z nim spo­ufa­lać na tyle, by wymy­ślać zdrob­nie­nia imie­nia. Przy­jaźń. Taka przy­jaźń to cał­kiem cie­kawa kon­cep­cja.

– Cie­bie też, Wasza Wyso­kość – odparł i mru­gnął poro­zu­mie­waw­czo.

Ren prze­wró­ciła oczami.

– Żebym cho­ciaż naprawdę była wysoka – odburk­nęła. – Zostaw tytuły na spo­tka­nie Rady, teraz jestem Ren.

– Prze­cież wiem! Swoją drogą, ładna bran­so­letka – Mar­cello wska­zał czar­nego smoka, a może węża ze skrzy­dłami, opla­ta­ją­cego nad­gar­stek kró­lo­wej i poże­ra­ją­cego wła­sny ogon.

– Hm? Ach, to. Podobno to stara, tra­dy­cyjna ozdoba rodu Dra­co­na­ris. Mająca korze­nie jesz­cze star­sze niż sam ród. Pomy­śla­łam, że to cie­kawe.

– Rze­czy­wi­ście. Wszę­dzie smoki, co? W całej Lac­cii ich pełno.

– I nie tylko w Lac­cii. Kto wie, może są star­sze niż kult smo­czych bogów?

No nie. Znowu się zaczy­nało. Opo­wie­ści bez końca. Jak bar­dzo lubił kró­lową, tak nie miał teraz siły na słu­cha­nie wywodu na temat prze­szło­ści i legend.

– Może, może – wymam­ro­tał. – Ale jeśli masz mi teraz dawać wykład z histo­rii, to cofam to, co powie­dzia­łem – Mar­cello zmierz­wił rude włosy poskle­jane od desz­czu i rzu­cił okiem na dziew­czynę, która spo­glą­dała na niego z tro­ską. – No co? Patrzysz na mnie, jak­bym wyglą­dał jak ostatni obdar­tus.

Kró­lowa zachi­cho­tała, zakry­wa­jąc usta dło­nią.

– Cóż za iro­nia, prawda?

– Hę? – Mar­cello ścią­gnął brwi, by chwilę póź­niej otwo­rzyć usta, kiedy sobie przy­po­mniał. – No tak, rze­czy­wi­ście. Nasze pierw­sze spo­tka­nie. To było dość…

– Naj­pierw prze­bierz się i wysusz – prze­rwała mu. – Tylko prędko, żebyś się nie prze­zię­bił. Wola­ła­bym, żebyś był zdrowy na spo­tka­niu Rady. Za godzinę widzimy się na obie­dzie w ogro­dzie kró­lew­skim. Twoja kom­nata jest…

– Tam, gdzie zawsze?

Ren uśmiech­nęła się pogod­nie.

– Tam, gdzie zawsze.

***

Kamienny plac poło­żony na środku stawu wciąż lśnił od desz­czu, ale nie było tam miej­sca na błoto czy kałuże. Słońce, które zdą­żyło na dobre wyjść zza chmur, roz­ta­czało blask na ten oto­czony zam­ko­wymi zabu­do­wa­niami zaką­tek. Wystar­cza­jąco silny, by nie mogły się z nim rów­nać strze­li­ste helio­do­rowe lampy pousta­wiane na całej powierzchni placu. Zabar­wiona świe­tli­stymi sno­pami woda błysz­czała gra­dien­tem złota i błę­kitu, a nad jej taflą plą­sał deli­katny, led­wie odczu­walny wie­trzyk. W wiel­kich, przy­twier­dzo­nych do ziemi doni­cach rosły zło­to­krzewy o lśnią­cych, roz­ło­ży­stych liściach, zachwy­ca­jąc swo­imi syme­trycz­nie przy­cię­tymi gałąz­kami. Mar­cello czuł bar­dzo spe­cy­ficzny spo­kój, kiedy sia­dy­wał w tym miej­scu. Spe­cy­ficzny, bo wewnątrz tliło się w nim jed­no­cze­śnie uczu­cie nie­po­koju. Zupeł­nie jakby piękne i kojące oto­cze­nie sta­no­wiło zasłonę dla krwa­wych wyda­rzeń, które nie­gdyś się tu roze­grały. Widział zary­so­wa­nia od ostrzy na wygła­dzo­nych kamie­niach pod­łogi. Drobne ślady po dawno zaschłych kro­plach krwi. Potra­fił teraz dostrzec różne szcze­góły, któ­rych przed swoim dłu­gim tre­nin­giem ni­gdy by nie zauwa­żył. Pokrę­cił głową. Wie­dział, co tu się wyda­rzyło. Nie chciał o tym myśleć. Ani tym bar­dziej przy­po­mi­nać o tym innym. Zamiast tego wypro­sto­wał się ele­gancko i uniósł kąciki ust.

W ogro­dzie nie zor­ga­ni­zo­wano tym razem hucz­nej bie­siady. Na środku placu stał zale­d­wie jeden długi stół, przy któ­rym zasie­dli człon­ko­wie rodziny kró­lew­skiej, Arcy­mi­strzo­wie (z wyjąt­kiem Kan­no­ego, który sta­rał się trzy­mać na ubo­czu) i… Poell Flyns. Były Arcy­mistrz Wojny niby nie zasia­dał już w Radzie, a jed­nak zawsze poja­wiał się na jej spo­tka­niach jako gość hono­rowy. Nic więc dziw­nego, że został też zapro­szony na obiad.

– Okk, zjedz cho­ciaż tro­chę – mruk­nął do sie­dzą­cego tuż obok syna Ten­naer, który, mimo że nie był już kró­lem, wyda­wał się zdrow­szy i sil­niej­szy niż kie­dy­kol­wiek.

– Nie jestem głodny – odrzekł gru­bym gło­sem kędzie­rzawy Okke­nar, łypiąc zło­wrogo na talerz, w któ­rym wła­śnie bez ładu i składu roz­grze­by­wał maka­ron widel­cem.

– Widzę, że ktoś ma humorki – powie­działa pół­szep­tem Faer­rien, po czym zaczęła zaja­dać swoją por­cję.

Okke­nar spio­ru­no­wał ją wzro­kiem, a Ren odchrząk­nęła osten­ta­cyj­nie.

– Dobrze widzieć was wszyst­kich razem – oznaj­miła spo­koj­nie.

– Widzisz nas wszyst­kich nie­mal codzien­nie, Wasza Wyso­kość – zauwa­żyła Bau­kar­sten, Arcy­mi­strzyni Skarbu o pyza­tej twa­rzy i ostrym jak nóż spoj­rze­niu, po czym popa­trzyła spode łba na Mar­cella. – Może z wyjąt­kiem Arcy­mi­strza Magii.

– Co nie zmie­nia faktu, że nie­zmier­nie mi miło widzieć Radę w kom­ple­cie. Radę i rodzinę.

– Ha! Pew­nie, że miło! Zwłasz­cza kiedy mój poprzed­nik nie śpiewa! – Bay­whick Black­stone wyszcze­rzył zęby, popra­wia­jąc zasła­nia­jącą mu oko opa­skę, po czym pogła­dził się po sta­ran­nie przy­strzy­żo­nej bro­dzie.

Sie­dzący tuż obok Poell zmie­rzył go peł­nym poli­to­wa­nia spoj­rze­niem.

– Twoja imper­ty­nen­cja jest doprawdy impo­nu­jąca.

– Imperty… co?

– No patrz­cie, patrz­cie – mruk­nął Ten­naer z uśmie­chem. – Dopiero co się oże­nił, a już nabrał ogłady.

– Nie sądzę – odparł Poell, postu­ku­jąc ryt­micz­nie pal­cem o drew­niany blat. – Po pro­stu uczę się uży­wać trud­nych słów w prak­tyce. Jak widać, Guur­men miała rację, to robi robotę. Mogę spra­wiać, że ludzie wycho­dzą przy mnie na głu­pich i nie­wy­kształ­co­nych, podoba mi się to.

– Hej! – wark­nął Bay­whick z obu­rze­niem. – Czy ty wła­śnie…

– Zdro­wie kró­lo­wej! – prze­rwała mu Faer­rien, wsta­jąc tak gwał­tow­nie, że nie­mal prze­wró­ciła krze­sło, po czym unio­sła ciężki meta­lowy kie­lich. Na tyle szybko, że ulała na stół kilka kro­pel bor­do­wego trunku.

– Zdro­wie! – zawtó­ro­wał Mar­cello, szcze­rząc zęby, a za nim pozo­stali, z wyjąt­kiem Okke­nara, postą­pili tak samo.

Puste kie­li­chy z brzę­kiem ude­rzyły w stół, a rudy Arcy­mistrz Magii kątem oka zauwa­żył, jak Ren nalewa sobie następną kolejkę, mając coś w rodzaju gry­masu nie­pew­no­ści na twa­rzy.

– Świę­tujmy, bo jutro nie będzie tak wesoło – bąk­nęła Bau­kar­sten.

Mar­cello zmarsz­czył brwi.

– Myśla­łem, że to ruty­nowe spo­tka­nie Rady.

– Bo miało takie być. Ale pier­do­leni nie­bie­scy chyba rze­czy­wi­ście mają ochotę na Fret­zland.

– Bau­kar­sten Brütze – mruk­nął Ten­naer. – Zwa­żaj na słow­nic­two, dziecko przy stole.

Okke­nar prze­wró­cił oczami.

– Mam czter­na­ście lat. Naprawdę sądzisz, że będę zgor­szony? – wark­nął, a jego ojciec tylko zamru­gał. – No to zaje­bi­ście się mylisz, tato.

– Okk, do jasnej… bły­ska­wicy! Sły­sza­łeś, żeby Ren odzy­wała się w ten spo­sób?

Mło­dzie­niec prych­nął.

– Prze­ga­pi­łeś czas, kiedy byłem dziec­kiem. Masz swoją ide­alną córeczkę, mnie zostaw w spo­koju – po tych sło­wach Okke­nar osten­ta­cyj­nie odrzu­cił krze­sło i udał się w kie­runku jed­nego z mostów łączą­cych ogro­dową wyspę z zam­kiem.

Ten­naer wes­tchnął, masu­jąc się po skroni, po czym wstał i podą­żył za synem.

– Wybacz­cie, widać bycie ojcem cią­gle nie wycho­dzi mi tak, jak bym chciał – rzu­cił na odchodne.

Ren skrzy­wiła się bole­śnie, a Fae sub­tel­nym ruchem pod­su­nęła jej kie­lich pod dłoń, jakby chciała dodać jej otu­chy.

– Wra­ca­jąc do nie­bie­skich – pod­jęła kor­pu­lentna Arcy­mi­strzyni Skarbu po chwili ciszy. – Pamię­ta­cie, jak kilka mie­sięcy temu wysu­wali rosz­cze­nia tery­to­rialne? Moim ludziom udało się poj­mać jed­nego z ich szpie­gów we Fret­zlan­dzie. Cwany był. Tłu­miący, dobrze się krył. Ale nie dość dobrze. Nie­wiele udało się z niego wycią­gnąć, ale dowie­dzia­łam się, że nie­da­leko gra­nicy sta­cjo­nują zbrojne oddziały Urmań­czy­ków.

Bay­whick mruk­nął posęp­nie.

– Jutro będziemy się tym mar­twić.

– Myśla­łam, że jako Arcy­mistrz Wojny wyka­żesz więk­sze zain­te­re­so­wa­nie.

– Arcy­mistrz Pokoju – popra­wił ją Bay­whick Black­stone. – I uwierz, wyka­zuję zain­te­re­so­wa­nie, nie­stety. Dzi­siaj jed­nak odpo­czy­wam. Czy sama nie mówi­łaś, żeby świę­to­wać?

Bau­kar­sten wes­tchnęła ciężko, po czym napeł­niła swój kie­lich i unio­sła go w geście wymu­szo­nej apro­baty. Bay­whick skwi­to­wał to dzięk­czyn­nym ski­nie­niem.

Po chwili atmos­fera nieco się roz­luź­niła, a wszy­scy obecni zaczęli gawę­dzić o rze­czach zde­cy­do­wa­nie mil­szych uszom Mar­cella niż widmo kolej­nego kon­fliktu. Bay­whick żar­to­wał, jak to ostat­nio zbie­rał Poella z pod­łogi po bie­sia­dzie, na co tam­ten rzu­cił krótką ripo­stę o pro­ble­mach z pamię­cią. Faer­rien dzie­liła się swoim życiem miło­snym z nie­jaką Diną (swoją drogą, dziwne imię jak na Lac­ciankę), cza­sem może tro­chę zbyt szcze­gó­łowo. Ren nato­miast opo­wia­dała o swo­ich ostat­nich podró­żach, barw­nie opi­su­jąc ską­pane w słońcu lub bla­sku księ­życa kra­jo­brazy, które miała oka­zję ujrzeć. Wyda­wała się taka szczę­śliwa, gdy z wypie­kami na twa­rzy malo­wała sło­wami opisy miast, pól i gór­skich grani, a nawet nie­wiel­kich, świeżo zasa­dzo­nych lasów. Kąciki ust Mar­cella uno­siły się samo­ist­nie. Jesz­cze kilka lat temu ta dziew­czyna była zalęk­niona i zamknięta w sobie. Prze­ra­ża­jąca i nie­sta­bilna zara­zem. A teraz? Teraz jawiła się jako łagodna, ale pewna sie­bie kró­lowa, uśmiech­nięta od ucha do ucha.

I piękna. Jak pło­mień palący się rów­nym, nie­zmą­co­nym bla­skiem, dodał w duchu Mar­cello, ale szybko pokrę­cił głową. Kiedy obu­dził się w nim taki poeta? Upił łyk wina z sze­ro­kim uśmie­chem na ustach. Sma­ko­wało goź­dzi­kami i cyna­mo­nem. Cie­kawy aro­mat, choć zda­niem Arcy­mi­strza Magii lepiej nada­wałby się na chłod­niej­szą porę roku. Otarł wargi wierz­chem dłoni i wró­cił do delek­to­wa­nia się bez­tro­ską roz­mową. Raz tylko Bau­kar­sten wspo­mniała, że gdy Mar­cello będzie wra­cał do Gil­dii, ona poje­dzie wraz z nim, by prze­pro­wa­dzić finan­sowy audyt. Brzmiało to tro­chę prze­ra­ża­jąco, ale Arcy­mistrz szybko wró­cił do roz­mów na przy­jem­niej­sze tematy.

Nawet nie zauwa­żył, kiedy niebo zmie­niło barwę na poma­rań­czową, potem pur­pu­rową, aby w końcu prze­isto­czyć się w dobrze zna­jomą czerń, jed­nak nie smo­li­stą i nie­prze­nik­nioną, a roz­świe­tloną set­kami gwiazd ukła­da­ją­cych się w roz­ma­ite wzory. Mar­cello śle­dził je z nie­słab­nącą fascy­na­cją. Nie prze­sta­wały go zadzi­wiać, odkąd pierw­szy raz je zoba­czył. Łączyły się w gwiaz­do­zbiory i jeśliby zespo­lić je liniami, przy­po­mi­na­łyby tro­chę sieć fare­ań­skich miast powią­za­nych trak­tami. Nie­zwy­kłe. Mar­cello był w nie tak zapa­trzony, że nawet nie spo­strzegł, kiedy zie­wa­jąca Bau­kar­sten podzię­ko­wała za posi­łek i odda­liła się do swo­ich kom­nat.

I gdy tak wpa­try­wał się w roz­gwież­dżone niebo, a Poell wyśpie­wał ostat­nie nuty swo­jej nowej pie­śni, które odbiły się echem od ścian ota­cza­ją­cych ogro­dowy staw, nagle zauwa­żył coś… dziw­nego. Coś jakby drgnęło na szczy­cie pała­co­wych zabu­do­wań. Sekundę póź­niej podob­nie drgnęła powieka Mar­cella, a serce przy­spie­szyło rytm. Cisza, która zapa­dła przy stole, i lekki powiew chłod­nego wia­tru muska­ją­cego twarz tylko wzmo­gły jego czuj­ność. Wpa­try­wał się w spo­wity pół­mro­kiem dach jak cier­pliwy dra­pież­nik.

– Mar­cello – szep­nęła Ren, spo­glą­da­jąc na Arcy­mi­strza z obawą. – Coś nie tak?

I wtedy z pała­co­wego dachu z pręd­ko­ścią wodo­spadu spły­nęła smuga gęstej czar­nej mgły. Prze­fru­nęła nad wodą w kie­runku placu, a Mar­cello i pozo­stali zerwali się na równe nogi, wywra­ca­jąc krze­sła. Poell i Bay­whick odru­chowo obna­żyli mie­cze, wokół któ­rych zawi­ro­wała magia. Fae i Mar­cello się­gnęli po oszli­fo­wane kamie­nie, a Ren wycią­gnęła przed sie­bie roz­po­startą dłoń. Na palec ser­deczny wsu­nięty miała czer­wony pier­ścień, w cało­ści wyko­nany z rubinu, który zabłysz­czał w świe­tle helio­do­ro­wych lamp.

– Co, do jasnej cho­lery? – wyce­dził przez zęby Bay­whick, zaci­ska­jąc dło­nie na ręko­je­ści mie­cza.

Smo­li­sta mgła roz­pro­szyła się na wiele cien­kich nici, a te zaczęły szyć w powie­trzu kształt przy­po­mi­na­jący ludzką syl­wetkę. Nie minęła chwila, a w miej­scu kru­czo­czar­nych opa­rów na ogro­do­wym placu stała młoda kobieta o deli­kat­nej, choć zadzior­nej twa­rzy. Blond włosy kaska­dami spły­wały jej na odsło­nięte ramiona pokryte tatu­ażami w kwie­ci­ste wzory, a tors przy­kry­wał wypro­fi­lo­wany, zdo­biony kawał żela­stwa, który pró­bo­wał za wszelką cenę uda­wać, że jest peł­no­prawną zbroją.

– Kim jesteś? – zapy­tała chłodno Ren, nie opusz­cza­jąc ręki i marsz­cząc brwi. Mar­cello dostrzegł w jej twa­rzy coś, co wska­zy­wało, że dosko­nale znała odpo­wiedź na to pyta­nie.

Blon­d­włosa dziew­czyna zaśmiała się per­li­ście i poma­chała do bojowo nasta­wio­nych zebra­nych.

– Nazy­wam się Emily Jewhel. Choć was bar­dziej inte­re­suje pew­nie fakt, że jestem jedną z tych, któ­rych, jak wam się wyda­wało, nie ma już w Fare­anie. Z tych, któ­rych zwy­kli­ście nazy­wać cie­niami.

Rozdział II. Zadośćuczynić mordercom

Roz­dział II

Zadość­uczy­nić mor­der­com

Asmo­delu, zapew­niam, że Astralny Dwór radził sobie ze znacz­nie więk­szymi pro­ble­mami, nie lękaj się więc, Mój Diuku. Odno­sząc się do Two­ich postu­la­tów – nie możemy pozwa­lać Ste­lar­nym gło­sić here­zji, ale rów­nież nie możemy poka­zać, że się cze­go­kol­wiek oba­wiamy. Ucisz tych, któ­rzy szcze­kają za gło­śno. Zrób to jed­nak bez­sze­lest­nie. Pokaż im nale­ży­cie, że to mil­cze­nie jest zło­tem, a ja ozłocę Cie­bie. Powiedzmy, że pozo­sta­wiam Ci dowol­ność metod. Nie zawiedź mnie. Cześć i chwała Stwórcy, Panu Gwiazd,

Meta­tra, Ta, Która Wska­zuje Drogę

***

Bay­whick rzu­cił się z bojo­wym wrza­skiem do przodu, ale blon­d­włosa przy­byszka bez trudu uchy­liła się przed nad­cią­ga­ją­cym ostrzem i chwy­ciła jed­no­okiego Arcy­mi­strza za nad­gar­stek. Bay­whick Black­stone wark­nął, a kobieta z potężną siłą cisnęła nim na drugą stronę placu jak szma­cianą lalką. Męż­czy­zna poko­zioł­ko­wał bez­wład­nie po kamie­niach, postę­ku­jąc z bólu. Nie minęła chwila, a przy Emily, która mia­no­wała się cie­niem, poja­wił się Poell Flyns. Klingę jego zakrzy­wio­nej przy szty­chu broni oto­czyły fio­le­towe elek­tryczne impulsy, kiedy z impe­tem natarł na intruzkę. Emily w ułamku sekundy utkała w dłoni pozor­nie nie­sta­bilny miecz z czar­nej mgły. Oręż zawył prze­raź­li­wie, kiedy spa­ro­wała nad­cią­ga­jące ude­rze­nie. Kobieta nie cze­kała na kolejny atak, natych­miast wyko­nała pre­cy­zyjne cię­cie w spód jelca broni Poella, wybi­ja­jąc ją z jego dłoni. Ostrze wyle­ciało w górę, krę­cąc młyńce na wie­trze i z hukiem ude­rzyło o posadzkę. Flyns wyba­łu­szył oczy, ale nie zdą­żył nijak zare­ago­wać. Drobna blon­dynka wymie­rzyła mu potężne kop­nię­cie w brzuch, a były Arcy­mistrz Wojny podzie­lił los Bay­whicka.

– Nie­po­trzebne. To wszystko nie­po­trzebne – wymam­ro­tała Emily, krę­cąc głową z dez­apro­batą, choć uśmiech nie scho­dził jej z twa­rzy.

– Czego chcesz? – zapy­tała lodo­wato Ren, wle­pia­jąc wzrok w przy­byszkę.

Pasterka, pomy­ślała. Jak to w ogóle moż­liwe? Prze­cież…

– Naprawdę myśla­łaś, że tak łatwo jest się nas pozbyć? Wszyst­kich za jed­nym zama­chem? – Emily wes­tchnęła i poło­żyła wolną dłoń na bio­drze. – To nie takie pro­ste.

– Wielka szkoda – wtrą­ciła nagle Fae, mru­żąc zło­wrogo swoje kocie oczy. – Jeste­ście zakałą tego kon­ty­nentu.

– To bar­dzo nie­grzeczne z two­jej strony, mój ty pło­myczku – odpa­ro­wała Emily lek­ce­wa­żą­cym tonem.

– A mogłaś ugryźć się w język – skwi­to­wała Fae peł­nym gniewu, a jed­nak spo­koj­nym gło­sem. Wokół rubinu, który trzy­mała w dłoni zaczęła krą­żyć magia, rów­nie czer­wona, co kamień i jej włosy.

– Zacze­kaj – pole­ciła Ren.

Faer­rien zer­k­nęła na nią z ukosa, a wiru­jące magiczne smugi znik­nęły tak szybko, jak się poja­wiły.

– O co…

– Ona nie chce wal­czyć – mruk­nął Mar­cello, pojąw­szy inten­cje Ren.

– W isto­cie – nie­mal wyśpie­wała Emily. – Ale nie dali­ście mi dojść do słowa.

Faer­rien unio­sła pod­bró­dek.

– Mia­łaś wystar­cza­jąco dużo oka­zji, żeby…

– Fae – ucięła jej Ren. – Daj jej prze­mó­wić.

Emily Jewhel ukło­niła się nie­zdar­nie, a ostrze w jej dłoni zmie­niło się w kłęby czar­nej mgły.

– Dzię­kuję, Wasza Wyso­kość.

– Mów.

Wyta­tu­owana kobieta ogar­nęła wzro­kiem sto­jącą przed nią trójkę i pod­no­szą­cych się z ziemi Poella i Bay­whicka.

– Nie wiem, ile wie­dzą twoi pod­dani, kró­lowo – w jej oczach poja­wił się błysk. – Ale wiem, że ty dosko­nale znasz całą prawdę. Powie­dzia­łaś im? – Emily prze­chy­liła głowę, wbi­ja­jąc w Ren prze­szy­wa­jące spoj­rze­nie. – Och, teraz widzę. Posta­no­wi­łaś mil­czeć. Wyma­zać nas nie tylko z kon­ty­nentu, ale i z histo­rii.

– Do rze­czy.

– Paste­rze. Oni żyją, Ren. MY żyjemy. A raczej ci z nas, któ­rzy zdo­łali prze­trwać. Ci, któ­rzy zdo­łali odzy­skać to, co nale­żało do nich i ukryć się przed słoń­cem.

Ren zgrzyt­nęła zębami i zmru­żyła powieki. Serce waliło jej w piersi. Momen­tal­nie poża­ło­wała rezy­gna­cji z ochron­nych kapli­czek. Myślała, że ten kosz­mar skoń­czył się cztery lata temu. Że to już zamknięty roz­dział. Czyżby wszystko zmie­rzało do punktu wyj­ścia? Nie. Nie mogła tak myśleć. Zbyt dużo poświę­ciła. Zbyt wiele znio­sła. Uspo­ko­iła myśli. Za dnia wciąż świe­ciło słońce, Wszech­noc nie mogła już wró­cić. Czego pra­gnęła Emily Jewhel? Zemsty? Ren ode­tchnęła głę­boko. Musiała roze­grać to mądrze. Nie chciała kolej­nej wojny, nie zapo­mniała jed­nak, jak wiele wycier­pieli ludzie przez upiory i ich prze­moc. Opu­ściła odzianą w rubi­nowy pier­ścień dłoń. Jej palce były jed­nak napięte jak struny.

– Masz na myśli tych, któ­rzy ucie­kli się do mordu na moich ludziach?

– Two­ich ludziach… – Emily wes­tchnęła. – Fascy­nu­jąca z cie­bie liderka. Dobrze wiesz, że nie mie­li­śmy innego wyj­ścia.

– To moja kwe­stia, Pasterko.

Blon­dynka uśmiech­nęła się pogod­nie.

– Wiem.

Ren zamru­gała kil­ku­krot­nie. Nie takiej odpo­wie­dzi się spo­dzie­wała. Emily zacho­wy­wała się dziw­nie, Ren ciężko było odczy­tać jej inten­cje. Jesz­cze kilka chwil wcze­śniej była prze­ko­nana, że nie­zna­joma przy­była wypo­wie­dzieć wojnę.

– Pona­wiam więc pyta­nie. Czego. Chcesz?

Emily nie odpo­wie­działa od razu. Zaplo­tła dło­nie za ple­cami i zaczęła spa­ce­ro­wać spo­koj­nym kro­kiem po usy­tu­owa­nym na środku stawu ogro­dzie.

– Ład­nie tu macie. Wygląda na to, że żyje wam się cał­kiem nie­źle.

– Ona działa mi na nerwy – wtrą­ciła pół­szep­tem Fae.

– Odpo­wiedz na pyta­nie, Emily – rze­kła Ren z ostrze­że­niem wypi­sa­nym w tonie jej głosu.

Przy­byszka wes­tchnęła osten­ta­cyj­nie, po czym spoj­rzała Ren pro­sto w oczy.

– Chcę dla moich ludzi kawałka ziemi.

Bay­whick, który kuś­ty­kał obo­lały w stronę roz­ma­wia­ją­cych, wark­nął nie­przy­jaź­nie.

– Po moim tru­pie, ty utkana z cie­nia szma…

– Bay­whicku Black­stone – spo­koj­nie, choć sta­now­czo prze­rwała mu Ren. – Odpo­wiedź w tej kwe­stii należy do mnie.

Arcy­mistrz Pokoju skrzy­wił się nieco, ale momen­tal­nie wyko­nał płytki ukłon.

– Tak jest, Wasza Wyso­kość.

Zwy­kle Ren nie lubiła być tytu­ło­wana poza spo­tka­niem Rady. Teraz jed­nak doce­niła to, że jej przy­ja­ciel nie chciał wcho­dzić jej w paradę i uznał auto­ry­tet kró­lo­wej. Cho­ciaż pew­nie nie­chęt­nie. Nabrała powie­trza w płuca.

Kawa­łek ziemi.

Nie tego się spo­dzie­wała. Nie mogła prze­cież oddać czę­ści kró­le­stwa. I to cie­niom. Stra­ci­łaby zaufa­nie ludu. W Lac­cii wybu­chłyby zamieszki. Co, jeśliby eska­lo­wały? Mie­liby kolejną wojnę? Emily musiała mieć tupet, by doma­gać się cze­goś takiego. Gdy jed­nak Ren jesz­cze raz spoj­rzała w oczy Pasterki, dostrze­gła w nich coś, co wcze­śniej jej umknęło. Smu­tek i despe­ra­cję.

Na skrzy­dla­tych bogów, ona naprawdę wie­rzy, że dam jej kawa­łek kró­le­stwa. Tak po pro­stu. Ta kobieta… Ona nie chce uni­ce­stwie­nia ludzi. Nie chce wiel­kiego triumfu. Ona chce tylko prze­trwa­nia. Kawałka ziemi. Ona tego… potrze­buje.

Nagle przed oczami Ren poja­wiły się te wszyst­kie obrazy, które już wcze­śniej widziała. Paste­rze wybi­jani przez Hellę. Ich ciała wyko­rzy­sty­wane jako naczy­nia do stwo­rze­nia pierw­szych ludzi. A potem uży­wane ponow­nie i ponow­nie. I co było dalej? Tysiąc­let­nia próba odzy­ska­nia sie­bie zwień­czona osta­teczną porażką w bitwie o Dra­co­dar. Nie zasłu­żyli na to. Tak samo, jak ludzie nie zasłu­żyli na los, który spo­tkał ich ze strony Paste­rzy. Ktoś musiał zostać zwy­cięzcą. Ale może ist­niał cień szansy, by dało się to wszystko choć tro­chę napra­wić.

– O jakim kawałku ziemi mowa?

Emily unio­sła kąciki ust, za to Fae i Bay­whick spio­ru­no­wali kró­lową wzro­kiem. Mar­cello pozo­stał głę­boko zamy­ślony, a Poell jesz­cze docho­dził do sie­bie po cio­sie, który otrzy­mał.

Nie był przy­zwy­cza­jony do przyj­mo­wa­nia ata­ków bez zbroi.

– Dzię­kuję za twoją otwar­tość – powie­działa Emily już z nieco więk­szą powagą. – Wybacz, jeśli to zabrzmi zbyt… but­nie, ale potrze­bu­jemy miej­sca, gdzie mogli­by­śmy odbu­do­wać nasz lud. Obec­nie więk­szość z nas znaj­duje się we Fret­zlan­dzie.

– Suge­ru­jesz, że chcia­ła­byś dostać cały Fret­zland?

– Nie ja. My wszy­scy. Paste­rze.

– Ren – wtrą­cił zdez­o­rien­to­wany Mar­cello. – O czym ona wła­ści­wie mówi? Jacy Paste­rze, do licha cięż­kiego? Już któ­ryś raz to sły­szę i to nie tylko z ust tej… upio­rzycy.

Kró­lowa piro­mantka nie odpo­wie­działa. Wiatr omiótł jej twarz. Słowa Emily dud­niły jej w gło­wie jak bębny.

– Czuję, że chcesz tego samego, co ja – cią­gnęła Emily, nie zwra­ca­jąc uwagi na Mar­cella. – Wiem, że nie jeste­śmy bez winy. Chcie­li­śmy po pro­stu… żyć. Na­dal chcemy. Skończmy ten durny roz­lew krwi. Matka chciała przy­wró­cić nam świet­ność, chciała oca­lić nas wszyst­kich, ale… to dopro­wa­dziło tylko do tra­ge­dii. Moja pro­po­zy­cja to próba zakoń­cze­nia tego sza­leń­stwa bez nie­po­trzeb­nych ofiar.

Ren przy­mknęła oczy. Prze­łknęła ślinę. Ta kobieta przy­szła do niej pro­sić o pokój. O kawa­łek ziemi dla swo­ich. Kró­lo­wej wyda­wało się, że ich kon­flikt był sytu­acją bez wyj­ścia. Kiedy dowie­działa się prawdy, uznała, że zwy­cię­stwo jed­nych ozna­cza koniec dla dru­gich. W isto­cie tak wła­śnie było, ale przy zało­że­niu, że przy­naj­mniej jedna ze stron chciała odnieść pełny triumf. Co, jeżeli teraz poja­wiła się szansa na kom­pro­mis? Jeśli Emily mówiła prawdę, kim byłaby Ren, gdyby odmó­wiła? Wład­czy­nią bro­niącą inte­resu swo­jego ludu czy może okrut­nym potwo­rem, tyra­nem nie­wraż­li­wym na cier­pie­nie innych?

– A gdy­bym oddała wam nie­za­miesz­kałe tereny?

– Ren! – syk­nęła Faer­rien. – W co ty grasz? Musisz być sta­now­cza!

– Tak się składa, że ja decy­duję, co muszę, a czego nie – twardo odparła Ren, po czym ponow­nie zwró­ciła się do blon­d­wło­sej Pasterki. – Co ty na to, Emily?

Drobna wyta­tu­owana kobieta wes­tchnęła mar­kot­nie.

– Bar­dzo bym chciała, żeby to było takie pro­ste. Twoja pamięć bywa jed­nak ulotna, kró­lowo Ren – Emily wska­zała pal­cem otu­lony noc­nym kocem nie­bo­skłon. – Słońce. Ono wciąż jest dla nas śmier­tel­nie nie­bez­pieczne.

Ren skrzy­wiła się nieco. Nie­wi­dzialne sznury zaci­snęły się jej na piersi. Na co liczyła? Na łatwą decy­zję? Nie dało się uciec od wyboru. I to wyboru, na który nijak nie mogła być przy­go­to­wana. Emily Jewhel poja­wiła się zni­kąd, w naj­mniej spo­dzie­wa­nym momen­cie. Zasko­czyła ją. Jeśli jej odmówi, zary­zy­kuje ponowny kon­flikt z siłą, z którą należy się liczyć. Co wię­cej, przez taką decy­zję pozby­łaby się resz­tek złu­dzeń co do moral­no­ści swo­ich dzia­łań. Jeżeli nato­miast się zgo­dzi, z pew­no­ścią poja­wią się prze­jawy buntu, a w dłu­giej per­spek­ty­wie może to ozna­czać roz­pad Lac­cii i krwawą kata­strofę. Czy była dosta­tecz­nie potężna, by jej zapo­biec? Raczej nie.

– Mogę zapew­nić wam schro­nie­nie – pró­bo­wała jesz­cze Ren.

– Schro­nie­nie – mruk­nęła Emily z szy­der­czym uśmie­chem. – Nie poj­mu­jesz? My chcemy żyć. Naprawdę żyć! Nie cho­wać się pod waszym butem w ciem­nych norach. Fret­zland to i tak nie­wielki kawa­łek ziemi w porów­na­niu z tym, jak wielka jest Lac­cia. A my… potrze­bu­jemy tylko tyle.

Tylko tyle i aż tyle, pomy­ślała Ren. Gdyby nie miała przed oczami kon­se­kwen­cji tego wyboru, zgo­dzi­łaby się bez waha­nia. Może lepiej byłoby odmó­wić? Odda­nie Fret­zlandu mogłoby mieć gor­sze skutki. Jed­nak nie potra­fiła zade­cy­do­wać ina­czej.

– Co, jeśli Lac­cia odda­wa­łaby Fret­zland stop­niowo? Z poko­le­nia na poko­le­nie?

Emily prych­nęła.

– I wie­rzysz w to, że kolejni władcy popie­ra­liby ten pomysł? Przy­szłam do cie­bie, bo wie­rzę, że jesteś mądrzej­sza i przede wszyst­kim bar­dziej wyro­zu­miała niż inni kró­lo­wie. Od czte­rech lat obser­wuję twoje rządy.

Ren mil­czała. Pró­bo­wała usły­szeć w gło­wie głos, który powie­działby jej co robić. Może Rhyan nie miałby pro­blemu z wybo­rem? Zawsze był lep­szy w podej­mo­wa­niu trud­nych decy­zji.

– Pro­szę – głos Emily prze­obra­ził się w pół­szept. – Wiesz, że jeśli się nie zgo­dzisz, nie pozo­sta­wisz Paste­rzom wyboru. Oddaj nam Fret­zland, a już ni­gdy nie będziemy was nie­po­koić. Masz moje słowo. Będziemy współ­pra­co­wać, nauczymy was tego, co wiemy. Będę twoją dłuż­niczką.

Ren wciąż mil­czała jak grób.

Na twarz Emily wpeł­zło zre­zy­gno­wa­nie. W akcie nadziei spoj­rzała kró­lo­wej głę­boko w oczy. Roz­chy­liła deli­kat­nie usta, wydo­by­wa­jąc spo­mię­dzy warg led­wie sły­szalny szept:

– Wszy­scy jeste­śmy mor­der­cami. Ale nad­szedł czas, by zadość­uczy­nić mor­der­com. Po obu stro­nach.

Ren wzięła głę­boki oddech. Wie­działa, że będzie żało­wać decy­zji, którą pod­jęła, a którą wła­śnie zamie­rzała obwie­ścić na głos. Nie było jed­nak dobrego wyj­ścia.

– Dzia­ła­jąc w imie­niu Lac­cii, ja, kró­lowa Ren Dra­co­na­ris, przy­chy­lam się do two­jej prośby.

Rozdział III. Nigdy, przenigdy i jeszcze raz nie

Roz­dział III

Ni­gdy, prze­nigdy i jesz­cze raz nie

Naj­wyż­sza Meta­tro, wiem, że nasze sto­sunki ni­gdy nie były naj­lep­sze, jed­nak żywię nadzieję, że wkrótce zoba­czysz, że jestem Ci oddany. W domi­nium Domu Leo (i to na Dwo­rze Lwa!) odna­leź­li­śmy coś, co może Cię zain­te­re­so­wać. Wygląda tro­chę jak… Przej­ście. Nie wiem, dokąd pro­wa­dzi, ale mam podej­rze­nie, że nie wzięło się zni­kąd, że ktoś je stwo­rzył. Obsta­wi­łem je moją gwar­dią, ale chciał­bym, żebyś je zoba­czyła, Pani. Na wła­sne oczy. Cześć i chwała Stwórcy, Panu Gwiazd

Raziel, Diuk Domu Leo

***

– Osza­la­łaś, Wasza Wyso­kość! – wark­nęła Bau­kar­sten, ude­rza­jąc pię­ścią w okrą­gły dębowy stół, przy któ­rym zasia­dała Rada.

Blat zatrząsł się zło­wiesz­czo, jed­nak Ren patrzyła na Arcy­mi­strzy­nię Skarbu nie­wzru­szona. Przy­naj­mniej na zewnątrz, bo w gło­wie wciąż pró­bo­wała uło­żyć myśli. Roz­iskrzony od helio­do­rów strop wyda­wał jej się teraz wyjąt­kowo niski, zupeł­nie jakby miał zawa­lić się na obszerną salę obrad. Miała też wra­że­nie, że kró­lo­wie z por­tre­tów wiszą­cych na ścia­nach wpa­try­wali się w nią peł­nym roz­cza­ro­wa­nia wzro­kiem.

– Z całym sza­cun­kiem, Wasza Wyso­kość – włą­czył się ciem­no­skóry Kan­noe, kiedy wład­czyni mil­czała. – Ale… nie potra­fię tego zro­zu­mieć.

– Bo masz na to za małą główkę, kle­cho – bąk­nął sie­dzący ze skrzy­żo­wa­nymi na piersi rękami Bay­whick.

Mar­cello prze­szył go wzro­kiem niby włócz­nią, zupeł­nie jakby wła­śnie coś pojął.

– Ty… wiesz. Wiesz, o co w tym cho­dzi.

– Może wiem, może nie wiem, nic ci do tego.

– To wygląda źle – mruk­nął Poell, prze­cha­dza­jąc się wokół stołu w ele­ganc­kim śnież­no­bia­łym sur­du­cie. – Bar­dzo źle.

– Myśla­łam – wyce­dziła przez zęby Bau­kar­sten. – Myśla­łam, że będziemy dziś deba­to­wać nad tym, jak obro­nić Fret­zland przed Urmań­czy­kami. A my go po pro­stu odda­li­śmy! Pie­przo­nym cie­niom!

– Kró­lowa nie zro­biła tego bez powodu – wychry­piał Bay­whick.

Arcy­mi­strzyni Skarbu obrzu­ciła go lodo­wa­tym spoj­rze­niem.

– Fret­zland to moja ojczy­zna – zasy­czała.

– Lac­cia to twoja ojczy­zna – popra­wił ją.

– No tak. Czego ja ocze­ki­wa­łam? Śmieć z Khi­goru ni­gdy nie zro­zu­mie Lac­cianki.

Krze­sło odsu­nęło się z piskiem, a Bay­whick momen­tal­nie sta­nął na równe nogi.

– Jesz­cze słowo, ty wstrętna…

– Dość!

Dud­niący głos kró­lo­wej odbił się od ścian sali obrad jakby wybrzmie­wał w roz­le­głym kanio­nie. Wszy­scy zamil­kli, a Bay­whick usiadł z powro­tem na swoim miej­scu. Mar­cello wpa­try­wał się nie­ru­chomo w sam śro­dek wiel­kiego stołu, sku­biąc pal­cami poli­czek. Wyraź­nie nad czymś myślał.

– To była moja decy­zja i zmie­rzę się z jej kon­se­kwen­cjami – Ren unio­sła pod­bró­dek. Oczy miała pod­krą­żone, a ubra­nie, w postaci ciem­nej koszuli i sze­ro­kich spodni, nie­ele­ganc­kie i wymięte. – Fret­zland nie jest już czę­ścią Lac­cii, od teraz będzie Domeną Paste­rzy.

– To hańba! – wychar­czała Bau­kar­sten, wyma­chu­jąc oble­czo­nymi w liczne złote bran­so­lety rękami. – Taka kró­lowa to…

– Uwa­żaj na słowa – prze­rwał jej Poell. – To twoja wład­czyni.

– Zatem chcia­ła­bym wie­dzieć, dla­czego to zro­biła.

– Być może nie jest prze­ko­nana, czy może ci zaufać – mruk­nął Mar­cello, wyry­wa­jąc się na chwilę z zadumy. – Nam wszyst­kim.

– A czy my wystar­cza­jąco już jej nie zaufa­li­śmy? Nikt nie zada­wał pytań, skąd się wzięła w sto­licy razem z grupą cie­nio­bój­ców na nie­długo przed ata­kiem cieni. Wszy­scy wiemy, że z pomocą magii, ale jakiej, do cho­lery? Nikt nie podaje w wąt­pli­wość jej słów, że to nie­jaki Rhyan Fre­eze, z jej drobną pomocą wyba­wił Farean. Nikt nie pyta, jak to zro­bił. Ludzie mówią różne rze­czy. Zda­niem jed­nych zabił tę przy­po­mi­na­jącą czło­wieka wład­czy­nię upio­rów, według innych starł się z bytem będą­cym źró­dłem zła. Nasza kró­lowa ni­gdy jed­no­znacz­nie nam tego nie powie­działa! – Bau­kar­sten wska­zała oskar­ży­ciel­sko Ren. – Zawsze była enig­ma­tyczna, odpo­wia­dała zagad­kami albo nie­pre­cy­zyj­nie. Podob­nie zresztą jak nasz Arcy­mistrz Pokoju, Bay­whick Black­stone. To jest dopiero dobre, Khi­gor­czyk w Radzie! Rze­komo za zasługi dla Lac­cii. Dobre sobie. Nie zdzi­wiło was, że nawet na krótką chwilę przez te cztery lata nie opu­ścił Dra­co­daru? Oczy­wi­ście, że zdzi­wiło! Ale nikt z nas nie naci­skał, bo zaufa­li­śmy nowej kró­lo­wej, która przy­nio­sła nam świt. Zaufa­nie ma jed­nak swoje gra­nice – Bau­kar­sten zwró­ciła wymow­nie twarz w kie­runku kró­lo­wej. – Zamie­rzasz nam powie­dzieć, o co w tym wszyst­kim cho­dzi?

Ren, która nie prze­rwała jej ani na moment, teraz unio­sła kąciki ust, choć była to raczej mar­kotna mina.

– Naj­wyż­szy czas – oznaj­miła, a wszy­scy jak jeden mąż spoj­rzeli w jej kie­runku.

Nie mogła dłu­żej ukry­wać tego, czego się dowie­działa. Wcze­śniej posta­no­wiła, że będzie to brze­mię jedy­nie dru­żyny Rhy­ana, ale w obli­czu ostat­nich wyda­rzeń nie dało się dłu­żej masko­wać prawdy. Przy­naj­mniej przed Radą. I rodziną kró­lew­ską. Oni też będą musieli się dowie­dzieć. Zasłu­gi­wali na to. Nie mogła też wyma­gać od swo­ich naj­bliż­szych, by oka­zy­wali nieme posłu­szeń­stwo jej roz­ka­zom, jeśli nawet ich nie rozu­mieli.

– Ren, ty naprawdę… – zaczął Bay­whick z lek­kim nie­do­wie­rza­niem, ale kró­lowa prze­rwała mu łagod­nym gestem.

– Przy­go­tuj­cie się na długą histo­rię – powie­działa. – Praw­do­po­dob­nie zbyt długą.

***

Poell sie­dział wpa­trzony w bor­dową ścianę sypialni w swo­jej rezy­den­cji. W pomiesz­cze­niu walały się gra­ne­ty­kowe skrzy­nie kute żela­zem, a w rogu, na pięk­nym ste­lażu wisiała zaku­rzona zbroja, jed­nak więk­szość nie­wiel­kiego, oświe­tlo­nego ską­pym bla­skiem pomiesz­cze­nia zaj­mo­wało łóżko z muśli­no­wym bal­da­chi­mem. Były Arcy­mistrz przy­siadł na łożu, pod­pie­ra­jąc się nie­chluj­nie rękoma. Patrzył przed sie­bie nie­prze­nik­nio­nym wzro­kiem. Obok niego usia­dła jego żona, Guur­men, i spo­glą­dała na niego zmar­twiona.

– Wszystko w porządku?

– Tak – odparł bez zasta­no­wie­nia. – To nic.

Nic. Dobre sobie. Wła­śnie dowie­dział się cze­goś, co wywró­ciło jego świat do góry nogami. Ni­gdy wcze­śniej nie naci­skał na Ren, by powie­działa całą prawdę, choć wie­dział, że coś przed wszyst­kimi zataja. Teraz, kiedy woal tajem­nicy został zdjęty, Poell poczuł, jakby naj­sroż­sza zima zmro­ziła mu serce lodo­wa­tym tchnie­niem.

Wolałby się ni­gdy nie dowie­dzieć.

Mimo­wol­nie zaci­snął pię­ści. A było tak pięk­nie! Świt. Pokój. Zwy­cię­stwo nad ciem­no­ścią. To ostat­nie nie sma­ko­wało już tak dobrze. Ta ciem­ność nie była tym, czym się spo­dzie­wał. A teraz, kiedy oka­zało się, że ona cały czas trwa, zapra­gnęła spra­wie­dli­wo­ści. I zaznała jej, przy­naj­mniej w drob­nej czę­ści. Ale co to ozna­czało dla kraju? Poella prze­szył dreszcz. Ludzie nie wyba­czą tego kró­lo­wej.

Jakież to szla­chetne! – mówiła drwiąco na spo­tka­niu Rady Bau­kar­sten. Naprawdę myślisz, że to wiele zmie­nia w kwe­stii odda­nia ziemi naszym wro­gom? MOJEJ ziemi?

Dobrą godzinę zajęło wymu­sze­nie na niej pokor­nej zgody z decy­zją kró­lo­wej. Kan­noe też nie wyda­wał się zado­wo­lony. A Mar­cello? Ciężko było go roz­gryźć, ale on aku­rat chyba nie był obu­rzony, bar­dziej zszo­ko­wany, zupeł­nie jak Poell.

Co będzie dalej? Ren posta­no­wiła ogło­sić publicz­nie swoją decy­zję za dwa dni, jed­nak bez wda­wa­nia się w szcze­góły. Chciała wziąć odpo­wie­dzial­ność na sie­bie. To będzie kata­strofa. Ludzie uznają ją za słabą wład­czy­nię lub, co gor­sza, za zdraj­czy­nię. Potem może zda­rzyć się wszystko. Na początku będzie chaos, a potem…

– Wola­ła­bym jed­nak, żebyś nie kła­mał.

Poell wes­tchnął. Spoj­rzał na Guur­men. Sie­działa na łóżku tuż obok niego w samej koszuli noc­nej z ciem­nego baty­stu, a wyraz jej twa­rzy poka­zy­wał, że nie będzie tole­ro­wała mil­cze­nia ani sprze­ciwu. Na kola­nach trzy­mała otwartą książkę obitą skórą, choć od dłuż­szej chwili nie prze­czy­tała ani zda­nia. Poell postu­kał pal­cem w kolano.

– A ja wolał­bym pomy­śleć teraz nad linią melo­dyczną do woka­lizy. Potrze­buję jej do ostat­niej zwrotki…

– Nie zaczy­naj – prze­rwała mu, mru­żąc i tak już wąskie oczy.

– Dla­czego? Woka­lizy to bar­dzo ważny ele­ment…

– Poell! – nie­mal wark­nęła Guur­men, z hukiem zamy­ka­jąc grube tomisz­cze i odrzu­ca­jąc je bez­dź­więcz­nie na poduszki.

Blon­dyn zamru­gał, po czym wes­tchnął prze­cią­gle. Prze­cież wie­dział, że nie roz­luźni w ten spo­sób sytu­acji. Nie potra­fił przed żoną niczego ukryć. Nie od dzi­siaj. Runął do tyłu, zapa­da­jąc się w mięk­kim posła­niu. Nie pomo­gło, dalej był napięty jak cię­ciwa. Wpa­try­wał się w roz­cią­gnięty nad łożem muśli­nowy, czarny jak Wszech­noc bal­da­chim. Był naiwny, jeśli myślał, że koniec wiecz­nego mroku roz­wiąże wszyst­kie pro­blemy. Jak widać, koniec był rów­no­cze­śnie począt­kiem. Wczo­raj­sze spo­tka­nie z… Pasterką dobit­nie mu to uświa­do­miło. Zapa­trzył się w pły­nące nad nim fale mate­riału i pew­nie spo­glą­dałby na nie dalej, gdyby rów­nie czarne co bal­da­chim włosy nie zaczęły muskać go po policz­kach. Spoj­rzał na piękną, choć poiry­to­waną twarz żony, która wle­piała w niego z góry prze­szy­wa­jące spoj­rze­nie.

– Znowu patrzysz na mnie w ten spo­sób – mruk­nął Poell.

– W jaki znowu spo­sób?

– Jak­byś chciała wyszar­pać siłą to, co chcesz usły­szeć. Albo rzu­cić się na mnie z pożą­da­niem. Z tym spoj­rze­niem ni­gdy nie wiado…

– POELL! – syk­nęła prze­raź­li­wie gło­śno Guur­men.

– Gdzie twoje maniery?

– Możesz prze­stać robić sobie żarty? – twarz kobiety spo­chmur­niała, a w oczach poja­wił się led­wie dostrze­galny blask. Były zaszklone. – To boli.

Poell odwró­cił wzrok. Przy­ci­snął palce do oczu i bole­śnie potarł powieki. Co on naj­lep­szego wypra­wiał? Co niby tym chciał osią­gnąć? Uciec? Chro­nić żonę? Jeżeli to dru­gie, to wycho­dziło mu bez­na­dziej­nie.

– Prze­pra­szam, nie wiem, co we mnie wstą­piło – wychry­piał.

– Ni­gdy nic mi nie mówisz – Guur­men odsu­nęła się, na powrót sia­da­jąc na skraju łóżka. – Zby­wasz mnie, jak­bym nie była dla cie­bie nikim waż­nym.

Flyns zaci­snął zęby. Myślał wręcz prze­ciw­nie. Nie chciał obar­czać swo­imi pro­ble­mami kogoś, na kim mu zależy. Nie chciał, żeby Guur­men czuła się tak samo jak on. Powoli pod­niósł się z posła­nia, żeby zna­leźć się obok niej. Popa­trzył na nią. Czarne włosy spły­wały bez­wład­nie w dół z jej spusz­czo­nej głowy. Wyglą­dała na przy­bitą znacz­nie bar­dziej od niego. Nie to chciał osią­gnąć. Zde­cy­do­wa­nie nie to. Ostroż­nie ujął jej dłoń. Była lodo­wata, jakby spra­gniona cie­pła.

– Jesteś wszyst­kim, co jest dla mnie ważne – szep­nął. – Bez cie­bie może ni­gdy nie odna­la­zł­bym… No wiesz. Sie­bie.

– Więc dla­czego…

– Wła­śnie dla­tego – zaplótł palce wokół jej pal­ców. – Ale widzę, że efekt jest zgoła odwrotny.

– Zgoła odwrotny – mruk­nęła Guur­men, a jej kąciki ust drgnęły nie­znacz­nie. – Cóż za sfor­mu­ło­wa­nie. Godne oczy­ta­nego szlach­cica.

– Mam dobrą nauczy­cielkę.

– Mam nadzieję, że to nie po to, żebym wydała się przy tobie głu­pia.

Poell roze­śmiał się cicho, czu­jąc, że jego mię­śnie nie­śmiało zaczy­nają się roz­luź­niać. Guur­men rów­nież par­sk­nęła śmie­chem.

– Z tobą by się nie udało – stwier­dził Flyns. – Prę­dzej sam wyszedł­bym na głupca.

Kobieta dum­nie unio­sła pod­bró­dek.

– Nie­wy­klu­czone – odparła. – To jak? Powiesz mi, czy może mam strze­lić w cie­bie pio­ru­nem?

Poell uśmiech­nął się szcze­rze.

– To nie będzie coś, co miło usły­szeć na dobra­noc.

***

Ren stała ze zre­zy­gno­waną miną pośród wygi­na­ją­cych się na wie­trze wyso­kich traw i wyra­sta­ją­cych z ziemi nagrob­ków, które wyda­wały się patrzeć na nią w mil­cze­niu. Zwłasz­cza jeden – ten, przed któ­rym się znaj­do­wała. Zdo­biąca go piękna pła­sko­rzeźba przed­sta­wia­jąca miecz mie­niła się róż­nymi odcie­niami w zacho­dzą­cym z wolna słońcu. Grób nurzał się w cie­płym oran­żo­wym świe­tle i spra­wiał wra­że­nie, jakby chciał się poże­gnać. Ren ode­tchnęła cicho. Może i ona powinna już stąd odejść. Spę­dziła na cmen­ta­rzu zde­cy­do­wa­nie za dużo czasu. Mocno otu­liła się cyno­bro­wym płasz­czem, który dużo czę­ściej nosiła przed laty. Wie­czór był wyjąt­kowo chłodny jak na późne lato.

– Co ty byś zro­bił, Rhyan? – zapy­tała pół­szep­tem. – To samo co ja?

Odpo­wie­działa jej cisza, choć Ren bar­dzo chciała usły­szeć słowa potwier­dze­nia. A przy­naj­mniej otu­chy.

– Nie Rhyan rzą­dzi kró­le­stwem – usły­szała nagle i nie­mal pod­sko­czyła. – Ty to robisz.

Odwró­ciła się rap­tow­nie. W jej stronę spo­koj­nie masze­ro­wała Fae, przy­odziana w zło­ci­sty, pod­kre­śla­jący syl­wetkę strój, który miała na sobie, gdy pierw­szy raz się spo­tkały. Jej czer­wone jak żywa krew włosy falo­wały na wie­trze, na twa­rzy zago­ścił wyraz zro­zu­mie­nia, któ­rego próżno było szu­kać pod­czas ostat­niego incy­dentu w ogro­dzie. Po chwili sta­nęła obok sio­stry, tuż przy gro­bie Rhy­ana.

– Śle­dzi­łaś mnie?

– To nie było konieczne – odparła Faer­rien. – Zbyt czę­sto tu przy­cho­dzisz.

Przez chwilę obie wpa­try­wały się w niebo. Słońce ską­pało hory­zont poma­rań­czo­wym bla­skiem i pudro­wało różem pasma chmur. Cmen­tarz znaj­do­wał się na wznie­sie­niu, a piro­mantki stały na jego szczy­cie, skąd roz­po­ście­rał się widok na bez­kre­sne poła­cie ziemi, na któ­rych cał­kiem nie­dawno powstały nie­wiel­kie wsie i gospo­dar­stwa. Obraz zło­tych psze­nicz­nych pól i przy­go­to­wań do corocz­nych żniw w świe­tle zacho­dzą­cego słońca każ­demu wydałby się kojący, wyci­sza­jący. Dla Ren z kolei powi­nien być powo­dem do dumy, napa­wać ją opty­mi­zmem, a tym­cza­sem kró­lowa czuła pustkę. Spo­kój, który tu pano­wał, miał zostać wkrótce zmą­cony.

– Był dla cie­bie ważny, prawda? – Fae wyrwała sio­strę z zamy­śle­nia, wska­zu­jąc grób. – Na pewno byłby z cie­bie dumny.

– Tak myślisz? – mruk­nęła Ren bez­na­mięt­nie.

– Trudno mi mówić za niego, ale tak mi się wydaje. To jed­nak bez zna­cze­nia.

Młoda kró­lowa obró­ciła głowę w kie­runku Fae i zamru­gała.

– Co masz na myśli?

– Jest teraz w Eth­na­ris. Albo czym­kol­wiek jest i jak­kol­wiek nazywa się kró­le­stwo umar­łych. Ty masz kró­le­stwo tutaj. To ty masz być dumna ze swo­ich decy­zji.

Ren wes­tchnęła ciężko i odchy­liła głowę, kie­ru­jąc wzrok ku górze. Przez moment wyda­wało jej się, że zoba­czyła led­wie widoczną nić bia­łego świa­tła, która prze­cięła rdzawe niebo. Kiedy jed­nak mru­gnęła, nie dostrze­gła już nic. Prze­dziwne. Chyba była zbyt zmę­czona, ostat­nie dni wyssały z niej resztki ener­gii.

– Dumna – szep­nęła w końcu. – To powinny być decy­zje dobre dla wszyst­kich, a nie takie, które mnie zado­wolą.

– A doko­na­ła­byś teraz innego wyboru?

– Nie.

Fae unio­sła kąciki ust i poło­żyła dłoń na ramie­niu byłej adeptki.

– I tego się trzy­maj.

– Jesz­cze nie­dawno nie byłaś tak pozy­tyw­nie do tego nasta­wiona – mruk­nęła Ren. Cią­gle była posępna, choć nieco się roz­luź­niła. – I to deli­kat­nie mówiąc. Skąd ta zmiana?

Faer­rien wzru­szyła ramio­nami, zrzu­ca­jąc z nich fale czer­wo­nych wło­sów.

– Zro­zu­mia­łam, że to nie ja jestem kró­lową – oznaj­miła, a wiatr sma­gnął jej policzki. – Może to i dobrze, naj­pew­niej obró­ci­ła­bym ten kraj w ruinę. W każ­dym razie, kiedy po spo­tka­niu Rady wypa­pla­łaś prawdę mi i tacie, wszystko stało się jasne. No i w końcu zro­zu­mia­łam, o co cho­dzi. Dalej ciężko mi to jakoś przy­swoić, ale wszystko, co zro­bi­łaś do tej pory, wyszło nam na dobre, więc dla­czego teraz nie mia­łoby tak być? Czy zro­bi­ła­bym to samo co ty? Pra­wie na pewno nie. Czy plu­ła­bym sobie potem w brodę? Pra­wie na pewno tak – zamil­kła na chwilę. Przez moment sły­chać było jedy­nie odde­chy, szum wia­tru i bicie serc. – Wie­rzę w cie­bie, Ren. Naprawdę. Choć nie ukry­wam, cią­gle jestem wku­rzona, że przez cztery lata nie pisnę­łaś ani słowa.

Ren uśmiech­nęła się nie­znacz­nie.

– Kto by nie był – wychry­piała.

– Prawda? – Fae wyszcze­rzyła zęby i szturch­nęła sio­strę łok­ciem. – Naresz­cie to ja mam prawo być zła na cie­bie, nawet nie wiesz, jaka to ulga. Jesz­cze mi to wszystko jakoś wyna­gro­dzisz, ale na razie masz waż­niej­sze rze­czy na gło­wie. Mówiąc szcze­rze, uwa­żam, że odda­nie cie­niom, czy tam Paste­rzom, Fret­zlandu to był kre­tyń­ski pomysł, ale druga opcja też nie wyda­wała się dobrą decy­zją. Wie­rzę, że pod­ję­łaś naj­lep­szą, jaką mogłaś. No i była­bym hipo­krytką, gdy­bym nie rozu­miała też cieni. Chciały i chcą spra­wie­dli­wo­ści, tak jak ja. Ja ją otrzy­ma­łam. Czemu one mia­łyby jej nie dostać?

– Tu nie cho­dzi tylko o spra­wie­dli­wość i współ­czu­cie. Wojna z Paste­rzami mogłaby…

– Daj spo­kój, Ren, prze­cież cię znam. Nie musisz uda­wać – Fae pokrę­ciła głową. – Zawsze chcesz dla wszyst­kich dobrze, cała ty. Nie zawsze tak się da, ale będę stać przy tobie i obser­wo­wać twoje próby.

Ren uśmiech­nęła się pogod­nie i popa­trzyła w kocie, przy­ozdo­bione czar­nymi wachla­rzami rzęs oczy. Biło z nich cie­pło, ale też wiara. Wiara, że wszystko skoń­czy się dobrze, że Ren podoła wyzwa­niu. Ta sama wiara, którą ona kie­dyś pokła­dała w Rhy­anie.

– Dzię­kuję, Fae.

– Dro­biazg, dzie­cino – rzu­ciła sio­stra tonem mistrzyni, choć prze­cież była nie­wiele star­sza od Ren.

– Ni­gdy mi nie odpu­ścisz? – kró­lowa prych­nęła i unio­sła brew.

Na twa­rzy Faer­rien bły­snął uśmiech sze­roki od ucha do ucha.

– Ni­gdy, prze­nigdy i jesz­cze raz nie – odparła. – A teraz pierś do przodu i wcie­laj plan w życie. To będzie kata­strofa, ale już nie­jedną kata­strofę prze­ży­ły­śmy.

Rozdział IV. Kielichy i głupcy

Roz­dział IV

Kie­li­chy i głupcy

Razielu, to zaiste cie­kawe. Posła­łam na miej­sce pokut­ni­ków, żeby to zba­dać, wkrótce powinni przy­być do Two­jego domi­nium. Nie­stety, oba­wiam się, że nie zja­wię się na miej­scu oso­bi­ście. Na razie niech nikt nie zbliża się do tego przej­ścia. Strzeż go naj­le­piej, jak potra­fisz. Ufam, że Twoja gwar­dia jest rów­nie wierna jak Ty. Cześć i chwała Stwórcy, Panu Gwiazd

Meta­tra, Ta, Która Wska­zuje Drogę

***

Gabrielle nie­ustan­nie wzbi­jała się w górę, tnąc chłodne powie­trze. Lotki upie­rzo­nych skrzy­deł fur­czały jak tar­gana wichurą cho­rą­giew. Kobieta zaci­snęła palce na gład­kim, przej­rzy­stym kamie­niu mie­nią­cym się wszyst­kimi kolo­rami tęczy nawet w stłu­mio­nym bla­sku zacho­dzą­cego słońca. Przy­wo­łała wspo­mnie­nie, które mogło obu­dzić moc krysz­tału. Wokół zawi­ro­wała magia iskrząca się całą paletą barw. Gabrielle wzięła głę­boki oddech i zamknęła oczy. Przy­wo­łała wszyst­kie emo­cje, które towa­rzy­szyły jej przez dłu­gie życie. Wpu­ściła moc do ciała i poczuła, jak ta roz­sa­dza je od środka. Jakby druga dusza zna­la­zła się wewnątrz niej. Wie­działa, że ma nie wię­cej niż sekundę, nim piękna magia ją zabije. Ryk­nęła na całe gar­dło, kiedy oto­czyła ją biała poświata. Wciąż wzno­siła się wyżej, ale teraz nie cięła jedy­nie powie­trza, a war­stwy nie­wi­dzial­nej mate­rii, które z jed­nej strony pró­bo­wały powstrzy­mać jej ciało, a z dru­giej otwie­rały się zapra­sza­jąco przed kipiącą z niej mocą. Wszystko to trwało mniej niż mru­gnię­cie okiem, choć dla Gabrielle ta chwila wyda­wała się całą wiecz­no­ścią.

W końcu runęła na białą posadzkę, tur­la­jąc się jak rzu­cony kamień. Gład­kie pod­łoże zapisz­czało pod jej suną­cym cia­łem, kiedy usil­nie sta­rała się wyha­mo­wać. Minęło dobrych kilka sekund, nim wresz­cie się zatrzy­mała. Spoj­rzała na wie­lo­barwny krysz­tał, który ści­skała w dłoni. Był bez­u­ży­teczny. Dwa zasto­so­wa­nia wypa­liły z niego całą magię. Skrzy­wiła się. Jeśli to, co zoba­czyła przy mono­li­cie, było prawdą…

Pokrę­ciła głową. Nie mogła teraz o tym myśleć. Odrzu­ciła tęczowy kamień i wstała chwiej­nie na równe nogi. Popra­wiła miecz wiszący u pasa. Czuła echo ulot­nej, roz­dzie­ra­ją­cej mocy. Każdy skra­wek jej dłoni, każda część ramion, każdy cen­ty­metr tuło­wia – wszystko paliło jak dia­bli. Do tego miała ochotę zwy­mio­to­wać od zawro­tów głowy. Taka była cena za prze­do­sta­nie się za Hory­zont Przej­ścia. Do Eth­na­ris. Jed­no­cze­śnie Gabrielle ode­tchnęła z ulgą. Powie­trze było tu wyraź­nie lżej­sze i nie tak przy­tła­cza­jące jak na Fare­anie.

Rozej­rzała się po zna­jo­mym miej­scu. Jed­no­li­cie biała pod­łoga pod jej sto­pami for­mo­wała coś w rodzaju zawie­szo­nego pośród niczego mostu bez jakiej­kol­wiek balu­strady. Po obu jego stro­nach kłę­biła się mleczna mgła przy­pró­szona zło­tym, migo­tli­wym pyłem. Gabrielle znaj­do­wała się na jed­nym z gwiezd­nych pomo­stów, które łączyły dwory w domi­nium Domu Leo. Ten kon­kretny pro­wa­dził z jed­nej strony do Dworu Lwiątka, a z dru­giej do Dworu Lwa – naj­waż­niej­szego ze wszyst­kich w tym domi­nium, będą­cego sie­dzibą Diuka Raziela i zara­zem rodzin­nymi stro­nami Gabrielle.

Kobieta szybko popra­wiła białą grzywkę opa­da­jącą na skro­nie i ruszyła pew­nym kro­kiem przed sie­bie, w stronę Dworu Lwa. Po dro­dze minęła kil­ku­na­stu innych Ste­lar­nych, któ­rzy zmie­rzali w prze­ciw­nym kie­runku. Wszy­scy ze skrzy­dłami, wszy­scy o lśnią­cych, śnież­nych wło­sach. Odziani w sre­bro, złoto i biel kro­czyli przed sie­bie z wypiętą pier­sią, choć niektó­rzy klęli pod nosem lub szep­tali do sie­bie. Ostat­nio w całym Eth­na­ris zro­biło się nie­spo­koj­nie. Odkąd Hella i Casyn­tiel znik­nęli, Ste­larni prze­stali być tak bez­tro­scy jak wcze­śniej. Krą­żyły różne plotki. Dobrze, że nikt w domi­nium nie miał poję­cia, że Gabrielle udała się na Farean. Fia­sko jej misji zro­dzi­łoby kolejne wąt­pli­wo­ści. Wie­działa też, że nie powinna uda­wać się w pierw­szej kolej­no­ści na Dwór Lwa, a na Astralny Dwór, gdzie zle­cono jej zada­nie i powie­rzono dro­go­cenny pry­zma­tyt. Nale­żała wszak do pokut­ni­ków i jako jedna z nie­licz­nych spoza Domu Virgo, który trzy­mał w gar­ści całe Eth­na­ris, mogła otrzy­mać jeden z gwiezd­nych kamieni. Cóż, plany się tro­chę pozmie­niały.

Wkrótce dotarła do gigan­tycz­nej koli­stej plat­formy, na któ­rej wzno­siły się roz­ma­ite kon­struk­cje – rów­nież oto­czo­nej cału­nami błysz­czą­cej mgły. Część budyn­ków lewi­to­wała w powie­trzu, przy­kuta do bia­łego pod­łoża zło­tymi łań­cu­chami – do każ­dego z tych gma­chów pro­wa­dził sze­reg uno­szą­cych się niby chmury stopni – inne pięły się dziar­sko ku jasnemu niebu. Kopu­la­ste, błę­kitne, złote i srebrne dachy budowli świe­ciły naj­róż­niej­szymi zdo­bie­niami, a ich wygi­na­jące się na kształt walca ele­wa­cje raziły jed­no­litą bielą. Próżno było szu­kać na olbrzy­mim placu dróg. Wszyst­kie gma­chy wznie­siono w rów­nej odle­gło­ści od sie­bie, a pomię­dzy nimi ster­czały smu­kłe spi­żowe kolumny zwień­czone popier­siami lwów z prze­róż­nymi wyra­zami pysków.

Gabrielle ruszyła przed sie­bie do cen­trum Dworu, mija­jąc po dro­dze zaję­tych siel­ską codzien­no­ścią Ste­lar­nych, ale też i takich, któ­rzy zbie­rali się w cie­niu budyn­ków w szep­czące grupki. Dostrze­gła, że część z nich wska­zuje pal­cem jakieś miej­sce. Zmru­żyła oczy, ale nie miała teraz na to czasu. Musiała poroz­ma­wiać z Razie­lem. Miała nadzieję, że jej wia­ro­zwią­zły ją zro­zu­mie.

Szybko zna­la­zła się przed wiel­kim gma­szy­skiem zbu­do­wa­nym na pla­nie sze­ścio­ra­mien­nej gwiazdy. Sześć mar­mu­ro­wych, roz­cho­dzą­cych się w każdą stronę szpi­cza­stych bastio­nów wyglą­dało jak sześć dzio­bów stat­ków z maje­sta­tycz­nymi galio­nami wyrzeź­bio­nymi na kształt lwich pasz­czy. Ze środka kon­struk­cji wyra­stała wie­lo­pię­trowa wieża, łypiąc wyglą­da­ją­cymi jak kocie oczy oknami na każ­dego, kto się zbli­żył.

Jak dobrze być w domu, pomy­ślała Gabrielle i pew­nym kro­kiem, choć z ser­cem łomo­czą­cym w piersi, zbli­żyła się do spo­rej, łuko­wa­tej bramy.

***

Wykrzy­wiła usta w ponu­rym gry­ma­sie. W sie­dzi­bie Raziela trwała wielka bie­siada. Od kilku godzin Gabrielle cier­pli­wie sie­działa w wiel­kiej sali peł­nej skrzy­dla­tych Ste­lar­nych i sto­łów przy­kry­tych nie­ska­zi­tel­nie bia­łymi obru­sami. Kopu­la­sty błę­kitny sufit wspie­rał się na kolum­nach ze złota, a ściany zdo­biły ele­ganc­kie gobe­liny przed­sta­wia­jące różne wyobra­że­nia Stwórcy – od istoty przy­po­mi­na­ją­cej Ste­lar­nego, przez jaśnie­jącą gwiazdę, aż po ogrom­nego smoka. Nie było w tym nic dziw­nego, w końcu nikt ni­gdy nie widział go na oczy. Pomiesz­cze­nie wypeł­niał gwar. Gło­śne krzyki i ciche szepty skle­jały się w jed­no­stajny szum, który z każdą minutą sta­wał się coraz bar­dziej męczący. W dło­niach Ste­lar­nych tań­co­wały kie­li­chy wypeł­nione żywo­wodą (którą wyna­le­ziono wieki temu, na wzór trun­ków z Fare­anu), a Gabrielle aż mdliło od ich nad­mier­nego bla­sku. Cie­kawa sprawa. Meta­tra zabro­niła pijań­stwa pod groźbą przy­musu służby w sze­re­gach pokut­ni­ków, ale bio­rąc pod uwagę, jak masowe było uży­cie żywo­wody, naj­czę­ściej przy­my­kała na to oko. Szkoda, że dla Gabrielle nie była tak wyro­zu­miała.

Cze­ka­jąc cier­pli­wie na wygod­nym sie­dzi­sku, aż Raziel raczy poja­wić się w sali balo­wej, pokut­niczka zdą­żyła dowie­dzieć się, skąd to całe świę­to­wa­nie. Podobno jej wia­ro­zwią­zły odkrył coś, co może pozwo­lić Domowi Leo wku­pić się w łaski Meta­try. Zaci­snęła pię­ści. Pamię­tała, co mówił jej Casyn­tiel Ruxfer i co widziała przy mono­li­cie. Jej zada­nie mogło być trud­niej­sze, niż przy­pusz­czała.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki