Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł
Zwycięstwo nad istotami, które nazywano cieniami, kosztowało wiele i nie okaże się całkowite. Kiedy wszystko wydaje się zmierzać w dobrym kierunku, z trudem budowany nowy porządek chwieje się w posadach. Stary nieprzyjaciel nie zniknął na dobre, a na horyzoncie, a nawet tuż obok, czają się nowi wrogowie.
Królowa Ren od czterech lat wiodła swój lud ku świetlanej przyszłości. Teraz jednak musi zmierzyć się z prawdziwym ciężarem korony. Stanie przed wyborem, czy wyzbyć się człowieczeństwa, czy porzucić wszystko, co kocha w imię obrony przed narastającym chaosem. Tajemniczy gemomanta, który stanął na jej drodze może okazać się jej wybawcą. Albo ostatecznym, apokaliptycznym przekleństwem.
Poznaj kolejne losy bohaterów trzymającej w napięciu serii Cieniobójcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 444
Gabrielle siedziała na skalnej półce z nieobecnym wzrokiem wbitym w niebo. Ciemnoszare chmurzyska kłębiły się nad rozległą krainą u podnóża gór, wydęte, jakby zaraz miały pęknąć w szwach. Porywisty wiatr smagał skrzydlatej kobiecie policzki i targał pióra, wyginając śnieżnobiałe lotki to w jedną, to w drugą stronę. Rozwiane włosy iskrzyły się platyną.
– Jak mogłeś? – szepnęła. – Jak mogłeś zostawić mnie bez słowa?
Stojący nieopodal młody mężczyzna odgarnął z czoła niesforny srebrny kosmyk i przykucnął obok niej.
– Wcale tego nie chciałem.
– Ale to zrobiłeś.
Ciszę mącił jedynie huk wiatru, który wbijał się w głowę jak gwóźdź.
– Wszystko się zmieniło – mruknął białowłosy mężczyzna. – Kiedy zaciągnęli cię do oddziału pokutników…
– To była twoja wina, Casyntielu Ruxferze – syknęła Gabrielle.
Młodzieniec uśmiechnął się ponuro w odpowiedzi.
– Wiem to aż za dobrze.
Znowu cisza. Znów to cholerne milczenie. Było nieznośne. Bardziej nawet niż to, co Gabrielle zobaczyła przy… Przy tym czymś, ciemnym jak nicość.
Spojrzała w dal, na rozpościerający się przed nią krajobraz. Skalisto-żwirowy i surowy, jakby ktoś wyciosał go siekierą, choć poprzeplatany rzadkimi pasmami zieleni. Pośród niewielkich turni i kamiennych pagórów wyrastały przypominające wielkie place miasta. Z tej odległości wydawały się śmiesznie małe. Łączące je drogi splatały się i rozdzielały jak nieregularne rysy znaczące skałę. Krainę wciąż zdobiły relikty z czasów wiecznej ciemności. Ludzkie oko nie dostrzegłoby z takiego dystansu ciągnących się wzdłuż traktu stalowych słupów, które jeszcze kilka lat temu służyły za lampy, ale Gabrielle widziała je doskonale.
– Nie cofnę czasu, Gabrielle. Ale dobrze wiesz, dlaczego tu jestem. Tak – Casyntiel spojrzał w niebo wzrokiem nieprzeniknionym jak najgęstsza mgła. – Teraz już wiesz.
Kobieta ze świstem wypuściła długo trzymane w płucach powietrze.
– Kiedy tu przyleciałam i zrozumiałam, co tu się działo, myślałam, że robisz to dla tego świata. Dla nich – wskazała ruchem głowy rozpościerające się przed nimi ziemie. – Ale kiedy cię spotkałam… Kiedy pokazałeś mi to… Coś…
– Wtedy pojęłaś.
– Wtedy pojęłam – przyznała.
Wiatr omiótł jej twarz po raz kolejny. Skrzywiła się. W miejscu, z którego pochodziła, w Ethnaris, nie miała okazji się przekonać, co to chłód.
– Ale przyznam ci się, że polubiłem tych tutaj. Fareańczyków – stwierdził po chwili mężczyzna. – Są hardzi. Walczą, nawet kiedy świat wali im się na głowę. Tak, jak my kiedyś, zanim… No wiesz – westchnął. – Cieszy mnie, że choć przez chwilę mogą być szczęśliwi. Ludzie. Sherr-Ikha. Wszyscy.
– No proszę, jaki jesteś dobroduszny – Gabrielle zerknęła na towarzysza z ukosa. – A ci cali Pasterze? Przecież oni…
– Mieli swoją chwilę radości. Być może będą mieli kolejną – mruknął ponuro białowłosy, choć kącik jego ust drgnął nieznacznie. – Każdy ma w tym przedstawieniu swoją rolę do odegrania. Nie każda opowieść kończy się dobrze dla wszystkich, ale my wyjdziemy z tej tutaj zwycięsko.
– Bardzo chcę ci wierzyć, Ruxfer. W to wszystko.
– To uwierz, Gabrielle! – mężczyzna uśmiechnął się szeroko. Zapał i humor zdawały się wrócić na jego twarz. – I mów mi po imieniu, do cholery! Wiesz, że nienawidzę, kiedy nazywasz mnie Ruxfer. Powtarzaj za mną: Ca. Syn. Tiel. Może być też Casyn, zdążyłem przywyknąć.
– Wykluczone – skwitowała z namysłem Gabrielle. – Jesteś Casyntielem i kropka. Żebyś całkiem nie zapomniał o tym, skąd pochodzisz.
– To może: Cas?
– Zapomnij.
Casyntiel zachichotał pod nosem i pokręcił głową, po czym szepnął:
– Powiedz, Gabrielle, jak mógłbym zapomnieć, skąd pochodzę? Przecież robię to wszystko dla nas.
– Ale już nie wrócisz do Ethnaris. Za Horyzont Przejścia – zauważyła Gabrielle, mnąc w dłoni oślepiająco biały materiał, który spływał jej na kolana spod srebrzystego, jasnego niemal jak śnieg kirysu.
– Nie – odparł chłodno Casyntiel, a jego wzrok powędrował w dół. Roziskrzone oczy na chwilę straciły blask. – Nie wrócę.
– Więc dlaczego…
– Każdy musi coś poświęcić – przerwał jej. – Wszystko się zmieni, ale zmiana wymaga wysiłku. Gdybym mógł, oddałbym dużo więcej. Gdyby ta przeklęta moc zadziałała za czwartym razem, albo gdyby dała mi dokładnie to, o co proszę, może ten cały teatrzyk nie byłby konieczny.
– Ale jest, prawda? – Gabrielle przełknęła ślinę.
Casyntiel nie odpowiedział od razu. Wpatrywał się w horyzont, który ginął w zlewających się barwach skał i szarego nieba. Mimo że mężczyzna nie mówił nic, nie było na jego twarzy nawet cienia zawahania. Uniósł podbródek.
– Prawda – odparł w końcu.
Zapadła cisza. Znowu. Oboje wpatrywali się w milczeniu w czerniejące obłoki, zwisające nad ziemią niczym zwiastun końca świata. Po chwili z opasłych chmur zaczął padać deszcz. Początkowo tylko mżył, by zaraz potem huknąć o skały napastliwą ulewą. Niebo załkało, zupełnie jakby Casyntiel jednym słowem powołał do życia niesłyszalną, posępną melodię. Tak przeraźliwie smutną, że zmusiła do płaczu sam firmament. Nawet niemal wieczny uśmiech na twarzy mężczyzny zbladł zupełnie. Widoczne przed chwilą drobne przebłyski słońca schowały się na dobre w kołtunach szarości.
– Tylko trzy życzenia – wychrypiała Gabrielle. Włosy lepiły się jej do czoła i powiek, a zimny deszcz chłostał blade policzki. – To stąd ten cały zamęt.
– Sam bym sobie nie poradził. Mój plan byłby szybszy, ale pewnie nie tak skuteczny jak…
– Jak tego czegoś? – dokończyła skrzydlata. – Tego dziwnego skalnego monolitu. Nawet nie wiesz, czym on jest.
– Wystarczy, że pokazuje prawdę.
– Czytałeś Czarną Księgę, Casyntielu – zauważyła z powagą Gabrielle. – Musiałeś. Choć sama znam ją tylko pobieżnie, zbyt dobrze wiesz, co robisz. Ten monolit miał być tylko legendą. Jeżeli reszta też jest…
– Prawdą? – dokończył Casyntiel, unosząc brew. – Księgi dawno zostały przeinaczone. Metatra o to zadbała. Już całe eony Dom Virgo zasiada samotnie w Astralnym Dworze. A my mamy potulnie uginać kark, nie zadając pytań. W końcu to oni posiedli pryzmatyt, wielki dar od Stwórcy – prychnął, po czym pokręcił głową. – Jakiego Stwórcy? Nikt go nigdy nie widział.
– Casyntielu, to przecież…
– Za to ja widziałem! – ciągnął białowłosy mężczyzna. – Widziałem, jak wykuwają pryzmatyt w tajemnicy i rozszczepiają go na gwiezdne kamienie, których mocą tak się chełpią. Widziałaś to, co ja. Przy monolicie. Wiesz, do czego są gotowi się posunąć.
Gabrielle przełknęła ślinę. Wiedziała. Wiedziała i wolałaby, żeby to nie była prawda, a jednak wszystko do siebie pasowało, tworząc idealną układankę. Casyntiel wpatrywał się znacząco w jej srebrne oczy. Wiedziała, że będzie musiała podjąć decyzję. Nie – już ją podjęła. Być może dawno temu, choć nie zdawała sobie z tego sprawy.
– Przywróćmy Stelarnym dawny blask – wyszeptał Ruxfer z iskrą w szerokich źrenicach i wyciągnął rękę w kierunku towarzyszki. – Niech Gwiezdne Domy znowu staną się równe. Niech skończy się tyrania i zasady, które zrobiły z nas grzeszników.
Gabrielle wzięła głęboki oddech i rozpostarła skrzydła, ciężkie od deszczu. Ujęła dłoń Casyntiela i ścisnęła ją mocno, a mężczyzna uśmiechnął się. Być może cieplej i radośniej niż kiedykolwiek wcześniej.
– Będę potrzebował twojej pomocy – powiedział Casyntiel. – Powiem ci, jaki jest plan. Będzie z tego niezły spektakl. Najpierw jednak będę chciał, żebyś… Gdzieś mnie podrzuciła – zerknął w stronę swoich pleców, miejsca, gdzie kiedyś znajdowały się skrzydła.
– No popatrz, miło czasem cię obserwować, kiedy jesteś zależny od innych.
Bezskrzydły Stelarny uśmiechnął się szczerze, pochylając głowę. Nic nie odpowiedział. Nie musiał. Cisza była tym razem ciepła jak promienie słońca. Nareszcie.
– Jesteś w tym ze mną, Gabrielle? – odezwał się Casyntiel.
Kobieta uniosła oczy ku płaczącemu niebu.
– Przecież zawsze byłam.
AKT PIERWSZY
Długa pieśń o tym, jak umiera światłość
Rozdział I
Cień przeszłości
Najwyższa Metatro, z trwogą i ubolewaniem przekazuję Ci tę informację. W moim dominium znów pojawiły się oznaki buntu. Już od czasu zniknięcia Helli Staeler i Casyntiela Ruxfera krążą plotki i paskudne herezje, ale coraz bardziej się nasilają. Niektórzy nawet cytują niedorzeczności z Czarnej Księgi. Proponuję wzmocnić reżim. Dom Taurus zawsze będzie wspierał Astralny Dwór, ale potrzebne są zdecydowane kroki, by trzymać Stelarnych w ryzach. Czekam na Twoje polecenia, Pani. Nie mam wątpliwości, że okażą się roztropne i wykonam je z najwyższą starannością. Cześć i chwała Stwórcy, Panu Gwiazd,
Asmodel, Diuk Domu Taurus
***
Podstarzała kobieta wpatrywała się w szumiącą ulewę jak zahipnotyzowana. Ciężką głowę opierała o hebanolitową, niszczejącą ościeżnicę dużego okna dającego widok na zabłocone podwórze. Na twarzy miała wypisany smutek, a głębokie zmarszczki wydawały się bliznami po wielu bolesnych doświadczeniach.
Minęło niewiele ponad cztery lata, odkąd ciemność spowijająca niebo w końcu się rozstąpiła. Cztery lata, od kiedy dotarła do niej wieść o śmierci jej przybranego syna. Kobieta wykrzywiła usta. Cztery lata, odkąd w jej życiu pojawił się prawdziwy mrok.
– Mój mały Kane – wyszeptała. – Dlaczego musiałeś odejść?
Szare niebo nie przestawało płakać, a wiatr lamentował głośno między frontami fretzlandzkich kamienic. Kobiecie wydawało się, że świszczący wicher przemawia głosem umarłych. Głosem Kane’a, dziecka uznanego za przeklęte. Za wyrzutka. Zabitego przez szlachciankę. Księżniczkę. To musiała być prawda. Bo kobieta nie wierzyła, że jest inaczej.
– Babko Marien, wszystko w porządku?
Staruszka odwróciła głowę. W półmroku zacienionej izby stał młody, wychudzony chłopak, najwyżej szesnastoletni. Skórę miał bladą i niesamowicie jasną, a policzki zapadnięte. Kilka tygodni temu przybył do niej w nocy prosić o schronienie. Wyglądał jak Khigorczyk albo mieszkaniec Ahrshire, ale dla Marien nie miało to znaczenia. Od dawna doskwierała jej samotność, pustka. Cieszyła się, że ktoś może choć na chwilę ją wypełnić.
– Tak – machnęła ręką. – To tylko ten przeklęty deszcz wprowadza mnie w melancholijny nastrój.
– Niedługo się przejaśni – stwierdził chłopak. – Chociaż uważam, że deszcz jest piękny.
– Piękny? – prychnęła Marien. – Chyba piękny inaczej.
– Dla ludzi zawsze wiązał się ze smutkiem i ciemnością. Ale to dzięki niemu mogą radować się rośliny, nieprawdaż?
– Rośliny nie mogą się radować – burknęła staruszka i ponownie wlepiła wzrok w ulewę. – To nie ludzie. Nie czują.
– Też kiedyś myślałem podobnie – szepnął chłopak, wpatrując się z namysłem w szalejący na zewnątrz deszcz.
Marien odwróciła się i zmarszczyła krzaczaste brwi.
– Co masz na myśli?
Młodzieniec tylko pokręcił głową.
– Może niebawem tobie też przyjdzie to zrozumieć.
– Mówisz, jakbyś był starszy ode mnie – staruszka zaśmiała się pogodnie.
Chłopak uśmiechnął się łagodnie jak poranne promienie słońca, ale milczał. Kobiecie odpowiedział jedynie szum deszczu.
– Może wyjdziesz ze mną na rynek, kiedy się przejaśni? – zaproponowała Marien. – Wybierzesz sobie jakieś ładne ubranie i…
– Obawiam się, że to niemożliwe – szepnął młodzieniec.
Staruszka westchnęła głośno.
– Od kilku tygodni się stąd nie ruszasz. Słońce dobrze ci zrobi. Może twoja skóra nabrałaby koloru? Kiedy nastał świt, okazało się, że jej barwa potrafi ciemnieć, jeśli…
– Lubię swoją karnację.
– Po prostu nie chcę, żebyś się tu czuł jak w więzieniu – mruknęła Marien.
Chłopak zamyślił się i zakołysał na piętach. Wpatrywał się nieprzeniknionym wzrokiem w dal, a kobieta nie potrafiła go rozszyfrować.
– Już wkrótce nie będę – wychrypiał.
***
Ren otworzyła ciężkie okiennice na oścież, a jej twarz musnął przyjemny wietrzyk. W końcu przestało lać. Przez cały kontynent przetoczyła się jakaś paskudna seria burz. Wciąż dzwoniły jej w uszach huki grzmotów i głośny, nieustający szum opasłych kropel rozbijających się o misternie zdobione parapety. Omiotła wzrokiem niebo. Promienie słoneczne niemrawo szukały szczelin między rozchodzącymi się z wolna ciemnymi obłokami i ozłacały dachy wysokich kamienic, które ciągnęły się niemal tak daleko, jak sięgał wzrok. Świetliste snopy, jeszcze dość liche, nie dawały takiego blasku jak przy dobrej pogodzie, ale nawet to było stokroć lepsze niż czerń, która przykrywała Farean przed czterema laty. Ren nabrała powietrza w płuca. Wydawało się znacznie lżejsze niż wtedy. Może takie właśnie powinno być? Wszystko dążyło teraz ku lepszemu. Nawet rządzenie nie wychodziło jej najgorzej, choć nie kryła, że w głównej mierze była to zasługa Rady. Uśmiechnęła się nieznacznie. Ciekawe, czy Rhyan uznałby ją za dobrą królową? Minęły cztery lata od zwycięstwa nad cieniami. Nad Pasterzami. Cztery lata, odkąd urmański książę Rive-Rion opuścił Laccię, a Tennaer abdykował. Cztery lata, odkąd pierwszy raz włożyła na głowę koronę wobec odmowy pozostałych sukcesorów. Była drugą kobietą w historii, która zasiadła na Świetlistym Tronie. I choć na początku doświadczała nieprzychylnych spojrzeń (w końcu nie dość, że była kobietą, to jeszcze bardzo młodą, a do tego drugą córką), Laccianie szybko przywykli do nowej władczyni. Czasami Ren miała wrażenie, że ludzie są w stanie przyzwyczaić się do wszystkiego, jeśli da się im na to wystarczająco dużo czasu. W końcu przez tysiąc lat żyli bez słońca i mało kto traktował to jako jakąkolwiek niedogodność, tak po prostu było.
Albo się dostosujesz, albo nie ma dla ciebie miejsca, pomyślała.
Drgnął jej kącik ust. Przecież ona nigdy się nie dostosowała. Cały czas parła pod prąd, wbrew wszystkiemu. Dawno temu skończyła z przyzwyczajeniem. Jak długo mogło jej to jeszcze wychodzić? Westchnęła, spoglądając na ulice Dracodaru, które po ulewie znów zaczęły się powoli zapełniać.
Może to właśnie był klucz do sukcesu? Nieuleganie przyzwyczajeniom? Cóż, przynajmniej nie wszystkim. Zerknęła w głąb komnaty, na niewielką, zawieszoną na ścianie szafkę okoloną wijącym się drewnianym reliefem smoka. Długie, wężowe cielsko gada dzięki usłojeniu drewna i warstwie lakieru miało migotliwe łuski, a jedna z łap zaciskała się na szyjce pękatej butelki stojącej na półce. Chwyt wydawał się mocny, ale była to jedynie iluzja, naczynie dało się bez trudu wyciągnąć. Zupełnie jak kilkanaście innych, które stały obok w szeregu niczym żołnierze.
Wino. Ren aż pociekła ślinka, ale nie… Królowa pokręciła jedynie głową. Nad tym przyzwyczajeniem musiała panować szczególnie. Lata spędzone na dworze sprawiły, że coraz bardziej zaprzyjaźniała się z butelką. A przecież wiedziała, do czego może to prowadzić. Wciąż miała przed oczami przybranego ojca otumanionego alkoholem, słyszała krzyki i rozbijane talerze.
Ścisnęła usta w cienką kreskę.
Były jednak rzeczy o wiele gorsze i bardziej przerażające. Zerknęła na niewielką, pięknie rzeźbioną toaletkę, która stała tuż pod półką z winem. To w szufladzie toaletki znajdowało się coś, do czego Ren nie chciała się nawet zbliżać. A mimo to nigdy się tego nie pozbyła. Wisiorek od Rhyana. Amulet z malutkim antykamieniem, który wcześniej nosiła przy sobie przez długi czas. Kiedy przestała, jej przerażające senne wizje zniknęły. Nie chciała do nich wracać, a jednak codziennie zmagała się z pokusą, by założyć przeklętą biżuterię. Działała na nią jak magnes, a z każdym dniem przyciągała coraz bardziej i bardziej. Może lepiej byłoby się jej pozbyć?
Zgrzytnęła zębami i wygładziła czerwoną jak krew suknię, która spływała jej po biodrach. Lubiła ten kolor, przypominał jej barwę rubinu, który na zawsze odmienił jej życie. Wyprostowała się. Już nie chodziła skulona i przestraszona, mimo że wciąż nierzadko dopadała ją niepewność. Przymknęła lekko okiennice, po czym ruszyła żwawym krokiem do drzwi. Jutro miało odbyć się spotkanie Rady, a to oznaczało, że poza obecnymi już w stolicy Baywhickiem, Kannoem i Baukarsten, do miasta zawita również Arcymistrz Magii, Marcello Garietti. Miał przybyć za mniej niż godzinę. Dobrze byłoby się przywitać.
***
Marcello zeskoczył ze złotogrzbieta, a obcasy jego butów dźwięcznie uderzyły o bruk. Poluzował wiązanie skrojonej kloszowo malachitowej peleryny i zsunął okrywający mu głowę kaptur, wyzwalając spod niego burzę ogniście rudych włosów.
– Dobra robota, Driffen – szepnął do masywnego jaszczura, klepiąc go po bezzębnej paszczy.
Złotogrzbiet mlasnął w odpowiedzi, a Marcello uśmiechnął się szeroko. Driffen była dobrą kompanką. Odkąd dostał ją od królowej z okazji mianowania go na Arcymistrza, jaszczurzyca ani razu go nie zawiodła. Zawsze zawoziła go do celu, niezależnie od tego, jak zła panowała pogoda.
Marcello rozprostował nogi. Podróż odbył bez towarzystwa, jak zwykle. Nie wiedział do końca, dlaczego właśnie tak wolał wędrować. Mówił sobie, że duże konwoje kojarzą mu się ze słusznie minioną wojną, choć prawdę mówiąc, czasem brakowało mu kompana w podróży. Nawet tutaj, w samym sercu Dracodaru, pozostawał osamotniony. Cóż, miał przynajmniej swoją Driffen.
W centrum miasta było widać liczną straż, ale prawie żadnych normalnych przechodniów. Zdawało się, że potworna ulewa, która ustąpiła ledwie godzinę temu, wypłukała ludzi z ulic. Miasto niemrawo wracało do życia. W powietrzu unosiła się przyjemna woń deszczu, która choć trochę mogła wynagrodzić to, że Arcymistrz przemókł do suchej nitki.
Marcello odgarnął z czoła pozlepiane deszczem kosmyki, które ongiś splatał w warkocze i spojrzał w górę, na potężny gmach pałacu. A może zamku? Różnie go bowiem określano. Aż dziw, że nikt do tej pory nie nadał mu oficjalnej nazwy licującej z jego kunsztowną architekturą. Marmurowa, gdzieniegdzie śnieżnobiała, gdzie indziej wielobarwna elewacja ciągnęła się wszerz na dobre pięćset jardów i choć nie sięgała tak wysoko jak czarna wieża Gildii, i tak była imponująca. Gmach wyginał się w wymyślne kształty, a co kilkadziesiąt stóp z jego dachu wspinały się do nieba strzeliste wieże zwieńczone szpiczastymi iglicami, czerwonymi jak krew, na których już wieki temu przycupnęły odlane z najróżniejszych metali figury smoków. Posągi ani myślały stamtąd znikać, wydawały się niemal wieczne. Zamku nie otaczał żaden dodatkowy mur. Królewska budowla przylegała bezpośrednio do reszty miasta, jednak wszelkie wejścia były strzeżone przez licznych gwardzistów w mieniących się złotem zbrojach, wciąż mokrych od deszczu.
Rudy Arcymistrz chwycił Driffen za uzdę i zaczął miarowym krokiem zbliżać się do pałacu, wychodząc spomiędzy kolorowych kamienic na plac, na którym wznosiło się zamczysko. Nie minęła chwila, a jeden z gwardzistów odebrał od Marcella złotogrzbieta, by zaprowadzić go do stajni, a sam Arcymistrz, przekroczywszy próg ogromnych drzwi, znalazł się wewnątrz królewskiej siedziby.
Stęsknił się. Nie za ogromniastym holem, przeciętym miękkim czerwonym dywanem w złote liściaste wzory. Nie za kopulastym sklepieniem upstrzonym zerkającymi na niego płaskorzeźbami i heliodorowymi lampami. Stęsknił się za królową, która teraz kroczyła pewnie po stopniach prowadzących na parter z ozdobnego podestu umieszczonego pomiędzy dwoma rozchodzącymi się w przeciwne strony biegami schodów. Brzegi czerwonej sukni subtelnie muskały wyściełane dywanem krawędzie stopni, a na pokrytej delikatnymi piegami zaokrąglonej twarzy władczyni malował się pogodny uśmiech.
Ren. Kiedyś pewnie chciałaby skoczyć Marcellowi do gardła, a on zasztyletować ją wrogim spojrzeniem. Cóż, to chyba czasy słusznie minione.
Dziewczyna pachniała lasem. Aromatycznymi igłami sosen. Rudy Arcymistrz doskonale czuł jej perfumy i mimo że tylko raz albo dwa miał okazję poczuć woń gaju (w dodatku bardzo młodego i niewyrośniętego), to nie dało się jej pomylić z niczym innym.
Poprawił pstrokaty żupan kryjący się pod peleryną i ruszył na spotkanie królowej. Wiele się zmieniło od ich pierwszego spotkania. Z wrogów stali się przyjaciółmi, a ona doceniła go na tyle, że to dzięki jej poparciu został Arcymistrzem Magii. A może zrobiło jej się go żal? Cóż, wolał myśleć, że chodziło o tę pierwszą opcję. Choć może nie do końca się do swojej roli nadawał. Mimo ogromnej mocy, którą udało mu się opanować, nie był ani zbytnio przenikliwy, ani biegły w zarządzaniu i planowaniu. Jednakże musiał nieskromnie przyznać, że miał głowę pełną innowacyjnych pomysłów, nawet jeżeli wpadał na nie przypadkiem. Cieszył się na myśl, że wkrótce będzie mógł o nich opowiedzieć Ren.
– Kopę lat – powiedział z uśmiechem, kiedy młoda królowa pokonała schody.
– Raczej kilka miesięcy. Trzy? – Ren przechyliła głowę, a brązowe wodospady włosów spłynęły jej po ramieniu.
– W każdym razie całkiem spory kawał czasu – zauważył Arcymistrz.
– Zawsze możesz zacząć przyjeżdżać częściej – Ren wyszczerzyła zęby. – Miło cię widzieć, Marcy.
Marcy. Choć dziewczyna zwracała się tak do niego od dobrych dwóch lat, wciąż nie mógł się przyzwyczaić. Nie to, żeby mu to przeszkadzało, po prostu wcześniej mało kto chciał się z nim spoufalać na tyle, by wymyślać zdrobnienia imienia. Przyjaźń. Taka przyjaźń to całkiem ciekawa koncepcja.
– Ciebie też, Wasza Wysokość – odparł i mrugnął porozumiewawczo.
Ren przewróciła oczami.
– Żebym chociaż naprawdę była wysoka – odburknęła. – Zostaw tytuły na spotkanie Rady, teraz jestem Ren.
– Przecież wiem! Swoją drogą, ładna bransoletka – Marcello wskazał czarnego smoka, a może węża ze skrzydłami, oplatającego nadgarstek królowej i pożerającego własny ogon.
– Hm? Ach, to. Podobno to stara, tradycyjna ozdoba rodu Draconaris. Mająca korzenie jeszcze starsze niż sam ród. Pomyślałam, że to ciekawe.
– Rzeczywiście. Wszędzie smoki, co? W całej Laccii ich pełno.
– I nie tylko w Laccii. Kto wie, może są starsze niż kult smoczych bogów?
No nie. Znowu się zaczynało. Opowieści bez końca. Jak bardzo lubił królową, tak nie miał teraz siły na słuchanie wywodu na temat przeszłości i legend.
– Może, może – wymamrotał. – Ale jeśli masz mi teraz dawać wykład z historii, to cofam to, co powiedziałem – Marcello zmierzwił rude włosy posklejane od deszczu i rzucił okiem na dziewczynę, która spoglądała na niego z troską. – No co? Patrzysz na mnie, jakbym wyglądał jak ostatni obdartus.
Królowa zachichotała, zakrywając usta dłonią.
– Cóż za ironia, prawda?
– Hę? – Marcello ściągnął brwi, by chwilę później otworzyć usta, kiedy sobie przypomniał. – No tak, rzeczywiście. Nasze pierwsze spotkanie. To było dość…
– Najpierw przebierz się i wysusz – przerwała mu. – Tylko prędko, żebyś się nie przeziębił. Wolałabym, żebyś był zdrowy na spotkaniu Rady. Za godzinę widzimy się na obiedzie w ogrodzie królewskim. Twoja komnata jest…
– Tam, gdzie zawsze?
Ren uśmiechnęła się pogodnie.
– Tam, gdzie zawsze.
***
Kamienny plac położony na środku stawu wciąż lśnił od deszczu, ale nie było tam miejsca na błoto czy kałuże. Słońce, które zdążyło na dobre wyjść zza chmur, roztaczało blask na ten otoczony zamkowymi zabudowaniami zakątek. Wystarczająco silny, by nie mogły się z nim równać strzeliste heliodorowe lampy poustawiane na całej powierzchni placu. Zabarwiona świetlistymi snopami woda błyszczała gradientem złota i błękitu, a nad jej taflą pląsał delikatny, ledwie odczuwalny wietrzyk. W wielkich, przytwierdzonych do ziemi donicach rosły złotokrzewy o lśniących, rozłożystych liściach, zachwycając swoimi symetrycznie przyciętymi gałązkami. Marcello czuł bardzo specyficzny spokój, kiedy siadywał w tym miejscu. Specyficzny, bo wewnątrz tliło się w nim jednocześnie uczucie niepokoju. Zupełnie jakby piękne i kojące otoczenie stanowiło zasłonę dla krwawych wydarzeń, które niegdyś się tu rozegrały. Widział zarysowania od ostrzy na wygładzonych kamieniach podłogi. Drobne ślady po dawno zaschłych kroplach krwi. Potrafił teraz dostrzec różne szczegóły, których przed swoim długim treningiem nigdy by nie zauważył. Pokręcił głową. Wiedział, co tu się wydarzyło. Nie chciał o tym myśleć. Ani tym bardziej przypominać o tym innym. Zamiast tego wyprostował się elegancko i uniósł kąciki ust.
W ogrodzie nie zorganizowano tym razem hucznej biesiady. Na środku placu stał zaledwie jeden długi stół, przy którym zasiedli członkowie rodziny królewskiej, Arcymistrzowie (z wyjątkiem Kannoego, który starał się trzymać na uboczu) i… Poell Flyns. Były Arcymistrz Wojny niby nie zasiadał już w Radzie, a jednak zawsze pojawiał się na jej spotkaniach jako gość honorowy. Nic więc dziwnego, że został też zaproszony na obiad.
– Okk, zjedz chociaż trochę – mruknął do siedzącego tuż obok syna Tennaer, który, mimo że nie był już królem, wydawał się zdrowszy i silniejszy niż kiedykolwiek.
– Nie jestem głodny – odrzekł grubym głosem kędzierzawy Okkenar, łypiąc złowrogo na talerz, w którym właśnie bez ładu i składu rozgrzebywał makaron widelcem.
– Widzę, że ktoś ma humorki – powiedziała półszeptem Faerrien, po czym zaczęła zajadać swoją porcję.
Okkenar spiorunował ją wzrokiem, a Ren odchrząknęła ostentacyjnie.
– Dobrze widzieć was wszystkich razem – oznajmiła spokojnie.
– Widzisz nas wszystkich niemal codziennie, Wasza Wysokość – zauważyła Baukarsten, Arcymistrzyni Skarbu o pyzatej twarzy i ostrym jak nóż spojrzeniu, po czym popatrzyła spode łba na Marcella. – Może z wyjątkiem Arcymistrza Magii.
– Co nie zmienia faktu, że niezmiernie mi miło widzieć Radę w komplecie. Radę i rodzinę.
– Ha! Pewnie, że miło! Zwłaszcza kiedy mój poprzednik nie śpiewa! – Baywhick Blackstone wyszczerzył zęby, poprawiając zasłaniającą mu oko opaskę, po czym pogładził się po starannie przystrzyżonej brodzie.
Siedzący tuż obok Poell zmierzył go pełnym politowania spojrzeniem.
– Twoja impertynencja jest doprawdy imponująca.
– Imperty… co?
– No patrzcie, patrzcie – mruknął Tennaer z uśmiechem. – Dopiero co się ożenił, a już nabrał ogłady.
– Nie sądzę – odparł Poell, postukując rytmicznie palcem o drewniany blat. – Po prostu uczę się używać trudnych słów w praktyce. Jak widać, Guurmen miała rację, to robi robotę. Mogę sprawiać, że ludzie wychodzą przy mnie na głupich i niewykształconych, podoba mi się to.
– Hej! – warknął Baywhick z oburzeniem. – Czy ty właśnie…
– Zdrowie królowej! – przerwała mu Faerrien, wstając tak gwałtownie, że niemal przewróciła krzesło, po czym uniosła ciężki metalowy kielich. Na tyle szybko, że ulała na stół kilka kropel bordowego trunku.
– Zdrowie! – zawtórował Marcello, szczerząc zęby, a za nim pozostali, z wyjątkiem Okkenara, postąpili tak samo.
Puste kielichy z brzękiem uderzyły w stół, a rudy Arcymistrz Magii kątem oka zauważył, jak Ren nalewa sobie następną kolejkę, mając coś w rodzaju grymasu niepewności na twarzy.
– Świętujmy, bo jutro nie będzie tak wesoło – bąknęła Baukarsten.
Marcello zmarszczył brwi.
– Myślałem, że to rutynowe spotkanie Rady.
– Bo miało takie być. Ale pierdoleni niebiescy chyba rzeczywiście mają ochotę na Fretzland.
– Baukarsten Brütze – mruknął Tennaer. – Zważaj na słownictwo, dziecko przy stole.
Okkenar przewrócił oczami.
– Mam czternaście lat. Naprawdę sądzisz, że będę zgorszony? – warknął, a jego ojciec tylko zamrugał. – No to zajebiście się mylisz, tato.
– Okk, do jasnej… błyskawicy! Słyszałeś, żeby Ren odzywała się w ten sposób?
Młodzieniec prychnął.
– Przegapiłeś czas, kiedy byłem dzieckiem. Masz swoją idealną córeczkę, mnie zostaw w spokoju – po tych słowach Okkenar ostentacyjnie odrzucił krzesło i udał się w kierunku jednego z mostów łączących ogrodową wyspę z zamkiem.
Tennaer westchnął, masując się po skroni, po czym wstał i podążył za synem.
– Wybaczcie, widać bycie ojcem ciągle nie wychodzi mi tak, jak bym chciał – rzucił na odchodne.
Ren skrzywiła się boleśnie, a Fae subtelnym ruchem podsunęła jej kielich pod dłoń, jakby chciała dodać jej otuchy.
– Wracając do niebieskich – podjęła korpulentna Arcymistrzyni Skarbu po chwili ciszy. – Pamiętacie, jak kilka miesięcy temu wysuwali roszczenia terytorialne? Moim ludziom udało się pojmać jednego z ich szpiegów we Fretzlandzie. Cwany był. Tłumiący, dobrze się krył. Ale nie dość dobrze. Niewiele udało się z niego wyciągnąć, ale dowiedziałam się, że niedaleko granicy stacjonują zbrojne oddziały Urmańczyków.
Baywhick mruknął posępnie.
– Jutro będziemy się tym martwić.
– Myślałam, że jako Arcymistrz Wojny wykażesz większe zainteresowanie.
– Arcymistrz Pokoju – poprawił ją Baywhick Blackstone. – I uwierz, wykazuję zainteresowanie, niestety. Dzisiaj jednak odpoczywam. Czy sama nie mówiłaś, żeby świętować?
Baukarsten westchnęła ciężko, po czym napełniła swój kielich i uniosła go w geście wymuszonej aprobaty. Baywhick skwitował to dziękczynnym skinieniem.
Po chwili atmosfera nieco się rozluźniła, a wszyscy obecni zaczęli gawędzić o rzeczach zdecydowanie milszych uszom Marcella niż widmo kolejnego konfliktu. Baywhick żartował, jak to ostatnio zbierał Poella z podłogi po biesiadzie, na co tamten rzucił krótką ripostę o problemach z pamięcią. Faerrien dzieliła się swoim życiem miłosnym z niejaką Diną (swoją drogą, dziwne imię jak na Lacciankę), czasem może trochę zbyt szczegółowo. Ren natomiast opowiadała o swoich ostatnich podróżach, barwnie opisując skąpane w słońcu lub blasku księżyca krajobrazy, które miała okazję ujrzeć. Wydawała się taka szczęśliwa, gdy z wypiekami na twarzy malowała słowami opisy miast, pól i górskich grani, a nawet niewielkich, świeżo zasadzonych lasów. Kąciki ust Marcella unosiły się samoistnie. Jeszcze kilka lat temu ta dziewczyna była zalękniona i zamknięta w sobie. Przerażająca i niestabilna zarazem. A teraz? Teraz jawiła się jako łagodna, ale pewna siebie królowa, uśmiechnięta od ucha do ucha.
I piękna. Jak płomień palący się równym, niezmąconym blaskiem, dodał w duchu Marcello, ale szybko pokręcił głową. Kiedy obudził się w nim taki poeta? Upił łyk wina z szerokim uśmiechem na ustach. Smakowało goździkami i cynamonem. Ciekawy aromat, choć zdaniem Arcymistrza Magii lepiej nadawałby się na chłodniejszą porę roku. Otarł wargi wierzchem dłoni i wrócił do delektowania się beztroską rozmową. Raz tylko Baukarsten wspomniała, że gdy Marcello będzie wracał do Gildii, ona pojedzie wraz z nim, by przeprowadzić finansowy audyt. Brzmiało to trochę przerażająco, ale Arcymistrz szybko wrócił do rozmów na przyjemniejsze tematy.
Nawet nie zauważył, kiedy niebo zmieniło barwę na pomarańczową, potem purpurową, aby w końcu przeistoczyć się w dobrze znajomą czerń, jednak nie smolistą i nieprzeniknioną, a rozświetloną setkami gwiazd układających się w rozmaite wzory. Marcello śledził je z niesłabnącą fascynacją. Nie przestawały go zadziwiać, odkąd pierwszy raz je zobaczył. Łączyły się w gwiazdozbiory i jeśliby zespolić je liniami, przypominałyby trochę sieć fareańskich miast powiązanych traktami. Niezwykłe. Marcello był w nie tak zapatrzony, że nawet nie spostrzegł, kiedy ziewająca Baukarsten podziękowała za posiłek i oddaliła się do swoich komnat.
I gdy tak wpatrywał się w rozgwieżdżone niebo, a Poell wyśpiewał ostatnie nuty swojej nowej pieśni, które odbiły się echem od ścian otaczających ogrodowy staw, nagle zauważył coś… dziwnego. Coś jakby drgnęło na szczycie pałacowych zabudowań. Sekundę później podobnie drgnęła powieka Marcella, a serce przyspieszyło rytm. Cisza, która zapadła przy stole, i lekki powiew chłodnego wiatru muskającego twarz tylko wzmogły jego czujność. Wpatrywał się w spowity półmrokiem dach jak cierpliwy drapieżnik.
– Marcello – szepnęła Ren, spoglądając na Arcymistrza z obawą. – Coś nie tak?
I wtedy z pałacowego dachu z prędkością wodospadu spłynęła smuga gęstej czarnej mgły. Przefrunęła nad wodą w kierunku placu, a Marcello i pozostali zerwali się na równe nogi, wywracając krzesła. Poell i Baywhick odruchowo obnażyli miecze, wokół których zawirowała magia. Fae i Marcello sięgnęli po oszlifowane kamienie, a Ren wyciągnęła przed siebie rozpostartą dłoń. Na palec serdeczny wsunięty miała czerwony pierścień, w całości wykonany z rubinu, który zabłyszczał w świetle heliodorowych lamp.
– Co, do jasnej cholery? – wycedził przez zęby Baywhick, zaciskając dłonie na rękojeści miecza.
Smolista mgła rozproszyła się na wiele cienkich nici, a te zaczęły szyć w powietrzu kształt przypominający ludzką sylwetkę. Nie minęła chwila, a w miejscu kruczoczarnych oparów na ogrodowym placu stała młoda kobieta o delikatnej, choć zadziornej twarzy. Blond włosy kaskadami spływały jej na odsłonięte ramiona pokryte tatuażami w kwieciste wzory, a tors przykrywał wyprofilowany, zdobiony kawał żelastwa, który próbował za wszelką cenę udawać, że jest pełnoprawną zbroją.
– Kim jesteś? – zapytała chłodno Ren, nie opuszczając ręki i marszcząc brwi. Marcello dostrzegł w jej twarzy coś, co wskazywało, że doskonale znała odpowiedź na to pytanie.
Blondwłosa dziewczyna zaśmiała się perliście i pomachała do bojowo nastawionych zebranych.
– Nazywam się Emily Jewhel. Choć was bardziej interesuje pewnie fakt, że jestem jedną z tych, których, jak wam się wydawało, nie ma już w Fareanie. Z tych, których zwykliście nazywać cieniami.
Rozdział II
Zadośćuczynić mordercom
Asmodelu, zapewniam, że Astralny Dwór radził sobie ze znacznie większymi problemami, nie lękaj się więc, Mój Diuku. Odnosząc się do Twoich postulatów – nie możemy pozwalać Stelarnym głosić herezji, ale również nie możemy pokazać, że się czegokolwiek obawiamy. Ucisz tych, którzy szczekają za głośno. Zrób to jednak bezszelestnie. Pokaż im należycie, że to milczenie jest złotem, a ja ozłocę Ciebie. Powiedzmy, że pozostawiam Ci dowolność metod. Nie zawiedź mnie. Cześć i chwała Stwórcy, Panu Gwiazd,
Metatra, Ta, Która Wskazuje Drogę
***
Baywhick rzucił się z bojowym wrzaskiem do przodu, ale blondwłosa przybyszka bez trudu uchyliła się przed nadciągającym ostrzem i chwyciła jednookiego Arcymistrza za nadgarstek. Baywhick Blackstone warknął, a kobieta z potężną siłą cisnęła nim na drugą stronę placu jak szmacianą lalką. Mężczyzna pokoziołkował bezwładnie po kamieniach, postękując z bólu. Nie minęła chwila, a przy Emily, która mianowała się cieniem, pojawił się Poell Flyns. Klingę jego zakrzywionej przy sztychu broni otoczyły fioletowe elektryczne impulsy, kiedy z impetem natarł na intruzkę. Emily w ułamku sekundy utkała w dłoni pozornie niestabilny miecz z czarnej mgły. Oręż zawył przeraźliwie, kiedy sparowała nadciągające uderzenie. Kobieta nie czekała na kolejny atak, natychmiast wykonała precyzyjne cięcie w spód jelca broni Poella, wybijając ją z jego dłoni. Ostrze wyleciało w górę, kręcąc młyńce na wietrze i z hukiem uderzyło o posadzkę. Flyns wybałuszył oczy, ale nie zdążył nijak zareagować. Drobna blondynka wymierzyła mu potężne kopnięcie w brzuch, a były Arcymistrz Wojny podzielił los Baywhicka.
– Niepotrzebne. To wszystko niepotrzebne – wymamrotała Emily, kręcąc głową z dezaprobatą, choć uśmiech nie schodził jej z twarzy.
– Czego chcesz? – zapytała lodowato Ren, wlepiając wzrok w przybyszkę.
Pasterka, pomyślała. Jak to w ogóle możliwe? Przecież…
– Naprawdę myślałaś, że tak łatwo jest się nas pozbyć? Wszystkich za jednym zamachem? – Emily westchnęła i położyła wolną dłoń na biodrze. – To nie takie proste.
– Wielka szkoda – wtrąciła nagle Fae, mrużąc złowrogo swoje kocie oczy. – Jesteście zakałą tego kontynentu.
– To bardzo niegrzeczne z twojej strony, mój ty płomyczku – odparowała Emily lekceważącym tonem.
– A mogłaś ugryźć się w język – skwitowała Fae pełnym gniewu, a jednak spokojnym głosem. Wokół rubinu, który trzymała w dłoni zaczęła krążyć magia, równie czerwona, co kamień i jej włosy.
– Zaczekaj – poleciła Ren.
Faerrien zerknęła na nią z ukosa, a wirujące magiczne smugi zniknęły tak szybko, jak się pojawiły.
– O co…
– Ona nie chce walczyć – mruknął Marcello, pojąwszy intencje Ren.
– W istocie – niemal wyśpiewała Emily. – Ale nie daliście mi dojść do słowa.
Faerrien uniosła podbródek.
– Miałaś wystarczająco dużo okazji, żeby…
– Fae – ucięła jej Ren. – Daj jej przemówić.
Emily Jewhel ukłoniła się niezdarnie, a ostrze w jej dłoni zmieniło się w kłęby czarnej mgły.
– Dziękuję, Wasza Wysokość.
– Mów.
Wytatuowana kobieta ogarnęła wzrokiem stojącą przed nią trójkę i podnoszących się z ziemi Poella i Baywhicka.
– Nie wiem, ile wiedzą twoi poddani, królowo – w jej oczach pojawił się błysk. – Ale wiem, że ty doskonale znasz całą prawdę. Powiedziałaś im? – Emily przechyliła głowę, wbijając w Ren przeszywające spojrzenie. – Och, teraz widzę. Postanowiłaś milczeć. Wymazać nas nie tylko z kontynentu, ale i z historii.
– Do rzeczy.
– Pasterze. Oni żyją, Ren. MY żyjemy. A raczej ci z nas, którzy zdołali przetrwać. Ci, którzy zdołali odzyskać to, co należało do nich i ukryć się przed słońcem.
Ren zgrzytnęła zębami i zmrużyła powieki. Serce waliło jej w piersi. Momentalnie pożałowała rezygnacji z ochronnych kapliczek. Myślała, że ten koszmar skończył się cztery lata temu. Że to już zamknięty rozdział. Czyżby wszystko zmierzało do punktu wyjścia? Nie. Nie mogła tak myśleć. Zbyt dużo poświęciła. Zbyt wiele zniosła. Uspokoiła myśli. Za dnia wciąż świeciło słońce, Wszechnoc nie mogła już wrócić. Czego pragnęła Emily Jewhel? Zemsty? Ren odetchnęła głęboko. Musiała rozegrać to mądrze. Nie chciała kolejnej wojny, nie zapomniała jednak, jak wiele wycierpieli ludzie przez upiory i ich przemoc. Opuściła odzianą w rubinowy pierścień dłoń. Jej palce były jednak napięte jak struny.
– Masz na myśli tych, którzy uciekli się do mordu na moich ludziach?
– Twoich ludziach… – Emily westchnęła. – Fascynująca z ciebie liderka. Dobrze wiesz, że nie mieliśmy innego wyjścia.
– To moja kwestia, Pasterko.
Blondynka uśmiechnęła się pogodnie.
– Wiem.
Ren zamrugała kilkukrotnie. Nie takiej odpowiedzi się spodziewała. Emily zachowywała się dziwnie, Ren ciężko było odczytać jej intencje. Jeszcze kilka chwil wcześniej była przekonana, że nieznajoma przybyła wypowiedzieć wojnę.
– Ponawiam więc pytanie. Czego. Chcesz?
Emily nie odpowiedziała od razu. Zaplotła dłonie za plecami i zaczęła spacerować spokojnym krokiem po usytuowanym na środku stawu ogrodzie.
– Ładnie tu macie. Wygląda na to, że żyje wam się całkiem nieźle.
– Ona działa mi na nerwy – wtrąciła półszeptem Fae.
– Odpowiedz na pytanie, Emily – rzekła Ren z ostrzeżeniem wypisanym w tonie jej głosu.
Przybyszka westchnęła ostentacyjnie, po czym spojrzała Ren prosto w oczy.
– Chcę dla moich ludzi kawałka ziemi.
Baywhick, który kuśtykał obolały w stronę rozmawiających, warknął nieprzyjaźnie.
– Po moim trupie, ty utkana z cienia szma…
– Baywhicku Blackstone – spokojnie, choć stanowczo przerwała mu Ren. – Odpowiedź w tej kwestii należy do mnie.
Arcymistrz Pokoju skrzywił się nieco, ale momentalnie wykonał płytki ukłon.
– Tak jest, Wasza Wysokość.
Zwykle Ren nie lubiła być tytułowana poza spotkaniem Rady. Teraz jednak doceniła to, że jej przyjaciel nie chciał wchodzić jej w paradę i uznał autorytet królowej. Chociaż pewnie niechętnie. Nabrała powietrza w płuca.
Kawałek ziemi.
Nie tego się spodziewała. Nie mogła przecież oddać części królestwa. I to cieniom. Straciłaby zaufanie ludu. W Laccii wybuchłyby zamieszki. Co, jeśliby eskalowały? Mieliby kolejną wojnę? Emily musiała mieć tupet, by domagać się czegoś takiego. Gdy jednak Ren jeszcze raz spojrzała w oczy Pasterki, dostrzegła w nich coś, co wcześniej jej umknęło. Smutek i desperację.
Na skrzydlatych bogów, ona naprawdę wierzy, że dam jej kawałek królestwa. Tak po prostu. Ta kobieta… Ona nie chce unicestwienia ludzi. Nie chce wielkiego triumfu. Ona chce tylko przetrwania. Kawałka ziemi. Ona tego… potrzebuje.
Nagle przed oczami Ren pojawiły się te wszystkie obrazy, które już wcześniej widziała. Pasterze wybijani przez Hellę. Ich ciała wykorzystywane jako naczynia do stworzenia pierwszych ludzi. A potem używane ponownie i ponownie. I co było dalej? Tysiącletnia próba odzyskania siebie zwieńczona ostateczną porażką w bitwie o Dracodar. Nie zasłużyli na to. Tak samo, jak ludzie nie zasłużyli na los, który spotkał ich ze strony Pasterzy. Ktoś musiał zostać zwycięzcą. Ale może istniał cień szansy, by dało się to wszystko choć trochę naprawić.
– O jakim kawałku ziemi mowa?
Emily uniosła kąciki ust, za to Fae i Baywhick spiorunowali królową wzrokiem. Marcello pozostał głęboko zamyślony, a Poell jeszcze dochodził do siebie po ciosie, który otrzymał.
Nie był przyzwyczajony do przyjmowania ataków bez zbroi.
– Dziękuję za twoją otwartość – powiedziała Emily już z nieco większą powagą. – Wybacz, jeśli to zabrzmi zbyt… butnie, ale potrzebujemy miejsca, gdzie moglibyśmy odbudować nasz lud. Obecnie większość z nas znajduje się we Fretzlandzie.
– Sugerujesz, że chciałabyś dostać cały Fretzland?
– Nie ja. My wszyscy. Pasterze.
– Ren – wtrącił zdezorientowany Marcello. – O czym ona właściwie mówi? Jacy Pasterze, do licha ciężkiego? Już któryś raz to słyszę i to nie tylko z ust tej… upiorzycy.
Królowa piromantka nie odpowiedziała. Wiatr omiótł jej twarz. Słowa Emily dudniły jej w głowie jak bębny.
– Czuję, że chcesz tego samego, co ja – ciągnęła Emily, nie zwracając uwagi na Marcella. – Wiem, że nie jesteśmy bez winy. Chcieliśmy po prostu… żyć. Nadal chcemy. Skończmy ten durny rozlew krwi. Matka chciała przywrócić nam świetność, chciała ocalić nas wszystkich, ale… to doprowadziło tylko do tragedii. Moja propozycja to próba zakończenia tego szaleństwa bez niepotrzebnych ofiar.
Ren przymknęła oczy. Przełknęła ślinę. Ta kobieta przyszła do niej prosić o pokój. O kawałek ziemi dla swoich. Królowej wydawało się, że ich konflikt był sytuacją bez wyjścia. Kiedy dowiedziała się prawdy, uznała, że zwycięstwo jednych oznacza koniec dla drugich. W istocie tak właśnie było, ale przy założeniu, że przynajmniej jedna ze stron chciała odnieść pełny triumf. Co, jeżeli teraz pojawiła się szansa na kompromis? Jeśli Emily mówiła prawdę, kim byłaby Ren, gdyby odmówiła? Władczynią broniącą interesu swojego ludu czy może okrutnym potworem, tyranem niewrażliwym na cierpienie innych?
– A gdybym oddała wam niezamieszkałe tereny?
– Ren! – syknęła Faerrien. – W co ty grasz? Musisz być stanowcza!
– Tak się składa, że ja decyduję, co muszę, a czego nie – twardo odparła Ren, po czym ponownie zwróciła się do blondwłosej Pasterki. – Co ty na to, Emily?
Drobna wytatuowana kobieta westchnęła markotnie.
– Bardzo bym chciała, żeby to było takie proste. Twoja pamięć bywa jednak ulotna, królowo Ren – Emily wskazała palcem otulony nocnym kocem nieboskłon. – Słońce. Ono wciąż jest dla nas śmiertelnie niebezpieczne.
Ren skrzywiła się nieco. Niewidzialne sznury zacisnęły się jej na piersi. Na co liczyła? Na łatwą decyzję? Nie dało się uciec od wyboru. I to wyboru, na który nijak nie mogła być przygotowana. Emily Jewhel pojawiła się znikąd, w najmniej spodziewanym momencie. Zaskoczyła ją. Jeśli jej odmówi, zaryzykuje ponowny konflikt z siłą, z którą należy się liczyć. Co więcej, przez taką decyzję pozbyłaby się resztek złudzeń co do moralności swoich działań. Jeżeli natomiast się zgodzi, z pewnością pojawią się przejawy buntu, a w długiej perspektywie może to oznaczać rozpad Laccii i krwawą katastrofę. Czy była dostatecznie potężna, by jej zapobiec? Raczej nie.
– Mogę zapewnić wam schronienie – próbowała jeszcze Ren.
– Schronienie – mruknęła Emily z szyderczym uśmiechem. – Nie pojmujesz? My chcemy żyć. Naprawdę żyć! Nie chować się pod waszym butem w ciemnych norach. Fretzland to i tak niewielki kawałek ziemi w porównaniu z tym, jak wielka jest Laccia. A my… potrzebujemy tylko tyle.
Tylko tyle i aż tyle, pomyślała Ren. Gdyby nie miała przed oczami konsekwencji tego wyboru, zgodziłaby się bez wahania. Może lepiej byłoby odmówić? Oddanie Fretzlandu mogłoby mieć gorsze skutki. Jednak nie potrafiła zadecydować inaczej.
– Co, jeśli Laccia oddawałaby Fretzland stopniowo? Z pokolenia na pokolenie?
Emily prychnęła.
– I wierzysz w to, że kolejni władcy popieraliby ten pomysł? Przyszłam do ciebie, bo wierzę, że jesteś mądrzejsza i przede wszystkim bardziej wyrozumiała niż inni królowie. Od czterech lat obserwuję twoje rządy.
Ren milczała. Próbowała usłyszeć w głowie głos, który powiedziałby jej co robić. Może Rhyan nie miałby problemu z wyborem? Zawsze był lepszy w podejmowaniu trudnych decyzji.
– Proszę – głos Emily przeobraził się w półszept. – Wiesz, że jeśli się nie zgodzisz, nie pozostawisz Pasterzom wyboru. Oddaj nam Fretzland, a już nigdy nie będziemy was niepokoić. Masz moje słowo. Będziemy współpracować, nauczymy was tego, co wiemy. Będę twoją dłużniczką.
Ren wciąż milczała jak grób.
Na twarz Emily wpełzło zrezygnowanie. W akcie nadziei spojrzała królowej głęboko w oczy. Rozchyliła delikatnie usta, wydobywając spomiędzy warg ledwie słyszalny szept:
– Wszyscy jesteśmy mordercami. Ale nadszedł czas, by zadośćuczynić mordercom. Po obu stronach.
Ren wzięła głęboki oddech. Wiedziała, że będzie żałować decyzji, którą podjęła, a którą właśnie zamierzała obwieścić na głos. Nie było jednak dobrego wyjścia.
– Działając w imieniu Laccii, ja, królowa Ren Draconaris, przychylam się do twojej prośby.
Rozdział III
Nigdy, przenigdy i jeszcze raz nie
Najwyższa Metatro, wiem, że nasze stosunki nigdy nie były najlepsze, jednak żywię nadzieję, że wkrótce zobaczysz, że jestem Ci oddany. W dominium Domu Leo (i to na Dworze Lwa!) odnaleźliśmy coś, co może Cię zainteresować. Wygląda trochę jak… Przejście. Nie wiem, dokąd prowadzi, ale mam podejrzenie, że nie wzięło się znikąd, że ktoś je stworzył. Obstawiłem je moją gwardią, ale chciałbym, żebyś je zobaczyła, Pani. Na własne oczy. Cześć i chwała Stwórcy, Panu Gwiazd
Raziel, Diuk Domu Leo
***
– Oszalałaś, Wasza Wysokość! – warknęła Baukarsten, uderzając pięścią w okrągły dębowy stół, przy którym zasiadała Rada.
Blat zatrząsł się złowieszczo, jednak Ren patrzyła na Arcymistrzynię Skarbu niewzruszona. Przynajmniej na zewnątrz, bo w głowie wciąż próbowała ułożyć myśli. Roziskrzony od heliodorów strop wydawał jej się teraz wyjątkowo niski, zupełnie jakby miał zawalić się na obszerną salę obrad. Miała też wrażenie, że królowie z portretów wiszących na ścianach wpatrywali się w nią pełnym rozczarowania wzrokiem.
– Z całym szacunkiem, Wasza Wysokość – włączył się ciemnoskóry Kannoe, kiedy władczyni milczała. – Ale… nie potrafię tego zrozumieć.
– Bo masz na to za małą główkę, klecho – bąknął siedzący ze skrzyżowanymi na piersi rękami Baywhick.
Marcello przeszył go wzrokiem niby włócznią, zupełnie jakby właśnie coś pojął.
– Ty… wiesz. Wiesz, o co w tym chodzi.
– Może wiem, może nie wiem, nic ci do tego.
– To wygląda źle – mruknął Poell, przechadzając się wokół stołu w eleganckim śnieżnobiałym surducie. – Bardzo źle.
– Myślałam – wycedziła przez zęby Baukarsten. – Myślałam, że będziemy dziś debatować nad tym, jak obronić Fretzland przed Urmańczykami. A my go po prostu oddaliśmy! Pieprzonym cieniom!
– Królowa nie zrobiła tego bez powodu – wychrypiał Baywhick.
Arcymistrzyni Skarbu obrzuciła go lodowatym spojrzeniem.
– Fretzland to moja ojczyzna – zasyczała.
– Laccia to twoja ojczyzna – poprawił ją.
– No tak. Czego ja oczekiwałam? Śmieć z Khigoru nigdy nie zrozumie Laccianki.
Krzesło odsunęło się z piskiem, a Baywhick momentalnie stanął na równe nogi.
– Jeszcze słowo, ty wstrętna…
– Dość!
Dudniący głos królowej odbił się od ścian sali obrad jakby wybrzmiewał w rozległym kanionie. Wszyscy zamilkli, a Baywhick usiadł z powrotem na swoim miejscu. Marcello wpatrywał się nieruchomo w sam środek wielkiego stołu, skubiąc palcami policzek. Wyraźnie nad czymś myślał.
– To była moja decyzja i zmierzę się z jej konsekwencjami – Ren uniosła podbródek. Oczy miała podkrążone, a ubranie, w postaci ciemnej koszuli i szerokich spodni, nieeleganckie i wymięte. – Fretzland nie jest już częścią Laccii, od teraz będzie Domeną Pasterzy.
– To hańba! – wycharczała Baukarsten, wymachując obleczonymi w liczne złote bransolety rękami. – Taka królowa to…
– Uważaj na słowa – przerwał jej Poell. – To twoja władczyni.
– Zatem chciałabym wiedzieć, dlaczego to zrobiła.
– Być może nie jest przekonana, czy może ci zaufać – mruknął Marcello, wyrywając się na chwilę z zadumy. – Nam wszystkim.
– A czy my wystarczająco już jej nie zaufaliśmy? Nikt nie zadawał pytań, skąd się wzięła w stolicy razem z grupą cieniobójców na niedługo przed atakiem cieni. Wszyscy wiemy, że z pomocą magii, ale jakiej, do cholery? Nikt nie podaje w wątpliwość jej słów, że to niejaki Rhyan Freeze, z jej drobną pomocą wybawił Farean. Nikt nie pyta, jak to zrobił. Ludzie mówią różne rzeczy. Zdaniem jednych zabił tę przypominającą człowieka władczynię upiorów, według innych starł się z bytem będącym źródłem zła. Nasza królowa nigdy jednoznacznie nam tego nie powiedziała! – Baukarsten wskazała oskarżycielsko Ren. – Zawsze była enigmatyczna, odpowiadała zagadkami albo nieprecyzyjnie. Podobnie zresztą jak nasz Arcymistrz Pokoju, Baywhick Blackstone. To jest dopiero dobre, Khigorczyk w Radzie! Rzekomo za zasługi dla Laccii. Dobre sobie. Nie zdziwiło was, że nawet na krótką chwilę przez te cztery lata nie opuścił Dracodaru? Oczywiście, że zdziwiło! Ale nikt z nas nie naciskał, bo zaufaliśmy nowej królowej, która przyniosła nam świt. Zaufanie ma jednak swoje granice – Baukarsten zwróciła wymownie twarz w kierunku królowej. – Zamierzasz nam powiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi?
Ren, która nie przerwała jej ani na moment, teraz uniosła kąciki ust, choć była to raczej markotna mina.
– Najwyższy czas – oznajmiła, a wszyscy jak jeden mąż spojrzeli w jej kierunku.
Nie mogła dłużej ukrywać tego, czego się dowiedziała. Wcześniej postanowiła, że będzie to brzemię jedynie drużyny Rhyana, ale w obliczu ostatnich wydarzeń nie dało się dłużej maskować prawdy. Przynajmniej przed Radą. I rodziną królewską. Oni też będą musieli się dowiedzieć. Zasługiwali na to. Nie mogła też wymagać od swoich najbliższych, by okazywali nieme posłuszeństwo jej rozkazom, jeśli nawet ich nie rozumieli.
– Ren, ty naprawdę… – zaczął Baywhick z lekkim niedowierzaniem, ale królowa przerwała mu łagodnym gestem.
– Przygotujcie się na długą historię – powiedziała. – Prawdopodobnie zbyt długą.
***
Poell siedział wpatrzony w bordową ścianę sypialni w swojej rezydencji. W pomieszczeniu walały się granetykowe skrzynie kute żelazem, a w rogu, na pięknym stelażu wisiała zakurzona zbroja, jednak większość niewielkiego, oświetlonego skąpym blaskiem pomieszczenia zajmowało łóżko z muślinowym baldachimem. Były Arcymistrz przysiadł na łożu, podpierając się niechlujnie rękoma. Patrzył przed siebie nieprzeniknionym wzrokiem. Obok niego usiadła jego żona, Guurmen, i spoglądała na niego zmartwiona.
– Wszystko w porządku?
– Tak – odparł bez zastanowienia. – To nic.
Nic. Dobre sobie. Właśnie dowiedział się czegoś, co wywróciło jego świat do góry nogami. Nigdy wcześniej nie naciskał na Ren, by powiedziała całą prawdę, choć wiedział, że coś przed wszystkimi zataja. Teraz, kiedy woal tajemnicy został zdjęty, Poell poczuł, jakby najsroższa zima zmroziła mu serce lodowatym tchnieniem.
Wolałby się nigdy nie dowiedzieć.
Mimowolnie zacisnął pięści. A było tak pięknie! Świt. Pokój. Zwycięstwo nad ciemnością. To ostatnie nie smakowało już tak dobrze. Ta ciemność nie była tym, czym się spodziewał. A teraz, kiedy okazało się, że ona cały czas trwa, zapragnęła sprawiedliwości. I zaznała jej, przynajmniej w drobnej części. Ale co to oznaczało dla kraju? Poella przeszył dreszcz. Ludzie nie wybaczą tego królowej.
Jakież to szlachetne! – mówiła drwiąco na spotkaniu Rady Baukarsten. Naprawdę myślisz, że to wiele zmienia w kwestii oddania ziemi naszym wrogom? MOJEJ ziemi?
Dobrą godzinę zajęło wymuszenie na niej pokornej zgody z decyzją królowej. Kannoe też nie wydawał się zadowolony. A Marcello? Ciężko było go rozgryźć, ale on akurat chyba nie był oburzony, bardziej zszokowany, zupełnie jak Poell.
Co będzie dalej? Ren postanowiła ogłosić publicznie swoją decyzję za dwa dni, jednak bez wdawania się w szczegóły. Chciała wziąć odpowiedzialność na siebie. To będzie katastrofa. Ludzie uznają ją za słabą władczynię lub, co gorsza, za zdrajczynię. Potem może zdarzyć się wszystko. Na początku będzie chaos, a potem…
– Wolałabym jednak, żebyś nie kłamał.
Poell westchnął. Spojrzał na Guurmen. Siedziała na łóżku tuż obok niego w samej koszuli nocnej z ciemnego batystu, a wyraz jej twarzy pokazywał, że nie będzie tolerowała milczenia ani sprzeciwu. Na kolanach trzymała otwartą książkę obitą skórą, choć od dłuższej chwili nie przeczytała ani zdania. Poell postukał palcem w kolano.
– A ja wolałbym pomyśleć teraz nad linią melodyczną do wokalizy. Potrzebuję jej do ostatniej zwrotki…
– Nie zaczynaj – przerwała mu, mrużąc i tak już wąskie oczy.
– Dlaczego? Wokalizy to bardzo ważny element…
– Poell! – niemal warknęła Guurmen, z hukiem zamykając grube tomiszcze i odrzucając je bezdźwięcznie na poduszki.
Blondyn zamrugał, po czym westchnął przeciągle. Przecież wiedział, że nie rozluźni w ten sposób sytuacji. Nie potrafił przed żoną niczego ukryć. Nie od dzisiaj. Runął do tyłu, zapadając się w miękkim posłaniu. Nie pomogło, dalej był napięty jak cięciwa. Wpatrywał się w rozciągnięty nad łożem muślinowy, czarny jak Wszechnoc baldachim. Był naiwny, jeśli myślał, że koniec wiecznego mroku rozwiąże wszystkie problemy. Jak widać, koniec był równocześnie początkiem. Wczorajsze spotkanie z… Pasterką dobitnie mu to uświadomiło. Zapatrzył się w płynące nad nim fale materiału i pewnie spoglądałby na nie dalej, gdyby równie czarne co baldachim włosy nie zaczęły muskać go po policzkach. Spojrzał na piękną, choć poirytowaną twarz żony, która wlepiała w niego z góry przeszywające spojrzenie.
– Znowu patrzysz na mnie w ten sposób – mruknął Poell.
– W jaki znowu sposób?
– Jakbyś chciała wyszarpać siłą to, co chcesz usłyszeć. Albo rzucić się na mnie z pożądaniem. Z tym spojrzeniem nigdy nie wiado…
– POELL! – syknęła przeraźliwie głośno Guurmen.
– Gdzie twoje maniery?
– Możesz przestać robić sobie żarty? – twarz kobiety spochmurniała, a w oczach pojawił się ledwie dostrzegalny blask. Były zaszklone. – To boli.
Poell odwrócił wzrok. Przycisnął palce do oczu i boleśnie potarł powieki. Co on najlepszego wyprawiał? Co niby tym chciał osiągnąć? Uciec? Chronić żonę? Jeżeli to drugie, to wychodziło mu beznadziejnie.
– Przepraszam, nie wiem, co we mnie wstąpiło – wychrypiał.
– Nigdy nic mi nie mówisz – Guurmen odsunęła się, na powrót siadając na skraju łóżka. – Zbywasz mnie, jakbym nie była dla ciebie nikim ważnym.
Flyns zacisnął zęby. Myślał wręcz przeciwnie. Nie chciał obarczać swoimi problemami kogoś, na kim mu zależy. Nie chciał, żeby Guurmen czuła się tak samo jak on. Powoli podniósł się z posłania, żeby znaleźć się obok niej. Popatrzył na nią. Czarne włosy spływały bezwładnie w dół z jej spuszczonej głowy. Wyglądała na przybitą znacznie bardziej od niego. Nie to chciał osiągnąć. Zdecydowanie nie to. Ostrożnie ujął jej dłoń. Była lodowata, jakby spragniona ciepła.
– Jesteś wszystkim, co jest dla mnie ważne – szepnął. – Bez ciebie może nigdy nie odnalazłbym… No wiesz. Siebie.
– Więc dlaczego…
– Właśnie dlatego – zaplótł palce wokół jej palców. – Ale widzę, że efekt jest zgoła odwrotny.
– Zgoła odwrotny – mruknęła Guurmen, a jej kąciki ust drgnęły nieznacznie. – Cóż za sformułowanie. Godne oczytanego szlachcica.
– Mam dobrą nauczycielkę.
– Mam nadzieję, że to nie po to, żebym wydała się przy tobie głupia.
Poell roześmiał się cicho, czując, że jego mięśnie nieśmiało zaczynają się rozluźniać. Guurmen również parsknęła śmiechem.
– Z tobą by się nie udało – stwierdził Flyns. – Prędzej sam wyszedłbym na głupca.
Kobieta dumnie uniosła podbródek.
– Niewykluczone – odparła. – To jak? Powiesz mi, czy może mam strzelić w ciebie piorunem?
Poell uśmiechnął się szczerze.
– To nie będzie coś, co miło usłyszeć na dobranoc.
***
Ren stała ze zrezygnowaną miną pośród wyginających się na wietrze wysokich traw i wyrastających z ziemi nagrobków, które wydawały się patrzeć na nią w milczeniu. Zwłaszcza jeden – ten, przed którym się znajdowała. Zdobiąca go piękna płaskorzeźba przedstawiająca miecz mieniła się różnymi odcieniami w zachodzącym z wolna słońcu. Grób nurzał się w ciepłym oranżowym świetle i sprawiał wrażenie, jakby chciał się pożegnać. Ren odetchnęła cicho. Może i ona powinna już stąd odejść. Spędziła na cmentarzu zdecydowanie za dużo czasu. Mocno otuliła się cynobrowym płaszczem, który dużo częściej nosiła przed laty. Wieczór był wyjątkowo chłodny jak na późne lato.
– Co ty byś zrobił, Rhyan? – zapytała półszeptem. – To samo co ja?
Odpowiedziała jej cisza, choć Ren bardzo chciała usłyszeć słowa potwierdzenia. A przynajmniej otuchy.
– Nie Rhyan rządzi królestwem – usłyszała nagle i niemal podskoczyła. – Ty to robisz.
Odwróciła się raptownie. W jej stronę spokojnie maszerowała Fae, przyodziana w złocisty, podkreślający sylwetkę strój, który miała na sobie, gdy pierwszy raz się spotkały. Jej czerwone jak żywa krew włosy falowały na wietrze, na twarzy zagościł wyraz zrozumienia, którego próżno było szukać podczas ostatniego incydentu w ogrodzie. Po chwili stanęła obok siostry, tuż przy grobie Rhyana.
– Śledziłaś mnie?
– To nie było konieczne – odparła Faerrien. – Zbyt często tu przychodzisz.
Przez chwilę obie wpatrywały się w niebo. Słońce skąpało horyzont pomarańczowym blaskiem i pudrowało różem pasma chmur. Cmentarz znajdował się na wzniesieniu, a piromantki stały na jego szczycie, skąd rozpościerał się widok na bezkresne połacie ziemi, na których całkiem niedawno powstały niewielkie wsie i gospodarstwa. Obraz złotych pszenicznych pól i przygotowań do corocznych żniw w świetle zachodzącego słońca każdemu wydałby się kojący, wyciszający. Dla Ren z kolei powinien być powodem do dumy, napawać ją optymizmem, a tymczasem królowa czuła pustkę. Spokój, który tu panował, miał zostać wkrótce zmącony.
– Był dla ciebie ważny, prawda? – Fae wyrwała siostrę z zamyślenia, wskazując grób. – Na pewno byłby z ciebie dumny.
– Tak myślisz? – mruknęła Ren beznamiętnie.
– Trudno mi mówić za niego, ale tak mi się wydaje. To jednak bez znaczenia.
Młoda królowa obróciła głowę w kierunku Fae i zamrugała.
– Co masz na myśli?
– Jest teraz w Ethnaris. Albo czymkolwiek jest i jakkolwiek nazywa się królestwo umarłych. Ty masz królestwo tutaj. To ty masz być dumna ze swoich decyzji.
Ren westchnęła ciężko i odchyliła głowę, kierując wzrok ku górze. Przez moment wydawało jej się, że zobaczyła ledwie widoczną nić białego światła, która przecięła rdzawe niebo. Kiedy jednak mrugnęła, nie dostrzegła już nic. Przedziwne. Chyba była zbyt zmęczona, ostatnie dni wyssały z niej resztki energii.
– Dumna – szepnęła w końcu. – To powinny być decyzje dobre dla wszystkich, a nie takie, które mnie zadowolą.
– A dokonałabyś teraz innego wyboru?
– Nie.
Fae uniosła kąciki ust i położyła dłoń na ramieniu byłej adeptki.
– I tego się trzymaj.
– Jeszcze niedawno nie byłaś tak pozytywnie do tego nastawiona – mruknęła Ren. Ciągle była posępna, choć nieco się rozluźniła. – I to delikatnie mówiąc. Skąd ta zmiana?
Faerrien wzruszyła ramionami, zrzucając z nich fale czerwonych włosów.
– Zrozumiałam, że to nie ja jestem królową – oznajmiła, a wiatr smagnął jej policzki. – Może to i dobrze, najpewniej obróciłabym ten kraj w ruinę. W każdym razie, kiedy po spotkaniu Rady wypaplałaś prawdę mi i tacie, wszystko stało się jasne. No i w końcu zrozumiałam, o co chodzi. Dalej ciężko mi to jakoś przyswoić, ale wszystko, co zrobiłaś do tej pory, wyszło nam na dobre, więc dlaczego teraz nie miałoby tak być? Czy zrobiłabym to samo co ty? Prawie na pewno nie. Czy plułabym sobie potem w brodę? Prawie na pewno tak – zamilkła na chwilę. Przez moment słychać było jedynie oddechy, szum wiatru i bicie serc. – Wierzę w ciebie, Ren. Naprawdę. Choć nie ukrywam, ciągle jestem wkurzona, że przez cztery lata nie pisnęłaś ani słowa.
Ren uśmiechnęła się nieznacznie.
– Kto by nie był – wychrypiała.
– Prawda? – Fae wyszczerzyła zęby i szturchnęła siostrę łokciem. – Nareszcie to ja mam prawo być zła na ciebie, nawet nie wiesz, jaka to ulga. Jeszcze mi to wszystko jakoś wynagrodzisz, ale na razie masz ważniejsze rzeczy na głowie. Mówiąc szczerze, uważam, że oddanie cieniom, czy tam Pasterzom, Fretzlandu to był kretyński pomysł, ale druga opcja też nie wydawała się dobrą decyzją. Wierzę, że podjęłaś najlepszą, jaką mogłaś. No i byłabym hipokrytką, gdybym nie rozumiała też cieni. Chciały i chcą sprawiedliwości, tak jak ja. Ja ją otrzymałam. Czemu one miałyby jej nie dostać?
– Tu nie chodzi tylko o sprawiedliwość i współczucie. Wojna z Pasterzami mogłaby…
– Daj spokój, Ren, przecież cię znam. Nie musisz udawać – Fae pokręciła głową. – Zawsze chcesz dla wszystkich dobrze, cała ty. Nie zawsze tak się da, ale będę stać przy tobie i obserwować twoje próby.
Ren uśmiechnęła się pogodnie i popatrzyła w kocie, przyozdobione czarnymi wachlarzami rzęs oczy. Biło z nich ciepło, ale też wiara. Wiara, że wszystko skończy się dobrze, że Ren podoła wyzwaniu. Ta sama wiara, którą ona kiedyś pokładała w Rhyanie.
– Dziękuję, Fae.
– Drobiazg, dziecino – rzuciła siostra tonem mistrzyni, choć przecież była niewiele starsza od Ren.
– Nigdy mi nie odpuścisz? – królowa prychnęła i uniosła brew.
Na twarzy Faerrien błysnął uśmiech szeroki od ucha do ucha.
– Nigdy, przenigdy i jeszcze raz nie – odparła. – A teraz pierś do przodu i wcielaj plan w życie. To będzie katastrofa, ale już niejedną katastrofę przeżyłyśmy.
Rozdział IV
Kielichy i głupcy
Razielu, to zaiste ciekawe. Posłałam na miejsce pokutników, żeby to zbadać, wkrótce powinni przybyć do Twojego dominium. Niestety, obawiam się, że nie zjawię się na miejscu osobiście. Na razie niech nikt nie zbliża się do tego przejścia. Strzeż go najlepiej, jak potrafisz. Ufam, że Twoja gwardia jest równie wierna jak Ty. Cześć i chwała Stwórcy, Panu Gwiazd
Metatra, Ta, Która Wskazuje Drogę
***
Gabrielle nieustannie wzbijała się w górę, tnąc chłodne powietrze. Lotki upierzonych skrzydeł furczały jak targana wichurą chorągiew. Kobieta zacisnęła palce na gładkim, przejrzystym kamieniu mieniącym się wszystkimi kolorami tęczy nawet w stłumionym blasku zachodzącego słońca. Przywołała wspomnienie, które mogło obudzić moc kryształu. Wokół zawirowała magia iskrząca się całą paletą barw. Gabrielle wzięła głęboki oddech i zamknęła oczy. Przywołała wszystkie emocje, które towarzyszyły jej przez długie życie. Wpuściła moc do ciała i poczuła, jak ta rozsadza je od środka. Jakby druga dusza znalazła się wewnątrz niej. Wiedziała, że ma nie więcej niż sekundę, nim piękna magia ją zabije. Ryknęła na całe gardło, kiedy otoczyła ją biała poświata. Wciąż wznosiła się wyżej, ale teraz nie cięła jedynie powietrza, a warstwy niewidzialnej materii, które z jednej strony próbowały powstrzymać jej ciało, a z drugiej otwierały się zapraszająco przed kipiącą z niej mocą. Wszystko to trwało mniej niż mrugnięcie okiem, choć dla Gabrielle ta chwila wydawała się całą wiecznością.
W końcu runęła na białą posadzkę, turlając się jak rzucony kamień. Gładkie podłoże zapiszczało pod jej sunącym ciałem, kiedy usilnie starała się wyhamować. Minęło dobrych kilka sekund, nim wreszcie się zatrzymała. Spojrzała na wielobarwny kryształ, który ściskała w dłoni. Był bezużyteczny. Dwa zastosowania wypaliły z niego całą magię. Skrzywiła się. Jeśli to, co zobaczyła przy monolicie, było prawdą…
Pokręciła głową. Nie mogła teraz o tym myśleć. Odrzuciła tęczowy kamień i wstała chwiejnie na równe nogi. Poprawiła miecz wiszący u pasa. Czuła echo ulotnej, rozdzierającej mocy. Każdy skrawek jej dłoni, każda część ramion, każdy centymetr tułowia – wszystko paliło jak diabli. Do tego miała ochotę zwymiotować od zawrotów głowy. Taka była cena za przedostanie się za Horyzont Przejścia. Do Ethnaris. Jednocześnie Gabrielle odetchnęła z ulgą. Powietrze było tu wyraźnie lżejsze i nie tak przytłaczające jak na Fareanie.
Rozejrzała się po znajomym miejscu. Jednolicie biała podłoga pod jej stopami formowała coś w rodzaju zawieszonego pośród niczego mostu bez jakiejkolwiek balustrady. Po obu jego stronach kłębiła się mleczna mgła przyprószona złotym, migotliwym pyłem. Gabrielle znajdowała się na jednym z gwiezdnych pomostów, które łączyły dwory w dominium Domu Leo. Ten konkretny prowadził z jednej strony do Dworu Lwiątka, a z drugiej do Dworu Lwa – najważniejszego ze wszystkich w tym dominium, będącego siedzibą Diuka Raziela i zarazem rodzinnymi stronami Gabrielle.
Kobieta szybko poprawiła białą grzywkę opadającą na skronie i ruszyła pewnym krokiem przed siebie, w stronę Dworu Lwa. Po drodze minęła kilkunastu innych Stelarnych, którzy zmierzali w przeciwnym kierunku. Wszyscy ze skrzydłami, wszyscy o lśniących, śnieżnych włosach. Odziani w srebro, złoto i biel kroczyli przed siebie z wypiętą piersią, choć niektórzy klęli pod nosem lub szeptali do siebie. Ostatnio w całym Ethnaris zrobiło się niespokojnie. Odkąd Hella i Casyntiel zniknęli, Stelarni przestali być tak beztroscy jak wcześniej. Krążyły różne plotki. Dobrze, że nikt w dominium nie miał pojęcia, że Gabrielle udała się na Farean. Fiasko jej misji zrodziłoby kolejne wątpliwości. Wiedziała też, że nie powinna udawać się w pierwszej kolejności na Dwór Lwa, a na Astralny Dwór, gdzie zlecono jej zadanie i powierzono drogocenny pryzmatyt. Należała wszak do pokutników i jako jedna z nielicznych spoza Domu Virgo, który trzymał w garści całe Ethnaris, mogła otrzymać jeden z gwiezdnych kamieni. Cóż, plany się trochę pozmieniały.
Wkrótce dotarła do gigantycznej kolistej platformy, na której wznosiły się rozmaite konstrukcje – również otoczonej całunami błyszczącej mgły. Część budynków lewitowała w powietrzu, przykuta do białego podłoża złotymi łańcuchami – do każdego z tych gmachów prowadził szereg unoszących się niby chmury stopni – inne pięły się dziarsko ku jasnemu niebu. Kopulaste, błękitne, złote i srebrne dachy budowli świeciły najróżniejszymi zdobieniami, a ich wyginające się na kształt walca elewacje raziły jednolitą bielą. Próżno było szukać na olbrzymim placu dróg. Wszystkie gmachy wzniesiono w równej odległości od siebie, a pomiędzy nimi sterczały smukłe spiżowe kolumny zwieńczone popiersiami lwów z przeróżnymi wyrazami pysków.
Gabrielle ruszyła przed siebie do centrum Dworu, mijając po drodze zajętych sielską codziennością Stelarnych, ale też i takich, którzy zbierali się w cieniu budynków w szepczące grupki. Dostrzegła, że część z nich wskazuje palcem jakieś miejsce. Zmrużyła oczy, ale nie miała teraz na to czasu. Musiała porozmawiać z Razielem. Miała nadzieję, że jej wiarozwiązły ją zrozumie.
Szybko znalazła się przed wielkim gmaszyskiem zbudowanym na planie sześcioramiennej gwiazdy. Sześć marmurowych, rozchodzących się w każdą stronę szpiczastych bastionów wyglądało jak sześć dziobów statków z majestatycznymi galionami wyrzeźbionymi na kształt lwich paszczy. Ze środka konstrukcji wyrastała wielopiętrowa wieża, łypiąc wyglądającymi jak kocie oczy oknami na każdego, kto się zbliżył.
Jak dobrze być w domu, pomyślała Gabrielle i pewnym krokiem, choć z sercem łomoczącym w piersi, zbliżyła się do sporej, łukowatej bramy.
***
Wykrzywiła usta w ponurym grymasie. W siedzibie Raziela trwała wielka biesiada. Od kilku godzin Gabrielle cierpliwie siedziała w wielkiej sali pełnej skrzydlatych Stelarnych i stołów przykrytych nieskazitelnie białymi obrusami. Kopulasty błękitny sufit wspierał się na kolumnach ze złota, a ściany zdobiły eleganckie gobeliny przedstawiające różne wyobrażenia Stwórcy – od istoty przypominającej Stelarnego, przez jaśniejącą gwiazdę, aż po ogromnego smoka. Nie było w tym nic dziwnego, w końcu nikt nigdy nie widział go na oczy. Pomieszczenie wypełniał gwar. Głośne krzyki i ciche szepty sklejały się w jednostajny szum, który z każdą minutą stawał się coraz bardziej męczący. W dłoniach Stelarnych tańcowały kielichy wypełnione żywowodą (którą wynaleziono wieki temu, na wzór trunków z Fareanu), a Gabrielle aż mdliło od ich nadmiernego blasku. Ciekawa sprawa. Metatra zabroniła pijaństwa pod groźbą przymusu służby w szeregach pokutników, ale biorąc pod uwagę, jak masowe było użycie żywowody, najczęściej przymykała na to oko. Szkoda, że dla Gabrielle nie była tak wyrozumiała.
Czekając cierpliwie na wygodnym siedzisku, aż Raziel raczy pojawić się w sali balowej, pokutniczka zdążyła dowiedzieć się, skąd to całe świętowanie. Podobno jej wiarozwiązły odkrył coś, co może pozwolić Domowi Leo wkupić się w łaski Metatry. Zacisnęła pięści. Pamiętała, co mówił jej Casyntiel Ruxfer i co widziała przy monolicie. Jej zadanie mogło być trudniejsze, niż przypuszczała.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki