Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Minęło tysiąc lat, odkąd świat przykryła Wszechnoc. Ludzie przetrwali dzięki mocy ukrytej w kamieniach. Zbudowali nowe imperia, prowadzili kolejne wojny. Niemal zapomnieli o niebezpieczeństwie czyhającym poza granicami wyznaczonymi przez ochronną moc. Nad spokojem mieszkańców stale czuwają Cieniobójcy, którzy patrolują trakty i likwidują próbujące wedrzeć się do zabezpieczonej strefy Cienie. Rhyan to młody i arogancki Cieniobójca, który nieoczekiwanie zostaje dowódcą oddziału i musi go stworzyć od nowa. Targana lękami z przeszłości Ren odkrywa w sobie potężny dar, który zmusza ją do ucieczki z rodzinnego miasta. Król Tennaer próbuje naprawić błędy ojca i ocalić królestwo przed upadkiem. Moc kamieni słabnie, a ich zapasy się kończą. Ograniczone zasoby powodują napięte relacje między poszczególnymi nacjami. Pokój wisi na włosku. Tymczasem w mroku wiecznej nocy pojawia się nowe zagrożenie, które zwiastuje nieuchronny koniec.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 347
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 10 godz. 12 min
Lektor: Marcin Procki
Prolog
Dayenar chwycił pazurami wierzchołek samotnej skały i wdrapał się na nią, by obserwować nadejście nieuchronnego końca. Słońce oświetlało jego półprzezroczyste ciało, ukazując zarys kości i narządów wewnętrznych. Kryształowa skóra migotała wyraźnym i szlachetnym blaskiem. Siedział na kamieniu, wspierając się na przednich łapach i rozpościerając skrzydła. Na jego podłużnym pysku malował się smutek zmieszany z bezradnością.
– Zawiedliśmy – usłyszał.
Na skałę obok wpełzł stwór podobny do Dayenara, jednak pozbawiony zewnętrznej powłoki. Jego szkielet był dobrze widoczny, natomiast trzewia wydawały się mgliste i rozmyte. Skrzydła miał kościste, a ich błony wyglądały jak sfatygowane długą bitwą chorągwie, postrzępione przy krawędziach i nieregularnie podziurawione na całej powierzchni. Szczudlaste łapy i poskładany z rozpadających się kręgów ogon zadziwiająco dobrze wspomagały stwora w utrzymaniu równowagi. Zarówno te, jak i wszystkie inne jego kości spowijała gęsta nefrytowa mgła, na pierwszy rzut oka niestabilna, a jednak kurczowo trzymająca się groteskowego ciała, jak dziecko matczynych objęć.
– To koniec, Dayenarze – słowa wydobyły się z wnętrza kościstego stwora, chociaż ten nie otwierał uzębionej paszczy.
Obserwowali czyste niebo i kojące promienie słońca, które oświetlały krajobraz, zalewając go ciepłem i eksponując jego piękno – zielone połacie łąk i gęste lasy, miasta, które zdawały się z tej perspektywy małe niczym miniaturowe makiety, a w oddali także zarysy ośnieżonych gór dumnie pokazujących strome granie i strzeliste szczyty. Kontynent Farean tętnił życiem, wszystko wyglądało tak, jak powinno. Wszystko, poza jednym szczegółem, który psuł całe to piękno jak robak drążący dojrzałe jabłko. Na horyzoncie, niczym zaczątek śmiertelnej choroby, pojawił się mrok, który stopniowo pochłaniał firmament. Kawałek po kawałku zabierał jaśniejące słonecznym blaskiem niebo. Ławica czarnych jak smoła nici kłębiła się pod błękitną kopułą, by uszyć własne, pozbawione światła sklepienie.
Stojący na skale towarzysze wymienili się spojrzeniami. Wszystko, na co teraz patrzyli, miało przestać istnieć.
– To nie koniec. Jeszcze nie, wciąż możemy coś zrobić. Mogę spróbować zakrzywić tę sferę i…
– Nie – przerwał kościsty stwór, słysząc bezsensowną desperację w głosie Dayenara. – Czas się z tym pogodzić, już nic nie da się zrobić. Zakrzywienie tylko odwlecze w czasie naszą porażkę. Już tego próbowaliśmy.
Dayenar odetchnął głęboko, przez skórę można było zauważyć jego bijące serce.
– Jest jeszcze jedno wyjście – popatrzył znacząco na towarzysza.
Ten cofnął lekko łeb. Wiedział.
– To samobójstwo, Dayenarze!
Dayenar odwrócił się w kierunku pożeranego przez ciemność nieboskłonu. Patrzył, jak czarne niczym smoła macki łapczywie sięgają po kolejne skrawki firmamentu, dusząc błękit i zarzynając szukające drogi przez mrok promienie słoneczne.
– Nie zamierzam uciekać – powiedział twardo. – Złożyliśmy obietnicę.
– Są rzeczy ważniejsze niż obietnice – stwierdził kościsty stwór. – Nie udawaj, że jesteś taki szlachetny.
Dayenar przeszył go wzrokiem.
– A co zamierzasz zrobić?! – zapytał ostro. – Uciec? Dokąd? Tu nie ma dokąd uciekać! Strzeżenie tych ziem to nasze jedyne zadanie! Zostawisz te wszystkie istoty na śmierć i odlecisz za Horyzont Przejścia, by tam czekać na koniec? Nawet nie wiemy, gdzie on jest! Ani co tam na nas czeka.
– Zawsze można spróbować – mruknął w odpowiedzi kościsty stwór. – Lepsze to niż śmierć tu i teraz. Moglibyśmy znaleźć dla nas inny plan.
Dayenar pokręcił głową.
– Czas jest bez znaczenia, Nephritionie. Nie ma innego planu. Dobrze wiesz, że mamy tylko jedną szansę.
Puste, spowite zielonkawą mgłą oczodoły jego towarzysza przez dłuższą chwilę pozostawały skupione na trawionym przez ciemność nieboskłonie.
– To będzie koniec wszystkiego, wiesz o tym? – powiedział w końcu.
– Mylisz się – zaprzeczył Dayenar. – To będzie koniec jedynie naszych istnień. Przynajmniej w formie, jaką znamy teraz. To brak działania będzie końcem wszystkiego.
Nephrition milczał. Szukanie w nim teraz jakiejkolwiek pewności byłoby bezcelowe. Czarna powłoka na niebie wciąż łapczywie pożerała dogorywający błękit, jakby był bezbronną ofiarą. Smoliste smugi zaczęły spadać na ziemię niczym ulewny deszcz, a powietrze zrobiło się ciężkie. Nephrition uginał się na swoich wcześniej stabilnych łapach, zupełnie jakby ktoś przywiązał mu do szyi kowadło.
– Boję się, Dayenarze – wyszeptał w końcu. – Cholernie się boję.
Ten posłał mu ciepłe spojrzenie.
– Boimy się tego, co nieznane, Nephritionie. Ja też się boję. Jednak dobrze wiem, że musimy to zrobić. Ty też to wiesz.
Nephrition wydał z siebie coś w rodzaju desperackiego śmiechu, stłumionego przez kłęby otaczającej go mgły.
– Dayenarze, ty sukinsynu! Ty i te twoje bzdury.
Roześmiali się.
– To jak? – zapytał towarzysza Dayenar. – Dotrzymamy obietnicy?
Zapanowała cisza. Oba stworzenia patrzyły, jak błękitne niebo znika kawałek po kawałku. W oddali zaczęły wirować kruczoczarne skupiska mgły.
– A niech cię Mrok pochłonie, Dayenarze! Zwołam braci, zakończmy to raz na zawsze!
Rozdział I
Koliber
Zaklinanie to sztuka stosunkowo nowa, a jednak umiłowana przez wszelkie ludy, zwłaszcza osoby zamożne, gdyż za odpowiednią sumę zakląć przedmiot może każdy śmiertelnik.
***
Rhyan Freeze chwycił za miecz. Wysuwający się z pochwy stalowy oręż otoczyły dwie mgliste smugi – szafirowo-niebieska oraz czarno-biała. Kolory wiły się wokół broni, po czym wtopiły w nią, znikając bez śladu. Zachowanie bladoskórego chłopaka wzbudziło czujność jego towarzyszy. Rhyan nie wypowiedział ani jednego słowa. Zamiast tego fioletowymi jak ametyst oczami świdrował ciemność – wszechobecną poza ubitym traktem, który patrolował wraz ze swoim oddziałem. Czarną noc rozświetlały tylko bijące żółtym blaskiem heliodory ustawione wzdłuż drogi w niewysokich lampach.
Freeze wiedział, skąd nadejdzie zagrożenie. W jakiś przedziwny sposób potrafił wyczuć cienie w pobliżu, sam do końca nie zdawał sobie sprawy, dlaczego. Nie marnował czasu. Kiedy tylko nadszedł odpowiedni moment, wykonał piruet, zwracając się w lewą stronę i wystawiając klingę przed siebie. Bezkształtna czarna istota, której jeszcze chwilę wcześniej tam nie było, nadziała się na pędzące ostrze, zanim zdążyła przybrać formę. Rozpłynęła się we mgle.
– Wyczerpany onyks! Tutaj! – krzyknął ktoś z oddziału Rhyana.
Chłopak otarł pierwsze krople potu, które zrosiły jego dość krótko przystrzyżone włosy. Ogarnął spojrzeniem szeroki na dwadzieścia stóp trakt. Para wąskich oczu błądziła po otoczeniu, szukając zagrożenia.
W okamgnieniu powietrze zgęstniało i pociemniało, by chwilę później zacząć przeistaczać się w zbite kłęby czarnego dymu. Widok ten zawsze mroził krew w żyłach, niezależnie od tego, czy było się cieniobójcą, czy też zwykłym kupcem przemierzającym trakt. Smoliste tumany przeobrażały się z każdą sekundą, tworząc wokół siebie nieregularne kończyny, powyginane kolce, groteskowe wyrostki i coś na kształt pokracznych, wydłużonych łbów. Stwory nie potrzebowały wiele czasu, by przybrać materialną formę, choć ta z jakiegoś powodu wydawała się wybrakowana. Ich powykręcane ciała o nieokreślonych kształtach były otoczone wieńcami ciemnej mgły, która od czasu do czasu odpryskiwała na boki jak iskry.
Cienie – bo tak ludzie nazywali te istoty – formowały się w pośpiechu. Rozpoznały swoją sytuację. Oddział cieniobójców był już w gotowości. Odziani w czarne, dwurzędowe mundury i białe peleryny wojownicy dobyli broni. Wokół obnażanych ostrzy kłębiły się czarno-białe smugi, by zaraz potem zniknąć w głębi mieczy. Stal zaświszczała w powietrzu. Większość cieniobójców rozpoczęła likwidację cieni w ślad za Rhyanem, zupełnie tak, jakby było to kolejne rutynowe zadanie do wykonania. Będąc pod ochroną przedniej formacji, jeden z pododdziałów podjął się operacji wymiany onyksu w ustawionej obok traktu kamiennej kapliczce, z której – podobnie jak z lamp – wydobywał się żółty, niemal złocisty blask nieoszlifowanego heliodoru. Obok świecącego kamienia, pod niewielką półkolistą kopułą, znajdował się również drugi – czarny onyks, przyozdobiony przez naturę białymi akcentami. Oba sporych rozmiarów klejnoty dotykały się wzajemnie, leżąc na gołej ziemi. Z jakiegoś powodu wydawało się, że są ze sobą połączone.
– Chronić kapliczkę i utrzymać pozycje!
Siwiejący dowódca nie dobył miecza. Dharyl Piercer, bo tak się nazywał, stał z uniesionym kanciastym podbródkiem tuż za swoimi ludźmi, którzy utworzyli krąg wokół kapliczki. Wydawał rozkazy. Mimo że nie brał udziału w bezpośredniej walce, grał rolę dyrygenta, bez którego oddział zacząłby działać chaotycznie.
– Prawa flanka, zacieśnić szyk! – polecił. – Lewa flanka, formacja igieł, będą nacierać! Tyły, atakujcie ten cień, jest odsłonięty! Front… – przerwał mu dźwięk świszczącego ostrza Rhyana, który znajdował się we frontalnej względem dowódcy części kręgu. – Tak trzymać!
Cięcie. Wrzask. Znowu cięcie.
Śmiertelny balet rozpoczął się na dobre. Dwa tuziny wojowników stawiały opór coraz liczniejszym, formującym się z kłębów dymu istotom, które – po zyskaniu jakiejkolwiek postaci – ruszały do ataku. Stal wirowała w powietrzu, pozostawiając po wrogach jedynie czarną mgłę. Cieniobójcy wykonywali cięcia z chirurgiczną precyzją. Nie było miejsca na błędy, jedno potknięcie mogło oznaczać złamanie szyku i niepowodzenie operacji. Cienie musiały zostać wyeliminowane szybko i tak też się działo. Kiedy tylko jakiś stwór zbliżał się do formacji, trafiał na ścianę mieczy, która rozrywała jego powyginane ciało na strzępy i przerabiała je na bezkształtną mgłę. Trudno było się dziwić, oddziały cieniobójców były jednostkami elitarnymi w każdym kraju, a te z Khigoru uchodziły za najlepsze na kontynencie.
– Nie pozwólcie im wejść do środka! – rzucił ochrypłym głosem dowódca, a zmarszczki na jego czole, choć już i tak doskonale widoczne, jeszcze bardziej się pogłębiły.
Rhyan świetnie zdawał sobie sprawę ze znaczenia słów przełożonego, jednak tym razem w oddziale byli również nowi rekruci. Taka sytuacja za każdym razem rodziła obawy. Chłopak popatrzył na towarzyszy. Żaden z nowicjuszy nie zawahał się ani razu, kiedy zobaczył szarżującego stwora. To dobrze, cieniobójcom nie wolno było się bać.
Rozmyślania przerwał mu cień, który ze straszliwym piskiem rzucił się w jego kierunku. Rhyanowi nawet nie drgnęła powieka. Wertykalne cięcie rozdzieliło tułów stwora na pół. Mimo wątłych ramion Rhyan uderzał z nieprawdopodobną prędkością, co dało mu przydomek Koliber – nawiązujący do ptaka z zamierzchłych czasów, który poruszał skrzydłami w niesamowitym tempie, zupełnie jak Freeze swoim Świstem – mieczem zaklętym nie tylko onyksem pozwalającym ranić cienie, lecz także szafirem, co czyniło go niesamowicie lekkim dla dzierżącego.
– Wyczerpany onyks wyjęty, umieszczamy nowy! – zameldował Bhranny, krępy młodzieniec z pododdziału wymieniającego, po czym stalowym szpikulcem zaczął kreślić runę na czarno-białym kamieniu.
Stojące przy drodze onyksy odpędzały cienie na pewnym obszarze, ale tylko jeśli miały kontakt z heliodorem, klejnotem dającym blask. Mało tego, oba musiały zostać aktywowane przez wyrycie runy, zupełnie jakby ktoś zaprojektował mechanizm, tak aby kamienie mogły tworzyć nieprzerwany łańcuch przetrwania dla ludzkości, ale tylko pod pewnymi warunkami. Bowiem wszystkie z czasem traciły moc i trzeba je było wymieniać.
– Rhyan, Kolibrze ty mój, pokaż im, jak to się robi! – warknął Dharyl z delikatnym uśmiechem na ustach, gdy zobaczył, jak jego podopieczny zgrabnym pchnięciem posłał w niebyt następny cień.
Nie było tajemnicą, że Freeze był ulubieńcem dowódcy. W ciągu zaledwie kilku lat służby poczynił większe postępy niż niejeden weteran przez całą swoją karierę. Może nie był zbyt sympatyczny, za to piekielnie skuteczny. Koliber uśmiechnął się w duchu, a na jego twarzy malował się wyraz skupienia. Tańczył wraz ze Świstem pośród coraz liczniejszych cieni, zadając śmiertelne ciosy. Ciął na ukos, by zaraz potem wykonać zamaszyste poprzeczne uderzenie, zamieniając w czarną mgłę kilku nacierających wrogów naraz. Nie zatrzymywał się nawet na moment, po jednej serii precyzyjnych pchnięć wykonywał kolejną, zabijając następne cienie. Rhyan nie odczuwał ciężaru broni, nie ograniczała go w wyprowadzaniu płynnych kombinacji ciosów. W jego uderzeniach nie było nienawiści, nie miał wszak powodu, by nienawidzić cieni. Traktował je jak zagrożenie, które trzeba wyeliminować. Oczywiście nie za darmo. Część cieniobójców uważała się za szlachetnych obrońców, ale Rhyan nie widział w tym nic szlachetnego. Chodziło mu przede wszystkim o wysoki żołd. Zresztą tak naprawdę żaden z jego towarzyszy nie zostałby cnotliwym bohaterem, gdyby miał pracować bez odpowiedniego wynagrodzenia. W gruncie rzeczy liczyły się tylko drewniane monety. Świat był zbyt brudny dla ludzi o czystym sercu i zbyt drogi dla bezinteresownych. Niektórzy trwonili majątek na wizyty w zamtuzach, by zakosztować przyjemności, inni na grze w aleksandrytowe szachy, łudząc się, że zbiją fortunę. Jeszcze inni za żołd utrzymywali rodziny, które liczyły, że ich mąż lub ojciec wróci bezpiecznie z patrolu. Rhyan natomiast miał obsesję na punkcie ostrzy, które nieustannie gromadził i ulepszał.
Cięcie. Młynek. Unik.
Cienie nawet na moment nie przestawały nacierać. Chłopak sparował atak przypominającego ostrze ramienia, po czym błyskawicznie znalazł lukę w obronie i wbił klingę prosto w pierś potwora, a ten z upiornym wrzaskiem rozpłynął się w powietrzu.
Tak, zdecydowanie miał obsesję. Ostrza dawały mu siłę, namiastkę potęgi. Chciał coś sobie udowodnić. Sobie i…
Nagle, w przerwie pomiędzy jednym cięciem a drugim, Rhyan zauważył coś niepokojącego. Na tyle, że przeszył go dreszcz, którego nie doświadczył od pamiętnego patrolu, kiedy rzucił się w samo serce ciemności, aby pomóc Nhathanielowi. Niemal o tym zapomniał. Dlaczego teraz to wspomnienie wróciło?
Otrząsnął się z niego. To nie był moment na przemyślenia. W mroku nocy, na granicy pola widzenia zapewnianego przez światło lamp, dostrzegł zarys ludzkiej sylwetki. Przełknął ślinę, drgnęły mu powieki. To nie mógł być człowiek. Żaden nie nadszedłby z ciemności Wszechnocy. Co więcej, atak cieni chwilowo ustał, tak jakby te oczekiwały czyjegoś przybycia. Na moment zapanowała cisza. Zamilkł nawet wiatr, który wcześniej delikatnie smagał ocieplone futrem peleryny cieniobójców. Potem słychać było jedynie kroki. Ciężkie i powolne, jak gdyby z mroku nocy wyłaniał się olbrzym. Rhyan poczuł chłód przeszywający jego skórę. Zaczął drżeć. Miał wrażenie, że jego nos, ręce i policzki stały się czerwone, jednak kiedy spojrzał na dłoń, ta okazała się tak samo blada jak zawsze. Szczęknął zębami, gdy postać podeszła bliżej. Teraz mógł lepiej jej się przyjrzeć.
Tajemniczy przybysz odziany był w czarny, dwurzędowy mundur cieniobójcy, jednak brudny i podniszczony, z guzikami wyblakłymi i wytartymi, które nie błyszczały już w świetle heliodorów. Do pełnego stroju brakowało mu jedynie białej peleryny. To jednak nie ubiór budził największy niepokój. Nad kołnierzem, w miejscu, gdzie powinna się znajdować twarz, można było dostrzec jedynie ciemność. Jednolicie czarna głowa przypominała ziejącą pustkę, z której w ciszy buchały smoliste płomienie.
Kiedy istota przerwała swój upiorny pochód, wydawało się, że wraz z nią zatrzymał się również czas. Cieniobójcy tępo wpatrywali się w mroczną postać, zastygając w bezruchu. Po chwili przybysz otworzył dłoń, a powietrze wokół niej zaczęło się zakrzywiać, tworząc ospale kręcący się wir, który ciemniał z każdą sekundą, by w końcu wydłużyć się i uformować miecz. Jego ostrze wyglądało na niestabilne, zupełnie jakby zaraz miało się rozwiać, a jednak trzymało się swojej nieokreślonej formy, kiedy istota nim poruszyła. Cieniobójcy zaczęli drżeć, część opuściła gardy, wstrzymując powietrze, zapominając o oddychaniu.
– Kurwa jego mać – zaklął pod nosem Dharyl, a na jego skroni pojawiła się kropelka potu. – Utrzymać pozycje!
Obnażył miecz, a wokół ostrza oprócz czerni i bieli zawirowała także zieleń. Szmaragdowe zaklęcie. Dowódca zacisnął dłonie na rękojeści. W tym momencie przestał jedynie dyrygować, stał się pełnoprawną częścią bitewnej orkiestry, a to nie oznaczało niczego dobrego.
– Upiór – wyjąkał Gehnn, jeden z młodszych stażem i wiekiem cieniobójców, po czym zastygł, opuszczając miecz.
Wtedy jeden z pobliskich cieni brutalnie wykorzystał okazję i zaatakował. Przebił pierś przestraszonego młodzieńca swoim przypominającym kolec ramieniem. Z rany trysnęła krew, kiedy potwór wydarł kończynę z ciała ofiary, pozostawiając paskudną dziurę na środku torsu. Mężczyzna upadł, dławiąc się krwią. Cień zapiszczał przeraźliwie i natychmiast wdarł się do środka okręgu razem z trójką towarzyszy. Pozostali cieniobójcy zamknęli pierścień, ale doskonale wiedzieli, że są na straconej pozycji, kiedy wyłamał się kolejny z nich i runął na ziemię pozbawiony głowy. Do środka wdarły się następne pomioty Wszechnocy. Rhyan nie mógł w to uwierzyć. Od miesięcy szyk w jego oddziale nie został złamany.
Cienie, które przebiły się do środka, zdążyły się już lepiej uformować. Ich łby nabrały konkretnego, nieco jaszczurowatego kształtu, przypominające ostrza lub kolce kończyny stały się liczniejsze, a ciała pełniejsze. Nadal jednak wyglądały jak karykatury pełnoprawnych żywych istot, tak jakby ciągle poszukiwały właściwego kształtu.
Gdy tylko stwory zorientowały się w sytuacji, z niesłychaną szybkością zaatakowały pododdział wymieniający. Dowódca wykonał potężne cięcie i zabił jednego z nich, ale to wszystko, nie dał rady zatrzymać reszty. Cieniobójcy wymieniający kamień nie zdążyli nawet wyciągnąć mieczy. Cienie rozszarpały ich na strzępy, upiornie przy tym wyjąc. Głowa Bhranny’ego poszybowała w powietrzu, po czym głucho uderzyła o zimny trakt, skrapiając go krwią. Pododdziałowi udało się umieścić onyks w kapliczce, jednak nie przesunęli go dostatecznie, by dotykał heliodoru. Zabrakło dosłownie sekundy.
– Utrzymać jebane pozycje! – wrzasnął dowódca, kiedy nieprzyjaciel przełamał opór zdezorientowanych cieniobójców. – Jesteście elitarnymi żołnierzami czy nie? Nie dajcie im znów uszkodzić kręgu. Ja zajmę się tymi w środku.
Tymczasem upiór zbliżył się do nadszarpniętego szyku. Rhyan błyskawicznie wykonał cięcie od góry, jednak czarnogłowy zatrzymał pędzący miecz dłonią, po czym złamał go na pół jak zapałkę. Kolorowe smugi momentalnie opuściły ostrze i rozpłynęły się w powietrzu. Świst w ułamku sekundy stał się bezużyteczny.
– Co do…
Nie zdążył dokończyć. Upiór wyciągnął rękę, a z jego dłoni buchnęła fala uderzeniowa, która z niesamowitą siłą wepchnęła Rhyana do środka kręgu. Wpadł z hukiem wprost na walczącego dowódcę, tak że obaj stracili równowagę i upadli na ziemię. Chłopak wyczuł nad sobą obecność cienia i mimo potężnego ciosu pozostał czujny. Przeturlał się pod spadającym na niego ostrzem. Kręciło mu się w głowie, ale nie ucierpiał. Niestety, jego dowódca nie miał tyle szczęścia. Gdy próbował wstać, kolec innego stwora przebił mu krtań. Siwiejący mężczyzna zakrztusił się krwią i wyzionął ducha. Jego oczy pozostały otwarte. Cień wydał z siebie triumfalny, rytmicznie przerywany pauzami skrzek. Rhyan nie mógł uwierzyć własnym oczom. Najbardziej zasłużony dowódca w historii oddziału stracił życie w ułamku sekundy. Dyrygent opuścił swoją orkiestrę. To była jego ostatnia symfonia.
Freeze nie miał jednak czasu na żałobę, musiał pomścić swojego zwierzchnika. Kątem oka zauważył kolejny zbliżający się cios. Wykonał przewrót w tył i stanął na nogi. Zlokalizował miecz martwego już Piercera i popędził ku niemu. Chwycił za rękojeść, wykonał brutalne, powolne cięcie od dołu, zanim cień, który zabił Dharyla, zorientował się, co się dzieje. Przy wcześniejszych ciosach Rhyana wspomaganych przez szafir, ten wydawał się wręcz ślimaczy, jednak okazał się wystarczający. Koliber pozostał czujny. Zauważył kolejnego przeciwnika nacierającego od flanki. Uchylił się przed ręką-ostrzem i wbił zamaszystym ruchem klingę w pierś potwora, a ten rozpłynął się we mgle. Rhyan nie miał czasu na odpoczynek, nadchodził kolejny atak. Wyczuł cień za sobą, ale nie zdążył zrobić pełnego uniku. Stwór przeorał mu plecy swoimi szponami. Rhyan warknął z bólu i ukląkł na jedno kolano. Wyglądało na to, że rana była płytka, przynajmniej taką miał nadzieję. Nie tracąc czasu, podniósł się i wyprowadził okrężne uderzenie odwetowe, zabijając jednym ciosem napastnika i jego kompana, który właśnie się zbliżył. Miecz zaklęty onyksem ciął cienie, jakby były co najwyżej gęstym powietrzem.
Chłopak odetchnął. To był już ostatni.
Popatrzył dookoła. Upiór unikał mieczy z dziecinną łatwością. Był przy tym jak tancerz, który wykonuje skomplikowaną choreografię. Niespodziewanie zatrzymał się i ciął poprzecznie, z dziecinną łatwością rozrywając trzech cieniobójców na pół, a jego ostrze zostawiło za sobą cienistą smugę i fontannę posoki. Przy życiu pozostało ledwie czterech, może pięciu ludzi z oddziału Rhyana. Koliber zauważył, że cienie nie wchodziły do rozbitego już okręgu, trzymały się z boku, obserwując działania upiora. Zupełnie tak, jakby ten wydał im rozkaz. Jakby sam chciał wyrżnąć cały oddział. Ci, którzy jeszcze żyli, byli za blisko upiora. Nie mieli szans, ale Rhyan mógł to wykorzystać. Podbiegł do kapliczki co sił w nogach, by przesunąć onyks, wzbijając przy tym tumany kurzu. Czarnogłowy musiał go jednak zauważyć, gdyż momentalnie zniknął we mgle, by pojawić się w smolistych oparach między Rhyanem a kapliczką. Upiór uniósł cieniste ostrze i opuścił je bezceremonialnie wprost na głowę zszokowanego chłopaka, jednak ten w porę zablokował cios. Zadziałał instynkt, miecze starły się, aż poleciały iskry. Podobna do człowieka postać spokojnie oddaliła czarną klingę i opuściła gardę, jakby prowokując do uderzenia. Chłopak od razu przeprowadził kontratak. Nie myślał już o strachu, a adrenalina dodała siły jego ciału. Pewnie poprowadził ostrze. Uderzenie biegło z góry, doskonale wiedział, co się stanie. Upiór złapał miecz i ugiął rękę, próbując go złamać. Ostrze jednak nie ustąpiło. Szmaragdowe zaklęcie. Rhyan uśmiechnął się delikatnie, jego plan zadziałał.
Teraz albo nigdy.
Użył całej siły, by przerżnąć dłoń upiora, a ten zasyczał nieludzko. Chłopak wykorzystał chwilę nieuwagi przeciwnika, przeturlał się obok niego ku kapliczce i pchnął onyks, który zetknął się z bijącym żółtym blaskiem heliodorem.
– Szach mat – mruknął niby triumfalnie, ale jednak ponuro, kiedy upiór zaczął wyć, chroniąc się rękami przed mocą kamieni. Przybierając groteskowe pozy, w końcu zniknął w kłębach czarnej mgły.
On nie zginął i Freeze doskonale o tym wiedział. Na szczęście udało się go pozbyć na jakiś czas. Cienie, które mu towarzyszyły, usunęły się poza oświetlony trakt w akompaniamencie pisków i jęków. Ale… jaka była tego cena?
Rhyan rozejrzał się wokół. Był sam. Ocalał jako jedyny z całego oddziału. Popatrzył na trupy, a potem osunął się na kolana. Adrenalina opadła i poczuł w sercu mocne ukłucie, mocniejsze nawet niż przy śmierci Nhathaniela.
Jego towarzysze nie żyli. Znowu. Znowu śmierć i porażka. Znowu krew. Ile razy to się jeszcze powtórzy? Skrzywił się. Za każdym razem, kiedy wszystko zaczynało wracać na dobrą drogę, pojawiało się coś, co niweczyło jego starania. Kilka razy uderzył pięścią w ziemię, aż poczerwieniały mu kostki.
Miał się stać potężny. To miała być ta potęga? Jak się objawiła, gdy nadszedł czas próby, gdy nadeszła potrzeba obrony towarzyszy broni? Może ci ludzie byli hipokrytami, być może część udawała bohaterów, ale z każdym z nich łączyła Rhyana pewna więź. Z większością niezbyt silna, ale wciąż więź. Dharyl, Gehnn, Bhranny – oni wszyscy nie żyli, bo on nie potrafił ich ochronić. Ostatnich pozostałych przy życiu nawet z premedytacją zostawił na śmierć, by zyskać czas na ocalenie samego siebie. Odepchnął jednak te myśli. Nie miał innego wyjścia. Gdyby postąpił inaczej, zginęliby wszyscy, a odcinek traktu byłby zajęty przez cienie. Nie mógł zrobić nic więcej.
Bo nie mógł… prawda?
Popatrzył na złamany Świst. Wydał na niego fortunę, a teraz miecz leżał na ziemi zupełnie bezużyteczny, złamany jednym ruchem ręki. Wyglądał żałośnie. Zniszczona głownia, która kiedyś była pogromcą cieni, w okamgnieniu stała się martwa jak jej ofiary.
Rhyan nigdy wcześniej nie walczył z upiorem, wzmianki o nich pojawiały się tak rzadko, że nie brał takiej możliwości pod uwagę. Niektórzy uważali nawet, że to tylko legenda. Wszystkie plotki na temat tych istot okazały się prawdziwe. Zerknął na czarny jak smoła firmament. Na Wszechnoc. Nie znał innego widoku nieba. Był ciekaw, czy stare podania o dniu, tym prawdziwym dniu, też były faktem. Jak wyglądał świat przed… tym? Wyobrażał sobie rozrywający mrok blask, tak jakby pochodził od setek heliodorów, ogromne połacie terenu nieograniczone zasięgiem bezpiecznych traktów i nieskrępowaną wolność. Na razie jednak musiał się zadowolić namiastką legendarnego słońca – bladym złotożółtym światłem roztaczanym po trakcie przez lampy.
Podniósł się z kolan i otarł z potu swoje ciemne włosy. Coś w nim jednak pękło. Coś, co mogło go pociągnąć zarówno w górę, jak i w dół. Mimo że wielokrotnie przeżywał śmierć swoich towarzyszy, teraz za przyczyną ich odejścia stało coś bardziej… ludzkiego. To nie był tylko bezmyślny stwór. Rhyan zacisnął pięści. W jego sercu wykiełkowało nowe uczucie, którego wcześniej nie zaznał i nie spodziewał się zaznać.
– Jeszcze cię zabiję.
To była nienawiść.
Rozdział II
Dowódca
Onyks i heliodor to kamienie wolne. Oznacza to, że jako jedyne wywierają wpływ nawet wtedy, kiedy nie są elementem zaklęcia albo źródłem mocy gemomanty. Ułożone na ziemi, roztaczają na pewnym obszarze niemożliwą do sforsowania przez cienie barierę. Mogłoby się wydawać, że stanowią całość, wolno stojący onyks nie odpędza cieni bez połączenia z heliodorem, może jedynie je ranić, choć o tej funkcji niemal zapomniano, kiedy wynaleziono zaklinanie. Ponadto kiedy przedmiot zaklęty jest zarówno onyksem, jak i heliodorem, czarno-biała i żółta smuga łączą się w jedną. Nie znaleziono zastosowania dla owego połączenia, choć podejrzewam, że zjawisko to nie jest zwykłym przypadkiem.
***
Dwudziestoletni dowódca – to nie zdarzało się zbyt często. Rhyan nie miał wyboru, pozostał ostatnim z oddziału, więc zgodnie z zasadami musiał objąć stanowisko. Wiązało się to z pokaźniejszym żołdem, ale również większą odpowiedzialnością i liczbą obowiązków. Rhyan westchnął, spoglądając na otulający jego tors bandaż z drogiego lnu. Przeżył, ale jego umysł wciąż nie był spokojny. Zdarzało się, że cieniobójcy ginęli z rąk cieni, zawsze traktował to jednak jak nieszczęśliwy wypadek. Pomioty Wszechnocy były dla niego jedynie zagrożeniem, skazą otaczającego go świata, która musiała zostać wypleniona. Do teraz. Upiór, który wyrżnął jego oddział, wydawał się jakby… ludzki. Rhyan mógłby przysiąc, że jego działania nie były przypadkowe. On działał świadomie.
Minęły zaledwie trzy dni od wydarzeń na północnym trakcie. Koliber był wojownikiem, nie ministrem, dlatego z rozpaczą zerknął na piętrzącą się stertę dokumentów z papieru hebanolitowego. Sięgnął po pierwszą kartkę i natychmiast przypomniał sobie, jak nieprzyjemną i szorstką fakturę miał ten materiał. Skrzywił się. Podobno wiele lat temu papier wytwarzany z drzew i innych roślin był bardziej powszechny, teraz kosztował jednak naprawdę niemało. Rhyan zerknął na arkusz podbity hrabiowską pieczęcią i przeczytał to, o czym doskonale już wiedział – musiał zająć się kompletowaniem nowego oddziału. Zdawał sobie sprawę, że trudno będzie znaleźć osobę, która udzieli mu jakichkolwiek wskazówek. Od dziesiątek, a może nawet setek lat nie było sytuacji, w której cały oddział wymagał stworzenia od podstaw, toteż nikt nie przewidział planu na takie okoliczności. Chłopak nie wiedział, od czego zacząć. W Hyrie, poza nieżyjącymi już cieniobójcami, nie miał niemal żadnych koneksji czy znajomości, a część mieszkańców podejrzewała go nawet o sabotowanie misji, na której zdarzył się tragiczny wypadek. Jakkolwiek absurdalnie by to brzmiało, plotki, podobnie jak religie, szybko pozyskiwały ludzi, którzy skłonni byli w nie uwierzyć.
Freeze wytężył umysł, by znaleźć jakiś koncept. Zwykle wolał działać na własną rękę, jednak w końcu stwierdził, że tym razem będzie potrzebował drobnej pomocy. Osobą, która mogła mu jej udzielić, była Lydhia, zaklinaczka i zarazem jedyna pozostała przy życiu persona w mieście, która potrafiła zamienić z nim więcej niż dwa słowa. Rhyan uśmiechnął się mimowolnie. Nigdy nie rozumiał, dlaczego ta dziewczyna chciała mieć z nim coś wspólnego. Podobno słynął ze swojej raczej nieprzyjaznej i chłodnej natury, toteż nawet ludzie, którzy uważali cieniobójców za bohaterów, nie spoglądali na niego z wielką sympatią. Lydhia była inna, choć może tylko tak mu się wydawało. Tak czy inaczej, nigdy nie odmówiła mu kieliszka lumifungówki po trudniejszych patrolach, i zaklinała jego broń z największą dokładnością. Miał nadzieję, że nie odmówi mu małej przysługi, mimo iż ostatnimi czasy nieco zaniedbał ich relację przez natłok obowiązków. Westchnął. Lydhia była jego jedyną nadzieją. Z jej usług korzystało wiele osób, a zaklinał u niej nie byle kto, w końcu uchodziła za jedną z najlepszych w swoim fachu na południu kraju. Ale czy ludzie, którzy mieli dość pieniędzy, by zaklinać u Lydhii, mogli być chętni do służby w oddziale cieniobójców? Zwłaszcza po ostatnim wydarzeniu? Cóż, zawsze mógł spróbować jakoś ich przekonać. Bez oddziału trakty w pobliżu Hyrie były zagrożone, a jeśli miasteczko zostałoby odcięte, czekałby je kryzys, a w końcu zagłada. Mieszkańcy mogli sami produkować żywność, ale nie mieli kopalń, a bez heliodorów i onyksów Hyrie spotkałaby katastrofa. To powinno zmotywować co odważniejszych. No i, rzecz jasna, duże pieniądze – wysoki żołd. Rhyan pogładził się po żuchwie. Wiele by dał, żeby zapytać teraz o radę swojego ojca, jednak ten znajdował się na drugim końcu Khigoru. Wedle tradycji każda osoba, która ukończyła szesnaście lat, musiała rozpocząć samodzielne życie, często z dala od rodziny. To sprawiało, że Khigorczycy szybko się uczyli, a także zachowywali tradycję koczowniczego ludu, którym byli przed Wszechnocą. Nie dało się jednak ukryć, że taki model życia często okazywał się brutalny dla rodzinnych więzi. Wybór zawodu pozostawał decyzją każdego Khigorczyka, ale do każdej mieściny trafiali młodzi ludzie o takich predyspozycjach, które obecnie były w danym miejscu potrzebne. Oczywiście zdarzały się nadmiary i niedobory kandydatów do różnych zawodów, ale ten system działał na tyle dobrze, że przez kilka stuleci w zasadzie nie uległ zmianie. Nowe miejsce zamieszkania każdego młodego Khigorczyka było narzucane przez Lorda Północy na podstawie sprawozdań hrabiów.
Właśnie! Kiedy do Lorda dotrą wieści o krwawej potyczce, z pewnością do Hyrie zawitają młodzi kandydaci na cieniobójców. Rhyan jednak szybko stracił entuzjazm i pokręcił głową. Nie miał tyle czasu. Nie mógł też oprzeć całego oddziału na młodych rekrutach, którzy wymagali najpierw podstawowego szkolenia nawet we władaniu mieczem. Musiał mieć kogoś, kto ma chociaż elementarne umiejętności. Spotkanie z Lydhią wydawało się jedyną szansą na znalezienie kandydatów możliwie szybko.
Nie czekając dłużej, chłopak wstał z niewygodnego kamiennego siedziska, przygotował się do wyjścia i opuścił lokum. Na zewnątrz nic się nie zmieniło, niebo wciąż było czarne jak smoła, a powietrze gęste i obciążające płuca. Rhyan stał przez chwilę na ulicy, obrzucając spojrzeniem swój przysadzisty dom zbudowany z ciosanych kamieni. Budowla wydawała się solidna i jednocześnie bardzo surowa, a płaski dach tylko potęgował to wrażenie. Z niewielkich okien wydobywało się blade światło heliodorowej lampy, które niemrawo odganiało wszechobecny mrok.
Dom Rhyana nie był niczym nadzwyczajnym. Niemal wszystkie budowle w Hyrie wyglądały podobnie, tak samo jak w całym Khigorze. Stawiano na jednolitość i prostotę. Ulice wybrukowane kocimi łbami łączyły regularnie ustawione kamienne budynki w zorganizowaną i przemyślaną całość. Miasteczko zbudowano na planie koła otoczonego przez kapliczki podobne do tych przy traktach. Można było je znaleźć również wewnątrz miasta, ustawione tak, by cały jego obszar znajdował się w zasięgu działania niewidocznego ochronnego pola. Rozświetlone niskimi heliodorowymi lampami ulice rozchodziły się we wszystkie strony, przypominając misternie utkaną pajęczą sieć. Hyrie nie miało rynku ani głównego placu, natomiast warsztat Lydhii, do którego Koliber miał zamiar się udać, znajdował się w centralnym punkcie miasteczka, będącym spoiwem najważniejszych miejskich dróg. To sprawiało, że więcej osób przechodziło obok warsztatu, czasem do niego zaglądając.
Rhyan ruszył brukowaną ulicą na północ, poprawiając swój mundur. Właściwie to bardzo rzadko ubierał się w coś innego. Tym razem założył drugi komplet, pierwszy wymagał co najmniej cerowania. Chłopak odruchowo położył dłoń na głowicy rękojeści przywiązanego do pasa miecza, który jeszcze kilka dni temu należał do Dharyla. Teraz, zgodnie z prawem, przeszedł w ręce nowego dowódcy, ale dla Rhyana był nieco za ciężki. Przydałoby się przy okazji oddać go Lydhii do zaklinania, a że nie lubił chodzić bezbronny nawet przez chwilę, na jego plecach, w rytm stawianych na kocich łbach kroków, kołysało się drugie ostrze.
Po krótkim marszu Rhyan dotarł do skrzyżowania i skręcił w prawo, mijając niewielką plantację lumifungów – grzybów o gęsto rozmieszczonych blaszkach i świecących delikatną niebieską poświatą kapeluszach. Były pożywne i stanowiły główny składnik większości potraw. Pozwalały także wykarmić knurowce, których zagrodę dało się wypatrzeć nieopodal. Potężne, ślepe stworzenia ze spłaszczonymi nosami nawet z dużej odległości robiły na Rhyanie ogromne wrażenie. Masywne cielska pokryte sztywną szarą szczeciną, która przechodziła do czerni na garbatym grzbiecie, budziły w chłopaku respekt. Stworzenia nie miały oczu, jednak długie szpiczaste uszy nie były jedynie na pokaz, knurowce brylowały, jeśli chodzi o słuch, a ich umiejętność echolokacji sprawiała, że zadziwiająco dobrze sprawdzały się w roli wierzchowców. Rhyanowi na ich widok aż zaburczało w brzuchu. Mięso tych zwierząt stanowiło drogi przysmak, choć czasem miał go już po dziurki w nosie. Niestety, nic nie wskazywało na to, żeby jego jadłospis rozszerzył się w najbliższym czasie, większość jadalnych roślin wymagała podtrzymywania przez vitomantów, których w Hyrie próżno było szukać, a importowane z Laccii rarytasy czy marchew i pszenica ze środkowego Khigoru pojawiały się w miasteczku dość rzadko. Podobno za czasów, kiedy dzień różnił się od nocy, było inaczej. Ale czy te czasy w ogóle istniały? Od wielu pokoleń nie słyszano, żeby ktokolwiek widział jasne niebo. Czarny jak smoła firmament wydawał się czymś naturalnym i Rhyan nie mógł sobie wyobrazić innego stanu rzeczy. Jednakże brunatna ziemia zmieniała kolor, kiedy spadał na nią śnieg, więc może tak to kiedyś wyglądało? W jego głowie pojawił się obraz nieba pokrytego białym puchem. Szybko jednak pokręcił głową. Nieboskłon był czymś innym, sklepieniem, nie glebą, na którą mogło coś spaść.
Przypominając sobie o śniegu, Rhyan chętnie pobłogosławiłby skrzydlatych bogów, gdyby w nich wierzył, że Hyrie leżało na południu Khigoru i biała pierzyna nie zalegała tu przez cały rok. Teraz brązowa gleba była od niej wolna.
Chłopak stanął w końcu przed drzwiami warsztatu. Kamienny budynek wyglądał podobnie jak większość innych w mieścinie. Niski sześcienny, jakby wyrąbany topornie w skale, stał pomiędzy gmachem ratusza a miejskim bankiem. Wyróżniał go znak cechu wyryty nad drzwiami – miecz na tle oszlifowanego klejnotu. Taki symbol miały jedynie dwa budynki w Hyrie. Koliber zerknął jeszcze na ratusz. Ten górował nad otoczeniem. Jego gmach był niemal dwukrotnie wyższy niż warsztat, a przykryto go jedynym w Hyrie spadzistym dachem wyłożonym dachówką. Wielki zegar na frontowej ścianie przypominał o upływie czasu, który bez niego byłby trudny do oszacowania.
Rhyan pchnął drzwi warsztatu wykonane z materiału nieudolnie imitującego kosztowne drewno – hebanolitu. Jego oczom ukazało się znajome, rozświetlone heliodorami wnętrze, obszerne i pozbawione zbędnych ozdób. Na ścianach, w solidnych stalowych uchwytach, wisiały najróżniejsze dobra. Wzrok Rhyana szybko przykuły miecze i inny rynsztunek bojowy, ale kątem oka chłopak zauważył też sprzęty domowe, a nawet komplet szachów. Przedmioty były zaklęte albo dopiero czekały na zaklęcie. Wielu bogatych Khigorczyków przybywało do Hyrie, by skorzystać z usług Lydhii, stąd ściany wydawały się uginać od wiszących na nich dóbr. Dziewczyna miała talent do zaklinania. W prawym narożniku pomieszczenia stała masywna kamienna lada, za którą znajdowały się ciężkie drzwi prowadzące do kuźni zaklęć.
Po kilku chwilach wrota otworzyły się, a oczom Rhyana ukazała się młoda, szczupła dziewczyna o czarnych włosach przyciętych ponad ramionami, okrągłej twarzy i bladej, niemal papierowej cerze, charakterystycznej dla Khigorczyków. Miała na sobie luźną koszulę, zapinaną na guziki, wetkniętą w obcisłe, nieco znoszone czarne spodnie, które przyciągnęły wzrok Rhyana. W przeciwieństwie do drogiej lnianej koszuli, te wykonano z tańszych sztucznych włókien, masowo produkowanych w fabrykach, ale zdaniem Kolibra bardzo dobrze na Lydhii leżały. Dziewczyna nie była może najpiękniejszą kobietą w Hyrie, ale kłamstwem byłoby stwierdzenie, że należała do brzydkich. Z pewnością było w jej twarzy coś urokliwego. Coś, co sprawiało, że Rhyan złapał się na tym, iż patrzył na nią dłużej, niż powinien.
– Kolejny miecz? – zapytała, unosząc brew.
Zawsze gotowa do pracy, pomyślał Rhyan. Nigdy nie przestawał być pod wrażeniem tego, że dziewczyna w jego wieku już stała się jedną z lepszych w swoim fachu, a jako czeladnik uczyła się jedynie półtora roku.
– Coś w tym rodzaju – odwrócił wzrok, kiedy się zorientował, że wciąż się jej przygląda. – Ale to przy okazji.
– Nie wierzę – skrzyżowała ręce na piersi. – Fanatyk mieczy przychodzi zakląć oręż „przy okazji”? Czyżby naszło cię na zbroję?
– Nie potrzebuję zbroi – mruknął Rhyan.
– Jasne, zapomniałam, jesteś nieśmiertelny – przewróciła oczami. – Miałeś szczęście, że w ogóle przeżyłeś.
Koliber skrzywił się.
– Czyli już słyszałaś?
– Całe Hyrie o tym huczy i to od kilku dni. Trudno się nie dowiedzieć – wycedziła przez zęby. – Choć przyznam, że liczyłam na to, że powiesz mi to osobiście.
– Miałem ostatnio sporo na głowie.
– No tak, obowiązki dowódcy – powiedziała Lydhia z przekąsem. – W końcu będziesz mógł działać wyłącznie na swoich zasadach, tak jak zawsze chciałeś.
– Wystarczy – stwierdził chłodno Rhyan. Nie chciał tego słuchać.
Dziewczyna spochmurniała i uciekła wzrokiem w kąt pomieszczenia.
– Dobrze, zapomnij, jestem dziś jakaś nerwowa.
– Nie da się ukryć – chłopak zmrużył oczy.
Zapanowała głucha cisza. Rhyan i Lydhia spoglądali na siebie w milczeniu, czekając, aż któreś w końcu się odezwie. Koliber nie wiedział, jak długo to trwało, ale w pewnym momencie zaczęło mu się wydawać, że odkąd przekroczył próg warsztatu, minęły całe wieki. Otworzył usta, by przerwać ciszę, jednak nie zdążył powiedzieć ani słowa.
– To z czym przychodzisz? – uprzedziła go Lydhia.
– W zasadzie to przyszedłem prosić o przysługę.
Zaklinaczka zamrugała. Przez chwilę wpatrywała się w Rhyana z niedowierzaniem, po czym uśmiechnęła się od ucha do ucha.
– Ty? O przysługę? – zaśmiała się w głos, a napięcie, które wcześniej wisiało w powietrzu, momentalnie uleciało. – Nie sądziłam, że tego dożyję.
– Tylko ten jeden raz – burknął.
Lydhia westchnęła.
– Chyba nigdy się nie zmienisz, co, Rhyan?
– Pewnie nie – skwitował.
– Dobrze, mów o co chodzi – oparła łokieć na ladzie, a następnie wsparła głowę na dłoni, z satysfakcją czekając na prośbę Rhyana.
– Pewnie się domyślasz – zaczął. – Muszę stworzyć nowy oddział. Chcę wyszkolić elitarną jednostkę. Wiesz, naprawdę elitarną. Nie mogę polegać na młodzikach. Nawet jeśli zjawią się szybko, ich wyszkolenie zajmie wieki.
– Chyba że okażą się niepokonanymi wybrańcami, jak Rhyan Freeze – zaklinaczka mrugnęła złośliwie.
Koliber uśmiechnął się mimowolnie. Nie wiedział, czy to był komplement, czy może obelga, ale mimo że podejrzewał Lydhię jedynie o to drugie, zdołała go rozbawić.
– Nawet jeśli, to nie wystarczy. Potrzeba mi kogoś doświadczonego. Nie mówię o biegłości w fachu cieniobójcy, ale o pojęciu o walce w ogóle. Potrzebuję twojej pomocy. Wiesz, że prawie nikogo bliżej tu nie znam, a ludzie, którzy oddają broń do zaklinania, z reguły nie robią tego, by potem wisiała na ścianie.
Lydhia zamyśliła się.
– Czyli szukasz wojowników, którzy przy okazji chętnie zaciągnęliby się w szeregi cieniobójców? Pewnie zdajesz sobie sprawę, jak trudno jest znaleźć takich ludzi wśród tych na tyle majętnych, by regularnie zaklinać broń?
– Wiem, ale gdybyś kogoś takiego znała… Cóż, będę twoim dłużnikiem.
– Zaciągasz dług u Lydhii Snow, Rhyan. To będzie cię kosztować co najmniej kilka kieliszków lumifungówki – wyszczerzyła zęby. – Wydaje mi się, że mam kilku kandydatów, którzy mogliby cię zainteresować – wyciągnęła spod lady chropowatą kartkę, która z pewnością nie była z prawdziwego papieru, atrament i słomkę do pisania.
Zaczęła notować. Rhyan w tym czasie sięgnął do pasa i obnażył miecz byłego dowódcy, a w powietrzu zawirowały kolorowe smugi. Kiedy wtopiły się w ostrze, chłopak niemal ceremonialnie odłożył broń na ladę.
– Ma być szafir, prawda? – mruknęła Lydhia, nie odrywając wzroku od kartki.
– Jak ty mnie dobrze znasz.
Dziewczyna skończyła pisać i odłożyła słomkę. Zerknęła na ostrze i zamrugała.
– To miecz Dharyla, prawda? Jesteś pewny? To będzie trzecie zaklęcie.
– Stal z Urman-Aradu. Wytrzyma – zapewnił Koliber.
– Postaram się – powiedziała z dozą niepewności, bo nie było gwarancji na to, że nawet tak dobry metal przetrwa obciążenie trzecim zaklęciem. – Ale będzie cię to drogo kosztować.
– Ile? – rzucił Rhyan, choć zdawał sobie sprawę z wartości tak trudnego zlecenia.
– Dla ciebie może być „dziękuję za pomoc, moja droga Lydhio”, choć nie wiem, czy zdołasz się wypłacić przy tak wygórowanej cenie.
Freeze zamrugał i początkowo się skrzywił, ale darmowe zaklinanie nie chodziło piechotą.
– Dziękuję za pomoc, moja droga Lydhio – wykrztusił, a zaklinaczka uśmiechnęła się triumfalnie. – A co do mojego długu – mruknął, chwytając listę od Lydhii i wciskając za pas – co powiesz na lumifungówkę w Lodowym Szponie, kiedy już się ze wszystkim uporam?
– Na pewno? – Lydhia podparła dłoń na biodrze. – Tam mają najmocniejszą. Ostatnim razem musiałam cię odprowadzać do domu.
– Rozumiem, że się zgadzasz.
Dziewczyna wyszczerzyła się w odpowiedzi i odgarnęła za ucho spadający jej na policzek kosmyk włosów.
– Niech kamień cię strzeże! – rzucił Rhyan, powoli kierując się do wyjścia.
– A serce prowadzi – dokończyła khigorskie pożegnanie Lydhia.
Chłopak pomaszerował w stronę drzwi i chwycił za zimną klamkę.
– Rhyan! – rzuciła niespodziewanie dziewczyna.
Koliber odwrócił wzrok w jej stronę. Szare oczy zaklinaczki wpatrywały się w niego z dziwnym wyrazem. Nie wiedział, czy widzi w nich troskę, czy może coś innego, ale z pewnością były urzekające. Na swój sposób.
– Po mieście krążą różne plotki o twojej misji. Uważaj na siebie – szepnęła.
Rhyan uśmiechnął się ponuro i wyszedł w rozproszony heliodorami mrok.
Rozdział III
Śmierć
Gemomancja od zawsze była sztuką tajemną. Wszyscy, którzy nią władają, pilnie strzegą arkanów swojego fachu. Mimo że widziałem na własne oczy, jak pojedynczy gemomanta obraca w pył cały oddział żołnierzy, to moje pojęcie o ich mocy jest raczej nikłe. Gemomancja czerpie jednak swoją siłę z tych samych kamieni, które używane są do zaklinania.
***
Ren była cała spocona i ciężko dyszała. Gorączkowo próbowała przypomnieć sobie koszmar, który ją obudził.
To był koniec.
Nie potrafiła opisać, jak wyglądał. Po prostu. Widziała koniec. I jednocześnie początek. Nie umiała tego wytłumaczyć.
Usiadła na łóżku, ocierając spływające po czole krople potu i poprawiła mały czarny kolczyk, który nosiła w uchu. Wyprostowała się, a twardy stelaż łóżka boleśnie wbił się jej w pośladki. Odkąd została archeologiem, życie nie rozpieszczało jej pod względem wygód. Pomieszczenie, w którym mieszkała, wydawało się bardziej komórką niż pełnoprawnym pokojem. Wydrążoną w skale izdebkę oświetlał ciepły blask hebanolitowych pochodni, owiniętych nasączonymi tłuszczem szmatami. Płonące sztuczne tkaniny roztaczały po wentylowanym cienkimi kanałami pokoju nieprzyjemny zapach, ale Ren zdążyła do niego przywyknąć. Ostatnio królestwo Laccii oszczędzało drogocenne heliodory, więc takie źródła światła stawały się coraz powszechniejsze. Dziewczyna rozejrzała się po pomieszczeniu. Oprócz łóżka znajdowało się tu niewielkie lustro i żłobiona wymyślnymi wzorami skrzynia z granetyku – sztucznego tworzywa o śliskiej, gładkiej powierzchni, które łączyło w sobie solidność oraz lekkość. Pokój, mimo że niespecjalnie duży, i tak był sporo większy od tych należących do jej współpracowników. Otrzymała obszerniejszą izbę niż te, które normalnie przysługują nowicjuszom takim jak ona – wszystko przez pewną niewygodną przypadłość. Ren krzywiła się na samą myśl o ciasnych przestrzeniach. Te niemal za każdym razem budziły w niej coś, co od dawna chciała uśpić w najgłębszych odmętach umysłu. Stanowiło to nie lada przeszkodę w zawodzie archeologa. Ren widziała w nim jednak coś, co budziło w niej fascynację silniejszą niż lęk.
Na przykład ich ostatnie znalezisko. Dla nieobeznanych to tylko kamień, jednak jeśli mu się przyjrzeć, był inny niż wszystkie – idealnie czarny i gładki. Wydawał się niezwykły, nienaturalny. I pasjonujący. Wieczorem umieścili go w specjalnym magazynie, by czekał tam na karawanę, która przetransportuje go na badania.
Ściągnęła przepoconą koszulę nocną. Niestety, sztuczne włókna z granetyku nie oddychały za dobrze, a nie stać jej było na piekielnie drogie ubrania z bawełny czy lnu. Wstała i obejrzała się w brudnym i pękniętym lustrze. W odbiciu zobaczyła młodą kobietę o wątłej budowie ciała. Brązowe włosy opadały jej kaskadami na plecy, a na czole tańczyło kilka niesfornych kosmyków. Twarz miała smukłą, choć delikatnie zaokrągloną, a piegowaty nos nieznacznie zadarty. Piegi. To było coś niespotykanego. Kiedyś podobno powszechne, teraz stanowiły prawie anomalię. Ren skrzywiła się i przeniosła wzrok niżej. Delikatnie dotknęła szyi. Jej dłonie podążyły w dół, mijając wystające obojczyki, w końcu docierając do piersi. Właściwie to tylko jednej – w miejscu drugiej znajdowała się rozległa blizna. Dziewczyna westchnęła i zakryła twarz dłońmi.
Od tamtych wydarzeń minęły już trzy lata, ale wciąż nie umiała sobie z tym poradzić. Nie tyle ze swoim wyglądem, ile z tym, co się wydarzyło. Pokręciła głową i wyjęła ze skrzyni ubranie. Na nogi naciągnęła brudne brunatne spodnie, po czym zamocowała zapinaną na paski protezę w miejscu nieobecnej części ciała. Kiedy założyła grubą, białą koszulę o paskudnej, sztucznej fakturze, z zadowoleniem stwierdziła, że udało jej się zamaskować brak połowy biustu. Dzięki iluzji, że wszystko było w porządku, nikt nie zadawał pytań.
Zaczęła upinać włosy, nucąc dawno zasłyszaną melodię, jednak coś wytrąciło ją z równowagi. Zadrżała. Usłyszała krzyki. Rwane, rozpaczliwe krzyki, które zamilkły równie szybko i niespodziewanie, jak się pojawiły. Była niemal pewna tego, co usłyszała. Ręce zatrzęsły się jej jak starcowi, w lustrze mogła dokładnie dostrzec, jak dygocze jej każdy mięsień. Jednocześnie obudziła się w niej ciekawość, zbyt duża, by po prostu się schować. Po cichu zbliżyła się do drzwi pokoju, uchyliła je i nasłuchiwała. Wrzaski musiały dobiegać z drugiego końca korytarza. Tam znajdował się magazyn z czarnym kamieniem. Wychyliła niepewnie głowę, dalej cała się trzęsła. Wiedziała, że to nie był dobry pomysł, ale pokusa spojrzenia była zbyt duża. Jej oczy rozszerzyły się gwałtownie. Drzwi do magazynu były otwarte na oścież.
Usłyszała kolejny krzyk, a potem ujrzała człowieka, który wybiegł z magazynu na wydrążony w skale korytarz, potykając się o własne nogi. Takie zachowanie zupełnie nie pasowało do jego wyglądu – barczystego bruneta ubranego w srebrzystą szatę, którą przykrywał wypolerowany kirys.
– Stra… – zaczął, jednak nie zdążył dokończyć.
Mężczyznę uderzyła fala nefrytowego blasku, który prześwietlił jego ciało w przedziwny sposób, tak że Ren mogła przez krótką chwilę dostrzec znajdujący się w nim szkielet. Błysk zniknął tak szybko, jak się pojawił, momentalnie zmieniając odcień skóry ofiary na blady niczym u nieboszczyka. Brunet runął na ziemię w bezruchu, a z ręki wypadł mu błyszczący diament, który potoczył się po korytarzu, odbijając się dźwięcznie od nierównej skalnej podłogi.
Ren uderzyła nagła fala gorąca, poczuła, jak jej kolana się uginają. Chronomanta, potężny mag, który miał czuwać nad bezpieczeństwem ich nowego znaleziska, leżał przed nią martwy.
Nie minęła chwila, a z magazynu wyłoniła się kolejna postać. Okutany w czarną szatę mężczyzna o długich do ramion kruczych włosach, które przysłaniały mu część twarzy, postąpił dwa kroki do przodu. Powoli i niespiesznie przekroczył próg i omiótł wzrokiem korytarz. Jedyne widoczne oko zabłyszczało wyraźnym, nefrytowym światłem, kiedy spojrzał na Ren. Dziewczyna momentalnie zatrzasnęła drzwi. Zaczęła oddychać szybko i nerwowo. Niewiele myśląc, schowała się pod łóżkiem i spróbowała się uspokoić, jednak bezskutecznie. Straciła nad sobą kontrolę. Łapczywie nabierała powietrza. Krótki, rwany oddech sprawił, że świat zaczął wirować.
Uspokój się, powtarzała sobie w myślach, ale ciało nie reagowało.
Kiedy minął pierwszy szok, zorientowała się, że leży w ciasnej przestrzeni pod łóżkiem. Miała wrażenie, że stelaż zbliża się do niej, jakby chciał ją przygnieść. Zrobiło jej się duszno, ale zdecydowała, by pozostać w kryjówce. Wyjęła z kieszeni mały oszlifowany rubin. Kiedyś dostała go w prezencie od matki, jednak wtedy nie podejrzewała, że ten na lata stanie się dla niej kłębowiskiem skrajnych uczuć, lęku i nadziei. Zacisnęła na nim palce. Oddychała płytko i szybko. Przez cały czas zerkała, czy nieznajomy nie kręci się gdzieś blisko. Kim musiał być ten człowiek, żeby zabić chronomantę? Do tej pory Ren myślała, że ci magowie są niepokonani.
Drzwi otworzyły się, a dziewczyna jęknęła cicho. Mężczyzna wszedł powolnym krokiem do środka. Kręcił się po pokoju, stawiając ciężkie kroki, po czym zatrzymał się tuż obok łóżka. Serce Ren biło jak oszalałe, zacisnęła mocniej dłoń na kamieniu, aż pobielały jej kłykcie. Wierzyła, że to może pomóc. Jak wtedy.
Człowiek w czerni schylił się, a Ren ujrzała jego twarz i upiorne świecące oczy. Wrzasnęła, wysuwając rękę z kamieniem do przodu. W powietrzu zawirowały szkarłatne wiązki magii. Z dłoni dziewczyny buchnął strumień ognia, zalewając potwornym blaskiem twarz mężczyzny. Zadziałało. Czerwone języki zasłoniły oblicze nieznajomego, którego potem mogła już nie rozpoznać. Podtrzymała płomienie przez dobre pół minuty. Przynajmniej tak jej się wydawało, bo straciła poczucie czasu. Zlała się potem, ale nie miała pojęcia, czy to przez strach, czy też piekielne gorąco. Myślała tylko o tym, by przetrwać. Nie zwróciła nawet uwagi, że tajemniczy mężczyzna w ogóle nie reaguje na smagające go płomienie.
Gdy ogień zgasł, Ren uświadomiła sobie z przerażeniem, że nie wyrządził najmniejszej krzywdy nieznajomemu. Otworzyła szeroko oczy i usta, a jej żuchwa zadrżała.
To koniec, pomyślała. Skuliła się i czekała na wyrok.
Mężczyzna wziął głęboki wdech w oparach dymu. Otworzył usta, a Ren chciała krzyknąć.
– Cicho – jego głos był pusty. Przycisnął palec do ust.
Ren zdusiła mający wydostać się z jej krtani wrzask i powoli odwróciła się w stronę nieznajomego. Pokiwała głową, nie mogąc niczego pojąć. Jej oczy tępo wpatrywały się w upiorną twarz zielonookiego. Ten człowiek… Kim on był?
– Nie zabiję cię – oświadczył beznamiętnie. – Wydaje mi się, że masz naprawdę wspaniały dar, dziewczyno. I nie mówię wcale o tych płomieniach. Szkoda byłoby go zmarnować.
Wstał, przecierając zasmoloną twarz, jak gdyby nigdy nic.
– Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy.
Nie, to nie mógł być człowiek, stwierdziła w myślach Ren. Żaden człowiek nie byłby w stanie tego przetrwać.
– K… kim jesteś? – wyszeptała drżącym jak szarpnięta struna głosem. Przeklęła się za swoje wścibstwo.
Włamywacz nie odpowiedział od razu. Zakołysał się na obcasach wysokich butów, a kąciki jego ust uniosły się nieznacznie.
– Śmiercią – oznajmił.
Potem, nie mówiąc już nic, opuścił pokój i pozostawił skuloną pod łóżkiem dziewczynę. Ren nie wiedziała, ile jeszcze czasu spędziła pod stelażem, ale wydawało jej się, że były tolata. Słyszała tylko kolejne krzyki, a z jej twarzy nie znikały łzy przerażenia.
Rozdział IV
Fortuna
Aleksandryt to dość ciekawy i osobliwy klejnot. Jeżeli dwa przedmioty zaklniemy tym samym aleksandrytem, zostaną połączone i mogą być podmieniane w dowolnym momencie przez osobę, która jednego z tych przedmiotów dotyka. Muszą być jednak podobne gabarytami. Niemożliwością byłaby sytuacja, w której ktoś podmienia okruch skały na miecz.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki