52,00 zł
Oto świat podzielony krwią na część Czerwoną i Srebrną.
Czerwoni tworzą pospólstwo rządzone przez Srebrną elitę obdarzoną niemal boskimi zdolnościami. Z punktu widzenia siedemnastoletniej Mare, Czerwonej dziewczyny z ubogich Pali, nic nie zapowiada zmian.
Mare posiada jednak własny zabójczy talent, dar grożący zakłóceniem równowagi sił.
W obawie przed jej potencjałem Srebrni ukrywają ją na widoku, ogłaszając wszem wobec, że jest dawno zaginioną Srebrną księżniczką. Mare – świadoma tego, że najdrobniejszy błąd może ją kosztować życie – musi wykorzystać swoją nową pozycję, by zniszczyć reżim od wewnątrz.
W ten sposób wchodzi do gry obfitującej w zdrady i kłamstwa.
W oszałamiającym pierwszym tomie bestsellerowego cyklu Czerwona królowa Czerwoni występują przeciw Srebrnym, książę przeciw księciu, a Mare rzuca wyzwanie własnemu sercu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 481
Nie cierpię Pierwszych Piątków. W wiosce zawsze gromadzą się wtedy tłumy, a teraz, w środku lata, nikt za tłumem nie tęskni. W cieniu, gdzie stoję, nie jest jeszcze najgorzej, ale od odoru ciał spoconych po porannej harówce mleko mogłoby się skwasić. Powietrze drży z gorąca i wilgoci, gorące są nawet kałuże stojące po wczorajszej burzy. Woda opalizuje tęczowymi plamami tłuszczu.
Targ się zwija, wszyscy sprzedawcy zamykają kramy. Są roztargnieni i nieostrożni; z łatwością kradnę z ich towarów, co tylko zechcę. Kiedy kończę, kieszenie mam wypchane błyskotkami, a w garści ściskam jabłko na drogę. Całkiem nieźle jak na kilka minut pracy. Tłum rusza, a ja daję się ponieść ludzkiej rzece. Moje ręce strzelają na boki, szybko, lekko, przelotnie: tu banknoty z kieszeni mężczyzny, tam bransoletka z kobiecego nadgarstka… Nic dużego. Wieśniacy są zbyt zajęci dreptaniem naprzód, żeby spostrzec grasującą wśród nich złodziejkę.
Ze wszystkich stron otaczają nas wysokie domy na palach, od których wioska bierze swoją nazwę (Pale, nadzwyczaj oryginalnie). Wznoszą się dziesięć stóp nad błotnistym gruntem. Wiosną nadrzeczne tereny są zalane, ale teraz mamy sierpień i wioskę dręczą brak wody i słoneczna choroba. Niemal wszyscy wypatrują nadejścia Pierwszego Piątku, kiedy praca i szkoła kończą się wcześniej. Poza mną. Ja zdecydowanie wolałabym siedzieć w szkole i zbijać bąki w klasie pełnej dzieci.
Zresztą w szkole i tak już długo nie zabawię. Zbliżają się moje osiemnaste urodziny, a z nimi czas poboru. U nikogo nie terminuję, nie mam pracy, więc poślą mnie na wojnę jak wszystkich obiboków. Nic dziwnego, że pracy nie ma – jak ma być, jeśli każdy mężczyzna, kobieta i dziecko próbują się wymigać od wojaczki.
Moi bracia trafili do wojska w wieku osiemnastu lat. Wszyscy trzej poszli walczyć z Pojeziernymi. Tylko Shade umie cokolwiek naskrobać; pisuje do mnie, kiedy może. Dwaj pozostali, Bree i Tramy, od roku nie dają znaku życia, ale brak nowin to dobra nowina. Rodziny czasem latami nic nie wiedzą, a potem syn albo córka staje w drzwiach, bo akurat dostali urlop albo szczęśliwie zostali zwolnieni ze służby. Na ogół jednak rodzice dostają list na grubym papierze, opatrzony królewską pieczęcią i zawierający krótkie podziękowanie za złożenie życia dziecka w ofierze; czasem towarzyszy mu kilka guzików ze zniszczonego munduru.
Miałam trzynaście lat, kiedy zabrali Bree. Cmoknął mnie w policzek i zostawił parę kolczyków, którą miałam się podzielić z naszą młodszą siostrą Gisą: dwa dyndające szklane paciorki w mglistoróżowym odcieniu zachodzącego słońca. Jeszcze tej samej nocy przekłułyśmy sobie uszy. Tramy i Shade kontynuowali tę tradycję i teraz obie z Gisą mamy w jednym uchu po trzy kamyczki, które mają nam przypominać o naszych walczących gdzieś w świecie braciach. Prawdę mówiąc, nie wierzyłam, że będą musieli odejść, dopóki w naszym domu nie zjawił się legionista w lśniącym pancerzu i nie zabrał ich jednego po drugim. A teraz, jesienią, przyjdą także po mnie. Już zaczęłam oszczędzać (i kraść), żeby kupić Gisie jakieś kolczyki na pożegnanie.
„Nie myśl o tym”. Tak zawsze mówi mama – o wojsku, o moich braciach, o wszystkim. Świetna rada, mamo.
Nieco dalej, na skrzyżowaniu dróg Mill i Marcher, tłum gęstnieje, kolejni wieśniacy dołączają do pochodu. W ciżbie uwija się banda maluchów, przyszłych złodziejaszków o ruchliwych, lepkich paluszkach. Są za młodzi, żeby być w tym dobrzy. Służba Bezpieczeństwa reaguje błyskawicznie. W normalnych okolicznościach dzieciaki zakuto by w dyby albo odesłano do więzienia przy posterunku, ale bezpieczniacy też chcą zobaczyć Pierwszy Piątek. Zadowalają się więc wyłapaniem prowodyrów i wymierzeniem im paru solidnych kuksańców, po czym puszczają ich wolno. Ach, te drobne przejawy miłosierdzia.
Instynktownie reaguję na ledwie wyczuwalny nacisk na wysokości talii, odwracam się gwałtownie i łapię rękę, która była na tyle głupia, żeby próbować mnie okraść. Ściskam mocno, żeby małe diablę nie zdołało uciec, ale zamiast cherlawego dzieciaka widzę przed sobą dorosłego chłopaka. Uśmiecha się z wyższością.
Kilorn Warren. Pomocnik rybaka, sierota wojenna i chyba mój jedyny prawdziwy przyjaciel. W dzieciństwie zwykliśmy się niemiłosiernie tłuc, ale odkąd dorośliśmy, a Kilorn przewyższa mnie o stopę, staram się unikać szarpaniny. Bywa przydatny, na przykład kiedy trzeba coś zdjąć z wysokiej półki.
– Robisz się coraz szybsza. – Śmieje się i uwalnia z mojego chwytu.
– A może to ty jesteś coraz wolniejszy.
Przewraca oczami i wyłuskuje mi jabłko z dłoni.
– Czekamy na Gisę? – pyta. Odgryza kęs.
– Jest dziś zajęta. Pracuje.
– No to chodźmy, nie chcę się spóźnić.
– Bo to by była prawdziwa tragedia.
– Ej, Mare, Mare… – Grozi mi palcem. – To powinna być zabawa.
– To ma być ostrzeżenie, głupku – odpowiadam.
Ale on już się oddala; ma długie nogi, przez co muszę prawie truchtać, żeby dotrzymać mu kroku. Idąc, kolebie się na boki. „Marynarski chód”, tak to nazywa, chociaż w życiu nie był na odległych morzach. Domyślam się jednak, że godziny spędzone na łodzi rybackiej, nawet na rzece, robią swoje.
Jego ojciec, podobnie jak mój, poszedł na wojnę. O ile jednak mój tata wrócił do domu bez nogi i płuca, o tyle pan Warren wrócił w pudełku na buty. Niedługo potem matka Kilorna się ulotniła i chłopak został sam. Przymierał głodem, ale z niewiadomych powodów stale szukał ze mną zwady. Podkarmiałam go, żeby nie czuć, że kopię worek kości, a potem minęło dziesięć lat – i proszę, oto on. Przynajmniej ma pracę: terminuje u rybaka. Nie wezmą go do wojska.
Docieramy do podnóża pagórka, gdzie ciżba gęstnieje jeszcze bardziej. Ludzie poszturchują się i napierają ze wszystkich stron. Obecność w Pierwszy Piątek jest obowiązkowa – chyba że ktoś, tak jak moja siostra, wykonuje „niezbędne obowiązki”. Tak jakby haftowanie jedwabiu było czymś niezbędnym. Ale cóż, Srebrni kochają swoje jedwabie, czyż nie? Nawet bezpieczniacy, przynajmniej niektórzy, dają się czasem przekupić haftowanymi przez Gisę cackami. O czym ja nie mam zielonego pojęcia, naturalnie.
Cień gęstnieje wokół nas, gdy po kamiennych schodach wchodzimy na grzbiet wzgórza. Kilorn każdym krokiem pokonuje dwa stopnie, niewiele brakuje, żeby mnie zgubił, ale zatrzymuje się i czeka. Z uśmiechem odrzuca opadający na zielone oczy kosmyk płowych włosów.
– Czasem zapominam, że drepczesz jak dziecko.
– Lepiej dreptać jak dziecko, niż tak myśleć – odparowuję i klepię go w policzek, gdy go mijam.
Dogania mnie ze śmiechem.
– Zrzędzisz bardziej niż zwykle.
– Nie cierpię tych spektakli.
– Wiem – mruczy, poważniejąc choć na chwilę.
A potem jesteśmy już na arenie, pod prażącym słońcem. Wybudowana przed dziesięciu laty arena jest zdecydowanie największą budowlą w Palach – oczywiście w porównaniu z gigantycznymi konstrukcjami w miastach i tak jest niepozorna, ale niebotyczne stalowe łuki i tysiące stóp betonu wystarczą, żeby dziewczynie ze wsi zaparło dech w piersi.
Bezpieczniacy są wszędzie, w czarno srebrnych mundurach wyróżniają się w tłumie. Jest Pierwszy Piątek, nie mogą się doczekać przedstawienia. Są uzbrojeni w pistolety i karabiny, chociaż ich nie potrzebują. W Służbie Bezpieczeństwa tradycyjnie pracują Srebrni, a ci nie mają się czego obawiać ze strony nas, Czerwonych. Wszyscy o tym wiedzą. Nie jesteśmy im równi, chociaż na pierwszy rzut oka tego nie widać. Jedyne, co nas odróżnia, przynajmniej zewnętrznie, to postawa. Srebrni chodzą wyprostowani, a nas przygniata brzemię ciężkiej pracy, zawiedzionych nadziei i nieuchronnego rozczarowania losem.
W środku rozpościerającej się pod gołym niebem areny jest tak samo gorąco jak na zewnątrz. Kilorn, jak zwykle czujny, prowadzi mnie w skrawek cienia. Dla nas nie ma na widowni krzesełek, tylko długie betonowe ławy. Zasiadający nieco wyżej nieliczni Srebrni arystokraci rozkoszują się komfortem chłodnych, luksusowych lóż. Mają tam drinki, przekąski, lód (nawet w samym środku lata), miękko wyściełane fotele, elektryczne lampy i inne wygody, których mnie nigdy nie będzie dane zaznać. A dla nich to rzecz oczywista, ba, potrafią się wręcz skarżyć na „mizerne warunki”. Już ja im pokażę „mizerne warunki”, jeśli tylko będę miała okazję. Na nas czekają twarde ławy i kilka jazgoczących ekranów, tak jasnych i głośnych, że trudno znieść ich bliskość.
– Założę się o swoją dniówkę, że dzisiaj znów wyjdzie jakiś siłacz – mówi Kilorn i ciska ogryzek na arenę.
– Nie przyjmuję – mówię.
Czerwoni chętnie obstawiają wyniki walk, licząc na drobną wygraną, która pomoże im przetrwać kolejny tydzień. Ja tego nie robię, nie zakładam się nawet z Kilornem. Łatwiej zwędzić forsę z sakiewki bukmachera, niż próbować coś wygrać.
– A ty nie powinieneś w ten sposób trwonić pieniędzy – dodaję.
– To żadne trwonienie, jeśli mam rację. Zawsze jest tak, że jakiś siłacz kogoś okłada.
Siłacze obskakują zwykle co najmniej połowę pojedynków: ze swoimi talentami i umiejętnościami najlepiej ze wszystkich Srebrnych nadają się do walk na arenie. I chyba sprawia im to przyjemność, kiedy używając swojej nadludzkiej siły, mogą rzucić przeciwnikiem jak szmacianą lalką.
– A kto będzie drugi? – pytam.
Przed oczami staje mi cała galeria Srebrnych, którzy mogą się pojawić na arenie: telekinetycy, chyży, wodnicy, zieloni, kamiennoskórzy… Wszyscy są przerażający.
– Nie wiem. Oby ktoś fajny. Mam ochotę się trochę rozerwać.
Niespecjalnie zgadzamy się z Kilornem w ocenie Pojedynków Pierwszopiątkowych. Mnie oglądanie naparzających się herosów nie sprawia frajdy, on jednak patrzy na to inaczej. „Niech się niszczą nawzajem”, mówi. „To nie nasi”.
Nie rozumie idei Pojedynków. To nie jest bezrozumna rozrywka dla Czerwonych, żeby mieli przy czym odpocząć od codziennej harówki. To chłodny i wyrachowany przekaz: tylko Srebrni mogą się potykać na arenie, bo tylko Srebrni mogą przeżyć taki pojedynek. Walczą po to, żeby pokazać nam swoją potęgę. Swoją władzę. „Nie macie z nami szans. Jesteśmy od was lepsi. Jesteśmy bogami”. To jest wpisane w każdy wymierzany z nadludzką siłą cios.
Całkiem słusznie zresztą. Miesiąc temu oglądałam walkę telekinetyka z chyżym. Chyży poruszał się tak szybko, że nie sposób było nadążyć za nim wzrokiem, a mimo to przegrał z kretesem: telekinetyk siłą swojego umysłu po prostu uniósł go w powietrze. Potem chyży zaczął się dusić, wydaje mi się, że kinetyk w jakiś sposób ściskał go za gardło. Kiedy chyży zsiniał na twarzy, walka została zakończona. Kilorn się cieszył. Postawił na kinetyka.
– Panie i panowie, Srebrni i Czerwoni, witamy na sierpniowym Pojedynku Pierwszopiątkowym.
Głos niesie się ponad areną, odbija echem od ścian. Spiker jak zwykle sprawia wrażenie znudzonego. Wcale mu się nie dziwię.
Dawniej nie było Pojedynków, tylko zwyczajne egzekucje. Więźniów i wrogów publicznych przewożono do Archeonu, stolicy państwa, i tam zabijano na oczach tłumu Srebrnych. Przypuszczam, że Srebrnym się to spodobało i dało początek walkom na arenie, których celem nie było już proste mordowanie, lecz rozrywka. Walki przerodziły się w Pojedynki, tradycja przeniosła się do innych miast i regionów, trafiła do innej publiczności. W końcu na trybuny wpuszczono także Czerwonych, chociaż tylko na najtańsze miejsca. Srebrni pobudowali areny dosłownie wszędzie, nawet w takich wioskach jak Pale, a obecność na trybunach z przywileju stała się obowiązkiem. Mój brat Shade twierdzi, że to dlatego, że w miastach, w których powstały areny, odnotowano znaczny spadek przestępczości wśród Czerwonych; ubyło niezadowolonych i wichrzycieli, nieliczne akty buntu stały się jeszcze rzadsze. Obecnie Srebrni nie muszą urządzać egzekucji, wykorzystywać swoich legionów ani nawet bezpieczniaków, żeby utrzymać pokój. Dwóch czempionów na arenie skutecznie nas zastrasza.
Ci dzisiejsi wyglądają na takich, których należy się bać. Jako pierwszy na biały piasek wychodzi Cantos Carros, Srebrny z Zatoki Portowej na wschodzie. Ekran rozpala się wyraźnym wizerunkiem wojownika, nikt nie musi mi tłumaczyć, że patrzę na siłacza. Ma ręce jak pnie drzew, powęźlone mięśnie i prężące się pod skórą żyły. Kiedy się uśmiecha, widać, że wszystkie zęby ma albo połamane, albo wybite. Może w młodości nie było mu po drodze ze szczoteczką do zębów.
Siedzący obok mnie Kilorn wiwatuje, otaczający go tłum wieśniaków wznosi triumfalne okrzyki; najgłośniejszych bezpieczniak nagradza rzuconym bochnem chleba. Z drugiej strony, na lewo ode mnie, inny funkcjonariusz daje wydzierającemu się dziecku jaskrawożółty karteluszek: elektropapier, dodatkowy przydział elektryczności. Wszystko po to, żebyśmy pokrzykiwali, kibicowali, dopingowali i patrzyli, nawet jeśli nie chcemy.
– Właśnie tak! – Spiker przeciąga zgłoski, usiłując wykrzesać z siebie maksimum entuzjazmu i przelać go w słowa. – Niech was usłyszy! A oto jego przeciwnik, prosto ze stolicy: Samson Merandus.
Drugi wojownik wygląda blado i cherlawo w porównaniu z tą bryłą mięśni w kształcie człowieka, ale pancerz z błękitnej stali ma wypolerowany na wysoki połysk. Pewnie jakiś drugi syn drugiego syna, szukający sławy na arenie. Powinien się bać, tymczasem wydaje się dziwnie spokojny.
Jego nazwisko brzmi znajomo – nie ma w tym jednak niczego nadzwyczajnego. Wielu Srebrnych pochodzi ze sławnych rodów, zwanych „domami” i liczących dziesiątki członków. W naszym rejonie, dolinie rzeki Stołecznej, rządzi dom Welle. Nigdy w życiu nie widziałam ich gubernatora: zjawia się w okolicy raz, może dwa razy do roku, a nawet wtedy nie zagląda do takich wsi zamieszkanych przez Czerwonych jak moja. Widziałam kiedyś jego jacht na rzece, smukły, z zielono złotymi proporcami. Welle jest zielonym; kiedy przepływał, drzewa na brzegach buchały kwieciem i kwiaty kiełkowały z ziemi. Bardzo mi się to wszystko podobało, dopóki jeden ze starszych chłopaków nie obrzucił jachtu kamieniami. Nie doleciały, spadły do wody, nie czyniąc nikomu krzywdy, a chłopaka i tak zakuto w dyby.
– Siłacz wygra – mówię.
– Skąd wiesz? – Kilorn marszczy brwi i zerka podejrzliwie na jego przeciwnika. – Co ten Samson potrafi?
– Nieważne – prycham. – I tak nie ma szans.
Czekam, aż się zacznie.
– Czempioni, na pozycje.
Nad areną niesie się znajome wezwanie. Wielu widzów wstaje, żeby lepiej widzieć, ale nie ja. To mój milczący protest. Może i wyglądam na spokojną, ale w moich żyłach wrze gniew. Gniew i zazdrość. „Jesteśmy bogami”, słyszę w głowie.
Wojownicy zajmują pozycje na przeciwnych krańcach placu. Użycie broni palnej na arenie jest niedozwolone, dlatego Cantos dobywa krótkiego miecza o szerokim ostrzu. Wątpię, żeby go potrzebował. Samson nie ma żadnej broni, palce opuszczonych swobodnie rąk drgają mu lekko.
Po arenie rozchodzi się znajome basowe, elektryczne buczenie. Nienawidzę tego momentu. Dźwięk wibruje mi w zębach i kościach, pulsuje i narasta, jakby zaraz miał coś rozsadzić, po czym urywa się gwałtownie wysoką, ćwierkliwą nutą. Pojedynek rozpoczęty.
Wypuszczam powietrze z płuc.
Od początku zanosi się na krwawą jatkę. Cantos szarżuje niczym byk, wzbijając w powietrze kłęby piachu. Samson próbuje uniknąć zderzenia, odwrócić się bokiem, prześliznąć barkiem po jego ciele, ale siłacz jest szybki. Łapie Samsona za nogę i rzuca nim przez arenę jak zabawką z piórek. Wiwaty publiczności zagłuszają ryk bólu, gdy Samson uderza o cementową ścianę, ale cierpienie wyraźnie maluje się na jego twarzy. Zanim zdąży choćby pomyśleć o wstaniu, Cantos już jest nad nim, już unosi go… i rzuca. Samson spada bezwładnie. Niemożliwe, żeby miał wszystkie kości całe, ale jakimś cudem udaje mu się podnieść.
– A ten co, worek treningowy? – Kilorn wybucha śmiechem. – Dowal mu, Cantos!
Nie zależy mu na dodatkowym bochenku chleba ani paru minutach prądu więcej, nie dlatego dopinguje zawodników. On naprawdę chce zobaczyć, jak arena spływa krwią – krwią Srebrnych, srebrokrwią. Nie przeszkadza mu, że ta krew jest wszystkim, czym my nie jesteśmy i być nie możemy; wszystkim, czego pragniemy. Chce ją zobaczyć, bo wtedy może się oszukiwać, że Srebrni naprawdę są ludźmi, że można ich zranić i pokonać. Ale ja znam prawdę. Ich krew to groźba. Ostrzeżenie. Ślubowanie. „Nie jesteśmy i nigdy nie będziemy tacy sami”.
I Kilorn dostaje to, czego chce. Nawet z wysokości lóż widać metalicznie opalizującą ciecz, która skapuje Samsonowi z ust. Odbija promienie słońca jak lustro wody. Prawdziwa rzeka spływa po szyi Samsona na jego pierś pod pancerzem.
Oto co odróżnia Srebrnych od Czerwonych: kolor krwi. Ta prosta różnica sprawia, że są od nas silniejsi, mądrzejsi, lepsi.
Samson spluwa: jakby na arenie zabłysło nowe, małe słońce. Dziesięć jardów od niego Cantos zaciska dłoń na mieczu. Szykuje się do ciosu, który okaleczy przeciwnika i zakończy walkę.
– Biedny głupiec – mruczę pod nosem. Wygląda na to, że Kilorn ma rację, gość robi za worek treningowy.
Cantos rusza: stopy dudnią o piasek, miecz unosi się w zamachu, oczy pałają ogniem… A potem nagle nieruchomieje w pół kroku, z głośnym szczękiem blach pancerza.
Stojący na środku areny Samson celuje w niego palcem wskazującym i mierzy go spojrzeniem zdolnym druzgotać kości. Zaczyna pstrykać palcami i Cantos posłusznie rusza, krok za krokiem, w rytmie tych pstryknięć. Rozdziawia usta, wygląda jak upośledzony. Albo głupi.
Jakby postradał rozum.
Nie wierzę własnym oczom.
Nad areną zapada upiorna cisza. Patrzymy na rozgrywającą się w dole scenę, ale jej nie rozumiemy. Nawet Kilornowi odebrało mowę.
– Szept – mówię półgłosem.
Nigdy jeszcze nie widziałam szepta na arenie, chyba nikt nie widział. Rzadko się ich spotyka, są niebezpieczni i naprawdę potężni – nawet wśród Srebrnych. Nawet w stolicy. Krążą o nich różne plotki, ale wszystko sprowadza się do paru prostych, przerażających faktów: szept potrafi wejść człowiekowi do głowy, czytać mu w myślach i przejąć jego umysł. I to właśnie zrobił Samson – przebił się przez pancerz i mięśnie Cantosa wprost do mózgu. A mózg jest bezbronny.
Cantos unosi miecz w drżącej dłoni. Próbuje oprzeć się mocy Samsona, ale choćby był nie wiadomo jak silny, nie pokona wroga, który siedzi mu w głowie.
Samson skręca dłoń w nadgarstku i srebrokrew chlusta na piasek: to Cantos wbił sobie miecz w brzuch. Nawet z tej wysokości słyszę obrzydliwe mlaśnięcie metalu wrzynającego się w ciało. Widok posoki buchającej z Cantosa zapiera widzom dech w piersi. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy takiej masy przelanej krwi.
Zapalają się niebieskie lampy i nagle cała arena tonie w upiornej poświacie. Pojedynek dobiegł końca. Srebrni uzdrowiciele wbiegają na piasek, pędzą w stronę leżącego Cantosa. Srebrni nie powinni ginąć na arenie. Srebrni mają dzielnie walczyć, popisywać się swoimi umiejętnościami, dać piękny pokaz – ale nie umrzeć. Nie są przecież Czerwonymi.
Nigdy przedtem nie widziałam, żeby Służba Bezpieczeństwa zareagowała tak szybko. Są wśród nich chyży: śmigają w tę i z powrotem, wyganiając ludzi z trybun; nie chcą, żebyśmy byli świadkami ewentualnej śmierci Cantosa.
Samson schodzi z areny krokiem tytana. Spogląda na leżącego bezwładnie przeciwnika. Spodziewam się ujrzeć na jego twarzy skruchę, ale jego rysy są kompletnie obojętne, nie odzwierciedlają żadnych emocji. Ta walka była dla niego niczym. My wszyscy jesteśmy dla niego niczym.
W szkole uczyliśmy się o świecie, który istniał dawno temu, przed nastaniem naszego; o aniołach i bogach, którzy mieszkali w niebie i stamtąd rządzili ziemią, kierowani dobrocią i miłością. Niektórzy twierdzą, że to bajki, ale ja im nie wierzę.
Bogowie wciąż nami rządzą. Zstąpili z gwiazd i nie są już dobrzy.
Nasz dom jest mały nawet jak na tutejsze standardy, ale przynajmniej mamy widok z okna. Tata zbudował ten dom na bardzo wysokich palach podczas jednej z przepustek, zanim jeszcze został ranny. Z góry widać drugi brzeg rzeki. Nawet latem, kiedy powietrze mgli się z gorąca, można dostrzec tam odsłonięte spłachcie terenu, pozostałości po lesie, wykarczowanym bez litości. Wyglądają jak znamiona postępującej zarazy. Na północy i zachodzie nietknięte wzgórza spokojnie przypominają, że świat jest o wiele większy niż my, Srebrni i wszystko, co znam.
Wspinam się do domu po drabinie, przesuwając dłońmi po drewnie wygładzonym od codziennego dotyku. Z tej wysokości widzę kilka jachtów płynących w górę rzeki z dumnie powiewającymi kolorowymi proporcami. Srebrni. Tylko ich stać na prywatne środki transportu. Rozbijają się pojazdami kołowymi, luksusowymi jachtami, a nawet wzlatują w przestworza w odrzutowcach, gdy nam zostają własne nogi. Albo hulajnoga, jeśli ktoś ma szczęście.
Jachty kierują się zapewne do Summerton, małej mieściny, która rozkwita wokół letniej rezydencji królewskiej. Gisa była tam dzisiaj, pomagała szwaczce, u której terminuje. Często przy okazji wizyty króla udają się na tamtejszy targ; sprzedają hafty Srebrnym kupcom i arystokratom, którzy wszędzie podążają za królem jak kaczątka za matką. Sama rezydencja nosi nazwę Słonecznego Pałacu; podobno jest cudowna, ale ja nigdy jej nie widziałam. Nie rozumiem, do czego rodzinie królewskiej potrzebny jest drugi dom, zwłaszcza że pałac w stolicy jest przepiękny, ale jak to u Srebrnych bywa, nie jest ważne to, czego potrzebuje król, tylko to, czego chce. Czegokolwiek chce, dostaje.
Zanim otworzę drzwi, za którymi powita mnie tradycyjny chaos, głaszczę powiewającą na werandzie flagę. Trzy czerwone gwiazdy na zżółkłym polu, po jednej za każdego brata, i miejsce na kolejne. Na moją. Podobne flagi powiewają przed większością domów; na niektórych miejsce gwiazd zajęły czarne pasy, niema pamiątka po poległych dzieciach.
W środku mama poci się przy piecu, na którym miesza gulasz. Ojciec łypie na nią ze swojego wózka inwalidzkiego. Gisa haftuje przy stole: robi coś pięknego, wyjątkowego, kompletnie wykraczającego poza moją zdolność pojmowania.
– Wróciłam – oznajmiam, nie zwracając się do nikogo konkretnego.
Tata macha mi ręką, mama kiwa głową. Gisa nie podnosi wzroku znad swojego kawałka jedwabiu. Rzucam na stół obok niej sakiewkę z całodzienną zdobyczą; monety dźwięczą, jak mogą najgłośniej.
– Powinno wystarczyć na porządny tort na urodziny taty. I na dodatkowe akumulatory do końca miesiąca.
Gisa zerka na sakiewkę i krzywi się z niesmakiem. Ma dopiero czternaście lat, ale jest bardzo bystra jak na swój wiek.
– Pewnego dnia ktoś przyjdzie i wszystko ci zabierze – mówi.
– Zazdrość nie jest w twoim stylu – karcę ją, głaszcząc po głowie.
Od razu poprawia idealnie ułożone, lśniące rude włosy, utyka luźne pasemka w pracowicie związanym koku.
Zawsze chciałam mieć takie włosy, chociaż nigdy bym się do tego nie przyznała. Są jak ogień, podczas gdy moje mają odcień, jak to mawiamy, „rzecznego brązu”: ciemne u nasady, jasne na końcach. Kolor stopniowo wycieka z naszych włosów pod wpływem stresu. Większość ludzi strzyże się krótko, żeby ukryć szarawe końcówki, ale nie ja. Wolę, aby nawet włosy mi przypominały, że życie powinno wyglądać inaczej.
– Wcale nie jestem zazdrosna – dąsa się Gisa i wraca do pracy. Wyszywane przez nią cudne ogniste kwiaty płoną na tle oleiście czarnego jedwabiu.
– To jest piękne, Gee.
Przesuwam palcami po jednym z kwiatów, rozkoszując się jego jedwabistym dotykiem. Gisa podnosi wzrok i uśmiecha się półgębkiem, odsłaniając równe zęby. Możemy żyć ze sobą jak pies z kotem, ale wie, że jest moją małą gwiazdeczką.
Wszyscy wiedzą, że to ja jestem zazdrosna, Giso, odpowiadam jej w myślach. Umiem tylko okradać ludzi, którzy naprawdę coś potrafią.
Kiedy skończy terminować u szwaczki, będzie mogła otworzyć własną pracownię, a wtedy Srebrni będą się do niej schodzić z całej okolicy i kupować chusteczki, flagi, ubrania. Osiągnie sukces, jaki dany jest niewielu Czerwonym, i będzie sobie wygodnie żyła. Zadba o rodziców, a mnie i moich braci zatrudni do jakichś prostych, niewdzięcznych prac i w ten sposób wyciągnie nas z wojska. Pewnego dnia – za pomocą igły z nitką – ocali nas wszystkich.
– Moje córeczki… – mruczy pod nosem mama, przeczesując palcem siwawe włosy. – Jak dzień i noc.
W jej ustach nie jest to żadna obelga, tylko stwierdzenie przykrego faktu. Gisa jest biegłą hafciarką, w dodatku ładną i miłą, a ja… jestem bardziej nieokrzesana, jak uprzejmie ujmuje to mama. Jestem ciemnością, w której lśni światełko Gisy. Chyba jedyne, co nas łączy, to kolczyki, pamiątka po braciach.
Siedzący w kącie tata rzęzi i uderza się pięścią w pierś. To u niego normalne, ma tylko jedno prawdziwe płuco. Uratował go Czerwony medyk, który w miejsce drugiego, zapadniętego płuca wstawił mu urządzenie wyręczające go w oddychaniu. Nie jest to wynalazek Srebrnych. Oni takich nie potrzebują, bo mają uzdrowicieli, ale uzdrowiciele nie zwykli marnować czasu na ratowanie Czerwonych; w ogóle nie fatygują się na front, żeby tam udzielać pomocy rannym. Siedzą w miastach, zajęci przedłużaniem życia Srebrnym starcom, łataniem zniszczonych alkoholem wątrób i tym podobnych. My zaś, chcąc zadbać o siebie, jesteśmy zmuszeni korzystać z czarnorynkowej techniki i wynalazków. Niektóre z nich są głupie, inne zwyczajnie nie działają, ale tykający kawałek metalu uratował mojego ojca. Stale słyszę ciche tętnienie, które reguluje oddech taty.
– Nie chcę tortu – zrzędzi, a ja widzę, jak zerka na swój rosnący brzuch.
– To powiedz, co chciałbyś dostać, tato. Nowy zegarek? Albo…
– Zegarek, który ukradniesz komuś z przegubu dłoni, nie jest nowy, Mare.
Zanim w domu Barrowów wybuchnie kolejna wojna, mama zdejmuje gulasz z ognia.
– Obiad – mówi i stawia garnek na stole.
Owiewa mnie zapach jedzenia.
– Pachnie cudownie – kłamie Gisa.
Tata, mniej od niej taktowny, krzywi się.
Nie chcąc, żeby wytykano mnie palcami, zmuszam się do przełknięcia paru kęsów i z przyjemnym zaskoczeniem stwierdzam, że gulasz nie jest taki niedobry jak zwykle.
– Dodałaś pieprzu, który ci przyniosłam?
Zamiast pokiwać głową, uśmiechnąć się i podziękować, że zauważyłam, mama tylko się rumieni. Milczy. Wie, że ukradłam ten pieprz, tak jak wszystko, co przynoszę do domu.
Gisa przewraca oczami znad talerza. Przeczuwa, do czego prowadzi rozmowa.
Można by się spodziewać, że z czasem człowiek się przyzwyczai, ale mam dość ich dezaprobaty.
Mama z westchnieniem kryje twarz w dłoniach.
– Wiesz, że doceniam to, co robisz, Mare, po prostu czasem żałuję…
– Że nie jestem taka jak Gisa? – kończę za nią.
– Wcale nie. – Kręci głową. Kolejne kłamstwo. – Nie to miałam na myśli.
– No jasne. – Moje rozgoryczenie musi być w tej chwili wyczuwalne na drugim końcu wsi. Robię, co w mojej mocy, żeby głos mi się nie załamał. – Tylko w taki sposób mogę wam pomóc, zanim… zanim mnie zabiorą.
Wzmianka o wojnie błyskawicznie wszystkich ucisza. Nawet tata przestaje rzęzić. Mama odwraca głowę, teraz czerwieni się ze złości. Pod stołem Gisa ściska mnie za rękę.
– Wiem, że robisz, co możesz – szepcze mama – i że chcesz dobrze.
Te słowa przychodzą jej z trudem, ale i tak przynoszą mi pociechę. Nic nie mówię, zmuszam się tylko do kiwnięcia głową.
Nagle Gisa podskakuje na krześle jak rażona prądem.
– Byłabym zapomniała! Wracając z Summerton, zajrzałam na posterunek. Przyszedł list od Shade’a.
Jej słowa są jak wybuch bomby. Mama z tatą zgodnie rzucają się po przybrudzoną kopertę, którą Gisa wyjmuje z kieszeni. Czekam, aż mi ją podadzą. Oglądają ją dokładnie: żadne z nich nie umie czytać, więc próbują coś wywnioskować z wyglądu papieru. Tata wącha list.
– Sosna – mówi. – Ale nie dym. To dobrze. Nie pisze z Prze smyku.
Wszyscy oddychamy z ulgą. Przesmyk to wielokrotnie ostrzeliwany pas ziemi łączący Nortę z Pojezierzem, gdzie toczą się główne walki. Żołnierze spędzają tam większość czasu, kuląc się w okopach, na które prędzej czy później spadnie bomba, albo dokonując heroicznych wypadów, które kończą się krwawą jatką. Poza tym granicę wytyczają jeziora, tylko na dalekiej północy biegnie ona przez tundrę, która jednak jest zbyt mroźna i jałowa, by o nią walczyć. Przed laty tata został ranny właśnie w Przesmyku, kiedy na jego oddział spadła bomba. Po trwających dziesięciolecia walkach Przesmyk jest dziś tak zniszczony, że snujący się nad nim dym eksplozji tworzy permanentną gęstą mgłę. Nic tam nie rośnie, to kraina szara i martwa jak wojenna przyszłość.
W końcu tata podaje mi list. Otwieram go z niecierpliwością, zarazem zaciekawiona i pełna obaw o to, co Shade ma do powiedzenia.
Kochani, żyję. Jak widać.
Tata i ja parskamy śmiechem, nawet Gisa się uśmiecha. Mama nie jest ubawiona, chociaż Shade każdy swój list zaczyna w taki właśnie sposób.
Zostaliśmy odesłani na tyły, co tata na pewno już zwietrzył jak rasowy ogar. Miło jest wrócić do głównego obozu. Czerwono tu jak o świcie, prawie nie widujemy Srebrnych oficerów. A ponieważ w powietrzu nie ma dymu, naprawdę widać, jak słońce wschodzi, co dzień mocniejsze. Ale laba nie potrwa długo. Dowództwo planuje wyposażyć nas w sprzęt do walki na wodzie, dostaliśmy przydział na jeden z nowych okrętów. Spotkałem sanitariuszkę z innego oddziału: mówi, że zna Tammy’ego i wszystko z nim w porządku. Oberwał odłamkiem podczas odwrotu z Przesmyku, ale już doszedł do siebie. Obeszło się bez zakażenia i bez trwałego uszczerbku na zdrowiu.
Mama wzdycha głośno i kręci głową.
– Bez trwałego uszczerbku na zdrowiu – powtarza z dezaprobatą.
Nadal nic nie wiem o Bree, ale nie przejmuję się tym. Jest z nas najlepszy i niedługo przyjedzie do domu na urlop po pięciu latach służby. Nie martw się, mamo. Poza tym nie mam żadnych wieści, w każdym razie takich, które mógłbym przekazać w liście. Giso, nie popisuj się przesadnie, chociaż masz czym. Mare, nie bądź nieznośna i przestań tłuc tego chłopaka od Warrenów. Tato, jestem z Ciebie dumny. Zawsze. Kocham Was wszystkich. Wasz ulubiony syn i brat, Shade.
Jego słowa jak zwykle przeszywają nas na wskroś. Gdybym się bardziej postarała, niemal mogłabym usłyszeć jego głos.
Nagle lampa nad naszymi głowami zaczyna piszczeć.
– Nie włożyliście kartek, które wczoraj przyniosłam? – pytam, a wtedy światło gaśnie.
Moje oczy szybko oswajają się z mrokiem. Widzę, jak mama kręci głową.
– Możemy się nie kłócić? – jęczy Gisa. Słychać zgrzytnięcie krzesła o podłogę: wstała od stołu. – Idę spać. Nie krzyczcie za głośno.
Nie krzyczymy. Tak już wygląda ten mój świat – jestem zbyt zmęczona, żeby się kłócić. Mama z tatą idą do siebie i zostaję przy stole sama. Kiedy indziej wymknęłabym się z domu, ale dzisiaj stać mnie tylko na tyle, żeby położyć się spać.
Po następnej drabinie wspinam się na stryszek, gdzie Gisa już chrapie. Ma dziewczyna talent, potrafi zasnąć w minutę, podczas gdy ja czasem godzinami przewracam się z boku na bok. Układam się na swojej pryczy. Z przyjemnością po prostu leżę i ściskam w ręce list od Shade’a. Tata miał rację, mocno pachnie sosną.
Szmer rzeki brzmi dziś bardzo sympatycznie: przelewająca się przez przybrzeżne kamyki woda powoli mnie usypia. Nawet nasza stara, pordzewiała lodówka akumulatorowa, która często zawodzi tak, że głowa mi pęka, dzisiaj mnie nie drażni.
Już zanurzam się w sen, gdy słyszę ptasi trel. To Kilorn.
Nie, myślę. Idź sobie.
Ptak odzywa się ponownie, tym razem głośniej. Gisa wierci się przez sen, odwraca, wtula twarz w poduszkę.
Mruczę ze złości pod nosem (w tej chwili szczerze nienawidzę Kilorna), ale gramolę się z pryczy i zjeżdżam po drabinie. Przeciętna dziewczyna na pewno by się o coś potknęła w zagraconym pokoju, ale ja – po latach uciekania przed bezpieczniakami – stąpam pewnie i cicho. Sekundę później jestem już na dole. Zsunąwszy się po drugiej drabinie, ląduję po kostki w błocie. Kilorn czeka, wychodzi z zalegającego pod domem cienia.
– Mam nadzieję, że lubisz podbite oczy, bo mam taki plan, żeby ci…
Na widok jego twarzy słowa więzną mi w gardle.
Widać, że płakał. Ale przecież Kilorn nigdy nie płacze. Ma zakrwawione knykcie, a jestem gotowa się założyć, że gdzieś niedaleko znajduje się jakaś ściana, która w tej chwili cierpi tak samo jak on. Mimo późnej pory wbrew sobie zaczynam się martwić. Zaczynam się o niego bać.
– Co jest? – pytam. – Co się stało? – Odruchowo biorę go za rękę, czuję pod palcami krew. – No co?
Nie odpowiada od razu, jakby zbierał się na odwagę. Teraz jestem już przerażona.
– Mój mistrz… nie żyje. Już nie jestem uczniem.
Próbuję powstrzymać zaskoczone sapnięcie, ale bez powodzenia. Niesie się echem, drwiąc z naszego nieszczęścia. Kilorn wie, że nie musi mówić nic więcej, bo ja już pojęłam, do czego zmierza, ale i tak dodaje:
– Nie dokończyłem terminowania, więc… – Urywa. – Mam osiemnaście lat. Wszyscy inni rybacy mają swoich uczniów. Nie mam pracy i nie mam jej jak znaleźć.
Jego następne słowa są jak nóż wbity w moje serce. Bierze głęboki, drżący wdech. Wolałabym nie słyszeć tego, co za chwilę powie.
– Wyślą mnie na front.
Trwa od blisko stu lat. Wydaje mi się, że nie powinno już nazywać się jej „wojną”, ale nie ma innego słowa na określenie takiej wyższej formy zniszczenia. W szkole uczyli nas, że zaczęło się od sporu o ziemię. Pojezierze jest płaskie i żyzne, a tamtejsze jeziora pełne ryb. W niczym nie przypomina skalistych i lesistych wzgórz Norty, gdzie ziemia ledwo może nas wyżywić. Nawet Srebrnym nie jest lekko. Dlatego nasz król wypowiedział Pojezierzu wojnę i wciągnął nas w konflikt, w którym żadna ze stron nie może zatriumfować.
Król Pojezierza, inny Srebrny, bynajmniej się nie ugiął: silny poparciem całej swojej arystokracji zażądał naszych rzek, elektrowni wodnych i dostępu do morza, które nie byłoby przez pół roku skute lodem. To elektrowniom nasz kraj zawdzięcza swój dobrobyt; produkują tyle prądu, że wystarcza nawet dla Czerwonych. Słyszałam o miastach położonych daleko na południu, nieopodal stolicy, Archeonu, gdzie wykwalifikowani Czerwoni konstruują maszyny, których idei nie ogarniam rozumem: pojazdy lądowe, wodne i powietrzne, a także broń zdolną nieść zagładę wszędzie tam, gdzie będzie to Srebrnym potrzebne. Nauczycielka z dumą opowiadała nam o tym, że Norta, światło świata, zawdzięcza swoją potęgę energii i technice, gdy tymczasem inne krainy, takie jak Pojezierze czy leżący na południu Piemont, tkwią w ciemnościach. Mamy szczęście, że się tu urodziliśmy.
Szczęście. Na dźwięk tego słowa chce mi się krzyczeć.
Jednak mimo naszych elektrowni i broni oraz zapasów żywności i liczebności mieszkańców Pojezierza nikomu nie udało się zdobyć trwałej przewagi. Zarówno jedni, jak i drudzy mają Srebrnych dowódców i Czerwonych żołnierzy; jedni i drudzy korzystają z talentów, karabinów oraz tarcz tysiąca Czerwonych ciał, a wojna, która miała się zakończyć bez mała sto lat temu, i tak wlecze się po dziś dzień. Zawsze mnie to bawiło, że wojujemy o jedzenie i wodę. Nawet wielcy i potężni Srebrni muszą jeść.
Dziś jednak wcale nie jest mi do śmiechu, nie kiedy Kilorn ma być następną osobą, którą pożegnam. Zastanawiam się, czy da mi kolczyk, żebym o nim pamiętała, kiedy zabierze go wyglansowany legionista.
– Tydzień, Mare. Za tydzień już mnie tu nie będzie. – Głos mu się łamie. Kaszle, próbując to ukryć. – Nie mogę iść. Nie… nie dam się zabrać.
Widzę jednak, że wola walki w jego oczach gaśnie.
– Na pewno jest jakieś wyjście – wypalam. – Coś wymyślimy.
– Nikt nie może nic zrobić. Nikomu nie udało się uniknąć poboru i przeżyć.
Nie musi mi tego mówić. Co roku ktoś próbuje uciec. I co roku łapią tego kogoś, wloką z powrotem do wioski i wieszają na rynku.
– Nie – upieram się. – Coś wymyślimy.
Nawet w takiej chwili znajduje w sobie siłę, żeby uśmiechnąć się z wyższością.
– My?
Żaden pożar nie rozprzestrzenia się tak szybko jak rumieniec na moich policzkach.
– Jestem skazana na pobór tak samo jak ty – przypominam – ale nie wezmą mnie. Uciekniemy.
Pobór do wojska zawsze był mi przeznaczony, jak kara za winy, zdaję sobie z tego sprawę. Co innego Kilorn. Już i tak stracił zbyt wiele.
– Nie mamy dokąd uciec – bąka niepewnie, ale przynajmniej oponuje. Przynajmniej się nie poddaje. – Na północy nie przetrwamy zimy. Na wschodzie mamy morze, na zachodzie kolejny front, południe jest napromieniowane jak diabli… A wszędzie roi się od Srebrnych i bezpieczniaków.
Słowa wylewają się ze mnie jak rzeka.
– Tak jak tutaj, w wiosce. Tu też roi się od Srebrnych i bezpieczniaków, a mimo to udaje nam się kraść i kombinować tuż pod ich nosem. – Mam gonitwę myśli, desperacko szukam jakiegoś sensownego pomysłu, jakiegokolwiek. I nagle olśnienie uderza we mnie jak piorun. – Czarny rynek. Sami dokładamy się do jego działania, a przemytnicy handlują dosłownie wszystkim, od ziarna po żarówki. Kto powiedział, że nie można przemycić człowieka?
Kilorn otwiera usta, gotowy przedstawić tysiąc powodów, dla których to nie ma prawa się udać. Potem jednak uśmiecha się i kiwa głową.
Nie cierpię wtykać nosa w nie swoje sprawy, nie mam na to czasu, tymczasem za chwilę słyszę, jak wypowiadam trzy zgubne słowa:
– Zostaw to mnie.
***
Fanty, których nie możemy upłynnić w normalnych sklepach, zanosimy do Willa Whistle’a. Will jest stary, za słaby do pracy w składzie drewna, więc za dnia zamiata ulice. Za to po nocach handluje ze swojego zalatującego stęchlizną wozu dosłownie wszystkim, co się człowiekowi zamarzy, od zakazanej kawy po egzotyczne towary prosto z Archeonu. Miałam dziewięć lat i garść kradzionych guzików, kiedy pierwszy raz zaryzykowałam spotkanie z Willem. Zapłacił mi trzy miedziaki i nie zadawał pytań. Teraz jestem jego najlepszą klientką i prawdopodobnie głównym powodem, dla którego udaje mu się utrzymać w naszej wioszczynie. Kiedy mam dobry dzień, mogłabym go nawet nazwać przyjacielem. Musiały minąć lata, zanim odkryłam, że jest tylko jednym z węzłów znacznie większej organizacji – jedni nazwaliby ją „podziemiem”, inni „czarnym rynkiem”; mnie interesuje tylko to, co mogą załatwić. Wszędzie mają swoich ludzi, takich jak Will – nawet w Archeonie, choć wydaje się to niemożliwe. Rozprowadzają nielegalne towary po całym kraju, a ja właśnie pomyślałam, że mogliby zrobić wyjątek i przewieźć nie towar, lecz człowieka.
– Mowy nie ma.
Przez osiem lat Will nigdy mi nie odmówił, a teraz pomarszczony stary dureń prawie zatrzaskuje mi drzwi przed nosem. Dobrze, że nie zabrałam ze sobą Kilorna; nie musi patrzeć, jak zawodzę jego oczekiwania.
– Will, proszę cię. Wiem, że możesz to zrobić…
Kręci głową, aż mu się siwa broda trzęsie.
– Nawet gdybym mógł, jestem zwykłym handlarzem. Moi kontrahenci nie poświęcają czasu i pieniędzy na przerzucanie ludzi z miejsca na miejsce. To nie ta branża.
Czuję, jak moja jedyna nadzieja – jedyna nadzieja dla Kilorna – wymyka mi się z rąk. Will chyba dostrzega desperację w moich oczach, bo mięknie. Oparty o framugę drzwi wzdycha i zerka za siebie, w głąb ciemnego wnętrza wozu. Po chwili odwraca się i gestem zaprasza mnie do środka. Chętnie podążam za nim.
– Dziękuję, Will. Dziękuję – gadam jak najęta. – Nie masz pojęcia, jak wiele to dla mnie znaczy…
– Siadaj i milcz, dziewczyno. – Słyszę wysoki głos.
W półmroku, ledwie widoczna w słabym świetle samotnej błękitnej świecy, wstaje jakaś kobieta. Właściwie dziewczyna, nie kobieta, bo wygląda na niewiele starszą ode mnie. Jest natomiast dużo wyższa i emanuje aurą doświadczonej wojowniczki. Na pewno nie ma pozwolenia na pistolet, który nosi na biodrze zatknięty za szeroki czerwony pas ze słonecznym deseniem. Ma zbyt jasną cerę i włosy, żeby pochodzić z Pali, a sądząc po warstewce potu na twarzy, źle znosi tutejszy upał i wilgoć. Cudzoziemka, do tego wyjęta spod prawa.
Dokładnie z kimś takim chciałam się spotkać.
Gestem wskazuje mi ławę werżniętą w ścianę wozu. Czeka, aż usiądę, i dopiero wtedy sama siada. Idący za mną Will opada ciężko na sfatygowane krzesło. Strzela oczami to na nią, to na mnie.
– Mare Barrow – mamrocze – przedstawiam ci Farley.
Farley zaciska szczęki. Mierzy mnie wzrokiem.
– Interesuje cię transport ładunku – mówi.
– Chodzi o mnie i takiego jednego chłopaka…
Ucisza mnie gestem dużej, stwardniałej dłoni.
– Ładunku – powtarza z naciskiem, patrząc na mnie znacząco, a mnie serce żywiej bije. Farley naprawdę może mi pomóc. – Dokąd? – pyta.
Rozpaczliwie szukam w myślach jakiegoś spokojnego zakątka. Przed oczami mam starą szkolną mapę, kontur wybrzeża, rzeki, miasta, wioski i wszystko pośrodku, od Zatoki Portowej na Zachodzie, przez Pojezierze i północną tundrę, aż po napromieniowane Ruiny i Pustkowie… Wszędzie będzie dla nas niebezpiecznie.
– Dokądkolwiek – odpowiadam – byle Srebrni nam nie zagrażali.
Farley tylko mruga powiekami, wyraz jej twarzy nie zmienia się ani na jotę.
– Bezpieczeństwo kosztuje, dziewczyno – zauważa.
– Wszystko kosztuje, dziewczyno – odpowiadam z takim samym przekąsem. – Ja wiem o tym najlepiej.
Cisza zapada w wozie i trwa. Czas płynie, Kilornowi uciekają bezcenne minuty. Farley z pewnością wyczuwa mój niepokój i zniecierpliwienie, ale nie śpieszy się z odpowiedzią. Mija wieczność, zanim wreszcie otwiera usta.
– Szkarłatna Straż wyraża zgodę, Mare Barrow.
Aż mam ochotę podskoczyć z radości; powstrzymanie się od tego wymaga całej mojej siły woli. Coś jednak nie daje mi spokoju, nie pozwala się uśmiechnąć.
– Opłata w wysokości tysiąca koron, wniesiona z góry – kontynuuje Farley.
Zapiera mi dech w piersi. Nawet Will się dziwi, unosi puchate siwe brwi tak bardzo, że chowają mu się we włosach.
– Tysiąc koron? – udaje mi się wykrztusić.
Nikt nie ma takich pieniędzy, nie w Palach. Moja rodzina mogłaby za nie wyżyć przez rok. Przez kilka lat.
Ale Farley jeszcze nie skończyła. Mam wrażenie, że dobrze się bawi.
– Płatność w banknotach, tetrarchach albo w towarze. Oczywiście tysiąc od sztuki.
Czyli w sumie dwa. Dwa tysiące koron. Majątek. Nasza wolność jest warta majątek.
Z trudem oddycham. Niespełna dwa dni na zebranie fortuny, jakiej nie nakradłam przez całe życie. To niewykonalne.
Nawet nie zdążam zaprotestować, gdy Farley pyta:
– Przyjmujesz te warunki?
– Potrzebuję więcej czasu.
Kręci głową i nachyla się w moją stronę. Czuć od niej proch.
– Czy przyjmujesz warunki?
To niewykonalne. To głupie. To nasza jedyna szansa.
– Przyjmuję warunki.
***
Następne chwile zlewają mi się w jedną, gdy po ciemku brnę w błocie do domu. Mózg rozgrzewa mi się do czerwoności, gdy próbuję wymyślić, w jaki sposób zdobyć coś o choćby zbliżonej wartości do żądanej przez Farley kwoty. Jestem pewna, że w Palach niczego takiego nie znajdę.
Kilorn czeka na mnie. Wygląda jak zagubiony chłopczyk. Którym chyba w tej chwili naprawdę jest.
– Złe wieści? – pyta. Usiłuje nie okazywać zdenerwowania, ale głos i tak mu drży.
– Podziemie może nas stąd wyciągnąć.
Z udawanym spokojem, żeby nie straszyć go bez potrzeby, tłumaczę mu wszystko po kolei. Dwa tysiące koron może być warte tronu królewskiego, ja jednak staram się, żeby zabrzmiało to niepozornie.
– Jeżeli ktokolwiek ma tego dokonać, to właśnie my. Damy radę.
– Mare. – Jego głos jest lodowaty, zimniejszy niż sama zima, ale pustka w jego oczach jest jeszcze gorsza. – To koniec. Przegraliśmy.
– Ale gdybyśmy tylko…
Łapie mnie za ramiona, mocno, i przytrzymuje na odległość wyprostowanych rąk. Nie sprawia mi to bólu, ale i tak wstrząsa mną do żywego.
– Nie rób mi tego, Mare. Nie każ mi wierzyć, że istnieje jakieś wyjście. Nie dawaj mi nadziei.
Ma rację. To okrutne dawać komuś nadzieję tam, gdzie nie ma na nią miejsca. Taka nadzieja przeradza się w rozczarowanie, urazę i wściekłość, a to czyni życie jeszcze trudniejszym, niż było do tej pory.
– Daj mi się z tym po prostu pogodzić. Może… może wtedy uda mi się wziąć w garść, wyszkolić jak należy i będę miał jakąś szansę przetrwać na wojnie.
Łapię go za nadgarstki i trzymam mocno.
– Mówisz, jakbyś już nie żył.
– Może tak właśnie jest.
– Moi bracia…
– Twój ojciec dopilnował na długo przed ich odejściem, żeby wiedzieli, co robią. Poza tym każdy z nich to kawał chłopa, co też nie przeszkadza. – Zmusza się do znaczącego uśmieszku, próbując mnie rozbawić. Nic z tego. – Ja jestem dobrym pływakiem i żeglarzem. Przydam się na jeziorach.
Dopiero kiedy obejmuje mnie i przytula, dociera do mnie, że cała się trzęsę.
– Kilorn… – mamroczę w jego pierś, ale następne słowa nie chcą wybrzmieć.
To powinnam być ja. Tyle że mój czas też już się zbliża. Mogę mieć tylko nadzieję, że Kilorn przetrwa dostatecznie długo, bym znowu go zobaczyła, w koszarach albo w okopach. Może wtedy znajdę właściwe słowa. Może wtedy zrozumiem, co czuję.
– Dziękuję ci, Mare. Za wszystko. – Odsuwa się, wypuszczając mnie zdecydowanie za szybko. – Jeśli będziesz oszczędzać, może uzbierasz dość, zanim legion przyjdzie po ciebie.
Ze względu na niego kiwam głową. Nie zamierzam jednak pozwolić mu walczyć i umrzeć w samotności.
Zanim ułożę się z powrotem na pryczy, wiem już, że tej nocy nie zasnę. Musi być coś, co da się zrobić. Wymyślę rozwiązanie, nawet jeśli miałabym poświęcić na to całą noc.
Gisa kaszle i jest to uprzejmy, cichy odgłos. Nawet przez sen potrafi zachować się jak dama. Nic dziwnego, że tak świetnie dogaduje się ze Srebrnymi. Uosabia wszystko, co lubią w Czerwonych: jest cicha, skromna, zadowolona z tego, co ma. Dobrze się składa, że to ona ma z nimi do czynienia, pomaga tym głupim nadludziom wybierać jedwabie i inne piękne materiały na ubrania, które założą tylko raz. Mówi, że można do tego przywyknąć, do ogromnych sum, jakie wydają na takie trywialne cele. W Wielkim Ogrodzie – czyli na targu w Summerton – ceny rosną dziesięciokrotnie. Razem ze swoją mistrzynią Gisa zszywa koronki, jedwab, futro, a nawet klejnoty, żeby stworzyć dzieła sztuki dla elity Srebrnych, która najwyraźniej podąża wszędzie za rodziną królewską. Parada, tak to nazywa – niekończący się przemarsz wymuskanych pawi, z których każdy jest dumniejszy i bardziej idiotyczny od poprzedniego. Sami Srebrni, niemądrzy i z obsesją na punkcie swojego statusu.
Tej nocy nienawidzę ich jeszcze bardziej niż zwykle. Pogubione przez nich pończochy wystarczyłyby pewnie, żeby uratować mnie, Kilorna i połowę mieszkańców Pali przed poborem.
Po raz drugi tej nocy uderza błyskawica.
– Giso, obudź się. – Nie mówię tego szeptem. Śpi jak zabita. – Gisa!
Wierci się i jęczy w poduszkę.
– Czasem mam ochotę cię zabić – mamrocze.
– Cudnie. A teraz obudź się!
Oczy ma nadal zamknięte, gdy skaczę i ląduję na niej jak wielgachny kot. Zanim zacznie wrzeszczeć, jęczeć i wplącze w sprawę matkę, zasłaniam jej usta ręką.
– Posłuchaj mnie tylko, to wszystko. Nic nie mów, tylko słuchaj.
Sapie z oburzeniem pod moją ręką, ale kiwa głową.
– Kilorn…
Czerwieni się jak burak na dźwięk jego imienia. Nawet chichocze, chociaż przecież nigdy tego nie robi. W tej chwili nie mam jednak czasu na jej dziecinne zadurzenie.
– Przestań, Giso. – Biorę rozdygotany wdech. – Kilorn zostanie powołany do wojska.
I cały jej śmiech umiera. Pobór to nie żarty, nie dla nas.
– Znalazłam sposób, żeby go stąd wydostać, uratować go przed wojną, ale potrzebuję twojej pomocy. – Te słowa sprawiają mi ból, ale jakoś udaje mi się je wypowiedzieć. – Potrzebuję cię. Pomożesz mi?
Nie waha się z odpowiedzią ani chwili. Serce wzbiera mi ogromną miłością do siostry.
– Pewnie.
***
Całe szczęście, że jestem niska, bo inaczej w życiu nie weszłabym w zapasowy mundurek Gisy. Jest gruby i ciemny, i zupełnie nieprzystosowany do noszenia w letnie upały, a jego guziki i suwaki wydają się wręcz gotować w słońcu. Paczka na plecach przesuwa mi się na boki, prawie przewracam się pod ciężarem materiału i przyborów do szycia. Gisa też ma na sobie niewygodny mundurek i niesie własny tobołek, ale zdaje się, że w ogóle jej to nie przeszkadza. Przywykła do ciężkiej pracy i ciężkiego życia.
Większość dystansu pokonujemy wciśnięte między buszle pszenicy na płynącej w górę rzeki barce dobrotliwego farmera, z którym Gisa zaprzyjaźniła się lata temu. Tutejsi ludzie ufają jej w sposób, w jaki mnie nigdy by nie zaufali. Farmer wysadza nas milę od celu, w pobliżu krętego sznura kupców kierujących się do Summerton. Teraz drepczemy razem z nimi w stronę czegoś, co Gisa nazywa Ogrodowymi Drzwiami, chociaż nigdzie nie widać żadnych ogrodów. To tak naprawdę brama ze skrzącego się szkła, która oślepia nas, zanim jeszcze zdążymy przez nią przejść. Reszta muru wygląda na zbudowaną z takiego samego materiału, ale nie mogę uwierzyć, żeby Srebrny król był na tyle głupi, aby schować się za szklanym murem.
– To nie jest szkło – wyjaśnia mi Gisa. – A w każdym razie nie całkiem. Srebrni odkryli sposób na rozgrzewanie diamentu i mieszanie go z innymi materiałami. Ten mur jest nie do pokonania. Nawet bomba go nie przebije.
Rety, diamentowe mury.
– To rzeczywiście nieodzowna rzecz.
– Nie wychylaj się, ja będę mówić – szepcze Gisa.
Drepczę za nią, wbijam wzrok w drogę, która z czarnej i asfaltowej zamienia się w wybrukowaną białym kamieniem. Jest tak gładki, że niewiele brakuje, żebym się poślizgnęła, ale Gisa łapie mnie za rękę i przytrzymuje. Kilorn bez problemu chodziłby tutaj tym swoim marynarskim chodem. Tyle że on w ogóle by się tu nie zjawił, bo już się poddał.
Ja nie.
Kiedy zbliżamy się do bramy, mrużę oślepione blaskiem oczy, żeby zobaczyć coś po drugiej stronie. Chociaż Summerton funkcjonuje tylko latem i jest porzucane przed pierwszymi mrozami, i tak jest największym miastem, jakie w życiu widziałam. Są tu tętniące życiem ulice, sklepy, bary, domy i dziedzińce, a wszystko to zwraca się w stronę błyszczącego monstrum z diamentowego szkła i marmuru. Teraz już wiem, skąd się wzięła jego nazwa. Słoneczny Pałac lśni jak gwiazda, sięga setkę stóp w niebo poskręcaną masą iglic i mostów. Część ścian pociemniała jakby z własnej woli, żeby zapewnić mieszkańcom nieco prywatności; wieśniacy nie mogą przecież gapić się na króla i jego dwór. Pałac zapiera dech w piersi, przytłacza i onieśmiela, jest wspaniały, a przecież to tylko letni dom.
– Nazwiska – warczy ktoś szorstko i Gisa natychmiast się zatrzymuje.
– Gisa Barrow. To moja siostra, Mare Barrow. Pomaga mi nieść towary dla mojej mistrzyni.
Nie wzdraga się, mówi spokojnie, niemal znudzonym tonem. Bezpieczniak kiwa na mnie głową, a ja demonstracyjnie poprawiam ładunek. Gisa podaje nasze dokumenty, oba podarte, brudne, gotowe się rozpaść, ale wystarczające.
Mężczyzna, który nas sprawdza, musi znać moją siostrę, bo prawie nie zerka na jej dowód tożsamości. Mój za to ogląda bardzo dokładnie, porównując moją twarz i zdjęcie przez bitą minutę. Zastanawiam się, czy jest szeptem i może czytać w moich myślach. To by zakończyło naszą małą wycieczkę naprawdę szybciutko i pewnie zarobiłabym zgrabną pętlę na szyję.
– Nadgarstki – mówi z westchnieniem, już nami znudzony.
Przez chwilę nie wiem, o co chodzi, ale Gisa bez wahania wyciąga prawą rękę. Robię to samo, podsuwając rękę bezpieczniakowi. Zakłada nam na nadgarstki parę czerwonych opasek, które zaciskają się na skórze jak kajdanki – nie ma szansy, żeby zdjąć coś takiego samemu.
– Ruszajcie – mówi bezpieczniak i odprawia nas leniwym machnięciem ręki.
Jego zdaniem dwie młode dziewczyny nie stanowią zagrożenia.
Gisa kiwa głową w podzięce, ale ja nie. Ten człowiek nie zasługuje nawet na uncję mojej wdzięczności. Brama otwiera się przed nami, więc idziemy. Serce dudni mi w uszach, tłumiąc odgłosy Wielkiego Ogrodu, gdy wkraczamy do innego świata.
To targ, jakiego w życiu nie widziałam, upstrzony kwiatami, drzewami i fontannami. Czerwoni są nieliczni i poruszają się szybko, załatwiają sprawunki albo sprzedają własne towary, oznaczeni przez czerwone opaski. Chociaż Srebrni nie noszą opasek, łatwo ich wypatrzyć. Ociekają klejnotami i szlachetnymi metalami, na każdym z nich wisi fortuna. Jeden śmiały ruch i mogłabym wrócić do domu ze wszystkim, czego można zapragnąć. Wszyscy są wysocy, piękni i zimni, poruszają się z powolną gracją, jakiej nigdy nie osiągnie żaden Czerwony. My zwyczajnie nie mamy czasu na to, żeby chodzić w taki sposób.
Gisa prowadzi mnie obok piekarni z ciastami oprószonymi złotem, obok sklepu spożywczego z barwnymi owocami na wystawie, jakich nigdy w życiu nie widziałam, a nawet obok menażerii pełnej dzikich zwierząt, których nie jestem w stanie ogarnąć rozumem. Mała dziewczynka – Srebrna, sądząc po ubraniu – karmi kawałeczkami jabłka podobne do konia cętkowane stworzenie o niewiarygodnie długiej szyi. Parę ulic dalej sklep jubilera skrzy się wszystkimi kolorami tęczy. Zapamiętuję sobie to miejsce, ale trudno mi tu zachować przytomność umysłu. Powietrze wydaje się pulsować, dosłownie tętni życiem.
Kiedy już myślę, że nie ma niczego bardziej fantastycznego od tego miejsca, przyglądam się uważniej Srebrnym i przypominam sobie z całą wyrazistością, kim są. Mała dziewczynka to telekinetyczka: unosi jabłko na dziesięć stóp, żeby nakarmić długoszyje stworzenie. Kwiaciarz przesuwa dłońmi nad donicą z białymi kwiatami, które natychmiast zaczynają intensywnie rosnąć i owijają się wokół jego łokci. Jest zielonym, włada roślinami i ziemią. Wodnik i wodnica siedzą przy fontannie, leniwie zabawiając dzieci lewitującymi w powietrzu kulami wody. Wodnik, mężczyzna o włosach koloru marchewki, wodzi wokół nienawistnym wzrokiem mimo kręcących się przy nim dzieciaków. Wszędzie na placu najróżniejsze typy Srebrnych żyją sobie własnym, nadzwyczajnym życiem. Jest ich mnóstwo, a każdy wielki, wspaniały, potężny i potwornie oddalony od świata, jaki znam.
– Tak żyje druga połowa – mruczy Gisa, wyczuwając mój trwożny podziw. – Już to wystarczy, żeby człowiekowi zrobiło się niedobrze.
Ogarniają mnie wyrzuty sumienia. Zawsze zazdrościłam Gisie jej talentu i przywilejów, jakie mu zawdzięcza, ale nigdy nie myślałam o tym, ile za to płaci. Spędziła niewiele czasu w szkole i miała mało przyjaciół w Palach. Gdyby była normalna, miałaby ich wielu. Uśmiechałaby się. A tak była czternastoletnim żołnierzem, który walczy igłą i nitką, dźwigając na swoich barkach przyszłość rodziny i żyjąc zanurzona po szyję w świecie, którego nienawidzi.
– Dziękuję ci, Gee – szepczę jej do ucha.
Wie, że nie mam na myśli tylko dzisiejszego dnia.
– Sklep Salli jest tutaj, to ten z niebieską markizą. – Wskazuje malutki sklepik w bocznej uliczce, wciśnięty między dwie kawiarenki. – Będę w środku, gdybyś mnie potrzebowała.
– Nie będziesz mi potrzebna – odpowiadam szybko. – Nawet jeśli coś pójdzie nie tak, nie będę cię w to mieszać.
– Dobrze. – Gisa łapie mnie za rękę i ściska ją przelotnie. – Uważaj. Dzisiaj jest spory tłok, większy niż zwykle.
– Tym więcej miejsc, żeby się schować – odpowiadam ze znaczącym uśmieszkiem.
Ona jednak dodaje z powagą:
– I więcej bezpieczniaków.
Idziemy dalej, z każdym krokiem zbliżając się do chwili, kiedy zostawi mnie samą w tym dziwnym miejscu. Przenika mnie lękliwe drżenie, gdy Gisa delikatnie zdejmuje pakunek z moich pleców. Doszłyśmy do sklepu.
Dla uspokojenia mamroczę pod nosem:
– Nie odzywaj się do nikogo, nie nawiązuj kontaktu wzrokowego. Nie zatrzymuj się. Wyjdę tą samą drogą, którą weszłam, przez Ogrodowe Drzwi. Bezpieczniak zdejmie mi opaskę, a ja pójdę dalej.
Gisa kiwa głową, gdy mówię, oczy ma szeroko otwarte, niespokojne, może nawet pełne nadziei.
– Do domu jest stąd dziesięć mil – dodaję.
– Do domu jest stąd dziesięć mil – powtarza.
Z całego serca chciałabym pójść teraz z nią, ale tylko patrzę, jak znika pod niebieską markizą. Doprowadziła mnie tak daleko, jak tylko mogła. Teraz moja kolej.
Robiłam to tysiące razy – obserwowałam tłum, jak wilk obserwuje stado owiec, szukając tej słabej, powolnej, głupiej. Tyle że teraz sama pod wieloma względami jestem zwierzyną. Mogę natrafić na chyżego, który złapie mnie w okamgnieniu, albo gorzej – na szepta, który pewnie wyczuje z odległości mili, że się zbliżam. Nawet mała telekinetyczka może mnie załatwić, jeśli coś pójdzie nie tak. Dlatego będę musiała być szybsza niż zwykle, sprytniejsza niż zwykle, a co najgorsze, muszę mieć więcej szczęścia niż do tej pory. Oszaleć można. Na szczęście nikt nie zwraca uwagi na jeszcze jedną Czerwoną służącą, kolejnego insekta przemykającego obok stóp bogów.
Wracam na plac z rękami spuszczonymi po bokach, ale w gotowości. Zazwyczaj to jest mój taniec – przemykam przez najgęstszy tłum, a moje dłonie przechwytują portmonetki i sięgają do kieszeni jak pajęczyny łapiące muchy, ale nie jestem na tyle głupia, żeby tutaj próbować czegoś podobnego. Zamiast tego idę za tłumem przez plac. Nie daję się zaślepić fantastycznemu otoczeniu, lecz przenikam je wzrokiem, sięgam w szpary w kamieniach i ku ubranym na czarno bezpieczniakom skrytym w każdym cieniu. Zaczynam wyraźniej widzieć niewiarygodny świat Srebrnych. Oni prawie wcale nie patrzą na siebie nawzajem i nigdy się nie uśmiechają. Telekinetyczka robi wrażenie znudzonej, gdy karmi dziwne zwierzę, a kupcy nawet się nie targują. Tylko Czerwoni wyglądają jak żywi, śmigają pośród poruszających się w zwolnionym tempie kobiet i mężczyzn z lepszego świata. Mimo skwaru, słońca, barwnych chorągwi w życiu nie widziałam równie zimnego miejsca.
Najbardziej niepokoją mnie czarne kamery wideo pochowane w zaułkach i w koronach drzew. W mojej rodzinnej wiosce jest ich tylko kilka, przy posterunku Służby Bezpieczeństwa i na arenie, ale tutaj, na targu umieszczono ich mnóstwo. Ich szum jest jak stała przestroga: „Ktoś patrzy”.
Ludzka fala niesie mnie główną ulicą, mijamy tawerny i kawiarnie. Srebrni siedzą w knajpie na świeżym powietrzu i przyglądają się tłumowi, który ich mija. Rozkoszują się porannymi drinkami. Niektórzy patrzą na ekrany zawieszone na ścianach albo zwieszające się pod łukami. Na każdym wyświetla się co innego, od starych pojedynków na arenach po wiadomości i barwne programy, których nie rozumiem; wszystko zlewa się w mojej głowie. Przenikliwe wycie ekranów i odległy trzask zakłóceń wypełniają mi uszy. Nie wiem, jak Srebrni to znoszą, ale nawet nie mrugają na widok nagrań, niemal całkowicie je ignorują.
Pałac rzuca na mnie migotliwy cień i znowu łapię się na tym, że gapię się na niego z idiotycznym podziwem, ale z odrętwienia wyrywa mnie buczenie. Najpierw brzmi jak ton z areny, od którego zaczyna się Pojedynek, ale po chwili się zmienia: jest niższe i jakby cięższe. Bez zastanowienia odwracam się w jego kierunku.
W barze obok mnie wszystkie ekrany przełączają się na ten sam program. Nie jest to królewskie wystąpienie, tylko wiadomość z ostatniej chwili. Nawet Srebrni przerywają rozmowy i patrzą na ekrany w nabożnym skupieniu. Kiedy monotonny buczący ton milknie, zaczyna się serwis informacyjny. Na ekranie pojawia się blondynka o puszystych włosach, niewątpliwie Srebrna. Odczytuje wiadomość z kartki. Sprawia wrażenie przestraszonej.
– Srebrni mieszkańcy Norty, przepraszamy za przerwę w nadawaniu. Trzynaście minut temu w stolicy doszło do ataku terrorystycznego.
Z piersi zgromadzonych wokół mnie Srebrnych wyrywają się zduszone okrzyki i trwożne pomruki.
Ja tylko z niedowierzaniem mrugam powiekami. Atak terrorystyczny? Na Srebrnych?
Czy to w ogóle możliwe?
– Był to zorganizowany atak bombowy na budynki rządowe w Zachodnim Archeonie. Według raportów uszkodzone zostały Królewski Sąd, Ministerstwo Skarbu i Pałac Białego Ognia, ale sąd i ministerstwo tego ranka nie obradowały.
W kadrze zamiast prezenterki pojawiają się płonące budynki. Bezpieczniacy ewakuują ludzi z wnętrz, podczas gdy wodnicy zalewają płomienie wodą. Pośród nich uwijają się uzdrowiciele oznakowani czarno czerwonymi krzyżami na rękach.
– Królewska rodzina nie przebywała w Pałacu Białego Ognia i na razie nie otrzymaliśmy raportu o liczbie ofiar. Oczekuje się, że król Tiberias w ciągu godziny wystąpi z orędziem do narodu.
Srebrny obok mnie zaciska pięść i wali nią w bar. Od ciosu w kamiennym blacie pojawia się pajęczyna pęknięć. Siłacz.
– To Pojezierni! Tracą północ, więc zapuszczają się na południe, żeby nas nastraszyć!
Paru dołącza do niego, przeklinając Pojeziernych.
– Powinniśmy zetrzeć ich z powierzchni ziemi, zepchnąć aż na Prerię! – wtóruje mu inny Srebrny.
Wielu pokrzykuje zgodnie. Ze wszystkich sił powstrzymuję się, żeby nie warknąć na tych tchórzy, którzy nigdy nie zobaczą linii frontu ani nie wyślą swoich dzieci do walki. Za ich Srebrną wojnę płaci się krwią Czerwonych.
Kiedy na ekranach pojawiają się kolejne nagrania, ukazujące wybuchającą marmurową fasadę sądu albo diamentowe szkło, które opiera się kuli ognia, cząstka mnie jest szczęśliwa. Srebrni nie są niezwyciężeni. Mają wrogów. Wrogów, którzy mogą ich skrzywdzić. I tym razem Srebrni nie mogą się skryć za Czerwoną tarczą.
Prezenterka powraca, bledsza niż wcześniej. Ktoś szepcze do niej spoza kadru, a ona drżącymi rękami przekłada kartki.
– Wygląda na to, że pewna organizacja wzięła na siebie odpowiedzialność za atak bombowy w Archeonie – mówi, nieco się jąkając. Pokrzykujący mężczyźni cichną, chcą usłyszeć słowa płynące z ekranu. – Organizacja terrorystyczna, która określa się mianem Szkarłatnej Straży, udostępniła to nagranie kilka chwil temu.
– Szkarłatna Straż? Co to, u diabła? To jakaś sztuczka? – W barze słychać kolejne skonsternowane głosy.
Nikt do tej pory nie słyszał o Szkarłatnej Straży.
Z wyjątkiem mnie.
Tak właśnie przedstawiła się Farley. Ona i Will. Ale to przecież przemytnicy, a nie terroryści, którzy podkładają bomby, jak twierdzą w wiadomościach. To zbieg okoliczności. To nie mogą być oni.
Na ekranie widzę coś potwornego. Kobieta stoi przed trzęsącą się kamerą. Ma szkarłatną chustę zawiązaną wokół twarzy, więc widać tylko złociste włosy i błyszczące, bystre, niebieskie oczy. Trzyma broń w jednej ręce i postrzępioną czerwoną flagę w drugiej. Na piersi nosi odlaną z brązu odznakę w kształcie rozdartego słońca.
– Jesteśmy Szkarłatną Strażą i walczymy o wolność i równość wszystkich ludzi… – mówi.
Rozpoznaję jej głos.
To Farley.
– …poczynając od Czerwonych.
Nie muszę być geniuszem, żeby wiedzieć, że bar pełen gniewnych, skłonnych do przemocy Srebrnych to ostatnie miejsce, w którym chciałaby się znaleźć Czerwona dziewczyna, ale nie jestem w stanie się ruszyć. Nie mogę oderwać oczu od twarzy Farley.
– Wierzycie, że jesteście panami świata, ale zbliża się kres waszych rządów królów i bogów. Dopóki nie uznacie w nas ludzi, równych sobie ludzi, wojna przyjdzie do was. Nie będzie toczyć się na polach bitew, ale w waszych miastach. W waszych domach. Nie widzicie nas, więc jesteśmy wszędzie. – Jej głos jest przepełniony siłą i opanowaniem. – Powstaniemy, Czerwoni jak świt.
Czerwoni jak świt.
Nagranie kończy się i na ekranie pojawia się blond prezenterka z rozdziawionymi ustami. Ryk zagłusza resztę wiadomości, kiedy Srebrni w barze odzyskują mowę. Wykrzykują różne rzeczy pod adresem Farley, nazywają ją terrorystką, morderczynią, Czerwoną diablicą. Wycofuję się na ulicę, zanim ich wzrok padnie na mnie.
Wszędzie wzdłuż alei, od placu po Pałac, Srebrni wylewają się z barów i kawiarenek. Próbuję zerwać czerwoną opaskę z ręki, ale to gówno mocno się trzyma. Czerwoni znikają w zaułkach i drzwiach, próbują uciec, a ja jestem dość bystra, żeby pójść za ich przykładem. Zanim znajdę dogodny zaułek, zaczynają się krzyki.
Wbrew wszystkim instynktom oglądam się przez ramię i widzę Czerwonego, którego ktoś trzyma za kark. Czerwony błaga Srebrnego napastnika:
– Proszę, ja nic nie wiem. Nie wiem, kim, u diabła, są ci ludzie!
– Czym jest Szkarłatna Straż? – wrzeszczy Srebrny. Rozpoznaję go, to wodnik spod fontanny, który pół godziny temu bawił się z dziećmi. – Kim oni są?
Zanim biedny Czerwony zdoła odpowiedzieć, potężny strumień wody uderza go w twarz. Wodnik unosi rękę, woda podnosi się i znów atakuje. Srebrni stoją wokół, uradowani, zagrzewają kamrata. Czerwony krztusi się i charczy, rozpaczliwie łapie powietrze. Zapewnia o swojej niewinności przy każdej okazji, ale woda powraca raz za razem. Wodnik wytrzeszcza oczy z nienawiści, nie zamierza przestać. Sięga po wodę z każdej fontanny, z każdej szklanki i uderza nią raz za razem.
Topi Czerwonego.
***
Niebieska markiza jest moim światełkiem przewodnim, kieruje mną w drodze przez spanikowane ulice, kiedy próbuję unikać zarówno Czerwonych, jak i Srebrnych. Zwykle chaos jest moim najlepszym przyjacielem, bo ogromnie ułatwia mi pracę złodzieja. Nikt nie zauważy, że stracił portmonetkę, kiedy ucieka przed wściekłym tłumem. Tyle że Kilorn i dwa tysiące koron nie są już dla mnie priorytetem. Myślę o tym, żeby dotrzeć do Gisy i wydostać się z miasta, które z pewnością zamieni się w więzienie. Jeśli zamkną bramy… Nie chcę nawet myśleć o tym, że tu utkniemy, uwięzione za szkłem, gdy wolność jest tuż tuż, poza naszym zasięgiem.
Bezpieczniacy pędzą ulicą w obu kierunkach – nie wiedzą, co robić ani kogo chronić. Paru z nich zgarnia jakichś Czerwonych, zmusza ich do uklęknięcia. Czerwoni trzęsą się i błagają, powtarzając raz za razem, że nic nie wiedzą. Założę się, że ja jedna w całym mieście w ogóle słyszałam o Szkarłatnej Straży przed dzisiejszym dniem.
To sprawia, że mam nowy powód do strachu. Jeśli mnie złapią, jeżeli wyznam im tę odrobinę informacji, jaką dysponuję, co zrobią z moją rodziną? Z Kilornem? Z Palami?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki