Czerwona Królowa. Cykl Czerwona Królowa. Tom 1 - Victoria Aveyard - ebook

Czerwona Królowa. Cykl Czerwona Królowa. Tom 1 ebook

Aveyard Victoria

0,0
52,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.
Dowiedz się więcej.
Opis

Oto świat podzielony krwią na część Czerwoną i Srebrną.

Czerwoni tworzą pospólstwo rządzone przez Srebrną elitę obdarzoną niemal boskimi zdolnościami. Z punktu widzenia siedemnastoletniej Mare, Czerwonej dziewczyny z ubogich Pali, nic nie zapowiada zmian.

Mare posiada jednak własny zabójczy talent, dar grożący zakłóceniem równowagi sił.

W obawie przed jej potencjałem Srebrni ukrywają ją na widoku, ogłaszając wszem wobec, że jest dawno zaginioną Srebrną księżniczką. Mare – świadoma tego, że najdrobniejszy błąd może ją kosztować życie – musi wykorzystać swoją nową pozycję, by zniszczyć reżim od wewnątrz.

W ten sposób wchodzi do gry obfitującej w zdrady i kłamstwa.

W oszałamiającym pierwszym tomie bestsellerowego cyklu Czerwona królowa Czerwoni występują przeciw Srebrnym, książę przeciw księciu, a Mare rzuca wyzwanie własnemu sercu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 481

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Mapa

Rozdział pierwszy

Nie cier­pię Pierw­szych Piąt­ków. W wio­sce zawsze gro­ma­dzą się wtedy tłumy, a teraz, w środku lata, nikt za tłu­mem nie tęskni. W cie­niu, gdzie stoję, nie jest jesz­cze naj­go­rzej, ale od odoru ciał spo­co­nych po poran­nej harówce mleko mogłoby się skwa­sić. Powie­trze drży z gorąca i wil­goci, gorące są nawet kałuże sto­jące po wczo­raj­szej burzy. Woda opa­li­zuje tęczo­wymi pla­mami tłusz­czu.

Targ się zwija, wszy­scy sprze­dawcy zamy­kają kramy. Są roz­tar­gnieni i nie­ostrożni; z łatwo­ścią kradnę z ich towa­rów, co tylko zechcę. Kiedy koń­czę, kie­sze­nie mam wypchane bły­skot­kami, a w gar­ści ści­skam jabłko na drogę. Cał­kiem nie­źle jak na kilka minut pracy. Tłum rusza, a ja daję się ponieść ludz­kiej rzece. Moje ręce strze­lają na boki, szybko, lekko, prze­lot­nie: tu bank­noty z kie­szeni męż­czy­zny, tam bran­so­letka z kobie­cego nad­garstka… Nic dużego. Wie­śniacy są zbyt zajęci drep­ta­niem naprzód, żeby spo­strzec gra­su­jącą wśród nich zło­dziejkę.

Ze wszyst­kich stron ota­czają nas wyso­kie domy na palach, od któ­rych wio­ska bie­rze swoją nazwę (Pale, nad­zwy­czaj ory­gi­nal­nie). Wzno­szą się dzie­sięć stóp nad błot­ni­stym grun­tem. Wio­sną nad­rzeczne tereny są zalane, ale teraz mamy sier­pień i wio­skę drę­czą brak wody i sło­neczna cho­roba. Nie­mal wszy­scy wypa­trują nadej­ścia Pierw­szego Piątku, kiedy praca i szkoła koń­czą się wcze­śniej. Poza mną. Ja zde­cy­do­wa­nie wola­ła­bym sie­dzieć w szkole i zbi­jać bąki w kla­sie peł­nej dzieci.

Zresztą w szkole i tak już długo nie zaba­wię. Zbli­żają się moje osiem­na­ste uro­dziny, a z nimi czas poboru. U nikogo nie ter­mi­nuję, nie mam pracy, więc poślą mnie na wojnę jak wszyst­kich obi­bo­ków. Nic dziw­nego, że pracy nie ma – jak ma być, jeśli każdy męż­czy­zna, kobieta i dziecko pró­bują się wymi­gać od wojaczki.

Moi bra­cia tra­fili do woj­ska w wieku osiem­na­stu lat. Wszy­scy trzej poszli wal­czyć z Poje­zier­nymi. Tylko Shade umie cokol­wiek naskro­bać; pisuje do mnie, kiedy może. Dwaj pozo­stali, Bree i Tramy, od roku nie dają znaku życia, ale brak nowin to dobra nowina. Rodziny cza­sem latami nic nie wie­dzą, a potem syn albo córka staje w drzwiach, bo aku­rat dostali urlop albo szczę­śli­wie zostali zwol­nieni ze służby. Na ogół jed­nak rodzice dostają list na gru­bym papie­rze, opa­trzony kró­lew­ską pie­czę­cią i zawie­ra­jący krót­kie podzię­ko­wa­nie za zło­że­nie życia dziecka w ofie­rze; cza­sem towa­rzy­szy mu kilka guzi­ków ze znisz­czo­nego mun­duru.

Mia­łam trzy­na­ście lat, kiedy zabrali Bree. Cmok­nął mnie w poli­czek i zosta­wił parę kol­czy­ków, którą mia­łam się podzie­lić z naszą młod­szą sio­strą Gisą: dwa dyn­da­jące szklane paciorki w mgli­sto­ró­żo­wym odcie­niu zacho­dzą­cego słońca. Jesz­cze tej samej nocy prze­kłu­ły­śmy sobie uszy. Tramy i Shade kon­ty­nu­owali tę tra­dy­cję i teraz obie z Gisą mamy w jed­nym uchu po trzy kamyczki, które mają nam przy­po­mi­nać o naszych wal­czą­cych gdzieś w świe­cie bra­ciach. Prawdę mówiąc, nie wie­rzy­łam, że będą musieli odejść, dopóki w naszym domu nie zja­wił się legio­ni­sta w lśnią­cym pan­ce­rzu i nie zabrał ich jed­nego po dru­gim. A teraz, jesie­nią, przyjdą także po mnie. Już zaczę­łam oszczę­dzać (i kraść), żeby kupić Gisie jakieś kol­czyki na poże­gna­nie.

„Nie myśl o tym”. Tak zawsze mówi mama – o woj­sku, o moich bra­ciach, o wszyst­kim. Świetna rada, mamo.

Nieco dalej, na skrzy­żo­wa­niu dróg Mill i Mar­cher, tłum gęst­nieje, kolejni wie­śniacy dołą­czają do pochodu. W ciż­bie uwija się banda malu­chów, przy­szłych zło­dzie­jasz­ków o ruchli­wych, lep­kich palusz­kach. Są za mło­dzi, żeby być w tym dobrzy. Służba Bez­pie­czeń­stwa reaguje bły­ska­wicz­nie. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach dzie­ciaki zakuto by w dyby albo ode­słano do wię­zie­nia przy poste­runku, ale bez­piecz­niacy też chcą zoba­czyć Pierw­szy Pią­tek. Zado­wa­lają się więc wyła­pa­niem pro­wo­dy­rów i wymie­rze­niem im paru solid­nych kuk­sań­ców, po czym pusz­czają ich wolno. Ach, te drobne prze­jawy miło­sier­dzia.

Instynk­tow­nie reaguję na led­wie wyczu­walny nacisk na wyso­ko­ści talii, odwra­cam się gwał­tow­nie i łapię rękę, która była na tyle głu­pia, żeby pró­bo­wać mnie okraść. Ści­skam mocno, żeby małe dia­blę nie zdo­łało uciec, ale zamiast cher­la­wego dzie­ciaka widzę przed sobą doro­słego chło­paka. Uśmie­cha się z wyż­szo­ścią.

Kilorn War­ren. Pomoc­nik rybaka, sie­rota wojenna i chyba mój jedyny praw­dziwy przy­ja­ciel. W dzie­ciń­stwie zwy­kli­śmy się nie­mi­ło­sier­nie tłuc, ale odkąd doro­śli­śmy, a Kilorn prze­wyż­sza mnie o stopę, sta­ram się uni­kać szar­pa­niny. Bywa przy­datny, na przy­kład kiedy trzeba coś zdjąć z wyso­kiej półki.

– Robisz się coraz szyb­sza. – Śmieje się i uwal­nia z mojego chwytu.

– A może to ty jesteś coraz wol­niej­szy.

Prze­wraca oczami i wyłu­skuje mi jabłko z dłoni.

– Cze­kamy na Gisę? – pyta. Odgryza kęs.

– Jest dziś zajęta. Pra­cuje.

– No to chodźmy, nie chcę się spóź­nić.

– Bo to by była praw­dziwa tra­ge­dia.

– Ej, Mare, Mare… – Grozi mi pal­cem. – To powinna być zabawa.

– To ma być ostrze­że­nie, głupku – odpo­wia­dam.

Ale on już się oddala; ma dłu­gie nogi, przez co muszę pra­wie truch­tać, żeby dotrzy­mać mu kroku. Idąc, kole­bie się na boki. „Mary­nar­ski chód”, tak to nazywa, cho­ciaż w życiu nie był na odle­głych morzach. Domy­ślam się jed­nak, że godziny spę­dzone na łodzi rybac­kiej, nawet na rzece, robią swoje.

Jego ojciec, podob­nie jak mój, poszedł na wojnę. O ile jed­nak mój tata wró­cił do domu bez nogi i płuca, o tyle pan War­ren wró­cił w pudełku na buty. Nie­długo potem matka Kilorna się ulot­niła i chło­pak został sam. Przy­mie­rał gło­dem, ale z nie­wia­do­mych powo­dów stale szu­kał ze mną zwady. Pod­kar­mia­łam go, żeby nie czuć, że kopię worek kości, a potem minęło dzie­sięć lat – i pro­szę, oto on. Przy­naj­mniej ma pracę: ter­mi­nuje u rybaka. Nie wezmą go do woj­ska.

Docie­ramy do pod­nóża pagórka, gdzie ciżba gęst­nieje jesz­cze bar­dziej. Ludzie posztur­chują się i napie­rają ze wszyst­kich stron. Obec­ność w Pierw­szy Pią­tek jest obo­wiąz­kowa – chyba że ktoś, tak jak moja sio­stra, wyko­nuje „nie­zbędne obo­wiązki”. Tak jakby hafto­wa­nie jedwa­biu było czymś nie­zbęd­nym. Ale cóż, Srebrni kochają swoje jedwa­bie, czyż nie? Nawet bez­piecz­niacy, przy­naj­mniej nie­któ­rzy, dają się cza­sem prze­ku­pić hafto­wa­nymi przez Gisę cac­kami. O czym ja nie mam zie­lo­nego poję­cia, natu­ral­nie.

Cień gęst­nieje wokół nas, gdy po kamien­nych scho­dach wcho­dzimy na grzbiet wzgó­rza. Kilorn każ­dym kro­kiem poko­nuje dwa stop­nie, nie­wiele bra­kuje, żeby mnie zgu­bił, ale zatrzy­muje się i czeka. Z uśmie­chem odrzuca opa­da­jący na zie­lone oczy kosmyk pło­wych wło­sów.

– Cza­sem zapo­mi­nam, że drep­czesz jak dziecko.

– Lepiej drep­tać jak dziecko, niż tak myśleć – odpa­ro­wuję i kle­pię go w poli­czek, gdy go mijam.

Doga­nia mnie ze śmie­chem.

– Zrzę­dzisz bar­dziej niż zwy­kle.

– Nie cier­pię tych spek­ta­kli.

– Wiem – mru­czy, poważ­nie­jąc choć na chwilę.

A potem jeste­śmy już na are­nie, pod pra­żą­cym słoń­cem. Wybu­do­wana przed dzie­się­ciu laty arena jest zde­cy­do­wa­nie naj­więk­szą budowlą w Palach – oczy­wi­ście w porów­na­niu z gigan­tycz­nymi kon­struk­cjami w mia­stach i tak jest nie­po­zorna, ale nie­bo­tyczne sta­lowe łuki i tysiące stóp betonu wystar­czą, żeby dziew­czy­nie ze wsi zaparło dech w piersi.

Bez­piecz­niacy są wszę­dzie, w czarno srebr­nych mun­du­rach wyróż­niają się w tłu­mie. Jest Pierw­szy Pią­tek, nie mogą się docze­kać przed­sta­wie­nia. Są uzbro­jeni w pisto­lety i kara­biny, cho­ciaż ich nie potrze­bują. W Służ­bie Bez­pie­czeń­stwa tra­dy­cyj­nie pra­cują Srebrni, a ci nie mają się czego oba­wiać ze strony nas, Czer­wo­nych. Wszy­scy o tym wie­dzą. Nie jeste­śmy im równi, cho­ciaż na pierw­szy rzut oka tego nie widać. Jedyne, co nas odróż­nia, przy­naj­mniej zewnętrz­nie, to postawa. Srebrni cho­dzą wypro­sto­wani, a nas przy­gniata brze­mię cięż­kiej pracy, zawie­dzio­nych nadziei i nie­uchron­nego roz­cza­ro­wa­nia losem.

W środku roz­po­ście­ra­ją­cej się pod gołym nie­bem areny jest tak samo gorąco jak na zewnątrz. Kilorn, jak zwy­kle czujny, pro­wa­dzi mnie w skra­wek cie­nia. Dla nas nie ma na widowni krze­se­łek, tylko dłu­gie beto­nowe ławy. Zasia­da­jący nieco wyżej nie­liczni Srebrni ary­sto­kraci roz­ko­szują się kom­for­tem chłod­nych, luk­su­so­wych lóż. Mają tam drinki, prze­ką­ski, lód (nawet w samym środku lata), miękko wyście­łane fotele, elek­tryczne lampy i inne wygody, któ­rych mnie ni­gdy nie będzie dane zaznać. A dla nich to rzecz oczy­wi­sta, ba, potra­fią się wręcz skar­żyć na „mizerne warunki”. Już ja im pokażę „mizerne warunki”, jeśli tylko będę miała oka­zję. Na nas cze­kają twarde ławy i kilka jazgo­czą­cych ekra­nów, tak jasnych i gło­śnych, że trudno znieść ich bli­skość.

– Założę się o swoją dniówkę, że dzi­siaj znów wyj­dzie jakiś siłacz – mówi Kilorn i ciska ogry­zek na arenę.

– Nie przyj­muję – mówię.

Czer­woni chęt­nie obsta­wiają wyniki walk, licząc na drobną wygraną, która pomoże im prze­trwać kolejny tydzień. Ja tego nie robię, nie zakła­dam się nawet z Kilor­nem. Łatwiej zwę­dzić forsę z sakiewki buk­ma­chera, niż pró­bo­wać coś wygrać.

– A ty nie powi­nie­neś w ten spo­sób trwo­nić pie­nię­dzy – dodaję.

– To żadne trwo­nie­nie, jeśli mam rację. Zawsze jest tak, że jakiś siłacz kogoś okłada.

Siła­cze obska­kują zwy­kle co naj­mniej połowę poje­dyn­ków: ze swo­imi talen­tami i umie­jęt­no­ściami naj­le­piej ze wszyst­kich Srebr­nych nadają się do walk na are­nie. I chyba spra­wia im to przy­jem­ność, kiedy uży­wa­jąc swo­jej nad­ludz­kiej siły, mogą rzu­cić prze­ciw­ni­kiem jak szma­cianą lalką.

– A kto będzie drugi? – pytam.

Przed oczami staje mi cała gale­ria Srebr­nych, któ­rzy mogą się poja­wić na are­nie: tele­ki­ne­tycy, chyży, wod­nicy, zie­loni, kamien­no­skó­rzy… Wszy­scy są prze­ra­ża­jący.

– Nie wiem. Oby ktoś fajny. Mam ochotę się tro­chę roze­rwać.

Nie­spe­cjal­nie zga­dzamy się z Kilor­nem w oce­nie Poje­dyn­ków Pierw­szo­piąt­ko­wych. Mnie oglą­da­nie napa­rza­ją­cych się hero­sów nie spra­wia frajdy, on jed­nak patrzy na to ina­czej. „Niech się nisz­czą nawza­jem”, mówi. „To nie nasi”.

Nie rozu­mie idei Poje­dyn­ków. To nie jest bez­ro­zumna roz­rywka dla Czer­wo­nych, żeby mieli przy czym odpo­cząć od codzien­nej harówki. To chłodny i wyra­cho­wany prze­kaz: tylko Srebrni mogą się poty­kać na are­nie, bo tylko Srebrni mogą prze­żyć taki poje­dy­nek. Wal­czą po to, żeby poka­zać nam swoją potęgę. Swoją wła­dzę. „Nie macie z nami szans. Jeste­śmy od was lepsi. Jeste­śmy bogami”. To jest wpi­sane w każdy wymie­rzany z nad­ludzką siłą cios.

Cał­kiem słusz­nie zresztą. Mie­siąc temu oglą­da­łam walkę tele­ki­ne­tyka z chy­żym. Chyży poru­szał się tak szybko, że nie spo­sób było nadą­żyć za nim wzro­kiem, a mimo to prze­grał z kre­te­sem: tele­ki­ne­tyk siłą swo­jego umy­słu po pro­stu uniósł go w powie­trze. Potem chyży zaczął się dusić, wydaje mi się, że kine­tyk w jakiś spo­sób ści­skał go za gar­dło. Kiedy chyży zsi­niał na twa­rzy, walka została zakoń­czona. Kilorn się cie­szył. Posta­wił na kine­tyka.

– Panie i pano­wie, Srebrni i Czer­woni, witamy na sierp­nio­wym Poje­dynku Pierw­szo­piąt­ko­wym.

Głos nie­sie się ponad areną, odbija echem od ścian. Spi­ker jak zwy­kle spra­wia wra­że­nie znu­dzo­nego. Wcale mu się nie dzi­wię.

Daw­niej nie było Poje­dyn­ków, tylko zwy­czajne egze­ku­cje. Więź­niów i wro­gów publicz­nych prze­wo­żono do Arche­onu, sto­licy pań­stwa, i tam zabi­jano na oczach tłumu Srebr­nych. Przy­pusz­czam, że Srebr­nym się to spodo­bało i dało począ­tek wal­kom na are­nie, któ­rych celem nie było już pro­ste mor­do­wa­nie, lecz roz­rywka. Walki prze­ro­dziły się w Poje­dynki, tra­dy­cja prze­nio­sła się do innych miast i regio­nów, tra­fiła do innej publicz­no­ści. W końcu na try­buny wpusz­czono także Czer­wo­nych, cho­ciaż tylko na naj­tań­sze miej­sca. Srebrni pobu­do­wali areny dosłow­nie wszę­dzie, nawet w takich wio­skach jak Pale, a obec­ność na try­bu­nach z przy­wi­leju stała się obo­wiąz­kiem. Mój brat Shade twier­dzi, że to dla­tego, że w mia­stach, w któ­rych powstały areny, odno­to­wano znaczny spa­dek prze­stęp­czo­ści wśród Czer­wo­nych; ubyło nie­za­do­wo­lo­nych i wichrzy­cieli, nie­liczne akty buntu stały się jesz­cze rzad­sze. Obec­nie Srebrni nie muszą urzą­dzać egze­ku­cji, wyko­rzy­sty­wać swo­ich legio­nów ani nawet bez­piecz­nia­ków, żeby utrzy­mać pokój. Dwóch czem­pio­nów na are­nie sku­tecz­nie nas zastra­sza.

Ci dzi­siejsi wyglą­dają na takich, któ­rych należy się bać. Jako pierw­szy na biały pia­sek wycho­dzi Can­tos Car­ros, Srebrny z Zatoki Por­to­wej na wscho­dzie. Ekran roz­pala się wyraź­nym wize­run­kiem wojow­nika, nikt nie musi mi tłu­ma­czyć, że patrzę na siła­cza. Ma ręce jak pnie drzew, powęź­lone mię­śnie i prę­żące się pod skórą żyły. Kiedy się uśmie­cha, widać, że wszyst­kie zęby ma albo poła­mane, albo wybite. Może w mło­do­ści nie było mu po dro­dze ze szczo­teczką do zębów.

Sie­dzący obok mnie Kilorn wiwa­tuje, ota­cza­jący go tłum wie­śnia­ków wznosi trium­falne okrzyki; naj­gło­śniej­szych bez­piecz­niak nagra­dza rzu­co­nym boch­nem chleba. Z dru­giej strony, na lewo ode mnie, inny funk­cjo­na­riusz daje wydzie­ra­ją­cemu się dziecku jaskra­wo­żółty kar­te­lu­szek: elek­tro­pa­pier, dodat­kowy przy­dział elek­trycz­no­ści. Wszystko po to, żeby­śmy pokrzy­ki­wali, kibi­co­wali, dopin­go­wali i patrzyli, nawet jeśli nie chcemy.

– Wła­śnie tak! – Spi­ker prze­ciąga zgło­ski, usi­łu­jąc wykrze­sać z sie­bie mak­si­mum entu­zja­zmu i prze­lać go w słowa. – Niech was usły­szy! A oto jego prze­ciw­nik, pro­sto ze sto­licy: Sam­son Meran­dus.

Drugi wojow­nik wygląda blado i cher­lawo w porów­na­niu z tą bryłą mię­śni w kształ­cie czło­wieka, ale pan­cerz z błę­kit­nej stali ma wypo­le­ro­wany na wysoki połysk. Pew­nie jakiś drugi syn dru­giego syna, szu­ka­jący sławy na are­nie. Powi­nien się bać, tym­cza­sem wydaje się dziw­nie spo­kojny.

Jego nazwi­sko brzmi zna­jomo – nie ma w tym jed­nak niczego nad­zwy­czaj­nego. Wielu Srebr­nych pocho­dzi ze sław­nych rodów, zwa­nych „domami” i liczą­cych dzie­siątki człon­ków. W naszym rejo­nie, doli­nie rzeki Sto­łecz­nej, rzą­dzi dom Welle. Ni­gdy w życiu nie widzia­łam ich guber­na­tora: zja­wia się w oko­licy raz, może dwa razy do roku, a nawet wtedy nie zagląda do takich wsi zamiesz­ka­nych przez Czer­wo­nych jak moja. Widzia­łam kie­dyś jego jacht na rzece, smu­kły, z zie­lono zło­tymi pro­por­cami. Welle jest zie­lo­nym; kiedy prze­pły­wał, drzewa na brze­gach buchały kwie­ciem i kwiaty kieł­ko­wały z ziemi. Bar­dzo mi się to wszystko podo­bało, dopóki jeden ze star­szych chło­pa­ków nie obrzu­cił jachtu kamie­niami. Nie dole­ciały, spa­dły do wody, nie czy­niąc nikomu krzywdy, a chło­paka i tak zakuto w dyby.

– Siłacz wygra – mówię.

– Skąd wiesz? – Kilorn marsz­czy brwi i zerka podejrz­li­wie na jego prze­ciw­nika. – Co ten Sam­son potrafi?

– Nie­ważne – pry­cham. – I tak nie ma szans.

Cze­kam, aż się zacznie.

– Czem­pioni, na pozy­cje.

Nad areną nie­sie się zna­jome wezwa­nie. Wielu widzów wstaje, żeby lepiej widzieć, ale nie ja. To mój mil­czący pro­test. Może i wyglą­dam na spo­kojną, ale w moich żyłach wrze gniew. Gniew i zazdrość. „Jeste­śmy bogami”, sły­szę w gło­wie.

Wojow­nicy zaj­mują pozy­cje na prze­ciw­nych krań­cach placu. Uży­cie broni pal­nej na are­nie jest nie­do­zwo­lone, dla­tego Can­tos dobywa krót­kiego mie­cza o sze­ro­kim ostrzu. Wąt­pię, żeby go potrze­bo­wał. Sam­son nie ma żad­nej broni, palce opusz­czo­nych swo­bod­nie rąk drgają mu lekko.

Po are­nie roz­cho­dzi się zna­jome basowe, elek­tryczne bucze­nie. Nie­na­wi­dzę tego momentu. Dźwięk wibruje mi w zębach i kościach, pul­suje i nara­sta, jakby zaraz miał coś roz­sa­dzić, po czym urywa się gwał­tow­nie wysoką, ćwier­kliwą nutą. Poje­dy­nek roz­po­częty.

Wypusz­czam powie­trze z płuc.

Od początku zanosi się na krwawą jatkę. Can­tos szar­żuje niczym byk, wzbi­ja­jąc w powie­trze kłęby pia­chu. Sam­son pró­buje unik­nąć zde­rze­nia, odwró­cić się bokiem, prze­śli­znąć bar­kiem po jego ciele, ale siłacz jest szybki. Łapie Sam­sona za nogę i rzuca nim przez arenę jak zabawką z pió­rek. Wiwaty publicz­no­ści zagłu­szają ryk bólu, gdy Sam­son ude­rza o cemen­tową ścianę, ale cier­pie­nie wyraź­nie maluje się na jego twa­rzy. Zanim zdąży choćby pomy­śleć o wsta­niu, Can­tos już jest nad nim, już unosi go… i rzuca. Sam­son spada bez­wład­nie. Nie­moż­liwe, żeby miał wszyst­kie kości całe, ale jakimś cudem udaje mu się pod­nieść.

– A ten co, worek tre­nin­gowy? – Kilorn wybu­cha śmie­chem. – Dowal mu, Can­tos!

Nie zależy mu na dodat­ko­wym bochenku chleba ani paru minu­tach prądu wię­cej, nie dla­tego dopin­guje zawod­ni­ków. On naprawdę chce zoba­czyć, jak arena spływa krwią – krwią Srebr­nych, sre­bro­kr­wią. Nie prze­szka­dza mu, że ta krew jest wszyst­kim, czym my nie jeste­śmy i być nie możemy; wszyst­kim, czego pra­gniemy. Chce ją zoba­czyć, bo wtedy może się oszu­ki­wać, że Srebrni naprawdę są ludźmi, że można ich zra­nić i poko­nać. Ale ja znam prawdę. Ich krew to groźba. Ostrze­że­nie. Ślu­bo­wa­nie. „Nie jeste­śmy i ni­gdy nie będziemy tacy sami”.

I Kilorn dostaje to, czego chce. Nawet z wyso­ko­ści lóż widać meta­licz­nie opa­li­zu­jącą ciecz, która ska­puje Sam­so­nowi z ust. Odbija pro­mie­nie słońca jak lustro wody. Praw­dziwa rzeka spływa po szyi Sam­sona na jego pierś pod pan­ce­rzem.

Oto co odróż­nia Srebr­nych od Czer­wo­nych: kolor krwi. Ta pro­sta róż­nica spra­wia, że są od nas sil­niejsi, mądrzejsi, lepsi.

Sam­son spluwa: jakby na are­nie zabły­sło nowe, małe słońce. Dzie­sięć jar­dów od niego Can­tos zaci­ska dłoń na mie­czu. Szy­kuje się do ciosu, który oka­le­czy prze­ciw­nika i zakoń­czy walkę.

– Biedny głu­piec – mru­czę pod nosem. Wygląda na to, że Kilorn ma rację, gość robi za worek tre­nin­gowy.

Can­tos rusza: stopy dud­nią o pia­sek, miecz unosi się w zama­chu, oczy pałają ogniem… A potem nagle nie­ru­cho­mieje w pół kroku, z gło­śnym szczę­kiem blach pan­ce­rza.

Sto­jący na środku areny Sam­son celuje w niego pal­cem wska­zu­ją­cym i mie­rzy go spoj­rze­niem zdol­nym dru­zgo­tać kości. Zaczyna pstry­kać pal­cami i Can­tos posłusz­nie rusza, krok za kro­kiem, w ryt­mie tych pstryk­nięć. Roz­dzia­wia usta, wygląda jak upo­śle­dzony. Albo głupi.

Jakby postra­dał rozum.

Nie wie­rzę wła­snym oczom.

Nad areną zapada upiorna cisza. Patrzymy na roz­gry­wa­jącą się w dole scenę, ale jej nie rozu­miemy. Nawet Kilor­nowi ode­brało mowę.

– Szept – mówię pół­gło­sem.

Ni­gdy jesz­cze nie widzia­łam szepta na are­nie, chyba nikt nie widział. Rzadko się ich spo­tyka, są nie­bez­pieczni i naprawdę potężni – nawet wśród Srebr­nych. Nawet w sto­licy. Krążą o nich różne plotki, ale wszystko spro­wa­dza się do paru pro­stych, prze­ra­ża­ją­cych fak­tów: szept potrafi wejść czło­wie­kowi do głowy, czy­tać mu w myślach i prze­jąć jego umysł. I to wła­śnie zro­bił Sam­son – prze­bił się przez pan­cerz i mię­śnie Can­tosa wprost do mózgu. A mózg jest bez­bronny.

Can­tos unosi miecz w drżą­cej dłoni. Pró­buje oprzeć się mocy Sam­sona, ale choćby był nie wia­domo jak silny, nie pokona wroga, który sie­dzi mu w gło­wie.

Sam­son skręca dłoń w nad­garstku i sre­bro­krew chlu­sta na pia­sek: to Can­tos wbił sobie miecz w brzuch. Nawet z tej wyso­ko­ści sły­szę obrzy­dliwe mla­śnię­cie metalu wrzy­na­ją­cego się w ciało. Widok posoki bucha­ją­cej z Can­tosa zapiera widzom dech w piersi. Ni­gdy wcze­śniej nie widzie­li­śmy takiej masy prze­la­nej krwi.

Zapa­lają się nie­bie­skie lampy i nagle cała arena tonie w upior­nej poświa­cie. Poje­dy­nek dobiegł końca. Srebrni uzdro­wi­ciele wbie­gają na pia­sek, pędzą w stronę leżą­cego Can­tosa. Srebrni nie powinni ginąć na are­nie. Srebrni mają dziel­nie wal­czyć, popi­sy­wać się swo­imi umie­jęt­no­ściami, dać piękny pokaz – ale nie umrzeć. Nie są prze­cież Czer­wo­nymi.

Ni­gdy przed­tem nie widzia­łam, żeby Służba Bez­pie­czeń­stwa zare­ago­wała tak szybko. Są wśród nich chyży: śmi­gają w tę i z powro­tem, wyga­nia­jąc ludzi z try­bun; nie chcą, żeby­śmy byli świad­kami ewen­tu­al­nej śmierci Can­tosa.

Sam­son scho­dzi z areny kro­kiem tytana. Spo­gląda na leżą­cego bez­wład­nie prze­ciw­nika. Spo­dzie­wam się ujrzeć na jego twa­rzy skru­chę, ale jego rysy są kom­plet­nie obo­jętne, nie odzwier­cie­dlają żad­nych emo­cji. Ta walka była dla niego niczym. My wszy­scy jeste­śmy dla niego niczym.

W szkole uczy­li­śmy się o świe­cie, który ist­niał dawno temu, przed nasta­niem naszego; o anio­łach i bogach, któ­rzy miesz­kali w nie­bie i stam­tąd rzą­dzili zie­mią, kie­ro­wani dobro­cią i miło­ścią. Niektó­rzy twier­dzą, że to bajki, ale ja im nie wie­rzę.

Bogo­wie wciąż nami rzą­dzą. Zstą­pili z gwiazd i nie są już dobrzy.

Rozdział drugi

Nasz dom jest mały nawet jak na tutej­sze stan­dardy, ale przy­naj­mniej mamy widok z okna. Tata zbu­do­wał ten dom na bar­dzo wyso­kich palach pod­czas jed­nej z prze­pu­stek, zanim jesz­cze został ranny. Z góry widać drugi brzeg rzeki. Nawet latem, kiedy powie­trze mgli się z gorąca, można dostrzec tam odsło­nięte spłach­cie terenu, pozo­sta­ło­ści po lesie, wykar­czo­wa­nym bez lito­ści. Wyglą­dają jak zna­miona postę­pu­ją­cej zarazy. Na pół­nocy i zacho­dzie nie­tknięte wzgó­rza spo­koj­nie przy­po­mi­nają, że świat jest o wiele więk­szy niż my, Srebrni i wszystko, co znam.

Wspi­nam się do domu po dra­bi­nie, prze­su­wa­jąc dłońmi po drew­nie wygła­dzo­nym od codzien­nego dotyku. Z tej wyso­ko­ści widzę kilka jach­tów pły­ną­cych w górę rzeki z dum­nie powie­wa­ją­cymi kolo­ro­wymi pro­por­cami. Srebrni. Tylko ich stać na pry­watne środki trans­portu. Roz­bi­jają się pojaz­dami koło­wymi, luk­su­so­wymi jach­tami, a nawet wzla­tują w prze­stwo­rza w odrzu­tow­cach, gdy nam zostają wła­sne nogi. Albo hulaj­noga, jeśli ktoś ma szczę­ście.

Jachty kie­rują się zapewne do Sum­mer­ton, małej mie­ściny, która roz­kwita wokół let­niej rezy­den­cji kró­lew­skiej. Gisa była tam dzi­siaj, poma­gała szwaczce, u któ­rej ter­mi­nuje. Czę­sto przy oka­zji wizyty króla udają się na tam­tej­szy targ; sprze­dają hafty Srebr­nym kup­com i ary­sto­kra­tom, któ­rzy wszę­dzie podą­żają za kró­lem jak kaczątka za matką. Sama rezy­den­cja nosi nazwę Sło­necz­nego Pałacu; podobno jest cudowna, ale ja ni­gdy jej nie widzia­łam. Nie rozu­miem, do czego rodzi­nie kró­lew­skiej potrzebny jest drugi dom, zwłasz­cza że pałac w sto­licy jest prze­piękny, ale jak to u Srebr­nych bywa, nie jest ważne to, czego potrze­buje król, tylko to, czego chce. Cze­go­kol­wiek chce, dostaje.

Zanim otwo­rzę drzwi, za któ­rymi powita mnie tra­dy­cyjny chaos, głasz­czę powie­wa­jącą na weran­dzie flagę. Trzy czer­wone gwiazdy na zżół­kłym polu, po jed­nej za każ­dego brata, i miej­sce na kolejne. Na moją. Podobne flagi powie­wają przed więk­szo­ścią domów; na nie­któ­rych miej­sce gwiazd zajęły czarne pasy, niema pamiątka po pole­głych dzie­ciach.

W środku mama poci się przy piecu, na któ­rym mie­sza gulasz. Ojciec łypie na nią ze swo­jego wózka inwa­lidz­kiego. Gisa haftuje przy stole: robi coś pięk­nego, wyjąt­ko­wego, kom­plet­nie wykra­cza­ją­cego poza moją zdol­ność poj­mo­wa­nia.

– Wró­ci­łam – oznaj­miam, nie zwra­ca­jąc się do nikogo kon­kret­nego.

Tata macha mi ręką, mama kiwa głową. Gisa nie pod­nosi wzroku znad swo­jego kawałka jedwa­biu. Rzu­cam na stół obok niej sakiewkę z cało­dzienną zdo­by­czą; monety dźwię­czą, jak mogą naj­gło­śniej.

– Powinno wystar­czyć na porządny tort na uro­dziny taty. I na dodat­kowe aku­mu­la­tory do końca mie­siąca.

Gisa zerka na sakiewkę i krzywi się z nie­sma­kiem. Ma dopiero czter­na­ście lat, ale jest bar­dzo bystra jak na swój wiek.

– Pew­nego dnia ktoś przyj­dzie i wszystko ci zabie­rze – mówi.

– Zazdrość nie jest w twoim stylu – karcę ją, głasz­cząc po gło­wie.

Od razu popra­wia ide­al­nie uło­żone, lśniące rude włosy, utyka luźne pasemka w pra­co­wi­cie zwią­za­nym koku.

Zawsze chcia­łam mieć takie włosy, cho­ciaż ni­gdy bym się do tego nie przy­znała. Są jak ogień, pod­czas gdy moje mają odcień, jak to mawiamy, „rzecz­nego brązu”: ciemne u nasady, jasne na koń­cach. Kolor stop­niowo wycieka z naszych wło­sów pod wpły­wem stresu. Więk­szość ludzi strzyże się krótko, żeby ukryć sza­rawe koń­cówki, ale nie ja. Wolę, aby nawet włosy mi przy­po­mi­nały, że życie powinno wyglą­dać ina­czej.

– Wcale nie jestem zazdro­sna – dąsa się Gisa i wraca do pracy. Wyszy­wane przez nią cudne ogni­ste kwiaty płoną na tle ole­iście czar­nego jedwa­biu.

– To jest piękne, Gee.

Prze­su­wam pal­cami po jed­nym z kwia­tów, roz­ko­szu­jąc się jego jedwa­bi­stym doty­kiem. Gisa pod­nosi wzrok i uśmie­cha się pół­gęb­kiem, odsła­nia­jąc równe zęby. Możemy żyć ze sobą jak pies z kotem, ale wie, że jest moją małą gwiaz­deczką.

Wszy­scy wie­dzą, że to ja jestem zazdro­sna, Giso, odpo­wia­dam jej w myślach. Umiem tylko okra­dać ludzi, któ­rzy naprawdę coś potra­fią.

Kiedy skoń­czy ter­mi­no­wać u szwaczki, będzie mogła otwo­rzyć wła­sną pra­cow­nię, a wtedy Srebrni będą się do niej scho­dzić z całej oko­licy i kupo­wać chu­s­teczki, flagi, ubra­nia. Osią­gnie suk­ces, jaki dany jest nie­wielu Czer­wo­nym, i będzie sobie wygod­nie żyła. Zadba o rodzi­ców, a mnie i moich braci zatrudni do jakichś pro­stych, nie­wdzięcz­nych prac i w ten spo­sób wycią­gnie nas z woj­ska. Pew­nego dnia – za pomocą igły z nitką – ocali nas wszyst­kich.

– Moje córeczki… – mru­czy pod nosem mama, prze­cze­su­jąc pal­cem siwawe włosy. – Jak dzień i noc.

W jej ustach nie jest to żadna obe­lga, tylko stwier­dze­nie przy­krego faktu. Gisa jest bie­głą haf­ciarką, w dodatku ładną i miłą, a ja… jestem bar­dziej nie­okrze­sana, jak uprzej­mie ujmuje to mama. Jestem ciem­no­ścią, w któ­rej lśni świa­tełko Gisy. Chyba jedyne, co nas łączy, to kol­czyki, pamiątka po bra­ciach.

Sie­dzący w kącie tata rzęzi i ude­rza się pię­ścią w pierś. To u niego nor­malne, ma tylko jedno praw­dziwe płuco. Ura­to­wał go Czer­wony medyk, który w miej­sce dru­giego, zapad­nię­tego płuca wsta­wił mu urzą­dze­nie wyrę­cza­jące go w oddy­cha­niu. Nie jest to wyna­la­zek Srebr­nych. Oni takich nie potrze­bują, bo mają uzdro­wi­cieli, ale uzdro­wi­ciele nie zwy­kli mar­no­wać czasu na rato­wa­nie Czer­wonych; w ogóle nie faty­gują się na front, żeby tam udzie­lać pomocy ran­nym. Sie­dzą w mia­stach, zajęci prze­dłu­ża­niem życia Srebr­nym star­com, łata­niem znisz­czo­nych alko­ho­lem wątrób i tym podob­nych. My zaś, chcąc zadbać o sie­bie, jeste­śmy zmu­szeni korzy­stać z czar­no­ryn­ko­wej tech­niki i wyna­laz­ków. Nie­które z nich są głu­pie, inne zwy­czaj­nie nie dzia­łają, ale tyka­jący kawa­łek metalu ura­to­wał mojego ojca. Stale sły­szę ciche tęt­nie­nie, które regu­luje oddech taty.

– Nie chcę tortu – zrzę­dzi, a ja widzę, jak zerka na swój rosnący brzuch.

– To powiedz, co chciał­byś dostać, tato. Nowy zega­rek? Albo…

– Zega­rek, który ukrad­niesz komuś z prze­gubu dłoni, nie jest nowy, Mare.

Zanim w domu Bar­ro­wów wybuch­nie kolejna wojna, mama zdej­muje gulasz z ognia.

– Obiad – mówi i sta­wia gar­nek na stole.

Owiewa mnie zapach jedze­nia.

– Pach­nie cudow­nie – kła­mie Gisa.

Tata, mniej od niej tak­towny, krzywi się.

Nie chcąc, żeby wyty­kano mnie pal­cami, zmu­szam się do prze­łknię­cia paru kęsów i z przy­jem­nym zasko­cze­niem stwier­dzam, że gulasz nie jest taki nie­do­bry jak zwy­kle.

– Doda­łaś pie­przu, który ci przy­nio­słam?

Zamiast poki­wać głową, uśmiech­nąć się i podzię­ko­wać, że zauwa­ży­łam, mama tylko się rumieni. Mil­czy. Wie, że ukra­dłam ten pieprz, tak jak wszystko, co przy­no­szę do domu.

Gisa prze­wraca oczami znad tale­rza. Prze­czuwa, do czego pro­wa­dzi roz­mowa.

Można by się spo­dzie­wać, że z cza­sem czło­wiek się przy­zwy­czai, ale mam dość ich dez­apro­baty.

Mama z wes­tchnie­niem kryje twarz w dło­niach.

– Wiesz, że doce­niam to, co robisz, Mare, po pro­stu cza­sem żałuję…

– Że nie jestem taka jak Gisa? – koń­czę za nią.

– Wcale nie. – Kręci głową. Kolejne kłam­stwo. – Nie to mia­łam na myśli.

– No jasne. – Moje roz­go­ry­cze­nie musi być w tej chwili wyczu­walne na dru­gim końcu wsi. Robię, co w mojej mocy, żeby głos mi się nie zała­mał. – Tylko w taki spo­sób mogę wam pomóc, zanim… zanim mnie zabiorą.

Wzmianka o woj­nie bły­ska­wicz­nie wszyst­kich uci­sza. Nawet tata prze­staje rzę­zić. Mama odwraca głowę, teraz czer­wieni się ze zło­ści. Pod sto­łem Gisa ści­ska mnie za rękę.

– Wiem, że robisz, co możesz – szep­cze mama – i że chcesz dobrze.

Te słowa przy­cho­dzą jej z tru­dem, ale i tak przy­no­szą mi pocie­chę. Nic nie mówię, zmu­szam się tylko do kiw­nię­cia głową.

Nagle Gisa pod­ska­kuje na krze­śle jak rażona prą­dem.

– Była­bym zapo­mniała! Wra­ca­jąc z Sum­mer­ton, zaj­rza­łam na poste­ru­nek. Przy­szedł list od Shade’a.

Jej słowa są jak wybuch bomby. Mama z tatą zgod­nie rzu­cają się po przy­bru­dzoną kopertę, którą Gisa wyj­muje z kie­szeni. Cze­kam, aż mi ją poda­dzą. Oglą­dają ją dokład­nie: żadne z nich nie umie czy­tać, więc pró­bują coś wywnio­sko­wać z wyglądu papieru. Tata wącha list.

– Sosna – mówi. – Ale nie dym. To dobrze. Nie pisze z Prze smyku.

Wszy­scy oddy­chamy z ulgą. Prze­smyk to wie­lo­krot­nie ostrze­li­wany pas ziemi łączący Nortę z Poje­zie­rzem, gdzie toczą się główne walki. Żoł­nie­rze spę­dzają tam więk­szość czasu, kuląc się w oko­pach, na które prę­dzej czy póź­niej spad­nie bomba, albo doko­nu­jąc hero­icz­nych wypa­dów, które koń­czą się krwawą jatką. Poza tym gra­nicę wyty­czają jeziora, tylko na dale­kiej pół­nocy bie­gnie ona przez tun­drę, która jed­nak jest zbyt mroźna i jałowa, by o nią wal­czyć. Przed laty tata został ranny wła­śnie w Prze­smyku, kiedy na jego oddział spa­dła bomba. Po trwa­ją­cych dzie­się­cio­le­cia wal­kach Prze­smyk jest dziś tak znisz­czony, że snu­jący się nad nim dym eks­plo­zji two­rzy per­ma­nentną gęstą mgłę. Nic tam nie rośnie, to kra­ina szara i mar­twa jak wojenna przy­szłość.

W końcu tata podaje mi list. Otwie­ram go z nie­cier­pli­wo­ścią, zara­zem zacie­ka­wiona i pełna obaw o to, co Shade ma do powie­dze­nia.

Kochani, żyję. Jak widać.

Tata i ja par­skamy śmie­chem, nawet Gisa się uśmie­cha. Mama nie jest uba­wiona, cho­ciaż Shade każdy swój list zaczyna w taki wła­śnie spo­sób.

Zosta­li­śmy ode­słani na tyły, co tata na pewno już zwie­trzył jak rasowy ogar. Miło jest wró­cić do głów­nego obozu. Czer­wono tu jak o świ­cie, pra­wie nie widu­jemy Srebr­nych ofi­ce­rów. A ponie­waż w powie­trzu nie ma dymu, naprawdę widać, jak słońce wscho­dzi, co dzień moc­niej­sze. Ale laba nie potrwa długo. Dowódz­two pla­nuje wypo­sa­żyć nas w sprzęt do walki na wodzie, dosta­li­śmy przy­dział na jeden z nowych okrę­tów. Spo­tka­łem sani­ta­riuszkę z innego oddziału: mówi, że zna Tammy’ego i wszystko z nim w porządku. Obe­rwał odłam­kiem pod­czas odwrotu z Prze­smyku, ale już doszedł do sie­bie. Obe­szło się bez zaka­że­nia i bez trwa­łego uszczerbku na zdro­wiu.

Mama wzdy­cha gło­śno i kręci głową.

– Bez trwa­łego uszczerbku na zdro­wiu – powta­rza z dez­apro­batą.

Na­dal nic nie wiem o Bree, ale nie przej­muję się tym. Jest z nas naj­lep­szy i nie­długo przy­je­dzie do domu na urlop po pię­ciu latach służby. Nie martw się, mamo. Poza tym nie mam żad­nych wie­ści, w każ­dym razie takich, które mógł­bym prze­ka­zać w liście. Giso, nie popi­suj się prze­sad­nie, cho­ciaż masz czym. Mare, nie bądź nie­zno­śna i prze­stań tłuc tego chło­paka od War­re­nów. Tato, jestem z Cie­bie dumny. Zawsze. Kocham Was wszyst­kich. Wasz ulu­biony syn i brat, Shade.

Jego słowa jak zwy­kle prze­szy­wają nas na wskroś. Gdy­bym się bar­dziej posta­rała, nie­mal mogła­bym usły­szeć jego głos.

Nagle lampa nad naszymi gło­wami zaczyna pisz­czeć.

– Nie wło­ży­li­ście kar­tek, które wczo­raj przy­nio­słam? – pytam, a wtedy świa­tło gaśnie.

Moje oczy szybko oswa­jają się z mro­kiem. Widzę, jak mama kręci głową.

– Możemy się nie kłó­cić? – jęczy Gisa. Sły­chać zgrzyt­nię­cie krze­sła o pod­łogę: wstała od stołu. – Idę spać. Nie krzycz­cie za gło­śno.

Nie krzy­czymy. Tak już wygląda ten mój świat – jestem zbyt zmę­czona, żeby się kłó­cić. Mama z tatą idą do sie­bie i zostaję przy stole sama. Kiedy indziej wymknę­ła­bym się z domu, ale dzi­siaj stać mnie tylko na tyle, żeby poło­żyć się spać.

Po następ­nej dra­bi­nie wspi­nam się na stry­szek, gdzie Gisa już chra­pie. Ma dziew­czyna talent, potrafi zasnąć w minutę, pod­czas gdy ja cza­sem godzi­nami prze­wra­cam się z boku na bok. Ukła­dam się na swo­jej pry­czy. Z przy­jem­no­ścią po pro­stu leżę i ści­skam w ręce list od Shade’a. Tata miał rację, mocno pach­nie sosną.

Szmer rzeki brzmi dziś bar­dzo sym­pa­tycz­nie: prze­le­wa­jąca się przez przy­brzeżne kamyki woda powoli mnie usy­pia. Nawet nasza stara, pordze­wiała lodówka aku­mu­la­to­rowa, która czę­sto zawo­dzi tak, że głowa mi pęka, dzi­siaj mnie nie drażni.

Już zanu­rzam się w sen, gdy sły­szę ptasi trel. To Kilorn.

Nie, myślę. Idź sobie.

Ptak odzywa się ponow­nie, tym razem gło­śniej. Gisa wierci się przez sen, odwraca, wtula twarz w poduszkę.

Mru­czę ze zło­ści pod nosem (w tej chwili szcze­rze nie­na­wi­dzę Kilorna), ale gra­molę się z pry­czy i zjeż­dżam po dra­bi­nie. Prze­ciętna dziew­czyna na pewno by się o coś potknęła w zagra­co­nym pokoju, ale ja – po latach ucie­ka­nia przed bez­piecz­nia­kami – stą­pam pew­nie i cicho. Sekundę póź­niej jestem już na dole. Zsu­nąw­szy się po dru­giej dra­bi­nie, ląduję po kostki w bło­cie. Kilorn czeka, wycho­dzi z zale­ga­ją­cego pod domem cie­nia.

– Mam nadzieję, że lubisz pod­bite oczy, bo mam taki plan, żeby ci…

Na widok jego twa­rzy słowa wię­zną mi w gar­dle.

Widać, że pła­kał. Ale prze­cież Kilorn ni­gdy nie pła­cze. Ma zakrwa­wione knyk­cie, a jestem gotowa się zało­żyć, że gdzieś nie­da­leko znaj­duje się jakaś ściana, która w tej chwili cierpi tak samo jak on. Mimo póź­nej pory wbrew sobie zaczy­nam się mar­twić. Zaczy­nam się o niego bać.

– Co jest? – pytam. – Co się stało? – Odru­chowo biorę go za rękę, czuję pod pal­cami krew. – No co?

Nie odpo­wiada od razu, jakby zbie­rał się na odwagę. Teraz jestem już prze­ra­żona.

– Mój mistrz… nie żyje. Już nie jestem uczniem.

Pró­buję powstrzy­mać zasko­czone sap­nię­cie, ale bez powo­dze­nia. Nie­sie się echem, drwiąc z naszego nie­szczę­ścia. Kilorn wie, że nie musi mówić nic wię­cej, bo ja już poję­łam, do czego zmie­rza, ale i tak dodaje:

– Nie dokoń­czy­łem ter­mi­no­wa­nia, więc… – Urywa. – Mam osiem­na­ście lat. Wszy­scy inni rybacy mają swo­ich uczniów. Nie mam pracy i nie mam jej jak zna­leźć.

Jego następne słowa są jak nóż wbity w moje serce. Bie­rze głę­boki, drżący wdech. Wola­ła­bym nie sły­szeć tego, co za chwilę powie.

– Wyślą mnie na front.

Rozdział trzeci

Trwa od bli­sko stu lat. Wydaje mi się, że nie powinno już nazy­wać się jej „wojną”, ale nie ma innego słowa na okre­śle­nie takiej wyż­szej formy znisz­cze­nia. W szkole uczyli nas, że zaczęło się od sporu o zie­mię. Poje­zie­rze jest pła­skie i żyzne, a tam­tej­sze jeziora pełne ryb. W niczym nie przy­po­mina ska­li­stych i lesi­stych wzgórz Norty, gdzie zie­mia ledwo może nas wyży­wić. Nawet Srebr­nym nie jest lekko. Dla­tego nasz król wypo­wie­dział Poje­zie­rzu wojnę i wcią­gnął nas w kon­flikt, w któ­rym żadna ze stron nie może zatrium­fo­wać.

Król Poje­zie­rza, inny Srebrny, by­naj­mniej się nie ugiął: silny popar­ciem całej swo­jej ary­sto­kra­cji zażą­dał naszych rzek, elek­trowni wod­nych i dostępu do morza, które nie byłoby przez pół roku skute lodem. To elek­trowniom nasz kraj zawdzię­cza swój dobro­byt; pro­du­kują tyle prądu, że wystar­cza nawet dla Czer­wo­nych. Sły­sza­łam o mia­stach poło­żo­nych daleko na połu­dniu, nie­opo­dal sto­licy, Arche­onu, gdzie wykwa­li­fi­ko­wani Czer­woni kon­stru­ują maszyny, któ­rych idei nie ogar­niam rozu­mem: pojazdy lądowe, wodne i powietrzne, a także broń zdolną nieść zagładę wszę­dzie tam, gdzie będzie to Srebr­nym potrzebne. Nauczy­cielka z dumą opo­wia­dała nam o tym, że Norta, świa­tło świata, zawdzię­cza swoją potęgę ener­gii i tech­nice, gdy tym­cza­sem inne kra­iny, takie jak Poje­zie­rze czy leżący na połu­dniu Pie­mont, tkwią w ciem­no­ściach. Mamy szczę­ście, że się tu uro­dzi­li­śmy.

Szczę­ście. Na dźwięk tego słowa chce mi się krzy­czeć.

Jed­nak mimo naszych elek­trowni i broni oraz zapa­sów żyw­no­ści i liczeb­no­ści miesz­kań­ców Poje­zie­rza nikomu nie udało się zdo­być trwa­łej prze­wagi. Zarówno jedni, jak i dru­dzy mają Srebr­nych dowód­ców i Czer­wo­nych żoł­nie­rzy; jedni i dru­dzy korzy­stają z talen­tów, kara­bi­nów oraz tarcz tysiąca Czer­wo­nych ciał, a wojna, która miała się zakoń­czyć bez mała sto lat temu, i tak wle­cze się po dziś dzień. Zawsze mnie to bawiło, że woju­jemy o jedze­nie i wodę. Nawet wielcy i potężni Srebrni muszą jeść.

Dziś jed­nak wcale nie jest mi do śmie­chu, nie kiedy Kilorn ma być następną osobą, którą poże­gnam. Zasta­na­wiam się, czy da mi kol­czyk, żebym o nim pamię­tała, kiedy zabie­rze go wyglan­so­wany legio­ni­sta.

– Tydzień, Mare. Za tydzień już mnie tu nie będzie. – Głos mu się łamie. Kaszle, pró­bu­jąc to ukryć. – Nie mogę iść. Nie… nie dam się zabrać.

Widzę jed­nak, że wola walki w jego oczach gaśnie.

– Na pewno jest jakieś wyj­ście – wypa­lam. – Coś wymy­ślimy.

– Nikt nie może nic zro­bić. Nikomu nie udało się unik­nąć poboru i prze­żyć.

Nie musi mi tego mówić. Co roku ktoś pró­buje uciec. I co roku łapią tego kogoś, wloką z powro­tem do wio­ski i wie­szają na rynku.

– Nie – upie­ram się. – Coś wymy­ślimy.

Nawet w takiej chwili znaj­duje w sobie siłę, żeby uśmiech­nąć się z wyż­szo­ścią.

– My?

Żaden pożar nie roz­prze­strze­nia się tak szybko jak rumie­niec na moich policz­kach.

– Jestem ska­zana na pobór tak samo jak ty – przy­po­mi­nam – ale nie wezmą mnie. Uciek­niemy.

Pobór do woj­ska zawsze był mi prze­zna­czony, jak kara za winy, zdaję sobie z tego sprawę. Co innego Kilorn. Już i tak stra­cił zbyt wiele.

– Nie mamy dokąd uciec – bąka nie­pew­nie, ale przy­naj­mniej opo­nuje. Przy­naj­mniej się nie pod­daje. – Na pół­nocy nie prze­trwamy zimy. Na wscho­dzie mamy morze, na zacho­dzie kolejny front, połu­dnie jest napro­mie­nio­wane jak dia­bli… A wszę­dzie roi się od Srebr­nych i bez­piecz­nia­ków.

Słowa wyle­wają się ze mnie jak rzeka.

– Tak jak tutaj, w wio­sce. Tu też roi się od Srebr­nych i bez­piecz­nia­ków, a mimo to udaje nam się kraść i kom­bi­no­wać tuż pod ich nosem. – Mam goni­twę myśli, despe­racko szu­kam jakie­goś sen­sow­nego pomy­słu, jakie­go­kol­wiek. I nagle olśnie­nie ude­rza we mnie jak pio­run. – Czarny rynek. Sami dokła­damy się do jego dzia­ła­nia, a prze­myt­nicy han­dlują dosłow­nie wszyst­kim, od ziarna po żarówki. Kto powie­dział, że nie można prze­my­cić czło­wieka?

Kilorn otwiera usta, gotowy przed­sta­wić tysiąc powo­dów, dla któ­rych to nie ma prawa się udać. Potem jed­nak uśmie­cha się i kiwa głową.

Nie cier­pię wty­kać nosa w nie swoje sprawy, nie mam na to czasu, tym­cza­sem za chwilę sły­szę, jak wypo­wia­dam trzy zgubne słowa:

– Zostaw to mnie.

***

Fanty, któ­rych nie możemy upłyn­nić w nor­mal­nych skle­pach, zano­simy do Willa Whi­stle’a. Will jest stary, za słaby do pracy w skła­dzie drewna, więc za dnia zamiata ulice. Za to po nocach han­dluje ze swo­jego zala­tu­ją­cego stę­chli­zną wozu dosłow­nie wszyst­kim, co się czło­wie­kowi zama­rzy, od zaka­za­nej kawy po egzo­tyczne towary pro­sto z Arche­onu. Mia­łam dzie­więć lat i garść kra­dzio­nych guzi­ków, kiedy pierw­szy raz zary­zy­ko­wa­łam spo­tka­nie z Wil­lem. Zapła­cił mi trzy mie­dziaki i nie zada­wał pytań. Teraz jestem jego naj­lep­szą klientką i praw­do­po­dob­nie głów­nym powo­dem, dla któ­rego udaje mu się utrzy­mać w naszej wiosz­czy­nie. Kiedy mam dobry dzień, mogła­bym go nawet nazwać przy­ja­cie­lem. Musiały minąć lata, zanim odkry­łam, że jest tylko jed­nym z węzłów znacz­nie więk­szej orga­ni­za­cji – jedni nazwa­liby ją „pod­zie­miem”, inni „czar­nym ryn­kiem”; mnie inte­re­suje tylko to, co mogą zała­twić. Wszę­dzie mają swo­ich ludzi, takich jak Will – nawet w Arche­onie, choć wydaje się to nie­moż­liwe. Roz­pro­wa­dzają nie­le­galne towary po całym kraju, a ja wła­śnie pomy­śla­łam, że mogliby zro­bić wyją­tek i prze­wieźć nie towar, lecz czło­wieka.

– Mowy nie ma.

Przez osiem lat Will ni­gdy mi nie odmó­wił, a teraz pomarsz­czony stary dureń pra­wie zatrza­skuje mi drzwi przed nosem. Dobrze, że nie zabra­łam ze sobą Kilorna; nie musi patrzeć, jak zawo­dzę jego ocze­ki­wa­nia.

– Will, pro­szę cię. Wiem, że możesz to zro­bić…

Kręci głową, aż mu się siwa broda trzę­sie.

– Nawet gdy­bym mógł, jestem zwy­kłym han­dla­rzem. Moi kon­tra­henci nie poświę­cają czasu i pie­nię­dzy na prze­rzu­ca­nie ludzi z miej­sca na miej­sce. To nie ta branża.

Czuję, jak moja jedyna nadzieja – jedyna nadzieja dla Kilorna – wymyka mi się z rąk. Will chyba dostrzega despe­ra­cję w moich oczach, bo mięk­nie. Oparty o fra­mugę drzwi wzdy­cha i zerka za sie­bie, w głąb ciem­nego wnę­trza wozu. Po chwili odwraca się i gestem zapra­sza mnie do środka. Chęt­nie podą­żam za nim.

– Dzię­kuję, Will. Dzię­kuję – gadam jak najęta. – Nie masz poję­cia, jak wiele to dla mnie zna­czy…

– Sia­daj i milcz, dziew­czyno. – Sły­szę wysoki głos.

W pół­mroku, led­wie widoczna w sła­bym świe­tle samot­nej błę­kit­nej świecy, wstaje jakaś kobieta. Wła­ści­wie dziew­czyna, nie kobieta, bo wygląda na nie­wiele star­szą ode mnie. Jest nato­miast dużo wyż­sza i ema­nuje aurą doświad­czo­nej wojow­niczki. Na pewno nie ma pozwo­le­nia na pisto­let, który nosi na bio­drze zatknięty za sze­roki czer­wony pas ze sło­necz­nym dese­niem. Ma zbyt jasną cerę i włosy, żeby pocho­dzić z Pali, a sądząc po war­stewce potu na twa­rzy, źle znosi tutej­szy upał i wil­goć. Cudzo­ziemka, do tego wyjęta spod prawa.

Dokład­nie z kimś takim chcia­łam się spo­tkać.

Gestem wska­zuje mi ławę werż­niętą w ścianę wozu. Czeka, aż usiądę, i dopiero wtedy sama siada. Idący za mną Will opada ciężko na sfa­ty­go­wane krze­sło. Strzela oczami to na nią, to na mnie.

– Mare Bar­row – mam­ro­cze – przed­sta­wiam ci Far­ley.

Far­ley zaci­ska szczęki. Mie­rzy mnie wzro­kiem.

– Inte­re­suje cię trans­port ładunku – mówi.

– Cho­dzi o mnie i takiego jed­nego chło­paka…

Uci­sza mnie gestem dużej, stward­nia­łej dłoni.

– Ładunku – powta­rza z naci­skiem, patrząc na mnie zna­cząco, a mnie serce żywiej bije. Far­ley naprawdę może mi pomóc. – Dokąd? – pyta.

Roz­pacz­li­wie szu­kam w myślach jakie­goś spo­koj­nego zakątka. Przed oczami mam starą szkolną mapę, kon­tur wybrzeża, rzeki, mia­sta, wio­ski i wszystko pośrodku, od Zatoki Por­to­wej na Zacho­dzie, przez Poje­zie­rze i pół­nocną tun­drę, aż po napro­mie­nio­wane Ruiny i Pust­ko­wie… Wszę­dzie będzie dla nas nie­bez­piecz­nie.

– Dokąd­kol­wiek – odpo­wia­dam – byle Srebrni nam nie zagra­żali.

Far­ley tylko mruga powie­kami, wyraz jej twa­rzy nie zmie­nia się ani na jotę.

– Bez­pie­czeń­stwo kosz­tuje, dziew­czyno – zauważa.

– Wszystko kosz­tuje, dziew­czyno – odpo­wia­dam z takim samym prze­ką­sem. – Ja wiem o tym naj­le­piej.

Cisza zapada w wozie i trwa. Czas pły­nie, Kilor­nowi ucie­kają bez­cenne minuty. Far­ley z pew­no­ścią wyczuwa mój nie­po­kój i znie­cier­pli­wie­nie, ale nie śpie­szy się z odpo­wie­dzią. Mija wiecz­ność, zanim wresz­cie otwiera usta.

– Szkar­łatna Straż wyraża zgodę, Mare Bar­row.

Aż mam ochotę pod­sko­czyć z rado­ści; powstrzy­ma­nie się od tego wymaga całej mojej siły woli. Coś jed­nak nie daje mi spo­koju, nie pozwala się uśmiech­nąć.

– Opłata w wyso­ko­ści tysiąca koron, wnie­siona z góry – kon­ty­nu­uje Far­ley.

Zapiera mi dech w piersi. Nawet Will się dziwi, unosi puchate siwe brwi tak bar­dzo, że cho­wają mu się we wło­sach.

– Tysiąc koron? – udaje mi się wykrztu­sić.

Nikt nie ma takich pie­nię­dzy, nie w Palach. Moja rodzina mogłaby za nie wyżyć przez rok. Przez kilka lat.

Ale Far­ley jesz­cze nie skoń­czyła. Mam wra­że­nie, że dobrze się bawi.

– Płat­ność w bank­no­tach, tetrar­chach albo w towa­rze. Oczy­wi­ście tysiąc od sztuki.

Czyli w sumie dwa. Dwa tysiące koron. Mają­tek. Nasza wol­ność jest warta mają­tek.

Z tru­dem oddy­cham. Nie­spełna dwa dni na zebra­nie for­tuny, jakiej nie nakra­dłam przez całe życie. To nie­wy­ko­nalne.

Nawet nie zdą­żam zapro­te­sto­wać, gdy Far­ley pyta:

– Przyj­mu­jesz te warunki?

– Potrze­buję wię­cej czasu.

Kręci głową i nachyla się w moją stronę. Czuć od niej proch.

– Czy przyj­mu­jesz warunki?

To nie­wy­ko­nalne. To głu­pie. To nasza jedyna szansa.

– Przyj­muję warunki.

***

Następne chwile zle­wają mi się w jedną, gdy po ciemku brnę w bło­cie do domu. Mózg roz­grzewa mi się do czer­wo­no­ści, gdy pró­buję wymy­ślić, w jaki spo­sób zdo­być coś o choćby zbli­żo­nej war­to­ści do żąda­nej przez Far­ley kwoty. Jestem pewna, że w Palach niczego takiego nie znajdę.

Kilorn czeka na mnie. Wygląda jak zagu­biony chłop­czyk. Któ­rym chyba w tej chwili naprawdę jest.

– Złe wie­ści? – pyta. Usi­łuje nie oka­zy­wać zde­ner­wo­wa­nia, ale głos i tak mu drży.

– Pod­zie­mie może nas stąd wycią­gnąć.

Z uda­wa­nym spo­ko­jem, żeby nie stra­szyć go bez potrzeby, tłu­ma­czę mu wszystko po kolei. Dwa tysiące koron może być warte tronu kró­lew­skiego, ja jed­nak sta­ram się, żeby zabrzmiało to nie­po­zor­nie.

– Jeżeli kto­kol­wiek ma tego doko­nać, to wła­śnie my. Damy radę.

– Mare. – Jego głos jest lodo­waty, zim­niej­szy niż sama zima, ale pustka w jego oczach jest jesz­cze gor­sza. – To koniec. Prze­gra­li­śmy.

– Ale gdy­by­śmy tylko…

Łapie mnie za ramiona, mocno, i przy­trzy­muje na odle­głość wypro­sto­wa­nych rąk. Nie spra­wia mi to bólu, ale i tak wstrząsa mną do żywego.

– Nie rób mi tego, Mare. Nie każ mi wie­rzyć, że ist­nieje jakieś wyj­ście. Nie dawaj mi nadziei.

Ma rację. To okrutne dawać komuś nadzieję tam, gdzie nie ma na nią miej­sca. Taka nadzieja prze­ra­dza się w roz­cza­ro­wa­nie, urazę i wście­kłość, a to czyni życie jesz­cze trud­niej­szym, niż było do tej pory.

– Daj mi się z tym po pro­stu pogo­dzić. Może… może wtedy uda mi się wziąć w garść, wyszko­lić jak należy i będę miał jakąś szansę prze­trwać na woj­nie.

Łapię go za nad­garstki i trzy­mam mocno.

– Mówisz, jak­byś już nie żył.

– Może tak wła­śnie jest.

– Moi bra­cia…

– Twój ojciec dopil­no­wał na długo przed ich odej­ściem, żeby wie­dzieli, co robią. Poza tym każdy z nich to kawał chłopa, co też nie prze­szka­dza. – Zmu­sza się do zna­czą­cego uśmieszku, pró­bu­jąc mnie roz­ba­wić. Nic z tego. – Ja jestem dobrym pły­wa­kiem i żegla­rzem. Przy­dam się na jezio­rach.

Dopiero kiedy obej­muje mnie i przy­tula, dociera do mnie, że cała się trzęsę.

– Kilorn… – mam­ro­czę w jego pierś, ale następne słowa nie chcą wybrzmieć.

To powin­nam być ja. Tyle że mój czas też już się zbliża. Mogę mieć tylko nadzieję, że Kilorn prze­trwa dosta­tecz­nie długo, bym znowu go zoba­czyła, w kosza­rach albo w oko­pach. Może wtedy znajdę wła­ściwe słowa. Może wtedy zro­zu­miem, co czuję.

– Dzię­kuję ci, Mare. Za wszystko. – Odsuwa się, wypusz­cza­jąc mnie zde­cy­do­wa­nie za szybko. – Jeśli będziesz oszczę­dzać, może uzbie­rasz dość, zanim legion przyj­dzie po cie­bie.

Ze względu na niego kiwam głową. Nie zamie­rzam jed­nak pozwo­lić mu wal­czyć i umrzeć w samot­no­ści.

Zanim ułożę się z powro­tem na pry­czy, wiem już, że tej nocy nie zasnę. Musi być coś, co da się zro­bić. Wymy­ślę roz­wią­za­nie, nawet jeśli mia­ła­bym poświę­cić na to całą noc.

Gisa kaszle i jest to uprzejmy, cichy odgłos. Nawet przez sen potrafi zacho­wać się jak dama. Nic dziw­nego, że tak świet­nie doga­duje się ze Srebr­nymi. Uosa­bia wszystko, co lubią w Czer­wo­nych: jest cicha, skromna, zado­wo­lona z tego, co ma. Dobrze się składa, że to ona ma z nimi do czy­nie­nia, pomaga tym głu­pim nad­lu­dziom wybie­rać jedwa­bie i inne piękne mate­riały na ubra­nia, które założą tylko raz. Mówi, że można do tego przy­wyk­nąć, do ogrom­nych sum, jakie wydają na takie try­wialne cele. W Wiel­kim Ogro­dzie – czyli na targu w Sum­mer­ton – ceny rosną dzie­się­cio­krot­nie. Razem ze swoją mistrzy­nią Gisa zszywa koronki, jedwab, futro, a nawet klej­noty, żeby stwo­rzyć dzieła sztuki dla elity Srebr­nych, która naj­wy­raź­niej podąża wszę­dzie za rodziną kró­lew­ską. Parada, tak to nazywa – nie­koń­czący się prze­marsz wymu­ska­nych pawi, z któ­rych każdy jest dum­niej­szy i bar­dziej idio­tyczny od poprzed­niego. Sami Srebrni, nie­mą­drzy i z obse­sją na punk­cie swo­jego sta­tusu.

Tej nocy nie­na­wi­dzę ich jesz­cze bar­dziej niż zwy­kle. Pogu­bione przez nich poń­czo­chy wystar­czy­łyby pew­nie, żeby ura­to­wać mnie, Kilorna i połowę miesz­kań­ców Pali przed pobo­rem.

Po raz drugi tej nocy ude­rza bły­ska­wica.

– Giso, obudź się. – Nie mówię tego szep­tem. Śpi jak zabita. – Gisa!

Wierci się i jęczy w poduszkę.

– Cza­sem mam ochotę cię zabić – mam­ro­cze.

– Cud­nie. A teraz obudź się!

Oczy ma na­dal zamknięte, gdy ska­czę i ląduję na niej jak wiel­gachny kot. Zanim zacznie wrzesz­czeć, jęczeć i wplą­cze w sprawę matkę, zasła­niam jej usta ręką.

– Posłu­chaj mnie tylko, to wszystko. Nic nie mów, tylko słu­chaj.

Sapie z obu­rze­niem pod moją ręką, ale kiwa głową.

– Kilorn…

Czer­wieni się jak burak na dźwięk jego imie­nia. Nawet chi­cho­cze, cho­ciaż prze­cież ni­gdy tego nie robi. W tej chwili nie mam jed­nak czasu na jej dzie­cinne zadu­rze­nie.

– Prze­stań, Giso. – Biorę roz­dy­go­tany wdech. – Kilorn zosta­nie powo­łany do woj­ska.

I cały jej śmiech umiera. Pobór to nie żarty, nie dla nas.

– Zna­la­złam spo­sób, żeby go stąd wydo­stać, ura­to­wać go przed wojną, ale potrze­buję two­jej pomocy. – Te słowa spra­wiają mi ból, ale jakoś udaje mi się je wypo­wie­dzieć. – Potrze­buję cię. Pomo­żesz mi?

Nie waha się z odpo­wie­dzią ani chwili. Serce wzbiera mi ogromną miło­ścią do sio­stry.

– Pew­nie.

***

Całe szczę­ście, że jestem niska, bo ina­czej w życiu nie weszła­bym w zapa­sowy mun­du­rek Gisy. Jest gruby i ciemny, i zupeł­nie nie­przy­sto­so­wany do nosze­nia w let­nie upały, a jego guziki i suwaki wydają się wręcz goto­wać w słońcu. Paczka na ple­cach prze­suwa mi się na boki, pra­wie prze­wra­cam się pod cię­ża­rem mate­riału i przy­bo­rów do szy­cia. Gisa też ma na sobie nie­wy­godny mun­du­rek i nie­sie wła­sny tobo­łek, ale zdaje się, że w ogóle jej to nie prze­szka­dza. Przy­wy­kła do cięż­kiej pracy i cięż­kiego życia.

Więk­szość dystansu poko­nu­jemy wci­śnięte mię­dzy buszle psze­nicy na pły­ną­cej w górę rzeki barce dobro­tli­wego far­mera, z któ­rym Gisa zaprzy­jaź­niła się lata temu. Tutejsi ludzie ufają jej w spo­sób, w jaki mnie ni­gdy by nie zaufali. Far­mer wysa­dza nas milę od celu, w pobliżu krę­tego sznura kup­ców kie­ru­ją­cych się do Sum­mer­ton. Teraz drep­czemy razem z nimi w stronę cze­goś, co Gisa nazywa Ogro­do­wymi Drzwiami, cho­ciaż ni­gdzie nie widać żad­nych ogro­dów. To tak naprawdę brama ze skrzą­cego się szkła, która ośle­pia nas, zanim jesz­cze zdą­żymy przez nią przejść. Reszta muru wygląda na zbu­do­waną z takiego samego mate­riału, ale nie mogę uwie­rzyć, żeby Srebrny król był na tyle głupi, aby scho­wać się za szkla­nym murem.

– To nie jest szkło – wyja­śnia mi Gisa. – A w każ­dym razie nie cał­kiem. Srebrni odkryli spo­sób na roz­grze­wa­nie dia­mentu i mie­sza­nie go z innymi mate­ria­łami. Ten mur jest nie do poko­na­nia. Nawet bomba go nie prze­bije.

Rety, dia­men­towe mury.

– To rze­czy­wi­ście nie­odzowna rzecz.

– Nie wychy­laj się, ja będę mówić – szep­cze Gisa.

Drep­czę za nią, wbi­jam wzrok w drogę, która z czar­nej i asfal­to­wej zamie­nia się w wybru­ko­waną bia­łym kamie­niem. Jest tak gładki, że nie­wiele bra­kuje, żebym się pośli­zgnęła, ale Gisa łapie mnie za rękę i przy­trzy­muje. Kilorn bez pro­blemu cho­dziłby tutaj tym swoim mary­nar­skim cho­dem. Tyle że on w ogóle by się tu nie zja­wił, bo już się pod­dał.

Ja nie.

Kiedy zbli­żamy się do bramy, mrużę ośle­pione bla­skiem oczy, żeby zoba­czyć coś po dru­giej stro­nie. Cho­ciaż Sum­mer­ton funk­cjo­nuje tylko latem i jest porzu­cane przed pierw­szymi mro­zami, i tak jest naj­więk­szym mia­stem, jakie w życiu widzia­łam. Są tu tęt­niące życiem ulice, sklepy, bary, domy i dzie­dzińce, a wszystko to zwraca się w stronę błysz­czą­cego mon­strum z dia­men­to­wego szkła i mar­muru. Teraz już wiem, skąd się wzięła jego nazwa. Sło­neczny Pałac lśni jak gwiazda, sięga setkę stóp w niebo poskrę­caną masą iglic i mostów. Część ścian pociem­niała jakby z wła­snej woli, żeby zapew­nić miesz­kań­com nieco pry­wat­no­ści; wie­śniacy nie mogą prze­cież gapić się na króla i jego dwór. Pałac zapiera dech w piersi, przy­tła­cza i onie­śmiela, jest wspa­niały, a prze­cież to tylko letni dom.

– Nazwi­ska – war­czy ktoś szorstko i Gisa natych­miast się zatrzy­muje.

– Gisa Bar­row. To moja sio­stra, Mare Bar­row. Pomaga mi nieść towary dla mojej mistrzyni.

Nie wzdraga się, mówi spo­koj­nie, nie­mal znu­dzo­nym tonem. Bez­piecz­niak kiwa na mnie głową, a ja demon­stra­cyj­nie popra­wiam ładu­nek. Gisa podaje nasze doku­menty, oba podarte, brudne, gotowe się roz­paść, ale wystar­cza­jące.

Męż­czy­zna, który nas spraw­dza, musi znać moją sio­strę, bo pra­wie nie zerka na jej dowód toż­sa­mo­ści. Mój za to ogląda bar­dzo dokład­nie, porów­nu­jąc moją twarz i zdję­cie przez bitą minutę. Zasta­na­wiam się, czy jest szep­tem i może czy­tać w moich myślach. To by zakoń­czyło naszą małą wycieczkę naprawdę szyb­ciutko i pew­nie zaro­bi­ła­bym zgrabną pętlę na szyję.

– Nad­garstki – mówi z wes­tchnie­niem, już nami znu­dzony.

Przez chwilę nie wiem, o co cho­dzi, ale Gisa bez waha­nia wyciąga prawą rękę. Robię to samo, pod­su­wa­jąc rękę bez­piecz­nia­kowi. Zakłada nam na nad­garstki parę czer­wo­nych opa­sek, które zaci­skają się na skó­rze jak kaj­danki – nie ma szansy, żeby zdjąć coś takiego samemu.

– Ruszaj­cie – mówi bez­piecz­niak i odpra­wia nas leni­wym mach­nię­ciem ręki.

Jego zda­niem dwie młode dziew­czyny nie sta­no­wią zagro­że­nia.

Gisa kiwa głową w podzięce, ale ja nie. Ten czło­wiek nie zasłu­guje nawet na uncję mojej wdzięcz­no­ści. Brama otwiera się przed nami, więc idziemy. Serce dudni mi w uszach, tłu­miąc odgłosy Wiel­kiego Ogrodu, gdy wkra­czamy do innego świata.

To targ, jakiego w życiu nie widzia­łam, upstrzony kwia­tami, drze­wami i fon­tan­nami. Czer­woni są nie­liczni i poru­szają się szybko, zała­twiają spra­wunki albo sprze­dają wła­sne towary, ozna­czeni przez czer­wone opa­ski. Cho­ciaż Srebrni nie noszą opa­sek, łatwo ich wypa­trzyć. Ocie­kają klej­no­tami i szla­chet­nymi meta­lami, na każ­dym z nich wisi for­tuna. Jeden śmiały ruch i mogła­bym wró­cić do domu ze wszyst­kim, czego można zapra­gnąć. Wszy­scy są wysocy, piękni i zimni, poru­szają się z powolną gra­cją, jakiej ni­gdy nie osią­gnie żaden Czer­wony. My zwy­czaj­nie nie mamy czasu na to, żeby cho­dzić w taki spo­sób.

Gisa pro­wa­dzi mnie obok pie­karni z cia­stami opró­szo­nymi zło­tem, obok sklepu spo­żyw­czego z barw­nymi owo­cami na wysta­wie, jakich ni­gdy w życiu nie widzia­łam, a nawet obok mena­że­rii peł­nej dzi­kich zwie­rząt, któ­rych nie jestem w sta­nie ogar­nąć rozu­mem. Mała dziew­czynka – Srebrna, sądząc po ubra­niu – karmi kawa­łecz­kami jabłka podobne do konia cęt­ko­wane stwo­rze­nie o nie­wia­ry­god­nie dłu­giej szyi. Parę ulic dalej sklep jubi­lera skrzy się wszyst­kimi kolo­rami tęczy. Zapa­mię­tuję sobie to miej­sce, ale trudno mi tu zacho­wać przy­tom­ność umy­słu. Powie­trze wydaje się pul­so­wać, dosłow­nie tętni życiem.

Kiedy już myślę, że nie ma niczego bar­dziej fan­ta­stycz­nego od tego miej­sca, przy­glą­dam się uważ­niej Srebr­nym i przy­po­mi­nam sobie z całą wyra­zi­sto­ścią, kim są. Mała dziew­czynka to tele­ki­ne­tyczka: unosi jabłko na dzie­sięć stóp, żeby nakar­mić dłu­go­szyje stwo­rze­nie. Kwia­ciarz prze­suwa dłońmi nad donicą z bia­łymi kwia­tami, które natych­miast zaczy­nają inten­syw­nie rosnąć i owi­jają się wokół jego łokci. Jest zie­lo­nym, włada rośli­nami i zie­mią. Wod­nik i wod­nica sie­dzą przy fon­tan­nie, leni­wie zaba­wia­jąc dzieci lewi­tu­ją­cymi w powie­trzu kulami wody. Wod­nik, męż­czy­zna o wło­sach koloru mar­chewki, wodzi wokół nie­na­wist­nym wzro­kiem mimo krę­cą­cych się przy nim dzie­cia­ków. Wszę­dzie na placu naj­róż­niej­sze typy Srebr­nych żyją sobie wła­snym, nad­zwy­czaj­nym życiem. Jest ich mnó­stwo, a każdy wielki, wspa­niały, potężny i potwor­nie odda­lony od świata, jaki znam.

– Tak żyje druga połowa – mru­czy Gisa, wyczu­wa­jąc mój trwożny podziw. – Już to wystar­czy, żeby czło­wie­kowi zro­biło się nie­do­brze.

Ogar­niają mnie wyrzuty sumie­nia. Zawsze zazdro­ści­łam Gisie jej talentu i przy­wi­le­jów, jakie mu zawdzię­cza, ale ni­gdy nie myśla­łam o tym, ile za to płaci. Spę­dziła nie­wiele czasu w szkole i miała mało przy­ja­ciół w Palach. Gdyby była nor­malna, mia­łaby ich wielu. Uśmie­cha­łaby się. A tak była czter­na­sto­let­nim żoł­nie­rzem, który wal­czy igłą i nitką, dźwi­ga­jąc na swo­ich bar­kach przy­szłość rodziny i żyjąc zanu­rzona po szyję w świe­cie, któ­rego nie­na­wi­dzi.

– Dzię­kuję ci, Gee – szep­czę jej do ucha.

Wie, że nie mam na myśli tylko dzi­siej­szego dnia.

– Sklep Salli jest tutaj, to ten z nie­bie­ską mar­kizą. – Wska­zuje malutki skle­pik w bocz­nej uliczce, wci­śnięty mię­dzy dwie kawia­renki. – Będę w środku, gdy­byś mnie potrze­bo­wała.

– Nie będziesz mi potrzebna – odpo­wia­dam szybko. – Nawet jeśli coś pój­dzie nie tak, nie będę cię w to mie­szać.

– Dobrze. – Gisa łapie mnie za rękę i ści­ska ją prze­lot­nie. – Uwa­żaj. Dzi­siaj jest spory tłok, więk­szy niż zwy­kle.

– Tym wię­cej miejsc, żeby się scho­wać – odpo­wia­dam ze zna­czą­cym uśmiesz­kiem.

Ona jed­nak dodaje z powagą:

– I wię­cej bez­piecz­nia­ków.

Idziemy dalej, z każ­dym kro­kiem zbli­ża­jąc się do chwili, kiedy zostawi mnie samą w tym dziw­nym miej­scu. Prze­nika mnie lękliwe drże­nie, gdy Gisa deli­kat­nie zdej­muje paku­nek z moich ple­ców. Doszły­śmy do sklepu.

Dla uspo­ko­je­nia mam­ro­czę pod nosem:

– Nie odzy­waj się do nikogo, nie nawią­zuj kon­taktu wzro­ko­wego. Nie zatrzy­muj się. Wyjdę tą samą drogą, którą weszłam, przez Ogro­dowe Drzwi. Bez­piecz­niak zdej­mie mi opa­skę, a ja pójdę dalej.

Gisa kiwa głową, gdy mówię, oczy ma sze­roko otwarte, nie­spo­kojne, może nawet pełne nadziei.

– Do domu jest stąd dzie­sięć mil – dodaję.

– Do domu jest stąd dzie­sięć mil – powta­rza.

Z całego serca chcia­ła­bym pójść teraz z nią, ale tylko patrzę, jak znika pod nie­bie­ską mar­kizą. Dopro­wa­dziła mnie tak daleko, jak tylko mogła. Teraz moja kolej.

Rozdział czwarty

Robi­łam to tysiące razy – obser­wo­wa­łam tłum, jak wilk obser­wuje stado owiec, szu­ka­jąc tej sła­bej, powol­nej, głu­piej. Tyle że teraz sama pod wie­loma wzglę­dami jestem zwie­rzyną. Mogę natra­fić na chy­żego, który zła­pie mnie w oka­mgnie­niu, albo gorzej – na szepta, który pew­nie wyczuje z odle­gło­ści mili, że się zbli­żam. Nawet mała tele­ki­ne­tyczka może mnie zała­twić, jeśli coś pój­dzie nie tak. Dla­tego będę musiała być szyb­sza niż zwy­kle, spryt­niej­sza niż zwy­kle, a co naj­gor­sze, muszę mieć wię­cej szczę­ścia niż do tej pory. Osza­leć można. Na szczę­ście nikt nie zwraca uwagi na jesz­cze jedną Czer­woną słu­żącą, kolej­nego insekta prze­my­ka­ją­cego obok stóp bogów.

Wra­cam na plac z rękami spusz­czo­nymi po bokach, ale w goto­wo­ści. Zazwy­czaj to jest mój taniec – prze­my­kam przez naj­gęst­szy tłum, a moje dło­nie prze­chwy­tują port­mo­netki i się­gają do kie­szeni jak paję­czyny łapiące muchy, ale nie jestem na tyle głu­pia, żeby tutaj pró­bo­wać cze­goś podob­nego. Zamiast tego idę za tłu­mem przez plac. Nie daję się zaśle­pić fan­ta­stycz­nemu oto­cze­niu, lecz prze­ni­kam je wzro­kiem, się­gam w szpary w kamie­niach i ku ubra­nym na czarno bez­piecz­nia­kom skry­tym w każ­dym cie­niu. Zaczy­nam wyraź­niej widzieć nie­wia­ry­godny świat Srebr­nych. Oni pra­wie wcale nie patrzą na sie­bie nawza­jem i ni­gdy się nie uśmie­chają. Tele­ki­ne­tyczka robi wra­że­nie znu­dzo­nej, gdy karmi dziwne zwie­rzę, a kupcy nawet się nie tar­gują. Tylko Czer­woni wyglą­dają jak żywi, śmi­gają pośród poru­sza­ją­cych się w zwol­nio­nym tem­pie kobiet i męż­czyzn z lep­szego świata. Mimo skwaru, słońca, barw­nych cho­rą­gwi w życiu nie widzia­łam rów­nie zim­nego miej­sca.

Naj­bar­dziej nie­po­koją mnie czarne kamery wideo pocho­wane w zauł­kach i w koro­nach drzew. W mojej rodzin­nej wio­sce jest ich tylko kilka, przy poste­runku Służby Bez­pie­czeń­stwa i na are­nie, ale tutaj, na targu umiesz­czono ich mnó­stwo. Ich szum jest jak stała prze­stroga: „Ktoś patrzy”.

Ludzka fala nie­sie mnie główną ulicą, mijamy tawerny i kawiar­nie. Srebrni sie­dzą w knaj­pie na świe­żym powie­trzu i przy­glą­dają się tłu­mowi, który ich mija. Roz­ko­szują się poran­nymi drin­kami. Nie­któ­rzy patrzą na ekrany zawie­szone na ścia­nach albo zwie­sza­jące się pod łukami. Na każ­dym wyświe­tla się co innego, od sta­rych poje­dyn­ków na are­nach po wia­do­mo­ści i barwne pro­gramy, któ­rych nie rozu­miem; wszystko zlewa się w mojej gło­wie. Prze­ni­kliwe wycie ekra­nów i odle­gły trzask zakłó­ceń wypeł­niają mi uszy. Nie wiem, jak Srebrni to zno­szą, ale nawet nie mru­gają na widok nagrań, nie­mal cał­ko­wi­cie je igno­rują.

Pałac rzuca na mnie migo­tliwy cień i znowu łapię się na tym, że gapię się na niego z idio­tycz­nym podzi­wem, ale z odrę­twie­nia wyrywa mnie bucze­nie. Naj­pierw brzmi jak ton z areny, od któ­rego zaczyna się Poje­dy­nek, ale po chwili się zmie­nia: jest niż­sze i jakby cięż­sze. Bez zasta­no­wie­nia odwra­cam się w jego kie­runku.

W barze obok mnie wszyst­kie ekrany prze­łą­czają się na ten sam pro­gram. Nie jest to kró­lew­skie wystą­pie­nie, tylko wia­do­mość z ostat­niej chwili. Nawet Srebrni prze­ry­wają roz­mowy i patrzą na ekrany w naboż­nym sku­pie­niu. Kiedy mono­tonny buczący ton milk­nie, zaczyna się ser­wis infor­ma­cyjny. Na ekra­nie poja­wia się blon­dynka o puszy­stych wło­sach, nie­wąt­pli­wie Srebrna. Odczy­tuje wia­do­mość z kartki. Spra­wia wra­że­nie prze­stra­szo­nej.

– Srebrni miesz­kańcy Norty, prze­pra­szamy za prze­rwę w nada­wa­niu. Trzy­na­ście minut temu w sto­licy doszło do ataku ter­ro­ry­stycz­nego.

Z piersi zgro­ma­dzo­nych wokół mnie Srebr­nych wyry­wają się zdu­szone okrzyki i trwożne pomruki.

Ja tylko z nie­do­wie­rza­niem mru­gam powie­kami. Atak ter­ro­ry­styczny? Na Srebr­nych?

Czy to w ogóle moż­liwe?

– Był to zor­ga­ni­zo­wany atak bom­bowy na budynki rzą­dowe w Zachod­nim Arche­onie. Według rapor­tów uszko­dzone zostały Kró­lew­ski Sąd, Mini­ster­stwo Skarbu i Pałac Bia­łego Ognia, ale sąd i mini­ster­stwo tego ranka nie obra­do­wały.

W kadrze zamiast pre­zen­terki poja­wiają się pło­nące budynki. Bez­piecz­niacy ewa­ku­ują ludzi z wnętrz, pod­czas gdy wod­nicy zale­wają pło­mie­nie wodą. Pośród nich uwi­jają się uzdro­wi­ciele ozna­ko­wani czarno czer­wo­nymi krzy­żami na rękach.

– Kró­lew­ska rodzina nie prze­by­wała w Pałacu Bia­łego Ognia i na razie nie otrzy­ma­li­śmy raportu o licz­bie ofiar. Ocze­kuje się, że król Tibe­rias w ciągu godziny wystąpi z orę­dziem do narodu.

Srebrny obok mnie zaci­ska pięść i wali nią w bar. Od ciosu w kamien­nym bla­cie poja­wia się paję­czyna pęk­nięć. Siłacz.

– To Poje­zierni! Tracą pół­noc, więc zapusz­czają się na połu­dnie, żeby nas nastra­szyć!

Paru dołą­cza do niego, prze­kli­na­jąc Poje­zier­nych.

– Powin­ni­śmy zetrzeć ich z powierzchni ziemi, zepchnąć aż na Pre­rię! – wtó­ruje mu inny Srebrny.

Wielu pokrzy­kuje zgod­nie. Ze wszyst­kich sił powstrzy­muję się, żeby nie wark­nąć na tych tchó­rzy, któ­rzy ni­gdy nie zoba­czą linii frontu ani nie wyślą swo­ich dzieci do walki. Za ich Srebrną wojnę płaci się krwią Czer­wo­nych.

Kiedy na ekra­nach poja­wiają się kolejne nagra­nia, uka­zu­jące wybu­cha­jącą mar­mu­rową fasadę sądu albo dia­men­towe szkło, które opiera się kuli ognia, cząstka mnie jest szczę­śliwa. Srebrni nie są nie­zwy­cię­żeni. Mają wro­gów. Wro­gów, któ­rzy mogą ich skrzyw­dzić. I tym razem Srebrni nie mogą się skryć za Czer­woną tar­czą.

Pre­zen­terka powraca, bled­sza niż wcze­śniej. Ktoś szep­cze do niej spoza kadru, a ona drżą­cymi rękami prze­kłada kartki.

– Wygląda na to, że pewna orga­ni­za­cja wzięła na sie­bie odpo­wie­dzial­ność za atak bom­bowy w Arche­onie – mówi, nieco się jąka­jąc. Pokrzy­ku­jący męż­czyźni cichną, chcą usły­szeć słowa pły­nące z ekranu. – Orga­ni­za­cja ter­ro­ry­styczna, która okre­śla się mia­nem Szkar­łat­nej Straży, udo­stęp­niła to nagra­nie kilka chwil temu.

– Szkar­łatna Straż? Co to, u dia­bła? To jakaś sztuczka? – W barze sły­chać kolejne skon­ster­no­wane głosy.

Nikt do tej pory nie sły­szał o Szkar­łat­nej Straży.

Z wyjąt­kiem mnie.

Tak wła­śnie przed­sta­wiła się Far­ley. Ona i Will. Ale to prze­cież prze­myt­nicy, a nie ter­ro­ry­ści, któ­rzy pod­kła­dają bomby, jak twier­dzą w wia­do­mo­ściach. To zbieg oko­licz­no­ści. To nie mogą być oni.

Na ekra­nie widzę coś potwor­nego. Kobieta stoi przed trzę­sącą się kamerą. Ma szkar­łatną chu­stę zawią­zaną wokół twa­rzy, więc widać tylko zło­ci­ste włosy i błysz­czące, bystre, nie­bie­skie oczy. Trzyma broń w jed­nej ręce i postrzę­pioną czer­woną flagę w dru­giej. Na piersi nosi odlaną z brązu odznakę w kształ­cie roz­dar­tego słońca.

– Jeste­śmy Szkar­łatną Strażą i wal­czymy o wol­ność i rów­ność wszyst­kich ludzi… – mówi.

Roz­po­znaję jej głos.

To Far­ley.

– …poczy­na­jąc od Czer­wo­nych.

Nie muszę być geniu­szem, żeby wie­dzieć, że bar pełen gniew­nych, skłon­nych do prze­mocy Srebr­nych to ostat­nie miej­sce, w któ­rym chcia­łaby się zna­leźć Czer­wona dziew­czyna, ale nie jestem w sta­nie się ruszyć. Nie mogę ode­rwać oczu od twa­rzy Far­ley.

– Wie­rzy­cie, że jeste­ście panami świata, ale zbliża się kres waszych rzą­dów kró­lów i bogów. Dopóki nie uzna­cie w nas ludzi, rów­nych sobie ludzi, wojna przyj­dzie do was. Nie będzie toczyć się na polach bitew, ale w waszych mia­stach. W waszych domach. Nie widzi­cie nas, więc jeste­śmy wszę­dzie. – Jej głos jest prze­peł­niony siłą i opa­no­wa­niem. – Powsta­niemy, Czer­woni jak świt.

Czer­woni jak świt.

Nagra­nie koń­czy się i na ekra­nie poja­wia się blond pre­zen­terka z roz­dzia­wio­nymi ustami. Ryk zagłu­sza resztę wia­do­mo­ści, kiedy Srebrni w barze odzy­skują mowę. Wykrzy­kują różne rze­czy pod adre­sem Far­ley, nazy­wają ją ter­ro­rystką, mor­der­czy­nią, Czer­woną dia­blicą. Wyco­fuję się na ulicę, zanim ich wzrok pad­nie na mnie.

Wszę­dzie wzdłuż alei, od placu po Pałac, Srebrni wyle­wają się z barów i kawia­re­nek. Pró­buję zerwać czer­woną opa­skę z ręki, ale to gówno mocno się trzyma. Czer­woni zni­kają w zauł­kach i drzwiach, pró­bują uciec, a ja jestem dość bystra, żeby pójść za ich przy­kła­dem. Zanim znajdę dogodny zaułek, zaczy­nają się krzyki.

Wbrew wszyst­kim instynk­tom oglą­dam się przez ramię i widzę Czer­wo­nego, któ­rego ktoś trzyma za kark. Czer­wony błaga Srebr­nego napast­nika:

– Pro­szę, ja nic nie wiem. Nie wiem, kim, u dia­bła, są ci ludzie!

– Czym jest Szkar­łatna Straż? – wrzesz­czy Srebrny. Roz­po­znaję go, to wod­nik spod fon­tanny, który pół godziny temu bawił się z dziećmi. – Kim oni są?

Zanim biedny Czer­wony zdoła odpo­wie­dzieć, potężny stru­mień wody ude­rza go w twarz. Wod­nik unosi rękę, woda pod­nosi się i znów ata­kuje. Srebrni stoją wokół, ura­do­wani, zagrze­wają kam­rata. Czer­wony krztusi się i char­czy, roz­pacz­li­wie łapie powie­trze. Zapew­nia o swo­jej nie­win­no­ści przy każ­dej oka­zji, ale woda powraca raz za razem. Wod­nik wytrzesz­cza oczy z nie­na­wi­ści, nie zamie­rza prze­stać. Sięga po wodę z każ­dej fon­tanny, z każ­dej szklanki i ude­rza nią raz za razem.

Topi Czer­wo­nego.

***

Nie­bie­ska mar­kiza jest moim świa­teł­kiem prze­wod­nim, kie­ruje mną w dro­dze przez spa­ni­ko­wane ulice, kiedy pró­buję uni­kać zarówno Czer­wo­nych, jak i Srebr­nych. Zwy­kle chaos jest moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, bo ogrom­nie uła­twia mi pracę zło­dzieja. Nikt nie zauważy, że stra­cił port­mo­netkę, kiedy ucieka przed wście­kłym tłu­mem. Tyle że Kilorn i dwa tysiące koron nie są już dla mnie prio­ry­te­tem. Myślę o tym, żeby dotrzeć do Gisy i wydo­stać się z mia­sta, które z pew­no­ścią zamieni się w wię­zie­nie. Jeśli zamkną bramy… Nie chcę nawet myśleć o tym, że tu utkniemy, uwię­zione za szkłem, gdy wol­ność jest tuż tuż, poza naszym zasię­giem.

Bez­piecz­niacy pędzą ulicą w obu kie­run­kach – nie wie­dzą, co robić ani kogo chro­nić. Paru z nich zgar­nia jakichś Czer­wo­nych, zmu­sza ich do uklęk­nię­cia. Czer­woni trzęsą się i bła­gają, powta­rza­jąc raz za razem, że nic nie wie­dzą. Założę się, że ja jedna w całym mie­ście w ogóle sły­sza­łam o Szkar­łat­nej Straży przed dzi­siej­szym dniem.

To spra­wia, że mam nowy powód do stra­chu. Jeśli mnie zła­pią, jeżeli wyznam im tę odro­binę infor­ma­cji, jaką dys­po­nuję, co zro­bią z moją rodziną? Z Kilor­nem? Z Palami?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki