Dom Pod Kasztanem - Przeździk Natalia - ebook + audiobook

Dom Pod Kasztanem ebook i audiobook

Przeździk Natalia

4,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów w stałej cenie, by naprzemiennie czytać i słuchać. Tak, jak lubisz.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.

Dowiedz się więcej.

25 osób interesuje się tą książką

Opis

W cieniu starego kasztana, w sercu podkarpackiego miasteczka, toczy się wzruszająca opowieść o rodzinie, przyjaźni i tajemnicach przeszłości.

Zuzia, studentka polonistyki, musi porzucić swoje wakacyjne plany, gdy dowiaduje się o chorobie babci. Wraz z rodzicami wraca do ich rodzinnego domu w podkarpackim miasteczku, by zająć się dziadkami.

Po śmierci babci Zuzia postanawia zostać w starym domu pod kasztanem by zaopiekować się dziadkiem i lepiej poznać historię swojej rodziny. Dołącza do niej przyjaciółka Walerka, wspólnie włączają się w życie lokalnej społeczności, przeżywają pierwsze miłości i podejmują ważne życiowe decyzje.

Opowieść, która pokazuje jak trudne wydarzenia mogą dać początek czemuś nowemu, niezwykłemu i pięknemu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 292

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 9 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Olga Żmuda

Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
mag-tur

Dobrze spędzony czas

We wtorek swoja premierę miała najnowsza powieść Natalii Przeździk „Dom pod kasztanem”. Jej bohaterką jest Zuza, studentka polonistyki UJ. Poznajemy ją w momencie końcowego egzaminu i mimo, że dziewczyna była dobrze przygotowana to niestety czeka ją „kampania wrześniowa”. Pociesza ją jej przyjaciółka z roku – Walerka, która także snuje wakacyjne plany a Zuza ustala swój. Niestety, zgodnie z powiedzeniem, że „Jeśli chcesz Pana Boga rozśmieszyć powiedz mu o swoich planach” tak się stało w przypadku naszej bohaterki, która traci babcię. Zostaje chory dziadziuś i Zuza postanawia po pogrzebie nie wracać z rodzicami do Krakowa a zająć się nim. W pewnym momencie do dziewczyny przyjeżdża Walerka i przyjaciółki zaczynają wspólne odpowiedzialne życie. Zupełnie inne niż to studenckie. Zuza, porządkując rzeczy po zmarłej babci przegląda jej przepiśniki, albumy z dawno już nieżyjącymi krewnymi, notatki i w ramach poznania historii swojej rodziny pod szerszym kątem, słuch opowieści dziadka chociaż...
00



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Książkę dedykuję babci Jasi, która odeszła,

by być jeszcze bliżej. Do zobaczenia po drugiej stronie!

 

 

 

 

 

 

 

 

1. Na bocznym torze

 

 

 

 

– No cóż, pani już podziękujemy.

Profesor westchnął przeciągle i stanowczym gestem sięgnął po indeks. Charakterystyczna zielona książeczka już wkrótce miała zostać tylko wspomnieniem, bo cały system oceniania przenosił się do sieci. Zuzka należała do ostatniego pokolenia, które mogło pochwalić się tego typu gadżetem. Egzaminator przez chwilę kartkował strony w poszukiwaniu właściwej rubryczki. Uniósł brwi, widząc rząd przeciętnych ocen, choć musiał przyznać, że wszystkie przedmioty zostały zaliczone. Aż do teraz.

– Do zobaczenia we wrześniu – poinformował sucho, wpisując brak zaliczenia. Już wcześniej uprzedził studentów, że tuż po zakończeniu sesji ma ważniejsze sprawy niż organizowanie poprawek, dlatego drugie podejście do egzaminu odbędzie się jesienią.

Zuzia zaklęła w myślach. Uczyła się tego przedmiotu od miesiąca, traktując wszystkie inne po macoszemu i w efekcie zaliczając je na niższe oceny, niż to leżało w jej możliwościach. Przeczytała prawie każdą książkę, była niemal pewna, że zda! Tymczasem wylosowała jedno z pytań, na które nie znała dokładnej odpowiedzi, a jej chaotyczne wystąpienie najwyraźniej nie przypadło profesorowi do gustu.

Dwie studentki, które odpowiadały razem z nią, spojrzały na Zuzię ze współczuciem. Czuły się winne, bo wiedziały, że ich wiedza była o wiele mniejsza niż koleżanki. Mogły się o tym przekonać chociażby w czasie oczekiwania na korytarzu razem z innymi studentami z roku. Powtarzały wspólnie materiał i Zuzka co rusz pomagała im przypomnieć sobie tytuły oraz autorów dzieł sprzed kilku stuleci, których lektura była wątpliwą przyjemnością dla dwudziestoparolatków zainteresowanych raczej imprezami i prowadzeniem typowo studenckiego trybu życia.

Tyle że Zuzia, choć towarzyska i lubiana wśród studentów, nie przepadała za balowaniem do białego rana. Wybrała ten kierunek studiów nie dlatego, że miała ochotę spędzić kilka lat na balangach pod pretekstem studiowania. Żywiła młodzieńcze przekonanie, że skoro kocha poezję i od dziecka zaczytuje się w książkach, to na pewno polonistyka będzie spełnieniem jej marzeń!

Rzecz jasna została sprowadzona na ziemię po kilku miesiącach. To, co robili na zajęciach, nijak się miało do umiłowania literatury. A przynajmniej nie zdaniem Zuzi. Nie mogła zrozumieć, po co jej wkuwanie na pamięć pokrytych kurzem zapomnienia nazwisk, po co zmagania z logiką oraz znienawidzoną gramatyką. Turkusowy notesik o pożółkłych, stylizowanych na wiekowe kartkach, w którym w czasach liceum tak często pisała swoje wiersze, zaległ na dnie szuflady, przysypany stosami notatek. Przez wiele miesięcy powtarzała sobie, że gdy tylko zaliczy wszystkie przedmioty i wyjedzie na zasłużone wakacje, wtedy będzie pisać i pisać! Naprędce notowała tytuły wierszy, licząc na to, że przypomni sobie, co chciała wyrazić, gdy wreszcie znajdzie na to czas. Zakuwała do najtrudniejszego egzaminu, zaklinając się, że już niedługo, już wkrótce…

I nagle wszystko trafił szlag. Wystarczyło kilka minut, by przekreślić liczne plany i postawić pod znakiem zapytania to, co dotychczas robiła.

Miała ochotę prosić, by profesor dał jej jeszcze jedną szansę. Wiedziała, że inne, bardziej przebojowe dziewczyny tego próbowały i nie zawsze były odprawiane z kwitkiem, szczególnie jeśli miały odpowiednio długie włosy o złotawym odcieniu oraz wydatny biust niemal rozsadzający guziki obowiązkowo białej bluzeczki. Tyle że Zuzia była właścicielką krótko przyciętej czupryny w kolorze ciemnoblond z dodatkiem popielu, a jej piersi były niemal niewidoczne pod prostą, prawie chłopięcą koszulką z kołnierzykiem. Tylko duże zielonkawe oczy, usiane plamkami barwy bursztynu, mogły zrobić wrażenie na płci przeciwnej, jednak spojrzenie profesora nie sięgało aż tak wysoko.

– Dziękuję. Do widzenia – powiedziała cicho i na miękkich nogach wyszła z sali wykładowej, w której odbywał się egzamin.

– I jak było? – Zgromadzeni na korytarzu koledzy i koleżanki z roku posłali jej zaciekawione spojrzenia.

Pokręciła przecząco głową, nie mogąc wydobyć z siebie głosu.

Zapadło złowrogie milczenie – wszyscy wiedzieli, że Zuzka mogła pochwalić się sporą wiedzą. Na studentów padł blady strach. Jeżeli do tej pory próbowali sobie tłumaczyć, że pogłoski o pogromie, jaki każdego roku dokonuje się na egzaminie z literatury, są mocno przesadzone, to właśnie zaczynało do nich docierać, że może to być prawda. I że zaraz dołączą do grona osób, które oblały egzamin i będą spędzać kolejne miesiące, zakuwając znienawidzony przedmiot.

– Na pewno następnym razem dasz radę. Nie przejmuj się.

Anka, dziewczyna, która przyjechała aż z Podlasia i zachwyciło ją życie w wielkim mieście, próbowała ją pocieszać. Sama na pewno nie zamierzała wracać do siebie z tak banalnego powodu jak surowy profesor…

Zuzia przytaknęła jedynie z grzeczności i schowawszy indeks do sporej listonoszki, ruszyła w stronę wyjścia. Schodziła właśnie po schodach, gdy usłyszała, że ktoś ją woła.

– Zu, zaczekaj!

Drobna szatynka o piegowatej twarzy biegła, próbując nie zabić się na stopniach.

Zuzia posłusznie przystanęła. Lubiła Walerkę, w zasadzie była to jedyna osoba, z którą po dwóch latach łączyła ją jakaś bliższa relacja. Pochodząca z północy kraju Waleria, zwana Walerianną ze względu na wrodzony optymizm, którym wręcz zarażała otoczenie, stanowiła dokładne przeciwieństwo spokojnej Zuzi. A jednak świetnie się dogadywały, podczas grupowych wyjść na piwo zawsze starały się siedzieć blisko siebie i rozmawiać o czymś innym niż rekord w zaliczeniu „zgona” czy studenci nauk ścisłych, którzy szybko stawali się obiektami westchnień skazanych raczej na żeńskie towarzystwo humanistek.

– A to drań – powiedziała Walerka, dysząc ciężko. Miała wątpliwą przyjemność siedzieć w sali podczas odpytywania przyjaciółki i widziała, jak niesprawiedliwie ocenił ją profesor. – Powinien dać ci szansę. Zasłużyłaś na trójkę!

Zuzka wzruszyła ramionami. Porażka bolała. Na samo wspomnienie upokarzającej chwili poczuła, że mogłaby zaraz się rozpłakać.

– Zdałaś? – spytała zamiast tego, ciekawa, czy przynajmniej Walerianna miała tego dnia szczęście.

– Zdałam – przyznała niechętnie Walerka. – Ale mam ochotę wrócić i poprosić o pałę. Przecież to niesprawiedliwe! Obie wiemy, że byłaś lepiej obkuta ode mnie!

– Cieszę się, że chociaż tobie się udało. – To wyznanie przyszło Zuzi z trudem, ale było szczere. Jeśli komuś dobrze życzyła, to właśnie przyjaciółce. – Zasługujesz na prawdziwe wakacje.

– Nie tylko ja. – Walerka zerknęła na nią spod oka. – Wiesz, co zrobimy? Idziemy na piwo! Chociaż raz zachowajmy się jak prawdziwe studentki.

– Piwo? Przecież nie ma jeszcze południa.

– Właśnie! Jak przeginać, to z klasą – wyjaśniła dobitnie przyjaciółka. – I nie waż się odmawiać! Ja stawiam!

Słysząc taką argumentację, Zuzia parsknęła śmiechem, po czym ujęła Walerkę pod ramię i razem wyszły z chłodnego budynku na rozgrzane ulice miasta. Był czerwiec, powietrze pachniało różami i jaśminem, a dwie młode dziewczyny nagle poczuły, że wszystko jeszcze przed nimi. I nie chodziło tylko o dwa kufle z pianką, choć ta wizja również była coraz bardziej kusząca. Zgodnie pożeglowały w stronę ulubionej knajpki…

 

*

 

Z przyjemnością zanurzyły się w ciemnej bramie kamienicy, po czym wkroczyły na niewielki, dość zaniedbany dziedziniec, na który wychodziły okna mieszkań. Gdzieś w górze było widać skrawek nieba, ale wysokie mury skutecznie utrudniały dostęp światła. Aż trudno było uwierzyć, że tuż obok znajduje się tętniące życiem centrum miasta, po którym wędrują tłumy turystów.

Po drugiej stronie niepozornego dziedzińca, za ciężkimi drzwiami, mieściła się niewielka knajpka, gdzie można było spokojnie porozmawiać przy kawie, herbacie lub czymś mocniejszym, i zjeść smacznego tosta.

Dziewczyny uwielbiały to miejsce i często tu przychodziły w przerwach między zajęciami. Przesiadywały przy niewielkich ciemnych stolikach przykrytych koronkowymi obrusami, za każdym razem wybierając inny. Patrzyły na oprawione w ramki stare zdjęcia zabytkowych budynków oraz fotografie stron z zielników zdobiące ściany. Słuchały muzyki z płyt gramofonowych, która snuła się, otulając każdy kąt niczym ciepły szal. To było dobre miejsce, by zwolnić i przez chwilę odpocząć.

– Nie pamiętam, ile razy piłam tu mleko z miodem i cynamonem, próbując się rozgrzać po porannych zajęciach. – Zuzia z uśmiechem rozejrzała się po niewielkim, przytulnym wnętrzu. – Będzie mi tego brakować.

– Nadchodzi lato, komu by się chciało pić mleko? – Walerka prychnęła lekceważąco. – Teraz czas na zupełnie inne napoje! Zamówię dwa z sokiem malinowym, zgoda?

Zuzka tylko kiwnęła głową. Wiedziała, że przyjaciółka zamówi takie piwo, jakie lubiły obie i jakim czasem raczyły się nim po wyjątkowo męczących ćwiczeniach z gramatyki. Chociaż najczęściej kupowała wspomniane mleko – było po prostu najtańsze.

Gdy Walerka wróciła, usiadła z impetem na krześle i pochyliwszy się, powiedziała:

– Poza tym zdasz we wrześniu i znów będziesz mogła sobie popijać swoje mleko przez całą kolejną jesień i zimę, aż do znudzenia. Nawet nie myśl, że będzie inaczej!

– Chciałabym – mruknęła Zuzia. Prawda była taka, że się bała. Wiedziała, że wielu studentów co roku żegnało się ze studiami właśnie z powodu tego egzaminu. Dlatego tak się starała… Bezskutecznie.

– Kto, jak nie ty, Zu? Jesteś totalnym mózgiem, choć niektórzy o tym nie wiedzą, bo nie robisz wokół siebie dużo szumu. Nie tak, jak córeczki co poniektórych szych. – Walerka wykrzywiła usta w pogardliwym grymasie. Obie nie przepadały za rozkrzyczanymi, rozkapryszonymi dziewczynami, które miały znanych w środowisku tatusiów i w związku z tym uważały się za lepsze.

– Niestety jestem córeczką zupełnie nieznanych ludzi pochodzących ze wsi. Nawet jeśli od lat mieszkamy w mieście, niczego to nie zmieni. Nigdy dotąd mi to nie przeszkadzało, ale w tym momencie… Sama już nie wiem – przyznała otwarcie Zuzia. – Jeszcze nigdy nie czułam się tak bardzo nikim.

– No co ty, mała, nie łam się! Jeszcze im pokażesz, kto tu rządzi. Będą czytać twoje wiersze i pluć sobie w brodę, że nie byli dla ciebie milsi! – Walerka puściła do niej oko, chcąc za wszelką cenę pocieszyć przyjaciółkę. Potem zamilkła, bo kelnerka właśnie postawiła przed nią wielki kufel wypełniony pieniącą się malinową cieczą.

– Zapach raju! – wymamrotała, biorąc koniec rurki między zęby i wciągając piwo z miną, jakby właśnie raczyła się nektarem.

Dziewczyny nie znosiły masowych imprez kończących się nad ranem w którymś z akademików. Ale piwo w klimatycznej knajpce, z sączącą się w tle muzyką Armstronga, w sali, gdzie były tylko one i pyszniąca się w kącie stara maszyna Singer – to co innego.

– Masz jakieś plany na wakacje? – Zuzia postanowiła zmienić temat na weselszy. Była wdzięczna przyjaciółce za chęć pomocy i nie chciała, by ich, być może, ostatnie spotkanie przed wakacjami upłynęło w grobowym nastroju z powodu niezdanego egzaminu.

Walerka wzruszyła ramionami.

– Może wrócę do domu? Rodzice pewnie by się ucieszyli – mruknęła. – Ale sama jeszcze nie wiem. Chciałabym zrobić coś szalonego, trochę pozwiedzać. Może wybiorę się gdzieś autostopem?

– Nie boisz się? Sama? – Zuzka się zdziwiła.

– Może ktoś będzie chętny, żeby się ze mną zabrać. – Walerka błysnęła zębami. – A nawet jeśli nie, to czego mam się bać? Dam sobie radę. Byle komu nie będę się pchała do auta, trzeba mieć rozum.

Zuzia spojrzała na nią z uznaniem. Nie wątpiła, że jeśli przyjaciółka uzna to za dobry pomysł, to rzeczywiście zjedzie pół kraju, świetnie się bawiąc. Wiedziała też, że Walerka jest mądra i będzie unikać kłopotów.

– A ty? Nie marzy ci się wyprawa? – zagadnęła przyjaciółka, nie przestając sączyć piwa. Rurka przypominała teraz różową kroplówkę wtłaczającą dobroczynne płyny do organizmu dziewczyny.

– Nie! – Zuzka roześmiała się głośno. Włóczęga po kraju była ostatnią rzeczą, na jaką miała ochotę. – Chcę znaleźć jakieś spokojne miejsce, w którym będę mogła dojść do siebie, odpocząć… A potem zakuwać. Nie poddam się bez walki.

– Nie mów, że przesiedzisz całe lato w domu? – Walerka spojrzała na nią z przerażeniem.

– Nawet jeśli, to co z tego? Lubię mój dom – odparła Zuzia spokojnie. – Zwinę się w swoim łóżku z Mruczkiem na kolanach, będę popijać zieloną herbatę i przekopywać się przez stosy notatek. Dam radę. Poza tym nie będę musiała martwić się o obiady, mama na wieść o porażce na egzaminie na pewno wpadnie w szał pocieszania mnie i za wszelką cenę będzie próbowała mi dogadzać. Mogłabym pojechać na wieś do dziadków, ale tam to już w ogóle nie mogłabym się skupić. Jeśli chodzi o umilanie życia bliskim, szczególnie tym bladym i zabiedzonym po zimie spędzonej w mieście, babcia wyprzedza nawet moją mamę. Przekonałam się o tym nie raz. Dlatego wyjątkowo zostanę chyba tutaj. Chociaż żal mi, oj żal – rzekła z uśmiechem.

– Farciara. – Walerka pokręciła głową z niedowierzaniem i zachichotała. – Też bym chciała mieć taką rodzinkę. Moja mama pewnie zagoniłaby mnie do garów, żeby wybić mi z głowy lenistwo, i wypominała mi niepowodzenie jeszcze przez kilka lat.

– Tak… – Zuzia się zamyśliła.

To prawda, bardzo lubiła swój dom i była ogromnie przywiązana do rodziców. Teraz, gdy los rzucił ją w środowisko studentów pochodzących z różnych regionów kraju i różnych środowisk, czuła się wśród nich obco. Zastanawiała się, jak to możliwe, że młodzi ludzie dobrowolnie porzucili swoje domy i zamieszkali w nieznanym miejscu, w zatłoczonych akademikach i na stancjach. Czy nie tęsknili? Nie brakowało im wsparcia mamy i taty? Wyglądali na zadowolonych i przypominali czasem psy spuszczone ze smyczy. Zuzia nie zazdrościła im, ale rozmyślała niekiedy – bardzo rzadko, ale jednak – czy miły, wygodny dom nie jest czymś, co człowieka w pewnym momencie ogranicza. Ta myśl pojawiała się czasem, na przykład podczas słuchania przerywanych wybuchami śmiechu wywodów niezależnej, pewnej siebie Walerki, i zdawała się rozglądać nieśmiało, a potem umykać w popłochu. Zuzka wolałaby o niej zapomnieć, bo wywoływała poczucie winy. Zawdzięczała mamie i tacie wszystko i naprawdę chciała żyć tak, by móc się odwdzięczyć za ich troskę. Ale jak można wynagrodzić komuś trud tak wielu lat? Tego Zuzia nie wiedziała, jednak w tym momencie była pewna jednego – nie zostawi rodziców. Nigdy.

 

*

 

Do domu wróciła tramwajem. Walerka odprowadziła ją na przystanek, bo sama mieszkała dość blisko, wynajmując z gromadą innych studentów starą i dość zapuszczoną kamienicę, której główną zaletą była dobra lokalizacja. Tymczasem Zuzia miała przed sobą długą drogę. Przywykła do tego.

Do miasta przeprowadzili się wiele lat temu, gdy była jeszcze malutka, i zamieszkali na osiedlu znajdującym się na obrzeżach, w jednym z bloków wybudowanych pod koniec ubiegłego wieku. Patrząc na nowoczesne inwestycje, Zuzia stwierdzała, że mieli ogromne szczęście. Blok, choć wysoki i długi niczym jamnik, był otoczony zielenią i pozwalał odetchnąć. Chociaż sąsiedzi z jednej klatki często słyszeli siebie nawzajem, to przynajmniej nie musieli zaglądać sobie w okna. Rodziny z dziećmi cieszyły się, mając tuż pod domem skwer i plac zabaw z prawdziwego zdarzenia, a nie miniaturową zjeżdżalnię i piaskownicę wielkości kociej kuwety.

Może właśnie dzięki tej przestrzeni Zuzka nie zapamiętała przeprowadzki jako wielkiej zmiany. Nadal było zielono, nadal można było chodzić na plotki do pobliskiego warzywniaka i zanurzać twarz w pachnącym ogrodem babci bukiecie koperku, gdy tylko sprzedawczyni odwracała wzrok.

Największą rewolucją była bliskość centrum, które znacznie różniło się od rynku miasteczka w pobliżu rodzinnej miejscowości. No i winda, którą można było wjeżdżać na najwyższe piętra. Zuzia na początku trochę się jej bała, ale później polubiła i jazdę traktowała niczym wizytę w wesołym miasteczku. Nawet teraz, gdy była już dorosła, nadal odczuwała łaskotanie w brzuchu i przypominała jej się tamta dziecięca radość.

Włożyła do uszu wyjęte z obszernej torby bezprzewodowe słuchawki i szybko odszukała na swoim starym smartfonie o straszliwie popękanym ekranie wyciszającą muzykę. Wypite piwo trochę stłumiło poczucie przegranej, jednak wspomnienie co rusz powracało. Nie bała się rozmowy z mamą, wiedziała, że rodzice staną za nią murem w każdej sytuacji. A jednak nie chciała robić im przykrości. Naprawdę miała nadzieję, że mimo wszystko uda jej się zdać sesję w pierwszym terminie i ucieszyć wszystkich widokiem indeksu z kompletem zaliczeń.

Słuchając koncertu chopinowskiego w wykonaniu jednego z japońskich pianistów, oparła policzek o szybę i ogarniała zamyślonym spojrzeniem przesuwające się przed jej oczyma miasto. Miasto zielone, pełne kwiatów, gorące, szykujące się już do wakacji i związanej z tym inwazji turystów. Już teraz ludzie płynęli po chodnikach i uskakiwali do bram, szukając cienia i rozglądając się za najbliższymi lodziarniami. Wszyscy zdawali się gdzieś biec, pędzić w kierunku sobie tylko wiadomego celu.

Zuzia, patrząc na to, miała wrażenie wyobcowania. Wiedziała, że większość kolegów z roku nie zrozumiałaby jej, może poza Walerką, która mimo zupełnie innego usposobienia również nie lubiła tracić czasu na błahostki. Jeśli się uczyła, to całą sobą, jeśli postanowiła odpocząć, to nic jej nie rozpraszało. Ale stan tępego nieróbstwa był jej obcy.

Zuzia miała nadzieję na dobrze zasłużony wypoczynek, tymczasem znalazła się na czymś w rodzaju bocznego toru – tak widziała swoją sytuację. Oczywiście mogła mieć nadzieję, że we wrześniu uda jej się zaliczyć i wróci na główny trakt, jednak na razie czuła się zawieszona. Nie lubiła tego. Nie cierpiała niejasności. Wywoływała u niej poczucie dyskomfortu.

Przymknęła oczy. Starała się przestać myśleć. Skupiła się na muzyce, która spadała na nią niczym wiosenny deszcz, raz delikatnie, raz z mocą. Miała dużo czasu, by się nią nacieszyć…

Drgnęła, gdy przez potok muzyki usłyszała zapowiadany w tramwaju następny przystanek. Wyprostowała się i potarła powieki.

„Zasnęłam” – pomyślała zdziwiona. „Chyba musiałam być bardzo zmęczona…” Nieco chwiejnym krokiem wstała i podeszła do drzwi. Uśmiechnęła się, widząc z daleka swój blok z namalowanym z boku wizerunkiem zastygłego w locie zimorodka. Malunek pojawił się kilka lat temu i nieodmiennie wprawiał ją w dobry nastrój. Może dzięki intensywnie niebieskim piórkom ptaszka, który wydawał się niemal z innego świata, zwłaszcza w zestawieniu z miejskimi gołębiami i wróblami. Mama niekiedy mówiła, że pamiętała widok zimorodków fruwających nad rzeką w jej rodzinnej miejscowości. Zuzka bardzo jej zazdrościła. Gdy jeździła czasem na wakacje do dziadków, jedyną atrakcją były pojawiające się co jakiś czas żółwie wodne, wypuszczane do rzeki przez znudzonych mieszkańców. Na szczęście ostatnio zdarzało się to rzadziej. Albo ludzie byli coraz bardziej świadomi, jaką krzywdę wyrządzali zwierzętom, albo po prostu szkoda im było pieniędzy na żółwie. Zuzia wolała się łudzić, że chodziło o to pierwsze.

Nie wyjmując słuchawek, by nie przerywać koncertu, tanecznym krokiem skierowała się do sklepu warzywnego i wprawnym ruchem zebrała do reklamówki kilka żółtych soczystych gruszek oraz poprosiła o koszyczek z truskawkami.

„Potrzebuję zestawu pocieszeniowego” – pomyślała. „A truskawki są dobre na wszystko!”

Zapłaciła znajomej sprzedawczyni, ukłoniła się z uśmiechem i skierowała w stronę swojej klatki schodowej. Siatka ciążyła jej nieco, ale był to słodki ciężar. Nie mogła doczekać się momentu, gdy zasiądzie na swoim łóżku obłożona poduszkami, wtuli się w miękkie futro Mruczka, a potem będzie zajadać truskawki z bitą śmietaną i czytać jedną ze swoich ulubionych powieści.

Kiedyś trzeba będzie zacząć się uczyć. Ale na szczęście jeszcze nie dziś. Do końca czerwca miała zamiar świętować i nie myśleć o przyszłości. A przynajmniej postarać się to zrobić.

 

*

 

Wyszła z pamiętającej ubiegły wiek windy. Odmalowana jakiś czas temu klatka była jasna i sprawiała przyjemne wrażenie. Zupełnie inaczej wyglądało tu jeszcze kilkanaście lat temu, gdy ściany straszyły szpitalnym zielonym kolorem farby olejnej, a stare, ciągle zacinające się ciężkie okna dawały niewiele światła.

Jak niewiele trzeba, by żyło się przyjemniej, westchnęła Zuzia i wyjęła z torby klucze, by otworzyć drzwi. Wiedziała, że rodzice wrócą z pracy później i czeka ją kilka godzin samotności, nie licząc towarzystwa kota. Nie narzekała, lubiła ten moment wyciszenia. Zwykle wykorzystywała go do nauki. Dziś miała zamiar poddać się błogiemu lenistwu przy ulubionej muzyce, dobrej książce i misce truskawek z bitą śmietaną obficie posypanych cukrem.

Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Zuzka pchnęła je ostrożnie i zajrzała do środka. Tak jak przypuszczała, za nimi siedział już Mruczek i wpatrywał się w nią tak, jak tylko kot potrafi. Jego żółte ślepia błyszczały hipnotyzująco, a spiczaste uszy zakończone pędzelkami jak u rysia sterczały w górę niczym dwa radary. Puszysty czarny ogon przykrywał ciemne łapki zakończone białymi skarpetkami. Mruczek nie był rasowym kotem, jednak łatwo dało się poznać, że jednym z jego potomków był najwyraźniej kot norweski leśny. To po nim odziedziczył długie futro i ogon, który mógłby zawstydzić lisa. Jednocześnie nieco zniekształcony pyszczek wyraźnie świadczył o tym, że coś poszło nie tak i szlachetna krew zmieszała się z krwią rasy popularnie zwanej dachowcem pospolitym.

Zuzi to nie martwiło. Po pierwsze, nigdy nie zależało jej na rodowodach i konkursach, a po drugie, gdyby to był kot z rodowodem, nigdy nie byłoby ich stać na jego kupno. Ceny rasowych zwierzaków, jakie niekiedy przeglądała w internecie, przerażały studentkę, której jedynym i niezbyt pewnym źródłem dochodów były udzielane od czasu do czasu korepetycje i korekty prac licealnych. Rodzice także nie zarabiali dużo. Mama była księgową, od lat na stanowisku w tej samej firmie. Tata pracował w jednym ze starych kin i w ramach premii przynosił czasem do domu darmowe bilety.

– Mrau? – Kot przywitał się po swojemu, po czym wstał z godnością i przeciągając się, podszedł do trzymanej przez Zuzkę siatki. Potem zamarł, z obrzydzeniem wpatrując się w pachnące owoce.

– Niczego tu dla siebie nie znajdziesz, przykro mi. – Parsknęła śmiechem na widok jego zdegustowanej miny. – Zaraz napełnię ci miskę karmą. Chociaż, jak znam życie, to i tak będziesz grymasił.

Mruczek, którego prawdziwym i zupełnie nieużywanym imieniem było tak naprawdę Mortimer, odwrócił się na pięcie i pomaszerował do kuchni, nawet się nie oglądając.

Zuzia westchnęła, zamknęła za sobą drzwi, zsunęła z ulgą eleganckie, choć niezbyt wygodne buty, i ruszyła za nim. Zanim poszła do łazienki się odświeżyć i zmienić ubranie, zgodnie z obietnicą wyjęła z lodówki puszkę kociej karmy i nałożyła sporą porcję do ciężkiej kamionkowej miseczki, kupionej kiedyś kotu na mikołajki. Mruczek rzucił się do niej gorączkowo, na chwilę tracąc nieco ze swego majestatu.

– Zachowujesz się, jakbyś nie jadł od tygodnia. – Prychnęła. – A mama co rano zostawia ci pełną miskę. Jak tak dalej pójdzie, trzeba cię będzie odchudzić!

Mruczek nie zwrócił uwagi na ten przytyk. Jego pyszczek tkwił tak głęboko w misce, że było wiadomo, iż po posiłku piękne, długie futro będzie przypominało pędzel zanurzony w brązowej farbie. A potem kot przez pół godziny będzie doprowadzał się do porządku, jak zwykle.

Machnąwszy ręką na obyczaje zwierzaka, Zuzka postanowiła zająć się sobą. Truskawki i gruszki włożyła na chwilę do lodówki, by nieco się schłodziły. Potem sięgnęła po stojącą na kuchennym blacie butelkę wody mineralnej i duszkiem wypiła dwie szklanki, czując, jak bąbelki łaskoczą ją w nos. Otworzyła górną szafkę i wyjęła otwartą torebkę nerkowców. Nasypała garść jasnych orzechów na dłoń i po kolei wkładając do ust, chrupała je z przyjemnością.

Tak pokrzepiona opuściła niewielką, ale jasną kuchnię, i mijając nieco zagracony przedpokój, skierowała się do mikroskopijnej łazienki. Wzięła szybki zimny prysznic, przeczesała mokrą dłonią krótkie włosy i włożywszy przewiewną kwiecistą sukienkę w seledynowym odcieniu, poczuła, że jest gotowa na świętowanie początku wakacji. Nawet jeśli miałyby być krótsze niż zazwyczaj.

Aby dodać sobie animuszu, popryskała jeszcze nadgarstki ulubionymi perfumami o zapachu zielonej herbaty.

– No to jedziemy z koksem – mruknęła wesoło i poszła przygotować szybki obiad dla siebie i rodziców. Tego dnia nie miała siły na nic bardziej skomplikowanego niż makaron z pesto.

Zjadła błyskawicznie swoją porcję, posypaną pokruszonymi orzechami nerkowca, za którymi przepadała. Potem wsypała do niebieskiej miski stos umytych, pokrojonych i obficie posypanych cukrem truskawek. Gruszki zostawiła dla mamy i taty, wiedziała, że za nimi przepadają. Tak uzbrojona udała się do swojego pokoju, jednego z dwóch, które znajdowały się w mieszkaniu. Drugi, nieco większy, zajmowali rodzice.

Jej królestwo było skromne, ale dobrze się czuła w tym małym pokoju z łóżkiem ozdobionym patchworkową narzutą, na której dominowały barwy wrzosu, jaskrów i niezapominajek. Z lampą przypominającą zwieszający się z sufitu kwiat konwalii. Z wysoką białą szafką zapełnioną po brzegi książkami. Niewielkim, puszystym ciemnofioletowym dywanem, nieco już wydeptanym, z którego często trzeba było usuwać futro Mruczka. Z wiecznie zawalonym notatkami stolikiem pod oknem i podstarzałymi głośnikami ukrytymi za ozdobioną złotawym haftem długą zasłoną w lawendowym odcieniu. To było wszystko. Niczego więcej nie potrzebowała.

No, może poza muzyką z Jeziora łabędziego, tomikiem poezji Staffa i miską truskawek. Ale na szczęście miała to wszystko na wyciągnięcie ręki.

 

*

 

Mama wróciła pierwsza. Pracowała w stałych godzinach i zawsze przychodziła do domu krótko po szesnastej. Zuzia nawet nie musiała sprawdzać, kto wszedł do domu. Wiedziała, że taty można się spodziewać dopiero późnym wieczorem.

– Cześć, mamuś! – zawołała, nawet nie wstając z łóżka. Przeczuwała, że mama i tak za chwilę stanie w drzwiach.

– Dzień dobry, kochanie.

Usłyszała głos i uniosła głowę, by uśmiechnąć się do mamy. Przykro jej się zrobiło, że za chwilę będzie musiała podzielić się niewesołą wiadomością. Z drugiej strony była naprawdę wdzięczna, że ma taką mamę, która nie zrobi awantury, gdy coś pójdzie nie tak, ale zrozumie, przytuli i powie, że jeszcze wszystko się ułoży, trzeba tylko poczekać. Większość przyjaciół i znajomych skarżyła się raczej na brak zrozumienia ze strony rodziców, ich wieczne wymagania i pretensje. Zuzia nigdy nie doświadczyła czegoś takiego. Dom był ostoją, miejscem, gdzie każdy czuł się akceptowany, a rodzina wspierała się nawzajem.

Może właśnie dlatego nigdy nie przeszkadzały jej skromne warunki mieszkaniowe, stare meble i robione przez mamę ozdoby, które kosztowały niewiele, ale skutecznie zakrywały niedostatki – jak na przykład narzuty, zasłony, makatki na ściany. Nigdy nie żałowała, że rodzice zarabiają niewiele i często nie stać ich na nowe ubrania, gadżety, sprzęty domowe. Jeśli byli akurat po wypłacie, pozwalali sobie na zbytki, takie jak świeże owoce czy orzechy. Jeśli nie, zadowalali się chlebem z masłem – i też byli z tego zadowoleni.

Zuzka miała od dziecka wpojone przekonanie, że to nie rzeczy materialne są najważniejsze. Liczy się wnętrze człowieka. Być może właśnie to pomogło jej wykształcić nietypową wrażliwość i umiłowanie tego, co nie było modne, i choć nie wzbudzało poklasku tłumów, charakteryzowało się nieprzemijającym, cichym pięknem. Jak poezja zapomnianych dziś nieco mistrzów sprzed stu lat czy gramofonowe płyty artystów tworzących tuż po wojnie.

– Jak było na egzaminie? – spytała mama, patrząc z uwagą na córkę, jak zawsze, gdy próbowała wysondować jej nastrój.

Zuzia z trudem opanowała skrzywienie warg. Wspomnienie porażki bolało.

– Nie zdałam – mruknęła. – Mam poprawkę.

Mama nic nie powiedziała, tylko podeszła i przytuliła ją mocno.

– Wiem, że zrobiłaś wszystko, co było trzeba. Nie przejmuj się. Następnym razem zdasz na pewno – szepnęła po chwili.

– A jeśli nie? – Zuzka nie potrafiła nie zadać tego pytania, które wracało do niej co jakiś czas i powodowało nerwowe bicie serca.

– Nie ma sensu zamartwiać się na zapas – odparła mama ze spokojem. – Z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. Wszystko się ułoży, zobaczysz.

Zuzia poczuła, jakby ktoś zanurzył ją w cieplutkim wywarze z melisy i natarł skronie lawendą.

– Dzięki, mamo – wymamrotała. – Właśnie to potrzebowałam dziś usłyszeć.

– Wiem. Właśnie dlatego jestem mamą. A teraz pozwolisz, że pójdę się przebrać. Zjemy razem obiad?

– Ja już jadłam, dzięki. Zaraz odgrzeję ci pesto. Kupiłam dla was trochę gruszek – powiedziała Zuzia.

– A sobie pewnie pudło truskawek, zapach czuć już w przedpokoju – rzekła mama domyślnie. – Ale to dobrze. Trzeba o siebie dbać i nie dać się żadnym profesorom ani innym potworom.

– Oj, mamuś. To ty powinnaś tam uczyć poezji i umiłowania słowa, a nie oni! – Choć Zuzia się roześmiała, mówiła najzupełniej poważnie.

Mama machnęła ręką.

– I co ja bym tam robiła? Zanudziliby mnie na śmierć jak nic. Profesorów zostawiam tobie. Jesteś mądra i na pewno drugi raz nie dasz się zagiąć.

Pocieszyła ją raz jeszcze i pomaszerowała do łazienki, zręcznie omijając kręcącego się tu i tam Mruczka, liczącego zapewne na kolejną porcję karmy.

Jakiś czas później siedziały razem w kuchni przy podłużnym stole, który zdawał się przyciskać z całej siły do ściany, by zostawić choć trochę przestrzeni między nim a szafkami. Zajadały się pokrojonymi w wąskie paseczki soczystymi gruszkami (poczęstowana przez mamę Zuzia nie umiała sobie odmówić przyjemności), popijały wodą mineralną z wysokich szklanek i chichotały w najlepsze jak dwie przyjaciółki.

– Kochanie, a co z twoimi planami wakacyjnymi? – spytała w pewnym momencie mama. – Nauka nauką, ale musisz gdzieś odpocząć, naładować baterie…

– Myślałam o tym – przyznała Zuzia. – I chyba jednak zdecyduję się zostać w domu. Pouczę się na spokojnie, odpocznę… Jeśli będę chciała zaczerpnąć świeżego powietrza, to pójdę na spacer.

– Świeże powietrze? Tu, w mieście? – Mama śmiesznie uniosła jedną brew i wyglądała jak żeński odpowiednik Rogera Moore’a. – Może chociaż pojedziesz do dziadków? Babcia Marysia o ciebie zadba, będziesz mieć ciszę i spokój… Dziadziusiowi Jankowi też będzie miło, jeśli się pojawisz. My z tatą będziemy mogli wziąć urlop dopiero w sierpniu i pewnie gdzieś pojedziemy. Ale ty pewnie będziesz się wtedy uczyć w najlepsze…

– To prawda – mruknęła Zuzia, przygryzając wargi. O tym nie pomyślała. Mimo to odpowiedziała spokojnie: – Nie martwcie się mną, mamo. Najwyżej zostanę tu sama, tonąc w stercie notatek.

– I nie będzie ci smutno? – Mama zerknęła na nią z powątpiewaniem. Dobrze wiedziała, że bycie molem książkowym i introwertykiem nie musi oznaczać, że człowiek nie potrzebuje towarzystwa.

– Będzie – przyznała Zuzka szczerze. – Ale postaram się coś wymyślić. Wyjazd do dziadków to dobry pomysł, jednak obawiam się, że trudno byłoby mi się przygotowywać do egzaminów, mając pod nosem rzekę, las i pobliskie góry… I babcię wyciągającą mnie co rusz na pogaduchy przy pieleniu ogródka. Przecież wiesz, że jak zaczynam słuchać jej opowieści, to zapominam o całym świecie!

– To prawda, choć wolałabym cię widzieć w ogródku z babcią niż tkwiącą bez potrzeby w mieście w środku lata – odparowała mama. – Nauka nie zając, trzeba umieć ustalić priorytety. – Mrugnęła okiem porozumiewawczo.

– Po prostu się boję, mamuś – powiedziała Zuzia. – Mam wrażenie, jakbym nagle znalazła się na bocznym torze. Nie lubię tego. Chcę iść do przodu. Swoim tempem, bez pośpiechu, ale jednak do przodu.

Mama wstała od stołu i podeszła, by ją mocno przytulić.

– Czasem trzeba zejść z głównego toru, żeby z dala od tłumu nauczyć się czegoś ważniejszego – wymamrotała cicho. – Wiem, że gdy ma się dwadzieścia parę lat, trudno w to uwierzyć. Ale chwila przerwy w biegu to nie koniec świata.

Pocałowała Zuzkę w czubek głowy i poszła do swojego pokoju, dziwnie poruszona. Zuzia miała niejasne wrażenie, że jej sytuacja przywołała w mamie jakieś wspomnienie, niekoniecznie miłe. I choć bardzo chciała zadać parę pytań, wyczuła, że najlepiej zostawić teraz mamę w spokoju. Pod tym względem były do siebie podobne. Obie musiały czasem złapać chwilę oddechu w samotności.

– Wypytam ją jutro – szepnęła do siebie. – To może być coś ważnego, ale nigdzie mi się teraz nie spieszy.

Kiedy późnym wieczorem wrócił tata, zrobili popcorn doprawiony obficie masłem i solą, po czym obejrzeli we trójkę komedię, zaśmiewając się przy tym do łez, ku niezadowoleniu Mruczka, który machając nerwowo puszystym ogonem, przeniósł się do pokoju swojej pani.

Tej nocy Zuzia kładła się spać z poczuciem, że chociaż układane od dawna plany na najbliższe miesiące runęły, to nic nie jest w stanie zachwiać jej bezpiecznym, poukładanym światem. Nie, kiedy ma przy sobie bliskie osoby i swoją przystań, w której można przeczekać burze.

Gdyby wiedziała, jakie jeszcze niespodzianki szykuje jej los, zapewne nie zmrużyłaby oka. Jednak brak daru jasnowidzenia bywa błogosławieństwem i pomaga borykać się z problemami na raty. I całe szczęście.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

 

 

Copyright © by Natalia Przeździk, 2024

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2025

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2025

 

Projekt okładki: Michał Grosicki

 

Redakcja: Magdalena Kawka

Korekta: Olga Smolec-Kmoch, Marta Akuszewska

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

PR & marketing: Andżelika Wojtkiewicz

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

eISBN: 978-83-8402-227-6

 

 

 

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.