Gdybyś nie istniała - Katarzyna Małecka - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Gdybyś nie istniała ebook i audiobook

Małecka Katarzyna

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

547 osób interesuje się tą książką

Opis

Dwudziestosześcioletni Mason Stone, mimo młodego wieku, jest cieniem samego siebie. Tragiczna śmierć ukochanej żony pogrążyła go w rozpaczy. Jedynym promykiem rozświetlającym jego codzienność jest pięcioletnia córka – Josephine. To dzięki niej odnajduje siłę do walki. 

Niespodziewanie jego uwagę zwraca Charlie Sinclair – opiekunka córki w przedszkolu. Uśmiech kobiety i jej łagodność budzą w mężczyźnie dawno zapomniane emocje. Mason, choć początkowo zdystansowany, w obecności dziewczyny czuje coś wyjątkowego, co przyspiesza bicie jego pokiereszowanego serca. 

Czy znajdzie odwagę, by dać sobie drugą szansę na szczęście?

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.                          Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 552

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 48 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Czarek PapajDiana Giurow

Oceny
4,6 (602 oceny)
464
77
40
19
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
SuperTrio

Z braku laku…

Zawiodłam się jak mało kiedy. Połowa książki do kosza jak dla mnie. Uwielbiam ten motyw, ale tu był aż przerysowany
agatha1234

Nie polecam

ksiazka nudna jak flaki z olejem, dialogi tak drętwe, ze nie da sie tego czytac, zero chemii miedzy bohaterami, absolutnie zero, zaluje ze stracilam czas na ta ksiazke
Karolina0223

Nie oderwiesz się od lektury

Książka, która niejednokrotnie ścisnęła mnie za serce i głęboko wniknęła w moją duszę. Dobra rada ode mnie ➡ bądźcie gotowi, że po prostu nie odłożycie tego dopóki nie skończycie. Książka czyta się sama. Ja pochłonęłam ją błyskawicznie! Chociaż to ma swoje wady, bo minęło to zdecydowanie za szybko 🥺 To jak w tym przysłowiu „wszystko co dobre, szybko się kończy”. No więc to było nie tyle dobre, co Z#A#J#E#B#I#S#T#E! Samotny ojciec… To motyw, które ostatnio u mnie króluje! A w tej książce sprawił, że serducho mi się rozpłynęło i gdzieś poleciało. Boże Kasia co ty tu zrobiłaś… Stworzyłaś dla mnie kolejne arcydzieło 🥺💙 Mason to postać, w której się bezpowrotnie zakochałam. Mężczyzna z trudną historią, którego los nie oszczędzał. Czułam jego ból jakbym przeżywała go sama. Poruszony wątek skrywanego bólu tak okropnie zabolał. Więź bohatera ze zmarłą żoną uderzyła mnie bardzo głęboko. Mason nie był w stanie zapomnieć o swojej żonie. Te uczucia go pętały niczym stalowe łańcuchy. Momenty, ...
Sylwiajabl

Całkiem niezła

czegoś mi zabrakło. zbyt naiwna? zbyt ckliwa?
51
mar_wer

Z braku laku…

Zdecydowanie zbyt długa i przez to zrobiła się strasznie nudna.
51

Popularność




Copyright © for the text by Katarzyna Małecka

Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2025

All rights reserved · Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Anna Strączyńska

Korekta: Katarzyna Chybińska, Wiktoria Garczewska, Martyna Janc

Skład i łamanie: Paulina Romanek

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

Ilustracje: Anna Niemczak

ISBN 978-83-8418-031-0 · Wydawnictwo NieZwykłe · Oświęcim 2025

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Jesteś słońcem,

co się przebiło,

i rozgoniło wszystkie te,

wiszące nade mną,

czarne chmury.

Zupeł(nie)zwykły

„Istniejesz”

Prolog

Jurrivh – As I Lay Dying

Pod osłoną nocy stoję przy oknie i upijam łyk Macallana. Światło księżyca delikatnie oświetla pokój, rzucając długie cienie na ściany, cisza otula mnie z każdej strony, chociaż w mojej głowie panuje totalny chaos. Wpatruję się w wiszący nad kominkiem portret zmarłej żony. Jej uśmiech wciąż wydaje się żywy, jakby za chwilę miała wejść do pokoju i pogrozić mi palcem za moje ponure myśli. Dzisiaj mijają dwa lata od jej odejścia. Dwa lata, a jej nieobecność wciąż jest jak świeża rana. Wspomnienia jedno po drugim przewijają mi się w głowie, atakują agresywnie, ponownie spychają mnie w przepaść rozpaczy, choć tak usilnie staram się pozostać na powierzchni. To trudne, kiedy tęsknota odbiera mi dech. Hannah była taka dobra, piękna, troskliwa. Z obrazu patrzy na mnie z szerokim uśmiechem, w jej oczach tańczą iskierki szczęścia. Wśród pola słoneczników wygląda na radosną, pełną życia.

Życia, które niespodziewanie jej odebrano.

Tego deszczowego, wyjątkowo paskudnego dnia telefon zadzwonił tuż po czwartej po południu. Nigdy nie zapomnę zatroskanego kobiecego głosu informującego mnie o tym, co się wydarzyło. Stałem jak sparaliżowany, gapiłem się w przestrzeń, a obraz przed oczami zaczął się rozmazywać. Czułem, jak grunt usuwa mi się spod stóp, jakby ktoś jednym ruchem wyrwał mi serce z piersi. Ta chwila zniszczyła wszystko.

Dwa lata później nadal budzę się z imieniem żony na ustach. Wciąż pamiętam malutką bliznę pod okiem, słodki głos, dotyk delikatnych dłoni, pocałunki. Robię, co w mojej mocy, by znaleźć sens w tym, co zostało. Uczę się życia na nowo, choć jej brak jest jak niedająca się zapełnić przepaść. Ale nie mogę wiecznie otaczać się murem, ukrywać przed światem. Bo mimo iż Hannah odeszła na zawsze, jest jeszcze ktoś, dla kogo muszę przetrwać. Nasza córka.

Rozdział 1

Mason

Jurrivh – Beginning

Zamykam laptop, wkładam go do torby, a następnie opuszczam biuro. Dzisiaj praca nie szła mi najlepiej, trudno było mi się skupić, czułem rozdrażnienie i frustrację. Gdybym mógł, wyszedłbym wcześniej, ale przez ważnego klienta, który uwielbia podnosić mi ciśnienie, nie było takiej możliwości. Dlatego oddycham z ulgą, kiedy wychodzę na korytarz. Claire, sekretarka, posyła mi uśmiech i życzy miłego dnia. Lubię tę kobietę, ma głowę na karku, zna się na swojej robocie. Bardzo mi pomogła, gdy zaczynałem pracę w firmie ojca.

Tata zaproponował mi stanowisko, jeszcze zanim rozpocząłem studia, czym mnie zaskoczył. Byłem pewny, że zrobi to dopiero wtedy, kiedy wręczę mu dyplom. Poklepał mnie jednak po ramieniu i dodał, że szkoda marnować aż tyle czasu. Szybko się zgodziłem. Codziennie punktualnie o ósmej stawiałem się w firmie, a w weekendy studiowałem. Chociaż dopiero się uczyłem, dawałem z siebie sto dziesięć procent. Byłem dumny, że mogłem czerpać wiedzę od ojca – swojego mentora. Tłumaczył cierpliwie to, czego nie rozumiałem, wciąż powtarzał, że na wszystko potrzeba czasu. Dzięki niemu stałem się tym, kim jestem dziś. Dzięki niemu mogłem zapewnić żonie wszystko, na co zasługiwała, a duma w jej oczach napawała mnie radością. Byłem szczęśliwy, miałem wszystko, czego pragnąłem – dom, rodzinę, zdrowie, piękną żonę i pracę.

A potem wszystko koncertowo się spierdoliło.

Po dwóch latach nadal czuję dławiący strach, przerażenie, panikę ogarniającą każdy skrawek ciała. Czuję ból, który powalił mnie na kolana.

Po śmierci Hannah zmieniłem się we wrak człowieka. Olałem życie, pogrążając się w głębokiej niczym ocean żałobie. Zamknąłem się przed światem, skupiłem na własnym cierpieniu. Wtedy miałem żal do rodziny za ich natarczywość, sterczenie mi nad głową, przesadne pilnowanie. Przez pierwsze miesiące po śmierci żony ktoś zawsze przy mnie czuwał z obawy o moje życie – matka, ojciec lub Jillian, moja siostra. Ta franca zdecydowanie była najgorsza, bo jako jedyna nie litowała się nad moim dupskiem. Za każdym razem próbowała ustawić mnie do pionu, przypominała, że mam dwadzieścia cztery lata i muszę wstać z łóżka, bo w pokoju obok czeka moje dziecko. Miała rację, ale mój przytępiony umysł miał to totalnie gdzieś.

Wróciłem do firmy po kilku miesiącach. Ojciec bez końca mnie do tego namawiał. Tłumaczył, że praca pochłonie mój czas, więc nie będę rozmyślał i nie wpadnę znów w otępiającą rozpacz. Faktycznie, dzięki pracy przez cały dzień trzymałem się w pionie. Potem opuszczałem budynek firmy, odbierałem córkę z przedszkola i poświęcałem jej się w całości. Przez pierwsze miesiące po odejściu Hannah nie byłem najlepszym ojcem, o czym chciałem jak najprędzej zapomnieć. Moi rodzice zajęli się małą, kiedy ja nie byłem w stanie. Josephine miała wtedy trzy lata i była kopią swojej matki. To pogłębiało moją rozpacz, dlatego zdystansowałem się od dziecka, za co teraz najchętniej strzeliłbym sobie w mordę. Powinienem był stanąć na wysokości zadania, ale czasami to, co wydaje się oczywiste, wcale nie jest takie proste. Jak miałbym utrzymać córkę w ramionach, kiedy sam ledwie byłem w stanie egzystować?

– Mason! – Głos ojca zatrzymuje mnie w połowie korytarza.

Wzdycham na myśl o tym, co mnie czeka. Odwracam się, przyklejam na twarz lekki uśmiech i czekam, aż tata do mnie dołączy. Prezentuje się bardzo elegancko w szarym garniturze i wygląda naprawdę świetnie, choć niebawem stuknie mu pięćdziesiątka.

– Mama oczekuje ciebie i Josie dzisiaj na obiedzie. Przyjdziecie, prawda?

W tonie jego głosu wyczuwam nadzieję.

– O ile Josie nie będzie zmęczona – rzucam pierwsze, co przychodzi mi do głowy.

Niestety ojciec doskonale mnie zna, więc nie pozwala się łatwo zbyć.

– Daj spokój, synu. Przedszkole to nie obóz pracy. Po powrocie zawsze jest wulkanem energii. – Mruga okiem i poklepuje mnie po plecach. – Czekamy na was, nie zawiedź! – Wystawia palec na znak groźby, odwraca się i wchodzi do biura.

Przewracam oczami i wreszcie wciskam guzik przywołujący windę.

Nie lubię wracać do rodzinnego domu, bo właśnie tam mieszkałem z Hannah. Byliśmy młodzi, zwariowani, lekkomyślni, mimo wszystko moi wspaniali rodzice pomagali nam od początku, choć czasami nasze pomysły przerażały ich nie na żarty. Nie jest mi łatwo przebywać w miejscu, w którym spędziłem najszczęśliwsze i najpiękniejsze chwile życia. Gdziekolwiek nie odwróciłbym głowy, tam widzę żonę – krzątającą się w kuchni, plotkującą z mamą, ćwiczącą jogę z Jillian czy czekającą na mnie w łóżku. Miałem nadzieję, że czas uleczy rany, lecz on tylko przyzwyczaił mnie do bólu, który wciąż trawi moje serce.

Dlatego odwiedzam rodziców jedynie wtedy, kiedy Josie wierci mi dziurę w brzuchu lub gdy ojciec wychodzi z inicjatywą. Nie powiem, by żyło mi się z tym łatwo, w szczególności ze względu na mamę. Tak trudno patrzeć w brązowe, przepełnione współczuciem oczy. Nie musi o nic pytać, doskonale wyczuwa moje cierpienie, widzi, że nie pogodziłem się ze śmiercią Hannah. Mimo iż wciąż mnie pociesza, powtarza, że jestem młody i wiele cudownych rzeczy przede mną, nie wierzę w jej słowa. Moje życie to tylko egzystencja. W pełni poświęcam się córce, próbuję wynagrodzić swoją wcześniejszą nieobecność, dbam, by miała to, co najlepsze. Nic innego nie ma dla mnie znaczenia. Ani kobiety, ani imprezy, ani przyjemności.

Żyję jak mnich, bo czas stanął dla mnie w miejscu.

***

Przekraczam próg przedszkola i natychmiast się krzywię. Jak zawsze panuje tu chaos, dzieciaki biegają i rozrabiają pomimo obecności czekających na nich rodziców. Rozglądam się w poszukiwaniu swojej prawie pięciolatki. Znalezienie jej w tym tłumie nie jest prostym zadaniem. Wychylam się mocniej i nagle dostrzegam blond czuprynę mojej pociechy. Josie biegnie z szerokim uśmiechem na twarzy, więc standardowo klękam na jedno kolano i rozchylam ramiona, w które Josephine wpada z impetem. Uśmiecham się, zamykam oczy i wdycham do płuc zapach truskawek – kojący, uspokajający, przywołujący harmonię.

Wciąż pamiętam potężnego focha, jakim uraczyła mnie Josie na widok szamponu do włosów o zapachu malin, który kupiłem przez pomyłkę. Boże, nigdy wcześniej nie widziałem mojego dziecka tak wściekłego i tupiącego nogą. Od tamtego czasu nie popełniłem podobnej gafy. Za każdym razem dokładnie czytam etykiety i wiem, że według mojego dziecka zapach truskawek diametralnie różni się od zapachu malin.

Nie wnikam. Dla mnie to jedno i to samo.

Josie się odchyla, a w jej oczkach błyszczy podekscytowanie.

– Pokażę ci coś, to niespodzianka dla ciebie – oznajmia.

Dopiero teraz dostrzegam kartkę, którą trzyma. Odwraca ją, unosi i pozwala mi spojrzeć. Wpatruję się w rysunek, czując znajomą obręcz ściskającą mi gardło. Każdego dnia wkładam wszystkie siły w sprawienie, by córka nie odczuła braku matki. Robię, co mogę, aby godnie zastąpić Hannah, lecz trafiają się momenty, na które kompletnie nie jestem przygotowany. Takie rysunki na nowo łamią mi serce.

– To ty, mamusia i ja. – Dumnie wskazuje paluszkiem po kolei na każde z nas. – Narysowałam mamie skrzydełka, bo jest aniołkiem w niebie. Prawda, tatusiu? – Patrzy na mnie oczami szczeniaka, zawsze sprawiającymi, że boli mnie brzuch.

– T-tak, mamusia jest z innymi aniołkami w niebie. – Wysilam się na uśmiech, po czym odgarniam jej włoski. – Piękny obrazek, córeczko. Mamusia byłaby z ciebie bardzo dumna. A teraz czas się ubrać. – Przełykam ślinę i wstaję.

Josie wciska mi rysunek w dłoń, biegnie do żółtej szafki z motylkiem i wyjmuje plecak oraz sweterek. Zmienia buty, chowa kapcie i po chwili wraca.

– Pojedziemy na lody? Tak bardzo pragnę lodów, tatku!

– Właściwie dziadkowie zaprosili nas na obiad. Jeśli jednak wolisz lody, mogę przełożyć obiad na inny dzień. Pewnie jesteś zmęcz…

– Nie! – krzyczy, aż kilka osób odwraca się w naszą stronę. – Chcę pojechać! Bardzo tęsknię za babunią i dziaduniem.

Spoglądam na córkę, ponownie walcząc z poczuciem winy. Powinienem częściej zabierać ją do dziadków, by nie musiała za nimi tęsknić, skoro mieszkają zaledwie kilka kilometrów stąd. Nie mogę ich od siebie oddzielać, to niesprawiedliwe i krzywdzące dla obu stron. Nie ja jestem najważniejszy… nie moje odczucia, wspomnienia, ból, tylko moje dziecko i dziadkowie pragnący mieć z nią jak najczęstszy kontakt.

– Dzień dobry. – Naszą rozmowę przerywa damski, słodki głos.

Unoszę głowę i wpatruję się w brązowe jak piwo oczy. Oczy, które widuję od sześciu miesięcy. Charlie, bo tak ma na imię stojąca przede mną dziewczyna, posyła mi niepewny uśmiech i splata ze sobą place. Do tej pory witała mnie jedynie skinieniem głowy, krótkim „dzień dobry” albo uśmiechem. Rozmawialiśmy raz, może dwa, w sprawach związanych z wycieczkami przedszkolnymi. Kiedy pierwszy raz uścisnąłem jej dłoń, poczułem dziwny prąd i ciepło wędrujące w górę ramienia, prosto do organu po lewej stronie piersi. Reakcja mojego ciała mnie przeraziła. Ściskałem wiele damskich rąk – głównie klientek w pracy – ale dotąd żaden uścisk nie wywołał we mnie większych emocji. W ciszy patrzyliśmy sobie z Charlie w oczy o chwilę za długo, a potem zdałem sobie sprawę z tego, jak trudno mi oderwać od dziewczyny wzrok. Zauważyłem, jak piękny był kolor jej oczu; piwne, z jaśniejszą obwódką i plamkami złota. Długie, brązowe włosy spływały po ramionach, pełne usta pociągnęła różowym mazidłem, a w niebieskiej sukience wyglądała pięknie i dziewczęco.

Szybko skarciłem się za własne myśli. Nie miałem prawa zapuszczać się w te zakazane rejony, ponieważ Charlie, jak każda inna kobieta, była poza moim zasięgiem.

Dlatego trzymałem się od niej z daleka.

Chrząkam i odruchowo poprawiam krawat.

– Witaj. Czy Josie jest grzeczna? – zagaduję, by rozluźnić niezręczną atmosferę.

– Ależ oczywiście! – Mruga okiem do stojącej obok mnie córki. – Poza tym jest również bardzo zdolna, pięknie rysuje. Jest najlepsza w swojej grupie.

O tym zdążyłem się przekonać. W domu mamy mnóstwo kredek, farb i pisaków oraz rysunków poprzypinanych pinezkami do korkowej tablicy.

– To Charlie nauczyła mnie tak rysować, jest kochana!

Josie patrzy na nią jak zaczarowana, puszcza moją dłoń, przysuwa się do nauczycielki i po prostu ją przytula, co mnie szokuje. Ten widok prawie odbiera mi oddech, a wspomnienia zalewają głowę niczym fala tsunami. To nie do tej obcej dziewczyny powinno tulić się moje dziecko, tylko do matki, która…

– Tatku? Słyszysz mnie? – Josie szarpie za nogawkę moich eleganckich spodni, przez co wracam do żywych. – Źle się czujesz?

Mrugam szybko, by ukryć roztargnienie.

– Nie, kochanie, po prostu się zamyśliłem. Musimy już jechać, nie powinniśmy się spóźnić na obiad.

Żegnam się z dziewczyną, biorę córkę za rękę i czym prędzej opuszczamy budynek. Josie skacze wesoło w drodze do auta, a kiedy otwieram drzwi, pakuje się na fotelik. Słońce nieźle przypieka, marzę tylko o tym, by wsadzić tyłek do samochodu, uruchomić klimatyzację i pozbyć się marynarki.

– Lubisz Charlie? – zagaduję, chociaż doskonale to wiem.

– No pewnie, tatku! – odpowiada radośnie, wciąż trzymając rysunek. – Jest wspaniała, dobra, rozwesela mnie i lubię z nią rysować – wymienia, aż brakuje jej tchu. Rzadko kto robi na Josie aż takie wrażenie. – A wiesz, że też lubi Batmana jak my?

– To wspaniale. – Cmokam córkę w czoło, uśmiechając się pod nosem. Zsuwam marynarkę, wsiadam za kierownicę i zapinam pas.

***

Kiedy tylko wchodzimy do domu rodziców, w moje nozdrza uderza zapach duszonego mięsa oraz cebuli. Mój brzuch wydaje dziwne dźwięki, jakby dobrze wiedział, co mama przygotowała na ucztę. Ostatnio byliśmy u rodziców dobry miesiąc temu, chyba zatęskniłem za kuchnią mamy. Świetnie gotuje, więc kiedy mieszkałem tutaj z Hannah, pyszne obiady były codziennością.

W holu pojawia się Jillian. Josie na widok mojej siostry pędzi do niej i pozwala się porwać na ręce. Zarzuca rączki na kark Ji, nóżki owija wokół jej bioder niczym małpka. Niebawem skończy pięć lat, mimo to jest bardzo drobna i niska, jak Hannah.

– Witaj, syneczku! – Mama podchodzi do mnie z szerokim uśmiechem na ustach. Obejmuje mnie czule, cmoka w policzki, a następnie odchyla się ze ściągniętymi brwiami. – Wydaje mi się, że schudłeś. Wszystko u ciebie w porządku? – pyta zatroskana.

– W jak najlepszym – zapewniam.

Nie zamierzam zdradzać matce szczegółów na temat moich słabszych dni, by niepotrzebnie jej nie martwić. To bardzo troskliwa kobieta, przejmuje się każdym moim gorszym okresem, a tych nie brakuje. Raz odchodzą, potem znowu wracają, niczym rzucony w dal bumerang.

– Poza tym nie schudłem! Dbam o siebie, ćwiczę pięć razy w tygodniu. To same mięśnie! – dodaję. Unoszę ramię, by zaprezentować napięty biceps. – Widzisz? To nie wzięło się znikąd. To ciężka praca, mamo.

Rodzicielka przewraca oczami i klepie mnie po torsie.

– Tak trzymaj, kochanie. Przygotowałam twój ulubiony gulasz.

Na samą myśl cieknie mi ślinka.

– Tego mi właśnie brakowało – przyznaję ze smutkiem. – Przepraszam, że ostatnio tak rzadko was odwiedzaliśmy. Mamy w firmie prawdziwy kocioł, nie wiemy, w co ręce włożyć.

– Potwierdzam! – Do holu wchodzi tata z pajdą chleba w dłoni.

– Nie samą pracą człowiek żyje. Rodzina jest najważniejsza. – Matka grozi mi palcem. – Bardzo stęskniliśmy się za naszą wnuczką. Tak bardzo urosła. Ma lepszy apetyt?

Przypominam sobie moment, w którym zwierzyłem się mamie, że Josie bardzo mało je. Tak martwiłem się o córkę, że nawet zabrałem ją z tego powodu do lekarza. Odetchnąłem z ulgą dopiero po zapewnieniach specjalisty, że z Josie wszystko w porządku.

– Jem bardzo dużo, babuniu! – Do rozmowy wtrąca się moje dziecko. – Wczoraj tatuś zabrał mnie na hot doga – chwali się, a ja próbuję pokazać jej spojrzeniem, by nie mówiła za dużo o tego typu żarciu. – A dzisiaj chciałam pójść na lody.

– Nie martw się, skrzacie. Ciocia Jillian zabierze cię na lody. – Siostra zapewnia Josie, a ona patrzy na nią, jakby obiecała jej gwiazdkę z nieba.

– Rozpieściłaś ją, przez ciebie ledwo wyrabiam – burczę pod nosem, ale Jillian tylko wystawia mi język, po czym rusza do jadalni, gdzie czeka na nas pyszny gulasz.

Obiad mija w radosnej atmosferze. Josie próbuje jeść, ale idzie jej to z ogromnym trudem, ponieważ nie może przestać mówić. Boże, ileż ona mówi! Czasami mam ochotę wetknąć sobie zatyczki do uszu, by chociaż przez chwilę nie słyszeć… nic. Chwile spokoju zdarzają się jedynie w nocy, kiedy wreszcie zasypia. Kocham ją, jest centrum mojego wszechświata, ale nawet ja czasami potrzebuję odpoczynku.

Rodzice spoglądają na nią z rozbawieniem, słuchając opowieści z przedszkola.

– …i Charlie powiedziała, że mam talent do malowania. Tatuś pochwalił mój rysunek i powiedział, że mamusia byłaby ze mnie dumna.

Po słowach Josie zapada cisza.

Rodzice zerkają na mnie niepewnie, jakby tylko czekali, aż ponownie wpadnę w rozpacz. Kiedy Hannah odeszła, poprosiłem, byśmy nie poruszali jej tematu. Nie zamierzałem zapomnieć, po prostu wiedziałem, że im więcej będziemy o niej mówić, tym mocniej będą krwawić moje niezagojone rany. Niestety czasami zdarzało się, że Josie coś wspominała, a wtedy atmosferę szlag trafiał. To chujowe uczucie, że właśnie przeze mnie musieli chodzić na palcach i zważać na to, co mówią. Nie chciałem tego, pragnąłem tylko, żeby było, kurwa, normalnie, ale nawet po dwóch latach nic się nie zmieniło.

– Tatku? – Josie spogląda na mnie ze zmarszczonymi brewkami.

– Tak, kochanie, masz ogromny talent. Może zostaniesz malarką? – Zastanawiam się i podpieram brodę na złączonych dłoniach.

– Może. – Wzrusza ramionkami. – A wiecie, że Charlie jest bardzo ładna? – Niespodziewanie zmienia temat. Z ekscytacji niemal skacze na krześle. – Ma takie piękne włosy i duże oczy! Pasowałaby do tatusia!

Słodki Boże, co się tutaj wyprawia?!

Rodzice wybałuszają oczy, zapewne zaskoczeni tym niespodziewanym wnioskiem.

Nie mam pojęcia, skąd mojemu dziecku coś takiego przyszło do głowy, ale mam cichą nadzieję, że nie będzie drążyła tematu. Nie zamierzam umawiać się z Charlie ani z żadną inną kobietą. Moje serce umarło dwa lata temu, zostało pochowane wraz z Hannah, przestało bić. Nigdy nie zdołam pokochać nikogo prócz Josie, to wręcz nierealne. Nie jestem w stanie nawet wyobrazić sobie innej kobiety u swojego boku. Na samą myśl o tym nieprzyjemny dreszcz przebiega mi po plecach. To byłaby jawna zdrada, coś, czego nigdy nie zrobiłbym żonie. Nawet po jej śmierci.

– Motylku, czy mogłabyś zjeść obiad? – przerywam ciszę i wymownie spoglądam na wciąż pełen talerz Josie. – Ciocia Jillian obiecała lody. Bez obiadu nie ma deseru.

– Zawsze to mówisz, a i tak nic z tego nie wychodzi – kwituje, przewraca teatralnie oczami, po czym zapełnia usta ziemniakami.

Boże, daj mi więcej cierpliwości.

***

Po obiedzie siostra zabiera Josie na obiecane lody, a w domu nagle robi się przeraźliwie cicho. Mama porządkuje stół, potem zapełnia zmywarkę, tata przygotowuje kawę, więc korzystam z chwili spokoju i wbrew rozsądkowi pokonuję stopnie prowadzące na piętro. Z każdym krokiem moje serce przyśpiesza, czuję strużkę potu płynącą po plecach, ból brzucha. Kładę dłoń na klamce, pozwalam sobie na głęboki, oczyszczający oddech i niepewnie wchodzę do środka. Do pokoju pełnego wspomnień.

Nic się tutaj nie zmieniło. Pokój, w którym mieszkałem z Hannah, wciąż wygląda tak jak za jej życia. Mama zapewniła, że nie dotknie niczego, dopóki nie zdecyduję inaczej. I tak czas mijał, a ja nie miałem odwagi pozbyć się rzeczy, które mi ją przypominały. Wszystko jest na miejscu – tak jak zostawiliśmy po przeprowadzce do nowego domu. Kiedy Hannah odeszła, musiałem tutaj wrócić, by rodzice mogli zaopiekować się Josie i… mną. Potrzebowałem czasu, aby się otrząsnąć, żeby minął pierwszy szok. Po sześciu miesiącach bez ceregieli wcisnęli mi w ramiona córkę i oświadczyli, że mam się nią zaopiekować. Patrzyłem na nich jak na kosmitów, nie pojmując, co do mnie mówią. Byłem przerażony po stracie żony, ale teraz myślę, że gdyby nie ustawili mnie do pionu siłą, wreszcie bym ze sobą skończył. Pozbierałem się i ruszyłem dalej tylko dzięki Josie. Gdyby nie ona, nic nie utrzymałoby mnie przy życiu.

Przysiadam na brzegu łóżka, zamykam oczy i wracam wspomnieniami do przeszłości. Niemal się uśmiecham, przypominając sobie miny rodziców, kiedy wyznałem, jak bardzo chcielibyśmy zamieszkać razem z Hannah. Mieliśmy po osiemnaście lat, lecz rodzice nie próbowali odwieść nas od tego pomysłu, nie pozwolili nam też wynająć mieszkania. Zaproponowali pokój w moim rodzinnym domu. Rodzice kochali Hannah, traktowali ją jak drugą córkę, dlatego nie mieli nic przeciwko, by pojawiła się tu kolejna osoba. Byliśmy beztroscy, może odrobinę naiwni, ale szalenie w sobie zakochani.

Miałem dziesięć lat, kiedy zakochałem się w Hannah Rose Spark. Wpadła na mnie i powaliła na lodowisko, aż zadzwoniło mi w uszach. Wystarczyło jedno spojrzenie w niesamowite, błękitne oczy, bym stracił głowę, chociaż wtedy o miłości wiedziałem tyle co nic. Hannah patrzyła na mnie z lekko rozchylonymi ustami, nieco rozbawiona sytuacją, z opadającymi na policzki blond włosami. Wyglądała jak anioł. Anioł zesłany z niebios specjalnie dla mnie.

Od tamtego dnia nasza przyjaźń rozkwitała, staliśmy się dla siebie kimś więcej niż tylko kumplami. Zakochiwałem się w jej uśmiechu, dołeczkach w policzkach, w sposobie, w jaki jej oczy błyszczały, gdy opowiadała o swoich pasjach, sprawiając, że każda chwila z nią była wyjątkowa i niezapomniana. Kiedy mieliśmy po piętnaście lat, pierwszy raz wyznaliśmy sobie miłość. Nigdy nie czułem takiego szczęścia. Miałem ochotę skakać, krzyczeć, w zamian porwałem ją w ramiona i pocałowałem, aż zabrakło nam obojgu tchu.

Czas mijał, a my dorastaliśmy. Uczęszczaliśmy do szkoły, pracowaliśmy dorywczo to tu, to tam, ale zawsze wieczorem spotykaliśmy się stęsknieni za sobą, nienasyceni miłością. Ciąża zaskoczyła nas oboje, nie zamierzałem jednak płakać. Stało się, wziąłem na barki odpowiedzialność, aby zapewnić rodzinie byt. I tym razem rodzice stanęli na wysokości zadania, zaoferowali nam pełne wsparcie, byśmy mogli dokończyć edukację. Następnym krokiem był skromny ślub tylko dla najbliższej rodziny i przyjaciół. Hannah była tego dnia taka szczęśliwa, rozpromieniona. Wciąż powtarzała, że nie mogła wymarzyć sobie lepszego ślubu, jak bardzo mnie kocha i jak bardzo nie może doczekać się przyjścia naszego dziecka na świat. Brakowało mi słów, by wyrazić to, co do niej czułem. Z dumą wsunąłem Hannah obrączkę na palec, obiecując jej miłość aż po grób.

Nie nacieszyliśmy się sobą zbyt długo.

Jaka szkoda, że po dwóch latach nie czuję już jej zapachu. Tak dobrze byłoby wtulić nos w jej bluzkę i przypomnieć sobie moment, w którym miała ją na sobie.

Do pokoju wchodzi mama.

Unoszę głowę, posyłam jej niemrawy uśmiech i poklepuję miejsce na materacu.

Przysiada obok, ujmuje moją dłoń i ściska, dając mi nieme wsparcie. Przez kilka długich chwil panuje cisza, po prostu siedzimy i wpatrujemy się w wiszącą na ścianie ślubną fotografię. Trzymam na niej żonę w ramionach, Hannah unosi dłonie, a w tle widać dym z kolorowych flar. Powinienem zabrać to zdjęcie do domu i powiesić je w sypialni, by przed snem móc na nie patrzeć. Na drugiej fotografii są ze mną moi najlepsi przyjaciele, ubrani w eleganckie garnitury. Dzięki temu, że jest czarno-białe, wyglądamy jak gangsterzy. Zaciskam usta na wspomnienie naszej rozmowy tuż po ślubie. Podczas życzeń klepali mnie po plecach, nie dowierzając, że dopiąłem swego, chociaż tak długo olewali moje gadanie, że to dziewczyna na całe życie i w odpowiednim momencie zostanie moją żoną.

– Och, synku. – Zmartwiony głos mamy przerywa ciszę.

Obejmuję rodzicielkę ramieniem.

– Tęsknię za nią, mamo – szepczę przez ściśnięte gardło. – Minęły dwa lata, a w moim sercu wciąż zionie wielka pustka. Tak bardzo mi jej brak.

– Wiem, kochanie. Hannah była wspaniałą kobietą, spędziliście ze sobą wiele lat, dojrzewaliście tak jak wasza miłość. Cudownie było obserwować wasze szczęście, osiągane sukcesy, towarzyszyć wam na co dzień.

Przełykam ślinę, bo wzruszenie ściska mnie za gardło.

– Czasami wciąż nie dowierzam, że jej z nami nie ma.

Mrugam szybko, próbując odgonić napływające do oczu łzy.

– Życie jest do bani – kwituję ze złością.

– Nie zawsze jest kolorowo, ale widocznie tak musiało być. Dlatego Josephine pojawiła się na świecie tak wcześnie. Myślę, że Hannah chciała dać ci namiastkę siebie.

Jezu Chryste. Zrywam się na równe nogi, podchodzę do okna i zawieszam wzrok na ogrodzie i huśtawce, którą rodzice kupili specjalnie dla Josie. Słowa matki odbijają mi się w głowie, co wzmaga tęsknotę za żoną. Josie jest do niej tak bardzo podoba, dlatego gdy patrzę na córkę, zawsze widzę w niej moją ukochaną.

– Kocham Josephine, jest dla mnie wszystkim. Nigdy nie żałowałem, że Hannah zaszła w ciążę, chociaż byliśmy za młodzi na dziecko.

Słyszę, jak mama wzdycha.

– Dopiero wchodziliście w dorosłość, mimo to byłam dumna z Hannah, bo świetnie sobie poradziła. Ale jej już nie ma… – Urywa na moment, a ja ściągam brwi. – A Josie zasługuje, by mieć mamę – dodaje.

Co takiego?!

Gwałtownie się odwracam i ze szczerym zdumieniem patrzę w oczy matki. Czy ona naprawdę powiedziała to, co powiedziała, czy tylko mi się wydawało? Bo nie mogłaby sugerować mi innej kobiety, prawda?

– O czym ty mówisz? – pytam ostro.

– Wiesz, o czym. Chcesz być sam do końca życia?

Kurwa! Wsuwam palce we włosy i przeczesuję kosmyki nerwowym ruchem.

Czy ona nie zdaje sobie sprawy, jak wielki mam kocioł w głowie? Że nie poradziłem sobie z przeszłością, że nie mogę spać w nocy, targany koszmarami? Że codziennie wstaję z łóżka i przywdziewam maskę, by moje dziecko nie dostrzegło rozpaczy w moich oczach? Nawet nie patrzę w kierunku innych kobiet, sama myśl o tym sprawia, że mam ochotę walnąć sobie w łeb, a ona sugeruje…

– Jak, do cholery, miałbym dotknąć inną kobietę? To… to byłaby zdrada.

Irytuje mnie karcący wzrok matki.

– Nieprawda, Mason. Hannah była wyjątkowa, bardzo cię kochała. Jak myślisz, czy byłaby zadowolona, gdyby zobaczyła cię samotnego, w dodatku z waszym dzieckiem? Jestem pewna, że nie.

Co ona, jasnowidz, do kurwy nędzy?!

– Nie możesz mieć takiej pewności. Może ona wcale nie chciałaby, żeby obca kobieta wychowywała naszą Josie? Ja sam tego nie chcę, mamo, to się nigdy nie uda. Jestem dla niej ojcem i matką. Koniec. – Kręcę z niedowierzaniem głową. Zaczynam chodzić po pokoju, dotykam lustra, to w nim tak wiele razy Hannah się przeglądała, następnie komody, na której niejeden raz się z nią kochałem, i wreszcie uroczego, białego słonia z trąbą trzymającą kolorową piłkę. Prezent od mojej siostry.

– Wiem, że wciąż jest ci ciężko, ale ta mała dziewczynka nie powinna wychowywać się bez matki, a ty nie zasługujesz na życie w samotności.

Zaciskam zęby, próbując zachować spokój. Muszę się napić, wlać w siebie trochę alkoholu, by znieczulić targające mną uczucia.

– Powinniśmy wracać do domu, dziękuję za obiad. – Składam na policzku matki pocałunek i opuszczam pokój.

***

Po wejściu do domu Josie rzuca plecak w kąt, skopuje różowe trampki i biegnie do salonu, a potem rozwala się na kanapie. Chwyta pilot, włącza telewizor, a następnie swoją ulubioną bajkę. Dochodzi siódma wieczorem, to jej czas na relaks, więc nie komentuję tego ataku na telewizor. Zabieram plecak, odwieszam go na specjalny haczyk w kształcie motylka, trampki wrzucam do szafki. Muszę wprowadzić zasady, nauczyć córkę porządku, bo jak tak dalej pójdzie, w przyszłości będzie bałaganiarą. Już teraz burczy za każdym razem, kiedy zmuszam ją do uprzątnięcia jej pokoju, ale ostatnio znalazłem na nią dobry patent podpatrzony w internecie. Udaję, że wrzucam zabawki do worka na śmieci, a wtedy mała zapiernicza jak samochodzik i układa lalki w idealnym rzędzie.

Można? Można!

– Puszczam wodę do wanny, moja panno! – oznajmiam, na co wzdycha teatralnie. – A co to miało znaczyć? – Ustawiam się tak, by mieć córkę na widoku.

– Nic takiego, jestem tylko trochę zmęczona. – Jak na zawołanie potężnie ziewa. – Obejrzysz ze mną bajkę, tatusiu. Proszę? – Posyła mi ten słodki uśmiech, od którego zawsze mięknie mi serce.

Zajmuję miejsce na kanapie. Josie natychmiast siada mi na kolanach, a plecki opiera o mój tors. Owijam ją ramionami, zamykam oczy i całuję w bok głowy. Tak się składa, że znam każdy pieprzony odcinek Psiego patrolu, ale nie śmiem narzekać. Uwielbiam wieczory, kiedy po całym dniu wreszcie mogę odpocząć, nacieszyć się spokojem, córką w ramionach. Jest dość wcześnie na alkohol, jednak kiedy Josie zaśnie, muszę się trochę znieczulić. Wizyta u rodziców i rozmowa z mamą nieco wytrąciły mnie z równowagi. Do tej pory nie wspominała o innej kobiecie, więc nie mam pojęcia, dlaczego zrobiła to tym razem. Czy naprawdę sobie to wyobraża? Czy naprawdę Josie nie powinna wychowywać się bez matki? Nikt nie przygotował mnie na odejście Hannah, dlatego nie wiem, co ona pomyślałaby o słowach mamy. Czy miałaby mi za złe, gdybym się z kimś spotykał? Czy cierpiałaby, gdyby Josie miała nową mamę? Na myśl o tym czuję gniew na samego siebie. To się nie uda, mama nie powinna była siać zamętu.

– Kocham cię, tatusiu… – Zaspany szept wyrywa mnie z rozmyślań.

Uśmiecham się, słysząc te słowa.

– A ja kocham ciebie, motylku. Najmocniej na świecie. Jesteś moją księżniczką.

– Księżniczka potrzebuje rycerza – rzuca niespodziewanie. – Myślisz, że ja kiedyś też będę miała swojego? Takiego ładnego? Na białym koniu?

Po moim trupie!

– Pewnie tak, ale zanim cię dotknie, już ja sobie z nim porozmawiam.

– A o czym będziesz z nim rozmawiał? – odwraca się zaciekawiona i wlepia we mnie te brązowe ślepka.

No i masz, ja to się umiem wpakować w tarapaty! Czasami zapominam, jak ciekawska jest moja córka.

– Takie tam, męskie sprawy. – Puszczam jej oczko i mierzwię włoski. – Dokończ bajkę, a później do wanny.

Josie zasypia dopiero po dziewiątej. Sprzątam tornado w łazience, biorę odprężający prysznic, wkładam dresowe spodnie i przenoszę się z powrotem do salonu. Wreszcie mogę pozwolić sobie na relaks ze szklaneczką ulubionej whisky i ciszą. Siadam na kanapie i wpatruję się w wiszący nad kominkiem wielki portret żony. Pamiętam dzień, kiedy na polu pełnym słoneczników uśmiechała się szeroko i pozwoliła uchwycić się w obiektywie. Podziwiam jej piękną twarz, mały nosek, długie włosy i usta, które całowałem tak wiele razy. Tak potwornie za nią tęsknię! Minęło tyle czasu, a nie potrafię ruszyć dalej, zapomnieć, odgonić tego nieznośnego bólu, który nasila się z każdym dniem. Mam wrażenie, że jestem pustą skorupą, żyję tylko dla swojego dziecka, zaprogramowany niczym robot. Oddałbym wszystko, co mam, by Hannah wróciła do życia. By znów mogła ująć moją twarz w dłonie i wyszeptać czule „kocham cię”.

Jest jedyną kobietą, którą pokochałem.

I to się nigdy nie zmieni.

Rozdział 2

Mason

Jurrivh – You

Następnego dnia jesteśmy odrobinę spóźnieni. Josephine bez końca grzebała w szafie, nie mogąc się zdecydować na sukienkę. Psi patrol czy Elsa z Krainy Lodu? Popędzałem ją co najmniej dziesięć razy, groziłem, że się spóźnimy, ale nie wzięła sobie moich słów do serca. Zdecydowanie prościej było, gdy była brzdącem. Nie musiałem pytać jej o zdanie, brałem pierwsze z brzegu ciuchy – nieważne, czy był na nich Chase, czy Skye. Teraz, kiedy wie, czego chce, nie mam już prawa głosu. Przynajmniej nie w kwestii doboru garderoby.

Parkuję na pierwszym wolnym miejscu przy przedszkolu. Pomagam Josie wysiąść z samochodu i prowadzę ją za rękę w stronę budynku. Ociąga się, marudzi, głośno ziewa i narzeka, że się nie wyspała. Jest dopiero piętnaście po ósmej rano, a jej już wszystko nie pasuje. Zazwyczaj w takich momentach jeszcze bardziej robi mi na złość, jakby to lubiła.

Kobiety potrafią być bardzo przebiegłe.

– Motylku, możesz trochę przyśpieszyć? – proszę, ciągnąc ją za sobą.

– Tatku, naprawdę chce mi się spać. I boli mnie głowa. Czy nie mogłabym zrobić sobie wolnego?

Zatrzymuję się, kucam i kładę dłonie na jej ramionkach.

– Kochanie, naprawdę muszę jechać do pracy. Nie możesz zrobić sobie wolnego, ponieważ nie ma się tobą kto zająć, a nie mogę zostawić cię samej w domu. Obiecuję, że urwę się dzisiaj wcześniej. Co ty na to?

– No dooobra – kapituluje. Teatralnie wywraca oczami, okazując w ten sposób niezadowolenie. – Dzisiaj też coś dla ciebie narysuję.

– Na to liczę. – Pstrykam palcem czubek jej noska, na co reaguje moim ulubionym słodkim uśmiechem.

Wstaję, chwytam ją za rękę i wreszcie docieramy do środka. Są plusy spóźnialstwa. W korytarzu panuje spokój, nie ma żywej duszy, więc możemy bez przeszkód podejść do szafki, by Josie mogła się przebrać. Gdybym mógł, spóźnialibyśmy się codziennie.

– Charlie! – Pisk Josie niesie się po korytarzu niczym echo po jaskini.

Córka rzuca się w kierunku nauczycielki, a ja ponownie przyglądam się tej scenie z dozą niepewności, ponieważ nie wiem, co spowodowało, że tak polubiła opiekunkę. Josie zachowuje ostrożność wobec obcych, nie lgnie do nich tak chętnie, co kompletnie nie sprawdza się w przypadku tej dziewczyny. Wyglądają jak najlepsze przyjaciółki.

Podchodzę bliżej, z wsuniętą do spodni dłonią.

– Dzień dobry. – Nauczycielka wita mnie pięknym, szerokim uśmiechem.

Włożyła zieloną sukienkę, włosy zostawiła rozpuszczone. Opadają na ramiona i kręcą się u dołu. Na widok długich, zgrabnych nóg muszę przełknąć ślinę. Natychmiast karcę się za wkraczanie w rejony nieprzeznaczone dla mnie. Co się ze mną, do cholery, dzieje? Dotąd nie zwracałem uwagi na płeć przeciwną, dlaczego nagle interesują mnie sukienka oraz nogi tej dziewczyny?

– Dzień dobry. Uprzedzam, jest dzisiaj nieznośna.

Charlie cmoka i wymownie spogląda na moją córkę.

– Proszę się nie martwić, dam sobie z nią radę. Sprawimy, że będzie grzeczna jak aniołek. Prawda, Josie?

Josephine energicznie przytakuje głową, cała w skowronkach. Pff, też mi coś!

– A teraz biegnij się przebrać, poczekam tutaj na ciebie.

– Dobrze – odpowiada posłusznie i spełnia polecenie.

No proszę, kto by pomyślał. Szkoda, że w domu zmienia się w diabełka.

– Ma pan wspaniałą córeczkę.

Przez tego „pana” czuję się jak staruch.

– Nie będę zaprzeczał. Chyba każdy rodzic uwielbia swoje dziecko. – Patrzę dziewczynie w oczy. – Nie jestem aż tak stary, żebyś mówiła do mnie per „pan”. Wystarczy „Mason”.

Zawstydzona, zakłada kosmyk włosów za ucho.

 – W takim razie jestem Charlie.

Ponownie ściskamy sobie dłonie i ponownie – jak za pierwszym razem – czuję pełznący po skórze prąd. Uwalniam jej szczupłą rękę i drapię się po karku.

– Cieszę się, że zajmujesz się moją córką. Chyba bardzo cię polubiła.

– Ja również obdarzyłam ją sympatią. To radosna, żywiołowa dziewczynka, tylko potrzebuje uwa…

Charlie nie kończy, bo w tym momencie podbiega do nas Josephine. Uwiesza się na mojej nodze, unosi głowę i robi jakąś dziwną, głupkowatą minkę.

– Jestem gotowa – oznajmia zadowolona.

– W porządku, motylku. Pamiętaj… – Wystawiam palec na znak groźby, choć moja córka niewiele sobie z tego robi. – Bądź grzeczna, dobrze? Zero marudzenia.

– Tak, tak – burczy, wywracając oczami.

Kucam i nadstawiam policzek do pocałunku. Josie szybko muska go ustami, po czym chwyta nauczycielkę za rękę i ciągnie ją w stronę sali.

– Miłego dnia, Mason.

– Dziękuję, Charlie, wzajemnie. – Kiwam głową, odwracam się, a następnie opuszczam budynek i zmierzam do samochodu.

***

Popijam kawę i przeglądam projekt dla nowego klienta. Próbuję się skupić, ale widocznie nie tylko Josie się nie wyspała, bo ze mną również jest coś nie tak. Staram się zrozumieć, co czytam, jednak odpływam myślami i gówno mi z tego wychodzi. Sfrustrowany, rzucam papiery na biurko, chowam twarz w dłonie i biorę głęboki wdech. Uświadamiam sobie, że nie powinienem był odstawiać leków. Chyba poczułem się zbyt pewnie i pochopnie przestałem je brać. Tylko dzięki nim trzymałem się w pionie, moje myśli nie uciekały w niebezpieczne rejony, czułem się jak człowiek, a nie zombie. Od miesiąca odczuwam skutki odstawienia, stąd rozdrażnienie, frustracja, brak skupienia i powroty do przeszłości. Znowu się zadręczam, gasnę, odgradzam się murem, zamykam na świat, choć tak naprawdę ledwie się na niego otworzyłem.

Przez ostatnie półtora roku trzy razy w tygodniu sadzałem tyłek w eleganckim fotelu Dorothy – kobiety, która uczęszczała do college’u z moim ojcem. Wiele razy płakałem jak dziecko, użalałem się nad sobą, a ona próbowała wbić mi do łba, że jeszcze wszystko będzie dobrze. W końcu stwierdziłem, że to gadanie na mnie nie wpływa i trzy miesiące temu postanowiłem przerwać ten cyrk. Mam świadomość, że moje życie znowu zmierza w fatalnym kierunku i muszę zrobić to, czego bardzo nie chcę robić – wrócić do Dorothy. Chryste, wolę sobie nie wyobrażać jej miny na mój widok. Prosiła, bym nie rezygnował, przekonywała, że to zdecydowanie za wcześnie, ale byłem zbyt uparty, by jej posłuchać. I proszę, jak to się dla mnie skończyło.

Odsuwam dłonie i patrzę na stojące na biurku zdjęcie żony. Zrobiłem je w domowym zaciszu, kiedy siedziała w ogrodzie, w mojej białej, za dużej koszuli, i z figlarnym uśmiechem patrzyła w obiektyw. Była wtedy w siódmym miesiącu ciąży. Nigdy nie wyglądała tak pięknie jak wtedy. Tryskała szczęściem na myśl, że zostaniemy rodzicami, przepełniała ją duma na wieść, że to będzie dziewczynka. Z zaangażowaniem szukała imienia, kupowała ubranka, wybrała łóżeczko i wózek, nawet tapetę w misie. Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj, niemal słyszę, jak szepcze, bym położył dłoń na jej brzuchu, bo dziecko urządza kolejną turę kopniaków. Ułożyłem ją na trawie i z czułością nawiązywałem kontakt z moją córką.

Zwijam dłonie w pięści, walcząc z narastającym gniewem.

Znam to uczucie, wiele razy atakowało znienacka, gdy wylałem już wszystkie łzy, a bezradność ustąpiła tak samo jak żal. Wtedy zmieniałem się w kogoś, kogo żadne z moich bliskich nie rozpoznawało. Szalałem, demolując wszystko, co wpadło mi w ręce. Przeklinałem los i Boga za odebranie mi kobiety, bez której nie mogłem oddychać. Aż w końcu opadałem z sił i zapadałem w niespokojny sen. Miałem żal do świata, bo po tym, jak odeszła, nadal istniał, choć dla mnie przepadł bezpowrotnie. Ludzie chodzili do pracy, szkoły, na randki. Brali życie garściami. Śmiali się, kłócili, zwiedzali świat, płakali, kochali się, jedli. Tylko ja stanąłem w miejscu i nie wiedziałem, jak zrobić kolejny krok.

– Synu?

Potrząsam głową i wracam do rzeczywistości. Unoszę wzrok, aż napotykam zatroskane spojrzenie ojca. Stoi w drzwiach ze wspartym na futrynie ramieniem.

– Myślę, że powinieneś odpocząć. Weź urlop, zabierz gdzieś Josie.

Urlop? Czy on postradał rozum? Chce mnie wykończyć?

– Nie jestem zmęczony – rzucam od niechcenia i opieram plecy o skórzany fotel. – Poza tym mamy za dużo pracy. W tym tygodniu czeka nas spotkanie z Sullivanem, trzeba się do niego dobrze przygotować.

– Nie obawiaj się, damy sobie radę. – Wchodzi do biura powolnym krokiem i nie spuszcza ze mnie wzroku. Ojciec zna mnie jak nikt inny, nawet nie musi pytać, bo wyczuwa mój nastrój. Wkurza mnie to, że widzi wszystko wyłożone jak na tacy. – Martwię się o ciebie, synu.

Podnoszę tyłek z fotela i podchodzę do okna, po czym skupiam wzrok na pięknym widoku na miasto. Hannah uwielbiała to miejsce. Zawsze przychodziła tutaj z uśmiechem i długo wpatrywała się w panoramę Seattle. Tak wiele razy dociskałem ją do tej szyby i brałem od tyłu. Chryste! Jakim cudem mam wyrzucić ją z głowy?!

– Wszystko gra, nie masz powodu do zmartwień. – Nie odwracam się za siebie. – Po prostu ostatnie dni były dość intensywne, a ja musiałem wszystkiego dopilnować.

– Dlatego myślę, że kilka dni wolnego dobrze ci zrobi. Zastanów się nad tym.

Odwracam się i błagam ojca spojrzeniem, by mnie nie dręczył.

– Tato… zapewniam cię, że nic mi nie jest.

– Obaj wiemy, że to gówno prawda. – Jego ostry ton mnie zaskakuje. Ojciec to oaza spokoju, trudno wyprowadzić go z równowagi, więc jeśli zwraca się do mnie w ten sposób, naprawdę podniosłem mu ciśnienie. – Pamiętaj, że chcę dla ciebie dobrze, Mason. Widzę, że cierpisz, co jest całkowicie normalne, ale masz dziecko, dlatego musisz wziąć się w garść. Zadzwoń do Dorothy, proszę. Wiem, że zrezygnowałeś z terapii.

Co, do kurwy?!

– Chwila! Skąd o tym wiesz?

Ojciec wymownie unosi brew, dając mi niemą odpowiedź.

– Nie obowiązuje jej tajemnica lekarska? – burczę, wkurzony.

– Pamiętaj, że to moja dobra koleżanka, znam ją od dwudziestu pięciu lat, synu. Ona również się o ciebie martwi i twierdzi, że ta decyzja była zbyt pochopna.

Nerwowo przeczesuję włosy, mieląc pod nosem przekleństwo.

Nie ma sensu się przed tym bronić, wiem, że muszę wrócić, inaczej spadnę na samo dno, a na to pozwolić sobie nie mogę. Nie mogę zawieść Josie.

– Dobrze, zadzwonię. Umówię się na wizytę.

Tata podchodzi bliżej, kładzie mi dłoń na ramieniu i patrzy mi w oczy. Kocham tego człowieka, zrobił dla mnie tak wiele, okazał morze wsparcia, za co nigdy nie zdołam się odwdzięczyć. Widzę troskę w jego oczach, dostrzegam, jak ważny jest dla niego mój stan. Jego również nie zamierzam zawieść.

– Pozwól Dorothy działać. Obaj wiemy, że postawi cię na nogi. – Posyła mi lekki uśmiech, odwraca się, po czym opuszcza biuro i cicho zamyka za sobą drzwi.

Ponownie przenoszę wzrok na widok za oknem i biorę kilka głębokich wdechów, by rozluźnić napięte mięśnie. Wreszcie wyjmuję telefon, wybieram znajomy kontakt i przez chwilę gapię się na ekran, próbując przełknąć gorzki smak porażki.

Kiedy ostatnio wychodziłem z jej gabinetu, obiecałem, że nigdy do niego nie wrócę.

***

Liczyłem na trochę więcej czasu od Dorothy. Myślałem, że nie znajdzie terminu przez najbliższy tydzień, ale wcisnęła mnie w grafik jeszcze dzisiaj. Nie jestem gotowy na to spotkanie, nawet nie wiem, co tak właściwie mam powiedzieć. Z ciężkim sercem kroczę przez hol, wlepiam wzrok w czarne, wypolerowane płytki, a dłonie wsuwam w eleganckie spodnie od garnituru. Dodaję sobie odwagi gadką motywującą, którą przeprowadzam w głowie. Obiecuję sobie szczerość wobec tej kobiety, wyleję wszystkie żale, zmartwienia, obawy, niczego przed nią nie zataję. Już tutaj jestem, nie ma sensu udawać szczęśliwego, skoro rzeczywistość diametralnie się różni.

Docieram do recepcji, gdzie przy biurku siedzi znajoma blondynka. Wita mnie skinieniem głowy, wstukuje coś w laptop, a kiedy uiszczam opłatę, wskazuje palcem na drzwi gabinetu. Przełykam ślinę, w brzuchu pojawia się ten nieznośny skurcz, dłonie pokrywa pot. Pukam dwa razy, po czym popycham drzwi i wchodzę do pomieszczenia.

Przez trzy miesiące nic się tu nie zmieniło. Nadal jest skromnie, przestronnie, przytulnie. Beżowe ściany, kanapa w kolorze mięty, ciągnące się od podłogi po sufit okna z widokiem na ogród i fikuśna lampa, której tak wiele razy się przyglądałem.

Kobieta wita mnie szczerym uśmiechem, a potem gestem zaprasza do środka.

Wchodzę na wiotkich nogach, zamykam drzwi i zajmuję swoje stałe miejsce. Przez chwilę panuje cisza. Dorothy przygląda mi się uważnie, jakby próbowała przejrzeć mnie na wylot. Czuję się trochę niezręcznie, bo nigdy nie lubiłem, kiedy wlepiała we mnie te podejrzliwe ślepia.

– Czułam, że szybko wrócisz – dodaje.

Dzięki za szczerość, kobieto!

Wstaje z fotela, podchodzi do wielkiego regału i szuka teczki, w której jest wszystko, co związane z moją skromną osobą. Czasami nawet nagrywała nasze sesje, a potem katowała mnie nimi, żeby pokazać zmianę, którą przeszedłem.

Zrobiłem tyle kroków w przód, by finalnie znowu się cofnąć.

– Skoro ponownie się spotykamy, mam rozumieć, że jest gorzej? – pyta.

Przytakuję, nie spuszczając z niej wzroku.

– No dobrze, więc zaczniemy od początku. Opowiedz mi, jak się czujesz.

– Chujowo – wypalam bez ogródek, na co Dorothy unosi brwi. Jestem jej wdzięczny, że nigdy nie karciła mnie za mocne słowa i pozwalała mi na wyrażenie uczuć. – Przez jakiś czas było dobrze, trzymałem się, funkcjonowałem normalnie i miałem nadzieję, że udało mi się ruszyć do przodu. Starałem się cieszyć każdą chwilą, jak radziłaś.

– I co się wydarzyło?

Bezradnie wzruszam ramionami.

– Od mniej więcej miesiąca coś zaczęło się sypać. Znowu wpadłem w dołek, nie jestem w stanie się skoncentrować, chodzę podminowany, sfrustrowany, wróciły koszmary. Spędzam wieczory na gapieniu się w jej portret, chociaż obiecałem sobie tego więcej nie robić.

– Zbyt wcześnie odstawiłeś leki i zbyt pochopnie zrezygnowałeś z terapii – wypomina mi i nawet nie drga jej powieka.

– Tak, teraz to wiem – przyznaję niechętnie. – Poczułem się dobrze, więc stwierdziłem, że po odstawieniu leków niewiele się zmieni. No cóż…

– Jesteś inteligentnym, młodym mężczyzną, Mason. Skoro mówię, że to ja decyduję o konieczności przyjmowania leków, to tak jest. Nic nie robisz na własną rękę, zrozumiano?

– Tak, szefowo. – Salutuję.

Dorothy wzdycha.

– Opowiedz mi o swoich myślach.

– Tęsknię za nią – walę prosto z mostu. – Tylko o tym jestem w stanie myśleć. Widzę ją w każdym kącie domu, a wizyty u rodziców wcale nie pomagają. Jestem po nich zdołowany, ale nie mogę oddzielić Josie od dziadków. Kochają ją, moja siostra również.

– Przeżyłeś ogromną tragedię. To poważna sprawa i każdy człowiek radzi sobie w takich przypadkach na własny sposób. Jedni zbiorą się do kupy w rok, inni w dziesięć lat, a jeszcze inni… nigdy. Powtarzałam ci to wiele razy.

Przeraża mnie ta myśl. Wręcz paraliżuje mnie strach, że już do końca życia będę tylko egzystował, niezdolny do uśmiechu, szczęścia, odczuwania większych emocji. Mimo że w głębi duszy jestem przygotowany na samotność, na pewno nie jestem gotowy na wieczne użalanie się nad sobą, koszmary niepozwalające zmrużyć oka, brak chęci do życia. Za nic w świecie nie chcę znowu czuć się tak beznadziejnie.

– Przeżywasz śmierć żony. Nie ma ustalonej daty, kiedy twoja rozpacz dobiegnie końca, to od ciebie zależy, kiedy się z nią uporasz. Musisz zamknąć ten rozdział.

I tu pojawia się spory problem.

– Sęk w tym, że wcale nie chcę go zamykać. Kocham ją. Zawsze tak będzie. Nie będę w stanie spojrzeć na inną kobietę, a moja matka powiedziała mi, że Josie potrzebuje…

– …matki – kończy za mnie, a ja przytakuję. – Cóż, w pewnym sensie Elizabeth ma rację, Mason. Josie jest jeszcze bardzo mała. Miała zaledwie trzy lata, kiedy Hannah odeszła, i jeszcze niewiele rozumie. Ale na pewno zauważa, że inne dzieci mają dwoje rodziców, a ona nie.

Przez to, co mówi, czuję się jeszcze gorzej. Zaczynam siebie nienawidzić, że jednak nie daję Josie wszystkiego, na co zasługuje. To moja wina, bo nie umiem się przełamać, nie potrafię poderwać kobiety, choć dawniej nie miałem z tym żadnego problemu. Flirtowałem z Hannah, czarowałem ją, adorowałem. Teraz do niczego już się nie nadaję.

– Wiem, że nie jesteś gotowy na związek, rozumiem to. Nie wymagam, byś rzucił się w wir randkowania, Mason. Po prostu chcę, żebyś wyszedł do ludzi, zaczął z nimi rozmawiać.

– Codziennie robię to w pracy – odpowiadam.

– Wiesz, że nie o to mi chodzi. – Dorothy mierzy mnie spojrzeniem. – Chodzi mi o nieco bliższe relacje, na przykład spotkanie z koleżanką. Poznałeś kogoś nowego?

Nie przypominam kobiecie, że prócz pracy i córki nie mam innego życia. Nie wychodzę do pubu, nie bywam na szalonych imprezach, nie uprawiam przygodnego seksu. Prowadzę swoje życie w jednym kierunku, nie zbaczam z kursu i dobrze mi z tym.

– Nie zbliżam się do płci przeciwnej, nie interesują mnie inne kobiety, poza… – Nie kończę, bo w mojej głowie nagle pojawia się twarz Charlie. – Okej, jest pewna dziewczyna, pracuje w przedszkolu. Josie ją uwielbia, wciąż o niej nawija.

– Opowiedz mi o niej. – W oczach Dorothy błyska nadzieja.

– Tak naprawdę niewiele o niej wiem. Widuję ją w przedszkolu codziennie od sześciu miesięcy, ale nie rozmawialiśmy za dużo. – Nie wspominam o dziwnych reakcjach mojego ciała za każdym razem, kiedy mnie dotyka. – Wygląda na sympatyczną, chociaż martwi mnie relacja Charlie z Josie. Ostatnio nawet się do niej przytuliła! – wypalam, wciąż nie do końca rozumiejąc sytuację. – Nie chcę, żeby moja córka za bardzo się do niej przywiązała. Co, jeśli mała sobie coś ubzdura? Josie ma głupie pomysły. Nie zamierzam dawać córce złudnej nadziei.

Dorothy kręci głową, a potem zapisuje coś na tablecie.

– Nie możesz oddzielać Josie od wszystkich kobiet, Mason. Nie tędy droga. Poza tym może tobie również towarzystwo kobiety dobrze zrobi?

Już rozchylam usta, by ją ochrzanić, lecz wystawia palec i nakazuje mi milczenie.

– Nie w tym sensie, mój drogi. Czasami wystarczy zwykła rozmowa, żeby się rozluźnić. Nie pomyślałeś chociażby o przyjaźni? Przyjaciele są potrzebni w życiu, ich wsparcie, obecność.

Oczywiście, że nie pomyślałem. Ja i koleżanka? Nie sądzę, by to się udało.

– Do tej pory przebywałem tylko z koleżankami w pracy.

– Sam widzisz, jak bardzo jesteś samotny. Kontakt z innymi ludźmi jest bardzo ważny, tak samo jak zwykła rozmowa. Zawrzyj nowe znajomości, wyjdź do knajpy, napij się piwa.

Nie wspominam, że preferuję whisky w towarzystwie żony.

– Ta dziewczyna to może być dobry początek. Koleżanka to nic złego, naprawdę. Nie namawiam cię do uprawiania dzikiego seksu, tylko do zwykłej rozmowy.

– Nie wierzę w przyjaźń damsko-męską, Dorothy. Poznałem Hannah, kiedy miałem dziesięć lat. Już wtedy wiedziałem, że zostanie moją żoną, chociaż śmiała się ze mnie i mówiła, że będę tylko jej przyjacielem. Sama wiesz, jak to się skończyło.

– To było piękne zakończenie, mój drogi. Od przyjaźni do miłości – kwituje, rozmarzona. – Pozytywne nastawienie, Mason. Jeśli będziesz widział wszystko negatywnie, w ogóle nie wystawiaj nosa z domu – rzuca kąśliwie, a moje brwi strzelają w górę.

Przez trzy miesiące komuś wyostrzył się charakterek.

– Otworzyłeś się nieco bardziej na rodziców? – Tym pytaniem trafia w sam środek mojego serca. – Zanim zrezygnowałeś, obiecałeś mi coś. Pamiętasz?

Tak, mimo że wolałbym zapomnieć. Podstępem wymusiła na mnie obietnicę częstszych wizyt u rodziców i dzielenia się z nimi emocjami.

To nauczka, żeby nigdy nie obiecywać niczego tej kobiecie.

– Ostatnio nie widywaliśmy się zbyt często. Nie chcę obarczać ich swoimi problemami – stwierdzam zrezygnowany. Pochylam głowę i zawieszam wzrok na obrączce, której do tej pory nie odważyłem się zdjąć. – Mają już dość na głowie.

– Pamiętaj, że bliscy są po to, aby cię wspierać. Oni również przeżywają tę stratę i wspólne rozmowy mogą pomóc zarówno tobie, jak i im. Zatrzymywanie uczuć w sobie może prowadzić do jeszcze większego bólu. Spróbuj otworzyć się przed nimi, kiedy będziesz czuł się na to gotowy. Kto wie? Może wtedy zrzucisz trochę ciężaru z barków?

Chciałbym, żeby to było takie proste.

***

Dzisiaj to Josie czeka na mnie. Ledwie wchodzę do przedszkola, a już wesoło mi macha. Witam się kulturalnie z kilkoma mamami. Żałuję, że na horyzoncie nie dostrzegam żadnego faceta. Byłoby mi zdecydowanie raźniej, gdybym nie był tutaj rodzynkiem. Naprawdę żaden tatuś nie odbiera potomka z przedszkola? Co jest z nimi nie tak?

– Dzień dobry. – Obok mnie materializuje się brunetka. Kojarzę ją z widzenia, jest mamą kolegi Josie. Ubrana w elegancką sukienkę ze zbyt wydatnym jak na mój gust dekoltem posyła mi szeroki uśmiech. – Jestem Connie, mama Leonardo.

– Miło mi, Mason. Ojciec Josie. – Wysilam się na słaby uśmiech i z grzeczności ściskam jej drobną dłoń.

– Och, śliczna i grzeczna dziewczynka. Leo ją uwielbia!

Mam ochotę przewrócić oczami, bo akurat o tym kawalerze słyszałem już nieraz. Niestety Josie skarżyła się, że ciągnie ją za kucyki. Mały gnojek!

– Może któregoś dnia wybierzemy się na kaw…

Radosny śmiech Josie przerywa wypowiedź kobiety. Całe szczęście! Chyba wiem, co chciała powiedzieć. Z pewnością nie byłem na to gotowy. Jak nigdy cieszę się, że moja córka wpadła akurat w tym momencie. Uratowała mi skórę.

– Tęskniłam za tobą, tatusiu – mówi mi do ucha.

– Ja za tobą też, motylku. – Odgarniam włoski opadające jej na czoło, po czym składam na nim czuły pocałunek. – Jedziemy do domu?

– Idę się przebrać, potrzymaj. – Wciska mi do ręki stos kartek i biegnie w stronę swojej żółtej szafki.

Z sali wychodzi Charlie, która w towarzystwie drugiej kobiety podąża do szafek, by przypilnować dzieciaków. Przez chwilę rozmawia z chłopcem, ale potem kieruje się do Josie i chwyta jej plecak powieszony na wieszaku z motylkiem. Obserwuję je uważnie; ich gesty, uśmiechy, dotyk. Moje dziecko jest zdecydowanie zbyt ufne i zbyt dużo czasu spędza z tą dziewczyną, co – jak widać – już wymknęło się spod kontroli.

Charlie żegna się z moją córką. W drodze powrotnej zauważa mnie, więc podchodzi i wita się skinieniem głowy.

– Widziałeś już rysunki Josie? – zagaduje. – Bardzo się dzisiaj starała.

– Och, jeszcze nie. – Rzucam okiem na kartki w dłoni. – Właściwie chciałem poczekać na nią, żeby sama mi je zaprezentowała.

– Oczywiście. – Posyła mi uśmiech, ukazując równe, białe zęby. Cholera, dlaczego się tak na nią gapię? To na pewno przez Dorothy, która namieszała mi we łbie! – Zdradzę ci w sekrecie, że twoja córka ma chłopaka – szepcze konspiracyjnie.

– C-co takiego? – dukam kompletnie zaskoczony jej słowami. Przecież nie ma jeszcze pięciu lat, o jakim chłopaku mowa?! – Z tego, co wiem, ona nienawidzi chłopców! – Spoglądam na swoje dziecko.

– Chyba zmieniła zdanie. Na początku się nie lubili, ale teraz są wręcz nierozłączni.

Kręcę głową, nie mogąc w to uwierzyć. Josie siedzi na podłodze, zmienia buty, a tuż obok niej czuwa chłopczyk z blond włosami, ubrany niczym model z magazynu mody dla maluchów. Co zaskakujące, patrzy na moją córkę jak sroka w gnat, słucha tego, co do niego mówi, jakby rzuciła na niego urok. Słodki Boże! Jeśli już teraz moje dziecko ma taki wpływ na chłopców, chyba nie chcę myśleć, co będzie później!

– Faktycznie, wydają się być w sobie… zakochani. – Zaciskam usta, by się nie roześmiać, za to Charlie się nie krępuje, chichocząc cicho.

– Tak, są naprawdę słodcy. Josh nie odstępuje jej nawet na krok.

Okej, to zaczyna mnie trochę martwić.

– Podziwiam cię za pracę z tyloma dzieciakami. To wymaga mnóstwa cierpliwości. Wszyscy biegają, krzyczą, robią wokół siebie mnóstwo zamieszania. Mam przy Josie pełne ręce roboty, a ona jest tylko jedna.

– Uwielbiam dzieci – odpowiada rozczulona i spogląda na moją córkę. – Jestem jedynaczką, wychowałam się sama, więc zawsze brakowało mi towarzystwa. Wśród tej gromadki czuję się wspaniale, jakbym nadrabiała swoje dzieciństwo. – Pochyla głowę, ściąga brwi, a po uśmiechu nie ma nawet śladu.

Kiedy urodziła się Jillian, miałem siedem lat, lubiłem samochody, koszykówkę i kolegów, a ona wywróciła moje życie do góry nogami. Na początku w ogóle nie chciałem jej w naszym domu, była niczym intruz, który pojawił się niespodziewanie, bez zaproszenia. Ale kiedy rosła, posyłała mi urocze, bezzębne uśmiechy i chodziła za mną krok w krok, stała się dla mnie całym światem. Nie wyobrażam sobie dorastania w pojedynkę, dlatego ogarnia mnie współczucie wobec Charlie. To musi być cholernie smutne – nie móc dzielić smutków i radości z rodzeństwem, wspólnie broić, powierzać sobie tajemnic, kryć się wzajemnie przed rodzicami.

– Mam nadzieję, że kiedyś wyjdę za mąż i urodzę przynajmniej czwórkę dzieci – dodaje ku mojemu zaskoczeniu. Wybałuszam oczy na wyobrażenie czwórki biegających po domu maluchów. Szaleństwo! – Och, gdybyś widział teraz swoją minę! – nabija się ze mnie.

– Wybacz, to mnie przerosło. Jesteś odważna, Charlie. Czwórka dzieci?

– Na pewno nie mniej – odpowiada dumnie, unosząc podbródek.

Naszą rozmowę przerywa Josie. Przeskakuje przez płytki tak, by nie nadepnąć na linię, i po chwili wtula się w moją nogę niczym szczeniaczek. Uderzają mnie słowa Charlie o rodzeństwie, bo nagle sobie uświadamiam, że Josephine nigdy go nie dostanie.

***

W drodze powrotnej co rusz zerkam we wsteczne lusterko. Josie siedzi w foteliku, nuci pod nosem i spogląda przez okno. Jej włoski opadają na ramiona, a ulubiona tiulowa sukienka jest nieco pobrudzona od kredek. Czeka mnie pranie, bo w koszu uzbierała się już niezła sterta. Czasami odnoszę wrażenie, że moje dziecko szoruje sobą podłogę w przedszkolu, bo wraca z czarnymi spodniami, choć rano wkładała różowe.

– Słyszałem, że masz chłopaka – mówię, kiedy zatrzymuję się na czerwonym świetle.

Josie marszczy brwi, a nasze spojrzenia spotykają się w lusterku.

– Charlie ci powiedziała?

Potakuję głową.

– Ma na imię Josh. Lubię go.

– A twierdziłaś, że nie lubisz chłopców. Jak to szło? – Stukam palcem po brodzie, udając, że się zastanawiam. – Są beznadziejni i śmierdzą? – przypominam jej własne słowa.

Josie mruży oczy i wydyma usta w grymasie.

– Josh wcale nie śmierdzi, tatku. Pachnie cukierkami! Dzisiaj zbudowaliśmy z klocków megawieżę, ale Diana ją zburzyła. Josh za to pociągnął ją za włosy. Dobrze jej tak!

– Hola, hola! Wiesz, że to złe, prawda? – Posyłam córce surowe spojrzenie, by wiedziała, że nie popieram takiego zachowania. – Nie można nikogo ciągnąć za włosy, Josie.

– Jak to? Nawet jeśli ktoś robi coś źle i zniszczy wieżę?

– Nawet wtedy. Jakakolwiek przemoc nie jest rozwiązaniem.

– Do bani… – kwituje z naburmuszoną miną. Wiele kosztuje mnie zachowanie powagi, kiedy widzę te wygięte ze złości usteczka. – To co się wtedy robi, tatku?

– Powiedz o tym opiekunce. Ona będzie wiedziała, co zrobić.

– Aha, czyli mam naskarżyć? – pyta oburzona.

Rozchylam usta, po czym zamykam, bo odpowiedź mojej dziewczynki chwilowo mnie zatyka. Cholera, muszę wybrnąć, dać jej dobry przykład, wyjaśnić tak, by dobrze zrozumiała. Wiercę się na siedzeniu, stukam palcami w kierowcę i układam w głowie słowa tak, by dotarły do Josie.

– Mówienia o pewnych rzeczach dorosłym wcale nie trzeba uznawać za skarżenie, motylku. Lepiej powiedzieć, jeśli ktoś robi coś złego, wtedy Charlie zareaguje. – Na wzmiankę o ulubionej opiekunce w oczkach małej pojawia się błysk. – Więc jak będzie? Koniec z ciągnięciem za włosy kogokolwiek, tak?

Unosi wzrok, jakby rozważała, czy się ze mną zgodzić.

– Pomyślę nad tym – odpowiada i wraca do podziwiania widoków za oknem.

Kręcę głową i ruszam ze świateł.

***

Przez kilka kolejnych dni wpadam w przyjemną rutynę. Dom, praca, Josie. Dom, praca, Josie. W ten rytm wkrada się na powrót Dorothy, nasze godzinne spotkania, moje zwierzenia i jej cenne rady. Łykam również małe, niebieskie tabletki, które mają na mnie zbawienny wpływ. Frustracja zostaje wyciszona, tak jak niepokój, a dręczące mnie bez końca koszmary odpuszczają. Dzięki temu, że lepiej śpię, mój mózg funkcjonuje na pełnych obrotach, wraca koncentracja, więc ponownie czuję się jak ryba w wodzie i z uwagą śledzę nowe projekty. Zawód architekta wymaga ogromnej odpowiedzialności i zaangażowania, dlatego muszę mieć spokojny umysł. Na szczęście życie stało się bardziej… znośne. I chociaż Dorothy wspomniała, że do pełnego działania leków potrzeba nawet do sześciu tygodni, już widzę różnicę. To podtrzymuje mnie na duchu.

Chwytam kubek z logo firmy, upijam łyk i myślę o ostatnich dniach.

Za radą terapeutki postanowiłem nieco otworzyć się na ludzi. Uchyliłem zaledwie furtkę, ale Charlie doskonale to wykorzystała. Teraz ucinamy sobie pogawędkę za każdym razem, kiedy odbieram Josie z przedszkola, i podoba mi się to bardziej, niż powinno. Dziewczyna zawsze wita mnie szerokim uśmiechem, raczy kilkoma ciekawostkami i pyta, jak minął mi dzień. Pewnego dnia w drodze do pracy przyłapałem się na tym, jak bardzo lubię nasze pogawędki, jej troskę o Josie, zainteresowanie tym, jak poszła ważna dla mnie rozmowa z klientem. Ta drobna brunetka jest pierwszą od śmierci Hannah kobietą, z którą zamieniłem więcej niż kilka słów. Jest naprawdę urocza i nie zadaje niewygodnych pytań, przez które pewnie poczułbym się zmieszany. Jestem pewny, że Josie sama chętnie opowiedziała jej o tym, gdzie znajduje się mamusia. Na szczęście Charlie nie poruszyła ze mną tego tematu. Nie mam pewności, jaka byłaby moja reakcja. Nienawidzę rozmawiać z obcymi o żonie, a nie chciałbym sprawić tej dziewczynie przykrości.

Czy to możliwe, by w czternaście dni obdarzyć kogoś sympatią, jeśli wcześniej praktycznie unikało się ludzi?