Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Tylko dlatego, że jej przyjaciółce zachciało się spaceru, Jessica zgadza się wracać ze szkoły na piechotę. I proszę bardzo: ląduje w samym środku okropnej burzy. I w samym środku okropnych kłopotów. Co prawda, kłopoty jakoś lubią Jess. Ale nie takie! Bo tym razem gdzieś w drodze do domu Jessica zdobywa nowy talent. Zdumiewający dar, którego można używać dobrze... albo źle. A wtedy trzeba wiać! Przed wścibskimi dziennikarzami... i FBI.
[Opis okładkowy]
Cykl: 1-800-Jeśli-Widziałeś-Zadzwoń, t. 1
/Kiedy piorun uderza, Meg Cabot (pseud. Jenny Carroll), 2003 rok, ISBN 8324102493, wydanie I, Amber/
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Bielsku Podlaskim
Gminna Biblioteka Publiczna w Komorowie Żuławskim
Miejska Biblioteka Publiczna w Łomży (2)
Miejska Biblioteka Publiczna w Mińsku Mazowieckim (2)
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu
Biblioteka Publiczna w Stęszewie
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie (2)
Biblioteka Publiczna i Dom Kultury Gminy Zduny
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 246
Rok wydania: 2003
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Powieści dla nastolatków w Wydawnictwie Amber
Meg Cabot
PAMIĘTNIK KSIĘŻNICZKI 1
PAMIĘTNIK KSIĘŻNICZKI 2
Księżniczka w świetle reflektorów
PAMIĘTNIK KSIĘŻNICZKI 3
Zakochana księżniczka
DZIEWCZYNA AMERYKI
Melvin Burgess
LADY
Jak stałam się suką
Chloe Rayban
WIRTUALNA PŁEĆ
Jenny Carroll
KIEDY PIORUN UDERZA
w przygotowaniu:
Markus Zusak
MOJE TAK ZWANE ŻYCIE
Jenny Carroll
KRYPTONIM KASANDRA
Przekład Aleksandra Januszewska
Tytuł oryginału
WHEN LIGHTNING STRIKES
Redaktor serii
MAŁGORZATA CEBO-FONIOK
Redakcja stylistyczna
AGATA NOCUŃ
Redakcja techniczna
ANDRZEJ WITKOWSKI
Korekta
JOANNA LEWANDOWSKA
AGATA NOCUŃ
Ilustracja na okładce
Copyright © 2001 KAMIL VOJNAR
Opracowanie graficzne okładki
STUDIO GRAFICZNE WYDAWNICTWA AMBER
Skład
WYDAWNICTWO AMBER
Wydawnictwo Amber zaprasza na stronę Internetu
http://www.amber.sm.pl
Copyright © 2001 by Meggin Cabot.
Published by arrangement with Simon Pulse, an imprint of Simon & Schuster Children's Publishing.
All rights reserved.
For the Polish edition
Copyright © 2002 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.
ISBN 83-241-0249-3
Mam to opisać. Dokładnie. To się nazywa oświadczenie.
Właśnie. Oświadczenie. Mam opisać, jak do tego doszło. Od początku do końca.
W telewizji zwykle wygląda to tak, że składający oświadczenie siedzi sobie wygodnie i mówi, a ktoś inny to zapisuje. Potem dają do przeczytania i już, wystarczy tylko podpisać. Poza tym serwują kawę i pączki, i różne pyszności. Mnie dali tylko kupę papieru i cieknący długopis. Nie szarpnęli się nawet na dietetyczną colę.
To jeszcze jeden dowód na to, że telewizja kłamie.
Chcecie oświadczenia? Dobra, oto moje oświadczenie.
To wszystko przez Ruth.
Naprawdę. Zaczęło się tego popołudnia w kafeterii, w kolejce po hamburgery, kiedy Jeff Day powiedział Ruth, że jest taka gruba, że będą musieli ją pochować w pudle fortepianu, tak jak Elvisa.
To kompletna bzdura, bo - o ile mi wiadomo - Elvisa nie pochowano w pudle fortepianu. Owszem, był okropnie gruby, kiedy umarł, ale jestem pewna, że Priscilla Presley mogła sobie pozwolić na lepszą trumnę dla Króla niż fortepian.
A po drugie, co właściwie Jeff Day sobie wyobraża? Ze będzie bezkarnie wygadywał takie rzeczy o mojej najlepszej przyjaciółce?
No więc zrobiłam to, co zrobiłaby każda najlepsza przyjaciółka w takich okolicznościach. Wyszłam z kolejki i dołożyłam mu pięścią.
Nie myślcie sobie, że Jeff Day nie zasługuje na to, żeby obrywać pięścią, i to regularnie. To skończony dupek.
I wcale nieprawda, że dostał za mocno. No, owszem, zachwiał się i poleciał w pojemniki z przyprawami. No i co? Nie skaleczył się. Nawet nie dostał po gębie. Zobaczył moją pięść i uchylił się w ostatniej chwili, więc zamiast rąbnąć go w nos, jak zamierzałam, trafiłam go ostatecznie w szyję.
Mocno wątpię, czy zrobił mu się od tego siniak.
Ale, jasna sprawa, chwilę później na moim ramieniu wylądowała wielka, mięsista łapa i trener Albright odwrócił mnie twarzą do siebie. Okazało się, że stał w kolejce za mną i Ruth po talerz karbowanych frytek. Wszystko widział...
Z wyjątkiem tego momentu, kiedy Jeff mówi Ruth, że będą ją musieli pochować w pudle fortepianu. Tego akurat nie widział. Ale jak grzmotnęłam gwiazdę jego drużyny piłkarskiej pięścią w szyję, to oczywiście musiał zobaczyć.
- Idziemy, młoda damo - powiedział trener Albright.
Wyprowadził mnie z kafeterii i zabrał na górę, tam gdzie są gabinety pedagogów.
Mój pedagog, pan Goodhart, siedział za biurkiem, pożywiając się zawartością brązowej, papierowej torby. Ale nie ma co się nad nim użalać; na tej brązowej, papierowej torbie były złote łuki. Zapach frytek czuło się na korytarzu. Nie zauważyłam, żeby pan Goodhart przez ostatnie dwa lata, odkąd przychodzę do jego gabinetu, przejął się choć przez chwilę dawką nasyconego tłuszczu, jaką pochłania dziennie. Powiada, że ma szczęście, bo jego metabolizm z natury jest bardzo wysoki.
Podniósł głowę i uśmiechnął się, kiedy trener Albright powiedział „Goodhart” tym swoim głosem, od którego przechodzą ciarki.
Wyciągnął w naszą stronę wiadro frytek. Pan Goodhart nie oszczędzał na posiłkach.
Trener Albright nie wziął ani jednej.
Pan Goodhart spojrzał na mnie z dezaprobatą.
Pan Goodhart potrząsnął głową.
To chyba nie było dokładnie to, co trener Albright i pan Goodhart spodziewali się usłyszeć. Pan Goodhart tylko przewrócił oczami, ale trener Albright wyglądał jak ktoś, kto za chwilę dostanie zawału.
Trener Albright nie ruszał się jednak z miejsca, nawet kiedy usiadłam przy oknie na moim ulubionym, winylowym krześle w kolorze pomarańczowym. Grube, serdelkowate palce zwinął w pięści, zupełnie jak rozzłoszczone dziecko. Zrobił się czerwony na twarzy, a na środku czoła pulsowała mu drobna żyłka.
Pan Goodhart mrugnął do niego okiem. Powiedział uspokajającym tonem, jakby trener Albright był bombą, którą trzeba rozbroić:
Trener Albright prawdopodobnie nie rozumiał znaczenia takich słów, jak „traumatyczne” czy „adekwatny”, bo powiedział tylko:
Pan Goodhart odłożył hamburgera, wstał i podszedł do drzwi. Położył dłoń na ramieniu trenera, mówiąc:
Potem wypchnął łagodnie trenera Albrighta do holu i zamknął drzwi.
Gapiłam się na ketchup.
Pan Goodhart przełknął.
Podczas gdy pan Goodhart rozmawiał przez telefon ze swoją żoną, która ma, zdaje się, problem z kolejnym dzieckiem, Russelem, wyglądałam przez okno. Z okna pana Goodharta niewiele można zobaczyć. Głównie parking nauczycielski i kawał nieba. Miasto, w którym mieszkam, jest dość płaskie, więc z każdego miejsca widać mnóstwo nieba. Akurat wtedy niebo było szare i pokryte chmurami. Za myjnią samochodową, naprzeciwko szkoły, na niebie ciągnął się pas ciemnoszarych chmur. W sąsiednim hrabstwie pewnie padało. Patrząc na te chmury, trudno było jednak powiedzieć, czy deszcz przyjdzie również do nas. Sądziłam, że raczej przyjdzie.
Myjnia była pusta. No pewnie, kto by mył samochód tuż przed deszczem. Ale w McDonaldzie, tuż obok, gdzie pan Goodhart kupił swoją bułę i frytki, siedział tłum. Tylko najstarszym rocznikom wolno wychodzić w porze lunchu i wszyscy rzucają się do McDonalda i Pizza Hut po drugiej stronie ulicy.
Powiedziałam:
Pan Goodhart pokiwał głową.
Pan Goodhart znowu pokiwał głową, z jeszcze większym entuzjazmem.
Pan Goodhart klasnął w dłonie.
Podniosłam się z krzesła. Przychodziłam do gabinetu pana Goodharta już prawie dwa lata i znałam jego punkt widzenia. Dodatkowa korzyść z tych spotkań polegała na tym, że spędziłam kupę czasu w poczekalni, przeglądając różne broszurki, i odrzuciłam ostatecznie możliwość zrobienia kariery w siłach zbrojnych.
Już prawie byłam na zewnątrz, kiedy mnie zatrzymał.
Obejrzałam się przez ramię.
Uśmiechnęłam się.
Dobra, może to nie była szczególnie cięta odpowiedź. Ale przecież nie zagroził, że zadzwoni do moich rodziców. Gdyby to zrobił, możecie być pewni, że usłyszałby coś, co by mu poszło w pięty. Ale nie zrobił. A kolejny tydzień dodatkowej odsiadki w szkole to dla mnie betka w porównaniu z telefonem do starych.
Poza tym, cholera, mam tyle tygodni odsiadki, że myśl o normalnym życiu już i tak wydaje mi się nierealna. Niedobrze, w gruncie rzeczy, że odsiadka nie liczy się jako zajęcia dodatkowe. W przeciwnym razie już teraz moje szanse na dostanie się do college'u znacznie by wzrosły.
Zresztą tak naprawdę odsiadka to nic strasznego. Po prostu zostaje się godzinę dłużej. Można odrabiać lekcje, jak się chce, można czytać. Nie wolno tylko rozmawiać. Chyba najgorsze w tym wszystkim jest to, że po odsiadce już na pewno się nie załapiesz na szkolny autobus. Ale z drugiej strony, co za przyjemność wracać do domu autobusem z pierwszakami i całym tym towarzystwem? Odkąd Ruth zrobiła prawo jazdy, każdy pretekst jest dla niej dobry, żeby się przejechać, więc co wieczór mam zapewniony transport. Moi rodzice jeszcze się nie połapali. To znaczy, w tych odsiadkach. Powiedziałam im, że wstąpiłam do zespołu muzycznego grającego na uroczystościach szkolnych.
Moi rodzice są teraz zaabsorbowani innymi, dużo ważniejszymi rzeczami i na pewno nie przyjdą na żaden występ. Całe szczęście, bo mieliby problem z wypatrzeniem mnie w sekcji fletów.
W każdym razie, kiedy Ruth przyszła po mnie tego dnia - tego dnia, kiedy wszystko się zaczęło, tego samego, kiedy rąbnęłam Jeffa Daya w szyję - była cała skruszona, bo to przez nią wpadłam w tarapaty.
Dobrą stroną takiego układu jest to, że sztukę Nasze miasto znam w tej chwili na pamięć. Jest tylko jedno „ale”: na cholerę mi to?
Poszłyśmy w stronę parkingu, ale małego czerwonego kabrioletu, który Ruth kupiła za pieniądze z bar micwy, nie było. Nie chciałam jej nic mówić, bo Ruth kocha ten samochód i nie miałam najmniejszej ochoty być tą osobą, od której się dowie, że zniknął. Kiedy jednak postałyśmy tak dobrą chwilę, a ona dalej plotła, jaka to byłam wspaniała, a ja patrzyłam, jak pozostali odsiadkowicze pakują się do swoich pikapów albo na motocykle (większość z nich to wieśniaki albo młodociani przestępcy -jestem jedyną miastową), mruknęłam coś w rodzaju:
Ruth na to:
Skip jest bratem bliźniakiem Ruth. Za pieniądze z bar micwy kupił trans ama. Choć według mnie nawet z trans amem Skip miał zero szans, że kogoś poderwie.
Popatrzyłam na chmury, które wcześniejszym popołudniem przepływały nad myjnią samochodową. Teraz znajdowały się niemal bezpośrednio nad naszymi głowami.
A Ruth na to, rozszczebiotana:
Ruth spojrzała w niebo, zezując.
Chyba miała coś nie tak z głową.
Mina jej się wydłużyła. Niewiele, w gruncie rzeczy, potrzeba, żeby jej zepsuć humor. Ciągle była nie w humorze, chyba z powodu uwagi Jeffa na temat pogrzebu w fortepianie. Dlatego chciała iść do domu na piechotę. Miała nadzieję, że trochę schudnie. Wiedziałam, że na tydzień zrezygnuje z lunchu, wszystko przez tego dupka.
Parsknęłam śmiechem.
Popatrzyłam na nią uważnie.
Stałam tak i gapiłam się na nią. A przedstawiała dość szczególny widok. Jest moją najlepszą przyjaciółką od przedszkola, to jest odkąd wprowadziła się z rodzicami do domu obok. Zabawne, ale jeśli nie liczyć faktu, że teraz ma biust - całkiem spory, większy, niż ja będę miała kiedykolwiek, chyba że wstawię sobie implanty, do czego nigdy nie dojdzie - wygląda dokładnie tak samo jak pierwszego dnia, kiedy ją poznałam: jasnobrązowe, kręcone włosy, ogromne niebieskie oczy za okularami w złotych, drucianych oprawkach, dość wydatny brzuch i IQ 167 (poinformowała mnie o tym po pięciu minutach naszej pierwszej wspólnej gry w klasy).
Ale nigdy byście się nie domyślili, że jest ze wszystkiego w zaawansowanych grupach, gdybyście zobaczyli, w co była ubrana. Po pierwsze miała na sobie czarne legginsy, bluzę z wielkimi literami EPHS i buty do biegania. Nie tak źle, co? To jeszcze nie koniec.
Ten zestaw uzupełniła opaskami przeciwpotowymi - nie żartuję - na głowie i na nadgarstkach, a przez ramię przewiesiła torbę z wielką butlą wody. Pewnie myślała, że wygląda jak sportowiec klasy olimpijskiej, ale tak naprawdę wyglądała jak zbzikowana gospodyni domowa, która właśnie odebrała zamówione w sprzedaży wysyłkowej dzieło Ćwicz z Oprah albo coś podobnego.
Kiedy tak stałam, przyglądając się Ruth, zastanawiając się, jak jej powiedzieć o tych opaskach, jeden z chłopaków z odsiadki zatrzymał się koło nas na indianie.
Czy mogę skorzystać z okazji, żeby zaznaczyć, że jedyną rzeczą, jakiej zawsze pragnęłam, jest motocykl? Ten w dodatku mruczał cichutko. Nienawidzę facetów, którzy zdejmują tłumiki z motocykli, hałasują jak opętani i urządzają konkursy skoków przez „śpiącego policjanta” na parkingu dla nauczycieli. Ten człowiek nastroił swój motor tak, że mruczał cichutko, jak mały kotek. Pomalowany na czarno, lśniący chromem w różnych miejscach, to był naprawdę świetny motor. Wiem, co mówię.
A widok chłopaka, który na nim siedział, też nie raził w oczy.
Gdyby Ernest Pyle, sławny reporter i szacowny patron naszej szkoły, powstał z grobu i zjawił się przede mną, prosząc o fachowe rady w zakresie dziennikarstwa, nie byłabym bardziej zaskoczona.
Mam nadzieję, że udało mi się to ukryć.
Odparłam bardzo spokojnie:
Popatrzył w niebo.
Kiwnęłam głową w stronę Ruth, tak żeby pojął, o co chodzi.
Wzruszył ramionami.
Popatrzyłam w ślad za nim, starając się nie zwracać uwagi,
jak pod opiętymi dżinsami pięknie rysują się jego perfekcyjne pośladki.
Pośladki nie były jedyną pięknie zarysowaną częścią jego ciała.
Och, spokojnie. Mam na myśli twarz, jasne? Miał ładną twarz, nie taką z kwadratową szczęką, jak u większości chłopców z mojej szkoły. Na jego twarzy przynajmniej widać było jakąś inteligencję. I co z tego, że nos sprawiał wrażenie, jakby go złamano parę razy?
Zgoda, może miał trochę krzywe usta, a jego ciemne, kręcone włosy wołały o fryzjera. Te drobne usterki wynagradzała z nawiązką para jasnoniebieskich, a właściwie bladoszarych oczu oraz ramiona tak szerokie, że wątpię, czy coś bym spoza nich widziała, gdyby zdarzyło mi się kiedyś jechać za jego plecami na motocyklu.
Ruth, jednakowoż, chyba nie zauważyła żadnej z tych ujmujących cech. Wpatrywała się we mnie tak, jakby przyłapała mnie na rozmowie z ludożercą.
A ona na to:
Spokojnie. Wszystko wyjaśnię.
Do Liceum im. Ernesta Pyle'a chodzą dwa typy ludzi: dzieciaki z obszarów wiejskich hrabstwa, czyli wieśniaki, oraz ludzie z miasta, czyli miastowi. Wieśniaki i miastowi nie zadają się ze sobą. Kropka. Miastowi uważają, że są lepsi od wieśniaków, bo mają więcej pieniędzy. Ich rodzice są na ogół lekarzami, prawnikami albo nauczycielami. Wieśniaki myślą, że są lepsi od miastowych, bo potrafią różne rzeczy, których miastowi nie potrafią, na przykład naprawić stary motocykl czy pomóc cielakom przyjść na świat i tak dalej. Rodzice wieśniaków to robotnicy albo farmerzy.
W obrębie tych grup są podgrupy, takie jak młodociani przestępcy, mięśniaki - raczej lubiani sportowcy, a także cheerleaderki - ale linia głównego podziału przebiega między wieśniakami i miastowymi.
Ruth i ja jesteśmy miastowe. Rob Wilkins, naturalnie, jest wieśniakiem. Dla upiększenia obrazka dodam, że prawie na pewno jest również młodocianym przestępcą.
No, ale jak z lubością powtarza pan Goodhart, ja także należę, albo w niedalekiej przyszłości będą należeć do tej kategorii, jeżeli nie zacznę brać poważnie jego cennych rad dotyczących panowania nad uczuciem gniewu.
Wiem. Ruth strasznie wybrzydza, no nie?
Wcale nie, w gruncie rzeczy. Po prostu się boi. Faceci - prawdziwi faceci, nie kretyni, jak jej brat, Skip - przerażają Ruth. Nawet z jej IQ 167 facetów nigdy nie była w stanie zrozumieć. Ruth zwyczajnie nie potrafi pojąć, że chłopcy są tacy jak my.
No, dobra, przy kilku istotnych zastrzeżeniach.
Ruth nie dawała jednak za wygraną.
Faktycznie, nie wiedziałam. Chyba nie macie wrażenia, że po raz pierwszy chłopak zaproponował mi podwiezienie? Przyznaję, może trochę za łatwo mi przychodzi wymłócić kogoś pięściami, ale przecież nie gryzę. Może jestem odrobinę przymała - tylko metr pięćdziesiąt pięć, o czym pan Goodhart tak lubi mi przypominać - i nie zawracam sobie specjalnie głowy makijażem czy ciuchami, ale, możecie mi wierzyć, radzę sobie całkiem nieźle.
Nie jestem supermodelką: włosy obcinam krótko, dla świętego spokoju, i odpowiada mi ich brązowy kolor - nie bawię się eksperymentowaniem z pasemkami, jak niektóre dziewczyny z mojej szkoły. Brązowe włosy pasują do brązowych oczu, które pasują do opalonej cery - no, w każdym razie, pod koniec lata moja skóra zwykle robi się właśnie taka.
Ale jedyny powód, dla którego nigdzie nie wychodzę w sobotnie wieczory, jest taki, że mam do wyboru albo siedzieć w domu, albo pałętać się z takimi typami, jak Jeff Day albo Skip, brat Ruth. Tylko z takimi mama pozwoliłaby mi wyjść.
Taak, na tym to polega. Miastowi. Wolno mi umawiać się wyłącznie z „chłopcami, którzy idą do college'u”. Czytaj: miastowymi.
Na czym to stanęłam? Aa, tak.
No więc, jeśli chcecie wiedzieć, Rob Wilkins nie był pierwszym facetem, który zatrzymał się przy mnie, pytając, czy gdzieś mnie podrzucić.
Ale Rob Wilkins był pierwszym facetem, któremu miałam ochotę nie odmówić.
Ruth zaczęła iść. Chmury były tuż za nami. Nie miałyśmy szans uciec przed deszczem, chyba że poruszałybyśmy się z prędkością stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. A Ruth, w najlepszym wypadku, rozwija prędkość dwóch kilometrów na godzinę. Sprawna fizycznie to ona nie jest.
Prawie każdą dziewczynę, która znika w Indianie, znajdują w końcu półnagą, rozkładającą się na polu kukurydzy. Ale tego wam pewnie nie trzeba mówić?
Raz po raz spoglądałam przez ramię na chmury za naszymi plecami. Były ogromne, jak góry. Tyle że, w przeciwieństwie do gór, nie trwały w jednym miejscu.
Ruth potrząsnęła głową.
Nic na to nie odpowiedziałam. Szanse, żeby ktoś zaproponował Ruth przejażdżkę na motorze, były bliskie zeru.
Opiszę teraz, gdzie się wtedy znajdowałyśmy. Liceum im. Ernesta Pyle'a znajduje się przy nazwanej z fantazją ulicy Szkolnej. Jak się może domyślacie, na ulicy Szkolnej nie ma nic specjalnego poza, no właśnie, szkołą. Jeszcze dwie uliczki i wychodzi się na pola. McDonald, myjnia i inne rzeczy są na ulicy Pike. Nie szłyśmy ulicą Pike. Nikt nie łazi ulicą Pike, odkąd jedna dziewczyna została tam przejechana.
Doszłyśmy ulicą Szkolną prawie do boiska, kiedy spadły pierwsze wielkie, ciężkie krople deszczu.
Spadła na mnie kolejna kropla. Do tego ogromna błyskawica rozdarła niebo; piorun trafił chyba w wieżę ciśnień jakiś kilometr dalej. Rozległ się grzmot. Bardzo głośny. Tak głośny jak odrzutowce nad bazą wojskową Crane, kiedy przełamują barierę dźwięku.
Ruth na to:
Jedynym miejscem, gdzie mogłyśmy się schronić, były metalowe trybuny otaczające boisko. A wiadomo, że podczas burzy nie należy się chować pod niczym metalowym.
Wtedy właśnie zaczął padać grad.
Jeśli kiedyś zaskoczył was grad, rozumiecie, dlaczego pobiegłyśmy pod te trybuny. A jeśli wam się to nigdy nie zdarzyło, to mogę tylko stwierdzić, że mieliście szczęście. Ten konkretnie grad miał wielkość piłeczek golfowych. Wcale nie przesadzam. Był olbrzymi. I tłukł niemiłosiernie.
Stałyśmy z Ruth pod trybunami, a grad padał dokoła, zupełnie jakby nas zamknięto w ogromnej maszynce do prażenia popcornu. Tyle że przynajmniej popcorn nie walił nas już po głowach.
Raz po raz rozlegał się grzmot, grad łomotał o metalowe ławki nad naszymi głowami, odbijając się od nich rykoszetem i uderzając w ziemię. W tym potwornym hałasie niewiele można było usłyszeć, ale Ruth, niezrażona, wrzasnęła:
Na co odparłam jedynie „Auu”, bo wielki odłamek gradu odskoczył od ziemi i wyrżnął mnie w łydkę.
Tak przynajmniej wtedy myślałam. Później zmieniłam zdanie. Co widać, jak się przeczyta uważnie parę pierwszych linijek tego mojego oświadczenia.
Wielka błyskawica oświetliła niebo. Rozpadła się na cztery czy pięć odgałęzień. Jedna z nich dotknęła widocznego ponad drzewami dachu spichlerza zbożowego. Odgłos gromu wstrząsnął trybunami.
Ruth wytarła nos rękawem bluzy.
Ruth roześmiała się przez łzy.
Ucieszyłam się, że Ruth się śmieje. Bywała uciążliwa, ale to moja najlepsza przyjaciółka od przedszkola, a nie odrzuca się najlepszej przyjaciółki od przedszkola tylko dlatego, że czasem zakłada opaski przeciwpotowe albo płacze, kiedy pada. Ruth jest dużo bardziej interesująca niż większość dziewczyn z mojej szkoły, ponieważ czyta jedną książkę na dzień - dosłownie - i uwielbia grać na wiolonczeli tak bardzo, jak ja kocham grać na flecie, ale i tak, mimo swojego geniuszu, ogląda głupawe programy telewizyjne.
Poza tym, na ogół, jest strasznie zabawna.
Teraz akurat nie była.
Południowa Indiana leży pośrodku pasa, gdzie szaleje tornado. Zajmujemy trzecie miejsce na liście stanów, w których najczęściej występują trąby powietrzne. Ładnych parę miałam okazję zobaczyć; Ruth nie tak znowu wiele, jako że spędziła na Środkowym Zachodzie zaledwie ostatnią dekadę. Było również prawdą, że huragany zdarzają się właśnie w tej porze roku.
Nie chciałam dobijać Ruth ostatecznie, ale wszelkie znaki wskazywały na zbliżanie się trąby powietrznej. Niebo miało dziwaczny, żółty kolor, i przy dość wysokiej temperaturze wiał zimny wiatr. Do tego ten przeklęty grad...
Właśnie chciałam zapewnić Ruth, że to zwykła wiosenna burza i powiedzieć, żeby się nie martwiła, kiedy krzyknęła:
Nie usłyszałam jednak, co zawołała, ponieważ właśnie w tamtej chwili nastąpił potężny wybuch, który zagłuszył wszystko.
To nie był wybuch, jak uświadomiłam sobie później. To był piorun, który uderzył w metalowe trybuny. A potem powędrował wzdłuż metalowego słupka, o który się opierałam.
Więc na dobrą sprawę można powiedzieć, że uderzył mnie piorun.
Nie bolało. Poczułam się dziwnie, ale nic mnie nie bolało.
W chwilę potem, kiedy odzyskałam słuch, usłyszałam jedynie krzyczącą Ruth. Nie stałam w tym samym miejscu co przed sekundą. Znalazłam się jakieś półtora metra dalej.
Och, i czułam silne łaskotanie. Wiecie, jak to jest, gdy chcecie coś włączyć do kontaktu, nie patrząc, i przypadkiem trafiacie palcem do gniazdka?
Odczuwałam właśnie coś podobnego, tylko jakieś trzysta razy mocniej.
Spojrzałam na nią. Moja Ruth wyglądała tak samo jak przedtem. Nadal miała na sobie opaski przeciwpotowe.
Ale ja właśnie przestawałam być dawną Jess. Wtedy to się zaczęło.
A potem było jeszcze gorzej.
Naprawdę czułam się dobrze. Nie oszukiwałam jej. Wtedy nic mi nie było. Czułam tylko to łaskotanie. To nie było nieprzyjemne. Właściwie, kiedy minęło zaskoczenie, poczułam się nawet jakby lepiej. Jakbym została naenergetyzowana, rozumiecie?
Popatrzyłam na nią. Wyglądała zabawnie w tej opasce na głowie. Wybuchnęłam śmiechem. Kiedyś, na wieczorku panieńskim ciotki Teresy, kelner ochoczo dolewał mi wina, a nikt z rodziny jakoś nie zwrócił na to uwagi. Wtedy czułam się tak samo. Miałam ochotę się śmiać. Na okrągło.
To mi się wydało strasznie śmieszne. Zaczęłam chichotać. Dostałam histerii ze śmiechu.
Ruth jednak nie widziała w tym nic zabawnego.
I tak po prostu wyszłam spod tych trybun. Jakby nic się nie stało.
Wtedy naprawdę myślałam, że nic. To znaczy, że nic się nie stało. Czułam się dobrze. W gruncie rzeczy nawet lepiej. Lepiej niż w ciągu ostatnich miesięcy. Lepiej, niż się czułam, odkąd mój brat, Douglas, wrócił z college'u.
Ruth pobiegła za mną, zatroskana i przejęta.
Ruth jednak nie zainteresowała się gradem, mimo że brodziła w nim po kostki w swoich nike'ach. Patrzyła na mnie.
Ruth puściła moją rękę i odwróciła się zniesmaczona.
Szłam za nią, rozkopując grad moimi pumami na grubych podeszwach.
Ruth się nie spodobało. Szła przed siebie, posapując z powodu zbyt szybkiego tempa. Ale szybko dla Ruth oznacza normalne tempo dla mnie, więc bez trudu dotrzymywałam jej kroku.
Gadałam tak przez całą drogę do domu. Ruth usiłowała się na mnie gniewać, ale jej nie wyszło. Nie dlatego, że jestem taka czarująca czy zabawna, ale dlatego, że burza zostawiła wszędzie widoczne ślady. Widziałyśmy zwalone konary drzew, strzaskane gradem szyby samochodowe, zepsutą sygnalizację uliczną. To było niesamowite. Minęło nas kilka karetek i wozów straży pożarnej, a kiedy dotarłyśmy wreszcie do Krogera na rogu ulicy Szkolnej i Pierwszej, „Kro” było zerwane i zostało tylko „ger”.
Nawet Ruth musiała się na to roześmiać.
Do momentu, kiedy doszłyśmy do naszych domów-wspominałam, że mieszkamy obok siebie, prawda? - Ruth przestała się o mnie bać. W każdym razie, tak sądziłam. Już miałam pobiec alejką w stronę ganku, kiedy Ruth wydała z siebie naprawdę ciężkie westchnienie i powiedziała:
O, pewnie. Już lecę im oznajmić, że uderzył mnie piorun. Mieli teraz dużo poważniejsze rzeczy na głowie.
Nie powiedziałam tego głośno, ale Ruth widocznie czytała w moich myślach, bo dodała: