Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł
Polacy nie jedzą. Polacy „zakanszają” – mówi Jerzy Krzywik Kaźmierczyk i zabiera nas w barwną podróż po dawnych łódzkich lokalach, serwujących wymyślne potrawy i zaspokajających przemożną chęć sfrustrowanego czy szczęśliwego Polaka do picia i „zakanszania” właśnie. Autor, który na własnym podniebieniu doświadczył działania zakładów zbiorowego żywienia, jak nazywano wówczas lokale gastronomiczne, wspomina gospody, restauracje, bary – te popularne i te mniej znane. Gdzie szukać śladów dziada, pradziada, który zerwał się z babcinej smyczy? Może w „Café Mocca” pije kawę w towarzystwie znanych artystów, w „Turystycznej” delektuje się plackami ziemniaczanymi i kieliszkiem wódeczki, w „Delfinie” prowadzi dysputy przy łososiu królewskim, turbocie i kergulenie czy w „Słoniu” popija brizol z pieczarkami stoma gramami wódki i podziwia… malarskie próby Władysława Strzemińskiego. A być może uczestniczy w balu mlecznym w „Klubie Dziennikarza”, podczas którego łodzianie przypadkowo odkryli… malibu, topi smutki w bufecie na Dworcu Fabrycznym, mknie „czarną drogą”, wyjątkowo cenioną „w męskim świecie obowiązku nieustającego sprawdzania swoich sił witalnych”, czy jest na szlaku spragnionych i zmęczonych, który wytyczały kolejne szynkwasy na ulicy Kilińskiego.
Przeliczy się jednak ten, kto liczy na podróż sentymentalną.Lorneta z meduząto opowieść pieprzna, zakrapiana licznymi anegdotami, przyprawiającymi o lekki zawrót głowy. Intrygująca tytułem, prowokująca do wędrówek rozkołysanym krokiem… Jej lekturę ubarwią Wam rysunki znanego łódzkiego rysownika – Dariusza Romanowicza, a na końcowych stronach książki znajdziecie fotografie ponad dwudziestu punktów na ówczesnej gastronomicznej mapie Łodzi.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 197
Redakcja:
Aneta Wieczorek
Projekt okładki i rysunki:
Dariusz Romanowicz
Fotografia autora na okładce:
Marta Gayczak
Skład:
Paweł Szewczyk
© Copyright by Księży Młyn Dom Wydawniczy, Łódź 2014
Wszelkie prawa autorskie i wydawnicze zastrzeżone. Wszelkiego rodzaju reprodukowanie, powielanie (łącznie z kserokopiowaniem), przenoszenie na inne nośniki bez pisemnej zgody Wydawcy jest traktowane jako naruszenie praw autorskich, łącznie z konsekwencjami przewidzianymi w Ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz.U. nr 24 z 23.02.1994 r., poz. 83).
ISBN 978-83-7729-754-4
KSIĘŻY MŁYN Dom Wydawniczy Michał Koliński
90-345 Łódź, ul. Księży Młyn 14
tel./faks 42 632 78 61, 42 630 71 17, 602 34 98 02
infolinia: 604 600 800 (codziennie 8-22, także SMS), gg 414 79 54
www.km.com.pl; e-mail: [email protected]
Łódź 2014. Wydanie 1
Spis treści
Gospody na Piotrkowskiej 6
Dworzec Fabryczny 12
U Fońka 18
Bar Mleczny 26
Artyści w Trójkącie 33
Słoń 38
Bretońska 41
Czterej królowie 50
Fraszka 60
Golonka 68
Górniak 75
Justrzenka 83
Na Kilińskiego, drodzy panowie 91
Nicze pianista 99
Leśniczówka 106
Przekąski 114
Albatros podziemny 120
Smakosz 127
Turystyczna 138
Jesienna chałtura 144
Delfin 159
Czarna droga 165
Chata Wuja Tomasza 171
Zabawa na sali 177
Tivoli 193
Gospody na Piotrkowskiej
Wspaniale, wprost radośnie było po 19 stycznia 1945 roku wyjść na Piotrkowską. Przespacerować się już po ulicy, wczoraj jeszcze oznaczonej piekielnym nazwiskiem hitlerowskiego zbója, dzisiaj już naszej, łódzkiej, wolnej, co dodatkowo potwierdzały naklejone wprost na murach pierwsze po tylu latach niewoli plakaty po polsku. „Obwieszczenie” – głosił napis. I dalej: „Tymczasowy Rząd Rzeczypospolitej Polskiej”… I dalej, dalej wszystko po polsku! W takiej euforii nieważna była treść, cokolwiek w przyszłości miałaby ona znaczyć.
Na ulicy – teraz gwarnej, pełnej rozradowanych ludzi – pojawili się gazeciarze z pierwszą gazetą łódzką, która bardziej wyglądała jak konspiracyjna ulotka, ale cena dwadzieścia groszy od sztuki jakby nobilitowała ją do nazwy gazeta.
Biegając po ulicy, wołali:
– Wolna Łódź! Wolna Łódź!
Bo taki tytuł miała ta gazeta. Brzmiało to jednak tak, jakby dodatkowo, słownie, przy tym głośno, aby wszyscy słyszeli, chcieli utwierdzić mieszkańców miasta w przekonaniu, że tak jest, że to radosna prawda.
Prawie wszystkie bramy, ale i niektóre okna oraz balkony wychodzące na ulice, przystrojone były biało-czerwonymi flagami.
Człowieka w mundurze, polskiego oficera1, radosny tłum niósł na ramionach od placu Wolności aż do Grand Hotelu. Tryumfalnie nieśli przecież żołnierza polskiego wojska, wytęsknionego, wymarzonego, wyśnionego.
Rzadko kto w tych euforycznych chwilach wyzwolenia spod hitlerowskiej niewoli myślał kategoriami polityczno--historycznymi, które ziścić się miały zgodnie zresztą z planami ekspansji ustroju socjalistycznego przeznaczonego dla narodów wyzwolonych. Chwila była inna, radosna, pełna uniesień i zachłystywania się wolnością tu i teraz.
Jesteśmy wolni od hitlerowskiego najeźdźcy i wolna jest nasza ulica Piotrkowska.
Uzupełniając radość czysto emocjonalną, tu i ówdzie otwarto już lokale gastronomiczne, wspierające wzniosłe emocje duchowe pożywką dla ciała. Wszystkie miały taki sam pierwszy człon nazwy: „Gospoda”. I tak przy ulicy Piotrkowskiej pod numerem 19, w oknie wystawowym dumnie umieszczono szyld z napisem „Gospoda Casino”; pod numerem 37 – „Gospoda Hellada”; pod numerem 48 – „Gospoda Narcyz”. Obok bramy oznaczonej numerem 62 znalazła się „Gospoda Ziemiańska”, a prawie że naprzeciwko niej, pod numerem 63 – „Gospoda Polska”. W południowej części ulicy, pod numerem 163, ulokowano „Gospodę Ekspress”.
Jako że nie samą ulicą Piotrkowską żyje miasto Łódź – jak twierdzą ci, co nie mieli szczęścia tu się znaleźć – tuż obok też otworzyły się lokale gastronomiczne, oczywiście pod nazwą „Gospoda”. I tak przy ulicy Zawadzkiej 4 (dzisiaj Próchnika) działała „Gospoda u Wiecha”, a przy ulicy Nawrot 2A – „Gospoda Korona”. Ulica Narutowicza 1 to „Gospoda Bachus”.
Piękne czasy, ale w brzuchach łodzian trochę głodno było i kiszki marsza grały, wesołego. Radość z otwieranych jadłodajni zwanych dumnie Gospodami, nie zaspokajała powszechnego niedoboru pożywienia. Już od maja 1945 roku żywność w całym kraju była ściśle reglamentowana. Wszystko było na kartki. Chleb, tłuszcz i cukier, mydło i zapałki. Sól, ocet i skarpetki. Wszystko! Ludzie taki stan jednak tolerowali. Wierzyli, że za niedługo będzie lepiej. Rzeczywiście reglamentacje zniesiono w 1949 roku, choć mleko wydzielano jeszcze do 1951 roku.
Żeby otrzymać kartki zaopatrzeniowe, musiał obywatel pracować i być zameldowanym w mieście Łodzi. Nie pracował bumelant jakiś – nie dostawał kartek. Musiał kupować na „czarnym rynku”. Obowiązywały wtedy dwa systemy zaopatrywania ludności w żywność i artykuły tak zwanej pierwszej potrzeby. System kartkowy i wolnorynkowy. Różnica w cenach była ogromna. Na przykład chleb na kartki kosztował około złotego pięćdziesiąt za kilogram, bez kartki zaś czterdzieści złotych.
W „Gospodach” rozkładano na stolikach karty dań, informujące, że dzisiaj kucharz poleca: grochówkę z wkładką, czyli kawałkami obsmażanej słoniny, czy chłopską kiełbasę z kapustą zasmażaną i kartofelkami, plus zsiadłe mleko. Placki ziemniaczane ze śmietaną „schodziły” najbardziej. Tanie były. Podobnie jak zupa „kartoflanka” za pięć złotych.
W niektóre dni podawano bigos polski za piętnaście złotych. Cieszył się wielkim powodzeniem, ale zupełnym szlagierem były flaki z pulpetami, serwowane w określony dzień tygodnia tylko w „tych dobrych” restauracjach i zapowiadane wywieszką na drzwiach już parę dni wcześniej. Na te wszystkie rarytasy nie potrzeba było mieć kartek.
Wtedy, w tych rozedrganych radością dniach, nie rozmyślano jeszcze nad ekonomicznymi zasadami, jakimi rządzić się będzie nowa Polska. Nikt nie zastanawiał się, do kogo należy gospoda, a do kogo otworzony wczoraj przy Piotrkowskiej 92 „Bar Udziałowy”. Ważne, że były, że można było do nich wejść i po polsku zamówić coś do zjedzenia i do wypicia!
Na niektórych szyldach widniał napis: Spółdzielnia Pracy Przemysłu Gastronomiczno-Spożywczego w Łodzi. Na innych, pod główną nazwą, reklamowała się Powszechna Spółdzielnia Spożywców „Społem” w Łodzi. Była też restauracja „Pod Bażantem”, gdzie jedyną właścicielką była pani Krystyna Pióro. Oczywiście też na Piotrkowskiej, ale pod numerem 18.
W pierwszych latach po wyzwoleniu wielu przedwojennych, wielce uznanych w tej branży gastronomików właśnie na ulicy Piotrkowskiej prowadziło własne lokale lub też na zasadzie ajencji przejęło w zarządzanie te pozostałe. Dzisiaj po tylu latach, trudno dokładnie ustalić, kiedy otworzono i kiedy zamknięto dany lokal gastronomiczny. Warto jednak przypomnieć choć paru. Tych, których restauracje czy kawiarnie były najpopularniejsze w mieście Łodzi. Przypomnijmy zatem „gastronomików z ulicy Piotrkowskiej” – ludzi z pasją do swojego zawodu:
− Janina Tomaszewska i, później, pan Józef Piątkowski prowadzili restaurację i kawiarnię „SIM” (Sztuka i Moda) na placu Wolności 4, lokal o wiekowej tradycji, czynny w tym miejscu jeszcze w XIX wieku i znany jako cukiernia pana Vogeli „Confiserie”. Nowy właściciel, pan Szwetysz, zmienił nazwę na „Cukiernia Warszawska”.
− Ali Czołek z wielkim powodzeniem wypiekał i sprzedawał swoje produkty w cukierni „Bosfor” przy ulicy Piotrkowskiej 12.
− Krystyna Pióro otworzyła restaurację „Pod Bażantem” przy ulicy Piotrkowskiej 18.
− Kazimierz Kozłowski prowadził restaurację „Casino” przy ulicy Piotrkowskiej 19.
− Ignacy Szmidel przyjmował łodzian w barze kawowym „Mocca” przy ulicy Piotrkowskiej 25.
− Bronisław Stachlewski prowadził „Gospodę Spółdzielczą” przy ulicy Piotrkowskiej 63.
− Panowie C. Walkowski oraz J. Pilecki przedłużyli zawartą jeszcze w latach trzydziestych XX wieku dzierżawę i tuż po wyzwoleniu zarządzali kawiarnią „Grand Café” przy ulicy Piotrkowskiej 72.
− K. Przybyłkiewicz prowadził bar-kawiarnię „Łodzianka” przy ulicy Piotrkowskiej 76.
− T. Szaniawski miał cukiernię pod numerem 105.
− Jadwiga Wieruszewska zarządzała cukiernią „Piątkowski” przy ulicy Piotrkowskiej 126.
− Panie H. Spengel i I. Zyms prowadziły kawiarnię-bar „Kaczka Dziwaczka” pod numerem 196.
Upływały lata i zmieniały się nazwy zgodnie z przemianami politycznymi zachodzącymi w kraju. Tak to jest. Zwycięzca bierze wszystko. Były czasy, że najlepsze i historyczne już nazwy restauracji łódzkich zmieniano na inne. Restauracja „Halka” nazywała się „Punkt Zbiorowego Żywienia nr…”. Koszmar!
Słynna „Tivoli” od styczniu 1949 roku bardzo krótko nazywała się chyba „Ludowa” i była punktem zbiorowego żywienia, wydającym tysiąc pięćset obiadów tak zwanych abonamentowych, codziennie.
W 1945 roku przy ulicy Piotrkowskiej 63 mieściła się „Gospoda Polska” – wtedy odruch patriotyczny był adekwatny do czasu, w jakim taką nazwę dla lokalu użyteczności publicznej należało wybrać. Taka była potrzeba chwili. Dwa lata później zwrócono społeczeństwu uwagę na korzyści ekonomiczne płynące ze spółdzielczości. Przecież zawsze to bliżej do własności wspólnej – tak kombinowała władza. Zmieniono zatem nazwę na „Gospoda Spółdzielcza”. Historia biegnie i już w 1984 roku, krótko po odwołaniu stanu wojennego, kiedy to leciuteńko, ale jakby już czuć było nadchodzące nieubłaganie zmiany polityczne i co za tym idzie, gospodarcze, teraz przybrała nazwę „Bar Bankowy”. Prawda czasu?
Nadchodzące przemiany ustrojowe nabierały swoistego smaku i jako że jesteśmy przy restauracyjnej kuchni, potrawy stawały się niestrawne. Przyprawione socrealistyczną rzeczywistością, były niesmaczne i najgorsze, że było ich coraz mniej. Niestety, polityka zamieszała swoimi pomysłami w kotle, do którego dostęp wszelkich ideologii powinien być niemożliwy.
PS. Niektórych kafejek, cukierni i barów już nie ma na ulicy Piotrkowskiej. Czas wymazał je z pamięci miasta i ludzi. Taki los. Powstały inne, a nazwy ich z czasem też budzić będą sentymentalne wspomnienia u tych, co teraz tam jedzą i piją.
1 Był to pułkownik Ludowego Wojska Polskiego, Ignacy Loga-Sowiński, delegat Tymczasowego Rządu Rzeczypospolitej Polskiej oraz Komitetu Centralnego Polskiej Partii Robotniczej na Łódź i województwo.
Dworzec Fabryczny
Wprost idealnym przystankiem na szlaku zwolenników knajp był Dworzec Fabryczny. Węzeł kolejowy. Końcowy lub początkowy przystanek dla Polskich Kolei Państwowych, skąd szyny wiodły wprost do prawdziwego dworca kolejowego dla miasta Łodzi, czyli Koluszek. Miłośnicy tego szlaku nie mieli zamiaru gdziekolwiek wyjeżdżać. Wprost przeciwnie. Dla nich był to punkt docelowy. Po prostu meta. Zainteresowani byli tym, co na tym dworcu było dla nich najistotniejsze. Restauracją „Dworcową”, i to z dwoma salami konsumpcyjnymi. Tak jest. Pierwsza oznaczona kategorią pierwszą, a druga – oczywiście, kategorią drugą. W tej pierwszej mielony z dorsza był świeższy.
Najczęściej odwiedzany był jednak dworcowy bufet. Od późnych godzin wieczornych aż do białego rana bufet utkany był osobnikami najróżniejszej postury i różnej konduity. Mali, trochę więksi, ubrani różnie, choć najczęściej przyzwoicie i nawet modnie. W tym zestawie barowych gości nie było lumpów, staczy bramowych ani dopijaczy resztek pozostawionych w kuflach. Tu stał trzon ludu pracującego miast i wsi, chociaż tych ostatnich zdecydowanie mniej. Tu stali obywatele nocnych niedokończonych i niedopitych popijaw, obywatele wszelkich klas społecznych, których walkę między sobą wieścił brodaty klasyk panującego ustroju. Tutaj nic z tych rzeczy. Tutaj w bufetowym szeregu stał inteligent pracujący, robotnik, poeta, malarz stalugowy z pobliskiej uczelni i tajemniczy nieznajomy ukryty za podniesionym kołnierzykiem. Stali murem, ramię w ramię, twarz przy twarzy i myśl była jedna: „Napić się wódki”.
Ze stoickim spokojem oczekiwali na przynoszony przez barmana talerzyk. Lorneta z meduzą!2 Obsługa znała to hasłowe zawołanie i nie dziwiła się na tak złożone zamówienie.
W PRL-u wszyscy wiedzieli: wódka była, zakąski – rzadziej. Ten zestaw był obowiązkowy. Wypijało się lornetę, a meduza szła do zwrotu. Niejadalna była, choć obowiązkowa.
Stacja Łódź Fabryczna. Lokomotywa dojeżdżała do masywnej zapory na zakończeniu torów i ani centymetra dalej. Kiedyś inaczej było. Jeszcze w 1945 roku ulica Kilińskiego przecięta była potężną estakadą z szynami kolejowymi, które w prostej linii łączyć miały Dworzec Fabryczny z Dworcem Kaliskim. Projektu nie zrealizowano, a wiadukt rozebrano… Podobno na Dworzec Kaliski kiedyś tunel będzie?
W każdym razie tu się przyjeżdżało, wysiadało i stąd szło do domu, ale można było i odwrotnie. Ostatni pociąg odjeżdżał gdzieś tak około dwudziestej trzeciej. Mniej więcej w tym samym czasie inny przyjeżdżał. Pierwszy poranny do Bielska-Białej odjeżdżał około czwartej. Między tymi godzinami dworzec mógł być spokojnie zamknięty, zresztą takie praktyki stosowano na innych dworcach, i to światowych. W Helsinkach portier zamykał drzwi na klucz już o godzinie dwudziestej pierwszej i otwierał o szóstej.
Na naszym Fabrycznym też tak można by było, ale to jakieś niedorzeczne. Zamykać dworzec kolejowy? Restauracja dworcowa, i to czynna całą dobę, była zrozumiałym ukłonem władzy ludowej w stronę swojego ludu, a że przy okazji załapywali się inni? Nie szkodzi. Bufet dworcowy i jego załoga wyrabiała normy, zdobywając nawet proporczyk brygady pracy socjalistycznej. Zresztą tak po ludzku. Co miał robić pielgrzym pijackiego szlaku ulicy Kilińskiego – i nie tylko – kiedy barmani tamtych szynkwasów wymownym skinieniem głowy wskazywali na zegar, chowali butelki pod ladę i gasili światło?
Oczywiście pozostawał Dworzec Fabryczny.
Oświetlonym wejściem, niby gwiazda zaranna, witał pielgrzymów szlaku, zdążających tu z otchłani złych ludzkich zdarzeń. Przybywali z miasta, które nie spełniło ich marzeń i nadziei. Zawiedzeni przeżytymi dniami i nocami, zdążali tu, na swój dworzec, aby uciec w inną rzeczywistość. Jaką?
Nie było tu filozoficznych dialogów, lecz samotność i wewnętrzny monolog egzystencjalny: Być albo nie być… ale wypić trzeba!
Tutaj, na Dworcu Fabrycznym, znajdowali odpowiedź. Być! Nie być? Nie stać przy bufecie jutro i pojutrze? Trzeba być! I oni byli. To los przywodził ich tu na pokuszenie. Podnieść nalane wódą szkło, na wysokość oczu, zajrzeć bestii w ślepie – jedno tylko miała – i… wypić! Giń i przepadnij.
Zaiste. Osobnik z tą bestią w środku wykrzywiał się, otrząsał jak kundel obsikany znienacka przez pijaka. Otwarte usta zionęły niewidocznym grzechem, wyrażając całą ohydę pokuszenia, na które osobnik skazany był przy bufecie dworca kolejowego Łódź Fabryczna.
Nic to. Oni, przytuleni do baru, trwali dalej w ordynku bufetowego porządku.
Był nawet pomysł, aby tu urządzić lokal z dancingiem, czyli aby muzyka grała i tańce przytulańce, a jakże, się odbywały. Najbardziej cieszyły się na taką wiadomość „dziewczynki” z pobliskiego parku Moniuszki, gdzie „pracowały”. Zamiana miejsca zawierania kontraktów na „robotę”, radykalnie poprawiłaby im komfort pracy. Znacznie przyjemniej negocjuje się przecież w objęciach ewentualnego klienta i kiedy gra orkiestra.
Zocha Żelazko – tak nazwana, bo w torebce nosiła duszę od żelazka i w obronie swojej dumy zawodowej, odganiając się rzeczoną torebką od niesfornego klienta, pozbawiała go męskiego animuszu w sposób radykalny. Otóż Zocha zarządziła:
– Dosyć kurewstwa parkowego. Kupić nowe kiecki i dajemy dupy jak damy.
Najpierw tańce.
Z wyjątkiem dwóch godzin w środku nocy, przeznaczonych na sprzątanie, lokal – jak już wiemy – czynny był całą dobę. Ktoś powie: Ale w pewnych okresach na dworcach kolejowych wódki nie sprzedawano. Oczywiście, były takie nieżyciowe czasy, ale wtedy handlowano informacją, gdzie można było ją kupić. Miejscowi wiedzieli. Szło się za dworzec, mijało budynek o typowej architekturze niemieckiej (zostawili go okupanci hitlerowscy), podchodziło do wagonu kolejowego stojącego na bocznicy i tam kilkoma stuknięciami – znanymi sobie i innym zaufanym – tylko i jedynie w… gaśnicę zawieszoną na wagonie, co wywoływało sprzedającego i można było u niego złożyć zamówienie.
Co na to SOK, czyli strażnicy kolejowi, czy nawet MO? Ci pierwsi pilnowali, żeby tłoku nie było, a ci drudzy pilnowali tych pierwszych, żeby ich nie pobito.
Podróżny, który przecież nie znał miejscowych ścieżek i „klimatów” zakupu alkoholu, całkowicie zdawał się na pomoc obsługi kelnerskiej. Gdy już siedział za stołem, najlepiej w sali kategorii pierwszej, a kelner był zadowolony z konsumenta, który nie grymasił, był miły i nie zerkał kątem oka na rachunek, dostawał uprzejmą informację, gdzie i jak nabyć rzeczony trunek, na ten przykład, na dalszą podróż. Przy bardzo dobrych relacjach, popartych rzecz oczywista dodatkowym załącznikiem w postaci biletu NBP3, klient otrzymywał butelkę na „miejscu” i nie musiał już się fatygować do jakiegoś tam martwego wagonu z gaśnicą. Otrzymywał butelkę z etykietą „Cytroneta” lub – w zależności od okresu w rozwoju gospodarki socjalistycznej – o innej, acz dźwięcznej nazwie, na przykład „Ptyś”. Zawsze jednak ze spodziewaną zawartością o ustalonej ilości, jak i firmowej procentowości.
Kiedyś, za dobrych czasów (podobno były takie) owiniętych w pelerynę poetów, zjawiał się na dworcu Wielki Pielgrzym Szlaku, sam Leon Schiller, czyli Pan Lulek, jak mawiali czekający na mistrza łódzcy dorożkarze. Nie po to tu przyjeżdżał, aby z miasta Łodzi wyjechać. Nic z tych rzeczy. Mistrz przybywał tu, aby podtrzymać żagiew swojego talentu. Stawał w szeregu bufetowych gości i sycił Go, ten talent, częściowo utracony w przed chwilą zakończonym przedstawieniu w pobliskim teatrze. Podtrzymywał ów wielki dar bogów licznymi kolejkami boskiego płynu, jak mawiał Mistrz.
Nie On jeden przybywał tu, aby uzupełnić przeciekającą przez sito czasu sławę, wypływającą podstępnie z ciała artysty. Bywali tu wszyscy wielcy i najsławniejsi. Stojąc przy bufecie stacyjnym, nad niejednym z nich widać było aureolę sławy. Jednak już jakby bez wieńca laurowego.
Ona, ta sława, ma wymagania i artysta z należytym szacunkiem musi się jej koniecznie podporządkować.Artysta dołżeń byt obmyt, obryt i niemnoszko pijan4. Ta zasada ujawniona przez braci naszych Moskali dobitnie i jednoznacznie porządkuje ten układ.
Tutaj Lech, Czech i Rus to jakoby jeden mąż, wsparty o bufet, z wyraźnym gestem jednej ręki – podniesionej, ze szkłem w zaciśniętej dłoni. Gest, który jednoczy wszystkich ludzi z barów i dworcowych bufetów na całym świecie.
Chór Hariana, czyli czterech przystojniaków z miasta Łodzi, wracając z trasy, na cztery głosy pięknie śpiewał: „jeszcze raz, jeszcze raz polej nam, dolej nam…”.
Niedokończone spory literackie toczone gdzieś przy stolikach kawiarnianych – tylko tutaj o porannej porze przy kolejowym bufecie mogły być właściwie osądzone, a życie artysty na tym łez padole, w aspekcie słów księcia Danii, szczególnie tutaj nabierało właściwego znaczenia egzystencjalnego.
Bar na Dworcu Fabrycznym bywał też trybuną polityczną. Rozpolitykowany, acz niedopity mówca właśnie tutaj znajdował słuchaczy. Co prawda, o różnym nasączeniu alkoholowym, wprost proporcjonalnym do percepcji słuchaczy. I stąd niektórzy słuchali, nie słysząc, i patrzyli, nie widząc. Oparty o bar mówca, trzymając w wyciągniętej ręce „sto gram w szkle”, ogłaszał swój manifest polityczny. Dziwna sprawa. Wszystkie były negatywne w treści, a nawet w formie w stosunku do panującego systemu. Nie było ani jednego wystąpienia, w którym jakiś ochlany prelegent chwaliłby aktualnie rządzących. Ci negatywni nigdy jednak nie mogli dokończyć przemówienia. Koledzy w pół zdania, chwytem podpachowym, a nawet podkolanowym, wynosili mówcę, chroniąc go przed konsekwencjami.
2 Lorneta z meduzą – popularny w PRL-u zestaw: dwie setki czystej w kieliszkach, tzw. setkach, plus galaretka z zimnych nóżek.
3 Bilet NBP – pieniądz papierowy Narodowego Banku Polskiego.
4 Artysta dołżeń byt obmyt, obryt i niemnoszko pijan – (ros.) artysta powinien być umyty, ogolony i trochę pijany.
U Fońka
Gdyby ktoś zechciał zebrać w jednym miejscu i o określonej godzinie tylu sławnych ludzi, w różnym rozumieniu tego słowa, przenigdy by mu się nie udało! Nie ma takiej mowy, która przekonałaby ich do bycia razem tu i teraz.
A jednak Dworzec Fabryczny miał taką moc.
Tutaj, po zamknięciu ostatniej knajpy w mieście, o porannym świcie można było spotkać tych, którym właśnie zabrakło jeszcze tej jednej kropli wypełniającej czarę ich marzeń.
Już prawie że świtało, czyli mogła być już godzina piąta, kiedy pierwsze wozy wyładowane wapnem wyłaniały się zza pagórka we wsi Józefów i zdążały do miasta Łodzi. Co prawda, wjeżdżały na ulicę Rzgowską, ale po to, ażeby po stu metrach zjechać z tej miejskiej ulicy i dalej jechać polnymi drogami. Do wielkiej przetwórni, w której to palone wapno składowano w wielkich dołach, przystosowując je do celów budowlanych.
Widok kawalkad białych od wapna wozów, ciągnionych przez zmęczone i niewyspane konie, może nie byłby aż tak interesujący, gdyby nie to, że na wozach nie widać było woźniców. Zaprzęgi, jak białe widma, jedne za drugimi posuwały się w tempie pierwszego wozu. Wolno, majestatycznie. Pierwszy wóz, dojeżdżając do skrzyżowania z ulicą Rzgowską, nagle zatrzymywał się. Po chwili gdzieś spośród wypełnionych workami wozów nieśpiesznie wyłaniali się jeden po drugim woźnice. Bez słów, bez jakichkolwiek gestów, podobni do lunatyków, tyle że z batami w rękach, szli prosto do… restauracji „U Fońka”.
Taki ceremoniał transportowania wapna z oddalonych od miasta wapienników do miejsca dalszej obróbki był już uświęconą rutyną. Konie doskonale wiedziały, gdzie mają się zatrzymać. Przecież robiły to już, idąc obok matek, które ciąg-nęły wozy. Od źrebięcia wiedziały, że tu, akuratnie w tym miejscu, będzie można dowoli possać kobylego cyca. Konie z mordami w workach z obrokiem, nie przerywając żucia, dosypiały zarwaną noc.
Tak było do czasu, kiedy to budynek na rogu ulic Józefów i Rzgowskiej, już od roku 1897 mieszczący restaurację pana Wojciecha Kaźmierczaka, nie mógł sprostać wymogom i został sprzedany. Zmieniła się struktura urbanistyczna miasta Łodzi. Już nie transportowano tą trasą wapna, cegły i piasku na budowę fabryk włókienniczych. Zabawy w soboty i niedziele na deskach za restauracją nie były już atrakcyjne, bo gdzieś w pobliżu były lepsze, orkiestra grała tam w sali, a tańcowano na dębowej podłodze.
Nadchodziły inne czasy i inna już musiała być ta nowa restauracja.
Po starym domu zostają wspomnienia, bo zawsze pamięta się z rozrzewnieniem marzenia i czyny, które były przecież w tamtym czasie naszą młodością. To przecież tam, w małym parterowym domku na skraju podłódzkiej wsi Józefów, zaczynała się rodzinna epopeja działalności gastronomicznej klanu Kaźmierczaków. Tak jest – klanu. Bo jak można nazwać rodzinę mającą dziesięciu synów? Do tego każdy z nich, jak dorósł, otworzył własną restaurację. I żeby było już zupełnie „klanowo”, każdy pierwszy syn w tej licznej rodzinie miał na imię Wojciech. Zdarzył się wyjątek. Jednemu dano na imię Mieczysław. Nie otworzył własnej restauracji. Został rzeźnikiem.
Przed swoją restauracją przy ulicy Rzgowskiej 245 już od początku lat trzydziestych XX wieku stał codziennie o godzinie piątej rano sam pan Alfons Kaźmierczak. Taki był zwyczaj, taki był honor prawdziwego restauratora w tych czasach. Stać przed własną restauracją już od wczesnego rana. I stać tak długo, aż pojawi się pierwszy klient. Od tego momentu restauracja jest otwarta. Już od tej chwili kuchnia jest przygotowana i gotowa natychmiast wydać klientowi zamówione danie.
Kilkunastu wozaków bez słowa zasiadało do stołów, by za małą chwilę siorbać gorący kapuśniak z kartoflami. Na drugie najlepiej schodziły schabowe lub golonki. Nikt nie podglądał, czy to, co piją panowie, ma posmak owocu zakazanego dla powożących na drogach publicznych. Przecież ich koni obowiązek trzeźwości nie dotyczy, a drogę do domu znają lepiej od nich.
To stanie rano przed własną restauracją i czekanie na pierwszego klienta było podobno uświęconą tradycją praktykowaną od czasów, kiedy to na rozstajach dróg i duktach leś-nych stały karczmy. Właściciel lub pachołek stawał w miejscach spodziewanego ruchu i zapraszał na gorące polewki i zimne piwo. Tak długo stali, aż pierwszy konsument zasiadł za stołem. Wtedy dopiero warto było rozpalić ognisko pod kotłem.
W Łodzi na ulicy Rzgowskiej, na krótkim odcinku ulicy od kościoła do przejazdu kolejowego, od wielu, wielu lat były trzy restauracje. Trzech właścicieli już o brzasku stało przed swoimi knajpami i zachęcali do odwiedzenia właśnie ich restauracji. Tak jak ongiś dopiero dla pierwszego klienta warto było smażyć kotlety. Może to zwyczaj niepraktyczny, ale przez trzech restauratorów z ulicy Rzgowskiej wielce szanowany i bezwzględnie przestrzegany. Któregoś dnia trzy restauracje prawie że o tej samej godzinie otworzyły dla klientów swe podwoje. Cud jakiś?
Pan Foniek dał dwa złote właścicielowi tej restauracji obok, ten, nie ociągając się ani chwili, dał dwa złote właścicielowi tej trzeciej restauracji, a ten z kolei dał dwa złote panu Fońkowi. Każdy z nich wszedł do restauracji sąsiada jako pierwszy gość, zamówił kusztyczka5 przepalanki i wszystkie trzy knajpy na ulicy Rzgowskiej już o brzasku były otwarte.
W restauracji „U Fońka” najlepszy na świecie – jak twierdził pan Ferdynand, właściciel szklarni z kwiatami – był karp w galarecie. Ogrodnik, jako człowiek światowy, bywał nawet w Holandii i tam jadał różne ryby, więc się znał! Siedząc za stołem u Fońka, mówił:
– Panie, po pierwsze primo, tam – znaczy w Holandii – panie, oni takiej ryby jak karp w ogóle nie znają! To o czym gadać? Panie, żeby, choć raz zjedli karpia w galarecie u Fońka, to by żadnej swojej ryby nie zjedli. Panie, żebyś pan widział, jakie oni potwory jedzą? Na to, to nawet strach patrzeć.
Kolega pana Ferdynanda, też z branży kwiaciarskiej, miał swoje smaki i uważał, że należy o tym powiadomić pozostałych.
– Ja tam wolę kurczaka pieczonego w całości. Ale takiego, jak podają tutaj. Pięknie opieczony na brązowo z czerwonymi borówkami i oczywiście, tak jak u Fońka, tylko z chlebem.
Przy sąsiednim stoliku czterech panów jak urzeczonych wpatrywało się w półmiski, które kelnerka przed chwilą postawiła na stole. Jeden z nich to nawet usiadł sobie na własnych dłoniach, aby powstrzymać się przed nieeleganckim czynem, czyli łapczywym porwaniem smakowitego kąska z półmiska.
Na jednym piętrzyły się pęta gorącej kaszanki. Na drugim leżały ułożone ukosem plastry wzorzystych salcesonów. Wszystko to otoczone pajdami chojeńskiego chleba. Co za widok? Ręce same wyciągały się do kieliszków już napełnionych prawdziwą polską wódką, oczywiście lekko schłodzoną.
Takie były specjały restauracji „U Fońka” na ulicy Rzgowskiej 245.
Była to również restauracja – jak mówili goście – elegancka. Dwie obszerne sale. W pierwszej widoczne już od drzwi loże dla gości. Stoły z krzesłami oddzielone od innych podobnych zestawów wysokimi ściankami dającymi pełny komfort intymności. Pod ścianą długi bufet ozdobiony mosiężnymi nalewakami do piwa uzupełniał ścianę wykwintnych wódek poustawianych na półkach. W drugiej sali atrakcja godna śródmiejskich luksusowych restauracji. Pośrodku stał duży łuzowy bilard. Intensywna zieleń sukna, którym był pokryty, pięknie tonowała się z brązowymi zasłonami okien. W tamtym czasie w takim miejscu prawdziwy bilard był absolutnym ewenementem. W Łodzi, mieście prawie milionowym (licząc przyległości), stał taki tylko w Klubie Oficerskim na ulicy Moniuszki. A tu proszę! W restauracji „U Fońka” też jest, i to jaki!
Chyba w roku 1940 restaurację panu Alfonsowi zabrano. Tak po prostu. Przyszła Niemka, jedna z okolicznych sąsiadek, i fertig! Okupant niemiecki nie pozwolił Polakowi mieć żadnej własności, a tym bardziej własnej restauracji.
I tak sąsiadka ludzka była. Pana Alfonsa zatrudniła „u siebie” jako księgowego. Dobre i to. Niestety czymś musiał się pan Kaźmierczak Niemcom narazić, bo go do więzienia na Radogoszczu wsadzili. Rodzina zebrała jednak fundusze i więźnia zwolnili. Hitlerowcy też tak mieli. Za odpowiednią forsę można było odzyskać wolność.
Już pod koniec stycznia 1945 roku restauracja znów była własnością pana Alfonsa. Na stołach pojawiły się kaszanki i salcesony.
Z czasem „U Fońka” znowu było wszystko to, co być powinno. Sława dobrej kuchni przyciągała za stoły wytrawnych smakoszy, którzy ciągnęli tu z całego miasta. Na partyjkę bilardu w każdy czwartek spotykają się „U Fońka” miejscowy proboszcz i pierwszy sekretarz jedynie słusznej partii, czyli PZPR.
Wydaje się, że bilard był dobrym pretekstem, aby być w restauracji z tak dobrą kuchnią. Grzech księdza nie należał do tych ciężkich, bo przecież obżarstwa nie było po konsumpcji jednej golonki. I dzień też nie był postny. Sekretarz, grzech wspólnego przebywania z duchownym, co w ideologii tej partii, której był sekretarzem, było o wiele gorszym przewinieniem niż księżowska golonka, dostawał odpust partyjny od jeszcze ważniejszego sekretarza, fundując mu kolację w restauracji „U Fońka”. Tak oto smacznie zastawiony stół jadłem i napitkami łagodził obyczaje, nawet te najbardziej konfliktogenne społecznie. Bo przecież nic tak nie skłócało ludzi jak spory religijne i polityczne.