Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Sopot. Wielki dom z widokiem na morze. Dwie kobiety: młoda i stara. Dwa światy. Teraźniejszy i ten z przeszłości. I mężczyzna, który podaje się za pisarza, jednak jego tożsamość pozostaje zagadką.
Do domu bogatej staruszki przyjeżdża nowa opiekunka, zatrudniona przez rodzinę. Do obowiązków dziewczyny należy nie tylko dotrzymywanie towarzystwa, lecz także pilnowanie, by w otoczeniu starszej pani nie znalazły się niewłaściwe osoby, czyhające na spadek. Zadanie wydaje się proste, lecz wychodzi na to, że staruszka ma własny plan dotyczący wykorzystania pieniędzy i prowadzi osobliwą grę, by go zrealizować.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 524
Rok wydania: 2019
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Aleksandra Tyl
Copyright © by Grupa Wydawnicza Literatura Inspiruje Sp. z o.o., 2019
Wszelkie prawa zastrzeżone
All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane
w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.
Redakcja: Beata Mazur
Korekta: Justyna Jakubczyk
Projekt graficzny okładki: Marek Kuźnicki, Studio 1
Zdjęcia wykorzystane na okładce:
Copyright © by Subbotina (Stock.chroma.pl);
Copyright © by massonforstock (Stock.chroma.pl)
Fotografia autorki: Sebastian Wolny
Skład i łamanie: Justyna Jakubczyk
Słupsk/Warszawa 2019
ISBN: 978-83-65897-59-6
Wydawnictwo Prozami
www.prozami.pl
www.literaturainspiruje.pl
Skład wersji elektronicznej: Kamil Raczyński
konwersja.virtualo.pl
Obudziłam się na dźwięk budzika ustawionego w telefonie. Było jeszcze ciemno. Przez moment leżałam bez ruchu, zbierając myśli wytrącone z błogiego snu. Powoli wracała świadomość tego, gdzie się znajduję. Jęknęłam. Miałam ochotę dalej spać, czułam się przeraźliwie zmęczona. To było dziwne, bo kiedy pracowałam w szkole, nie miałam problemów z wczesnym wstawaniem, nieraz budziłam się przed budzikiem, zadowolona, że mam dość czasu, by spokojnie wypić kawę i szykując się do pracy, obejrzeć urywek
porannego programu w telewizji.
Tu nie miałam telewizji. Tu też nie musiałam się szczególnie szykować.
Potarłam oczy. Niechętnie wyszłam z łóżka, zapaliłam światło i zrobiłam kilka skłonów.
Szybki prysznic postawił mnie na nogi. Dochodziła siódma.
Psy czekały pod drzwiami. Chyba były przyzwyczajone do regularnego wychodzenia. Zdziwiłam się, że tym razem Fago sam zszedł ze schodów. A może spał na dole?
Ubrałam się, wyłączyłam alarm, zapięłam smycze i otworzyłam drzwi. Prawie krzyknęłam, kiedy omal nie zderzyłam się w nich z kobietą.
– O! Dzień dobry! – powiedziała równie zdziwiona jak ja. W dłoni trzymała klucze.
– Dzień dobry – przywitałam się, nie bardzo wiedząc, czy mam ją przepuścić, czy wylegitymować.
– Pani jest…? – spytała, patrząc na mnie równie podejrzliwie.
– Opiekunką.
– A tamta gdzie?
– Nie ma.
– Uhm… – Pokiwała głową, ale nie dopytywała.
– Domyślam się, że pani jest gospodynią? Pani Grażyna? – spytałam, przypomniawszy sobie imię pracującej tu kucharki.
– No. Na siódmą przychodzę. Ale ziąb! – Minęła mnie, wchodząc do środka. Nie mówiąc nic więcej, zamknęła za sobą drzwi.
– Ziąb – przyznałam, nasuwając czapkę na czoło. Pomyślałam, że właściwie, skoro teren jest ogrodzony, nie muszę wychodzić z psami na daleki spacer, a jedynie spuścić je ze smyczy koło domu.
Ledwie to zrobiłam, a obydwa pobiegły w dwie różne strony. Zauważyłam, że Figo obsikał żywopłot, a Fago wygiął się na podjeździe, tuż przy samochodzie pani Sylwii.
– Cholera – jęknęłam. Nie miałam przy sobie żadnych torebek na kupy ani nawet chusteczek. Zdecydowałam, że kopnę tego balaska na zaśnieżony trawnik.
– Nie radzę – usłyszałam męski głos w chwili, kiedy ostrożnie przesuwałam kupę butem.
Spojrzałam w kierunku furtki. Mężczyzna otwierał ją własnym kluczem. Wszedł na posesję jak do siebie. Serce zabiło mi mocniej. Czyżby Robert?
Nie wyglądał na przystojniaka ani tym bardziej na amanta. Był średniego wzrostu i raczej krępej budowy ciała, a jego kurtka nie należała do wyszukanych. Twarz miał przyjemną, ale krzaczaste brwi i równie krzaczaste wąsy nadawały jej dość szczególny wyraz. I nie był młody. Raczej podstarzały, około sześćdziesięcioletni, jak na moje oko. Z pewnością nie był Robertem. Więc kim?
– Śnieg stopnieje i wszystkie gówna zostaną na trawie, Hanka tego nie lubi – wyjaśnił. – A kto będzie je zbierał? Ja?
– Skądże – zapewniłam, zauważywszy ze zgrozą, że głos mi drży. – Oczywiście ja posprzątam. Nie mam przy sobie torebek. Jestem tu nowa, dopiero się…
– A gdzie Jadzia?
– Odprawiona.
– Grażyna już jest? – spytał, nie dopytując więcej o Jadzię. Byłam zdumiona jego reakcją. Podobnie zachowała się Grażyna. Czyżby wszyscy byli już przyzwyczajeni do takiej rotacji opiekunek?
– Jest – odpowiedziałam, ale chyba już nie słyszał, ponieważ dziarskim krokiem wszedł do domu i zamknął za sobą drzwi. Gbur – przebiegło mi przez myśl. Ani się nie przedstawił, ani nie przywitał jak człowiek. Nie mówiąc o tym, że nie zainteresował się nawet, kim jestem.
Postałam jeszcze chwilę, po czym zawołałam psy. O dziwo, przybiegły natychmiast.
W domu unosił się przyjemny zapach kawy. Nabrałam ochoty na śniadanie. Najpierw jednak musiałam iść do Hanki, by podać jej leki, które przyjmowała na czczo.
W jej sypialni było ciemno. Zasłony przepuszczały niewiele światła. Nie chciałam zapalać górnej lampy, dlatego niemal na oślep dotarłam do stolika, na którym stała lampka nocna. Podążając za instrukcjami spisanymi w notesie, znalazłam odpowiednie tabletki i upewniłam się, że w dzbanku jest woda.
Staruszka była ledwie przytomna, kiedy ją obudziłam, przełknęła lekarstwa z zamkniętymi oczami i zaraz znowu usnęła. Starając się być jak najciszej, zgasiłam lampkę i wyszłam. Kolejny punkt dnia odhaczony. Teraz wreszcie był czas na kawę.
– Zapraszam! – Grażyna przywitała mnie w kuchni nader uprzejmie. – Właśnie siedliśmy do śniadania. – Skinęła głową na gbura siedzącego przy kuchennym stole, którego miałam okazję już poznać. – Kawy pani zrobić?
– Poproszę. Z mlekiem.
– Proszę siadać i zajadać – zachęciła. – Wy się jeszcze chyba nie znacie? – spytała, stawiając na stół talerzyk dla mnie. – To Tomasz. Ogrodnik i złota rączka – dokonała krótkiej prezentacji. – A to nasza nowa Jadzia.
– Małgorzata Kunc. Już się trochę poznaliśmy. – Podeszłam do Tomasza i wysunęłam dłoń. Uścisnął ją lekko, uśmiechając się do mnie pobłażliwie.
– Do Tomasza możesz zwracać się zawsze, kiedy tylko zauważysz jakąś usterkę – poinstruowała Grażyna. – Od przepalonej żarówki do cieknącego kranu. Bywa tu raz w tygodniu, ale jeśli zdarzy się coś nieprzewidzianego, to też przyjedzie, nawet w nocy – zapewniła, a Tomasz tylko przytaknął.
– A pani gotuje i sprząta? – upewniłam się, robiąc w głowie schemat służby.
– Grażyna. Mówimy sobie po imieniu.
– Wszystkie dotychczasowe opiekunki nazywano Jadziami? – zaciekawiłam się.
– Jakoś tak się przyjęło. – Grażyna usiadła. – Hanka za często je zmienia, żeby móc spamiętać. Ja tu pracuję już ósmy rok. Mnie zna doskonale – pochwaliła się, a w jej głosie dało się wyczuć niekłamaną dumę.
– To dlaczego zmienia tak często opiekunki?
– Nie zawsze tak było. Kiedyś nie potrzebowała żadnej.
Ale te ostatnie lata dały mocno w kość, co nie, Tomasz?
Tomasz wzruszył ramionami.
– Posunęła się bardzo, oj bardzo – ciągnęła Grażyna. – Jeszcze nie tak dawno mogła zrobić szpagat, zwinna była jak fryga. A teraz?
– A co się stało?
– Bo ja wiem? Starość ją chyba przygniotła. Kto wie, jak my się będziemy trzymać w tym wieku. Ona ma już chyba ze sto lat.
– Albo i dwieście – wtrącił niespodziewanie Tomasz.
– Dziewięćdziesiąt dwa – uściśliłam, przypomniawszy sobie, co mówił Babiński.
– Długo już nie pociągnie – oceniła gosposia.
– Oby jak najdłużej – westchnęłam. – Zależy mi na tej pracy.
– No tak, no tak… – Grażyna pokiwała głową, ale nie bardzo potrafiłam zinterpretować ton, w jakim wypowiedziała te słowa.
– Dlaczego tak często zmienia opiekunki? – ponowiłam pytanie. – Co jest nie tak?
– A bo to człowiek pozna prawdę? – odpowiedział Tomasz, zerknąwszy wymownie na Grażynę.
– No! – Kobieta nagle podniosła się z krzesła i zamknęła drzwi od kuchni. – Co między nami, to między nami – powiedziała konspiracyjnym szeptem, znów siadając.
Odruchowo nachyliłam się ku niej, przekonana, że zaraz wyjawi mi sekret rotacji opiekunek, ale ona spojrzała na Tomasza, po czym wyprostowała się i odchrząknęła dwa razy. Dotychczasowy uśmiech zniknął z jej oczu, a zamiast tego pojawił się przebiegły błysk.
– Skoro już się znamy i tak miło nam się rozmawia, to najwyższa pora ustalić zasady – powiedziała, patrząc na mnie wymownie. – Lepiej od razu, żeby wszystko było jasne.
– Zasady… – powtórzyłam spontanicznie.
– Musisz zdecydować. Albo jesteś z nami, albo przeciwko nam.
Milczałam, usiłując przetrawić te słowa. Zabrzmiały jak z kiepskiego filmu.
– Nie bardzo rozumiem – przyznałam po chwili.
– Nie ma co owijać w bawełnę. Hanka swoje lata ma, i wszyscy wiemy, że lada dzień jej świeczka zgaśnie.
– Już prędzej niż później – wtrącił Tomasz.
– A ty głupia też nie jesteś i widzisz, o co toczy się gra. I swoje planujesz.
– Planuję? – Nie dowierzałam uszom.
– Taka okazja to nie lada gratka. Ale to ja najdłużej tu pracuję. I najwięcej serca oddałam.
– Układ jest prosty. Działamy wspólnie, a potem dzielimy na trzy – wtrącił Tomasz. – Największą część bierze Grażyna, potem ja, na końcu ty. Tak jest sprawiedliwie.
– Ale co dzielimy?
– Spadek. – Grażyna spojrzała na mnie z wyrzutem, zdumiona, że nie od razu zrozumiałam.
Bo to prawda, nie zrozumiałam, o co chodzi z tym całym układem. Fakt, miałam swój plan i rzeczywiście nieraz przebiegło mi przez myśl, że jeśli zdołam, wbrew temu, co mówili Babińscy, zaprzyjaźnić się ze staruszką, to może uwzględni mnie w testamencie, w końcu przy łożu śmierci ważny jest ten, który jest blisko, a nie ten, który dyryguje z daleka. Ale to był mój plan. Cichy i prywatny. Co Grażynie i Tomaszowi do niego?
– Naprawdę nie bardzo rozumiem. Jaki układ? – spytałam po dłuższej chwili, kiedy wpatrywali się we mnie, wyczekując odpowiedzi.
– Co tu jest do rozumienia? – prychnęła Grażyna. Już nie była uśmiechniętą, serdeczną gospodynią.
– Hanka ma swoje odpały – wyjaśnił nieco przyjaźniej Tomasz. – Nie wiemy, co jej do głowy strzeli. Grażynka niby od wielu lat prowadzi dom, zaufanie ma, ale kto tam wie, czy nie przyjdzie chwila, że popadnie w niełaskę. Już się takie historie zdarzały. Sam słyszałem o ojcu, co wyrzekł się dzieci w ostatnim tygodniu przed śmiercią. I kto dostał majątek? No kto? Kościół. I tyle w temacie.
– Ale tu przecież jest rodzina – wtrąciłam. – Bratanek.
– A tam byli synowie.
– W głowie Hanki nikt nie siedzi – dodała Grażyna. – Nie wiesz, czy w napływie ciepłych uczuć, w jakimś amoku przed śmiercią nie zapisze ci domu albo biżuterii. Mnie przyobiecała, że coś tam dostanę, ale cholera ją wie, może zmieni zdanie.
– Wciąż nie rozumiem idei układu.
– Jeden za wszystkich. Wszyscy za jednego. Jeśli jesteś z nami, wspieramy cię. Tak samo i ty nas wspierasz. Nie zauważamy błędów, nie donosimy Hance naszych wpadek.
– Domyślam się, że jeśli nie jestem z wami, to będzie odwrotnie…?
– Nie potrzebujemy tu harpii. Jesteśmy drużyną. Tak więc zdecyduj.
– Jeśli się nie zgodzę, będziecie mi szkodzić?
– To nie będzie takie trudne – podjął Tomasz. – Wystarczy podrzucić pierścionek Hanki do twojej sypialni, można też…
– Sposobów jest bez liku – weszła mu w słowo Grażyna.
– Ale to szantaż.
– Nie bulwersuj się – zgasiła mnie Grażyna. – Jak zwał, tak zwał. Za stara już jestem, żeby się bawić w ceregiele. Układ jest sprawiedliwy i korzystny dla wszystkich.
Dla ciebie najbardziej – pomyślałam, nie patrząc jej w oczy.
– Zauważ, że jeśli Hanka kitnie jutro i okaże się, że to właśnie mnie coś przypadło, będę się musiała i z tobą podzielić – ciągnęła Grażyna. – Mimo że nie napracowałaś się nawet tygodnia. Korzystasz, a ja podejmuję ryzyko.
– A jeśli każdy z nas coś odziedziczy?
– Zasada ta sama. Dzielimy – wyjaśnił Tomasz.
– Decyduj – ponagliła Grażyna, wstając.
Patrzyłam na nią, jak podchodzi do zlewu i odkręca kran. Zaczęła zmywać.
– Domyślam się, że poprzednie opiekunki nie przystały na waszą propozycję? – zagadnęłam, patrząc na Tomasza. Teraz już było jasne, że w ich odejściu maczali palce on i Grażyna.
– Ta ostatnia była w porządku – powiedziała Grażyna. – To Hance coś nie podpasowało.
– Mówiłem, że ma swoje odpały – przytaknął Tomasz.
– Wchodzę – zdecydowałam.
Nie było co się zastanawiać. Bali się mnie, to jasne. Jak każdej opiekunki, która znajdowała się blisko Hanki. Bali się, ale nie miało to teraz znaczenia. Jeśli nie przystałabym na układ, mogliby mnie zniszczyć. Tak więc to ja miałam się czego bać.
– Dobrze. – Grażyna zakręciła kran i wytarła dłonie w ścierkę. Z szuflady w kredensie wyjęła kartkę papieru i położyła ją na stół. Podała mi długopis. – To podpisz.
– Co to? – spytałam, podsuwając kartkę bliżej siebie.
– Oświadczenie. Chyba nie sądzisz, że jesteśmy tak naiwni, by wierzyć na słowo.
Przeczytałam dokument. Rzeczywiście zobowiązywał mnie do trzymania się ustalonych zasad podziału ewentualnego spadku.
– Kto jeszcze jest w tym układzie? – spytałam, składając podpis.
– Tylko my tu pracujemy – powiedział Tomasz. – Na całą resztę świata nie mamy wpływu. Ale jesteśmy najbliżej Hanki, i to się liczy.
– A Robert? – spytałam, przenosząc wzrok z Tomasza na Grażynę.
– To gość – powiedziała Grażyna. – Raz jest, raz go nie ma. Pisarz podobno… A może poeta… Hanka udostępniła mu pokój… do pracy twórczej…
– Już tu wielu bywało – wtrącił Tomasz. – Muzycy, pieśniarze jacyś. Hanka lubi otaczać się artystami. Ten Robert to żaden wyjątek.
– Czyżby?
Spojrzeli po sobie. Chyba zasiałam w nich ziarno wątpliwości.
**
Po śniadaniu, które Grażyna podała o dziesiątej trzydzieści, Hanka z Sylwią wyszły z domu. Właściwie odjechały samochodem, nie tłumacząc się, dokąd i po co. Hanka poinformowała, że wrócą na obiad o trzeciej. Poprosiła, żeby przygotować pieczonego łososia z guacamole.
– Pójdziesz na zakupy – zaordynowała Grażyna, kiedy zostałyśmy same. – Lista nie zmienia się od lat. Śledzie, łosoś, awokado, mango, pomarańcze. Do tego kiszone ogórki, kapusta. Pieczywo kup ciemne, ziarniste. I jakieś ciasteczka. Owsiane, albo co tam ci w oko wpadnie. Zresztą wszystko ci napiszę. Mleko jeszcze jest… – dodała pod nosem, zaglądając do lodówki. – Aha! Dla nas kup też na jutro jajka i ser, jak chcesz, to jakąś wędlinę. Dostałaś gotówkę, kartę płatniczą?
– Wszystko mam – przyznałam zgodnie z prawdą. W portfelu, który zostawiła Jadzia, były zarówno pieniądze, jak i karta.
– Pamiętaj, żeby zbierać rachunki. Pan Babiński wszystkiego skrupulatnie pilnuje. Rzadko tu bywa, ale kasę trzyma. Lepiej mu nie podpaść. Idealnie by było, jakby to on podpadł czymś Hance – rozmarzyła się.
Wzięłam kartkę z listą sprawunków. Grażyna miała całkiem ładne pismo, równiutkie, wyraźne. Pochwaliłam ją.
– Staram się od dziecka – powiedziała, przyjmując pochlebstwo.
Uderzyło mnie, jak wiele w tym stwierdzeniu było prawdy. Pamiętałam własne wzorowe uczennice kaligrafujące literki, by otrzymać szóstkę i pochwałę. To były zazwyczaj ciche dziewczynki, zawsze przygotowane do lekcji, które nigdy nie sprawiały problemów, nie dostawały uwag ani nagan. Czy kiedyś, za kilkanaście lat, będą Grażynami?
– Tylko się postaraj, żeby kupić łososia dzikiego, nie hodowlanego.
– Jak to poznać?
– Czytaj etykiety albo pytaj w rybnym. Zależy gdzie pójdziesz. Czasem znajdziesz od razu, a czasem trzeba się nabiegać, bo teraz wszędzie hodowlane.
– Coś jeszcze?
– W razie czego zadzwonię. Zapisz swój numer.
Rzeczywiście za łososiem musiałam się nabiegać. Nie było to przyjemne w taką pogodę. Zastanawiałam się nawet przez chwilę, czy nie pójść na łatwiznę i nie kupić łososia w rybnym, bez etykiety, i powiedzieć Grażynie, że to wyłowiony. Ale potem, kiedy już udało mi się go znaleźć, zauważyłam, jak głupi byłby to pomysł. Ryba miała inny kolor niż hodowlana, wydawało mi się, że ma też nieco inną strukturę
mięsa. Ciekawa byłam, jak smakuje.
Kiedy wróciłam do domu, Grażyna sprzątała. Włożyłam produkty do lodówki, wyszłam z psami i potem nie bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić. Spytałam ją, czy nie potrzebuje pomocy, ale mnie pogoniła, wytłumaczywszy, że to są jej i tylko jej obowiązki. Domyśliłam się, że woli sama się męczyć, niż żeby Hanka zauważyła, że ja też się angażuję w sprzątanie. Myślę, że Grażyna miała jakąś obsesję na tym punkcie, żeby się Hance przypodobać i w jej oczach uchodzić za najlepszą gospodynię świata. I niezastąpioną.
Poszłam do swojego pokoju. Przez chwilę siedziałam na łóżku, przeglądając bezmyślnie telefon. Trochę mnie dziwiło, że mama nie esemesowała ani nie dzwoniła, ale na razie nie miałam ochoty na rozmowę. Wreszcie wpadłam na pomysł, że skoro Grażyna porządkuje parter, ja w tym czasie – nie wchodząc w jej kompetencje – przewietrzę sypialnię Hanki i zrobię przegląd medykamentów leżących przy łóżku. Zawsze to lepsze niż nuda.
Było chłodno. Już rankiem zauważyłam, że w sypialni Hanki kaloryfery są przykręcone. Dobrze, że nie stosowała takiego rozwiązania w całym domu. Pokój był duży, ale zagracony. Przy wielkim łóżku oprócz stolika nocnego i szafki stała sporych rozmiarów drewniana skrzynia. Tuż obok fotel obleczony zielonym obiciem, na którym leżały dwie maleńkie poduszeczki. Po prawej stronie od wejścia stała olbrzymia szafa, prawdopodobnie antyk, jak większość mebli w tym domu. Była masywna, a mimo to nie pomieściła wszystkich rzeczy, ponieważ ustawiono na niej dodatkowe pudła. Wyglądały jak te na kapelusze.
Stojące lustro, na którym wisiało mnóstwo apaszek, było zaśniedziałe. Jego srebrna rama nie błyszczała. Ciekawa byłam, czy Hanka wciąż z niego korzysta.
Przy ścianie obok drzwi do łazienki stała druga szafa, nieco mniejsza i niższa. Była uchylona, prawdopodobnie nie dało jej się domknąć od nadmiaru ubrań. Przez drzwiczki wystawał kawałek połyskliwej tkaniny. Sukienka? Nie miałam odwagi zajrzeć do środka.
Nieopodal okna, obok toaletki, stały kolorowe kartonowe pudła. Było ich cztery i zajmowały niemal całą szerokość tej ściany. Przez okrągłe otworki dostrzegłam, że w środku jest masa papierów, może jakieś zdjęcia, pamiątki. Wyglądało na to, że Hanka sypialnię traktuje jako przestrzeń do przechowywania najważniejszych rzeczy i wspomnień. Nie zaglądałam do kątów, nie szperałam po szufladach, ale i tak odniosłam wrażenie, że mimo powierzchni całego domu to właśnie tu zawarte jest całe życie Hanny.
Na szafce nocnej leżało pudełko z tabletkami. W przegródkach, odpowiadających dniom tygodnia, zostało już niewiele. Nie uzupełniałam pudełka, wiedziałam, że trzeba będzie to zrobić wieczorem w niedzielę. Wyjęłam jednak notes i sprawdziłam, czy wypisane w nim leki wystarczą na najbliższe dni. Jadzia zostawiła recepty. Okazało się, że szybko muszę je zrealizować.
Chłód panujący w sypialni był przenikliwy, uznałam, że nie będę tu wietrzyć. Poprawiłam jednak nie do końca rozsunięte zasłony. Długo stałam przy oknie, napawając oczy niezwykłym krajobrazem. Z okien sypialni Hanki rozciągał się widok na lekko spienione morze. Nie widziałam plaży, ponieważ przysłaniały ją drzewa, mogłam sobie jednak wyobrazić zalegający na piasku śnieg, gdzieniegdzie roztopiony przez fale.
Niebo miało barwę jasnego błękitu. Kilka postrzępionych chmur przesuwało się w stronę horyzontu. Było pięknie. Żałowałam, że na zewnątrz jest tak zimno, a to odbierało mi ochotę, by wyjść z psami gdzieś dalej, choćby na deptak od strony plaży.
Niewielki hałas w pokoju obok wytrącił mnie z zamyślenia. Grażyna zapewne wzięła się za porządki na górze. Roztarłam wychłodzone ramiona i poszłam, by zapytać ją, czy temperatura w sypialni Hanki na pewno jest odpowiednia.
Drzwi były uchylone, dlatego nie zapukałam, ale pchnęłam je i weszłam do środka ze słowami:
– Puk, puk, jesteś tu?
– Jestem – odpowiedział mężczyzna, którego dopiero po chwili zauważyłam. Stał po prawej stronie, wkładając do szafy walizkę podróżną niewielkich rozmiarów.
Robert.
– Przepraszam – zmieszałam się. – Myślałam, że pani Grażyna tu sprząta. Przepraszam. – Szybko wycofałam się za drzwi. Serce mi biło szybciej niż zazwyczaj.
– Nie ma za co. Nic się nie stało. A gdzie Hanka?
– Pojechała z koleżanką do miasta. Wróci na obiad.
Zeszłam po schodach, trzymając się poręczy. Drżałam. Nie wiem, czy to z powodu zimna, które panowało w sypialni Hanny, czy dlatego, że tak niespodziewanie natknęłam się na Roberta. Babińscy mieli rację. Był młody. Był przystojny. Był w typie amanta.
Nie przyjrzałam się dokładnie, zbyt szybko trwała ta chwila, ale nie miałam wątpliwości, że ten wysoki brunet był także dobrze ubrany. I ładnie pachniał, choć to wrażenie akurat mogło być tylko wytworem mojej wyobraźni. Dzieliło nas jakieś trzy metry. Czy z tej odległości mogłabym wyczuć jego zapach? Może to jego wygląd sprawił, że za moim wzrokiem podążyła reszta zmysłów.
Ale skoro Robert przez zaledwie kilka sekund zrobił na mnie aż takie wrażenie, to co dopiero na Hannie. Teraz nie dziwiłam się Babińskim. Ktoś taki jak Robert rzeczywiście mógł nieźle namieszać w ich spadkowych planach.
**
Nie potrafiłam znaleźć sobie miejsca. Czułam, że nie nadaję się na szpiega. Bałam się, że przy kolejnym spotkaniu z Robertem zrobię się czerwona, nie wyduszę z siebie słowa albo co gorsza zacznę się jąkać. A przecież powinnam go wypytać o te rzekome książki, które napisał.
Kiedy wróciła Hanna i razem z Sylwią usiadły do obiadu, cieszyłam się, że to Grażyna będzie je obsługiwać. Nie byłam gotowa, by wejść do jadalni. Wiedziałam, że wkrótce pojawi się tam także Robert. Potrzebowałam więcej czasu.
Starałam się zachowywać w miarę naturalnie, krzątałam się w kuchni, udając, że szukam karmy dla psów.
– Nie plątaj mi się tu – warknęła Grażyna. Nalewała zupę do wazy.
– Przepraszam. Muszę nakarmić zwierzęta.
– Goście ważniejsi. Lepiej poszłabyś po tego pisarza, bo jedzenie wystygnie.
– Nie jestem jego opiekunką.
– O, jest chyba już. – Grażyna nadstawiła uszu. Rzeczywiście z jadalni dało się słyszeć głosy powitania. – Cholera jasna! – krzyknęła nagle stłumionym głosem. – Nie pamiętam, czy posoliłam, czy nie posoliłam.
Rozbrzmiał dzwoneczek. Zesztywniałam. Spojrzałam na Grażynę. Kiwnęła głową, potwierdzając, że też słyszała. Zdumiewające, jak wielki miał zasięg.
– To na mnie? – upewniłam się.
– No raczej. – Grażyna posmakowała zupy. Okazała się odpowiednio słona. – Mnie w ten sposób nie przywołuje. Idź.
Przygryzłam wargi. Grażyna chyba wyczuła moje podenerwowanie, bo uśmiechnęła się znacząco.
Dźwięk dzwoneczka słychać było nieustannie. Jakby Hanna odczuwała jakąś dziwną satysfakcję podczas potrząsania nim. Przecież wiadomo było, że nie przyjdę od razu, nawet z kuchni – która była w miarę blisko – zajęło mi to kilka ładnych sekund.
– Jesteś! – krzyknęła na mój widok. – Zabierz stąd Figa, nie daje nam spokoju.
Rzeczywiście pies miał wyraźnie ochotę na zabawę. Biegał wokół stołu i poszczekiwał zaczepnie, machając przy tym ogonem. Na szczęście dał się szybko złapać, dzięki czemu uniknęłam uganiania się za nim. Nie patrzyłam na gości. Jak przystało na służbę, tym razem starałam się być niewidzialna. Usłyszałam, że rozmawiają o Sopocie, coś o miejscach, do których warto się udać latem, o plażach, gdzie można uniknąć tłumów.
Figo się wyrywał, dlatego przytrzymując go drugą ręką, udałam się w stronę wyjścia.
– Co z obiadem? – spytała Hanna.
– Już idzie – odparłam, pokłoniwszy się odruchowo.
Wyszłam i zamknęłam za sobą drzwi. Zaniosłam psa do bawialni. Byłam zła, kiedy uświadomiłam sobie, co odpowiedziałam staruszce. Ja, nauczycielka, polonistka, zakomunikowałam, że obiad idzie! I to przy pisarzu. Z pewnością odnotował tę gafę. Obiad idzie! Może jeszcze biegnie albo skacze lub pełza! Mogłam powiedzieć, że Grażyna już niesie albo że za chwilę zostanie podany. Przecież mam w małym palcu zasady języka, a wystarczył moment, bym zrobiła z siebie językową kalekę. Co za wstyd. Ale to przecież żaden pisarz, na pewno tego nie odnotował – pomyślałam szybko.
– Co taka podenerwowana? – zapytała Grażyna, gdy wróciłam do kuchni.
– Powiedziałam, że obiad już idzie. – Wywróciłam oczami.
– No przecież idzie, już idzie. Co oni tacy niecierpliwi – obruszyła się Grażyna, unosząc wazę.
**
Telefon od Babińskiego zadzwonił w najmniej odpowiednim momencie. Wróciłam właśnie z długiego spaceru z psami, przemarznięta do szpiku. Miałam ochotę wejść choć na chwilę pod kołdrę, żeby się porządnie wygrzać. Ale zadzwoniła komórka, nie mogłam zignorować tego połączenia.
– Dobry wieczór. No, wreszcie pani odebrała. – Głos mężczyzny zdradzał zniecierpliwienie. – Pół dnia usiłuję panią złapać.
– Przepraszam. Nie noszę ze sobą komórki, została w pokoju, nie słyszałam.
– Dzwonię kontrolnie – wyjaśnił nieco lżejszym tonem. – Jak się pani odnajduje w nowym miejscu?
– Dobrze. Dopiero drugi dzień, a czuję się, jakbym pracowała tu już miesiąc. Dużo się dzieje – wymsknęło mi się. Szybko ugryzłam się w język. – W Warszawie ostatnio siedziałam w domu, teraz co chwila biegam, a to na zakupy, a to z psami…
– A jak ciotka?
– W porządku. Chyba czuje się całkiem nieźle. Westchnął. Nie wiedziałam, jak interpretować to wymowne westchnienie. Przebiegło mi przez myśl, że się zmartwił. Prawdopodobnie, jak inni, wyczekuje śmierci Hanki i lepszą wiadomością dla niego byłaby wiadomość o pogorszeniu stanu jej zdrowia.
– A tak poza tym? – spytał.
– Poza tym dobrze. Wdrażam się, poznaję…
– No, właśnie – podchwycił. – Jego już pani poznała?
– Tak.
– I?
Zawahałam się. Czułam się jak na przesłuchaniu.
– No cóż… – zaczęłam, usiłując zebrać myśli w słowa. – Jest znacznie młodszy od pani Hani. Ma około czterdziestki. Wysoki, postawny… Brunet. Przystojny.
– To już wiem. Proszę mi powiedzieć coś, czego nie wiem.
– Jeszcze aż tak się nie poznaliśmy. Dopiero dziś przyjechał, wcześniej go nie było…
– Pani Małgorzato, chyba nie muszę tłumaczyć, że czas goni. To na pani barkach spoczywa zdekonspirowanie intruza. Ciocia jest zauroczona, zaślepiona. Każdy dzień jest dla nas w tej sytuacji niczym odliczanie sekund w ładunku podłożonym pod ścianą.
Cóż za metafora – przemknęło mi przez myśl. A jednak zobrazował to na tyle trafnie, że spięłam się w sobie.
– Nawet nie miałam możliwości – przerwałam mu, żeby się wytłumaczyć. – Po południu pani Hania poszła się zdrzemnąć, a on zamknął się u siebie. Potem, wieczorem, razem wyszli.
– Dokąd?
– Nie wiem. Jakaś przyjaciółka zaprosiła ich na kolację. Imieniny czy coś. Na dziewiętnastą – mówiłam szybko, składając w głowie kolejne sekwencje. – Pani Hania kazała się wystroić. Założyła na tę okazję bordową suknię i sznur pereł.
– Razem wyszli. Na kolację. Jako para, śmiem się domyślać… Już zdążyła go przedstawić koleżankom. – Mówił bardziej do siebie niż do mnie. Analizował. Chrząkał przy tym nerwowo. Aż pożałowałam, że powiedziałam o tym wyjściu. Już mogłam prędzej napomknąć o Sylwii, byłoby może bezpieczniej. Powiedziałabym, że Hankę odwiedziła koleżanka, została na obiedzie, po czym odjechała, a Hanka teraz, zmęczona wizytą, śpi. Ale było za późno, słowo się rzekło, a Babiński zdenerwował.
– Powinna pani wiedzieć, dokąd wychodzą. Prezent miała? Skoro na imieniny, to powinna mieć jakiś prezent.
– Nie wiem – przyznałam cicho. Rzeczywiście nie zwróciłam na to uwagi.
– No właśnie. Może to żadne imieniny, ale romantyczna kolacja we dwoje. Może wziął ją do teatru? Może planuje oświadczyny…
– O Boże – jęknęłam mimowolnie.
– Ma pani trzymać rękę na pulsie – przypomniał stanowczo. – Każde wyjście, każda rozmowa powinny być przez panią monitorowane. Zweryfikowała pani przynajmniej informacje o rzekomym jego pisarstwie?
– Nie miałam okazji – szepnęłam. Zaschło mi w gardle.
Z nerwów zaczęłam drżeć.
– Przecież pani wie, że jeśli coś knują… Jeśli po czasie się dowiemy, że doszło do ślubu…
– Wiem, nie musi pan mówić.
– To niechże się pani przyłoży! Przerwał połączenie bez pożegnania.
Drżałam coraz bardziej, nie z zimna, lecz z nerwów. To okropne, jak moje ciało reaguje na stres. Podobnie było w szkole, kiedy podczas wywiadówek doszło do ostrej wymiany zdań z którymś z rodziców. Zamiast zachować spokój – drżałam, a przez to łamał mi się głos, na szyi ukazywał się paskudny rumieniec. Nienawidziłam tego, próbowałam nad tym pracować, bez skutku jednak.
Wskoczyłam pod kołdrę, wtulając się z całych sił w poduszkę, żeby opanować dygotanie. Ale nic to nie dało. Myśli wciąż krążyły wokół Babińskiego, Hanki i Roberta. Potrzebowałam czymś odwrócić uwagę. W takich momentach zawsze włączałam telewizor. Zwykły serial, najgłupszy nawet, był w stanie rozproszyć myśli. Tutaj nie miałam telewizora. Nie miałam też radia.
Doskoczyłam do torby i wyjęłam laptopa. Na szczęście wciąż był naładowany. Otworzyłam go i w pierwszym odruchu próbowałam uruchomić YouTube’a, ale z powodu braku internetu oczywiście nie zadziałał. Otworzyłam więc Worda. Postanowiłam coś napisać. Cokolwiek, byle zająć umysł i ręce.
Słowa płynęły szybko. Palce ledwie nadążały za myślami. Ulżyło.
Gdańsk, 1936 rok
Na stacji kolejowej panował gwar. Za kilka minut miał nadje chać pociąg, dlatego część podróżnych przemieszczała się
z bagażami w kierunku torów. Ania poczuła rosnącą ekscytację. Już za chwilę będzie jechała do Warszawy, do Teatru Wielkiego, by spotkać się z prawdziwym Mistrzem. Już za chwilę znajdzie się na drodze do realizacji marzenia, o którym śniła przez ostatnich kilka lat. Nie miała wątpliwości, że zostanie przyjęta do szkoły ba letowej. Nawet pani Gertruda, jej prywatna nauczycielka, uwa żała, że Ania ma niezwykły talent do tańca, więc przyjdzie czas, kiedy upomną się o nią największe sceny świata. Tak powiedzia ła: największe sceny świata. Chyba właśnie to zdanie przekonało w końcu rodziców, by posłać Anię do Warszawy. Najpierw tylko na egzamin – zaznaczył tata – a potem się zobaczy.
Ale Ania wiedziała, że jeśli zda egzamin, to tata postara się znaleźć sposób, by jedynaczka mogła rozpocząć naukę w sto licy Polski. Trochę żałowała, że Wolne Miasto Gdańsk nie miało szkoły baletowej, pani Gertruda jednak zawsze powtarzała, że ta w Warszawie jest jedną z najlepszych w całej Europie, więc war to ponieść trud podróży, a potem dźwigać ciężar utrzymania
córki, ponieważ wszystko się opłaci. Sława jest w zasięgu ręki – mówiła z przekonaniem. I choć zarówno Ani, jak jej rodzicom na sławie nie zależało, to dziewczynka nie wyobrażała sobie życia bez tańca i tak długo wierciła dziurę w brzuchu taty, aż uległ, choć w podróż nie mógł się udać.
Ania z podniecenia przebierała nogami. Spojrzała na błysz czące czarne buciki. Wkrótce zamieni je na baletki. Już za chwi lę, już za chwilę.
Odruchowo chwyciła mamę za dłoń i ścisnęła.
– Szkoda, że tatuś nie może z nami jechać – westchnęła.
– Nie marudź, wiesz, że ma obowiązki.
Zofia rozglądała się po peronie. Gdzież ta obsługa? Przecież nie będzie sama wnosić walizy do wagonu. Zdjęła rękawiczkę i ostentacyjnie zamachała kilkoma guldenami. Miała nadzieję, że zapach pieniędzy przywabi bagażowych.
Nagle jej wzrok padł na czapeczkę. Maleńka biała czapka le żała przy dworcowej ławce, na której siedziała młoda, bardzo szczupła, wychudzona wręcz kobieta, trzymająca na rękach nie mowlę otulone w wypłowiały kocyk, może nawet noworodka. Dziecko miało zamknięte oczy, ale nie spało. Pomlaskiwało ci cho, wysuwając główkę w kierunku kobiety. Prawdopodobnie było głodne, choć jeszcze nie tak bardzo, by płakać. Młoda mat ka patrzyła przed siebie. Wzrok miała utkwiony w tory, bezna miętny, zmęczony. Zofia rozumiała ten stan. Też była zmęczona, kiedy urodziła się Ania. To ciągłe karmienie, przewijanie, bawie nie. Nie było dnia, żeby nie płakała w poduszkę z wyczerpania. A przecież nie była sama. Miała pomoc. Nie musiała wtedy zaj mować się domem, nie musiała wychodzić po sprawunki. Opie ka nad dzieckiem okazała się jednak prawdziwym wyzwaniem. Mimo to nie zamieniłaby tych chwil na żadne inne. Ten zapach, te bezzębne uśmiechy córki wynagradzały trud.
Z niekłamanym wzruszeniem spojrzała na niemowlaka. Schowała pieniądze do torebki i podążyła w kierunku ławki. Ania ruszyła za nią.
– Dzień dobry! – przywitała się z kobietą Zofia. – Dzidziuś coś zgubił – zauważyła z uśmiechem, podnosząc czapeczkę.
– Mamo, spójrz! Kominiarz! – krzyknęła nagle Ania, chwyta jąc się za guzik przy płaszczyku.
– Ciiiii. Maluszek prawie zasnął, nie hałasuj mu nad uchem. To on czy ona? – zagadnęła kobietę.
Tamta nie odpowiedziała. Nie spojrzała na Zofię, nie mrugnę ła okiem.
– Zmęczona pani, rozumiem… – westchnęła Zofia. – A może nie mówi pani po polsku? – dodała ciszej, zawstydzona. Już nie raz zagadywała kogoś, a potem okazywało się, że to jednak Nie miec. Zofia nie znała niemieckiego.
– Czy teraz muszę znaleźć starego w kapeluszu? Czy młode go z brodą? – Ania nie była zainteresowana ani dzieckiem, ani jego matką. – Mamusiu! Niech mamusia pomoże, bo będę mia ła pecha!
– Ciiii, powiedziałam. – Zofia przyłożyła palec do ust.
Na peronie zapanowało poruszenie. Z daleka słychać było gwizd, pociąg wtaczał się na stację. Zofia położyła czapeczkę na ławce i już miała odejść po bagaż pozostawiony nieopodal, kie dy kobieta z dzieckiem wstała i wolną ręką chwyciła ją za ramię.
– Tak? – Zofia się zatrzymała.
Kobieta tym razem spojrzała jej prosto w oczy, ale wciąż nic nie mówiła. Zdecydowanym ruchem wcisnęła niemowlaka w ręce Zofii, odwróciła się i zaczęła biec.
Dziecko się rozpłakało.
– Stary… Stary w kapeluszu! – niskim, jakby nie swoim gło sem oznajmiła Zofia.
Oszołomiona Ania, patrząc na matkę z niemowlakiem w rę kach, rozdziawiła usta.
– Gdzie? – spytała spontanicznie. Wciąż ściskała guzik.
– Tam. – Zofia brodą wskazała przeciwległy od torów kieru nek. – Wyszedł, chodźmy za nim, prędko!
Głuche uderzenie, a potem pisk zatrzymywanego pociągu i krzyki ludzi ledwie dochodziły do świadomości Ani. Biegła za matką w kierunku wyjścia, nie bardzo rozumiejąc, co się dzieje.
– Mamusiu! – krzyknęła, kiedy już prawie opuszczały dwo rzec. – Nasze bagaże! Pociąg nam odjedzie! Mamusiu!
Zofia nie odpowiadała. Jej rozbiegane oczy przesuwały się szybko, analizując otoczenie. Wreszcie podbiegła do czarnego samochodu stojącego pod dworcem.
– Pan nas zawiezie – zaordynowała kierowcy, który właśnie gasił papierosa.
– Paniusia żarciki sobie stroi – prychnął mężczyzna, spluwając kątem ust resztki tytoniu. – Ja tu czekam na ważnego profesora.
– Zawieziesz nas na Frauengasse, już – powiedziała silnym, zdecydowanym głosem Zofia, wpychając w dłoń kierowcy plik banknotów. – Zdążysz wrócić.
Mężczyzna, afiszując niezadowolenie, przyjął jednak pienią dze i otworzył drzwi.
– Mamusiu! – krzyknęła Ania, szarpiąc Zofię za rękaw i próbu jąc powstrzymać. – Ale nasz pociąg! Niech mamusia coś zrobi, bo odjedzie bez nas! Gdzie jest ta pani? – spytała płaczliwym tonem, patrząc na niemowlaka.
– Milcz teraz – nakazała Zofia. – Wracamy do domu.
**
Wszystko było inne. Niby ta sama kamienica, to samo miesz kanie, te same meble i sprzęty. A jednak wszystko było inne. Ania z przerażeniem patrzyła na zdenerwowaną matkę, usiłującą uspokoić płaczące dziecko. Bała się zapytać o cokol wiek. Zofia usiadła z niemowlęciem na łóżku i drżącymi dłońmi zaczęła rozwijać je z kocyka.
– Chłopiec – szepnęła, załamującym się głosem. – Chłopiec… Dziecko na chwilę ucichło. Kocyk był przemoczony. Zofia chwyciła leżącą u wezgłowia poduszkę i zdjęła poszewkę. Owi nęła nią niemowlaka. Potem okręciła go jeszcze swoim szalem. Chłopiec bez protestu poddawał się tym zabiegom, ale po chwili znów wydał z siebie rozdzierający płacz.
– Różańska niedawno rodziła, biegnij po nią! – krzyknę ła Zofia.
Ania spojrzała na matkę nierozumiejącym wzrokiem. Jaka Różańska? Dokąd biec?
– No, szybciej, szybciej! Różańska, ta gruba, która w piekarni na rogu pracuje. Powiedz, żeby przyszła jak najszybciej.
Ania podniosła się z krzesła i ruszyła do drzwi.
– Czekaj! – powstrzymała ją matka. – Powiedz jej, że ciocia Agata, siostra twojej mamy, zmarła przy porodzie. Zostawiła dziecko i nic dla niego nie mamy, niech pomoże.
Ciocia Agata? Ani kręciło się w głowie od nadmiaru informa cji i wrażeń. Przecież mama nie miała siostry, tylko dwóch braci. Ciocia Agata? Umarła?
– No już, biegnij! Widzisz przecież, że nie daję rady! Tyl ko nie mów nic więcej, rozumiesz? Nic więcej prócz tego, co ci nakazałam.
Rozumiała i nie rozumiała. To chyba jakiś sen i zaraz się obu dzę – przemknęło jej przez myśl. Za chwilę przyjdzie tatuś i po wie, że trzeba wstawać, zjeść śniadanie i spieszyć się na pociąg. Do Warszawy. To teatru. Do szkoły baletowej. Do tańca. Przyj dzie tatuś i…
– Ruszaj się! – krzyczała coraz bardziej zdenerwowa na matka. Ania zauważyła, jak Zofia próbuje podać pierś niemowlakowi.
Różańska, która mieszkała nad piekarnią, nie zadawała zbęd nych pytań. Usłyszawszy, co się stało, natychmiast zarzuciła na siebie obszerną chustę, chwyciła kojec, starszym dzieciom powiedziała, że mają być grzeczne, i ruszyła za Anią. Szły w po śpiechu, nie rozmawiając.
– Mój Boże, dobrze, że pani jest! – Zofia wydała z siebie pełne ulgi westchnienie. – Takie nieszczęście – powiedziała. – Siostra moja, Agatka, umarła przed kilkoma dniami. Przywieziono mi dzieciątko, przecież nie wyrzucę. Przewinęłam go i próbowa łam dać pierś, żeby choć trochę oszukać. Ale mleko przecież nie poleci.
– Da się pobudzić – zawyrokowała Różańska. – Trza przysta wiać jak najczęściej, w końcu poleci. Tak nas Pan Bóg stworzył, że nawet nie swoje dzieci możemy wykarmić. Pani się nie dener wuje. Spokoju trzeba, mleko wkrótce będzie. A na razie pomogę. Różańska delikatnie położyła zawiniątko z własnym niemow lakiem na łóżku i podeszła do Zofii. Wzięła od niej chłopca i usia dła na krześle. Nucąc coś pod nosem, podała mu nabrzmiałą od mleka pierś. Syknęła, kiedy zassał.
– Upuszczę pani na zaś – powiedziała po chwili do Zofii. – Garnek jakiś niech pani znajdzie. Starczy do jutra. Ale proszę przykładać też swoje, zobaczymy, ile potrzebują, żeby się obu dzić – roześmiała się. – Byle tego sztucznego nie dawać, mówią, że niebezpieczne. Przynajmniej przez pierwsze trzy miesiące trzeba się postarać o cycka.
– A co, jeśli nie zdołam z własnych pokarmu wykrzesać? – za pytała Zofia.
– Mojego nie braknie. Dogadamy się. – Różańska puści ła oczko.
Ania w milczeniu, nerwowo skubiąc wargi, przysłuchiwała się rozmowie. Mleko wkrótce będzie… Starczy do jutra… Pierwsze trzy miesiące…
Słowa wirowały. Czuła się zagubiona. Gdzieś w głębi serca wciąż tliła się nadzieja, że to jakieś dziwne nieporozumienie, a mama zaraz się otrząśnie i powie:„Aniu, co my tu jeszcze robi my? Na pociąg trzeba!”.
Ale to się nie działo. Mama przejęła od Różańskiej nakarmio ne dziecko, zaczęła tulić je i kołysać.
– Dziękuję, pani Różańska – powiedziała. – Bardzo mi pani pomogła. – Aniu – zwróciła się z uśmiechem do córki. – Przynieś no z kuchni jaki garnek – nakazała.
**
Erwin wrócił do domu nieco później niż zwykle. Tego dnia przyjął większą liczbę pacjentów, niż było zapisanych. Wszy scy ponadplanowi zostali skierowani z przytułku dla ubogich, a ich wizyty częściowo opłacał Caritas, a częściowo Erwin mu siał ich rozpisać w ramach prywatnej działalności, czyli charytatywnie. Nigdy nie odmawiał, to była część jego misji.
Nie zdziwił się, że większość pacjentów przejawiała daleko rozwiniętą gruźlicę. Trudno było zwalczyć epidemię, mimo że szpitale i kliniki dysponowały już coraz większą ilością sprzętu niezbędnego do wykonywania zdjęć rentgena. Przychodnia, w której pracował Erwin, nie miała jednak takiego aparatu, dia gnozował więc na podstawie objawów, przepisując lekarstwa ze smutnym przeświadczeniem, że nie dla wszystkich zostaną wykupione. Przytułkom brakowało pieniędzy, a organizacje do broczynne dwoiły się i troiły, żeby rozdzielić środki jak najbar dziej efektywnie.
Takie dni zawsze były trudne. Patrząc w oczy ludzi wytrąco nych poza margines społeczeństwa, Erwin starał się zachowy wać dystans, tłumacząc sobie, że świat właśnie tak jest urządzo ny. Nie wszyscy mają szczęście.
Najtrudniej było wtedy, gdy wzywano go, by zbadał dzieci. Zaniedbane, wychudzone sieroty gasnące w oczach, które do przytułku trafiały prosto z ulicy, bo nie miały już sił, by samo dzielnie walczyć o przetrwanie. Dzieci, w których zamiast życia tliła się obojętność. Tak różne od jego własnej córki Ani, małej iskierki, roześmianej, dumnej, planującej bajeczną przyszłość solistki w Jeziorze łabędzim.
Wracał do domu przygaszony, zmęczony. Cieszył się, że Zofia pojechała z Anią do Warszawy i nie będzie ich co najmniej cztery dni. Na razie zatrzymają się u jego brata w Józefowie, ale jeśli Ania dostanie się do szkoły baletowej, trzeba będzie pomy śleć o bursie dla niej, żeby nie obciążać rodziny. Przeprowadzka nie wchodziła w grę – Erwin tu miał swoje życie, swoich pacjen tów. Zofia prędzej mogłaby się przenieść. Ale do tej pory nie roz mawiali o tym, uznawszy, że na ten temat przyjdzie jeszcze czas. Bo co, jeśli Ania jednak się nie dostanie? Wówczas nie trzeba będzie wprowadzać w życiu zmian. Erwin nie lubił zmian.
Nie lubił też wracać późno, ale to był wyjątkowy dzień, wła ściwie nie wychodził z gabinetu, pragnąc pomóc wszystkim, którzy tego od niego oczekiwali. Nawet jeśli Greta, recepcjo nistka przychodni, miałaby patrzeć na niego złym okiem. Ona też nie lubiła zostawać po godzinach. Nie rozumiała, że czasem trzeba się poświęcić. Choćby po to, by móc spojrzeć sobie w lu strze w twarz. Dla niej ważniejsze było, żeby odbębnić robotę i pognać do świeżo poślubionego małżonka. Miała głowę pełną marzeń i mrzonek. Z niechęcią obsługiwała nadprogramowych pacjentów. Ci z przytułków byli dla niej nic nieznaczącymi byta mi, które zajmują tylko czas porządnych ludzi.
Erwin odetchnął głęboko na wspomnienie całego dnia. Trze ba to z siebie strząsnąć – pomyślał, planując, że kiedy tylko wej dzie do mieszkania, otworzy ukrytą w szafie butelkę gorzałki. Będzie w sam raz na samotny wieczór. Tylko odrobinka, ćwierć szklaneczki, oby jak najprędzej zasnąć.
Pogrążony w myślach, nie zwrócił uwagi na to, że drzwi nie są zamknięte na klucz. Otworzył je i wszedł do środka, czując, jak za progiem zaczyna opadać napięcie. Dom. Wreszcie dom.
– Tatuś!
Erwin nie od razu przyjął do świadomości, że Ania naprawdę biegnie ku niemu. Pierwsza myśl była taka, że to zwida. Że ze zmęczenia i stresu umysł podsuwa mu zwyczajowe codzien ne obrazy.
– Tatusiu, jak dobrze, że jesteś! – Ania drobnymi rękami ob jęła go w pasie i wtuliła się mocno, jakby nie widzieli się co naj mniej rok.
Dopiero jej dotyk i zapach sprawiły, że Erwin otrząsnął się z otępienia.
– Anuś, skarbie, co tu robisz? Czyż nie miałyście być z matką w Warszawie? Pociąg nie przyjechał? Cóż się stało? – dopytywał, próbując oswobodzić się z uścisku.
– Przyjechał pociąg, tatusiu. Nie wiem, co się stało.
– Gdzie mama?
– Z dzidziusiem. Zasnęła.
Erwin z niepokojem przyjrzał się córce. Miała przekrwione, zaszklone oczy, jakby płakała, ale teraz były suche.
– Z jakim dzidziusiem? – spytał zdumiony. Odruchowo sprawdził czoło córki. Nie było gorące.
– Tatusiu, a czy ja pojadę do teatru jutro? Do Warszawy? Na sze bagaże przecież zostały.
– Gdzie zostały bagaże, dziecko drogie?
– Na dworcu. I kominiarza widziałam, wiesz?
Erwin nic nie rozumiał. Odstawił torbę, zdjął płaszcz i ukucnął przy córce.
– Później mi wszystko opowiesz. Teraz porozmawiam z ma musią, a ty możesz narysować dla mnie coś ładnego.
Ania pokiwała głową i poszła do swojego pokoju. On tymcza sem udał się do sypialni.
Rzeczywiście Zofia, oparta o stos poduszek, drzemała. Nie od razu dostrzegł wtulone w nią niemowlę.
Zatrzasnął za sobą drzwi. Nie był przy tym delikatny. Zofia drgnęła. Otworzyła oczy.
– Ciii – powiedziała, patrząc zaspanym wzrokiem na męża. – Nie hałasuj, obudzisz dziecko.
– Jakie dziec… – Umilkł, zauważywszy wystającą spod koca maleńką dłoń zbitą w piąstkę.
Zofia delikatnie przesunęła niemowlę wyżej, położyła na boku i podparła mu plecki poduszką. Chłopiec wydał z siebie cichy dźwięk, ale się nie przebudził.
– Czyje to? – spytał oszołomiony Erwin.
– Nasze.
Milczeli przez chwilę, wpatrując się w siebie. Zofia pierwsza odwróciła wzrok. Wolno, starając się, by nie poruszyć sprężyn, wstała z łóżka. Podeszła do Erwina.
– Tylko się nie denerwuj – powiedziała szeptem. – Wszystko ci opowiem. Tylko się nie denerwuj.
Erwin chciał o coś zapytać, ale powstrzymała go gestem dło ni, kładąc palec wskazujący na jego ustach. Opowiedziała mu o czapeczce, o milczącej kobiecie, o pozostawionym na dworcu bagażu. Zdziwiła się, że nie słyszał o tym paskudnym wypadku, zapewne już napisano w wieczornych gazetach, wszak nie co dziennie młode kobiety rzucają się pod pociąg.
– Ale Zosiu – próbował oponować. – Tak nie można. Musimy to zgłosić.
– Czego nie można, Erwinie? – Ścisnęła mocno jego dłoń. – Czego nie można? Kto się dowie? Tyle sierot w przytułkach, tyle dzieci na ulicy. Kto się dowie? Sąsiadom powiemy, że to mojej siostry, przecież nie będą dociekać. A potem wyprowadzimy się stąd i będzie już całkiem nasze…
– Tak nie można – wysyczał, oswobodziwszy dłoń z uści sku. – Nawet nie wiesz, kim była. Czy to Polka, czy Niemka. Może Żydówka?
– Ale to chłopiec, Erwinie, chłopiec – szepnęła zduszonym gło sem. – Marzyliśmy o chłopcu. Pomyśl tylko, tyle lat czekania na drugie dziecko, tyle modlitw, Bóg nie chciał wysłuchać. A teraz wi dzę, że miał dla nas inny plan, tak musiało być, kochany, musiało.
– Nawet nie wiadomo, czy zdrowy…
– Jesteś lekarzem, zbadasz go. I akt urodzenia wystawisz. Ja urodziłam, to mój syn. I twój. Wszystko tak pięknie się układa.
Zofia zerknęła na dziecko. Tak słodko spało, tak grzecznie. Po tem popatrzyła na męża.
Erwin miękł pod wpływem tego błagalnego spojrzenia peł nego determinacji, bał się jednak podjąć jednoznaczną de cyzję.
– A Ania? – spytał po chwili. – Przecież mieliśmy plany, ona tak bardzo pragnie zostać baletnicą.
– Doczeka się – odparła miękko Zofia. Znów chwyciła jego dłoń, lecz tym razem nie ścisnęła, tylko zaczęła delikatnie gła skać. – Balet przecież nie ucieknie. Nie teraz, to za rok, za dwa. Do tego czasu będzie ćwiczyć z Gertrudą.
– Nie wiem, Zosiu, to trudne. Obce dziecko…
– Nasze, kochany, nasze. Nasz syn. Twój. Nazwiemy go Igna cy, po twoim ojcu.
– Ignaś…
– Ignaś. Nasz Ignaś.
– Potrzebny będzie wózek…
Śnieg topniał, a w ogrodzie gdzieniegdzie ukazywały się krokusy. Na terenie posesji czasami puszczałam psy bez smyczy, czekając, aż załatwią swoje potrzeby. Nie lubiłam z nimi wychodzić. Było zbyt zimno.
Hanka, mimo pozornej serdeczności i uśmiechów rozdawanych każdemu, wciąż była jakby niedostępna. Miałam wrażenie, że żyje własnymi sprawami, po cichu wykonywała tajemnicze telefony. Zdawała się czymś podekscytowana, nie miałam jednak śmiałości zapytać, co wprawia ją w tak doskonały humor. Rzadko ze mną rozmawiała o sprawach innych niż psy, zakupy czy lekarstwa. Robert niemal codziennie wyjeżdżał, jakby pracował gdzieś – choć raczej nie na etat, ponieważ zarówno godziny wyjazdów, jak i powrotów były zróżnicowane. Zazwyczaj wracał na kolację, a potem przechodzili z Hanką do bawialni i rozmawiali tam za zamkniętymi drzwiami. Kiedy Hanna kładła się spać – on zaszywał się w swojej sypialni. Mijaliśmy się, co doprowadzało mnie do frustracji. Nawet gdybym chciała, nie miałam okazji z nim porozmawiać. Czasem w ogóle nie wracał i wtedy to ja towarzyszyłam Hannie – pomagałam układać pasjanse, czytałam na głos wybrane przez nią powieści lub puszczałyśmy płyty na starym gramofonie. Zachwycała się muzyką, opowiadając o różnych wykonawcach. Nieszczególnie mnie to interesowało, ale uśmiechałam się, udając zachwyt. Raz, kiedy skończyłam czytać rozdział Przeminęło z wiatrem i przez chwilę rozmawiałyśmy o literaturze, spytałam o książki, które napisał Robert.
– Masz może którąś? – zagadnęłam. – Z chęcią bym przeczytała.
– Niestety, pożyczyłam przyjaciółce – odparła Hanna, uśmiechając się tym swoim uśmiechem królowej.
– A jakie to tytuły?
– Och, gdybym to mogła spamiętać! – Westchnęła aż nadto teatralnie, bym zrozumiała, że unika tematu.
– Robert Kowalik… – powtórzyłam nazwisko, które podał mi Babiński. – W ogóle nie kojarzę takiego autora. – Dużo mnie kosztowało, by mówić swobodnie. Obawiałam się, czy Hanka nie odczyta tego jako zbytniej natarczywości.
– Robert jest wspaniałym pisarzem. Jestem przekonana, że kiedyś zgarnie wszystkie nagrody świata. – Powiedziała to z takim przekonaniem, że przestałam pytać.
Tego wieczora jednak zadałam sobie trudu i uruchomiłam mój skąpy pakiet danych komórkowych, żeby skorzystać z internetu. Google wyświetlił wielu Robertów Kowalików. Był pilot, kardiolog, pediatra, psychiatra i psycholog, nauczyciel śpiewu, sprzedawca samochodów, właściciel firmy remontowej, a nawet ksiądz. Ani jednego pisarza. Cóż więc takiego musiał naopowiadać o sobie Hannie, że mu uwierzyła? Nie napisał książek, rzekomo teraz pożyczonych koleżankom, musiał przedstawić się jako początkujący, dopiero przed debiutem, nie widziałam innej możliwości. Zapewne omamił staruszkę swoim urokiem, roztaczając wizję przyszłego książkowego sukcesu, międzynarodowego bestselleru, pretendującego do nagrody literackiego Nobla. Może powiedział, że jest jego muzą… Hanna, mimo wątpliwej urody, nosiła się dumnie. Pasowałaby na muzę.
**
Wieczory z Hanną bywały nudne, za to dni w jej towarzystwie okazały się nieprzewidywalne. Rzadko kiedy uprzedzała o swoich planach, tak samo jak nigdy nie tłumaczyła mi swoich decyzji.
W środę ósmego marca oświadczyła, że pragnie pojechać na miasto. Kazała przygotować samochód na godzinę dwunastą. To był Dzień Kobiet, więc spodziewałam się, że może z tej okazji urządzono jakieś specjalne wydarzenia w Domu Seniora czy gdzieś…
– Masz prawo jazdy? – upewniła się, zauważywszy moją nieco zalęknioną minę.
Nie prowadziłam od kilku lat, odkąd Maciek, odchodząc, zabrał też nasze auto.
– Mam. Tylko że dawno nie jeździłam… – przyznałam.
– Poradzisz sobie.
Nie mogłam wyjść ze zdumienia, z jaką lekkością Hanna wydaje polecenia i z jakim przekonaniem jest pewna ich realizacji. Powinna ją zmartwić moja niepewność, mój strach, przecież chodziło także o jej bezpieczeństwo, ale wyglądało na to, że nie zajmują jej moje obawy. Jakby nie przyjmowała ich do wiadomości, powodując, że sama musiałam wziąć odpowiedzialność za własne emocje. Nigdy się z czymś takim nie spotkałam, zazwyczaj ludzie wykazywali się większą empatią.
Hanna chciała samochód na dwunastą.
Pierwszy raz weszłam do obszernego eleganckiego garażu. Stało w nim tylko jedno auto – piękny stary ciemnozielony jaguar. Może nie aż tak stary, na jakiego wyglądał, bo w dowodzie rejestracyjnym wpisano rocznik 2000, jego wydłużona sylwetka, przywodząca na myśl amerykańskie krążowniki, powodowała jednak, że czułam, jakbym patrzyła na zabytkowy wóz, o który trzeba dbać bardziej niż o współczesny. Domyślałam się, że koszt naprawy drobnego zarysowania znacznie przewyższałby moją pensję. Przeraziło mnie to, wolałabym jeździć czymś tańszym.
Auto miało automatyczną skrzynię biegów. Znów stres. W pośpiechu zaczęłam w komórce przeglądać strony internetowe, by dowiedzieć się, jak to ustrojstwo działa. Drive. Jechać. Gdy zaparkuję, muszę przełączyć na Parking. Proste. Poza tym tylko dwa pedały. Gaz i hamulec. Nie ma sprzęgła, muszę o tym pamiętać.
Uruchomiłam wóz. Silnik zamruczał niczym prawdziwy dziki kot. Światła rozbłysły automatycznie, gorzej z lusterkami. Chwilę zajęło mi odnalezienie przycisków do ich ustawiania. Tak samo z ogrzewaniem. Wreszcie się udało.
Z garażu wyjeżdżałam powolutku. Nie potrafiłam wyczuć mocy pedału gazu, dlatego naciskałam go bardzo delikatnie, samochód ledwie się toczył. Dwanaście metrów dzielących garaż od podjazdu pokonałam tempem samochodowego paralityka. Ostatecznie jednak byłam z siebie dumna, kiedy zaparkowałam pod samymi drzwiami. Wolałam nie myśleć, że to dopiero początek, a już za chwilę czeka mnie większe wyzwanie.
Hanna zdążyła się wyszykować. Wyglądała jak milion dolarów. Kaszmirowy szary płaszcz – bardziej wiosenny niż zimowy – zdobiła olbrzymia połyskująca brosza. Nie miałam wątpliwości, że kamyczki w niej umieszczone są prawdziwe. Podobnie jak błyszczące diamenciki w uszach. Pięknie komponowały się z popielatym kapelusikiem. Patrzyłam na staruszkę z niemym zachwytem. Sama okutana byłam w puchową kurtkę, szalik i czapkę. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek pokusiła się o kapelusz w takie zimno. Nie chronił przecież uszu. Ale wyglądał wspaniale. Dodawał nie tylko uroku, lecz także elegancji. Hanna prezentowała się jak dystyngowana dama. Królowa. Po prostu.
Poleciła, bym złożyła balkonik służący jej do podpierania się podczas chodzenia i schowała go do bagażnika. Sama usadowiła się z tyłu. Była niecierpliwa, ciągle mnie pospieszała.
– Jedźmy już, jedźmy już – powtarzała, czekając, aż zamknę za nią drzwiczki.
Kiedy wreszcie usiadłam za kierownicą, Hanna podała mi adres, który natychmiast wbiłam w nawigację. Czekało nas dziesięć minut drogi. Niedaleko – pocieszałam się w myślach, wyjeżdżając poza posesję.
Nie było łatwo włączyć się do ruchu, samochód wydawał się wielki, nie potrafiłam ocenić, gdzie jest jego początek, a gdzie koniec. Dwukrotnie, przy skręcie, zawadziłam o krawężnik. Hanna, o dziwo, nie skomentowała. Tak samo jak nie zwracała uwagi na prędkość. A raczej jej brak, zważywszy na sznur samochodów ciągnących się za nami. Żeby dodać otuchy, wyobrażałam sobie, że prowadzę limuzynę, wioząc w niej królową Elżbietę, która macha poddanym i dlatego nie mogę przyspieszyć. Droga, zamiast dziesięciu, zajęła niemal dwadzieścia minut. Kiedy zbliżałam się do adresu sygnalizowanego przez nawigację, nie dostrzegłam żadnego klubu dla staruszków. Był za to bank.
– No, już jesteśmy na miejscu. Zaparkuj pod wejściem – nakazała dźwięcznym głosem Hanna, dotykając dłonią mojego ramienia.
– Tutaj? – upewniłam się.
– Już, już, szybciutko.
– Ale nie można tu parkować.
– A kto ci zabroni? – Tym razem Hanna wyraziła zdumienie.
– Jest zakaz.
– Jadziu, kochanie. Włącz migacze i podaj mój balkonik. Poczekasz tu na mnie. Będę za jakieś dziesięć minutek.
Zajęło jej to jednak nieco dłużej, i już mocno się denerwowałam, czując na sobie nieprzychylny wzrok przechodniów wymijających samochód.
Hanna wreszcie wróciła. Uśmiechnięta, zadowolona, dzierżąc w dłoni kilka tulipanów. Zamknęłam samochód i podbiegłam do niej, by pomóc. Wzięłam od niej torebkę i kwiaty.
– Wracamy do domu? – spytałam, kiedy doszła do auta i znów przyszło mi składać balkonik.
– Nie, teraz do kościoła.
Tam też kazała na siebie czekać, lecz tym razem krócej. To nie była pora mszy, wywnioskowałam więc, że potrzebowała krótkiej modlitwy lub błyskawicznej spowiedzi. Przeszło mi przez myśl, że może spowiada się ze swojego romansu z Robertem…
Kiedy jednak wsiadła do auta, kazała się zawieźć do kolejnego kościoła.
– Może sprawdzę w internecie, w którym o tej porze odbywa się msza? – zaproponowałam.
– Nie trzeba, jedźmy.
Tego dnia objechałyśmy w sumie cztery kościoły. Za każdym razem wchodziła na krótko, po czym wychodziła z uśmiechem. W ostatnim były schody i zapewne tylko dlatego pozwoliła mi pójść wreszcie z sobą.
W świątyni było niemal pusto. Dostrzegłam ledwie trzy osoby, tuż przed ołtarzem, pogrążone w głębokiej modlitwie. Dwie z nich odwróciły się na dźwięk przesuwanego balkonika Hanny.
– Tam. – Staruszka skinęła głową. Podeszłyśmy do lewej nawy, gdzie znajdowała się skrzynka na datki.
Hanna odsunęła balkonik i otworzyła torebkę. Wyjęła z niej pokaźny plik banknotów, owinięty banderolą, na której widniała kwota dziesięciu tysięcy złotych. Wstrzymałam oddech.
– Ojej, jaka mała ta szparka tutaj – jęknęła Hanka, przyglądając się skrzynce. – Trzeba podzielić. – Podała mi plik.
Myślałam, że dostanę zawału.
– Co mam z tym zrobić? – spytałam słabym głosem.
– Zerwij ten pasek. Trzeba podzielić, bo na raz nie wejdzie.
– Będziesz wrzucać tu te pieniądze? To dziesięć tysięcy…
– Dla potrzebujących.
Przełknęłam ślinę. Ja też jestem potrzebująca – chciałam krzyknąć. Ręce zaczęły mi drżeć, kiedy zrywałam banderolę. Aż chciało mi się płakać na myśl, że już za chwilę banknoty znikną w ciemnej otchłani kościelnej skrzyneczki.
– Na trzy kupki rozdziel i wrzucaj – powiedziała Hanka, nie zauważając mojego roztrzęsienia.
– Może po jednym?
– Oszalałaś? To zajmie pół dnia. Rób, jak mówię.
Wzięła ode mnie część pieniędzy, na oko jakieś cztery tysiące. To oznaczało, że w dłoni wciąż miałam sześć. Ścisnęłam je mocno, przyglądając się Hannie, która swoją część wkładała właśnie do skrzynki.
– Wrzucaj resztę i idziemy dalej – powiedziała stanowczo.
Musiałam wykazywać naprawdę duży opór, bo spojrzała na mnie przenikliwym wzrokiem.
– Biednym żałujesz? – syknęła.
– Nie o to chodzi… To po prostu bardzo dużo pieniędzy. Nawet nie wiadomo, czy trafią do biednych.
– Już się o to nie martw.
Ociągałam się, ale wrzucałam banknoty. Były tak przyjemnie sztywne, chyba nowiutkie. A kościelna skrzyneczka stara. Drewno gdzieniegdzie nieco już wyblakłe, obdrapane. I ta kłódeczka maleńka – wystarczyłoby zapewne mocniej uderzyć kamieniem, by puściła.
– No i klawo – szepnęła zadowolona Hanka, gdy wszystkie pieniądze zniknęły w skrzyneczce.
Nie chciałam o tym myśleć, ale kiedy wracałyśmy, wciąż analizowałam to, co się wydarzyło. Jeśli Hanna w każdym z kościołów wrzucała po dziesięć tysięcy, to wychodziło na to, że tego dnia rozdała w sumie czterdzieści. Mogło być też tak, że wcześniej wrzucała do skrzyneczek więcej takich dziesięciotysięcznych plików. Do jej wcale niemałej torebki z pewnością weszłoby i z dziesięć takich.
Byłam oszołomiona i zdruzgotana zarazem. Takie pieniądze. Na kościół. Takie pieniądze…
Nawet nie zauważyłam, że bezproblemowo dojechałam do domu, nie zawadzając tym razem o żaden krawężnik i trzymając całkiem przyzwoitą prędkość.
– Aha – powiedziała Hanna, gdy pomagałam jej wysiąść z auta. – Tylko ani mru-mru Wacławowi – nakazała. – On nie zrozumie. Ateista. – Spojrzała na mnie wymownie.
Skinęłam głową, wyrażając zgodę. Chociaż ja też nie rozumiałam, jak można przekazywać kościołowi aż tak wysokie kwoty.
Tego typu rajd po kościołach odbyłyśmy jeszcze potem kilkakrotnie. Za każdym razem było to dla mnie równie druzgocące.