Wszystkie stworzenia duże i małe - James Herriot - ebook + audiobook + książka

Wszystkie stworzenia duże i małe ebook i audiobook

James Herriot

4,7
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów w stałej cenie, by naprzemiennie czytać i słuchać. Tak, jak lubisz.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.

Dowiedz się więcej.
Opis

Świeżo dyplomowany weterynarz James Herriot na dobre zadomowił się na sielskiej wsi w hrabstwie Yorkshire. Młodego lekarza czekają kolejne wyzwania – praktyka weterynaryjna nigdy nie była łatwa! Do tego znajomość z Helen, śliczną córką miejscowego rolnika, sprawi, że to będzie jeszcze bardziej emocjonujący czas…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 348

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 25 min

Lektor: Marcin Dorociński

Oceny
4,7 (95 ocen)
76
14
5
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
malgosiarudnicka

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo sympatyczna książka . Wszystko z życia wzięte można się było pośmiać i popłakać.
30
Jbm36

Dobrze spędzony czas

Przyjemna lektura
20
ewajagielko

Nie oderwiesz się od lektury

mogłaby być 2 razy dłuższa.
10
jotmona

Dobrze spędzony czas

Dodałam książkę na moją półkę na Legimi, ale gdzieś po drodze zapomniałam, że autor naprawdę jest weterynarzem i zapisywał swoje historie, odczucia i wyzwania związane z tą pracą. To doskonale wyjaśnia, dlaczego z książki bije taki realizm, historie same w sobie mogłyby być brutalne, ale opowiedziane są z dystansem, w ciepły sposób i bez zbędnych przegadanych opisów, co wpływa na bardzo pozytywny odbiór, nawet u wrażliwych czytelników. Sama postać doktora bardzo pozytywna w odbiorze, dobrze ukazane rozterki młodego człowieka, który z jednej strony chce wykazać się w swojej pracy, a z drugiej wątpi w sobie, bo dopiero zaczyna. Myślę, że póki co zrobię sobie przerwę, ale możliwe, że za jakiś czas wrócę do przygód doktora Herriota.
00
Chmuraanna

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobrze się słuchało. Ciekawe kulisy pracy weterynarza. Klimat książki sielski, pomimo ciężkiej pracy i wielu wyzwań jakie autor opisał.
00



Rozdział 1

1

Widzia­łem wyraź­nie, że pan Hand­shaw nie wie­rzy w ani jedno moje słowo. Spoj­rzał na krowę i zaci­snął usta w wyra­zie uporu.

– Zła­mana mied­nica? I mówisz pan, że krowa już ni­gdy nie wsta­nie? Patrz pan, jak prze­żuwa! Powiem panu coś, młody czło­wieku: gdyby żył mój tatko, w try­miga posta­wiłby ją na nogi.

Już od roku pra­co­wa­łem jako wete­ry­narz i zdo­ła­łem nauczyć się paru rze­czy, a jedną z nich było to, że far­me­rzy nie­ła­two dają się prze­ko­nać, zwłasz­cza ci z York­shire Dales.

I ta wzmianka o tatku. Pan Hand­shaw był po pięć­dzie­siątce, więc jego wiara w wie­dzę i umie­jęt­no­ści zmar­łego ojca miała w sobie coś naprawdę wzru­sza­ją­cego. Choć chyba mógł­bym się bez niej obejść…

Podzia­łała jak dodat­kowy czyn­nik draż­niący w sytu­acji, w któ­rej i tak nie było mi łatwo. Nie­wiele przy­pad­ków przy­spa­rza wete­ry­na­rzowi takich zgry­zot jak krowa, która nie chce sta­nąć na nogach. Laikowi może się wyda­wać dziwne, że zwie­rzę wyle­czone z pier­wot­nej przy­pa­dło­ści na­dal nie pod­nosi się z ziemi, a jed­nak to się zda­rza. I nie­stety należy pod­kre­ślić, że leżąca krowa mleczna nie ma przed sobą żad­nej przy­szło­ści.

Ta sprawa zaczęła się od tego, że mój szef, Sieg­fried Far­non, wła­ści­ciel prak­tyki w Dar­rowby, małym mia­steczku tar­go­wym w Dales, wysłał mnie do przy­padku gorączki mlecz­nej. Nagły spa­dek stę­że­nia wap­nia wystę­pu­jący tuż po ocie­le­niu powo­duje utratę przy­tom­no­ści i pogłę­bia­jącą się śpiączkę. Kiedy pierw­szy raz ujrza­łem krowę pana Hand­shawa, leżała nie­ru­chomo na boku i musia­łem dobrze się przyj­rzeć, by dostrzec jakie­kol­wiek oznaki życia.

Wyją­łem butle z wap­niem z bez­tro­ską pew­no­ścią sie­bie, ponie­waż na szczę­ście uzy­ska­łem dyplom aku­rat wtedy, gdy udało się opra­co­wać tera­pię na tę do tej pory śmier­telną cho­robę. Prze­łom nastą­pił wiele lat wcze­śniej, kiedy zaczęto sto­so­wać metodę nady­ma­nia wymie­nia, więc na­dal wozi­łem ze sobą słu­żące do tego urzą­dze­nie (far­me­rzy uży­wali pom­pek rowe­ro­wych), ale dzięki kura­cji wap­niem wete­ry­narz mógł się pła­wić w taniej chwale, w ciągu kilku minut wyry­wa­jąc zwie­rzę z objęć nie­uchron­nej śmierci. Wyma­gało to mini­mal­nych umie­jęt­no­ści, a wyglą­dało spek­ta­ku­lar­nie.

Zanim wstrzyk­ną­łem zawar­tość dwóch butli – jedną dożyl­nie, drugą pod­skór­nie – a pan Hand­shaw pomógł mi obró­cić zwie­rzę na mostek, nastą­piła wyraźna poprawa. Krowa zaczęła się roz­glą­dać i potrzą­sać głową, jakby zasta­na­wiała się, gdzie też była przez ostat­nich parę godzin. Gdy­bym mógł zaba­wić tu tro­chę dłu­żej, bez wąt­pie­nia zoba­czył­bym, jak się pod­nosi. Ale cze­kali na mnie inni pacjenci.

– Niech pan do mnie zadzwoni, jeśli nie wsta­nie do obiadu – popro­si­łem, choć była to czy­sta for­mal­ność. Mia­łem pew­ność, że już nie będę musiał jej oglą­dać.

Kiedy far­mer zate­le­fo­no­wał w połu­dnie, mówiąc, że krowa na­dal leży, poczu­łem tylko lek­kie ukłu­cie nie­po­koju. W nie­któ­rych przy­pad­kach potrzebna była dodat­kowa butla wap­nia – wszystko na pewno będzie dobrze. Poje­cha­łem na farmę i poda­łem lekar­stwo.

Nie zmar­twi­łem się też prze­sad­nie, gdy następ­nego dnia rów­nież nie wstała, za to pan Hand­shaw ster­czał nad nią z rękami głę­boko w kie­sze­niach i przy­gar­bio­nymi ramio­nami, poważ­nie roz­cza­ro­wany bra­kiem efek­tów mojej kura­cji.

– Już pora, żeby kra­sula wstała. Z takiego leże­nia nic dobrego nie wynik­nie. Na pewno może pan dok­tor coś zara­dzić. Rano wla­łem jej do ucha butlę wody, ale nawet to nie posta­wiło jej na nogi.

– Co pan zro­bił? – zdzi­wi­łem się.

– Wla­łem jej do ucha zimną wodę. Tatko tak pod­no­sił krowy, a on umiał się obcho­dzić z bydłem, ten mój tatko.

– Nie wąt­pię – odrze­kłem grzecz­nie. – Ale kolejny zastrzyk bar­dziej jej pomoże.

Far­mer przy­glą­dał się posęp­nie, jak podaję pod­skór­nie zawar­tość kolej­nej butelki wap­nia. W jego oczach tera­pia stra­ciła całą swoją magię.

Paku­jąc narzę­dzia, z całych sił sta­ra­łem się zacho­wy­wać ser­decz­nie.

– Pro­szę się nie mar­twić. Czę­sto się zda­rza, że krowa pole­guje jesz­cze dzień lub dwa. Praw­do­po­dob­nie rano, kiedy pan do niej przyj­dzie, będzie już cho­dziła.

Tele­fon zadzwo­nił jesz­cze przed śnia­da­niem i żołą­dek skur­czył mi się gwał­tow­nie, gdy usły­sza­łem głos pana Hand­shawa. Brzmiał gro­bowo.

– No i nic się nie zmie­niło… Leży i żre jak smok, ale nie pró­buje wstać. Co pan teraz zrobi?

No wła­śnie, co – zasta­na­wia­łem się, jadąc na farmę. Krowa nie pod­no­siła się już od czter­dzie­stu ośmiu godzin, co wcale mi się nie podo­bało.

Far­mer natych­miast przy­stą­pił do ataku.

– Tatko zawsze mawiał, że jak krowa tak zalega, to ma robaka w ogo­nie. Powia­dał, że wystar­czy obciąć koń­cówkę, a się poprawi.

Jesz­cze bar­dziej pod­upa­dłem na duchu. Już wcze­śniej mia­łem kło­poty z tym prze­są­dem. Naj­gor­sze było to, że ludzie, któ­rzy na­dal prak­ty­ko­wali ten bar­ba­rzyń­ski zwy­czaj, czę­sto upew­niali się, że jest sku­teczny, ponie­waż po odcię­ciu koniuszka ogona ból kikuta doty­ka­ją­cego ziemi zmu­szał nawet najbar­dziej oporne krowy do wsta­nia.

– Nie ist­nieje nic takiego jak robak w ogo­nie – oznaj­mi­łem. – I czy nie sądzi pan, że obci­na­nie zwie­rzę­ciu ogona jest okrutne? Sły­sza­łem, że w zeszłym tygo­dniu Kró­lew­skie Towa­rzy­stwo Opieki nad Zwie­rzę­tami pozwało kogoś do sądu za podobną prak­tykę.

Far­mer zmru­żył oczy. Wyraź­nie uwa­żał, że mydlę mu oczy.

– Skoro nie chce pan tego zro­bić, to co, do dia­bła, pan zaleci? Musimy ją jakoś posta­wić.

Wzią­łem głę­boki wdech.

– Cóż, jestem pewien, że wyszła już z gorączki mlecz­nej, ponie­waż ma ape­tyt i wygląda na cał­kiem zado­wo­loną. Zapewne nie wstaje z powodu lek­kiego para­liżu zadniej czę­ści. Nie ma sensu poda­wać jej wię­cej wap­nia, spró­buję więc zro­bić zastrzyk ze środ­kiem pobu­dza­ją­cym. – Napeł­ni­łem strzy­kawkę z poczu­ciem nie­unik­nio­nej klę­ski. Ani odro­binę nie wie­rzy­łem, że śro­dek pobu­dza­jący coś da, ale niczego innego nie mogłem zro­bić. Po pro­stu chwy­ta­łem się brzy­twy.

Już kie­ro­wa­łem się do wyj­ścia, kiedy pan Hand­shaw zawo­łał za mną:

– Hej, panie dok­to­rze, przy­po­mniało mi się, co jesz­cze robił tatko. Krzy­czał im do ucha. Wiele krów posta­wił w ten spo­sób na nogi. Ale ja mam dość słaby głos, więc może pan dok­tor spró­buje?

Było już za późno, by rato­wać swoją god­ność. Pod­sze­dłem do krowy i chwy­ci­łem jej ucho. Zaczerp­ną­łem powie­trze do płuc, pochy­li­łem się i ryk­ną­łem we wło­chatą cze­luść. Krowa prze­stała na chwilę prze­żu­wać i zer­k­nęła na mnie pyta­jąco, po czym przy­mknęła oczy i na powrót z zado­wo­le­niem zaczęła mię­dlić szczę­kami.

– Damy jej jesz­cze jeden dzień – powie­dzia­łem ze znu­że­niem. – Jeśli jutro na­dal będzie leżała, spró­bu­jemy ją pod­nieść. Może pan zwo­łać kilku sąsia­dów do pomocy?

Tego dnia pod­czas wizyt u kolej­nych pacjen­tów cały czas czu­łem wewnętrzne napię­cie i fru­stra­cję. Niech to szlag i jasna cho­lera! Co, do dia­ska, nie pozwa­lało jej wstać? I co jesz­cze mogłem zro­bić? Był rok 1938 i moje moż­li­wo­ści były ogra­ni­czone. Trzy­dzie­ści lat póź­niej na­dal nie­które krowy po gorączce mlecz­nej nie chcą wsta­wać, lecz wete­ry­narz ma o wiele więk­szy arse­nał środ­ków zarad­czych, jeśli wapń nie wystar­czy. Fan­ta­styczny pod­no­śnik Bag­shawa, obej­mu­jący mied­nicę i dźwi­ga­jący zwie­rzę w natu­ralny spo­sób, zastrzyki z fos­fo­rem, nawet poga­niacz elek­tryczny, który można przy­ło­żyć do zadu i zaapli­ko­wać lekki wstrząs, spra­wia­jąc, że wyle­gu­jąca się wygod­nie krowa zrywa się na nogi, rycząc z urazą.

Tak jak się spo­dzie­wa­łem, kolejny dzień nie przy­niósł żad­nej zmiany i kiedy wysia­dłem z samo­chodu, zasta­łem na podwó­rzu pana Hand­shawa gro­madkę jego sąsia­dów. Byli w zna­ko­mi­tych nastro­jach, uśmiech­nięci, pewni sie­bie, sko­rzy do udzie­la­nia pomoc­nych rad, jak to far­me­rzy, gdy cho­dzi o cudzy inwen­tarz.

Kiedy pod­kła­da­li­śmy worki pod zwie­rzę, roz­le­gało się mnó­stwo śmie­chu i żar­tów oraz wiele dzi­wacz­nych suge­stii, któ­rych sta­ra­łem się nie sły­szeć. Gdy w końcu wszy­scy wspól­nym wysił­kiem dźwi­gnę­li­śmy krowę, efekt był zgodny z moimi prze­wi­dy­wa­niami. Po pro­stu spo­koj­nie zawi­sła z dyn­da­ją­cymi nogami, pod­czas gdy jej wła­ści­ciel opie­rał się o ścianę, przy­glą­da­jąc się nam coraz bar­dziej posęp­nym wzro­kiem.

Nastą­piło zbio­rowe posa­py­wa­nie i poję­ki­wa­nie, po któ­rym znów zło­ży­li­śmy bez­władne ciało na pod­ło­dze, i wszy­scy spoj­rzeli na mnie w ocze­ki­wa­niu na kolejne posu­nię­cie. Roz­pacz­li­wie pró­bo­wa­łem coś wymy­ślić, gdy pan Hand­shaw ponow­nie zabrał głos:

– Tatko mawiał, że obcy pies zawsze pode­rwie krowę na nogi.

Zebrani far­me­rzy wydali pełen apro­baty pomruk i natych­miast zaofe­ro­wali usługi swo­ich czwo­ro­no­gów. Pró­bo­wa­łem zwró­cić uwagę, że jeden wystar­czy, lecz mój auto­ry­tet już pod­upadł, a poza tym wyda­wało się, że każdy pra­gnął zapre­zen­to­wać poten­cjał swo­jego psa w sta­wia­niu krów na nogi. Nagle nastą­pił żwawy exo­dus, nawet pan Sme­dley, skle­pi­karz z mia­steczka, z ogromną pręd­ko­ścią pope­da­ło­wał na rowe­rze po swo­jego bor­der ter­riera. Mia­łem wra­że­nie, że minęło tylko kilka minut, a w obo­rze zaro­iło się od war­czą­cych, naje­żo­nych kun­dli, które krowa zupeł­nie igno­ro­wała, jedy­nie bodąc rogami, gdy któ­ryś za bar­dzo się zbli­żył.

Punkt zwrotny nastą­pił, kiedy pies pana Hand­shawa wró­cił z pastwi­ska, na któ­rym poma­gał zaga­niać owce. Był chu­dym, zapra­wio­nym w boju zwie­rza­kiem o świet­nym reflek­sie i poryw­czym uspo­so­bie­niu. Zje­żony, na sztyw­nych nogach wszedł do obory, spoj­rzał ze zdu­mie­niem na hordę obcych na swoim tery­to­rium i ruszył do akcji z mil­czącą zacie­kło­ścią.

W ciągu kilku sekund roz­pę­tała się naj­lep­sza walka psów, jaką w życiu widzia­łem, więc sta­ną­łem z boku i oglą­da­łem całą scenę z poczu­ciem, że jestem tu zupeł­nie zbędny. Co jakiś czas przez wście­kły war­kot i uja­da­nie prze­bi­jały się krzyki far­me­rów. Pewien nie­ustra­szony rol­nik dołą­czył do walk i poja­wił się po chwili z maleń­kim jac­kiem rus­sel­lem wcze­pio­nym z deter­mi­na­cją w piętę kalo­sza. Tym­cza­sem pan Rey­nolds z Clo­ver Hill wal­co­wał krowi ogon mię­dzy dwoma krót­kimi paty­kami, woła­jąc: „A sio! A sio!”. Przy­glą­da­łem się temu bez­rad­nie, gdy jakiś zupeł­nie obcy jego­mość uwie­sił się na moim ręka­wie i szep­nął mi do ucha:

– Pró­bo­wa­li­ście jej poda­wać łyżeczkę płynu do dezyn­fek­cji z kwartą sta­rego piwa co dwie godziny?

Mia­łem wra­że­nie, że wszyst­kie siły czar­nej magii przy­pu­ściły atak, a moje marne naukowe zaple­cze nie ma szans sta­wić oporu tej falan­dze. Nie wiem, jakim cudem dosły­sza­łem w tej wrza­wie trzask. Może dla­tego, że aku­rat pochy­la­łem się nad panem Rey­nold­sem, pró­bu­jąc mu wyper­swa­do­wać masaż ogona. Kiedy krowa lekko zmie­niła pozy­cję, roz­legł się wyraźny dźwięk docho­dzący z mied­nicy.

Tro­chę trwało, nim zdo­ła­łem zwró­cić na sie­bie uwagę – chyba wszy­scy zapo­mnieli o mojej obec­no­ści – ale w końcu udało się roz­dzie­lić psy, przy­wią­zać osobno kilo­me­trami sznurka do sno­po­wią­za­łek, wszy­scy prze­stali krzy­czeć, pan Rey­nolds został odcią­gnięty od ogona, a ja ponow­nie wkro­czy­łem na scenę.

Zwró­ci­łem się do pana Hand­shawa:

– Pro­szę mi przy­nieść wia­dro gorą­cej wody, mydło i ręcz­nik.

Odszedł, bur­cząc pod nosem, jakby nie­wiele się spo­dzie­wał po tym nowym gam­bi­cie. Naj­wy­raź­niej moje akcje stały już bar­dzo nisko.

Zdją­łem mary­narkę, namy­dli­łem ramię i wsu­ną­łem do odbytu krowy, tak by poczuć twarde skle­pie­nie kości łono­wej. Przy­trzy­ma­łem je przez ścianę odbytu i spoj­rza­łem na swoją publicz­ność.

– Niech dwóch z was chwyci kolce mied­nicy i deli­kat­nie koły­sze krową z boku na bok.

Tak, znów to samo, bez żad­nych wąt­pli­wo­ści. Sły­sza­łem i wyczu­wa­łem – luz i ciche trzesz­cze­nie, nie­mal zgrzy­ta­nie.

Wsta­łem i umy­łem ręce.

– Już wiem, dla­czego krowa nie chce się pod­nieść. Ma zła­maną mied­nicę. Zapewne stało się to pierw­szej nocy, kiedy sła­niała się w gorączce mlecz­nej. Przy­pusz­czam, że nerwy też są uszko­dzone. Nie­stety, to bez­na­dziejny przy­pa­dek. – Choć prze­ka­zy­wa­łem złe wie­ści, czu­łem ulgę, że zna­la­złem wresz­cie racjo­nalne wyja­śnie­nie.

Pan Hand­shaw wpa­try­wał się we mnie.

– Bez­na­dziejny? Jak to?

– Przy­kro mi – odrze­kłem – ale to nie­stety prawda. Może pan jedy­nie zawieźć ją do ubojni. Nie ma wła­dzy w tyl­nych koń­czy­nach. Już ni­gdy nie wsta­nie.

W tym momen­cie pana Hand­shawa ponio­sły emo­cje i wygło­sił dłuż­szą prze­mowę. Wła­ści­wie nie był nie­miły czy obraź­liwy, ale bez ogró­dek wypunk­to­wał moje nie­po­wo­dze­nia i ponow­nie wyra­ził żal z powodu tra­gicz­nego faktu, że nie ma z nami jego tatka, który na pewno roz­wią­załby pro­blem. Sąsie­dzi stali w kręgu, z sze­roko otwar­tymi oczami chło­nąc każde słowo.

Kiedy zakoń­czył tyradę, zabra­łem się stam­tąd. Nie mogłem zro­bić nic wię­cej, a pan Hand­shaw i tak będzie musiał pogo­dzić się z fak­tami. Czas dowie­dzie, że mia­łem rację.

Następ­nego ranka zaraz po prze­bu­dze­niu pomy­śla­łem o tej kro­wie. Nie był to przy­jemny epi­zod, ale uspo­ka­jała mnie przy­naj­mniej świa­do­mość, że sprawa została wyja­śniona. Zna­łem przy­czynę pro­blemu i wie­dzia­łem, że nie ma żad­nej nadziei. Nie musia­łem już sobie zaprzą­tać tym głowy.

Jakież było moje zdu­mie­nie, gdy chwilę póź­niej w słu­chawce tele­fonu usły­sza­łem głos pana Hand­shawa. Myśla­łem, że będzie potrze­bo­wał dwóch lub trzech dni, by uświa­do­mić sobie, że się mylił.

– Czy to dok­tor Her­riot? Ach, dzień dobry panu. Dzwo­nię powie­dzieć, że moja krowa wstała i czuje się dobrze.

Kur­czowo chwy­ci­łem słu­chawkę obiema dłońmi.

– Co? Co pan powie­dział?

– Że krowa wstała. Dziś rano zaj­rza­łem do obory, a ona cho­dzi, zdrowa jak ryba. Można by pomy­śleć, że ni­gdy nic jej nie było. – Zamilkł na dłuż­szą chwilę, po czym ode­zwał się z wiel­kim namasz­cze­niem niczym udzie­la­jący nagany nauczy­ciel: – A pan stał nad nią i mówił, patrząc mi pro­sto w oczy, że ni­gdy już się nie pod­nie­sie.

– Ale… ale…

– A, zasta­na­wia się pan, jak to zro­bi­łem? Cóż, przy­po­mniała mi się jesz­cze jedna sztuczka mojego tatka. Poje­cha­łem do rzeź­nika, kupi­łem skórę ze świeżo ubi­tej owcy i przy­kry­łem kro­wie grzbiet. Natych­miast sta­nęła na nogi. Musi pan wpaść ją zoba­czyć. Wspa­niały czło­wiek był z tego mojego tatka…

Nie­mal po omacku dotar­łem do jadalni. Musia­łem się skon­sul­to­wać z sze­fem. O trze­ciej w nocy obu­dziło go wezwa­nie do cie­le­nia i teraz wyglą­dał dużo sta­rzej niż na swoje trzy­dzie­ści parę lat. Wysłu­chał mnie w mil­cze­niu, koń­cząc śnia­da­nie, potem odsu­nął talerz i nalał sobie ostat­nią fili­żankę kawy.

– Mia­łeś pecha, James. Skóra owcza, co? Zabawna sprawa… Miesz­kasz w Dales ponad rok i ni­gdy się z tym nie zetkną­łeś. Pew­nie tro­chę już wycho­dzi z mody, ale w tej meto­dzie jest wiele sensu, jak we wszyst­kich daw­nych kura­cjach. Pod świeżą owczą skórą wytwa­rza się sporo cie­pła, przez co działa jak wielki gorący kom­pres. Po pew­nym cza­sie krowa zaczyna odczu­wać świąd i jeśli leży z czy­stej prze­kory, wstaje tylko po to, by się pozbyć okładu.

– Ale, do dia­bła, co ze zła­maną mied­nicą? Trzesz­czała i chwiała się na wszyst­kie strony!

– Cóż, nie ty pierw­szy dałeś się nabrać. Cza­sami przez kilka dni po ocie­le­niu wię­za­dła mied­nicy są roz­cią­gnięte, co daje taki efekt.

– O Boże… – jęk­ną­łem, wle­pia­jąc wzrok w obrus. – Ale naro­bi­łem bigosu…

– Och, wcale nie. – Sieg­fried zapa­lił papie­rosa i odchy­lił się na opar­cie krze­sła. – Krowa praw­do­po­dob­nie roz­wa­żała już pomysł, by wybrać się na spa­cer, aku­rat gdy Hand­shaw narzu­cił jej skórę na plecy. Rów­nie dobrze mogła to zro­bić po jed­nym z two­ich zastrzy­ków, a wtedy zasługa przy­pa­dłaby tobie. Nie pamię­tasz, co ci mówi­łem, kiedy tu przy­je­cha­łeś? Mię­dzy chwilą, w któ­rej ucho­dzisz za mądrego wete­ry­na­rza, a tą, w któ­rej oka­zu­jesz się kon­cer­to­wym głup­cem, prze­biega bar­dzo cienka gra­nica. Takie rze­czy przy­tra­fiają się nam wszyst­kim, więc nie przej­muj się, James.

Jed­nak nie­przej­mo­wa­nie się nie było wcale takie łatwe. Ta krowa stała się lokalną sławą. Pan Hand­shaw z dumą poka­zy­wał ją listo­no­szowi, poli­cjan­towi, kup­com zboża, kie­row­com cię­ża­ró­wek, sprze­daw­com nawo­zów, urzęd­ni­kom z mini­ster­stwa rol­nic­twa, a oni wszy­scy wspo­mi­nali mi o tym z peł­nymi zado­wo­le­nia uśmiesz­kami. Pan Hand­shaw trium­fal­nym, donio­słym tonem zawsze powta­rzał to samo:

– To jest ta krowa, która zda­niem dok­tora Her­riota miała już ni­gdy nie wstać!

Pewien jestem, że nie kie­ro­wała nim zło­śli­wość. Utarł nosa prze­mą­drza­łemu mło­demu wete­ry­na­rzowi i nikt nie mógł go winić za to, że się tym tro­chę cheł­pił. A ja w pew­nym sen­sie przy­słu­ży­łem się tej kro­wie. Zna­cząco prze­dłu­ży­łem jej żywot, ponie­waż pan Hand­shaw zatrzy­mał ją jako eks­po­nat. Choć od wielu lat dawała zale­d­wie kilka litrów mleka dzien­nie, pasła się szczę­śliwa na łące przy dro­dze.

Miała jeden róg dziw­nie wykrę­cony do góry i łatwo ją było po nim roz­po­znać. Czę­sto zatrzy­my­wa­łem samo­chód i w zadu­mie patrzy­łem ponad mur­kiem na krowę, która miała już ni­gdy nie wstać.

Rozdział 2

2

Sieg­fried odszedł od tele­fonu z twa­rzą pozba­wioną jakie­go­kol­wiek wyrazu.

– Dzwo­niła pani Pum­ph­rey. Chce, żebyś zba­dał jej pro­siaczka.

– Chyba pekiń­czyka? – spro­sto­wa­łem.

– Nie, pro­siaczka. Ma sze­ścio­ty­go­dniową świnkę i prosi, byś spraw­dził, czy jest zdrowa.

Uśmiech­ną­łem się z zaże­no­wa­niem. Moje rela­cje z pekiń­czy­kiem star­szej wdowy sta­no­wiły temat nie­ustan­nych żar­tów.

– Dobrze, dobrze, nie zaczy­naj znów. Czego naprawdę chciała? Czy pupka Gał­gana Woo znów płata mu figle?

– James – napo­mniał mnie Sieg­fried groź­nym tonem – to do cie­bie nie­po­dobne, by w taki spo­sób wąt­pić w moje słowa. Powtó­rzę wia­do­mość od pani Pum­ph­rey i ocze­kuję, że zare­agu­jesz na nią natych­miast i bez dal­szych pytań. Dama poin­for­mo­wała mnie, że została wła­ści­cielką sze­ścio­ty­go­dnio­wego pro­się­cia, i prosi, byś dokład­nie obej­rzał zwie­rzątko. Wiesz, jak pod­cho­dzę do tego typu badań, nie chcę, abyś cokol­wiek zanie­dbał. Zwró­cił­bym szcze­gólną uwagę na jego płuca. Posta­raj się, by porząd­nie pobie­gał po zagro­dzie, zanim przy­ło­żysz mu ste­to­skop do klatki pier­sio­wej i, na litość boską, nie pomiń niczego oczy­wi­stego, jak zaję­czak czy zapa­le­nie sta­wów. I przy oka­zji go zmierz. Miarka znaj­duje się w…

Jego słowa cichły, gdy pospiesz­nie odda­la­łem się kory­ta­rzem. Byłem nieco skon­ster­no­wany. Musia­łem się mie­rzyć z wie­loma docin­kami, od kiedy zosta­łem przy­bra­nym wuj­kiem pekiń­czyka Gał­gana, dzięki czemu regu­lar­nie otrzy­my­wa­łem od niego pre­zenty, listy oraz zdję­cia z auto­gra­fem, ale Sieg­fried zazwy­czaj nie posu­wał się tak daleko w swo­ich dow­ci­pach. Pani Pum­ph­rey i świ­nia to coś zupeł­nie nie do pomy­śle­nia. W jej ele­ganc­kiej rezy­den­cji nie było miej­sca na żywy inwen­tarz. Ech, chyba musiał źle zro­zu­mieć.

A jed­nak nie. Star­sza pani powi­tała mnie rado­snym okrzy­kiem:

– Och, panie dok­to­rze, czyż to nie cudowne? Mam prze­uro­czego pro­siaczka. Byłam z wizytą u kuzy­nów, któ­rzy mają farmę, i wybra­łam go sobie. Będzie cudow­nym towa­rzy­szem dla Gał­ganka, wie pan, jak mnie mar­twi, że on jest jedy­na­kiem.

Prze­cho­dząc przez wyło­żony dębową boaze­rią hol, krę­ci­łem z nie­do­wie­rza­niem głową. Moje wizyty tutaj zazwy­czaj spra­wiały wra­że­nie lekko irra­cjo­nal­nych, lecz tym razem czu­łem, że zupeł­nie tracę grunt pod nogami.

– To zna­czy, że naprawdę trzyma pani tę świnkę w domu?

– Ależ natu­ral­nie. – Pani Pum­ph­rey wyglą­dała na zasko­czoną. – Jest w kuchni. Chodźmy ją zoba­czyć.

Byłem w tej kuchni kil­ka­krot­nie, a jej nie­ska­zi­telna czy­stość zawsze napa­wała mnie podzi­wem: labo­ra­to­ryjna ste­ryl­ność wyło­żo­nych płyt­kami ścian i pod­łogi, lśniące powierzch­nie zlewu, kuchenki oraz lodówki. Lecz teraz jeden z kątów zaj­mo­wało tek­tu­rowe pudełko, w któ­rym ujrza­łem maleń­kiego pro­siaczka. Zwie­rzak sta­nął na tyl­nych nogach, przed­nimi racicz­kami opie­ra­jąc się o kra­wędź kar­tonu i roz­glą­da­jąc z zacie­ka­wie­niem po nowym oto­cze­niu.

Star­sza kucharka stała ple­cami do nas i nawet się nie obej­rzała, kiedy weszli­śmy do środka. Sie­kała mar­chewkę i ciskała ją do ron­dla z, jak uzna­łem, nad­mierną ener­gią.

– Czyż nie jest prze­cudny? – Pani Pum­ph­rey pochy­liła się i poła­sko­tała mały łebek. – Jestem taka pod­eks­cy­to­wana, że mam wła­snego pro­siaczka, panie dok­to­rze! Posta­no­wi­łam dać mu na imię Nugent.

Prze­łkną­łem ślinę.

– Nugent?

Sze­ro­kie plecy kucharki stę­żały w bez­ru­chu.

– Tak, po moim stry­jecz­nym dziadku Nugen­cie. Był niski, miał różową cerę, małe oczka i zadarty nos. Podo­bień­stwo jest wprost ude­rza­jące.

– Rozu­miem – odrze­kłem, a kucharka znów zaczęła chla­stać nożem.

Przez chwilę nie wie­dzia­łem, co robić. Etyka zawo­dowa burzyła się we mnie na myśl o bada­niu zupeł­nie zdro­wego zwier­zaczka. Już mia­łem na końcu języka słowa, że moim zda­niem wygląda świet­nie, lecz pani Pum­ph­rey mnie uprze­dziła.

– No chodź, Nugent – powie­działa – bądź grzeczny i pozwól, by wujek Her­riot cię obej­rzał.

To roz­wiało moje obiek­cje. Tłu­miąc bar­dziej wznio­słe uczu­cia, chwy­ci­łem podobny do sprę­żyny ogo­nek i przy­trzy­ma­łem Nugenta nie­mal do góry nogami, mie­rząc mu tem­pe­ra­turę. Potem solen­nie osłu­cha­łem serce i płuca, zaj­rza­łem w oczy, obma­ca­łem koń­czyny i spraw­dzi­łem stawy.

Z ple­ców kucharki ema­no­wała sroga dez­apro­bata, lecz ja wytrwale kon­ty­nu­owa­łem. Posia­da­nie psiego sio­strzeńca, jak odkry­łem, nio­sło roz­liczne korzy­ści. Nie cho­dziło tylko o czę­ste poda­runki – choć na­dal czu­łem wyborny smak wędzo­nych śle­dzi, które Gał­gan przy­słał mi z Whitby – lecz o wytchnie­nie od mojego cięż­kiego życia, o sherry przed obia­dem, cie­pło i luk­sus przy kominku pani Pum­ph­rey. Uzna­łem, że jeśli los posta­wił na mojej dro­dze pro­się­cego sio­strzeńca tego samego rodzaju, to wujek Her­riot będzie ostat­nim czło­wie­kiem na świe­cie sprze­ci­wia­ją­cym się jego wyro­kom.

Zakoń­czyw­szy bada­nie, zwró­ci­łem się do pani Pum­ph­rey, która z nie­po­ko­jem cze­kała na wer­dykt.

– Zdrów jak rydz – oznaj­mi­łem z zapa­łem. – Ma pani nie­zwy­kle zdro­wego pro­siaka, mówiąc szcze­rze. Jest tylko jedna kwe­stia: on nie może miesz­kać w domu.

Kucharka po raz pierw­szy odwró­ciła się do mnie i wyczy­ta­łem z jej twa­rzy nieme bła­ga­nie. Soli­da­ry­zo­wa­łem się z nią, ponie­waż świń­skie odchody są szcze­gól­nie wonne i nawet taki maleńki okaz jak Nugent już wzbo­ga­cił atmos­ferę w kuchni gry­zą­cym zapa­chem.

Począt­kowo pani Pum­ph­rey była prze­ra­żona pomy­słem, ale ule­gła, gdy ją zapew­ni­łem, że pro­siak nie zła­pie zapa­le­nia płuc, a ponadto na dwo­rze będzie szczę­śliw­szy i zdrow­szy.

Zatrud­niono wiej­skiego sto­la­rza, który wybu­do­wał w rogu ogrodu pała­cowy chle­wik z cie­płą sypial­nią na pod­wyż­sze­niu z desek oraz zewnętrz­nym wybie­giem. Widzia­łem, jak Nugent się tam wpro­wa­dził, po czym zwi­nął z bło­go­ścią na posła­niu z czy­stej słomy. Jego koryto napeł­niano dwa razy dzien­nie naj­lep­szą paszą i ni­gdy nie bra­ko­wało mu prze­ką­sek, takich jak soczy­sta mar­chewka czy liście kapu­sty. Codzien­nie go wypusz­czano i spę­dzał rado­sną godzinę na har­co­wa­niu po ogro­dzie wraz z Gał­ga­nem.

Krótko mówiąc, Nugen­towi się poszczę­ściło, ale też trudno by było zna­leźć mil­szą świnkę. Więk­szość przed­sta­wi­cieli jego gatunku ma zaska­ku­jąco przy­ja­zne uspo­so­bie­nie, lecz u Nugenta osią­gnęło ono nad­zwy­czajny sto­pień roz­woju. On po pro­stu lubił ludzi i przez kolejne kilka mie­sięcy jego cha­rak­ter roz­kwi­tał w cią­głym oso­bi­stym kon­tak­cie z czło­wie­kiem.

Czę­sto widy­wa­łem, jak prze­cha­dza się po ogro­dzie, towa­rzy­sząc pani Pum­ph­rey, a wiele czasu w zagro­dzie spę­dzał oparty przed­nimi racicz­kami o siat­kowy płot, cze­ka­jąc z nie­cier­pli­wo­ścią na swo­jego kolej­nego gościa. Świ­nie rosną szybko, więc wkrótce zosta­wił za sobą różowy okres nie­mow­lęc­twa, choć nie wyzbył się ani krztyny uroku. Naj­bar­dziej lubił dra­pa­nie po grzbie­cie. Chrum­kał gło­śno, przy­my­ka­jąc oczy z roz­ko­szy, a nogi powoli się pod nim ugi­nały, aż w końcu prze­wra­cał się na bok.

Życie Nugenta przy­po­mi­nało sło­neczne niebo z jedną tylko chmurką. Na oso­bi­stego lokaja świnki został wyzna­czony stary Hodg­kin, ogrod­nik, któ­rego wro­gość do zwie­rząt domo­wych ugrun­to­wała się przez koniecz­ność codzien­nej zabawy gumo­wymi kół­kami z Gał­gan­kiem. Do jego obo­wiąz­ków nale­żało kar­mie­nie Nugenta, sprzą­ta­nie jego zagrody i nad­zo­ro­wa­nie czasu na roz­rywkę. Myśl, że ma to wszystko robić dla świni, która ni­gdy nie zmieni się w kotlety, musiała być dla sta­rego wie­śniaka zupeł­nie nie­zno­śna. Ostre bruzdy na jego twa­rzy pogłę­biały się jesz­cze bar­dziej za każ­dym razem, gdy brał wia­dro na karmę.

Przy mojej pierw­szej wizy­cie lekar­skiej u jego pod­opiecz­nego powi­tał mnie, pyta­jąc ponuro: „Pan dochtór do Agenta?”. Zna­łem Hodg­kina na tyle dobrze, by wie­dzieć, że jaka­kol­wiek żar­to­bliwa gra słów nie wcho­dzi w rachubę. Naprawdę sta­rał się powtó­rzyć imię mojego sio­strzeńca, który już przez całą swoją długą karierę pozo­stał dla sta­ruszka „Agen­tem”.

Szcze­gól­nie wyraź­nie zapa­mię­ta­łem jedno wyda­rze­nie z Nugen­tem. Pew­nego dnia tele­fon zadzwo­nił tuż po obie­dzie. To była pani Pum­ph­rey i po jej prze­ra­żo­nym gło­sie pozna­łem, że wyda­rzyło się coś poważ­nego. Tym samym tonem opi­sy­wała wyjąt­kowe symp­tomy krę­cika i kla­pa­nia pupką u Gał­gana Woo.

– Och, panie dok­to­rze, Bogu niech będą dzięki, że pana zasta­łam… Cho­dzi o Nugenta! Oba­wiam się, że jest ciężko chory.

– Doprawdy? Przy­kro mi to sły­szeć. A co się dzieje?

Na dru­gim końcu linii zapa­dła cisza. Przez chwilę sły­sza­łem tylko, jak pani Pum­ph­rey spa­zma­tycz­nie łapie oddech, po czym znów się ode­zwała:

– No cóż, on nie może… nie może… zała­twić swo­ich małych potrzeb.

Dosko­nale wie­dzia­łem, co okre­śla mia­nem małych i dużych potrzeb.

– To zna­czy, że nie może oddać moczu?

– No… no… – Była wyraź­nie zmie­szana. – Nie­zbyt.

– Dziwne – stwier­dzi­łem. – A je nor­mal­nie?

– Tak mi się wydaje, ale… – Nagle wybu­chła: – Och, panie dok­to­rze, tak bar­dzo się mar­twię! Sły­sza­łam o męż­czy­znach okrop­nie cho­rych… w taki wła­śnie spo­sób. To gru­czoł kro­kowy, prawda?

– Pro­szę się o to nie mar­twić. Świ­nie nie mają tego typu pro­ble­mów, poza tym cztery mie­siące to zbyt młody wiek na prze­rost pro­staty.

– Och, tak się cie­szę, ale i tak… coś go blo­kuje. Przy­je­dzie pan, prawda?

– Zaraz ruszam.

Dość długo sta­łem przed zagrodą Nugenta. Wyrósł na masyw­nego war­chlaka i chrum­kał przy­jaź­nie, przy­glą­da­jąc mi się przez siatkę. Naj­wy­raź­niej spo­dzie­wał się jakichś roz­ry­wek i nie­cier­pli­wiąc się coraz bar­dziej, kilka razy prze­ga­lo­po­wał na sztyw­nych nogach w tę i we w tę po wybiegu.

Już mia­łem uznać, że moja wizyta będzie bez­owocna, kiedy pani Pum­ph­rey, która cho­dziła w kółko, zała­mu­jąc ręce, zatrzy­mała się jak wryta i drżą­cym pal­cem wska­zała świ­niaka.

– O Boże… – tchnęła. – Teraz! Teraz! Znów to robi! – Z jej twa­rzy odpły­nął cały kolor i powle­kła ją śmier­telna bla­dość. – Och, to okropne! Nie mogę na to patrzeć… – Odwró­ciła się z jękiem, kry­jąc twarz w dło­niach.

Uważ­nie przyj­rza­łem się Nugen­towi. Zatrzy­mał się w peł­nym galo­pie i z zado­wo­le­niem ulżył sobie prze­ry­wa­nym stru­mie­niem cha­rak­te­ry­stycz­nym dla nor­mal­nego doro­słego wie­prza.

Zwró­ci­łem się do gospo­dyni:

– Nie widzę niczego nie­wła­ści­wego.

– Ale on… on… – Na­dal nie śmiała pod­nieść wzroku. – On to robi… falami!

Mia­łem już sporą prak­tykę w zacho­wy­wa­niu kamien­nej twa­rzy w obec­no­ści pani Pum­ph­rey, co teraz bar­dzo mi się przy­dało.

– Wszyst­kie wie­prze tak robią, pro­szę pani.

Odro­binę się odwró­ciła, cała drżąca, i kątem oka zer­k­nęła na Nugenta.

– To zna­czy wszyst­kie… męskie świnki…?

– Każda znana mi męska świnka robi to w ten sam spo­sób.

– Och… och… jakie dziwne, prze­dziwne… – Nie­szczę­sna dama wachlo­wała się chu­s­teczką. Kolor gwał­tow­nie wró­cił na jej obli­cze.

Sta­ra­łem się być bar­dzo rze­czowy, uda­jąc, że nie zauwa­żam jej zakło­po­ta­nia.

– Tak, istot­nie. Wielu ludzi to zaska­kuje, zapew­niam panią. Będę się już zbie­rał, choć miło było zoba­czyć malu­cha tak zdro­wego i zado­wo­lo­nego.

Nugent żył długo i szczę­śli­wie, speł­nia­jąc moje ocze­ki­wa­nia z nad­dat­kiem. Oka­zał się rów­nie hojny jak Gał­gan, a ja podob­nie jak w wypadku małego pekiń­czyka uspo­ka­ja­łem swoje sumie­nie świa­do­mo­ścią, że naprawdę bar­dzo go lubię. Nie­stety, jak zawsze sar­do­niczna postawa Sieg­frieda nieco utrud­niała mi życie. Już przed­tem sporo się wycier­pia­łem, gdy dosta­łem opa­trzoną auto­gra­fem foto­gra­fię psiaka, więc ni­gdy nie odwa­ży­łem się poka­zać mu zdję­cia wie­prza.

Rozdział 3

3

Angus Grier, lekarz wete­ry­na­rii, ni­gdy nie sta­no­wił widoku miłego dla oka, ale wsparty o poduszki w łóżku, z zapuch­nię­tymi oczami i pokrytą pla­mami twa­rzą, gniew­nie wykrzy­wioną nad różową, wato­waną bluzą od piżamy, mógł odstra­szyć nawet naj­dziel­niej­szych. Zwłasz­cza o ósmej rano, kiedy to zazwy­czaj udzie­lał mi pierw­szej codzien­nej audien­cji.

– Znów żeś się pan spóź­nił – zru­gał mnie skrze­kli­wym gło­sem. – Nie umiesz pan wstać rano z łóżka? Powta­rzam do znu­dze­nia, że masz pan wyru­szać w objazd przed ósmą.

Wymam­ro­ta­łem prze­pro­siny, a on, ner­wowo pod­cią­gnąw­szy narzutę, lustro­wał mnie od stóp do głów z rosną­cym nie­sma­kiem.

– I jesz­cze jedno, nosisz pan paskudne bry­czesy. Jeśli musisz pan wkła­dać do pracy bry­czesy, to, na litość boską, obsta­luj je pan sobie u porząd­nego krawca. Choć nie mają odpo­wied­niego kroju, nie wypada, żeby je nosił wete­ry­narz.

Zra­nił mnie głę­boko. Byłem przy­wią­zany do tych bry­cze­sów. Zapła­ci­łem za nie trzy­dzie­ści szy­lin­gów w skle­pie Army and Navy i żywi­łem prze­ko­na­nie, że dodają mi stylu. A atak Griera bolał tym bar­dziej, że przy­pusz­cza­łem, iż nie­mal na pewno korzy­sta z moich usług za darmo. Sieg­fried zapewne odmó­wiłby przy­ję­cia zapłaty.

Prze­by­wa­łem tu od tygo­dnia, a wyda­wało mi się, że trwa to wiecz­ność. Wie­dzia­łem, że gdzieś tam w prze­szło­ści mia­łem jaśniej­sze, szczę­śliw­sze życie, lecz wspo­mnie­nie o nim bla­kło. Tam­tego ranka w Dar­rowby Sieg­fried oka­zał szczerą skru­chę.

– James, dosta­łem list od Griera z Braw­ton. Zdaje się, że kastro­wał źre­baka i mło­kos go stra­to­wał. Ma poła­mane żebra. Do tego nie­dawno odszedł od niego asy­stent, więc nie ma kto się zająć prak­tyką. Prosi, żebym cię do niego odde­le­go­wał na tydzień lub dwa.

– O nie! – zapro­te­sto­wa­łem. – To jakaś pomyłka. Prze­cież on mnie nie lubi.

– On nikogo nie lubi. Ale to nie pomyłka, wyraź­nie to napi­sał. I szcze­rze mówiąc, co mogę zro­bić?

– Ten jedyny raz, gdy się spo­tka­li­śmy, wci­snął mnie w kosz­marny gumowy kostium, żeby zro­bić ze mnie skoń­czo­nego kre­tyna…

Sieg­fried uśmiech­nął się smutno.

– Pamię­tam, James, pamię­tam. To podły stary cap i przy­kro mi, że ci to robię, ale nie możemy zosta­wić go na lodzie, prawda?

Wów­czas wprost nie mogłem w to uwie­rzyć. Cały pomysł wyda­wał się zupeł­nie nie­re­alny. Jed­nak teraz, kiedy sta­łem w nogach jego łoża i wysłu­chi­wa­łem kolej­nej tyrady, był aż nadto realny. Grier dalej się mnie cze­piał.

– Jesz­cze jedno. Żona mi mówi, żeś pan nie zjadł owsianki. Nie sma­ko­wała?

Prze­stą­pi­łem z nogi na nogę.

– Ależ skąd, była bar­dzo dobra. Po pro­stu dziś nie jestem głodny. – Prze­su­wa­łem mdłą breję łyżką po tale­rzu, wal­cząc dziel­nie, ale w efek­cie mnie poko­nała.

– Coś jest nie tak z czło­wie­kiem, który nie umie zjeść dobrego posiłku. – Grier zer­k­nął na mnie podejrz­li­wie, a potem podał mi świ­stek papieru. – To lista wizyt na dzi­siej­szy ranek. Tro­chę ich jest, więc nie mar­nuj pan czasu na szwen­da­nie się. Naj­pierw u Adam­sona w Gren­ton, wypad­nię­cie macicy u krowy. Co pan z tym zro­bisz, cie­kaw jestem?

Wsu­ną­łem rękę do kie­szeni, chwy­ci­łem fajkę, po czym ją wypu­ści­łem. Grier nie lubił, gdy ktoś pali.

– No cóż, podam znie­czu­le­nie zewną­trzo­po­nowe, umiesz­czę macicę na miej­scu i zabez­pie­czę szwami reten­cyj­nymi przez pochwę.

– Co za androny, czło­wieku! – prych­nął Grier. – Duby sma­lone. Po co tyle zachodu? Przy­czyną jest zatwar­dze­nie. Wepchnij pan organ z powro­tem, włóż kro­wie deski pod tylne nogi i każ poda­wać olej lniany przez kilka dni.

– Ale prze­cież macica znów wypad­nie, jeśli nie założę szwów – zapro­te­sto­wa­łem.

– Nie, nie, nie, wcale nie! – krzyk­nął Grier ze zło­ścią. – Rób pan, jak mówię. Znam się na tym lepiej niż pan.

Zapewne tak. W każ­dym razie powi­nien – prak­ty­ko­wał jako wete­ry­narz od trzy­dzie­stu lat, a ja dopiero zaczy­na­łem swój drugi rok. Grier patrzył na mnie wil­kiem z poduszki i przez chwilę duma­łem nad naszą dziw­nie nie­przy­jemną rela­cją. Miesz­ka­niec York­shire, sły­sząc szkoc­kie akcenty – jego chra­pliwy z Aber­deen i mój nosowy z Cly­de­side – mógłby się spo­dzie­wać, że nawią­żemy jakąś nić poro­zu­mie­nia, choćby na grun­cie naro­do­wo­ści. Ale o niczym takim nie było mowy.

– Dobrze, jak pan sobie życzy. – Opu­ści­łem pokój i zsze­dłem na dół po sprzęt.

Gdy wyru­szy­łem w objazd, ogar­nęło mnie to samo uczu­cie jak co dzień – ulga, że wydo­sta­łem się z tego domu. Przez cały tydzień pra­co­wa­łem na peł­nych obro­tach, żeby się wyro­bić, ale cie­szyło mnie to. Far­me­rzy nie­mal zawsze trak­tują ulgowo mło­dego, nie­do­świad­czo­nego wete­ry­na­rza, a klienci Griera byli dla mnie mili. Nie­stety, musia­łem wra­cać do tego ponu­rego domo­stwa na posiłki, a to sta­wało się coraz trud­niej­sze do znie­sie­nia.

Pani Grier pastwiła się nade mną tak samo jak jej mąż. Była nie­zwy­kle chudą kobietą o mocno ścią­gnię­tych ustach i pro­wa­dziła spar­tań­ską kuch­nię, w któ­rej pod­sta­wo­wym daniem była wod­ni­sta owsianka. Poda­wała ją na śnia­da­nie i kola­cję, a w prze­rwie ser­wo­wała cien­kie potrawki, ane­miczne mie­lone i bli­żej nie­okre­ślone zupy. Nic z tego, co goto­wała, nie miało żad­nego smaku. Angus Grier, tak jak ja Szkot bez gro­sza przy duszy, przy­był do York­shire trzy­dzie­ści lat temu i wszedł w posia­da­nie lukra­tyw­nej prak­tyki przez kla­syczny manewr, żeniąc się z córką szefa. Miał zatem dostat­nie życie podane na tacy, ale wraz z nim otrzy­mał panią Grier.

A ona naj­wy­raź­niej uwa­żała, że tu rzą­dzi – może dla­tego, że zawsze miesz­kała w tym domu, peł­nym wspo­mnień o ojcu, który stwo­rzył tę prak­tykę. Wszyst­kich innych uwa­żała za intru­zów, a ja w sumie rozu­mia­łem, co czuła. W końcu nie miała dzieci ani żad­nego wła­snego życia, miała za to Angusa Griera za męża. Potra­fił­bym jej współ­czuć.

Lecz nie uda­wało mi się to, bo cze­piła się mnie jak rzep psiego ogona. Wisiała mi nad głową przy każ­dym kroku niczym dokucz­liwa zjawa. Gdy wra­ca­łem z objazdu, już cze­kała z krzy­żo­wym ogniem pytań. „Gdzie pan był tyle czasu?” albo „Zasta­na­wia­łam się, gdzie się pan podziewa, czyżby się pan zgu­bił?”, lub też „Czeka pilny przy­pa­dek. Dla­czego pan jest taki powolny?”. Może sądziła, że się wymkną­łem do kina na godzinkę lub dwie.

Co wie­czór przyj­mo­wa­łem tłumy pacjen­tów w przy­chodni dla małych zwie­rząt, a ona miała przy­kry zwy­czaj cza­je­nia się tuż za drzwiami, tak by sły­szeć, co mówię klien­tom. Za to zupeł­nie nie krę­po­wała się w maga­zy­nie leków, gdzie patrzyła mi bacz­nie na ręce, kry­ty­ku­jąc moje recepty i cią­gle mnie besz­ta­jąc, że zbyt roz­rzut­nie dozuję skład­niki.

– Dodaje pan o wiele za dużo chlo­ro­dyny, nie wie pan, że jest bar­dzo droga?

Obu­dziło się we mnie głę­bo­kie współ­czu­cie dla tego asy­stenta, który uciekł bez ostrze­że­nia. Trudno było teraz zna­leźć zatrud­nie­nie, a młody absol­went wete­ry­na­rii gotów był znieść nie­mal wszystko, byleby mieć pracę, ale zro­zu­mia­łem, że ten nie­znany mi osob­nik nie miał innego wyj­ścia.

Nie­wiel­kie gospo­dar­stwo Adam­sona leżało na obrze­żach mia­sta i może dla­tego, że przed chwilą patrzy­łem na Griera, w kon­tra­ście z nim pobruż­dżona, cier­pliwa twarz far­mera i jego przy­ja­zne oczy wydały mi się nie­by­wale cie­płe i sym­pa­tyczne. Znisz­czony far­tuch w kolo­rze khaki wisiał luźno na jego wychu­dłej syl­wetce. Gospo­darz podał mi rękę na powi­ta­nie.

– No pro­szę, dzi­siaj ktoś nowy, tak? – Przy­glą­dał mi się przez kilka sekund. – I sądząc po pana wyglą­dzie, jest pan też nowy w zawo­dzie.

– Zga­dza się – odrze­kłem. – Ale szybko się uczę.

Pan Adam­son się uśmiech­nął.

– Nie martw się, chłop­cze. Wie­rzę w świeżą krew i nowe idee, potrze­bu­jemy tego w rol­nic­twie. Za długo sta­li­śmy w miej­scu. Chodźmy, pokażę panu krowę.

W obo­rze znaj­do­wało się kil­ka­na­ście krów, nie zwy­kłych szor­thor­nów, lecz rasy ayr­shire, wyraź­nie dobrze utrzy­ma­nych i zdro­wych. Moja pacjentka wyróż­niała się z powodu różo­wej wypu­kło­ści wiel­ko­ści piłki wysta­ją­cej z pochwy wraz z pofał­do­waną szyjką macicy. Na szczę­ście far­mer nie ocią­gał się z wezwa­niem pomocy. Masa była czy­sta i nie­usz­ko­dzona.

Z uwagą przy­glą­dał się, jak obmy­wam narząd środ­kiem odka­ża­ją­cym i wpy­cham go na miej­sce, a potem pomógł mi zbu­do­wać pod­wyż­sze­nie z ziemi i desek dla tyl­nych nóg krowy. Kiedy skoń­czy­li­śmy, stała uko­śnie z ogo­nem wyżej od głowy.

– I mówi pan, że jeśli będę jej poda­wał olej lniany przez kilka dni, to macica wię­cej nie wypad­nie?

– Takie jest zało­że­nie – potwier­dzi­łem. – Pro­szę pil­no­wać, żeby stała w takiej pozy­cji.

– Będę pil­no­wał, mło­dzień­cze, i bar­dzo dzię­kuję. Wyko­na­łeś tu świetną robotę i mam nadzieję, że znów się zoba­czymy.

Kiedy już wsia­dłem do samo­chodu, jęk­ną­łem gło­śno. Świetna robota! Jak, do dia­bła, narząd ma nie wypaść bez szwów? Lecz musia­łem trzy­mać się pole­ceń, a Grier, choć nie­sym­pa­tyczny, nie był prze­cież zupeł­nym dur­niem. Może miał rację. Prze­sta­łem o tym myśleć i ruszy­łem do kolej­nych pacjen­tów.

Nie­cały tydzień póź­niej, gdy pod­czas śnia­da­nia grze­ba­łem łyżką w codzien­nej owsiance, Grier, który już odwa­żył się zejść na dół, nagle na mnie napadł.

– Mam tu wia­do­mość od Adam­sona. Nie jest zado­wo­lony z pań­skich poczy­nań. Lepiej tam jedźmy spraw­dzić, co się stało. Nie lubię takich zaża­leń. – Jego typowa, wiecz­nie ura­żona mina wyda­wała się jesz­cze bar­dziej kwa­śna, a wiel­kie, jasne oczy zwil­got­niały i poczer­wie­niały, aż byłem pewien, że zaraz zacznie lać łzy w owsiankę.

Pan Adam­son zapro­wa­dził nas do obory.

– I co o tym sądzisz, mło­dzień­cze?

Spoj­rza­łem na wypad­niętą macicę i żołą­dek mi się skur­czył. Nie­win­nie wyglą­da­jące różowe wybrzu­sze­nie zmie­niło się w wielką, roz­dętą, fio­le­tową masę. Była pokryta bru­dem, a z jed­nej strony wid­niało paskudne roz­cię­cie.

– Nie utrzy­mała się zbyt długo, prawda? – cicho zapy­tał far­mer.

Za bar­dzo się wsty­dzi­łem, by odpo­wie­dzieć. To okropne zro­bić coś takiego zdro­wej kro­wie. Poczu­łem, że moją twarz zalewa rumie­niec, ale na szczę­ście przy­je­chał ze mną mój pra­co­dawca – on powi­nien wszystko wyja­śnić. Odwró­ci­łem się do Griera, który posa­py­wał, mam­ro­tał coś pod nosem, gwał­tow­nie mru­gał oczami, ale się nie odzy­wał.

Far­mer mówił dalej:

– I uszko­dziła sobie macicę. Pew­nie o coś zacze­piła. Mar­twi mnie jej wygląd.

Nie­uprzej­mość nie leżała w natu­rze tego przy­zwo­itego czło­wieka, ale teraz był wyraź­nie zde­ner­wo­wany.

– Może lepiej będzie, jeśli tym razem dok­tor Grier się nią zaj­mie – zapro­po­no­wał.

Grier, który do tej pory nie wypo­wie­dział jed­nego zro­zu­mia­łego słowa, przy­stą­pił do dzia­ła­nia. Ogo­lił sierść u pod­stawy krę­go­słupa, podał znie­czu­le­nie zewną­trzo­po­nowe, umył i zde­zyn­fe­ko­wał macicę, po czym nie bez wysiłku wepchnął ją na miej­sce. Następ­nie zabez­pie­czył ją kil­koma moc­nymi szwami reten­cyj­nymi z kil­ku­cen­ty­me­trową gumową osłonką zapo­bie­ga­jącą wży­na­niu się w ciało. Skoń­czone dzieło wyglą­dało schlud­nie i pro­fe­sjo­nal­nie.

Far­mer deli­kat­nie ujął mnie pod ramię.

– O to wła­śnie cho­dziło. Widzi pan, że teraz już nie wypad­nie, prawda? Dla­czego od razu nie zro­bił pan cze­goś takiego?

Znów odwró­ci­łem się do Griera, ale mój pra­co­dawca dla odmiany dostał gwał­tow­nego ataku kaszlu. Wpa­try­wa­łem się w niego upo­rczy­wie, lecz skoro nic nie powie­dział, odwró­ci­łem się i ruszy­łem do wyj­ścia z obory.

– Bez urazy, mło­dzień­cze! – zawo­łał za mną pan Adam­son. – Wszy­scy musimy się uczyć i nic nie zastąpi doświad­cze­nia. Dobrze mówię, dok­to­rze Grier, prawda?

– Tak… och, tak, bar­dzo dobrze. Tak, tak, zga­dza się, zga­dza, święta prawda – beł­ko­tał Grier.

Wsie­dli­śmy do samo­chodu. Cze­ka­łem na jakieś wyja­śnie­nia z jego strony. Cie­kaw byłem, co powie. Ale pokryty nie­bie­skimi żył­kami nos wyce­lo­wał pro­sto przed sie­bie, a wyłu­pia­ste oczy utkwił tępo w dro­dze.

Do przy­chodni doje­cha­li­śmy w mil­cze­niu.

Rozdział 4

4

Nie minęło wiele czasu, a Grier znów musiał wró­cić do łóżka. Zaczął bar­dzo narze­kać, cią­gle chwy­tał się za pęk­nięte żebra, więc szybko został zain­sta­lo­wany na pię­trze z podu­chami pod ple­cami i w różo­wej blu­zie od piżamy zapię­tej na guziki pod samą szyję. Ulgę w bólu przy­no­siła mu tylko whi­sky, a jej poziom w butelce przy łóżku opa­dał z podziwu godną pręd­ko­ścią.

Życie wró­ciło w utarte kole­iny. Pani Grier zazwy­czaj krę­ciła się w pobliżu, kiedy skła­da­łem raport jej mężowi. Za drzwiami sypialni sły­chać było gorącz­kowe szepty, które cichły, kiedy się poja­wia­łem. Wysłu­chi­wa­łem instruk­cji, pod­czas gdy gospo­dyni krzą­tała się, popra­wia­jąc pościel, ocie­ra­jąc mężowi czoło zło­żoną chu­s­teczką i cały czas rzu­ca­jąc na mnie nie­chętne spoj­rze­nia. Gdy tylko wycho­dzi­łem za drzwi, natych­miast znów roz­brzmie­wały szepty.

Pew­nego dnia dość póź­nym wie­czo­rem – około dzie­sią­tej – zadzwo­niła nie­jaka pani Mal­lard. Jej pies zadła­wił się kością, więc czy dok­tor Grier mógłby natych­miast przy­je­chać? Już chcia­łem wyja­śnić, że jest chory i prze­ją­łem jego obo­wiązki, ale nie zdą­ży­łem. Po dru­giej stro­nie linii roz­legł się stuk odkła­da­nej słu­chawki.

Grier zare­ago­wał na tę wia­do­mość czymś w rodzaju transu. Opu­ścił brodę na pierś i nie­mal minutę sie­dział nie­ru­chomo, sta­ran­nie roz­wa­ża­jąc sprawę. Potem nagle się wypro­sto­wał i wyce­lo­wał we mnie palec.

– To wcale nie jest kość. Pies kaszle przez lek­kie zapa­le­nie gar­dła.

Zasko­czyła mnie pew­ność tego orze­cze­nia.

– Może jed­nak powi­nie­nem zabrać dłu­gie klesz­cze, na wszelki wypa­dek?

– Nie, nie, prze­cież mówię. Nie będzie żad­nej kości, więc idź pan zro­bić syrop z cebu­licy i wymiot­nicy. To wystar­czy. I jesz­cze jedno… Jeśli nic mu nie będzie, nie wspo­mi­naj pan o tym. Powiedz pan damie, że to zapa­le­nie krtani, i wyja­śnij, jak je leczyć. Musisz pan jakoś uza­sad­nić swoją wizytę.

Czu­łem się nieco zbity z tropu, napeł­nia­jąc syro­pem stu­mi­li­li­trową butelkę w maga­zy­nie leków, ale zapa­ko­wa­łem też kilka par klesz­czy. Tro­chę stra­ci­łem wiarę w dia­gnozy Griera sta­wiane na odle­głość.

Zdzi­wi­łem się, kiedy pani Mal­lard otwo­rzyła drzwi ład­nej sze­re­gówki. Z jakie­goś powodu spo­dzie­wa­łem się star­szej damy, tym­cza­sem stała przede mną osza­ła­mia­jąca blon­dynka koło czter­dziestki z lśnią­cymi lokami upię­tymi wysoko, zgod­nie z naka­zami ówcze­snej mody. Nie spo­dzie­wa­łem się też wie­czo­ro­wej sukni z lśnią­cego zie­lo­nego mate­riału, ogrom­nych roz­ko­ły­sa­nych kol­czy­ków i moc­nego maki­jażu.

Pani Mal­lard rów­nież wyglą­dała na zasko­czoną. Patrzyła na mnie pustym wzro­kiem, kiedy wyja­śni­łem sytu­ację.

– Przy­sze­dłem zoba­czyć pani psa, zastę­puję dok­tora Griera, który nie­stety zacho­ro­wał.

Kobieta potrze­bo­wała tro­chę czasu, żeby przy­swoić sobie tę infor­ma­cję, ponie­waż na­dal stała w progu, jakby nie rozu­miała, o czym mówię. Nagle się oży­wiła i sze­roko otwo­rzyła drzwi.

– Och, tak, oczy­wi­ście, prze­pra­szam, pro­szę wejść.

Prze­sze­dłem obok niej przez nie­mal widzialną ścianę per­fum do pokoju po lewej stro­nie holu. Tutaj zapach był jesz­cze moc­niej­szy, lecz paso­wał do samot­nej, zabar­wio­nej na różowo lampy, która rzu­cała przy­ćmione, cie­płe świa­tło na sze­roką leżankę przy­su­niętą do ognia buzu­ją­cego w kominku. Gdzieś w pół­mroku z radia miękko sączyło się Body and Soul.

Nie było ani śladu mojego pacjenta, a pani Mal­lard wpa­try­wała się we mnie nie­pew­nie, bawiąc się kol­czy­kiem.

– Mam go zba­dać tutaj? – zapy­ta­łem.

– Och, tak, oczy­wi­ście. – Drgnęła i poszła otwo­rzyć drzwi na końcu pokoju. Mały west high­land ter­rier natych­miast wesoło prze­biegł po dywa­nie i sko­czył na mnie z peł­nym rado­ści szcze­ka­niem. Pró­bo­wał poli­zać mnie po twa­rzy, wyko­nu­jąc wyso­kie pod­skoki, co mogłoby potrwać znacz­nie dłu­żej, gdy­bym go nie zła­pał w powie­trzu.

Pani Mal­lard uśmiech­nęła się ner­wowo.

– Chyba czuje się już znacz­nie lepiej – powie­działa.

Opa­dłem na leżankę z psia­kiem w ramio­nach i otwo­rzy­łem mu pysk. Nawet w przy­ćmio­nym świe­tle wyraź­nie widzia­łem, że nic nie tkwi w jego gar­dle. Deli­kat­nie prze­su­ną­łem pal­cem po nasa­dzie języka, a terier nie pro­te­sto­wał, gdy bada­łem mu prze­łyk. Odsta­wi­łem go na pod­łogę i zmie­rzy­łem tem­pe­ra­turę – w nor­mie.

– No cóż – powie­dzia­łem – na pewno nie zadła­wił się kością i nie ma gorączki. – Już mia­łem dodać, że pies moim zda­niem jest zupeł­nie zdrowy, kiedy przy­po­mnia­łem sobie pole­ce­nie Griera: musia­łem jakoś uza­sad­nić swoją wizytę.

Odchrząk­ną­łem.

– Jest jed­nak moż­liwe, że ma lek­kie zapa­le­nie gar­dła, przez które kasz­lał lub miał odruch wymiotny. – Znów zaj­rza­łem do pyska teriera. – Jak pani widzi, ma zaczer­wie­nioną tylną ścianę gar­dła. Być może to łagodna infek­cja albo zjadł coś draż­nią­cego. Mam w samo­cho­dzie lekar­stwo, które szybko mu pomoże. – Uświa­do­mi­łem sobie, że zaczy­nam traj­ko­tać, więc natych­miast zamil­kłem.

Pani Mal­lard chło­nęła każde słowo, zaglą­da­jąc z nie­po­ko­jem pie­skowi w gar­dło i ener­gicz­nie kiwa­jąc głową.

– Och, tak, widzę – zapew­niła. – Bar­dzo panu dzię­kuję. Całe szczę­ście, że po pana zadzwo­ni­łam!

Następ­nego wie­czoru przy­ją­łem już połowę pacjen­tów z zatło­czo­nej pocze­kalni, kiedy do gabi­netu wszedł otyły męż­czy­zna w wyjąt­kowo pstro­ka­tej twe­edo­wej mary­narce i posta­wił na stole smut­no­okiego bas­seta.

– Trze­pie głową – oznaj­mił grzmią­cym gło­sem. – Chyba ma zapa­le­nie ucha.

Wyją­łem oto­skop z szafki na narzę­dzia i zaj­rza­łem psu do ucha, a gru­bas znów się ode­zwał:

– Widzia­łem, że wczo­raj wie­czo­rem był pan na wizy­cie. Miesz­kam obok pani Mal­lard.

– A, tak – potwier­dzi­łem, zaglą­da­jąc do pod­świe­tlo­nej meta­lo­wej tuby. – Zga­dza się, byłem u niej.

Męż­czy­zna przez chwilę bęb­nił pal­cami po stole.

– Ten pie­sek to musi być bar­dzo scho­ro­wany. Samo­chód wete­ry­na­rza cią­gle stoi pod jej domem.

– Chyba się pan myli. Wyglą­dał na cał­kiem zdro­wego. – Skoń­czy­łem oglą­dać jedno ucho i zabra­łem się do dru­giego.

– No, jest jak mówię – cią­gnął męż­czy­zna. – Bied­nemu stwo­rze­niu stale coś dolega, a zabawne, że zazwy­czaj zda­rza się to w nocy.

Szybko pod­nio­słem wzrok. Powie­dział to jakimś dziw­nym tonem. Przez chwilę spo­glą­dał na mnie nie­win­nie, sze­roko otwie­ra­jąc oczy, a potem jego twarz zmarsz­czyła się w poro­zu­mie­waw­czym uśmie­chu. Patrzy­łem na niego w osłu­pie­niu.

– Chyba nie suge­ruje pan…

– Nie z tym brzyd­kim sta­rym saty­rem, uważa pan, co? Trudno to pojąć, czyż nie? – Oczy w sze­ro­kiej, czer­wo­nej twa­rzy błysz­czały wesoło.

Upu­ści­łem oto­skop, który z brzę­kiem spadł na stół, i zwie­si­łem ramiona.

– Nie patrz tak, chłop­cze! – zawo­łał gru­bas i żar­to­bli­wie kuk­snął mnie pię­ścią w pierś. – Dziwny jest ten świat, wiesz?

Lecz ja prze­ra­zi­łem się nie tylko myślą o Grie­rze, lecz także wspo­mnie­niem o mnie samym w tej hare­mo­wej atmos­fe­rze, pero­ru­ją­cym o zapa­le­niu gar­dła na tle Body and Soul przed kobietą, która dosko­nale wie­działa, że plotę bzdury.

Dwa dni póź­niej Angus Grier naj­wy­raź­niej ozdro­wiał i wstał z łóżka. Zatrud­nił też nowego asy­stenta, który miał natych­miast objąć posadę. Byłem więc wolny.

Uprze­dzi­łem gospo­da­rzy, że wyjeż­dżam o świ­cie, więc opu­ści­łem ich dom o wpół do siód­mej, żeby zdą­żyć do Dar­rowby przed śnia­da­niem. Nie zamie­rza­łem już wię­cej wal­czyć z tą owsianką.

Jadąc na zachód przez rów­niny Yorku, ponad żywo­pło­tami i mię­dzy drze­wami zaczą­łem dostrze­gać długi krę­go­słup Gór Pen­niń­skich wzno­szący się ku poran­nemu niebu. Z tej odle­gło­ści szczyty miały kolor fioł­kowy i w pierw­szych pro­mie­niach słońca wyda­wały się zamglone, ale wyraź­nie mnie przy­zy­wały. A póź­niej, gdy mój samo­cho­dzik z wysił­kiem wspiął się na wyż­sze wzgó­rza, tam, gdzie drzewa rosną rza­dziej, a żywo­płoty ustę­pują przed czy­stymi wapien­nymi mur­kami, ogar­nęło mnie to samo co zawsze uczu­cie, że świat otwiera się przede mną i opa­dają kaj­dany. W końcu wje­cha­łem do Dar­rowby, śpią­cego pod zna­jo­mym masy­wem góry Herne, oto­czo­nego falu­ją­cymi, zie­lo­nymi wzgó­rzami Dales.

W mia­steczku pano­wał spo­kój, gdy tele­pa­łem się przez bru­ko­wany rynek, a potem cichą uliczką pod Skel­dale House z blusz­czem gęsto pora­sta­ją­cym ceglane ściany i z prze­krzy­wioną mosiężną tabliczką gło­szącą: „Sieg­fried Far­non, lek. wet.”.

Chęt­nie puścił­bym się galo­pem przez kory­tarz tuż za prze­szklo­nymi drzwiami, ale musia­łem uto­ro­wać sobie drogę przez stado domo­wych psów, które oto­czyły mnie całą piątką, pod­ska­ku­jąc i szcze­ka­jąc rado­śnie.

Nie­malże zde­rzy­łem się z budzącą respekt panią Hall, która wyno­siła z jadalni dzba­nek na kawę.

– Wró­cił pan – powie­działa, a ja zauwa­ży­łem, że jest naprawdę zado­wo­lona, ponie­waż pra­wie się uśmiech­nęła. – Niech pan wej­dzie i siada. Mam dla pana na patelni domowy wędzony boczek.

Poło­ży­łem dłoń na klamce i usły­sza­łem głosy braci. Tri­stan coś mam­ro­tał, a Sieg­fried krzy­czał na całe gar­dło:

– I gdzie, do dia­bła, wczo­raj byłeś?! Sły­sza­łem, jak się tłu­kłeś po domu o trze­ciej nad ranem, a w twoim pokoju śmier­dzi jak w gorzelni. Na Boga, szkoda, że się nie widzisz, masz oczy jak dziury wysi­kane w śniegu!

Uśmie­cha­jąc się do sie­bie, otwo­rzy­łem drzwi. Pod­sze­dłem do Tri­stana, który ze zdu­mie­niem patrzył, jak ujmuję jego dłoń i nią potrzą­sam. Wyglą­dał tak samo chło­pięco i nie­win­nie jak zawsze, poza oczami, które były odro­binę zapad­nięte, ale na­dal lśniły zwy­kłym bla­skiem.

Potem ruszy­łem do Sieg­frieda sie­dzą­cego u szczytu stołu. Wyraź­nie zasko­czony moim for­mal­nym wej­ściem, zadła­wił się kęsem pie­czywa. Poczer­wie­niał, łzy spły­nęły po jego chu­dych policz­kach, a cienki, jasny wąs zadrżał. Mimo to wstał z krze­sła, skło­nił głowę i wycią­gnął rękę z gra­cją mar­kiza.

– Witaj, James – wymam­ro­tał, lekko oplu­wa­jąc mnie okru­chami tostu. – Witaj w domu.

Rozdział 5

5

Nie było mnie rap­tem dwa tygo­dnie, ale to wystar­czyło, bym na nowo zro­zu­miał, że praca w górach ma w sobie coś, czego bra­kuje mi gdzie indziej. Pierw­sza wizyta zawio­dła mnie na jedną z wąskich, nie­ogro­dzo­nych dróg łączą­cych Sil­dale i Cos­dale, a kiedy wje­cha­łem na naj­niż­szym biegu na szczyt, zro­bi­łem to, co mia­łem w zwy­czaju czę­sto robić – zapar­ko­wa­łem samo­chód na pokry­tym dar­nią pobo­czu i wysia­dłem.

Ni­gdy nie odno­sił się do mnie cytat, że czło­wiek „w spraw natłoku nie może sta­nąć i gapić się naokół”1. Wyglą­dało na to, że przez sporą część życia, praw­do­po­dob­nie zbyt sporą, po pro­stu sta­łem i się gapi­łem, a tego ranka znów mnie to pochło­nęło. Z tego miej­sca na górze widzia­łem rów­ninę Yorku aż po garby wzgórz Ham­ble­ton sześć­dzie­siąt kilo­me­trów na wschód, a za mną roz­cią­gała się nie­równa połać wrzo­so­wisk wspi­na­ją­cych się na roz­le­gły pła­sko­wyż. Pod­czas tego roku spę­dzo­nego w Dar­rowby zatrzy­my­wa­łem się tu kil­ka­dzie­siąt razy, a widok na rów­ninę ni­gdy nie był taki sam. Cza­sami w zimie nizina sta­wała się ciem­nym kory­tem mię­dzy zaśnie­żo­nymi Pen­ni­nami i odle­głym bia­łym bla­skiem wzgórz Ham­ble­ton, w kwiet­niu zaś fale desz­czu prze­su­wały się cięż­kimi woalami przez zie­lony, brą­zowo nakra­piany prze­stwór. Był też dzień, kiedy sta­łem w ośle­pia­ją­cym słońcu, spo­glą­da­jąc w dół na morze gęstej mgły przy­po­mi­na­ją­cej pofał­do­waną war­stwę waty, przez którą gdzie­nie­gdzie prze­bi­jały ciemne kępy drzew i szczyty wzgórz.

Lecz dziś nie­koń­cząca się sza­chow­nica pól drze­mała w słońcu, a powie­trze, nawet tu na górze, prze­sy­cone było zapa­chami lata. Na far­mach poni­żej zapewne pra­co­wali ludzie, ale tutaj nie widzia­łem żywej duszy. Bez reszty wypeł­nił mnie spo­kój, który zawsze odnaj­do­wa­łem w ciszy i pustce wrzo­so­wisk.

W takich chwi­lach czę­sto wyda­wało mi się, że staję obok sie­bie i mogę obiek­tyw­nie oce­nić swoje postępy. Z łatwo­ścią doko­ny­wa­łem prze­glądu minio­nych lat, aż do momentu, w któ­rym posta­no­wi­łem zostać wete­ry­na­rzem. Dosko­nale go pamię­ta­łem. Mia­łem trzy­na­ście lat i czy­ta­łem arty­kuł w „Mec­cano Maga­zine” opi­su­jący pro­po­zy­cje róż­nych zawo­dów dla chłop­ców. W trak­cie tej lek­tury nabie­ra­łem coraz sil­niej­szego prze­ko­na­nia, że to jest coś dla mnie. Ale w sumie na czym się ono opie­rało? Tylko na tym, że lubi­łem psy i koty i że nie podo­bał mi się pomysł pracy w biu­rze. Tro­chę kru­che pod­stawy do budo­wa­nia kariery zawo­do­wej. Nie wie­dzia­łem nic o rol­nic­twie ani o zwie­rzę­tach hodow­la­nych i choć uczy­łem się o tym wszyst­kim na stu­diach, widzia­łem dla sie­bie tylko jedną przy­szłość. Chcia­łem zaj­mo­wać się małymi zwie­rzę­tami. Hołu­bi­łem tę wizję do momentu uzy­ska­nia dyplomu – mia­łem leczyć domo­wych pupili w moim wła­snym szpi­talu dla zwie­rząt, który byłby nie tylko nowo­cze­sny, ale wręcz rewo­lu­cyjny. W pełni wypo­sa­żona sala ope­ra­cyjna, labo­ra­to­rium i pra­cow­nia rent­ge­now­ska ryso­wały się w moim umy­śle z kry­sta­liczną wyra­zi­sto­ścią, aż uzy­ska­łem dyplom wete­ry­na­rza.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Wil­liam Henry Davies, Swo­boda, przeł. S. Helsz­tyń­ski [w:] Liryka angiel­ska XX wieku, War­szawa 1929. [wróć]