Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
ak daleko trzeba się cofnąć, żeby naprawić przeszłość? Do wczoraj? Do początku istnienia? A jeśli to bez znaczenia? Co, jeśli człowiek rodzi się zły?
Tajson, gustujący w szybkim życiu drobny złodziejaszek, pewnego dnia budzi się w nowym świecie, praktycznie identycznym z tym znanym mu od urodzenia. Jest tylko jedna różnica – w świecie tym przestał obowiązywać czas.
Jak zachowa się człowiek, kiedy zezwoli mu się na wszystko? Jak długo potrafimy dźwigać nasze grzechy, kiedy już popełniliśmy wszystkie?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 433
Rok wydania: 2023
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czesławowi Malinowskiemu,
kochanemu Tacie.
Mama zawsze mówi, że lubiłeś być ze mnie dumny.
Mam nadzieję, że tam,
gdzie teraz jesteś,
nadal możesz.
Wracam często do wspomnień, które z Tobą mam;
zawsze się na nich uśmiechasz i nigdy się na nich nie starzejemy.
Widzisz? Udało mi się – zatrzymałem dla nas czas.
SOBOTA
Są dwie rzeczy, które napełniają duszę podziwem i czcią, niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie. Są to dla mnie dowody, że jest Bóg nade mną i Bóg we mnie.
Immanuel Kant, Krytyka czystego rozumu
Przestrzegając błahych praw, można łamać wielkie.
George Orwell, Rok 1984
Prawo to czysta fikcja. Nie używa się go.
Stieg Larsson, Dziewczyna, która igrała z ogniem
To człowiek jest Bogiem na ziemi. Albo raczej wilkiem.
Henryk Mandelbaum, Ja z krematorium Auschwitz
1
Kłodzko ma tylko jeden porządny sklep obuwniczy. Na więcej nie ma w mieście ani miejsca, ani potrzeby. Głównym i dostawcami są tu Nike, Adidas i Converse, z których to tę pierwszą Tajson ceni sobie najbardziej. W dobie Internetu i tak uszanować należało fakt, że ktoś w ogóle posiadał jeszcze ofertę stacjonarną.
W sklepie przechadzało się teraz zaledwie kilka osób. Zatrzymało ich oglądających wystawione obuwie, zastopowało za kotarami w przymierzalniach.
Nad całym działem, na przedzie sklepu, krzykliwie góruje szeroki baner: „JESIENNA WYPRZEDAŻ – 50% NA WSZYSTKO”. Dzieciak z matką przyglądają się ściance z butami. W kącie jakiś mężczyzna ogląda dżinsy, na kasie „uwija się” (w rzeczywistości zatrzymało ich, gdy jedno zdejmowało akurat blokadę z magnesu, drugie kasowało produkt) dwójka dorosłych nastolatków.
Nie trzeba mówić „dzień dobry” – myśli i uśmiecha się pod nosem Tajson. – Fajnie.
Nie zwraca uwagi na asortyment inny niż białe najki. Conversy są dla hipisów, adidasy i reeboki dla wieśniaków, a kolorowe najki dla raperów i debili. Wszystkimi powyższymi gardzi niemal tak bardzo, co stróżami prawa.
Obuwie ma być białe, od biedy czarne. Półśrodki były nieporozumieniem. Albo jadło się na zimno, albo na gorąco. Ciepłe jedzenie rzucało się psom. Paleta barw pomiędzy czernią a bielą była zwyczajnie pretensjonalna.
– I o to chodzi.
Zdejmuje z półki białe Air Force 1. Zagląda w język obuwia, ale but jest dwa rozmiary za duży. Odwraca się do ekspedientki, chcąc spytać o pomoc, ale wtedy przypomina sobie, że nie było przecież kogo spytać – świat, a z nim także i sklep, zamarł.
Przez chwilę Tajson zastanawia się, gdzie w ogóle miałby szukać swojego rozmiaru. Odkłada but i wślizguje się za kasę, a stamtąd na zaplecze sklepu.
– Sorry – mruczy, gdy przeciska się w drzwiach obok ekspedientki.
Pomieszczenie jest niewielkie. Wysokie półki są zawalone kartonami butów, co kłóci się z jego wizją. Zawsze myślał, że buty tworzą tu wysoką stertę, usypane jeden na drugim, jak obuwie w obozowej gablocie Oświęcimia.
Powietrze w środku jest ciężkie. Pachnie syntetyczną gumą. Obuwie posegregowano według marek i typu. Odnalezienie zgodnego modelu i rozmiaru chwilę zajmuje.
Tajson siada na mobilnym taborecie i z przyjemnością zrzuca ze stóp gimnazjalne obuwie. Uśmiecha się w podziwie dla samego siebie, że zapamiętał czarne Le Coq Sportif z taką dokładnością i potrafił odtworzyć je we śnie; że wiedział nawet, w której szafce należało ich szukać.
Wsunięcie stopy w nowiusieńki but jest czymś nadzwyczaj przyjemnym. Zrywa ze środka naklejkę i ostrożnie wkłada najpierw ranny palec. Ma wrażenie, że układa się w świeżej pościeli. Wiąże najki z pietyzmem, a gdy staje na nogi, momentalnie czuje, jak wzrasta w nim poczucie siły. Na moment zapomina nawet o uciążliwym bólu w dużym palcu.
Przegląda się w lustrze.
– Dobrze jest, nie? – Obraca stopę na wszystkie strony, chcąc się jej przyjrzeć. Świeżutkie buty niemal błyszczą. – Dobrze jest – odpowiada sam sobie, uśmiecha się, wkłada papierosa do ust i pewnym krokiem wychodzi ze sklepu. – Siema! – rzuca na pożegnanie, puszczając oczko młodej ekspedientce ubierającej manekina.
2
Szybkim krokiem przemierza rynek. Ma wrażenie, że jego status społeczny przewyższa teraz samego burmistrza. Czuje przez chwilę, że mieszkańcy miasta są do jego usług; że są mu podlegli, choć ich siła sprawcza jest równa sile manekinów w sklepowych witrynach.
Tajson wyjmuje telefon. Ekran w dalszym ciągu pokazuje 13:14, znakiem czego sen nadal trwa. Wrodzony pesymizm każe mu myśleć, że wkrótce się obudzi i jego śnieżnobiałe obuwie rozpłynie się w którymś momencie jak w bajce o Kopciuszku.
Uśmiecha się pod nosem, gdy wyobraża sobie, że o północy jego najki zmieniają się nagle w sandały na rzepy, w dodatku zbiegając schodami gubi jeden z nich. Ostatecznie Tajsona z Kopciuszkiem łączyło na pewno to, że na własnej skórze doświadczyli, jak beznadziejnie szło się po ulicy na boso, a co znaczyło – myśląc o tym uśmiecha się jeszcze szerzej – wjechać dynią.
Zatrzymuje się przy jednej z witryn. Podczas gdy jego buty świecą niemal śnieżną bielą, reszta garderoby wygląda na ich tle zwyczajnie blado. I to także postanawia zmienić: ma bowiem na sobie zwykłe dżinsy i bluzę z kapturem. Dodatkowo rana nad lewym okiem sprawia, że wygląda jak kloszard, któremu ktoś podarował nowe obuwie.
„Nie możesz wyglądać jak żul” – odzywa się w głowie Robson. – „Jesteś na to za ładny!”.
Tajson marszczy brwi i rozgląda się dokoła. Odruchowo łapie za portfel, ale przypomina sobie zaraz, że przecież wcale go nie potrzebuje – pieniądze straciły swój pierwotny sens.
Gdy zdaje sobie z tego sprawę, uśmiechnięty żwawo rusza przed siebie.
3
Tajson kroczy pomiędzy manekinami, w rogu sklepu wypatrując logo Levi’sa. Na długim wieszaku ze spodniami odszukuje klasyczne, niebieskie dżinsy w swoim rozmiarze i odpina je z wieszaka. Rozgląda się za przebieralnią, ale dociera do niego zaraz, że przecież nikt go nie widzi. Mimo to, nie mogąc pozbyć się uczucia niezręczności, zdejmuje z wieszaka pierwszy lepszy tiszert i zarzuca go stojącemu obok facetowi na głowę.
– Na wszelki wypadek...
„Są jak manekiny. Nie przejmuj się nimi”.
– Racja – odpowiada Robsonowi.
Przebiera się pośrodku sklepu i dobiera pasek. Wypuszcza powoli powietrze, gdy widzi przyklejoną na klamrze cenę.
– Trzy stówy za pasek? – pyta na głos, spoglądając w stronę faceta, któremu nakrył twarz koszulką. – Pojebało ich?
Przegląda się w lustrze. W nowych butach i świeżutkich dżinsach prezentuje się jak milion dolarów. Zdejmuje z wieszaka prosty czarny tiszert i oryginalną bluzę Nike. Tak ubrany obserwuje się w lustrze, z uznaniem kiwając głową. Stare ciuchy zostawia złożone w przymierzalni, oderwane metki nowych rzucając niedbale na ziemię.
Jest Osobą Zero. Nie musi po sobie sprzątać z tego samego powodu, z jakiego nie sprząta się liści w parku – przyjdzie taki moment, że znikną same.
– Do widzenia! – rzuca, wychodząc ze sklepu, i obiera kolejny azymut.
Jeśli czegoś w życiu nie lubił, to na pewno policji, sprzedawczyków i powrotów. Nienawidził się cofać, bo w mniemaniu Tajsona krok wstecz oznaczał, że zaliczał pętlę; że nie szedł naprzód, a błądził. Wektor ustawiony gdzie indziej niż naprzód był wektorem skierowanym źle.
Powrót do sklepu jubilerskiego, choć był w nim zaledwie kilka minut wcześniej (umownie kilka minut wcześniej, bo przecież nie wie nawet, czy pojęcie czasu w ogóle nadal funkcjonuje), to jednak nadal powrót.
Z odrazą przestępuje nad leżącą na progu kobietą. Wypływająca z jej głowy czerwona plama zdążyła już częściowo zaschnąć. Gęsta krew przybrała postać ledwie ściętej galaretki. Całość – mimo że przecież śni – wygląda bardzo realistycznie. Kobieta nadal ma w ręku tę samą ściereczkę z mikrofibry.
Tajson walczy ze sobą, starając się za wszelką cenę nie widzieć w niej żywej istoty. Próbuje, ale nie potrafi do końca wyzbyć się przeświadczenia, że jest prawdziwa. Ludzki umysł rejestruje manekiny w sklepie jak żywe stworzenia, co dopiero więc kukłę i d e n t y c z n ą z prawdziwą, leżącą u naszych stóp.
„Ponoć tak samo jest z tymi realistycznymi seksrobotami” – odzywa się Robson.
– Zdziwiłbym się, gdybyś podał inny przykład – mówi Tajson i mija kobietę szerokim krokiem, chcąc znaleźć się już wewnątrz sklepu jubilerskiego. Zamyka za sobą drzwi.
Nie jest prawdziwa. Wyluzuj – powtarza w myślach, chcąc sprostać jakoś nowej normalności. – Istnieje tylko w twojej wyobraźni, więc wyluzuj.
Wtedy – ni z tego, ni z owego – urasta w nim poczucie dumy. Stojąc pośrodku sklepu odczuwa wobec siebie coś w rodzaju podziwu – leżącą w progu kobietę, jej ubiór, trajektorię jej upadku, wklęśnięcie na jej skroni i krwawy ślad, jaki zostawiła na klamce, gdzie uderzyła głową, w pełni wymyślił w takim razie jego własny umysł. Jego umysł i jego wyobraźnia. Cieszy to go tym bardziej, że to właśnie jego nauczycielka plastyki nazywała cymbałem bez wyobraźni, bo nie potrafił narysować człowieka inaczej niż patyczaka z pięciu kresek i głowy. Zarzuciła mu wtedy nawet brak wyobraźni, najwidoczniej nie mając pojęcia o rozwoju seksualności u dziesięciolatków – ta bowiem, tyle że erotyczna, odzywała się u chłopców bardzo wcześnie, widocznie wcześniej niż inne jej odcienie. Równie szybko uczyli się też z niej korzystać, więc przeradzała się także prędko w wycieranie nasienia w lewą stronę skarpetki. W pewnym momencie każda z matek nieświadomie stawała się odpowiedzialna za masową aborcję swoich wnuków, zwyczajnie opróżniając śmietnik spod biurka swojego nastoletniego syna.
Pod tym kątem, wbrew temu, co mówiła pani od plastyki, dorastający chłopcy – w tym Tajson – byli mistrzami imaginacji. Gdyby nie to, że nauczycielka nie należała do najurodziwszych, być może także zawitałaby kiedyś do jego wyobraźni.
– I co, stara prukwo? – pyta na głos Tajson, wchodząc do sklepu.
Za gablotkami ze szkła przelewa się złoto. W rodzinnym sklepie jubilerskim musi pracować jakaś żeńska część rodziny, bo w każdym miejscu widać tu kobiecą rękę. Panuje tu nieskazitelny porządek. Męska dłoń, choćby oblatana i wprawna, nie ułożyłaby wszystkich łańcuszków i pierścionków z taką precyzją i sensem. Tym bardziej żaden facet nie zwróciłby uwagi na to, że sygnety można było poukładać także względem rozmiaru i próby.
Po lewej od wejścia napotyka wysoką przeszkloną gablotę. Jej bliźniaczy odpowiednik po drugiej stronie prezentuje damskie zegarki. Z niepowstrzymaną ciekawością zagląda do środka.
Oszklona witrynka ma trzy poziomy. Na środkowej półce ułożono popularne zegarki sygnowane nazwiskami znanych sportowców – Lewis Hamilton, Robert Lewandowski, Novak Djokovic i Lionel Messi. Zegarki są ładne, trzeba to przyznać, ale mają zbyt sportowy krój. Wyglądają jak te, które dostawało się na komunię: są pełne sztucznych tworzyw i nie mówią sobą „dorobiłem się w życiu, więc jestem kimś”.
Dolną z półek wypełniają czasomierze typu „dziadkowe” – mają skórzane bransolety i krzyczą „na emeryturze człowiek ceni sobie wygodę”. Prócz staroświeckości są zbyt gustowne. Pasują do ludzi z siwizną i eleganckich ważniaków, a Tajson nie należy ani do pierwszych, ani do drugich. Wzrok przyciąga dopiero górna półka: najmniej obłożona, ale warta tyle, ile dwie pozostałe razem wzięte.
Na szczycie szklanej gablotki ułożono zegarki o szerokich tarczach – część z masy perłowej – i szkiełkach z materiału droższego niż hesalit. Wie, z czego produkuje się standardowe szkiełka do zegarków, bo Robson przeczytał o tym kiedyś w sieci.
„Tak, to hesalit” – potwierdza grubas.
Są porządne. Bardzo porządne. Tajson unika przyklejania nosa do sklepowych witryn, ale teraz gdy nikt nie patrzy, wlepia w nie gały jak dzieciak w wystawę cukierni.
W jego świadomym śnie, być może po raz pierwszy w życiu, z umysłu znika mu partykuła „czy”. Przestaje mieć prawo bytu. A nawet jeśli istnieje nadal, to nabiera nowego znaczenia – pytanie nie brzmi już bowiem „czy kiedyś będzie mnie na to stać”, bo pieniądz przestał mieć znaczenie, a zaczyna brzmieć „czy wolę ten z czarną tarczą, czy z perłową”.
„Czy” przestaje istnieć. Wszystko staje się dozwolone, wystarczy wyciągnąć rękę.
W gablotce jest zamek. W pierwszej chwili Tajson ma ochotę rozpędzić się i poradzić sobie z gablotką podeszwą, ale obmyśla zaraz bardziej cywilizowany plan. Poza tym, pierwszego dnia nie wypadało zniszczyć butów. Tak mówiły zasady.
Przecież ktoś tu musi być – myśli i otwiera ladę między rzędami pierścionków, przechodząc na zaplecze. Są tu małe pomieszczenie i serwis. Młoda kobieta w czarnych spodniach i białej bluzce pochyla się nad biurkiem. Tajson odruchowo patrzy na jej tyłek, ale przypomina sobie zaraz, po co tu przyszedł.
Kluczyk nietrudno jest znaleźć. Otwiera po kolei wszystkie szuflady, aż wreszcie namierza w jednej pęk. Są spięte długą smyczą z logo firmy.
– Mam cię – mówi, nienawidząc słowa „bingo”.
Wśród kluczy znajduje dwa bliźniacze kluczyki, najpewniej od dwóch bliźniaczych gablot. Wypróbowuje pierwszy i trafia. Prawo Murphy’ego, o dziwo, nie zadziałało. Prócz zatrzymania czasu jest to najbardziej surrealistyczna rzecz, jakiej doświadczył. Cała reszta świata wygląda jak idealna kopia oryginału.
Otwiera szklane drzwiczki i sięga na górną półkę, upatrując konkretny model. Przy jednym z zegarków cała reszta czasomierzy wypada blado.
Wyjmuje go. Złota certina z szeroką, czarną tarczą sprawia, że gdy zapina ją na nadgarstku, ego wystrzeliwuje przez dach – w moment staje się kimś. Obraca dłoń na wszystkie strony i udaje, że nią gestykuluje – wystawia kciuk, wystawia środkowy palec, wystawia rękę na powitanie. Bransoleta zegarka leży jak kuta na miarę.
Obraca metkę. Wypisana ręcznie cena 4595,99 zł oderwana ląduje na ziemi.
Ale to nie cena najbardziej pociąga go w jego nowej zabawce.
Czarna tarcza na szerokiej, złotej bransolecie mówi „jestem kimś”. Sprawia, że wie to teraz nie tylko Tajson, ale każdy, kto go widzi. Podobnych zegarków nie noszą przeciętniacy. Nie jest to zegarek dla frajerów, a dla poważnego człowieka.
Staje przed lustrem. Odciąga barki, podciąga rękaw bluzy pachnącej wciąż szwalnią w Bangladeszu i naciąga spodnie na język białych butów. Obciąga równo podkoszulek i okręca dłoń, by zobaczyć swoje świecidełko w pełnej krasie.
Zegarek leży jak ulał. Wygląda jakby zaprojektowano go właśnie pod niego. Dodaje splendoru, nadaje pewności siebie i sprawia, że Tajson momentalnie czuje się silniejszy niż kiedykolwiek przedtem. Stwierdza, że nienoszenie zegarków było z jego strony największym błędem. Złota bransoleta wygląda dumnie. Orzeka, że już nigdy nie pokaże się ludziom z gołym nadgarstkiem – nigdy, przenigdy.
Gdy naciesza wzrok, zauważa coś na swoim nowym nabytku. Spogląda na resztę zegarów. Przygląda się rozkładowi wskazówek, ale jego entuzjazm zaraz mija. Wszystkie czasomierze wskazują dziesiątą dziesięć i wtedy Tajson przypomina sobie dlaczego – wystawowe zegarki ustawia się tak, żeby wskazówki nie zasłaniały logo i układały się w symetryczny sposób. Zrezygnowany przestawia złote wskazówki na czternaście po trzynastej, darując sobie przestawianie zegarków w gablotach, i ponownie przegląda się w lustrze.
To właśnie odróżnia go od bogatych dzieciaków – gdy wreszcie wchodzi w posiadanie upragnionej rzeczy, cieszy się nią, przygląda się konstrukcji wskazówek, cyferblatowi, wykończeniu bransolety. Chucha na tarczę i przeciera ją rękawem, wzdychając z zachwytem nad złotymi wskazówkami czarnej tarczy.
„Piękny jest” – mówi Robson.
– Wiem – odpowiada Tajson.
Zawieszony przy wejściu telewizor „gra”. Szeroka plazma zatrzymała się na klatce jakiejś reklamy, na której śliczna, młoda kobieta o karmelowej skórze przechadza się pustynią, odziana jedynie w atłasową suknię i złote ozdoby. Sen zatrzymał film w momencie, w którym modelka zaczesuje włosy, ukazując zdobione w skromną biżuterię palce.
Tajson uśmiecha się, gdy widzi, że zatrzymało ją, gdy chciała właśnie mrugnąć. Białka jej oczu wyglądają, jakby udawała zombie.
Wtedy przychodzi mu do głowy pewien pomysł. Jest przecież w swoim świecie, wewnątrz własnej głowy, jest panem i władcą. Nie potrafił latać, ale być może miał jakieś inne zdolności – wystarczyło je jedynie odkryć.
Staje przed telewizorem. Wpatruje się w seksowną modelkę i mocno mruga – raz, drugi, trzeci, ale ekran nie przeskakuje. Stara się skupić całą energię, lecz nie jest w stanie przestawić kanału siłą umysłu. Pstryka palcami, klaszcze w dłonie, wyciąga w stronę ekranu wskazujący palec.
Nic.
– Niby człowiek wiedział, a jednak się łudził... – mruczy zrezygnowany.
Rozochocony staje pod gablotką z sygnetami, chcąc poprawić humor zepsuty nieposiadaniem supermocy. Większość z nich jest złota, grawerowana, wysadzana drogimi kamieniami. Poduszki pod biżuterią wykonano z jednakowej, ciemnozielonej satyny.
Tajson przekrzywia głowę, próbując odczytać ceny na wąskich paseczkach doczepionych do biżuterii.
Sklepowa wartość najcieńszego z łańcuszków zaczyna się od trzycyfrowej sumy. Krokiem odstawno-dostawnym przechadza się wzdłuż gablotki, zgodnie ze wzrostem cen – sześćset pięćdziesiąt dziewięć, siedemset dziewiętnaście, osiemset czterdzieści dziewięć.
Zatrzymuje się dopiero w miejscu, gdzie gablotkę wypełniają łańcuchy grube jak solidny kciuk, o szerokim splocie, w którym pancerki odlano z czystego złota.
– Tak – mówi w zachwycie, w moment zapominając o niepowodzeniu w lataniu, nieumiejętności telepatii i niemożności sprawdzenia godziny. W normalnym świecie cena momentalnie by go odstraszyła, ale nie był teraz w normalnym świecie. Przypięta metka pokazuje trzy tysiące siedemset złotych, ale mózg Tajsona powoli uczy się pomijać ceny.
Otwiera gablotę.
– I co? – mamrocze, wyjmując z wystawy ciężki, złoty łańcuch. – Głupio ci, stara kurwo? – pyta nieobecnej nauczycielki plastyki.
Obrywa kartonik z ceną i zakłada łańcuch na szyję. Biżuteria jest tak obszerna, że nie musi jej nawet rozpinać. Po prostu wkłada łańcuch przez głowę; każda z giętych, bliźniaczych pętli wygląda, jakby sama jedna mogła zakończyć głód na świecie.
– To się nie dzieje – mówi pełen zachwytu, przeglądając się w lustrze i przez chwilę ma wrażenie, że przybyło mu siły w rękach.
Głowiąc się, po co Kowalewscy w ogóle trzymali u siebie cacka takiego kalibru, przechodzi pod ostatni przystanek. Gablota z sygnetami stoi po brzegi wyłożona precjozami. Pełen podziwu dla własnego umysłu, że ten potrafił wytworzyć odzwierciedlenie podobnych, wysadzanych kamieniami kosztowności, otwiera gablotkę z sygnetami.
Wyjmuje pierwszy z brzegu. Przymierza go na palec. Sygnet jest prosty, bez zbędnych oczek, w kształcie kwadratu. Tajson wyobraża sobie od razu, jak wali nim kogoś w twarz, jak twarde krawędzie biżuterii rozcinają przeciwnikowi skórę niczym kastet i jak walka dobiega końca po jednym zaledwie uderzeniu.
– Pięknie – mówi sam do siebie, obrywa metkę i ogląda pod światło własną dłoń, jakby widział ją po raz pierwszy.
Z dawnego odzienia zostały na nim jedynie bokserki i skarpetki. Wymienił całą garderobę, do tego podczas jednych odwiedzin w sklepie jubilerskim wzbogacił ją o jakieś dziesięć tysięcy złotych. Pieniądze nie mają aktualnie wartości, ale mimo to Tajson czuje się podbudowany jak nigdy. Fakt, że ma na sobie równowartość trzech średnich pensji, nie przechodzi w nim bez echa. Uznaje to po chwili namysłu za wystarczającą rekompensatę braku umiejętności latania i wszechmocy. Do tego w normalnym świecie za bardzo rzucałby się w oczy. Teraz może za to paradować cały w złocie, bez obaw, że wpadnie w oko przedstawicielom prawa. Taka ilość złota na szyi krzyczy: „I CO MI ZROBICIE, KUNDLE?”, a Tajson nie lubił rzucać się w oczy.
Teraz sytuacja jest jednak zupełnie inna.
Nie lubi, gdy go widzą. Nie lubi być głośny ani rozpoznawalny. Lubi przemykać, nie chodzić, a nie daj Bóg – przechadzać się.
„Najgłośniejszy na sali, to najsłabszy na sali”, mawiał filmowy Frank Lucas, a z tego cytatu Tajson ukuł swoje życiowe motto.
Teraz jednak nikt go nie widzi. Mógł wysmarować się fluorescencyjną farbą, gdyby tylko zechciał, a i tak nikt by na niego nie spojrzał. Nie jest już w prawdziwym życiu. Ważąc w dłoni dwukilowy łańcuch myśli tylko o tym, że w wykreowanej sennej wizji nic nie jest zabronione: jest w świecie, w którym sam wyznacza reguły. W świecie wolnym od kurestwa i frajerstwa. W świecie idealnym. W utopii.
Gdy zdaje sobie sprawę, że jest aktualnie najsilniejszym człowiekiem, jaki kroczy ulicami swojego miasta, ma wrażenie, jakby ktoś zrobił mu zastrzyk z mieszanki trotylu i amfetaminy, jak wtedy, kiedy w technikum pierwszy raz wstrzyknął testosteron.
Efekty poczuł w połowie drugiego tygodnia. Wystraszył się, bo nikt nie powiadomił go, że już po pierwszym tygodniu cyklu kurczą się jądra. Uspokoił się dopiero, gdy się dowiedział, że to normalne. Mimo że przypominały wtedy wielkością rodzynki, czuł się jak bóg: był szybszy, zwinniejszy, silniejszy i bardziej pewny siebie niż kiedykolwiek przedtem. Spalał cztery tysiące kalorii dziennie bez większego wysiłku, a uczucie wyższości nad zwykłymi ludźmi było porównywalne do umiejętności latania. Czuł, że przewyższał ich wtedy w każdym aspekcie.
Przestał brać, bo w półprofesjonalnych zawodach sprawdzano krew. Teraz jednak uczucie powróciło. Do tego było wyzwolone naturalnie, bez nakłuwania się.
Stojąc przed wysokim lustrem, wygląda jak król świata. Jest ideałem człowieka – wysportowany, szybki, zwinny, przebiegły i odziany w złoto. Nawet biżuteria Ciotki wygląda przy nim biednie. Odbijane od jego łańcucha światło pada na ścianę dziesiątką refleksji. Odwraca się do wyjścia, ale wtedy dociera do niego dobiegający z zaplecza dźwięk.
Tajson cofa się, mruży oczy, nadstawia uszu i wsłuchuje się w odgłos, jaki wydaje sklep. Ma wrażenie, że atomy powietrza wibrują. Dźwięk brzmi jak powietrze przesycone elektrycznością. Wydaje mu się, że w pokoju obok ktoś włączył stary telewizor.
Nęcony ciekawością przechodzi za ladę. Głuchy szum ciągnie go aż na zaplecze. Jeśli powietrze drga, znaczy to, że świat nie jest do końca znieruchomiały, że prócz Tajsona coś jeszcze się w nim porusza – atomy.
– Halo? – pyta, wchodząc na zaplecze. Kobieta w białej koszulce i czarnych dżinsach nadal tu jest, zastygła w dokładnie takiej samej pozycji, w jakiej ostatnio ją zastał.
Namierza wzrokiem źródło dźwięku. Włączony, zatrzymany na reklamie pasty do zębów mały telewizor, którego pole elektrostatyczne wytwarza ów ledwie wyczuwalny dźwięk, jest tym, co przyciąga go na tyły sklepu.
Ale wtedy jego wzrok przykuwa coś jeszcze – coś, co mężczyźni wręcz kochali, kiedy było bezgłośne.
Pochylona nad atłasowym wystawnikiem kobieta ma na sobie białą, firmową koszulę. Czarne spodnie leżą na niej ciasno, upinając jej dojrzały tyłek w kształt śliwki. Pochylona nadaje ceny kolczykom.
Córeczka tatusia – myśli Tajson, zastanawiając się, czy ojciec zatrudnił ją od razu, czy może kazał skończyć chociaż zaoczną logistykę.
Tak czy owak, dziewczyna jest chodzącym potwierdzeniem, że nie ma ludzi brzydkich, a jedynie ludzie biedni. Na twarzy trzydziestolatki widać, że po liceum zostały już tylko wspomnienia, ale zawalczyła z postępem wieku kwasem hialuronowym i udało jej się. Jest ładna, zadbana i – co wyczuwa nawet teraz, stojąc o kilka kroków od niej – pachnie niewyzywającymi perfumami.
Tajson odwraca się, jakby chciał się upewnić, że nikt nie patrzy. Poprawia dżinsy. Są nowe, więc levisy są sztywniejsze niż te, które do tej pory nosił. Poznaje także po tym, że stwardniałe przyrodzenie ciężej i boleśniej rozpycha się pod rozporkiem, chcąc się uwolnić.
Wygląda jak żywa. Znowu pojawia się w nim uczucie dumy, że to właśnie jego umysł ją wymyślił. Należy zatem do niego. Lata onanizmu pod zmyślone scenariusze sprawiły, że wyćwiczona wyobraźnia pozwoliła stworzyć obraz dziewczyny jak żywej.
Jesteś moja – myśli. – Moja, bo cię wymyśliłem.
Zbliża się o krok i ponownie ogląda za siebie, jakby ktoś miał go zaraz nakryć. Odzywa się w nim pierwotna ciekawość – ta, która każe młodym chłopcom zaglądać Barbie pod spódniczkę. Kusi go, by sprawdzić, co było pod spodem – czy jego umysł wytworzył poprawnie również żeńskie części jej ciała, czy może tylko opakowanie.
Gdy staje obok, oblatuje go dreszcz. Włosy na przedramionach podnoszą się. Z bliska widzi, że jego umysł odtworzył na dziewczynie każdy detal, nutę perfum, kolczyki i hybrydę na paznokciach. Jak wygląda zatem pod całym tym służbowym ubiorem? Jakim kolorem cipki i sutków obdarzył ją tajsonowy umysł?
Wcięcie dekoltu między pełnymi piersiami łypie zapraszająco. Przygryziona w skupieniu pełna warga „córeczki tatusia” przywodzi na myśl nieprzyzwoite sceny filmów oglądanych na wyciszonym telefonie w środku nocy. Pochylone nad biurkiem ciało ukazuje drobne dołeczki w biodrach, w które ma ochotę wcisnąć teraz kciuki.
Przyciągany bezwiednie robi krok w jej stronę. Parcie w rozporku zaczyna boleć. Wystający u dołu jej pleców skrawek skóry mami go i hipnotyzuje.
Dygocze. Dotyka jej bioder. Jest ciepła, jak żywa. Przez moment ma wrażenie, że dziewczyna obróci się zaraz i trafi go łokciem w twarz, po czym spryska dokładnie gazem pieprzowym, ale tak się nie dzieje. Staje za nią, nadal z lekka dygocząc. Odszukuje dłonią rozporek w jej dżinsach i rozpina guzik. Podczas gdy jego kumple oddaliby wszystko, by spędzić noc z Carmen Electrą, Paris Hilton czy Britney Spears, jemu marzyła się Shakira, Olivia czy Meagan Good. Ekspedientka sklepu jubilerskiego jest dokładnie taka – dojrzale pełna, nie lubił chudych dziewczyn.
Na jej widok ciała ręce unoszą się samoczynnie. Przyciska się do zastygłego, bezbronnego ciała asystentki, równie realnego, co pociągającego, i szarpie się chwilę ze swoim paskiem, w którym nieużywana, garbowana skóra nie zdążyła się jeszcze rozbić.
Nie panuje nad sobą. Nie nadąża nawet do końca zastanowić się nad tym, co właściwie robi. Rządzi nim zwierzęcy instynkt. Wreszcie zdejmuje jej spodnie. Dziewczyna ma czarną, bezszwową bieliznę. Ma już opuszczać swoje dżinsy, kiedy nagle cofa się o krok, odbijając z tyłkiem od biurka, przewracając na nim wszelki sprzęt do naprawy biżuterii.
– Co ty robisz...
Coś się odezwało, coś w środku kazało się cofnąć. Serce zabrania, choć twarde jak skała przyrodzenie wyraźnie uważa inaczej. Co każe mu natychmiast wciągnąć spodnie na tyłek i z powrotem zapiąć rozporek? Zdrowy rozsądek? Wrodzone dobro? Umiejętność przewidywania konsekwencji?
Nie wie, który z czynników wywołał zmianę zdania, ale zapina z powrotem pasek. Robi to szybko, jakby się spłoszył, jakby ktoś krzyknął mu nagle zza pleców: „Uważaj! To twoja kuzynka! Do tego ma AIDS!”.
Gdy wybiega ze sklepu, zalewa go fala gorąca. Przestępuje nad leżącą w progu sprzątaczką jak nad przedmiotem. Ciężka biżuteria obija mu się o pierś.
Kroczy szybko przez miasto, starając się jak najszybciej wymazać wspomnienie sprzed chwili. Czuje się z nim obrzydliwie. Jakby roznosił trąd. Gdyby to z nią zrobił, zakrawałoby to o gwałt. A przecież człowiek charakterny nie gwałcił – tak mówiły zasady.
Przyśpiesza kroku, nerwowo zapalając papierosa.