Czarne Morze - Michał Śmielak - ebook + książka
NOWOŚĆ

Czarne Morze ebook

Michał Śmielak

4,9
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

1081 osób interesuje się tą książką

Opis

Mroczny kryminał o winie, przeznaczeniu i przeszłości, przed którą nie można uciec.

Niepokorny komisarz Paweł Hardy zawalił najważniejszą sprawę w swojej karierze, pozwalając uciec seryjnemu mordercy znanemu jako Bestia z Zagłębia.

Gdy rok później pogrążonym w deszczu sosnowieckim Czarnym Morzem wstrząsa seria brutalnych zbrodni, Hardy dostaje szansę na odkupienie. Ktoś z zimną krwią morduje młode kobiety, a sposób działania sprawcy niepokojąco przypomina metody, które stosował Jan Kańczuga. Czy to możliwe, że Bestia znów wyruszyła na łowy? A może ktoś postanowił dokończyć jej dzieło?

Tajemniczy zabójca zdaje się rzucać Hardemu wyzwanie. Każda ofiara i każdy pozostawiony ślad prowadzą w jednym kierunku – do przeszłości komisarza i wydarzeń, które na zawsze naznaczyły jego życie.

Czy człowiek, który raz został wciągnięty w mroczną toń czarnego morza, zdoła kiedykolwiek wypłynąć na powierzchnię?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 420

Oceny
4,9 (64 oceny)
58
3
3
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Rafallapacz

Nie oderwiesz się od lektury

Kiedy tylko zobaczyłam "Czarne Morze" Michała Śmielaka w Legimi, wiedziałam, że będę czytać. I czytałam – jeden wieczór 🤣 Jeśli szukacie historii, która nie pozwala odetchnąć, trafiliście pod właściwy adres. Autor po raz kolejny udowadnia, że jest mistrzem budowania klimatu miejsca. Po świetnym Sandomierzu, tym razem autor zabiera nas do Sosnowca. W centrum wydarzeń poznajemy komisarza Pawła Hardego. Historia zaczyna się od momentu, w którym seryjny morderca, Kańczuga, podczas wizji lokalnej sprytnie wymyka się policji. Zabawa w kotka i myszkę rozpoczyna się na nowo, a my wchodzimy w świat wyjątkowo brutalny i bezwzględny. Kańczuga nie cofa się przed niczym – jest przebiegły, cyniczny i niezwykle niebezpieczny. Książka wywołuje nieprzyjemny dreszcz, który towarzyszy nam od pierwszej do ostatniej strony. Opisy są dość szczegółowe, co tylko potęguje napięcie. Autor świetnie bawi się uwagą czytelnika: zdarzało mi się mieć poczucie, że rozwiązanie zagadki jest tuż-tuż (choć do końca zost...
60
lsmedowski

Nie oderwiesz się od lektury

.
00
Bajubajka

Dobrze spędzony czas

Dobrze sie czyta, sprawnie opowiedziana historia. Ciekawie nakreślone postaci. Polecam
00
Ren99ne

Nie oderwiesz się od lektury

Trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. To książka od której ciężko się oderwać. Gorąco polcam
00
Agusiek901

Nie oderwiesz się od lektury

jak zawsze świetna książka! ciężko było się od niej oderwać i iść spać;) wciągająca fabuła, świetni bohaterowie i zakończenie takie jak trzeba:) choć tu spoiler trochę szkoda jednej postaci:( mam nadzieję, że szybko pojawią się kolejne książki z panem Pawłem Hardym😊
00



Copy­ri­ght © 2026 by Michał Śmie­lak Copy­ri­ght © 2026 by Wydaw­nic­two Czarna Owca

All rights rese­rved

Wydawca: Marek Kor­czak Redak­cja: Mał­go­rzata Sta­ro­sta Korekta: Kamila Recław, Beata Wój­cik, Anna Brze­ziń­ska Pro­jekt okładki: Paweł Pan­cza­kie­wicz Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 2026 ISBN 978-83-8382-893-0

Cytat

Pałka zapałka, dwa kije,

Kto się nie schowa, ten zgi­nie.

Część I. Cisza na morzu

Część I

Cisza na morzu

Chłopczyk

A kto to się scho­wał w ciem­no­ści? Kto tak wci­ska się w kącik, drobne plecki kuli, główkę chowa w ramion­kach i zamyka oczka, żeby nikt go nie widział? Czy to wystar­czy, aby się ukryć? Czy tak działa świat? Nie, chłop­czyku, tak nie działa. Gdy zamkniesz oczy, zni­kają cie­nie, ale nie potwory. W domu jed­nak ich nie ma, prze­cież tata spraw­dzał – zaglą­dał pod łóżko, zer­kał za zasłonę i otwie­rał drzwi do szafy, bo bałeś się, że i tam coś może czy­hać. No bałeś się? Bałeś. To nic złego, bo mały chłop­czyk może mieć wiel­kie stra­chy, ale duży tata wszyst­kie je wyga­nia.

Pod łóż­kiem jest pusto. Za zasłoną nikogo nie ma. W sza­fie nikt nie sie­dzi. To bez­pieczne miej­sca.

Czy aby na pewno?

A pamię­tasz, jak twoja sio­stra, Zosia, opo­wia­dała tę straszną histo­rię? Tę, przez którą nie możesz teraz zasnąć, o chłopcu i jego tacie?

Otóż, gdy mały chło­piec przed snem prze­czy­tał z tatą wszyst­kie bajki, także tę o Sło­niu Trą­bal­skim i tę o Psz­czółce Mai, i gdy już dostał buziaka w czoło, po czym tata wyszedł, to on go jesz­cze zawo­łał.

– Tatu­siu, boję się ciem­no­ści – poskar­żył się piskli­wym gło­si­kiem.

– Synku, nie bój się, prze­cież tu jestem, obro­nię cię – odpo­wie­dział tata i usiadł ponow­nie na skraju łóżka.

– Ale tam mogą być potwory. – Chło­piec nie ustę­po­wał.

– Prze­cież spraw­dza­li­śmy dziś razem i żad­nego nie było – tłu­ma­czył cier­pli­wie tata.

– Bo się pocho­wały – wyja­śnił chło­piec. – Ale teraz wró­ciły, bo one lubią ciem­ność.

– Mam spraw­dzić jesz­cze raz?

– Tak. Bo wiesz, ktoś jest pod moim łóż­kiem.

– Naprawdę?

– Tak – odparł poważ­nie malec. – I chce mi odgryźć głowę.

Ojciec uśmiech­nął się, pogła­skał synka po gło­wie, po czym ukląkł na zim­nych deskach i zaj­rzał pod łóżko. A tam zoba­czył swo­jego synka, sku­lo­nego z zimna i stra­chu w samej piżamce, mokrej, bo ten był tak prze­ra­żony, że aż się zsiu­siał.

– Tato, ktoś jest w moim łóżeczku – wyszep­tał chło­piec.

A potem potwór odgryzł tacie głowę.

Prolog

Było tu zimno, mokro i jakoś tak tru­pio. Gęste krzaki, mokre po cało­noc­nych opa­dach wycią­gały do nich nasą­czone wodą ramiona i pró­bo­wały wyssać choć gram cie­pła, bo ileż można tak mar­z­nąć w desz­czu? Buty śli­zgały się na roz­mo­kłej ścieżce, woda kapała z drzew i wpa­dała im za koł­nie­rze. Sły­chać było jedy­nie pla­ska­nie pode­szew o mazi­ste błoto, ude­rze­nia mokrych gałęzi o ubra­nia, posa­py­wa­nia zmę­czo­nych ludzi, co jakiś czas krót­kie, acz soczy­ste prze­kleń­stwo. Kiedy kopuła zaro­śli na chwilę odsła­niała niebo, uka­zy­wała wiszące nisko chmury, paskud­nie oło­wiane, i było wręcz pewne, że za chwilę znowu lunie jak z cebra i całe przed­się­wzię­cie trafi szlag.

– Mówi­łem, żeby odwo­łać to gówno – wark­nął gościu z kamerą, jakiś świe­żak.

Komi­sarz Paweł Hardy w ogóle go nie koja­rzył. Szczyl miał na sobie pach­nącą nowo­ścią kurtkę i takie same buty, na które pew­nie wydał wię­cej, niż poli­cjant zara­bia w mie­siąc. W niczym mu to nie poma­gało, śli­zgał się po nie­rów­nej ścieżce jak pozo­stali.

– Zamknij się – rzu­cił krótko ktoś z tyłu.

– Daleko jesz­cze? – zapy­tał Paweł i szarp­nął za kaj­danki, któ­rymi był spięty z oskar­żo­nym.

Ten zatrzy­mał się i spoj­rzał komi­sa­rzowi pro­sto w oczy. Razem z nimi sta­nęła cała kolumna, którą pro­wa­dził jakiś poli­cjant w mun­du­rze, a zamy­kało kilku innych funk­cjo­na­riu­szy, pani pro­ku­ra­tor i ten pie­przony kame­rzy­sta.

Męż­czy­zna złą­czony łań­cu­chem z komi­sa­rzem Har­dym nie odzy­wał się, taki miał zwy­czaj: naj­pierw patrzył roz­mówcy w oczy, jakby chciał wszystko prze­ka­zać siłą umy­słu, a dopiero potem mówił. Paweł, pod­czas jed­nego z prze­słu­chań, wpa­tru­jąc się w niego przez wenec­kie lustro, zmie­rzył czas tych nie­zno­śnych pauz i wyszła mu minuta na każdą. Zupeł­nie jakby facet miał w gło­wie sto­per i dopiero po sześć­dzie­się­ciu sekun­dach odmie­rzo­nych gdzieś za tymi wod­ni­stymi oczami mógł coś powie­dzieć. Teraz także nie­zno­śnie mijała minuta wymu­szo­nej ciszy z sapią­cymi męż­czy­znami i wodą kapiącą z liści w tle.

– Pra­wie jeste­śmy – powie­dział w końcu, nie kry­jąc satys­fak­cji z tego, że urzą­dził im spa­cer, któ­rego długo nie zapo­mną.

– Nie dziwne, że nikt nie zna­lazł tych ofiar – sko­men­to­wał gościu z kamerą. Widocz­nie był strasz­nym gadułą i Hardy już go nie lubił.

Naj­wię­cej gadają ci, co mają naj­mniej do powie­dze­nia, taką wyzna­wał zasadę. Ruszył dalej w drogę, szarp­nąw­szy za kaj­danki, co uru­cho­miło pozo­stałe pla­śnię­cia, szu­ra­nia i gło­śne sap­nię­cia. Mokre gałę­zie ude­rzały w nich, jakby pokle­py­wały ich po ple­cach dla zapew­nie­nia, że dobra robota, że już nie­da­leko, dadzą radę.

Wyszli w końcu na polanę wiel­ko­ści dwóch boisk do siat­kówki, ści­śle oto­czoną zie­loną ścianą mokrych zaro­śli wyso­kich na trzy, a może i cztery metry. Na jej środku leżała sterta sta­rych desek i kawał­ków drewna się­ga­jąca doro­słemu czło­wie­kowi do piersi. Jed­no­cze­śnie paso­wała do tego miej­sca i nie paso­wała. Z jed­nej strony zda­wała się być na miej­scu, bo i sama polana jawiła się jako zaką­tek, który powstał tylko po to, aby nikt nie musiał tu ni­gdy zaglą­dać. Z dru­giej – kto i po jaką cho­lerę gro­ma­dził tutaj stare deski? Może chciał coś zbu­do­wać?

– To tutaj? – zapy­tał kame­rzy­sta.

Hardy szarp­nął za łań­cuch kaj­da­nek, spięty z nim męż­czy­zna naj­pierw spoj­rzał na niego w ten swój dener­wu­jący spo­sób, a potem na pyta­ją­cego, przez co przy­kuł go wzro­kiem na swoje nie­zmienne sześć­dzie­siąt sekund. Zda­wało się, że gów­niarz wytrzyma, ale nie, w oczach męż­czy­zny było coś takiego, czego zwy­czajny czło­wiek nie mógł zdzier­żyć, poje­dy­nek był z góry ska­zany na prze­graną. Hardy kie­dyś zde­fi­nio­wał to jako uczu­cie podobne do tego wystę­pu­ją­cego pod­czas oglą­da­nia hor­roru, gdy ofiara wspina się po toną­cych w mroku scho­dach na pię­tro, dosko­nale zda­jąc sobie sprawę z faktu, że tam czeka mor­derca i że nie dożyje finału tego filmu. Mimo to się wspina. A widz napeł­nia się wła­śnie takimi emo­cjami, napię­cie tuż przed nagłą zmianą akcji staje się tak nie­zno­śne, że oglą­da­jący zamyka oczy albo odwraca głowę, cza­sem chowa ją pod koc, bywa, że zatrzy­muje film. Tak, wpa­try­wa­nie się w oczy tego czło­wieka było jak oglą­da­nie bru­tal­nego i nie­zno­śnie brud­nego filmu grozy.

– Tak, to tutaj – odpo­wie­dział po minu­cie skuty z nim męż­czy­zna.

– Gdzie? – zapy­tał Hardy.

– Pod deskami. Tam jest dziura w ziemi. Sztol­nia. Głę­boka.

– I niby za każ­dym razem odwa­la­łeś te dechy, żeby wrzu­cić do środka ciało? – nie dowie­rzał poli­cjant.

– Deko­ra­cja – wyja­śnił męż­czy­zna.

– Co?

– To tylko deko­ra­cja, jak skle­powa wystawa, która zachęca lub znie­chęca. Ta miała znie­chę­cić.

– Do czego?

– Do grze­ba­nia.

– W tej ster­cie?

Męż­czy­zna tylko roz­ło­żył ręce, jakby chciał powie­dzieć: „Czego tu nie rozu­mieć? Prze­cież wszystko jest jasne”.

– Zaczy­namy? – zapy­tał natar­czy­wie znu­dzo­nym gło­sem kame­rzy­sta, niczym dziecko mające dość podróży po pię­ciu minu­tach od wyru­sze­nia w drogę.

Hardy wes­tchnął. Mógł sobie odpu­ścić tę setkę wódki po śnia­da­niu, ale czuł się tak źle, że nie potra­fił utrzy­mać kubka z kawą. Tłu­ma­czył sobie, że już po wszyst­kim, dorwał Jana Kań­czugę, przez media nazwa­nego Bestią z Zagłę­bia, wsa­dził go za kratki, wziął udział w set­kach godzin prze­słu­chań, gro­ma­dze­niu mate­riału dowo­do­wego, ana­li­zie jego mor­derstw. Pozo­stało tylko prze­żyć wizję lokalną i po spra­wie, będzie mógł wziąć się za sie­bie, prze­sta­nie chlać, poprosi o prze­nie­sie­nie za biurko, zacznie bie­gać, pój­dzie na siłow­nię. Za dużo przez te dwa lata prze­żył, zbyt mocno wszedł w skórę tego maniaka, co przy­pła­cił alko­ho­li­zmem. Szyb­kim, gwał­tow­nym niczym burza. Jed­nego dnia wódki odma­wiał, nie­na­wi­dził jej smaku, dru­giego już go do niej cią­gnęło. Zda­wał sobie z tego sprawę i chciał wyjść z alko­ho­lo­wego mara­zmu. Tylko jesz­cze ta ostat­nia wizja lokalna.

– Komi­sa­rzu? – Kame­rzy­sta spoj­rzał w jego stronę.

– Pani pro­ku­ra­tor? – Hardy prze­ka­zał pyta­nie do Justyny Potom­nej.

Nie lubił jej, podob­nie jak wszy­scy poli­cjanci. Zasad­ni­cza, trzy­mała się kodek­sów bez cie­nia zro­zu­mie­nia dla ludzi, któ­rzy musieli dbać o ich prze­strze­ga­nie. Zasta­no­wił się, czy był na świe­cie kto­kol­wiek, kto ją darzył sym­pa­tią. Te zacięte i wąskie usta, wiecz­nie zmru­żone, roz­bie­gane oczy, jakby szu­kała nie­osło­nię­tego miej­sca na twoim ciele, w które może wbić szpilę. Była piękną kobietą i to zmy­liło zarówno wielu oskar­żo­nych, jak i poli­cjan­tów. Blon­dynka, mająca wszystko na miej­scu, jak mawiali chło­paki na komen­dzie, oczy­wi­ście oprócz choć odro­biny dobra, cie­pła czy zro­zu­mie­nia, które chyba ktoś ode­brał jej zaraz po naro­dzi­nach. Może wisiało na jakiejś osob­nej pępo­wi­nie i lekarz, nie wie­dząc, z czym ma do czy­nie­nia, posta­no­wił to po pro­stu odciąć. Takim czło­wie­kiem się nie zostaje, takim trzeba się uro­dzić.

– Jedziemy z tym – odparła ze skrzy­wioną miną, wkła­da­jąc rurkę para­sola mię­dzy poli­czek a ramię, po czym wyjęła z torebki cien­kiego papie­rosa. – Pro­szę zaczy­nać.

Roz­sta­wili się na pola­nie bez słów. To była już trze­cia wizja lokalna z Janem Kań­czugą i kolejne miej­sce, w któ­rym ukry­wał zwłoki. Do tej pory wska­zał im, skąd pory­wał dziew­czyny, potem polanę, na któ­rej je zako­py­wał. Zna­leźli dokład­nie trzy­na­ście ciał. Same młode kobiety, wszyst­kie bez wyjątku piękne przed śmier­cią, bestial­sko oka­le­czone tuż po niej.

Zdzi­wiło ich, kiedy po zakoń­cze­niu ostat­niej zapla­no­wa­nej wizji oznaj­mił, że to nie koniec, że jesz­cze coś dla nich ma. Było wię­cej niż trzy­na­ście ofiar? Bali się, że taka infor­ma­cja po wypły­nię­ciu do mediów może zachwiać kil­koma stoł­kami w poli­cji.

– Krę­cimy? – zapy­tał gów­niarz z kamerą tonem, który zadzia­łał na Har­dego niczym mimo­wolny skurcz mię­śnia zaci­ska­jący dłoń w pięść.

Kame­rzy­sta był z nimi pierw­szy raz, a Har­dego nie inte­re­so­wało, co się stało z poprzed­nim. Liczyło się tylko to, co im teraz pokaże Kań­czuga, a potem setka wódki mię­to­wej cze­ka­jąca w samo­cho­dzie. Chwilę póź­niej koniec sprawy i ze dwa tygo­dnie urlopu. Ni­gdy wię­cej alko­holu i Potom­nej. Podobno miała awan­so­wać na jakiś mini­ste­rialny sto­łek. I bar­dzo, kurwa, dobrze.

Sze­ściu mun­du­ro­wych roz­sta­wiło się wokół polany, co zarówno utwo­rzyło bufor ochronny przed jakim­kol­wiek zagro­że­niem z zewnątrz, jak i unie­moż­li­wiło ucieczkę aresz­to­wa­nemu. Na czas nagry­wa­nia odpi­nano mu kaj­danki, żeby dokład­nie zilu­stro­wał, co robił z cia­łami, jak je cho­wał, po to, aby potwier­dzić zezna­nia i wyklu­czyć wszel­kie wąt­pli­wo­ści. On zaś chęt­nie opo­wia­dał, wszystko poka­zy­wał, co naj­moc­niej rado­wało panią pro­ku­ra­tor, która nie będzie musiała się spe­cjal­nie prze­mę­czać w sądzie.

Komi­sarz stał naj­bli­żej Kań­czugi, inny funk­cjo­na­riusz poda­wał mane­kina, na któ­rym oskar­żony pre­zen­to­wał swoje dzia­ła­nia. Byli jesz­cze kame­rzy­sta, foto­graf, pro­ku­ra­torka oraz dwóch kole­gów z wydziału kry­mi­nal­nego, któ­rzy wspo­ma­gali akcję. Do tego kilku mun­du­ro­wych z pre­wen­cji. Wielu ojców jego ofiar chciało wymie­rzyć spra­wie­dli­wość wła­sno­ręcz­nie, obstawa była konieczna, cho­ciaż dziś naj­wy­raź­niej zby­teczna. Kto by się tutaj zapusz­czał i po jaką cho­lerę?

Hardy zdjął kaj­danki z nad­garstka Kań­czugi i odszedł kilka kro­ków, aby nie stać w kadrze. Pani pro­ku­ra­tor bez­na­mięt­nym gło­sem wyre­cy­to­wała for­mułkę doty­czącą miej­sca, oskar­żo­nego oraz celu wizji lokal­nej, cho­wa­jąc zapa­lo­nego papie­rosa za ple­cami.

Mor­derca deli­kat­nie roz­ma­so­wał nad­gar­stek, po czym zadarł głowę i spoj­rzał w niebo, jakby prze­czu­wał, że zaraz spad­nie deszcz. Szczu­pły facet koło pięć­dzie­siątki z twa­rzą wymę­czo­nego robot­nika budow­la­nego, nie­chluj­nie ogo­loną, ogo­rzałą od słońca. Wyglą­dał dużo sta­rzej, przez co zda­wał się cał­ko­wi­cie nie­groźny. Jego postura myliła, bo pozor­nie chudy miał silne ręce i twarde mię­śnie nabyte przez lata pracy fizycz­nej. A może regu­lar­nie ćwi­czył? Tego nikt nie wie­dział, bo on sam był cał­ko­witą zagadką. Nie udało się usta­lić ani jego praw­dzi­wej toż­sa­mo­ści, ani daty uro­dze­nia. Cudowna sprawa dla mediów. On po pro­stu przed­sta­wił się im na pierw­szym prze­słu­cha­niu jako Jan Kań­czuga. Jego twarz także była pułapką, mogła ilu­stro­wać straj­ku­ją­cego rol­nika, gór­nika tuż po szych­cie, czło­wieka ludu, przez co ide­al­nie masko­wała ponad­prze­ciętną inte­li­gen­cję.

– Dajesz, Janek – zachę­cił mor­dercę do dzia­ła­nia pod­ko­mi­sarz Edward Kostecki. – Bo nam z zimna dupy odpadną.

Był to facho­wiec z dłu­gim sta­żem w sosno­wiec­kim wydziale kry­mi­nal­nym. Wie­dział, że mówie­nie do mor­dercy po imie­niu strasz­nie go dener­wuje, a on lubił grać mu na ner­wach.

Kań­czuga postał chwilę bez ruchu, jakby chłodne powie­trze go zamro­ziło, prze­niósł wzrok na Kostec­kiego, po czym ponow­nie pod­niósł głowę i spoj­rzał w zasnute oło­wia­nymi chmu­rami niebo. Zda­wał sobie pew­nie sprawę, że to jego ostat­nie chwile poza murami wię­zie­nia.

Wod­ni­ste oczy. O tak, jego wyłu­pia­ste śle­pia wyglą­dały, jakby cały czas padał na nie deszcz, a one wiecz­nie go pra­gnęły. Miało się wra­że­nie, że potrafi tymi śle­piami patrzeć także na boki.

Zaczął mówić.

– To deko­ra­cja – powie­dział. – Tak, aby przy­godni spa­ce­ro­wi­cze czy też dzie­ciaki nie zain­te­re­so­wały się tym miej­scem.

– Zwłoki są pod deskami? – upew­nił się Hardy.

– Tak – odpo­wie­dział Kań­czuga, patrząc wprost na komi­sa­rza. Uni­kał spo­glą­da­nia w obiek­tyw kamery niczym zawo­dowy aktor.

– Niech oskar­żony pokaże, co robił z cia­łami – zażą­dała pro­ku­ra­tor.

– Przy­cią­ga­łem je tutaj na takim wózku woj­sko­wym do trans­portu ran­nych na noszach. Kupi­łem z demo­bilu na targu. Bar­dzo wygodny sprzęt, nawet po bło­cie prze­je­dzie z tru­pem, ma duże szpry­chowe koła. Zapew­nia kom­for­tową pracę na każ­dym polu walki, tak twier­dzi pro­du­cent. Wózek jest scho­wany w tej ster­cie. – Wska­zał na pię­trzące się graty.

Paweł zaklął w myślach. Co za nadęty pajac. To był pierw­szy seryjny mor­derca, z któ­rym miał do czy­nie­nia, i żywił szczerą nadzieję, że ostatni.

– Oskar­żony przy­wo­ził ciała po tej ścieżce? – dopy­ty­wała Potomna.

– Tak, dokład­nie. Jest ide­alny do wąskich miejsc. Dziew­czyny były mar­twe, to się nie rzu­cały na wózku.

– Co dalej? – pona­gliła pro­ku­ra­tor.

– Mogę podejść? – zapy­tał, wska­zu­jąc pal­cem na stertę.

– Tak. – Potomna ski­nęła głową.

Kań­czuga zbli­żył się do kupy desek i kawa­łów drewna, przy­glą­dał się jej przez chwilę, jakby liczył zardze­wiałe gwoź­dzie wysta­jące tu i ówdzie. Prze­su­nął się dwa kroki w prawo. Hardy wie­dział, że roz­ko­szuje się tą całą sytu­acją, naj­pew­niej przy­po­mi­nają mu się te wspa­niałe chwile tuż po mor­der­stwie, gdy osią­gał naj­wyż­szy stan speł­nie­nia, satys­fak­cję abso­lutną, jak sam to okre­ślił w zezna­niach.

– Zwio­złem te deski sam i je zmon­to­wa­łem wła­śnie w taką stertę – oznaj­mił. – Ona się roz­kłada. Trzeba łapać za żółte.

Schy­lił się, po czym chwy­cił scho­wany na dole kawał deski poma­lo­wany na żółto. Pocią­gnął go i jedna trze­cia bez­ład­nego składu rupieci gładko odsu­nęła się na bok. Dopiero teraz było widać, że wszystko jest uło­żone na pale­cie z docze­pio­nymi kół­kami.

– Ożeż ty – ode­zwał się Kostecki. – Nie­zły z cie­bie Bob Budow­ni­czy.

– Pro­szę nie komen­to­wać – skar­ciła go pro­ku­ra­tor.

Tym­cza­sem Kań­czuga pod­szedł znowu do sterty, zła­pał kolejny żółty kawa­łek i odsu­nął naj­pierw deski znaj­du­jące się po lewej, potem po pra­wej stro­nie. Dokład­nie pośrodku nie­daw­nego składu rupieci ziała czarna dziura oto­czona przez trzy sterty drewna osa­dzone na rucho­mych pale­tach, które prze­su­wały się po tere­nie na małych gumo­wych kół­kach.

– Spry­ciarz – sko­men­to­wał cicho Kostecki.

– Tu jest wózek. – Kań­czuga wska­zał pal­cem na jedną z rucho­mych stert drewna. – Mogę go wycią­gnąć?

Pro­ku­ra­tor kiw­nęła głową. Męż­czy­zna powoli pod­szedł do wózka, zła­pał za rączkę i pod­cią­gnął kilka metrów bli­żej poli­cjan­tów i kame­rzy­sty. Uklęk­nął na jedno kolano i zaczął pre­zen­ta­cję.

– Tak się roz­kłada – powie­dział, poka­zu­jąc, jak przy­go­to­wać sprzęt do trans­portu.

Po kilku wpraw­nych pocią­gnię­ciach i klik­nię­ciach zapa­dek stały przed nimi bre­zen­towe nosze z dwoma rowe­ro­wymi kół­kami po bokach, przy­po­mi­na­jące nieco ręczną rik­szę.

– Zabez­pie­czyć. – Hardy wydał pole­ce­nie, które natych­miast wyko­nał jeden z mun­du­ro­wych.

– Wcho­dzi­łem na polanę, aby spraw­dzić, czy nikogo nie ma – mówił dalej mor­derca. – Jeśli było czy­sto, to wyj­mo­wa­łem wózek i wra­ca­łem do samo­chodu, pako­wa­łem dziew­czynę na nosze, przy­pi­na­łem pasami, przy­kry­wa­łem bre­zen­tem i przy­jeż­dża­łem z powro­tem. Zrzu­ca­łem zezw­łok do dziury, skła­da­łem wózek, ukła­da­łem z powro­tem moją deko­ra­cję i wra­ca­łem do samo­chodu. Szybko, spraw­nie, godzinka roboty z prze­rwą na jedze­nie.

Hardy się wzdry­gnął. Zezw­łok? Kto, do cho­lery, uży­wał w ogóle takiego okre­śle­nia? I prze­rwy na jedze­nie, nie­mal zgod­nie z kodek­sem pracy. Nie powinni nazy­wać go Bestią z Zagłę­bia, lecz Bydla­kiem.

– Co to za dziura? – zapy­tała pro­ku­ra­torka. – Skąd oskar­żony o niej wie­dział?

– To stara sztol­nia – powie­dział Kań­czuga. – Bie­da­szyb, przed wojną wydo­by­wano stąd na dziko węgiel. Po woj­nie zresztą też. Zaraz po wej­ściu ruskich roz­strze­li­wano tu ludzi nie­przy­chyl­nych wła­dzy ludo­wej. Wystar­czy wrzu­cić zezw­łok do środka i po pro­ble­mie. Mam kolegę w kopalni, pra­cuje przy zabez­pie­cza­niu dzi­kich wyro­bisk i szkód gór­ni­czych, kie­dyś wska­zał mi kil­ka­na­ście takich miejsc w oko­licy. Wie pani, tę dziel­nicę Sosnowca nazwano Czar­nym Morzem, od bagnisk i tor­fo­wisk, ale też od węgla. Tu było mnó­stwo bie­da­szy­bów. Wszyst­kie są obec­nie zabez­pie­czone, oprócz tego jed­nego. Miej­sce wyda­wało mi się ide­alne: cicho, spo­koj­nie, uro­czo, na odlu­dziu. Jak świeci słońce, to jest tu naprawdę bar­dzo ład­nie.

Kostecki pod­szedł do dziury, zaświe­cił do środka latarką, ale świa­tło ugrzę­zło w smo­li­stej czerni. Rozej­rzał się, zła­pał za stary gwóźdź wiszący przy jed­nej z desek two­rzą­cych przy­go­to­waną przez Kań­czugę stertę, wycią­gnął go, po czym rzu­cił do dziury i nad­sta­wił ucha.

– Głę­boko – stwier­dził po chwili.

– Bar­dzo – zgo­dził się Kań­czuga.

– Nic nie sły­chać – dodał poli­cjant.

– Może spa­dło na mięk­kie, kto wie – powie­dział mor­derca, wzru­sza­jąc ramio­nami i uśmie­cha­jąc się iro­nicz­nie.

Har­demu coś nie paso­wało. Nic mu się nie wyświe­tliło, nie zoba­czył w gło­wie scenki, jak Kań­czuga przy­wozi te dziew­czyny i wrzuca je do środka, a potem siada na jed­nej z desek, odpa­ko­wuje kanapkę i zjada ją, popi­ja­jąc her­batą z ter­mosu. To był zły znak, bo zawsze wizu­ali­zo­wał takie rze­czy. Miał bar­dzo bujną wyobraź­nię, w szkole śmiali się, że zosta­nie pisa­rzem kry­mi­na­łów, bo nie­ustan­nie opo­wia­dał kole­gom nie­stwo­rzone histo­rie, a każdą z nich odtwa­rzał w gło­wie niczym na kino­wym ekra­nie. W Parku Kuro­nia widział mor­dercę polu­ją­cego na ofiary, prze­mie­rza­ją­cego czerń nocy, wcią­ga­ją­cego ofiary do bagaż­nika. Na łące sły­szał trzask łopaty wbi­ja­nej w zie­loną trawę, sapa­nie zmę­czo­nego Kań­czugi, dźwięk upa­da­ją­cych zwłok spusz­cza­nych do głę­bo­kiego rowu. A tutaj nic. Czarny ekran.

– Kań­czuga, a mnie się wydaje, że ty coś w chuja walisz – rzu­cił po chwili namy­słu.

– Komi­sa­rzu, nagry­wamy to – upo­mniała go pro­ku­ra­tor.

Mor­derca patrzył na poli­cjanta tym swoim mokrym wzro­kiem, który koja­rzył się Paw­łowi z żarów­kami świe­cą­cymi ostat­kiem sił, jakby za jego źre­ni­cami tliła się już tylko resztka życia. Jak wyglą­dały te oczy, gdy wynaj­dy­wał kolejną ofiarę? Czy jego źre­nice roz­sze­rzały się, gdy ją dusił? Świa­tło za nimi wzmac­niało się, życie kumu­lo­wało się za prze­krwio­nymi biał­kami, gwał­ce­nie kobiet i ich mor­do­wa­nie doda­wało mu siły, wysy­sał z nich wital­ność?

– Mówię prawdę – wyce­dził Kań­czuga, ale komi­sa­rzowi zda­wało się, że gdzieś w kąci­kach ust błąka się cień uśmie­chu.

– Pier­do­lisz – odparł krótko Paweł.

– Komi­sa­rzu! – Tym razem Potomna krzyk­nęła, ale poli­cjant nie zwra­cał na to uwagi.

– Janek – mówił dalej Hardy. – Prze­cież ty lubi­łeś patrzeć na ciała. Przy­jeż­dża­łeś w te miej­sca, oglą­da­łeś groby swo­ich dziew­czyn, trze­pa­łeś nad nimi konia. Dla­czego aku­rat tutaj wrzu­ca­łeś ofiary, skoro resztę grzecz­nie i równo zako­py­wa­łeś na łąkach pod lasem?

Kań­czuga spoj­rzał na Potomną, a potem prze­niósł wzrok ponow­nie na komi­sa­rza i patrzył spo­koj­nie, cier­pli­wie, lekko mru­żąc oczy. Cisza trwała równą minutę, ale nikt go nie poga­niał, przy­zwy­cza­ili się do jego stylu wypo­wie­dzi. W końcu uśmiech­nął się i powie­dział nie­mal rado­snym gło­sem:

– Tu odsy­ła­łem te dziew­czyny, które jed­nak mi się nie spodo­bały.

– Ile ich było?

– Połowa. Jestem wybredny.

– Połowa z ilu? – zapy­tała pro­ku­ra­tor Potomna.

– No ze wszyst­kich.

– Kań­czuga, grzecz­niej, bo pani pro­ku­ra­tor wycofa się z układu i tyle zwo­ju­jesz – ostrzegł go Kostecki.

Mor­derca nie odwra­cał wzroku od Har­dego, patrzył na niego z tym uśmie­chem, za który komi­sarz miał chęć po pro­stu skuć mu ryj, ska­to­wać tego dupka do nie­przy­tom­no­ści, może nawet na śmierć.

– Czyli kolejne osiem ofiar? – zapy­tała Potomna.

– Trzy­na­ście – popra­wił ją Kań­czuga. – Połowa ze wszyst­kich.

– Co ci się w nich nie podo­bało? – ode­zwał się Hardy, bio­rąc butelkę wody od sto­ją­cego naj­bli­żej poli­cjanta.

Musiał się cze­goś napić, może jak zamknie na chwilę oczy, to zwi­zu­ali­zuje sobie, że to coś z pro­cen­tami.

– Cho­dzi o uczu­cia – wes­tchnął Kań­czuga.

– Janek. – Kostecki pogro­ził mu pal­cem. – Ty sobie nie igraj.

– To jak z pierw­szą randką, taką w ciemno. Spo­ty­kamy piękną dziew­czynę, mamy co do niej plany, ale pod­czas kola­cji zauwa­żamy, że nie mamy wspól­nych tema­tów, ona za gło­śno się śmieje, mlasz­cze przy jedze­niu, dłu­bie w nosie, śmiesz­nie kicha, może ma jakiś tik, opo­wiada dyr­dy­mały, taka tro­chę głu­piutka. Róż­nie bywa. Roz­sta­jemy się, nasze pierw­sze spo­tka­nie oka­zuje się zara­zem tym ostat­nim. Zda­rza się, komi­sa­rzu.

– Ty nie jesteś rand­ko­wicz, tylko mor­derca – upo­mniał go Hardy.

– Moja namięt­ność szła może i o krok za daleko, ale była szczera. Wiem, że dla spo­łe­czeń­stwa jestem zwy­rod­nial­cem, mor­dercą, zbo­kiem, róż­nie pew­nie o mnie mówią. Ale sam dla sie­bie jestem nor­mal­nym czło­wie­kiem, który po pro­stu dał się porwać namięt­no­ści.

– No dobrze, o tych rze­czach to sobie poroz­ma­wiasz z dok­tor­kami od świ­rów – stwier­dził komi­sarz. – Wra­cajmy do tematu. Czyli wrzu­ca­łeś tu ciała dziew­czyn, które zamor­do­wa­łeś, ale z jakichś powo­dów nie zyskały two­jego uzna­nia, tak?

– Zga­dza się – odparł Kań­czuga.

– Pokaż – zażą­dał Paweł, kiwa­jąc głową na poli­cjanta trzy­ma­ją­cego mane­kina.

– O tak.

Kań­czuga wypo­wie­dział te słowa, po czym po pro­stu dał krok w bok i wsko­czył do czar­nego szybu.

Znik­nął.

Hardy nie wie­rzył wła­snym oczom, to nie mogło się zda­rzyć. Nie powinno. Nie miało prawa.

Tym­cza­sem wła­śnie się wyda­rzyło.

Komi­sarz dosko­czył do szybu, padł na kolana i nasłu­chi­wał. Po chwili usły­szał łomot, ale nie­zwy­kle odle­gły, jakby ciało dole­ciało nie­mal do samego środka ziemi. Jak głę­boko mogło tu być?

– Latarka! – krzyk­nął w stronę reszty uczest­ni­ków.

Kilka sekund póź­niej zoba­czył dwa snopy świa­tła wdzie­ra­jące się w zie­jącą czer­nią dziurę. Nie­wiele to jed­nak dało.

– To nie zadziała – usły­szał nad uchem kame­rzy­stę. – Do studni patrzy się przez odbite świa­tło sło­neczne, na przy­kład od lusterka.

Hardy w pierw­szym odru­chu chciał wrzu­cić gów­nia­rza do środka, żeby spraw­dził, czy coś tam jest, ale się powstrzy­mał. Dru­gim pomy­słem, rów­nie bez­sen­sow­nym, było strze­le­nie w czerń z pisto­letu. Prze­cież skoro Kań­czuga tam sko­czył, to naj­pew­niej roz­trza­skał się o dno, może spadł na stertę tru­pów swo­ich ofiar albo topił się wła­śnie w brud­nej wodzie, która uzbie­rała się tutaj przez lata.

– Musimy tam zejść – powie­dział, wsta­jąc.

Napo­tkał spoj­rze­nia poli­cjan­tów i pani pro­ku­ra­tor, żadne nie było miłe; patrzyli na niego z wyrzu­tem, a kame­rzy­sta spo­glą­dał na wiszące przy jego nad­garstku kaj­danki. To on był odpo­wie­dzialny za wizję lokalną, pil­no­wał Kań­czugi, on oso­bi­ście.

– Dzwo­nię po stra­ża­ków – zarzą­dził Kostecki. – Mają pew­nie sprzęt do takich akcji.

– Niech szybko tu przy­jadą – powie­działa pro­ku­ra­tor Potomna. – Wezwij­cie też karetkę, może on wciąż żyje.

– Jasne – zgo­dził się Kostecki i odszedł na kilka metrów z komórką w dłoni.

– Ty. – Potomna wska­zała na jed­nego z mun­du­ro­wych. – Idź do samo­chodu.

– Po co? – zdzi­wił się poli­cjant.

Pro­ku­ra­torka wzięła go pod łokieć i ode­szła na kilka kro­ków. Funk­cjo­na­riusz wysłu­chał tego, co miała mu do powie­dze­nia, ski­nął głową i wspól­nie ze swoim kolegą z patrolu ruszyli w stronę ścieżki.

Hardy patrzył cały czas w ciemny otwór sztolni i pró­bo­wał uspo­koić myśli. Na pewno pomo­głaby mu mała bute­leczka z zawar­to­ścią o mocy czter­dzie­stu pro­cent, naj­le­piej o kla­sycz­nym smaku, gorz­kim, cierp­kim i orzeź­wia­ją­cym. O, jakże by mu pomo­gła.

To, co zro­bił Kań­czuga, wyda­wało się cał­ko­wi­cie bez sensu. Samo­bój­stwo nie było w jego stylu, nie miał tego w pla­nach, Hardy o tym dosko­nale wie­dział. Przy­po­mniał sobie jedno z dłu­gich prze­słu­chań, które męczyły jego i kole­gów, ale ni­gdy tego zwy­rod­nialca. Uwiel­biał opo­wia­dać o swo­ich doko­na­niach, z uśmie­chem opi­sy­wał naj­drob­niej­sze szcze­góły zbrodni, nie oszczę­dzał im niczego. Psy­chia­trzy i psy­cho­lo­go­wie powie­dzieli, że to nor­malne, on na powrót prze­żywa gwałty i mor­der­stwa, wzbu­dza emo­cje, które towa­rzy­szyły mu w tam­tej chwili, to kla­syczne zacho­wa­nie, dla­tego też mor­dercy wra­cają na miej­sce prze­stęp­stwa, aby dostać choć namiastkę tego, co czuli w momen­cie wyrzą­dza­nia krzywdy bliź­niemu. Paweł pamię­tał, jak już pod koniec dnia Kań­czuga spoj­rzał mu w oczy i po zwy­cza­jo­wych sześć­dzie­się­ciu sekun­dach ode­zwał się z tym swoim cynicz­nym uśmie­chem:

– Ucieknę wam.

– Wąt­pię, Janek, wąt­pię – odpo­wie­dział mu komi­sarz.

– Wymiar spra­wie­dli­wo­ści nie jest na mnie gotowy – mówił dalej Kań­czuga. – Znie­siono karę śmierci, a tylko taka mi się należy. Spo­łe­czeń­stwo nie­po­tra­fiące eli­mi­no­wać zagro­żeń wygi­nie, nie ma innej moż­li­wo­ści, a ja jestem kolo­sal­nym zagro­że­niem, panie komi­sa­rzu. Olbrzy­mim. Powinno się mnie roz­gnieść jak kara­lu­cha cięż­kim bucio­rem ozdo­bio­nym para­gra­fami, a nie niań­czyć do końca życia w wię­zie­niu.

– Zatem jesteś kara­lu­chem?

– A czy to coś złego? Postrze­gamy je jako stwo­rze­nia paskudne, a jak one widzą nas? W swo­ich oczach są pew­nie stwo­rze­niami bożymi, a my potwo­rami.

– Dobra, nie będę wcho­dził w filo­zo­ficzne dys­puty, za głupi jestem na to – odpo­wie­dział Hardy. – Nie uciek­niesz, zarę­czam ci.

– Ucieknę, bo mój pobyt tutaj nie ma sensu – tłu­ma­czył mu Kań­czuga. – Ale wrócę, pierw­szego dnia po tym, gdy zosta­nie przy­wró­cona kara śmierci. Obie­cuję.

– Nikt nie przy­wróci kary śmierci wyłącz­nie dla cie­bie, bądź poważny. Niby taki filo­zof, a gadasz jak potłu­czony.

– Przy­wrócą, komi­sa­rzu, pro­szę to już zosta­wić mnie. Ucieknę, a potem zacznę pra­co­wać na to, aby spra­wie­dli­wo­ści stało się zadość.

Z zamy­śle­nia i mie­le­nia w gło­wie scen z prze­szło­ści wyrwał go war­kot sil­nika, jesz­cze stłu­miony przez krzaki, ale oznaj­mia­jący, że zbliża się pomoc. Rzu­cił okiem na zega­rek, minęło jakieś dwa­dzie­ścia minut. Pro­ku­ra­tor wyko­ny­wała jeden tele­fon za dru­gim, sto­jąc daleko od feral­nej sztolni, reszta funk­cjo­na­riu­szy paliła papie­rosy albo patrzyła w smart­fony, kame­rzy­sta i foto­graf dys­ku­to­wali o czymś zawzię­cie, co jakiś czas cicho się śmie­jąc.

War­kot sil­nika wzmógł się i po chwili w akom­pa­nia­men­cie trza­sków łama­nych gałęzi na polanę wje­chał quad straży pożar­nej z dwoma stra­ża­kami i przy­czepą. Jeden z nich zesko­czył i zaczął zdej­mo­wać z przy­czepki sprzęt, mun­du­rowi poli­cjanci rzu­cili mu się na pomoc. I już po chwili pusty pojazd mógł ruszyć w drogę powrotną.

Paweł roz­po­znał stra­żaka dowo­dzą­cego akcją, to był Michał Szklar­ski, z któ­rym już kil­ka­na­ście razy spo­tkał się na róż­nych akcjach.

– Co my tu mamy? – zapy­tał stra­żak, poda­jąc mu rękę na powi­ta­nie.

– Taka sytu­acja. – Komi­sarz wska­zał czarną dziurę. – Klient nam się zawi­nął do dziury i nie mamy jak spraw­dzić, co się z nim stało.

– No, Edek już stre­ścił przez tele­fon. Cze­kaj, muszę powie­dzieć chło­pa­kom, co zabrać.

Wyjął z kie­szeni radio i wydał krót­kie pole­ce­nia, wymie­nia­jąc sprzęt, jaki będzie im potrzebny. Trwało to kil­ka­dzie­siąt sekund, a gdy uzy­skał potwier­dze­nie, scho­wał krót­ko­fa­lówkę i sta­nął nad dziurą.

– Na wszelki wypa­dek wezwiemy nur­ków – oznaj­mił. – Cho­lera wie, co tam jest.

– Mam złe prze­czu­cia – powie­dział Hardy.

– Gość strze­lił samo­bója? – zapy­tał stra­żak.

– Na stówę – wtrą­cił się kame­rzy­sta.

– Nie – odparł sta­now­czo komi­sarz, po czym odwró­cił się w stronę chło­paka z kamerą. – A ty jak wła­ści­wie masz na imię?

– Patryk.

– Spier­da­laj, Patryk.

Kame­rzy­sta zro­bił duże oczy, odwró­cił się i rzu­cił coś pod nosem, co ewi­dent­nie Paw­łowi zabrzmiało jak „debil”. Ruszył w jego stronę, ale stra­żak zła­pał go za ramię i powstrzy­mał, po czym pokrę­cił głową.

– Nie warto – powie­dział. – Olej gnoja. Co z tym zbi­rem?

– To nie ten typ – stwier­dził Hardy z wes­tchnie­niem. – On by ni­gdy nie popeł­nił samo­bój­stwa. Nie ma szans.

Na polanę wje­chał ponow­nie quad zała­do­wany sprzę­tem, a zaraz za nim wkro­czyło czte­rech kolej­nych stra­ża­ków. Poja­wili się też dwaj mun­du­rowi poli­cjanci ode­słani wcze­śniej przez Potomną.

– Komi­sa­rzu? – Pro­ku­ra­tor pode­szła do Har­dego. – Mogę na chwilę?

– Pani pro­ku­ra­tor, mamy chyba waż­niej­sze sprawy niż… – zaczął Paweł, ale Potomna po pro­stu się odwró­ciła i ode­szła kilka metrów na bok. Ruszył za nią.

– O co cho­dzi? – zapy­tał, gdy już się zatrzy­mała.

– Czy pan spo­ży­wał dzi­siej­szego dnia alko­hol? – odpo­wie­działa pyta­niem.

Mil­czał. Jej wzrok był świ­dru­jący, usta zacięte, lewą dłoń miała zaci­śniętą w pięść, prawą na tele­fo­nie.

– Pani pro­ku­ra­tor – zaczął spo­koj­nie. – Wiem, że doszło tutaj…

– Cisza – rzu­ciła przez zaci­śnięte zęby, nie dając mu dokoń­czyć.

Pod­szedł do nich jeden z poli­cjan­tów, zła­mana belka na pago­nie infor­mo­wała, że ma sto­pień sier­żanta, czyli potocz­nie sier­ściu­cha. W ręku trzy­mał żółty alko­mat, minę miał nie­tęgą, ade­kwatną do wyzna­czo­nego mu zada­nia.

– Pro­szę dmuch­nąć – pole­ciła Potomna.

– Pani pro­ku­ra­tor, to nie czas i miej­sce na takie rze­czy – zaopo­no­wał Hardy.

– Komi­sa­rzu, jeśli pan nie dmuch­nie, to może natych­miast żegnać się z pracą. Gwa­ran­tuję.

– Ale…

– Dmu­chaj, kurwa! – wark­nęła.

– Spier­da­laj! – odparł i ruszył w stronę sztolni i stra­ża­ków przy­go­to­wu­ją­cych sprzęt.

Nie odwra­cał się, nie inte­re­so­wało go, co zrobi ani jak zare­aguje. Przy­glą­dał się stra­ża­kom roz­kła­da­ją­cym ste­laż z blocz­kiem, przez który prze­ło­żyli linę, potem jeden z nich dopiął nie­duży uchwyt z zamon­to­waną kamerą i zaczęto całość spusz­czać w czarną pasz­czę sztolni. Lina roz­wi­jała się z cichut­kim szu­mem, a jeden ze stra­ża­ków wpa­try­wał się w moni­tor prze­ka­zu­jący obraz z kamery, jed­no­cze­śnie kciu­kami opar­tymi o joy­sticki kon­tro­lo­wał zacho­wa­nie sprzętu.

– Stop – oznaj­mił i kiw­nął głową w stronę kapi­tana Szklar­skiego, a ten natych­miast pod­szedł i spoj­rzał na ekran.

– Pięć metrów niżej jest roz­pięta siatka alpi­ni­styczna – powie­dział stra­żak kon­tro­lu­jący sprzęt. – Czarna, matowa, nie widać jej w świe­tle latarki. Świeża robota, bo na hakach nie ma żad­nych nacie­ków ani koro­zji.

– Co takiego? – zapy­tał Hardy.

– Siatka, taka, jaką cza­sem roz­pina się w jaski­niach, żeby zabez­pie­czyć się przed ewen­tu­al­nym upad­kiem, albo żeby sprzęt nie pole­ciał na dół. No, taka jakby paję­czyna. Wasz gość wsko­czył i miękko na niej wylą­do­wał. Pan sam zoba­czy, komi­sa­rzu.

Hardy natych­miast pod­szedł do stra­ża­ków i spoj­rzał na moni­tor. Fak­tycz­nie, obraz poka­zy­wał siatkę roz­piętą w dziu­rze w taki spo­sób, że osoba wpa­da­jąca musiała się na niej zatrzy­mać.

– O, tędy spier­do­lił – oznaj­mił stra­żak, po czym ruszył joy­stic­kiem i na ekra­nie poja­wił się otwór wykuty w bocz­nej ścia­nie sztolni.

– Trzeba wejść w tę dziurę. Natych­miast – zarzą­dził komi­sarz.

– To nie my – odpo­wie­dział koor­dy­nu­jący akcję Szklar­ski. – Do tego potrzebna jest ekipa ze sprzę­tem, zabez­pie­cze­nie. Ratow­nicy z Byto­mia muszą przy­je­chać, z ratow­nic­twa gór­ni­czego, a nie my, to nie nasza działka.

– Facet wsko­czył tam tak, jak stał, i wlazł w tę dziurę, a wy potrze­bu­je­cie sprzętu? – Hardy pod­niósł głos.

– Nie wiemy, co tam jest – odparł kapi­tan. – Może gość sie­dzi w tym chod­niku i czeka? Skoro przy­go­to­wał sobie taką ucieczkę, może tam mieć broń. To jest mor­derca, Paweł. Widzisz, wszystko przy­go­to­wał, pew­nie także miał plan na wypa­dek tego, że ktoś za nim pój­dzie. Nie mogę ryzy­ko­wać. My jeste­śmy od rato­wa­nia życia, a nie ści­ga­nia prze­stęp­ców. A po dru­gie, to jest jakaś stara kopal­nia i to po pro­stu nie nasz zakres obo­wiąz­ków. Na akcje w kopal­niach wzywa się gór­ni­ków.

– Mnie tam spuść­cie – powie­dział komi­sarz.

– Nie – usły­szeli z tyłu kobiecy głos. – Komi­sarz został wła­śnie zawie­szony w czyn­no­ściach służ­bo­wych. Jest tutaj bez­praw­nie i nie może brać udziału w akcji.

– Paweł, daj spo­kój – ode­zwał się do niego Kostecki.

– Edek, musimy za nim pójść.

– Nie ty, dobra? – Kolega pod­szedł do niego. – Nie nakrę­caj się, idź grzecz­nie z chło­pa­kami, zwiozą cię na bada­nie. Wiesz, że jak będziesz się sta­wiał, to niczego nie zmieni, będzie tylko gorzej.

Wie­dział to. Zamknął oczy, uspo­ka­jał oddech. Cisza, która zapa­no­wała na pola­nie, była ciężka i przy­tła­cza­jąca. Może i dobrze, że wódka wie­trzała z jego umy­słu, mógł spo­koj­nie zasta­no­wić się nad dal­szym dzia­ła­niem, nie ule­gać pijac­kim emo­cjom.

– Chcesz go jesz­cze kie­dyś zła­pać? – zapy­tał Edek.

Hardy zro­zu­miał, co chciał mu prze­ka­zać kolega z wydziału. Potomna była uwa­żana za karie­ro­wiczkę i straszną kosę, z chę­cią dorzuci kamy­czek do swo­jego poletka, wykry­wa­jąc pija­nego poli­cjanta na służ­bie, i to jesz­cze takiego, któ­remu uciekł oskar­żony. Jeśli będzie się teraz sta­wiał, to prze­kre­śli wszel­kie szanse na zamie­ce­nie sprawy pod dywan. Miał sporo zna­jo­mo­ści i przy­sług do wyko­rzy­sta­nia, ale są gra­nice, zza któ­rych wró­cić się nie da.

– Chcę.

– Wezwiemy jed­nostkę spe­cjalną, mają tam fachow­ców od takiego łaże­nia po dziu­rach.

– Złap­cie go – rzu­cił Hardy i ruszył w stronę ścieżki.

Zaczęło padać.

Rozdział 1

1

Rok póź­niej

Męż­czy­zna mocno zapu­kał w drzwi, aż echo ponio­sło się po klatce scho­do­wej czte­ro­pię­tro­wego bloku na sosno­wiec­kim Kazi­mie­rzu przy ulicy Wago­wej. Na par­te­rze budynku mie­ściła się mała cukier­nia bez­czel­nie wypeł­nia­jąca powie­trze aro­ma­tem świe­żych pącz­ków, co tylko dodat­kowo go iry­to­wało. Był na die­cie, rzu­cił pale­nie, a teraz jesz­cze ta wizyta.

Zapu­kał ponow­nie, tym razem gło­śniej. Drzwi się otwo­rzyły, ale nie te, do któ­rych upo­rczy­wie się dobi­jał. Jakiś mło­dziak z ledwo syp­nię­tym wąsem spoj­rzał na niego podejrz­li­wie z progu miesz­ka­nia naprze­ciwko.

– Nie otwo­rzy – powie­dział chło­pak.

– Nie ma go?

– Nie­dy­spo­no­wany.

Męż­czy­zna, który nazy­wał się Mar­cin Drew­niak i słu­żył w ślą­skiej poli­cji w wydziale docho­dze­niowo-śled­czym w stop­niu nad­ko­mi­sa­rza, ude­rzył kan­tem dłoni w szyję i pyta­jąco kiw­nął głową.

– Ta – odpo­wie­dział chło­pak. – O tej porze naje­bany. Zresztą jak o każ­dej.

– Dużo chleje?

– Codzien­nie pod korek. Cza­sem szcza na klatce albo tu zasy­pia. Samo­zwań­czy patrol sąsiedzki wzy­wał psiar­nię, ale on z firmy, to nie chcą nic robić, tylko go wno­szą i jadą z powro­tem.

Męż­czy­zna wes­tchnął. Zabur­czało mu w brzu­chu, zjadłby świe­żego pączka, albo nawet dwa. Szarp­nął ner­wowo za klamkę, ale było zamknięte.

– Kurwa – rzu­cił bez emo­cji.

– Pan kto? Komor­nik? – zapy­tał chło­pak.

– Brat.

– Ta, jasne – skwi­to­wał z krzy­wym uśmiesz­kiem mło­dzik.

Męż­czy­zna się­gnął po odznakę i pod­sta­wił mło­demu pod nos. Ten zmru­żył oczy i poki­wał głową.

– Wystar­czy? – zapy­tał poli­cjant.

– Pan też z firmy, co?

– Przy­pa­dek.

– No to chwila. – Chło­pak cof­nął się do miesz­ka­nia i wyszedł z klu­czem w dłoni. – Doro­bi­łem, jak zgu­bił swój na klatce. Cza­sem go wno­szę, raz spa­lił gar­nek, to gasi­łem, potem zalał sąsiadkę. Takie tam.

– Tak za fra­jer poma­gasz?

– Przyj­mijmy, że dobry chło­pak ze mnie.

Poli­cjant nie sko­men­to­wał. Wziął klucz i otwo­rzył drzwi do miesz­ka­nia. Zapach cukierni natych­miast ule­ciał, w noz­drza ude­rzył go smród brud­nego czło­wieka, odór znany każ­demu funk­cjo­na­riu­szowi i wypeł­nia­jący więk­szość dni na ulicy. Zamknął za sobą drzwi, nie patrząc na chło­paka, po czym ruszył do środka.

Nie można było powie­dzieć, żeby lokum przy­po­mi­nało melinę, wnę­trze było po pro­stu puste i zanie­dbane. W kory­ta­rzu leżała rzu­cona na pod­łogę kurtka i znisz­czone buty, a na płyt­kach w kuchni zasty­gła spora plama. Poli­cjant otwo­rzył kuchenne okno na całą sze­ro­kość, żeby tro­chę prze­wie­trzyć. Pod ścianą stało kilka bute­lek po wódce, część stłu­czo­nych, wszyst­kie puste. W zle­wie pię­trzyła się sterta pla­sti­ko­wych jed­no­ra­zó­wek. Zaj­rzał do lodówki. Sple­śniały biały ser, zasu­szona kaszanka i gotowe kanapki zawi­nięte w folię. Wie­dział, że chło­paki z jego komendy dbali o kolegę i przy­sy­łali cza­sem kogoś do uzu­peł­nie­nia zapa­sów i spraw­dze­nia, czy komi­sarz Paweł Hardy na­dal żyje.

On sam nie mógł tu przy­jeż­dżać, Potomna wie­działa, że się przy­jaź­nią, i pil­no­wali go. Dziwna to była kobieta, strasz­nie mściwa. Nie zdzi­wiłby się, gdyby przy­cho­dziła cza­sem do tego miesz­ka­nia tylko po to, aby napa­wać się upodle­niem czło­wieka, który tak jej pod­padł.

Prze­szedł do salonu tego uro­czego miesz­kanka, spo­dzie­wa­jąc się zastać Har­dego nie­przy­tom­nego na łóżku, ale ze zdzi­wie­niem zoba­czył, że ten sie­dzi na krze­śle i patrzy wprost na drzwi od pokoju. Prze­tłusz­czone i dawno nie­przy­ci­nane czarne włosy żyły chyba wła­snym życiem, zarost na bro­dzie też ster­czał na wszyst­kie strony jak zużyta szczotka do kibla. Czarny pod­ko­szu­lek uwa­lany był czymś bia­łym wokół szyi, a resztę ubioru sta­no­wiły jedy­nie bok­serki i jedna skar­petka. Smętny widok. Postura mu pozo­stała, choć ramiona opa­dły, przy­stojna twarz z pro­por­cjo­nal­nymi rysami nieco zwiot­czała, a ślady urody, która zmięk­czała serca wielu kole­ża­nek w pracy, ginęły w nie­chluj­nym zaro­ście.

– Cześć – powi­tał go Mar­cin i pod­szedł do okna, po czym otwo­rzył je sze­roko.

Lekki prze­ciąg powi­nien wycią­gnąć smród z miesz­ka­nia cho­ciaż na tyle, aby dało się tu swo­bod­nie oddy­chać.

Wziął mały tabo­ret i usiadł na wprost gospo­da­rza. Przy­jaź­nili się od początku służby, mimo iż na początku pra­co­wali w róż­nych wydzia­łach. Czę­sto jadali wspól­nie obiady, nawet cho­dzili na podwójne randki. Oczy­wi­ście było to w cza­sach, gdy alko­hol był tylko pro­ble­mem, a nie całym życiem Har­dego.

– Paweł, jest kon­takt? – zapy­tał.

Przy­ja­ciel spoj­rzał na niego i poki­wał głową.

– Ta – odparł po chwili zachry­płym gło­sem. – Cza­sem mnie puści ten cug i przez dzień czy dwa mam nadzieję… Posprzą­tam, ogolę się i coś zjem. – Zła­pał się za twarz i jakby z zasko­cze­niem odkrył, że na dro­dze do gład­kiej skóry stoi czarna, skoł­tu­niona broda.

– I to ta chwila?

– Ta – odparł Hardy. – Chyba tak.

– Ale tra­fi­łem, jak szóstkę w totka – ucie­szył się Mar­cin. – No to dawaj, wal­niemy toa­letę i w drogę.

– Ale potem mi się przy­po­mina, wiesz, że ten dupek tak mnie pod­szedł i ta suka z pro­ku­ra­tury, i to wszystko…

– Dobra, faj­nie, ale nie przy­sze­dłem tu słu­chać gorz­kich żali. Jest decy­zja.

– Co?

– Decy­zja. Chcą cię odwie­sić. Minął rok, Potomna awan­so­wała do gene­ral­nej, można było zacząć dzia­łać.

– Zła­pali go?

– Kań­czugę?

– No.

– Nie.

– I nie zła­pią.

– Zła­pią czy nie zła­pią, to ma dru­go­rzędne zna­cze­nie – powie­dział Mar­cin, pod­cho­dząc do szafy, żeby poszu­kać czy­stych ubrań. – Jebać to. Naj­waż­niej­sze, że koniec tego… – Zato­czył ręką po pokoju.

– Gówna – dokoń­czył za niego Paweł.

– No wła­śnie. Wra­casz, tylko musisz się ogar­nąć. Co prawda nie od razu do firmy, ale powo­lutku do cycu­sia, metoda małych krocz­ków.

– Co? – Wzrok przy­ja­ciela był zamglony.

– Wra­casz! – Kolega pod­niósł głos. – Zaraz sko­czę i kupię ci jakiś ciuch, bo tutaj wszystko poża­ło­wa­nia godne.

– Nie wiem, czy… No wiesz, to…

Paweł spoj­rzał na niego, oczy mu się roz­sze­rzyły i Mar­cin już wie­dział, co za chwilę nastąpi. W porę się odsu­nął, aby unik­nąć stru­mie­nia wymio­cin. Jego przy­ja­ciel z bul­go­tem wyrzu­cał kwasy żołąd­kowe, po czym padł na par­kiet w kałuży rzy­go­win.

Kolega zła­pał go za nogę i prze­cią­gnął po śli­skim par­kie­cie w stronę drzwi, aby ten nie leżał w tej cuch­ną­cej kałuży. Uło­żył go w pozy­cji bocz­nej, poszedł do kuchni, wziął brudną ścierkę, którą następ­nie wytarł twarz przy­ja­cie­lowi. Wszedł do łazienki, umył ręce, po czym wyjął tele­fon z kie­szeni i wybrał numer.

– Plan B – powie­dział. – Karetka plus jeden silny chło­pak, żeby mi pomógł z noszami, tu nie ma windy. Zapy­taj naszej sprzą­taczki, czy nie chce sobie doro­bić, trzeba by tu ogar­nąć prze­strzeń.

Scho­wał tele­fon do kie­szeni i wes­tchnął głę­boko, spo­glą­da­jąc na przy­ja­ciela. No tak, zanim doje­dzie karetka, zdąży zjeść jesz­cze pączka. Albo dwa. Zasłu­żył.

2

Mar­cin patrzył na sie­dzą­cego w ogro­dzie Pawła. Dziś był trzeci dzień pobytu Har­dego w ośrodku lecze­nia uza­leż­nień i według infor­ma­cji leka­rza, który tutaj wci­snął jego przy­ja­ciela, można było się jakoś poro­zu­mieć. Jak u każ­dego alko­ho­lika naj­trud­niej­sze były pierw­sze dni odtru­wa­nia, gdy orga­nizm za cho­lerę nie chciał wró­cić na tory zdrow­szego życia i przy­jąć do wia­do­mo­ści, że wię­cej pro­cen­tów nie będzie.

– Lepiej? – zapy­tał i usiadł na ławce obok kolegi.

Hardy wzru­szył ramio­nami. Na­dal miał prze­krwione oczy i popę­kane naczynka na twa­rzy, ale zaczy­nał już zdro­wiej wyglą­dać. Ktoś zajął się jego fry­zurą i to cał­kiem uda­nie, bo mod­nie wygo­lono mu włosy po bokach, zosta­wia­jąc tro­chę na górze, przy­strzy­żono brodę.

– Dłuży się.

– Jesz­cze ze dwa, może trzy tygo­dnie, wytrzy­maj, co?

– Kań­czuga… – zaczął Hardy. – Jest jakiś ślad?

– Skup się na sobie, na to przyj­dzie czas.

– Jest?

– Kamień w wodę – odpo­wie­dział z wes­tchnie­niem Mar­cin. – Spier­do­lił tymi pod­ziem­nymi tune­lami jak pie­przony szczur. Mało tego, miał tam przy­go­to­wany ładu­nek wybu­chowy i zawa­lił chod­nik. Zaprzę­gli­śmy do roboty gór­ni­ków, ale dokąd pro­wa­dziła ta sztol­nia, to nikt nie wie.

– Chu­jowo.

– No, zde­cy­do­wa­nie. Ale pod siatką na dole nie było żad­nych ofiar. Nikogo tam nie wrzu­cał. To było przy­go­to­wane jako jego plan awa­ryjny. Wszystko sobie pięk­nie zapla­no­wał: wizje lokalne, uda­wa­nie grzecz­nego i ucieczkę. Sztol­nia jest cho­ler­nie głę­boka, na dnie zna­le­ziono tylko pęk­nięty worek po śmie­ciach. Według tech­ni­ków, gdy spadł na siatkę, to go odciął, żeby­śmy usły­szeli odgłos spa­da­ją­cego ciała.

– Był roz­kuty, mogłem go nie pusz­czać.

– Hardy, to nie twoja wina. Dał sędzia zgodę na wizję lokalną i roz­ku­cie aresz­to­wa­nego? Dał. Nie upil­no­wa­li­ście, i już, na chuj drą­żyć.

– My? – prych­nął Hardy. – Nie było cię tam.

– Wszy­scy sie­dzimy w tym gów­nie razem, sam dobrze wiesz. Musimy się wspo­ma­gać, szcze­gól­nie teraz.

– Było postę­po­wa­nie?

Mar­cin spoj­rzał na przy­ja­ciela. Rok picia na umór zaczął jesz­cze tego samego dnia, gdy Kań­czuga im uciekł. Wszy­scy funk­cjo­na­riu­sze z wydziału kry­mi­nal­nego i docho­dze­niówki mieli surowy zakaz odwie­dza­nia komi­sa­rza, ale uru­cho­mili zna­jo­mo­ści i co kilka dni poja­wiał się ktoś z pre­wen­cji albo straż miej­ska, żeby dopil­no­wać ich kolegi. Zosta­wiali suchy pro­wiant, rapor­to­wali, że cza­sem Paweł miał spo­koj­niej­sze dni i jadł coś w osie­dlo­wym barze albo hot dogi w Żabce. Żył. A oni cze­kali, aż Justyna Potomna znik­nie z ich pola widze­nia, aby móc go przy­wró­cić do praw­dzi­wego świata żywych. Kostecki cier­piał szcze­gól­nie, bo przy­jaź­nił się z Har­dym, ale dla jego dobra musiał na jakiś czas o nim zapo­mnieć. Drew­niak miał cynk, że ludzie z wewnętrz­nego obser­wują miesz­ka­nie, ponie­waż podej­rze­wali, że skom­pro­mi­to­wany poli­cjant mógł współ­pra­co­wać z Kań­czugą, co było oczy­wi­ście bzdurą. Potomna nie odpusz­czała. Dla­czego tak go nie­na­wi­dziła?

– Było postę­po­wa­nie – odparł Mar­cin. – Ale mój szwa­gier zała­twił zwol­nie­nia lekar­skie, coś tam nakła­mali, i tyle. Zde­gra­do­wali cię do pod­ko­mi­sa­rza, zawie­sili. Zresztą nie cie­bie jed­nego, bo ja też dosta­łem po pago­nach.

– Źle.

– Ja wiem, że ty się obwi­niasz, i w sumie masz rację. Nie cho­dzi o ucieczkę, ale o wódę.

– Powinni byli mnie wyje­bać.

– I wyje­bali.

– Co?

– Nie możesz wró­cić do firmy.

Hardy wypro­sto­wał się na krze­śle, a na jego prze­krwio­nej twa­rzy wyma­lo­wał się wyraz auten­tycz­nego zdzi­wie­nia.

– To dla­czego tu jesteś? Po co to lecze­nie?

– Dla zdro­wia.

– Po co?

– Na Kań­czu­dze świat się nie koń­czy. Musisz zebrać się do kupy, Paweł. Życie czeka.

– Po co?

– Dosta­niesz prze­nie­sie­nie.

– Co? Jak? Gdzie? Do straży miej­skiej?

– Nie no, nie będzie aż tak źle.

– To dokąd?

– Do Skar­bo­nek.

– Do czego?

– Izba Celno-Skar­bowa.

– Prze­cież to urzęd­nicy.

– Zro­bili im zbrojne ramię, prze­no­szą tam poli­cjan­tów.

– Prze­cież to urzęd­nicy.

– A poli­cjant to kim, kurwa, jest? – Jego przy­ja­ciel pod­niósł głos. – Urzęd­ni­kiem! Tyle że w mun­du­rze, ale powin­no­ści ma te same. Skar­bówka teraz się pano­szy, bo muszą uszczel­niać budżet, żeby pie­niążki na osiem­set plus były. Mają swo­ich komi­nia­rzy, szu­kają doświad­czo­nych poli­cjantów, żeby bez­piecz­nie mogli latać z bro­nią i nie odstrze­lili w ner­wach łba komuś, kto zje­bał roczny PIT.

– To ja już wolę picie.

– Hardy, ja obie­ca­łem chło­pa­kom, że dowiozę cię do kli­niki – powie­dział spo­koj­nie Drew­niak. – Wszy­scy patrzy­li­śmy przez palce na to, że chle­jesz w robo­cie. Nam też się zda­rzało, nikt nie jest święty. To, że spier­do­li­łeś z Kań­czugą, to też tro­chę nasza wina, więc ogar­nę­li­śmy ci szansę na powrót do nor­mal­nego życia. Popra­cu­jesz tro­chę w Skar­bon­kach, zła­piesz jakie­goś gościa, co kręci na Vacie, kolej­nego han­dlu­ją­cego lewym pali­wem, i już. Po roku, może dwóch trans­fer z powro­tem do nas. Zleci.

– Czy ty sie­bie sły­szysz?

– Do Skar­bo­nek odsy­łają przo­du­ją­cych urzęd­ni­ków i poli­cjan­tów na cen­zu­ro­wa­nym. Taki wydział nie­chcia­nych. Pew­nie spo­tkasz kilku zna­jom­ków, nic się nie martw. Jest obie­cane, że po roku już będzie szansa wró­cić. Potomna ma podobno prze­sko­czyć tak wysoko, że już nie da rady cię dostrzec.

– Kurwa.

– Otóż to. Odcier­pisz swoje, a potem znowu popra­cu­jemy razem.

– Ale Kań­czuga…

– A co do Kań­czugi – prze­rwał mu zde­cy­do­wa­nym gło­sem Mar­cin. – Gość wypły­nie, bądź spo­kojny. Zacznie zabi­jać, o ile jesz­cze nie zaczął. Wiesz, że tacy nie prze­stają, to sil­niej­sze od nich, rów­nie ważne jak jedze­nie. Aku­rat odpocz­niesz, nabie­rzesz sił i będziesz gotów znów na niego zapo­lo­wać. Kań­czuga się przy­czaił, może poła­mał nogi w tej jaskini, a może i w niej zdechł. Kto wie, może spier­do­lił za gra­nicę i tam sobie hasa.

– Nie­moż­liwe. Prze­żył, czuję to. Dzia­łał na Zagłę­biu, na swoim tere­nie. Tam wróci, zoba­czysz. Oni nie lubią obcych tere­nów, są jak tygrysy, mają ogra­ni­czone tery­to­rium łowiec­kie. Znowu mor­duje dziew­czyny i gdzieś ukrywa zwłoki.

– Nie ma żad­nych zagi­nięć ponad normę. Moni­to­ru­jemy to i uwierz mi, robimy to wręcz z cho­ro­bliwą gor­li­wo­ścią.

– On już działa i jest spryt­niej­szy, nauczył się na błę­dach – powie­dział moc­nym gło­sem Hardy. – Mor­duje.

– Paweł, nie myśl o tym na razie. Skup się na sobie i pamię­taj, że jeśli chcesz go zła­pać, musisz wró­cić do formy. Zachlany do niczego się nie przy­dasz. Będziemy cię stale infor­mo­wać, jeśli coś się wyda­rzy. Masz mój numer tele­fonu, dzwoń o każ­dej porze dnia i nocy. Jakby poja­wiło się coś z Kań­czugą, dosta­niesz info jako pierw­szy, nawet wpu­ścimy cię na miej­sce zbrodni, zor­ga­ni­zu­jemy to, ale twoje zada­nie na dziś to wydo­brzeć. Prio­ry­tet.

– Zro­bię, co w mojej mocy.

– Stać cię na to, naprawdę. Przy­jadę za dwa tygo­dnie i chcę cię zoba­czyć w olim­pij­skiej for­mie. Zosta­wiam ci ordy­na­cję podat­kową i ustawę o VAT wraz z komen­ta­rzami, dokształć się.

Drew­niak wstał, pokle­pał przy­ja­ciela po ramie­niu i ruszył w stronę wyj­ścia. Znowu nabrał ochoty na pączka.

3

Dwa tygo­dnie póź­niej nad­ko­mi­sarz Mar­cin Drew­niak pogo­dził się już z fak­tem, że tego lata raczej nie schud­nie. Na szczę­ście nie wró­cił do pale­nia, odsta­wił też na dobre alko­hol, no ale słod­kie wcho­dziło mu tak dobrze, że działo się to jakby poza jego świa­do­mo­ścią. Raz zna­lazł wie­czo­rem para­gon w kie­szeni na dwa pączki i napo­le­onkę, a nawet nie pamię­tał, że je jadł.

– Zawie­ziesz mnie do domu? – zapy­tał Paweł i oparł się o dach samo­chodu.

– Nie, przy­je­cha­łem tu pokrę­cić z tobą bączki po osie­dlu.

Komi­sarz Hardy, a wła­ści­wie pod­ko­mi­sarz, wsiadł z cięż­kim wes­tchnie­niem do samo­chodu. Zajął miej­sce i spoj­rzał z nostal­gią na bie­lony mur szpi­tala, w któ­rym docho­dził do sie­bie, było mu tam w sumie dobrze.

– Mam jesz­cze dom? – Spoj­rzał na przy­ja­ciela.

– Jasne. Wysprzą­ta­li­śmy, lodówka pełna. Będziesz grzeczny?

– Nie wiem.

– Co? Aż tak źle było?

– Lecze­nie fajne, sana­to­rium nie­mal. Naj­gor­szy był psy­cho­log i jego poga­danki o alko­ho­li­zmie. Już po kwa­dran­sie jego pier­do­le­nia marzy­łem tylko o tym, żeby się napić.

– Nie spier­dol tego, okej?

– Zaka­zano mi obie­cy­wać – odparł Paweł z uśmie­chem. – Ale mam głę­bo­kie prze­ko­na­nie, że dam radę.

– Jak znowu będziesz chlał, a Kań­czuga wróci, to sumie­nie cię zabije.

– Wiem.

– A jak tam ustawa o VAT i regu­la­miny Służby Celno-Skar­bo­wej?

– To nie firma. Zwy­kły urząd. Mają zało­żony gor­szy kaga­niec niż poli­cja.

– Rok, Hardy, może kró­cej, Potomna ostat­nio ode­brała jakiś order od mini­stra spra­wie­dli­wo­ści, mocno idzie do góry.

– Nie wiem, czy nie lepiej byłoby jed­nak pić.

– Mordo! – Drew­niak pod­niósł głos. – Przy­wo­łuję cię do porządku. Zrób to dla mnie, metoda małych kro­ków, co? Na począ­tek popra­cuj przez mie­siąc. Ludzie sporo poświę­cili, żebyś wyszedł z tego bagna, pokaż im, że cho­ciaż spró­bo­wa­łeś, dobra? Rok cię niań­czyli, pil­no­wali, kar­mili. Daj im cho­ciaż tyle. Może aku­rat ci się spodoba.

– Posta­ram się.

– Wytrzy­maj cho­ciaż do końca waka­cji. Potem poga­damy, powiesz mi, co i jak, jeśli będzie kibel, to zała­twimy może inne prze­nie­sie­nie.

– Mie­siąc? – zapy­tał Hardy.

– Dokład­nie.

– Zgoda.

Uści­snęli sobie dło­nie.

Rozdział 2

1

Śmierć śmier­dzi. Wie to każdy poli­cjant, szcze­gól­nie ten z kry­mi­nal­nej. Nie ma zna­cze­nia, czy trup leżał godzinę, czy też tydzień, ma swoją woń, nie­moż­liwą do pomy­le­nia z żadną inną. Podobno zapach ścię­tej trawy to jej alarm, sygnał ostrze­gaw­czy dla całej trawy świata, że wła­śnie umiera, i Paweł był pewien, że czło­wiek ma podob­nie – wydziela swo­isty smród ostrze­ga­jący współ­ple­mień­ców przed śmier­tel­nym zagro­że­niem. Gdy życie ucieka, prze­bie­ra­jąc nogami, by jak naj­szyb­ciej opu­ścić ciało swo­jego nosi­ciela, to zosta­wia za sobą swąd palo­nej gumy jako ostrze­że­nie dla innych ludzi. Tutaj gra­suje śmierć. Strzeż się.

No i tego naj­bar­dziej mu bra­ko­wało w nowej pracy, zdał sobie z tego sprawę po dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu dniach w Służ­bie Celno-Skar­bo­wej. Nie było tru­pów, smrodu melin, odoru bez­dom­nych, meta­licz­nej woni krwi, brzę­czą­cych much na cia­łach. Nie było zamie­sza­nia na miej­scu zbrodni, tech­ni­ków, bły­ska­ją­cych fle­szy apa­ra­tów, nie­wy­spa­nych kole­gów, iry­tu­ją­cych świad­ków, podej­rza­nych kła­mią­cych jak z nut. Cała powyż­sza lista może dla zwy­czaj­nego śmier­tel­nika nie pre­zen­to­wała się zbyt atrak­cyj­nie, jed­nak dla niego to była codzien­ność, sta­no­wiła jego natu­ralne śro­do­wi­sko, z któ­rym potra­fił sobie dosko­nale radzić. Co dostał w zamian?

Czy­stość i ste­ryl­ność. Żad­nych melin, dwor­ców, naj­ciem­niej­szych ulic w naj­po­dlej­szych dziel­ni­cach. Tak naprawdę smród tych miejsc jest szyl­dem tego, co może się w nich wyda­rzyć, nos od razu wyła­puje fetor zwłok, smród nie­my­tych ciał, odór goto­wa­nego przez ćpu­nów kom­potu, który wstrzyk­nięty do zgru­bia­łych żył napę­dza ich do dzia­ła­nia mają­cego na celu zor­ga­ni­zo­wa­nie kolej­nej działki.

A tutaj? Gabi­nety leka­rzy nie­wy­sta­wia­ją­cych para­go­nów za wizyty, knajpy oszu­ku­jące na sprze­daży alko­holu bez akcyzy, hur­tow­nie wpusz­cza­jące do obrotu szmu­glo­wane papie­rosy, firmy trans­por­towe jeż­dżące na oleju opa­ło­wym. Wszę­dzie biura, eks­presy do kawy, jasne świa­tło ledo­wych żaró­wek, szum dru­ka­rek, miłe panie, które o niczym nie wie­dzą. Wszę­dzie czy­sto, pach­nąco, żad­nego ostrze­że­nia, bo i przed czym. Jego zada­niem było prze­pro­wa­dza­nie nud­nych pro­wo­ka­cji albo reali­za­cja, którą tu nazy­wano „win­dy­ka­cją”, taki żart wewnętrzny, he, he, he, boki zry­wać. Nad­rzędny cel: nie pozwo­lić na znisz­cze­nie dowo­dów, które znaj­do­wały się albo w kom­pu­te­rach, albo w segre­ga­to­rach równo uło­żo­nych na pół­kach.

Wytrzyma tu rok? Cho­ciażby dzień dłu­żej niż ten mie­siąc obie­cany Drew­nia­kowi? Nie wytrzyma. Dziś był ostatni dzień próby obie­ca­nej kole­dze, będzie mógł w końcu swo­bod­nie się naje­bać. Nie zamie­rza zostać w Skar­bon­kach, został stwo­rzony do psiarni, a nie jakie­goś gania­nia za księ­go­wymi i fak­tu­rami. Wolał się nawa­lić, miał już kupioną na tę oko­licz­ność flaszkę – stała dum­nie na stole w salo­nie, ozdo­biona czer­woną kokardką, i cze­kała na koniec trzy­dzie­stego dnia pracy, gdy zerwie wszyst­kie ozdoby, pozbę­dzie się zakrętki i gol­nie sobie od serca.

Czy miał z tyłu głowy kwe­stię Kań­czugi? Oczy­wi­ście, jed­nak przez ten mie­siąc prze­słu­chał dzie­siątki pod­ca­stów i repor­taży poświę­co­nych Kań­czu­dze, prze­czy­tał wszyst­kie arty­kuły, a nawet książkę o tej spra­wie i doszedł do wnio­sku, że ten zwy­rod­nia­lec fak­tycz­nie znik­nął, naj­pew­niej zdechł w kopalni, którą przy­go­to­wał sobie jako drogę ucieczki. Skoro tak, to Hardy nie miał już nic wię­cej do roboty.

– Komi­sa­rzu? – Gliń­ska, kole­żanka z patrolu zwró­ciła się do niego z manierą w gło­sie, która dopro­wa­dzała go do szału.

Nie­speł­niona urzęd­niczka skar­bówki, któ­rej ta posada tra­fiła się jak śle­pej kurze ziarno. Została od razu aspi­ran­tem, cho­ciaż zwy­czajny poli­cjant musiał wyszli­fo­wać tysiąc kra­węż­ni­ków, by dostać taki awans. Jemu nato­miast przy­wró­cono sto­pień zabrany po zawie­sze­niu, co tylko świad­czyło o tym, jak bar­dzo nie­po­waż­nie była trak­to­wana tu dra­binka służ­bowa.

– Tak? – zapy­tał z rezy­gna­cją. Żało­wał, że wyrwała go z zamy­śle­nia.

– Wcho­dzimy?

– Ta, wbi­jaj. – Ski­nął głową w stronę szkla­nych drzwi kli­niki gine­ko­lo­gicz­nej.

Gliń­ska szarp­nęła za klamkę, szklana tafla mlecz­nego szkła otwo­rzyła się z cichym sykiem i funk­cjo­na­riu­sze weszli do recep­cji. Pierw­sze pacjentki dopiero miały się zja­wić, ale lekarz przy­je­chał wcze­śniej, cze­kali na niego i gdy tylko jego nowy Mer­ce­des zapar­ko­wał z tyłu budynku, ruszyli do akcji.

To była spo­kojna win­dy­ka­cja, za którą nie musiał się wsty­dzić. Ina­czej niż dru­giego dnia pracy, kiedy wstrzy­mali parę nowo­żeń­ców zmie­rza­jącą do sali wesel­nej. Otrzy­mali infor­ma­cję, że na przy­ję­ciu będzie alko­hol bez akcyzy. No i był, bo ojciec panny mło­dej zor­ga­ni­zo­wał bim­ber z Pod­la­sia, kilka sma­ków i warian­tów. Para młoda stała wraz z gośćmi godzinę w wej­ściu, pod­czas gdy oni pro­to­ko­ło­wali zna­le­ziony alko­hol i wypi­sy­wali sto­sowne kwity.

Minęli pustą ladę recep­cji i weszli bez puka­nia do gabi­netu. Gine­ko­log spoj­rzał na nich nieco zdu­miony, a gdy Gliń­ska poka­zała mu swoją legi­ty­ma­cję i bla­chę, na któ­rej dum­nie pre­zen­to­wały się dwa skrzy­żo­wane klu­cze, lekko zbladł.

– Pan Hie­ro­nim Wolak? – zapy­tała.

– Tak – odpo­wie­dział spo­koj­nym, mięk­kim i niskim gło­sem.

– Panie Wolak, jest pan podej­rzany o łama­nie zapi­sów ustawy o skar­bie pań­stwa, nie­wy­sta­wia­niu para­go­nów oraz nie­le­galne wpro­wa­dza­nie do obrotu środ­ków medycz­nych zagra­ża­ją­cych życiu pacjenta.

Nie­wia­ry­godne, ale wyre­cy­to­wała to na jed­nym wyde­chu. I to zwra­ca­nie się do leka­rza na pan, tak mocno bez sza­cunku, przy­po­mi­nało mu czasy PRL-u, gdy każdy był „oby­wa­te­lem” bez względu na zaj­mo­wane sta­no­wi­sko.

– Pro­szę, niech pań­stwo usiądą. – Lekarz wska­zał im dwa wygodne skó­rzane fotele usta­wione pod zie­loną ścianą. – Poczę­sto­wał­bym kawą, ale Mal­winka, moja recep­cjo­nistka, przy­cho­dzi dopiero za pół godziny, a ja, wstyd przy­znać, nie potra­fię obsłu­gi­wać eks­presu.

– Ja bym się napił – wtrą­cił Paweł.

– Potrafi pan sobie pora­dzić z eks­pre­sem? – zapy­tał lekarz.

– Może się uda.

– Chyba nie zdaje sobie pan sprawy z przed­sta­wio­nych zarzu­tów?! – Gliń­ska pod­nio­sła głos.

– Póki co żad­nych mi pani nie przed­sta­wiła. Jeśli zamie­rza pani to uczy­nić, to chyba wypi­cie fili­żanki moc­nej kawy ich nie obali, czyż nie? Nie zamie­rzam także pań­stwa otruć, zapew­niam.

Gine­ko­log pod­szedł do zdob­nej szafy z litego drewna, otwo­rzył drzwi i wska­zał lśniący eks­pres. Urzą­dze­nie wyglą­dało na dro­gie i było sty­li­zo­wane na zabyt­kowe.

– Pod­czas ostat­niej burzy zalało nam pokój socjalny i musie­li­śmy go gdzieś prze­nieść – poin­for­mo­wał Wolak z lek­kim zakło­po­ta­niem.

– Piękna maszyna – pochwa­lił komi­sarz i zaczął uru­cha­miać eks­pres.

Gliń­ska pode­szła w stronę leka­rza, fuk­nęła gniew­nie i poczer­wie­niała na twa­rzy.

– Panie Wolak, jest pan oskar­żony…

– Pro­szę pani – prze­rwał jej gine­ko­log. – Oskar­że­nie wymaga posta­no­wie­nia o przed­sta­wie­niu zarzu­tów, ogło­sze­nia ich podej­rza­nemu i ich wymie­nie­nia. Rozu­miem, że wydano posta­no­wie­nie o przed­sta­wie­niu mi zarzu­tów, bo jeśli nie, to naj­pew­niej jeste­ście tutaj pań­stwo w ramach raczej roz­py­ta­nia.

– Dokład­nie – potwier­dził Hardy, pod­sta­wia­jąc kubek pod dyszę eks­presu. – Espresso, panie dok­to­rze?

– Dop­pio – odpo­wie­dział z uśmie­chem Wolak. – Zatem pytaj­cie – zwró­cił się do Gliń­skiej.

– Czy to prawda, że wyda­wał pan oby­wa­te­lom Rzecz­po­spo­li­tej Pol­skiej recepty na środki wcze­sno­po­ronne?

– Nie.

– Jak to: nie? – zdzi­wiła się urzęd­niczka.

– Nie wyda­łem ani jed­nej recepty oby­wa­te­lowi Rzecz­po­spo­li­tej. – Medyk schy­lił się i wycią­gnął paczkę cia­stek z szafki nad pod­łogą.

– Panie Wolak! – Gliń­ska pod­nio­sła głos.

– To robu­sta? – zapy­tał Hardy, przy­kła­da­jąc nos do zia­ren kawy.

– Ara­bica – odparł lekarz. – Mie­szanka wprost z Bra­zy­lii.

– Ulala. – Komi­sarz poki­wał głową. – A ty, Gliń­ska, byłaś kie­dyś u gine­ko­loga? – Skie­ro­wał głowę w jej stronę.

– Ale co to ma do rze­czy?

– Byłaś?

– Oczy­wi­ście.

– I powiedz mi, czy ty widzia­łaś kie­dyś, aby twój lekarz przyj­mo­wał jakie­goś męż­czy­znę i wysta­wiał mu receptę? Szcze­gól­nie na środki wcze­sno­po­ronne?

Gliń­ska zaci­snęła usta, przez co wyglą­dały jak kre­ska naszki­co­wana kiep­skim ołów­kiem. To przez te usta wła­śnie jej nie lubił, takie same jak u Potom­nej. Tamta cho­ciaż cza­sem nało­żyła na nie szminkę, a jego part­nerka uzna­wała kosme­tyki za dzieło sza­tana, zresztą jak nie­mal wszystko na tym świe­cie. Nie, jed­nak nie cho­dziło tylko o usta, ale też o to podą­ża­nie jedy­nie jasno wyty­czo­nymi przez kodeksy i regu­la­miny szla­kami. Tak, to głów­nie przez to.

– Pani… – Wolak spoj­rzał pyta­jąco na kobietę, a ta natych­miast odparła.

– Aspi­rant.

– Pani aspi­rant, jak słusz­nie zauwa­żył pan komi­sarz, wysta­wiam recepty jedy­nie oby­wa­tel­kom Rzecz­po­spo­li­tej Pol­skiej.

– Zatem potwier­dza pan, że dopu­ścił się czynu praw­nie zabro­nio­nego?

– Nie.

– Przed chwilą pan powie­dział, że to robił.

– Nie.

– Zatem wysta­wiał pan czy nie?

– Wysta­wia­łem. – Lekarz naj­wy­raź­niej dobrze się bawił, gra­jąc z urzęd­niczką w kotka i myszkę.

– Pro­szę. – Paweł wrę­czył Wola­kowi fili­żankę, po czym posta­wił pod dyszę drugą i uru­cho­mił pro­ces przy­go­to­wa­nia ame­ri­cano.

Widział, jak bar­dzo iry­tuje tym zacho­wa­niem swoją kole­żankę, co pobu­dzało go chyba moc­niej niż kawa. Aku­rat otwie­rała usta, aby coś powie­dzieć, gdy eks­pres dał znać cichym pika­niem, że cze­goś mu bra­kuje.

– Trzeba dolać wody – poin­for­mo­wał Hardy.

Lekarz podał mu z uśmie­chem butelkę mine­ral­nej. Gliń­ska aż zazgrzy­tała zębami. Paweł pomy­ślał, że mógłby popra­co­wać tutaj dłu­żej, dla samej satys­fak­cji zatru­wa­nia życia wred­nej urzęd­niczce.

– Wysta­wiał je pan nie­zgod­nie z pra­wem – oznaj­miła w końcu suchym gło­sem Gliń­ska, jakby odczy­ty­wała nie­mal wyrok śmierci.

– Ależ nic z tych rze­czy – odpo­wie­dział gine­ko­log. – Zapis ustawy jasno wska­zuje, że jeśli wystę­puje zagro­że­nie życia kobiety będą­cej w ciąży, lekarz, na jej wyraźne życze­nie i po pisem­nym potwier­dze­niu pacjentki oraz przy­naj­mniej jed­nego świadka, może doko­nać czyn­no­ści medycz­nych mają­cych na celu rato­wa­nie jej życia. Mówi o tym dokład­nie arty­kuł szes­na­sty, para­graf dwu­na­sty, pod­punkt A ustawy, na którą się pani powo­łuje. Tak było w każ­dym przy­padku.

– Mamy podej­rze­nia, że nie do końca – powie­działa z trium­fal­nym uśmie­chem.

– Gliń­ska, a ty co pijesz? – wpadł jej w słowo komi­sarz.

– Nic nie chcę – odpo­wie­działa szybko.

– Twoja strata, wyborna kawa – wes­tchnął Hardy i usiadł w skó­rza­nym fotelu, a Wolak usa­do­wił się w dru­gim.

Gliń­ska stała teraz przed nimi niczym petentka w gabi­ne­cie pre­zesa. Nie chciała kawy, ni­gdy nie przyj­mo­wała poczę­stunku od ludzi, któ­rych odwie­dzali. Twier­dziła, że to pod­cho­dzi pod przyj­mo­wa­nie korzy­ści mająt­ko­wych i jest niczym wię­cej jak tylko łapówką.

– Sza­nowna pani, każda ciąża sta­nowi w pew­nym sen­sie zagro­że­nie życia dla kobiety, ale z chę­cią pod­dam się sto­sow­nej wery­fi­ka­cji.

– Spraw­dzimy – rzu­ciła cierpko. – Skuć go? – Wska­zała pyta­jąco na leka­rza uno­szą­cego fili­żankę do ust.

– Wcze­śniej pobij – rzu­cił krótko Paweł, upi­ja­jąc łyk kawy, która sma­ko­wała wręcz nie­ziem­sko.

– Za co?

– Gliń­ska, po pro­stu spisz jego wyja­śnie­nia, poucz i spa­damy. A naj­le­piej wypisz man­dat.

– Ale prze­cież on… wyda­wał środki wcze­sno­po­ronne kobie­tom z pełną pre­me­dy­ta­cją, bo wie­dział, że nie może tego robić. Brał za to pie­nią­dze, ale nie wysta­wiał żad­nych rachun­ków. Może stra­cić prawo wyko­ny­wa­nia zawodu.

– Panie dok­to­rze – prze­rwał jej Hardy, zwra­ca­jąc się do leka­rza. – Ile poro­dów pan do tej pory ode­brał?

– No w tym roku powinno stuk­nąć pięć tysięcy – powie­dział z dumą lekarz.

– Pacjentki bar­dzo pana chwalą. Czy­ta­łem opi­nie w inter­ne­cie.

– Każda jest dla mnie małym cen­trum wszech­świata i tak je trak­tuję. Już nawet odbie­ra­łem porody od kobiet, które lata temu jako pierw­szy wita­łem na tym świe­cie.

– Panie dok­to­rze, pro­szę obie­cać, że dołoży pan szcze­gól­nych sta­rań, by wyklu­czyć sytu­acje, kiedy prze­pi­sze pan śro­dek wcze­sno­po­ronny, gdy życie kobiety nie będzie zagro­żone.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki