Chłopiec z Salskich Stepów - Igor Newerly - ebook

Chłopiec z Salskich Stepów ebook

Igor Newerly

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z zasobów Fundacji Krajowy Depozyt Biblioteczny! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

Poruszającą historię swego bohatera, Włodzimierza Łukicza Diergaczowa, autor poznał z pierwszej ręki: obaj zaprzyjaźnili się na Majdanku. Na podstawie jego wspomnień powstała barwna opowieść o chłopcu, wychowywanym na ulicy wśród "bezprizornych", któremu udało się zostać lekarzem. I wtedy wybuchła wojna... Pełna przygód epopeja o radzieckim wychowaniu, godności, poniewierce i ucieczce z niewoli, by popaść w następną. 

[Opis wydawcy] 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Fundacja Krajowy Depozyt Biblioteczny

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 211

Rok wydania: 1968

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

NEWERLY

CHŁOPIEC Z SALSKICH STEPÓW

 

IGOR NEWERLY

Chłopiecz Salskich Stepów

 

CZYTELNIK 1968

Okładkę projektowałSTANISŁAW ROZWADOWSKI

KOSTKA CUKRU

Są ludzie, na których od dawna czekamy.

Są przyjaźnie nagłe, niespodziane, o których nigdy nie zapominamy.

Tak właśnie było wtedy.

Leżałem w baraku tyfusowym.

Był rok — pamiętam — 1943. Pamiętam wszystko, a tak bardzo chciałbym zapomnieć, uwierzyć, że to był tylko straszny sen.

Nie wierzcie w piekło: Bóg jest zbyt miłosierny. Ale było piekło na ziemi. Był Majdanek, Oświęcim, Belsen...

To wystarczy. Nie mówmy o tym więcej. Tyle tylko, ile wymaga opowieść o przyjaźni niespodzianej z tamtych czasów — o chłopcu z Salskich Stepów.

Leżałem więc na Majdanku chory na tyfus i majaczyłem o kostce cukru... O jednej bodaj słodkiej okruszynie.

Przechodził kalefaktor1 — posługacz i lizus niemiecki z greckim tytułem.

Zawołałem:

— Daj mi cukru!

Nawet nie spojrzał.

Wołałem coraz głośniej:

— Daj cukru! Jedną kostkę daj! Weź chleb. Mam dużo chleba.

Wtedy usłyszał i podszedł.

— Masz chleb? Dużo chleba?

Uniosłem róg siennika i pokazałem, siedem dziennych porcji chleba. Taki majątek...

— Ho, ho, tyle pajdek! Nie możesz jeść, gorączka, co? Dobrze. — Poszperał w kieszeniach, wyciągnął brudną kostkę cukru i zaczął ładować chleb.

Brał już czwartą z kolei pajdkę. Wtem rozległ się trzask, pajdka wyleciała w górę, a kalefaktor, trzaśnięty deską, przysiadł i zbaraniał.

— Ach ty, mierzawiec! Siem pajkow za kusok sachara?

Spojrzałem w górę. Sąsiad z pryczy nade mną wyrwał deskę spod siennika i skoczył na kalefaktora. Blada, zlana potem twarz drgała skurczem zaciętości; w zwężonych, zielonych oczach płonęła furia: zamordować szakala!

Kalefaktor zrozumiał. Prysł gubiąc po drodze pajdki chleba. Biegł do pokoju esmana krzycząc, że bunt, że chcą go mordować.

W baraku zamarło. Wiedzieli: zaraz przyjdą i zabiją człowieka, który nie pozwala okradać chorego.

RUSKI DOKTOR

Tak stałoby się na pewno, gdyby nie doktor Wieliczański.

Doktor Wieliczański był więźniem jak wszyscy, ale miał mocne plecy. Wyleczył dziecko komendanta obozu i ten przechodząc poklepywał go po ramieniu, zamieniał z nim łaskawie kilka słów. Esmani woleli z Wieliczańskim nie zadzierać, patrzyli przez palce na to, że naprawdę leczy, pielęgnuje, pomaga... Chodzi teraz po świecie wielu ludzi, którzy zawdzięczają mu życie.

Mnie na przykład wydarł śmierci podstępem.

— Symulant tyfusowy! — krzyczał na mnie, kiedy lekarz niemiecki (nawiasem mówiąc, taki lekarz jak ja mandaryn) wybierał chorych do gazu. — Łajzo grypowa! Na pole pójdziesz! Do roboty cię jutro wypiszę!

I Wieliczański w twarz mnie wtedy uderzył przepędzając czym prędzej na pryczę. Niech będzie zawsze pochwalony szybki w diagnozie a pewny w ręku!

Gdy więc przyszli po numer 3 569, po mojego sąsiada i obrońcę, mały Wieliczański stanął okoniem. Oświadczył, że nie pozwala, że jeśli ruszą jego chorego, to on powie komendantowi o wszystkich złodziejstwach, o wszystkich łajdactwach kalefaktora.

No i skończyło się na wrzasku. Pokrzyczeli, pogrozili i odeszli.

Numer 3 569 rozluźnił palce; deska, którą trzymał jak szablę, spadła z łoskotem na podłogę.

Z dołu nie widziałem jego twarzy, widziałem tylko gołe, z lekka drżące nogi, pięść kurczowo zaciśniętą na desce i strzępy brudnej koszuli, poruszanej na brzuchu krótkim, gorączkowym oddechem. Podniósł stopę, aby się wygramolić na górę, sił mu jednak zabrakło. Byłby się zwalił, ale doktor Wieliczański podsadził go. Opadł ciężko, aż z wyrwy w leży posypały się na mnie paprochy, które kiedyś były słomą.

Wieliczański próbował zagadnąć, jak się nazywa, skąd pochodzi. Tamten odrzekł hardo i niechętnie:

— Russkij doktor.

I tak już zostało.

Co wieczór po apelu zakradał się do baraku któryś z jeńców radzieckich i wypytywał półgłosem:

— Czy tu leży ,,Ruski Doktor?”

Albo:

— Czy tu leży doktor Wowa?

Podchodzili pod wskazaną pryczę, witali się — krótko i serdecznie — wtykali pod siennik, co kto zdobył: pajdę chleba, kawałek kiełbasy, czasem ugotowaną kość... Potem chwilka gawędy, uścisk dłoni i cichy, czujny odwrót.

Przypominało to pielgrzymkę. Stawało się jasne, że dla gromadki jeńców radzieckich numer 3 569 jest czymś więcej niż doktorem, że idzie za nim poprzez druty i kordony jakaś legenda, być może sława, że łączy tych ludzi niezbadana tajemnica.

Mijały dni. W miarę jak spadała gorączka, „Ruski Doktor” odzyskiwał... mowę polską. Rozmawiał już ze mną po polsku, wprawdzie obcym akcentem, ale swobodnie, bez błędów.

Zapytałem go raz, gdzie się nauczył trudnej ostatecznie mowy.

Zawahał się przez chwilę, potem rzekł prosto:

— Kłamać nie lubię, a prawdę powiedzieć... Jeszcze nie pora. Może nadejdzie taki dzień.

Na ten dzień, a raczej na noc, czekałem cztery miesiące.

NOCE NA MAJDANKU

Numer 3 569 wyzdrowiał pierwszy i poszedł do pracy. Ja zostałem — po tyfusie przyszło zapalenie płuc.

Gdy mieli mnie wypisać, zjawił się „Ruski Doktor”.

Na pociągłej twarzy jaskrawe kiedyś piegi — przybladły. Cera stała się zdrowsza. Ten sam łagodny podbródek i usta dziecka, wysokie czoło i uniesione jak w zdziwieniu brwi. Powiedziałbym: chłopiec, duży, trochę rozmarzony chłopiec. Stanowczo nie pasowały do tej twarzy zielonkawe, przymrużone oczy i lekko zakrzywiony nos.

,,Silna sztuka. Kto wie, może i drapieżna” — pomyślałem patrząc, jak idzie ku mnie szerokim, kawaleryjskim krokiem, w butach oficerskich, w przyzwoitej jesionce, wysoki i zgrabny.

— A co, dziwicie się pewnie, że taki ze mnie elegant! Tak mnie moi chłopcy ubrali. Jak się dowiedzieli, że wyznaczono mnie tu na lekarza, zaczęli znosić — jeden buty, drugi płaszcz, trzeci czapkę... „Masz, powiadają, wkładaj. Jesteś teraz pierwszym ruskim doktorem na Majdanku. Nie możesz chodzić jak muzułman...”

W głosie brzmiała tajona duma z tej ambicji gromady, z takich „chłopców”.

Na piersi jego z lewej strony, nad sercem, zdumiewał świeżą czerwienią winkiel z czarną literą „P”. Polak? Skądże znów! Sam przecie mówi...

— Patrzycie na winkiel? Czy mam prawo umrzeć tu jako Polak? Może i mam. Zostawcie to, nie zgadujcie, sam kiedyś opowiem...

Usiadł na krawędzi pryczy i od razu przystąpił do sprawy:

— Przychodzę po was.

— Jak to po mnie? Jutro wracam do stolarni.

— To nie ma sensu. Po tyfusie i zapaleniu płuc — do ciężkiej roboty? Prędko się wykończycie. Posłuchajcie. Jestem teraz lekarzem na Czternastym Bloku. Otrzymuję pięciuset pięćdziesięciu chorych — gruźlików z wszystkich obozów Europy. Dobrałem już sanitariuszy. Sami polityczni, dobra paczka: ani jednego kryminalisty! Brak nam tylko pisarza. Będziecie u nas pisarzem.

Tak oto zamiast do stolarni trafiłem na Czternasty Blok i zacząłem prowadzić księgę żywych i umarłych.

Na rewirze dokonał się już od dawna wyraźny podział na bloki szakale i bloki ludzkie. W jednych żerowano na niemocy więźnia, w drugich naprawdę leczono. A musicie wiedzieć, że leczyć w obozie koncentracyjnym — to była sztuka i duże ryzyko.

Nie załamać się pod presją esmańskiej medycyny, nastawionej na rychłe i gruntowne wyniszczenie cugangów, mógł tylko lekarz wielkiego serca i odwagi — tęgi konspirator. Przemyt leków od rodzin z Czerwonego Krzyża, organizacja dożywiania, przechowywanie słabych, utrzymywanie tajemnicy blokowej — tych i wielu innych przedmiotów z zakresu lecznictwa rewirowego nie wykładało się w klinikach uniwersyteckich. Te luki w swoim wykształceniu lekarz obozowy musiał wypełniać wnikliwą obserwacją i praktyką w cieniu niedalekiej szubienicy.

Z okien starych baraków szpitalnych patrzyli w zadumie na nowy Blok Czternasty prof. Michałowicz, chirurg Popławski, dr Wieliczański i kilku innych z tajnego sprzysiężenia ,,Dobrych Lekarzy”.

— „Ruski Doktor” nosi łóżka, przeprowadza chorych... Urządza się. Kolega czy kanalia?

Kanalie z bloków szakalich też wyczekiwały:

— Co za jeden? Na co pójdzie: na fachy, na wódkę, na twarde czy miękkie? Pięćset pięćdziesiąt porcyj ma, duży interes... Wypić z nim trzeba, sitwa będzie, sztama...

Ale zaraz po urządzeniu się „Ruski Doktor” zamanifestował, po czyjej stronie staje.

— Jutro będą paczki — powiedział przy kolacji swojej załodze. — Widziałem listę. Paczkę ma Dobrzański, Czyż i ja.

— Pan też? — wyrwało się Dobrzańskiemu, który ani kłamać, ani maskować się nie umiał.

— A co pan myślał, że jestem sierota? Mam rodzinę i to jeszcze jaką rodzinę! A co do paczek, proponuję, żebyśmy je wszyscy oddawali do wspólnego kotła. Jest nas siedmiu. Pięciu dostaje paczki, a dwóch nie. Częstowanie, sami wiecie, krępuje niekiedy obie strony. Najlepiej — jeden stół, jeden kucharz i sprawa załatwiona!

Wniosek przeszedł bez sprzeciwu. Wtedy „Ruski Doktor” postawił drugi wniosek.

— Na Kurpiach — powiedział i z lekkim uśmieszkiem dodał — u nas, na Kurpiach, w nowym domu wyprawia się „nowosiedliny”, sprasza się sąsiadów, oczywiście, dobrych sąsiadów. Może byśmy te pierwsze trzy paczki przeznaczyli na przyjęcie? Koleżeński wieczorek, rozumiecie: czym chata bogata! Zaprosimy kilku lekarzy, ale ani jednego drania! Zbierzemy się na noc, wystawimy czujki, porozmawiamy przy wieczerzy, pośpiewamy niegłośno. Czyż ładnie to zorganizuje.

Rzeczywiście, Czyż, młody sztygar czy podsztygar — nie znam się na stopniach górniczych — słowem Geniek Czyż z Dąbrowy, który po pracy pod ziemią wyżywał się niegdyś w amatorskich chórach robotniczych, urządził godne Bloku Czternastego otwarcie: były śpiewy, deklamacje i inne produkcje artystyczne, nie wyłączając wystawy karykatur obozowych, ołówka malarza Waśniewskiego. Dobrzański, najpoczciwszy, najpogodniejszy agronom, jakiego kiedykolwiek wydała ziemia puławska, odtworzył taką makabrę — ostatnie chwile Hitlera, Himmlera i naszego Thumana — że człowiek naprawdę miał satysfakcję! Na zakończenie, w części naukowej, nestor Szymański, studiujący lagry niemieckie od 1939 roku, wystąpił z przepiękną prelekcją na temat: „Buchenwald, Gross-Rosen i Dachau — wskazania praktyczne”.

Właśnie podczas tej prelekcji Czyż odwołał mnie na stronę i tu, między szafką opatrunkową a piecykiem, zaszeptał:

— Nic nie rozumiem, uważasz, zgryźć go nie mogę...

— Kogo?

— No, naszego doktora. To rebus, mówię ci, trudny rebus! Pomyśl: Rosjanin. Ale ma literę „P”. Sam sprawdzałem w kartotece. Stoi jak wół: „Pole”, ha?

— Co za: „ha”? Zwyczajnie: obywatel polski narodowości rosyjskiej.

— Zgoda. Ale według kartoteki na imię mu Jerzy, a ci dwaj jeńcy radzieccy, co tu ciągle przychodzą, mówią do niego: Wowa! I dlaczego on ma u nich takie poważanie, ha?

— Więc myślisz, że to oficer radziecki?

— Tak myślałem, daję słowo. Jakiś nawet wysoki oficer, myślałem, a że po polsku umie, to nic dziwnego; przecież u nich w niektórych szkołach wykładają, mógł się nauczyć. Ale on paczki dostaje z Łomży, rodzinę tam ma i w Polsce mieszka od dawna. Jak mi dziś zaśpiewał jedną piosenkę ludową, to ja, stary chórzysta, takiej jeszcze nie słyszałem. A „Warszawianki” nie zna! Słyszałeś sam, wciąż o słowa prosił. I „Roty” nie umie, ha? Jak to pogodzić? I jeszcze na to zwróć uwagę: w ciągu jednego tygodnia on tu tyle zorganizował, że nasi goście oczy wybałuszyli. Różne graty skądsiś pościągał i lekarstwo, i bandaże... Ma już swoich ludzi, kontakty z miastem, stosunki, sposoby... Po tygodniu! Tylko stary heftling po szkole ciężkiego obozu potrafi tak swobodnie na Majdanku kombinować. A on mówi, że nigdzie nie siedział, wprost z Zamku tu przybył, ha?

I Czyż wyrzucał jedno zagadkowe ,,ha” po drugim, jedno na drugie, na bezładną kupę domysłów, ażem się wstrząsnął.

— A dajże ty mi święty spokój! Niech on będzie bodaj hrabią Monte Christo!

— A właśnie — podchwycił żywo Czyż. — Właśnie myślałem, że to hrabia, z tych bezrolnych, emigranckich hrabiów. Ale i to się nie zgadza. Lat ma około czterdziestu. No, więc ile mógł sobie liczyć, kiedy car rządził? Czternaście lat! Najwyżej był wtedy w korpusie kadetów. A wachmistrz Skoropad mówi, że nasz doktor za dobrze zna służbę. Może to nie doktor, może to rotmistrz, ha?!

Różne zagadki czas rozwiązuje i przeróżnych ludzi zbliża wspólna praca we wspólnej doli.

W codziennym młynie trosk i trudów drobniały różnice wieku, wyznania, pochodzenia, odpadały jak plewy wzajemne uprzedzenia. Walka z brudem, ż robactwem, walka o wikt, opał, bezpieczeństwo, o prawo do ratunku na beznadziejnym Bloku Czternastym — to była twarda próba charakterów, tu „Ruski Doktor” zdobywał szacunek polskich lekarzy i własnej załogi.

Zaznaczyło się to już w pierwszym miesiącu. Pewnego dnia wrócił blady z schreibstuby i ledwo dowlókł się do swojej pryczy — padł na pół zemdlony. Okazało się, że po raz trzeci, mimo ostrzeżenia, wypisał zapotrzebowanie na calcium.

— Chcesz sanatorium na Majdanku założyć? — krzyczał lagerarzt. — Coraz dziksze wymagania!

I kazał mu wykonać czterysta przysiadów!

„Ruski Doktor” przeleżał kilka dni i przestał być „ruskim”, stał się po prostu dobrym lekarzem Bloku Czternastego, co mu blok starał się wyrazić w drobnych dowodach życzliwości i troski.

Po czterech miesiącach zaprzyjaźniliśmy się mocno i żyliśmy serdecznie, rodzinnie. Sprzyjał temu spokój, jaki zapanował na rewirze. Ci, którzy mieli umrzeć, umierali własną śmiercią — ci, którym nogi nie puchły, pracowali pogodnie w mdławym dymie palonych kości, bo potworna jest w człowieku siła nadziei i przyzwyczajenia.

Niemcy, zasłuchani w odgłos strasznych klęsk, prawie że nie wtrącali się do spraw administracyjnych, zdali to na zespół lekarzy polskich. Czerwony Krzyż w Lublinie wyłamał nareszcie furtkę na pole umęczonych więźniów, dostarczał chorym pożywnych zup i białego pieczywa— legalnie, nielegalnie zaś — lekarstw przemycanych z pieczywem; kraj cały w przeczuciu bliskiej zawieruchy śpieszył na ratunek, zasypywał paczkami; znikł głód, spadła śmiertelność... Rewir Majdanka przeżywał najpiękniejsze dni.

Aż nastały noce upiorne.

Zbliżał się front radziecki.

Z Majdanka wywieziono wszystkich zdrowych więźniów. Zostali sami kalecy i chorzy — kilka tysięcy.

— Po co nas zostawili? — denerwowali się chorzy. — Żeby podrzucić bolszewikom? Nie! Po prostu pewnej nocy zniszczą wszystkich bez wyjątku: chorych i lekarzy, i sanitariuszy...

Żeby nie nasłuchiwać, czy budy nie zajeżdżają, nie myśleć, nie zgadywać, nie czekać — na to była tylko jedna rada: przegadać taką noc.

Nigdy w życiu tyle nie gadałem i nigdy nie czułem się tak potrzebny komuś, jak wtedy.

Miałem pewną wprawę: przez dwa lata byłem wychowawcą i w sypialni opowiadałem chłopcom różne historie. Więc i tu przypominałem sobie książki przeczytane; mieszałem to wszystko, dorabiałem ,,części brakujące” i snułem przeróżne baśnie, opowieści, wspomnienia — wszystko jedno co — byle barwnie, byle prawie namacalnie, aby przygoda goniła przygodę, aby świat roztaczał się szeroki i wolny, aby przemierzał go człowiek odważny i mocny, i jasny...

Najwdzięczniejszym słuchaczem był „Ruski Doktor”. Umiał pięknie słuchać — jak dziecko. Pierwszy dawał hasło do opowiadania. Właził pod koc tuż przy mnie i powstrzymywał:

— Czekaj, czekaj. Chwileczkę... Jeszcze się nie ułożyłem wygodnie... No, już. Więc stanęliśmy na tym, jak w świątyni Benaresu kapłanka Ajana rzekła: „Złego Garu zabije mąż o srebrnej głowie, zabije nożem nie mając noża w ręku”...

Kreśliłem więc dalsze dzieje przybysza z dalekiej północy w krainie maharadży — sprzed pół tysiąca lat. I patrząc na zasłuchaną twarz widziałem wyraźnie: oto znika wszystko, co wyżłobiły na tej twarzy lata studiów, lata pracy naukowej, lata poniewierki wojennej — nie ma doktora, nie ma więźnia, jest duży, rozmarzony chłopiec...

Pewnej nocy jednak zabrakło mi tchu. Leżałem osowiały, obojętny. Urwały się grypsy z domu. Z Warszawy nadchodziły coraz gorsze wieści o masowych egzekucjach, aresztowaniach, wysyłkach. Co z Basią? Czy Jarek żyje?

Koledzy, nie doczekawszy się tym razem opowieści, odeszli. Zebrali się przy Waśniewskim, by posłuchać, co to jest dusza i jak ona może poznawać świat.

„Ruski Doktor” poruszył się, uniósł na łokciu:

— Nie masz natchnienia? — szepnął. — Dobrze. Ja ci dziś opowiem. Będziesz miał temat... dla kogoś, kiedyś... Może powieść napiszesz, kto wie... Bo moje życie było jak powieść.

STANICA ZA MORZEM AZOWSKIM

Przysuń się bliżej... Chciałbym tobie tylko, niegłośno, powiedzieć, chociaż nie — i sobie samemu. Raz kiedyś każdy musi przejrzeć księgę swego życia od początku do końca, właściwie przed końcem, przed ostatnim rozdziałem.

Musisz słuchać uważnie, bo dziwna ta moja księga. Musisz wyobraźnię wysilić, aby to zrozumieć.

Najpierw przypomnij sobie mapę: Morze Czarne, Krym, za nim olbrzymie ,,jezioro” — Morze Azowskie. Za tym morzem, za Donem, na wschód, w Stepach Salskich została wioska moja, stanica kozacka...

Wychodziłeś kiedy z ojcem w step na orkę wiosenną?

Gnałeś tabun koni w skwarne południe do wodopoju?

Przeleżałeś, wpatrzony w gwiazdy, bodaj jedną noc całą przy wygasłym ognisku, obok dziada, który bajał, bajał i zdrzemnął się w końcu?

Nie?

No, to jakże ci, przyjacielu, oddać barwy i zapachy stepu?

Że odurza, że urzeka ta ziemia wolna i bezkresna?! Frazes, powiesz, ziemia jest ziemią — zwyczajnie.

Posłuchaj...

Wśród sadów, nad jarem głębokim leży w stepie biała stanica jak kartka wydarta z historii. Sto razy palona, sto razy burzona, zalewana coraz to innym najazdem, stoi oto na kościach Pieczyngów, Tatarów, Kirgizów, atamanów zbójeckich i esaułów kozackich.

W miastach zmieniały się czasy i władza, i obyczaje. Tu nic nie dotarło. Stanica została jak kartka wydarta — niczyja, ta sama co przed wiekami.

Aż dotarła w głąb stepów szkoła. Szkoła założona w sąsiedniej stanicy.

O świcie wstawać musiałem, konia napoić, osiodłać i gnać osiem wiorst (a wiorsta to więcej niż kilometr!) do tej szkoły niespodzianej, do tej szkoły ciemnym stepom darowanej.

Skąd ta miłość do wiedzy, zapytasz, u chłopca od gnoju?

Znów nie wiem, czy zrozumiesz. Tobie w wielkim mieście naukę dawano, proszono, abyś przyjął jak gorzkie lekarstwo. I brałeś, sam nie wiedząc, po co i dla kogo. A ja naukę musiałem kraść jak jabłka z sąsiedniego ogrodu. I co ukradłem, zaraz ludziom rozdałem. Od razu widziałem korzyść z nauki.

Siedzisz, bywało, w wieczór zimowy nad książką. Przyjdą ludzie ,,na światełko”. Poroztrząsają sprawy gospodarskie, sąsiadów trochę obgadają, no i chcieliby posłuchać innych rzeczy, pomówić o czymś nowym. Ale o czym? Dziad tysiąc razy opowiadał o wojnie tureckiej, ojciec — o wojnie japońskiej i niemieckiej. Wszystko znane, wszystko stare.

Więc przysuną się do mnie.

— Wowka, co czytasz?

— O Jermaku czytam, jak podbił Syberię.

— No, to i nam pobajaj — powie ojciec, rad, że może się synem pochwalić. — Darmo to ci konia dałem na jazdę do szkoły?

Posłuchają opowieści, potem zastanawiają się: z których to Jermaków tamten pochodził, czy nie z naszej stanicy? Ile ziemi wtedy zawojował? A ile teraz mamy?

— Powiedz, Wowka, na ten przykład: co to jest Rosja?

— Rosja — mówię — to szósta część kuli ziemskiej.

— Jakiej znów kuli?

Więc tłumaczę, że z kształtu niby jajko, a z ruchu niby bączek: wciąż dookoła siebie i dookoła słońca.

— E — powiadają — nie zalewaj. Pospadalibyśmy wszyscy z takiego jajka. Jak to może być, żeby jajko zawsze się kręciło? Kto je kręci... umiesz to wyłożyć?

— Nie umiem, jeszcze nie wyczytałem.

— Aha, tak więc mów: nie wiem. Ale nie rób starszym ludziom w głowie jajecznicy... Powiedz lepiej: jak długa jest Rosja? Ile dni, dajmy na to, musiałbym iść, żeby ją przejść z końca do końca?

— A, to zależy, jak liczyć. Jeśli na przykład od Morza Bałtyckiego do Oceanu Wielkiego — to będzie chyba osiem tysięcy kilometrów. A ile wy, Własie Daniłyczu, możecie przejść dziennie?

— Siedemdziesiąt kilometrów mogę przejść.

— Ee, nie przejdziesz! — odzywają się głosy. — Raz ci się uda, ale tak dzień za dniem, nie podołasz!

Targ w targ — staje na tym, że można zrobić czterdzieści kilometrów dziennie.

Biorę papier, rachuję.

— W takim razie będziecie szli pół roku i dwadzieścia dni.

— Oo, taki szmat ziemi! — podziwiają i uspokajają się: — Dla nas starczy. Daj Boże zorać!

ZIARNO NAUKI

Im dalej w naukę, tym więcej korzyści i zachęty. Temu list napiszesz, tamtemu podanie do urzędu, innemu znów podatek sprawdzisz i wyliczysz... Coraz inne pytania, sprawy, zainteresowania. Coraz częściej biegałem do stryjka.

Żaden chłopiec w stanicy nie mógł pochwalić się takim stryjkiem: był bogaty, znał się na ziołach, miał papugę i drewnianą nogę.

Z taką nogą wrócił już z wojny japońskiej. Osiadł samotny za rzeczką na pustkowiu i zmienił gospodarkę: nie orał, bo nie mógł chodzić za pługiem, ale budował ule i sadził drzewka owocowe. Po dziesięciu latach jego pasieka i sad owocowy znane były w całym powiecie.

Ojciec mój nie umiał ani czytać, ani pisać. Stryjek natomiast był ,,uczony”. Żadnej szkoły nie skończył — sam się nauczył i ciągle czytał.

Właśnie dzięki stryjkowi dostałem się do szkoły: stryjek zmusił ojca do tego. Miałem w nim powiernika, obrońcę i przewodnika.

— Czytaj, smyku, czytaj — mawiał. — Wiesz, co to książka? Popatrz: oto robię ule. Czym je robię? Ano tą piłą i strugiem, i wiertłem... Policz, ile tego jest na półce. Każde narzędzie do innej roboty. A książka, Wowka, to także narzędzie, najlepsze narzędzie. Uważaj tylko, synku, bo bywają i narzędzia głupio pomyślane albo stare, mocno sfatygowane, już nie do użytku. Szkoda czasu, robotę można sknocić.

Najbardziej lubiłem rachować..

Poznawałem coraz to inne sposoby rachowania, aż stałem się sławny w całej stanicy.

Przyszedł do ojca Włas Daniłycz i poprosił:

— Pożyczcie nam, sąsiedzie, Wowkę na dwa tygodnie.

Poprosił o syna, jak się zwykle prosi o wypożyczenie pługa lub konia.

Stanica zabierała się do spłacenia w ziarnie zaległych podatków. Przed spichrz, właściwie przed dużą stodołę, zajeżdżały wozy. Chłopi podchodzili, pokazywali stare kwity, mówili, ile pudów chcą wpłacić jako zaliczkę.

A mnie posadzili na beczce przed stodołą, dwie deski heblowane dali zamiast stołu, na deskach położyli gruby brulion, dwa ołówki (jeden tańszy, zwykły, do rachowania na brudno, drugi chemiczny — do pisania na czysto), obok torebkę cukierków, a koło beczki, tylko ręką sięgnąć — wiaderko orzeszków.

— Rachuj, Wowka, rachuj! Jak się zmęczysz, weź cukierka albo orzeszków pogryź. Odpocznij sobie. Nam się nie śpieszy. Bylebyś rachował akuratnie, bez krzywdy.

I ojca uszanowali: dali mu ćwiartkę machorki.

A kiedym już wszystkim gospodarzom wyliczył, ile kto dał, a ile ma dać, kiedym to wszystko na kwitach powypisywał — kazali ojcu zajechać wozem i nasypali dziesięć pudów pszenicy!

Jechaliśmy stępa do domu i cała stanica widziała piękne ziarno nauki.

TURNIEJ GEOMETRÓW

Od tego czasu, po kwitach zbożowych, bardzo w oczach ludzi urosłem.

Dawniej, jak mnie spotkał któryś na ulicy, to tylko głową kiwnął:

— Bywaj, Wowka!

A teraz czapką się odkłoni, pozdrawia z powagą:

— Dzień dobry, Włodzimierzu Łukiczu!

Jak równy równego pozdrawia, on — gospodarz całą gębą, mnie — chłopaka bosego.

A cóż dopiero, kiedy zostałem mierniczym!

Ukończyłem właśnie szkołę nie wiedziałem, co z sobą począć: czy przez wakacje u ojca konie pasać, czy też pójść do stryjka na pasiekę.

W tym właśnie czasie dwa gospodarstwa dzielono, a kilku małorolnych wynosiło się na zgliszcza po bezpańskim folwarku — zakładali tam kolektyw rolny. Poproszono ojca, żebym ziemię wymierzył i ustalił granice.

Stryjek zachęcał.

— Bierz robotę, smyku, nie bój się! Ja ci taką książkę dostarczę, że się nie omylisz.

A więc wziąłem się do tej roboty. Po kilku tygodniach, kiedym się już dobrze naharował, przyjeżdża sam geometra powiatowy i w krzyk:

— Co za samowola! Kto wam pozwolił ziemię beze mnie mierzyć?

— Kiedyśmy was właśnie prosili przeszło rok temu. Nie mogliśmy się doczekać.

— Nonsens! Kpiny jakieś! Z chłopaka robią geometrę!

— Dyć on dobrze odmierzył. Jesteśmy zadowoleni.

— Ale ja nie jestem zadowolony. Pastuch jakiś, patyki w ziemię powtykał, pomieszał, napartaczył, a ja mam to wszystko zatwierdzać?!

Tego było za wiele. Stanica uniosła się ambicją:

— To nasz chłopak, nasz mierniczy, my za niego ręczymy!

— Taaak? No, to ja jutro sprawdzę. Zobaczymy, czy będziecie wtedy ręczyć.

Zakotłowało się w stanicy:

— Chce naszego mierniczego pognębić? Niedoczekanie jego!

— Nie daj się! — wołali do mnie. — Weź wszystkie książki, weź wszystkie miarki! Ostro na niego, do galopu!

Wieczorem ludzie zbijali się w gromadki, zakładali się, który mierniczy zwycięży: wiejski czy miejski?

Stryjek kuśtykał od gromadki do gromadki, zachęcał:

— Na Wowkę stawiajcie, tylko na Wowkę! Nasz koń stepowy, wytrzyma!

Nazajutrz poszli całą gromadą na pole. Jako sędziów wzięli nauczycielkę i mojego stryjka. Śledzili każdy ruch mierniczego, czy aby kołków nie przestawia. Ale mierniczy pracował bez kawałów i tylko od czasu do czasu patrząc na plany klął, aż ziemia się kurczyła.

Wieczorem zebrali się wszyscy na majdanie i powiatowy geometra oświadczył:

— Pomiary waszego mierniczego nie są dokładne, ale są o wiele lepsze niż pomiary tego idioty z urzędu, co plany robił i przysłał do sprawdzenia. Wobec tego ja was, obywatele, bardzo przepraszam. Niepotrzebnie waszego mierniczego obraziłem. Zrobię poprawki i zatwierdzę.

Buchnął krzyk jak płomień. Wiwaty, aż słoma z dachów poleciała. Zatupali, zagwizdali z uciechy. Chwycili mnie za ręce, za nogi, i dalejże podrzucać w górę!

Stryjek wlazł na kamień i zawołał:

— Kto wygrał, niech stawia! Kto przegrał, niech także stawia, za karę, że w swojego nie wierzył!

Poznosili ojcu wódkę, kiełbasy, różne przysmaki. Wieczorem zaczęła się uczta, jakiej dawno w stanicy nie było.

Stryjek co kwadrans wygłaszał mowę o pożytku nauki. Geometra przyrzekł mi wysokie poparcie w urzędzie powiatowym, a ojciec, mocno podchmielony, wszczął nad ranem awanturę, że zanikają kozackie cnoty i walory, w końcu chwycił szablę i najlepszemu baranowi zupełnie niepotrzebnie, tylko dla popisu, jednym cięciem ściął wspaniały łeb.

Barana trzeba było zjeść, więc z wieczora zabawa zaczęła się od nowa.

FATALNA WIECZERZA

Nastała jesień. Już kilkakrotnie zagadywałem ojca o to, kiedy mnie wreszcie pośle do miasta na dalszą naukę.

— Skończyła się twoja nauka — odpowiadał ojciec. — Będziesz w stanicy pisarzem, na swoim gospodarstwie. Lepiej nie trzeba.

Widzę, że sam nie dam rady. Biegnę na pasiekę do stryjka, aby ojca ułagodził i namówił.

I oto pewnej niedzieli przychodzi stryjek, miodu przynosi sporą baryłkę — niby zwyczajnie, w odwiedziny, a do mnie mruga: „Uważaj, dziś go przerobię!”

Ojciec każę matce zakrzątnąć się koło wieczerzy, a brata do stołu zaprasza, butelkę stawia.

„Oj, niedobrze — myślę — niedobrze to się skończy. Nie przerobi stryjek ojca”.

Na całym świecie nie znalazłbyś dwóch ludzi tak do siebie niepodobnych jak ci bracia.

Stryjek — pękaty, łysawy, o drewnianej nodze, ojciec — wysoki, zwinny, czarny; ni to Cygan, ni to Grek. Ojciec — ciemny, stryjek — uczony.

Stryjek, odkąd nogę utracił, jakby coś w sobie odnalazł, spokój na niego spłynął — kuśtykał przez życie niezmordowanie, z pogodnym uśmiechem zrozumienia dla ludzi, z cichą rezygnacją dla własnych, tak wielkich niegdyś, ambicji.

Ojciec natomiast pozostał wciąż niespokojny, skłócony z sobą i ze światem. Z gruntu rzetelny i sprawiedliwy, stracił jednak swoją busolę i już nie wiedział, dokąd ma iść i po co. Przeszedł dwie wojny — japońską i niemiecką — serce w nim zakrzepło w poczuciu krzywd doznanych, w bezsensie krwi przelanej...

Z każdym wypitym kieliszkiem stryjek wyzwala się z własnej ciasnej powłoki, oddala się od siebie — ogarnia coraz szersze widnokręgi, coraz zawilsze sprawy rozstrzyga w bezmiernej lekkości i mądrej wymowie.

Ojciec, przeciwnie, powraca do siebie, rozpamiętuje wszystkie krzywdy, wszystkie zawody — leje spirytus wprost na stare rany i rozogniony słucha ponuro, podejrzliwie, skłonny do zaczepki, do burdy nawet.

Patrzę na nich z kąta i powtarzam sobie: „Nie przerobi stryjek ojca przy butelce. Trzeba było na pasiekę sprowadzić, nowe ule pokazać, potem dopiero przy herbatce, w wieczór cichy, ciepły...”

— Dosyć, możesz o tym więcej nie mówić — słyszę głos ojca. — Wiem, do czego zmierzasz. Nic z tego? Nigdzie Wowki nie puszczę, niech się uczy gospodarzyć. Taka moja wola i tak będzie!

Wtedy ja się odzywam:

— Jak mnie do szkoły nie puścicie, to nie będę u was, tato, robił.

— Cooo? — zapytał ojciec z wolna. — Chodź no tu bliżej. Powtórz, coś powiedział?

— Nie będę, tato, więcej u was robił.

Zerwał się ojciec z ławy i trzask mnie w twarz!

— Won z mojego domu!

Opamiętałem się w stepie. Noc była jasna, księżycowa. W oddali czerniła się nasza stodoła.

„Mogę to podpalić — pomyślałem — a mogę odejść. Wszystko teraz mogę”.

Poczułem w ustach krew. Dotknąłem nosa: był mokry i obolały.

Wydało mi się, że słyszę wołanie matki. Odwróciłem się, w pobliskiej rzece obmyłem twarz i poszedłem wprost przez rzekę na drugi brzeg — w szeroki świat.

SZLAKIEM BEZPRIZORNYCH

Najchętniej wykreśliłbym ten rok z mojej opowieści, z pamięci nawet, raz na zawsze. Ale pamięć jest uparta, nic z niej nie wykreślisz. A opowieść byłaby kłamliwa, gdybym przemilczał rzeczy, których się wstydzę. Ano — trudno...

Pieszo, furmanką, samochodem — czym się dało — dążyłem do Stalingradu.

Tu dopiero zgłosiłem się pod przybranym nazwiskiem do Wydziału Oświaty jako „bezprizorny”; nie mam ojca ani matki, chcę się uczyć.

Odesłano mnie do internatu.

I tutaj spotkał mnie pierwszy cios, bo to był nie internat, tylko kryminał.

Muszę ci, przyjacielu, wyjaśnić, że w owym czasie, w pierwszych latach po wojnie domowej, Związek Radziecki dotknęła wśród wielu klęsk także plaga dzieci opuszczonych, tzw. ,,bezprizornych”. Tysiące dzieci wykolejonych, zdziczałych włóczyło się po całym kraju. W zimie zbijały się. w stada jak wilki, latem chodziły w pojedynkę, we dwójkę. Nie mieliśmy jeszcze wtedy dostatecznej ilości szkół ani domów wychowawczych, ani mądrych, wyszkolonych wychowawców. Zdarzały się wypadki, że przeróżna hołota pełniła funkcje i czyniła z domu dziecka spelunkę.

Dostałem się właśnie do takiej spelunki. Nauczycielka umiała mniej ode mnie, kierownik najczęściej tłumaczył pałką, a cały personel kradł. Było głodno, chłodno i podle.

Wreszcie wychowankowie, którzy chcieli tu tylko jako tako przebiedować zimę, nie wytrzymali — okradli magazyn i za namową Griszki pojechali do Odessy.

— To piękne miasto nad ciepłym morzem — przekonywał Griszka. — Zimy tam prawie nie ma. Za plażą Lanżerona są w skałach groty po rozbójnikach morskich. Tam będziemy mieszkali. A żywić się będziemy w porcie. Ja was nauczę!

Groty okazały się rzeczywiście piękne, ale diabelnie zimne i już zamieszkałe przez odeskich „bezprizornych”. Wywiązała się taka bitwa, że nadjechała milicja i zabrała wszystkich do więzienia. Tu posortowano: stalingradzkich do jednej celi, odeskich do drugiej, kilku ciężko rannych — do szpitala, a trupa do kostnicy.

Zaczęto badać: kto zabił?

Odesiaki wskazują na mnie. Mówię, że to nieprawda. Ja tylko rzuciłem się na ratunek Griszce i kopnąłem napastnika w brzuch, a nożem uderzył go kto inny.

— Kto taki? — pytają.

Nie mogę powiedzieć, że Lońka, więc mówię, że nie pamiętam. No i cała moja obrona wyglądała na zwykłe krętactwo.