Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Iza to zwykła dziewczyna, która pewnego dnia odkrywa, że ma niezwykły dar i robi wszystko, by jak najlepiej go wykorzystać. Jej historia zabiera nas ze śląskiego miasta daleko w świat, świat wiedzy, piękna i luksusu, ale też kłamstw i samotności. Cena, jaką bohaterka płaci za oszałamiający sukces okazuje się bardzo wysoka, a oparte na oszustwie życie stawia ją w końcu pod ścianą, w sytuacji, w której nie żaden wybór nie pozwoli jej uniknąć strat. W tej krótkiej powieści nie brak zaskakujących zwrotów akcji i akcentów humorystycznych, ale spod powierzchni zdarzeń wypływają pytania, które wszyscy sobie zadajemy: o wolność, toźsamość, odpowiedzialność, definicje prawdy i miłości – i wreszcie o to, skąd przychodzimy na ten świat i dokąd zmierzamy.
Z opisu wydawcy
„Czarny Jedwab” ryje banię w najlepszym tych słów znaczeniu - łamie konwencje, przekracza granice gatunków i jest po prostu wspaniały. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że nie czytaliście jeszcze czegoś takiego. Jest to książka techniczne wirtuozerska, piękna językowo, ciekawa fabularnie, głęboka i przede wszystkim, moi drodzy, jest to książka ORYGINALNA.
Marta Marceka-Butkiewicz
"Czarny Jedwab" to jedna z moich ulubionych opowieści, a przeczytałam ich w zyciu miliony! Jest głęboki, mięsisty, pełen ukrytych znaczeń. Porywający, niepokojący, zabierze was w miejsca, o jakich wam się nie śniło. I nie pozwoli o sobie zapomnieć.
Maria Kula
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 126
Rok wydania: 2023
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czarny Jedwab
Copyright © Joanna Nałęcz, 2023
Korekta: Magdalena Gonta-Biernat / To Się Wyda
Skład i łamanie: Tomasz Biernat / To Się Wyda
Projekt okładki: Joanna Nałęcz
Wydanie I
Warszawa, 2023
ISBN 978-83-969976-0-9
Wydawnictwo Dzikie Historie
Książka jest objęta ochroną prawa autorskiego. Wszelkie udostępnianie osobom trzecim, upowszechnianie i upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.
Dziewczynom z PZPN
Za szeroko otwartym oknem tarasowe pola powoli zstępują w dolinę i przechodzą miękko w porośnięte lasami wzgórza – coraz bledsze i bardziej przejrzyste – aż wreszcie ich zieleń roztapia się zupełnie w przydymionym błękicie horyzontu. Wśród wzgórz łagodnymi zakolami płynie rzeka. Jarzy się w popołudniowym słońcu jak mityczny złoty wąż, a potem i ona dogasa w zamglonym powietrzu. Nad tym wszystkim rozpościera się rozległa, pulsująca światłem przestrzeń nieba. Bezkres, cisza, subtelność barw niepostrzeżenie przechodzących jedne w drugie… Obraz czystego piękna, który powinien już na zawsze wypełnić mój umysł spokojem. Po to tu przyjechałam.
Ale ja w ogóle nie patrzę w okno. Siedzę pod nim przy stoliku i patrzę na rękę – moją prawą rękę, która leży nieruchomo na ciemnym lakierowanym blacie. Wygląda niemal jak martwy przedmiot, jak dłoń manekina. Odległa, obca, wroga. Jest moja, ale wiem, że wcale do mnie nie należy.
Nazywam się Czarny Jedwab, a to jest moja historia.
✳
Nazywam się Czarny Jedwab, ale nie zawsze się tak nazywałam. To jest moja historia – ale tylko jedna z wielu. I wcale nie ulubiona, także dlatego, że kiepsko się zaczęła i ciągle jeszcze nie wiem, jak się skończy. Początek pamiętam zresztą słabo, jak większość ludzi, i z tego akurat jestem zadowolona. Ciasna, napierająca ze wszystkich stron ciemność; krew i krzyk, gdy brutalnie rozdzieramy cudze ciało, by chwycić pierwszy oddech; żenująca bezradność niemowlęctwa – to wszystko na szczęście szybko odpływa w niepamięć. Początek zawsze jest bolesny, banalny i brzydki. Tym razem był po prostu brzydszy niż zwykle. Świat, na który przyszłam, toczyła dziwna, szara choroba. Brud brukał wszystko: krzywe ulice, domy z czerwonej cegły, ludzkie twarze. Mężczyźni mieli go zawsze za paznokciami i wokół oczu. Dzieci rozmazywały po policzkach, kobiety pracowicie ścierały z okiennych szyb. Na próżno. Chyba dlatego zawsze tak czekałam na zimę – zwłaszcza na te dni, kiedy szarą brzydotę pokrywała warstwa świeżego śniegu i świeciło słońce. Całe życie nabierało wtedy właściwej ostrości. Nie trwało to jednak długo, na ulice wyjeżdżały zaraz ciężarówki, z których ludzie w bezkształtnych kufajach bryzgali żużlem i solą. Śnieg szarzał i topniał, a nocą, kiedy ścisnął mróz, zmieniał się w twarde, wyboiste grudy.
Po takich grudach podreptałam pewnego zimowego dnia do przedszkola. Ojciec pił coraz więcej, matka wzięła pracę w szwalni. Brat już od dwóch lat chodził do szkoły, teraz przyszła pora na mnie. Miałam cztery lata – prawie pięć. Nawet nie wiem, co wtedy czułam. Nie pamiętam. Zresztą, czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Nikt mnie nie pytał o zdanie. Możliwe jednak, że nie chciałam iść. Było zimno i ciemno, na przystankach ludzie tłoczyli się przy koszach z płonącym węglem. Możliwe, że byłam zła, bo nikt mi wcześniej nie powiedział, że odtąd każdego dnia będę się zrywała o wpół do szóstej i siedziała do wieczora z kupą bladych, brzydkich dzieci, z którymi wcale nie chciałam „gryfnie fajrować”. Byłam wprawdzie równie blada i brzydka, ale nic poza tym mnie z nimi nie łączyło. Nie podzielałam ich krzykliwego zapału do biegania i piłki. Latem bawiłam się czasem z dziećmi na podwórku, ale szybko mnie to męczyło. Wolałam siedzieć w domu na parapecie, patrzeć na rosnącą za oknem śliwę o dziwacznie powyginanych gałęziach i marzyć, że kiedyś będę dość duża, by się na nią wspiąć i ukryć w jej liściach. Zimą przesiadywałam najczęściej koło pieca w pokoju, było tam ciepło, a po blaszanej płycie, przykręconej do podłogi tuż pod popielnikiem, walały się kawałki węgla. Rysowałam nimi na kartkach podkradanych bratu albo rozcierałam z wodą i kreśliłam wzory wprost na podłodze. Ojca doprowadzało to do szewskiej pasji. Pewnego dnia wrócił z kopalni i na widok podłogi umazanej węglem próbował mnie trzasnąć w ucho – jak wtedy, kiedy ksiądz na kolędzie spytał, kim jest tatuś, a ja powiedziałam, że tępym rylem, bo tak nazwał go kiedyś sąsiad spod dwunastki. Tym razem ojciec był na szczęście zbyt pijany, by trafić. Runął na fotel, który usłużnie podsunęła mu matka, i zasnął. Niemal natychmiast zaczął rytmicznie chrapać, od czasu do czasu mlaskając z satysfakcją, jakby ciągle wspominał smak wódy. Matka postawiła mu obok dwa piwa i wróciła do szycia. Zrywny terkot maszyny połączony z chrapaniem wprowadzał mnie w rodzaj transu, zdarzało się, że w takich chwilach zasypiałam koło pieca, ściskając w ręce kawałek węgla. Innego życia nie znałam. Nie wierzyłam, żeby w przedszkolu czekało na mnie coś lepszego.
Ale tamtego dnia – kiedy już udało mi się przetrwać koszmar durnych piosenek, leżakowania i zbiorowego sikania na komendę – na stoły wjechały duże kartki, znacznie większe niż te z bloku Jurka, i małe kolorowe słoiczki. Mój brat też miał farby, ale mnie nie wolno było ich dotykać, zresztą chował je przede mną na szafie. Tu jednak dostałam kilka sztywnych białych kartek i zestaw farb we wszystkich kolorach tęczy. Nie wierzyłam we własne szczęście. Od razu chwyciłam czarną.
– A czymu tyn dach je taki krziwy? – spytał chłopak z jasnymi, rudawymi włosami i nalaną twarzą. – Un je chacharzony czi jak?
Nie odezwałam się. Jurek też mi czasem dokuczał, ale jeśli nie zwracałam na niego uwagi, zwykle szybko dawał spokój.
– Co machy ciepiesz? Dej pozór, pokaża ci jak tyn dach wymalować…
Przesunęłam się, żeby zasłonić obrazek. Chłopak też się przesunął.
– A co to za marasy? – Wybałuszył oczy, wskazując brudnym palcem znaki, które postawiłam koło domu.
Milczałam.
– Godoć nie umisz? Mosz nierówno pod beretem czi jak? – Kolega wyraźnie stracił do mnie cierpliwość, bo trącił słoiczek i na kartkę chlapnęła gęsta, czarna farba.
Odwróciłam się.
– Idź furt.
– Padosz? Bo co? – Chłopiec zmierzył mnie z góry na dół wzrokiem pełnym pogardy. Był znacznie większy ode mnie. On też musiał to zauważyć, bo uśmiechnął się i z całej siły pchnął mnie w ramię.
Później wszystko potoczyło się tak szybko, że do dziś nie wiem ani co tak właściwie zrobiłam, ani jak. Obróciłam się wokół własnej osi. Moja ręka wystrzeliła w górę. Dłoń zesztywniała. Jej kant trafił rudego tłuściocha w szyję. Rudy padł na wznak i zaczął się dusić. Salę wypełnił pisk dzieci i histeryczny krzyk przedszkolanek. Ktoś złapał mnie za ramię i szarpnął w tył. Nic więcej nie pamiętam.
✳
– Tyżeś go mogła zabić, rozumisz? Ała mosz czi jak? – Ojciec kołysał się nade mną, jakby był pijany. Bo oczywiście był. Zamachnął się, ale ciężar brzucha pociągnął go do przodu, na ścianę. Wiedziałam, że w takich chwilach lepiej szybko zejść mu z oczu, ale tym razem nawet nie drgnęłam, siedziałam bez ruchu i patrzyłam na niego. On też patrzył na mnie jeszcze przez chwilę. W pokoju słychać było tylko jego rzężący oddech. – I jak jo jeszcze raz zobacza jak mi tu marasisz… jeszcze ino raz… ty pieruński podciepie… – wymruczał w końcu i wrócił do kuchni.
W sumie i tak mi się upiekło. Mój niemal zabójczo skuteczny cios został uznany za niefortunny wypadek. Ja miałam, oczywiście, pewne wątpliwości. Bo wiedziałam, co się ze mną działo tuż przed tym, jak moja ręka poderwała się w górę – w krótkim, trwającym zaledwie ułamek sekundy błysku mój umysł wyświetlił nagle całą sekwencję ruchów. Nie, nie zamierzałam zrobić tego, co zrobiłam… Ale wiedziałam, że to zrobię.
Skończyło się na tym, że matka przeniosła mnie do innego przedszkola. Trochę się bałam, że znowu zrobię tam coś… coś dziwnego, więc nawet nie dotykałam farb. Dopiero po powrocie do domu, na płycie pod popielnikiem, rysowałam wszystko, na co miałam ochotę. Docierało do mnie powoli, że mam jakąś dziwną zdolność, której nie rozumiem. I że nikt nie powinien o niej wiedzieć, bo inaczej będę miała kłopoty. Pilnowałam się, choć oczywiście zdarzały się wpadki. Kiedyś namalowałam jeden wielki znak na lustrze w łazience, czarną pastą do butów. Zużyłam całą tubkę. Matka sprała mnie ścierką, ale na szczęście udało się jej umyć lustro przed powrotem ojca.
Potem poszłam do szkoły. Było całkiem nieźle, parę razy narysowałam coś na tablicy – już wiedziałam, że kiedy nachodzi mnie ta ochota, czy raczej przymus, nie potrafię się powstrzymać – ale zaraz szybko ją wycierałam; na boisku rysowałam palcem w piasku, wystarczył jeden ruch nogą, jeśli ktoś pojawiał się na horyzoncie. Nic się działo, więc przestałam o tym myśleć. Straciłam czujność. W drugiej klasie zmieniła się wychowawczyni.
– Nie masz farbek, kochanie? Zapomniałaś? – Nowa pani pochyliła się nad stolikiem, jej oczy patrzyły na mnie łagodnie przez okulary w niebieskich oprawkach. – To może pożyczysz od kogoś?
Spłoszyłam się.
– Nyi… to znaczi ja, mom farby.
– To dlaczego malujesz na czarno? – Oczy nowej pani z troską przesuwały się po moim rysunku.
– Eee… bo lubia. Ale moga tyż na kolorowo… potrafia, ino że… – zaczęłam gorączkowo, zapominając z nerwów, że w szkole nie wolno mówić gwarą. Ale pani nie zwróciła na to uwagi. Znieruchomiała nagle, zmrużyła oczy, a potem wzięła rysunek do ręki.
– Bardzo ciekawe… Co to za znaki? Wyglądają trochę jak… – zmarszczyła brwi.
Skuliłam się w sobie.
– Nyi wim… jo ino… tak se rysuja…
Pani patrzyła jeszcze chwilę na rysunek, a potem odłożyła go na stolik.
– No dobrze, to teraz weź kolorowe farbki i namaluj bukiet wiosennych kwiatów jak wszyscy.
Wyjęłam z tornistra farby i otworzyłam niebieską jak okulary tej miłej nowej pani. Chciałam namalować najpiękniejszy, najbardziej kolorowy bukiet kwiatów, jaki kiedykolwiek widziała – bukiet, który na zawsze zatrze w jej pamięci moje czarne bohomazy… ale nie mogłam trafić pędzlem do pojemniczka z farbą. Już miałam zanurzyć włosie w niebieskiej mazi, kiedy cały pędzel przesuwał się nagle gdzieś w bok i raz za razem uderzał w stół. Spróbowałam przełożyć pędzel do lewej ręki – prawa nie chciała go puścić…
Zmartwiałam. Przez chwilę siedziałam tak, ściskając oburącz pędzelek pionowo przed sobą, jakbym chciała wbić go w blat stolika. Na szczęście nauczycielka rozmawiała teraz z jakimś dzieckiem po drugiej stronie sali. Mogłam zrobić tylko jedno.
– Psze pani, jo musza siku! – krzyknęłam i od razu rzuciłam się do drzwi.
Otworzyłam je lewą ręką, która – choć niechętnie – oderwała się od pędzla. W toalecie trzasnęłam w zasuwkę i opadłam na klapę sedesu. Byłam zlana potem, w oczach miałam łzy, w głowie pustkę. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje, ale już od jakiegoś czasu czułam, że cokolwiek to jest, ma związek z rękami. Zwłaszcza tą prawą. Jakby… niezupełnie należała do mnie. Teraz nabrałam pewności. Spojrzałam na rękę. Byłam przerażona i zdezorientowana, ale widok własnych, zbielałych knykci obudził we mnie wściekłość.
– Puszczej – wysyczałam takim tonem, jakim moja matka mówiła do ojca, kiedy próbował ją wieczorem zajść od tyłu.
Pomyślałam, że jeśli nie będzie innego wyjścia, zacznę tą zaciśniętą ręką walić w ścianę i będę robiła to tak długo, aż… Palce rozwarły się nagle, pędzel spadł na brudną, spękaną podłogę. Wygrałam. Pierwszy raz to ręka zrobiła to, czego chciałam ja, a nie odwrotnie. Oznaczało to, że – choć tylko w pewnym stopniu – należy do mnie. A przynajmniej, że należymy do siebie nawzajem.
✳
Ale kiedy w szkole raz zwrócisz na siebie uwagę, już nic się nie da zrobić. Tak działa ten system. Następnego dnia pani Kasia, która uczyła starsze klasy plastyki, chciała obejrzeć wszystkie moje rysunki. Była bardzo miła, zadawała mnóstwo pytań i dużo się uśmiechała. Potem moja matka wróciła z wywiadówki i też od razu kazała mi pokazać wszystkie zeszyty i blok rysunkowy. Patrzyła na rysunki, odsuwała je od siebie i mrużyła oczy, popatrywała na mnie spod oka, nieufnie, podejrzliwie, kręciła głową. Ojciec też w końcu podszedł. Przez chwilę stał ze wzrokiem wbitym w moje czarno-białe obrazki, potem zaklął pod nosem i zmiótł je ze stołu jednym ruchem ręki.
A potem pani Kasia przyprowadziła do nas tego szczupłego pana z teczką. Najpierw oboje rozmawiali z moimi rodzicami w kuchni. Słyszałam tylko, jak matka powtarzała ciągle: „Nyi, skond” i „Nyi mom pojencia”, a ojciec chrząkał i sapał jak zawsze, kiedy już bardzo musiał się napić, a nie mógł. Szczupły pan powtarzał, że to „zdumiewające” i że trzeba coś „sprawdzić”. Potem usiadł obok mnie przy stole w dużym pokoju, zanurzył pędzel w atramencie i szybkim ruchem nakreślił złożony z kilku linii znak. Spojrzał na mnie i uniósł brwi. Wzruszyłam ramionami.
– No? Wiesz, co to znaczy?
Nie wiedziałam. Ale czułam, że wiem, co powinno być dalej. Wyjęłam pędzelek z jego dłoni i bez wahania postawiłam kilka kolejnych znaków. Skończyłam i podniosłam wzrok. Szczupły pan patrzył na mnie w osłupieniu.
– Ktoś cię tego nauczył? Kto?
Pokręciłam głową.
– Umiesz to przeczytać?
Odwróciłam oczy.
– Wiesz, co napisałaś?
Milczałam.
– To wiersz… Napisał go poeta, który żył w Chinach w szóstym wieku. Nic z tego nie rozumiem…
Ja też nie rozumiałam. Skąd ja, córka tępego ryla z kopalni Bielszowice, mogłam znać wiersz napisany setki lat temu w dalekim kraju, o którym nigdy nawet nie słyszałam? To wszystko było sprawką mojej prawej ręki.
Nie dowiedzieli się wtedy ode mnie niczego. W międzyczasie za to ja dowiedziałam się wielu rzeczy od nich: że umiem pisać po chińsku na różne sposoby i znam całe mnóstwo różnych wierszy i innych dzieł. I że moje rysunki domów z krzywo zagiętymi do góry dachami i wysokich, jakby niedokończonych gór bardzo przypominają klasyczne chińskie malarstwo. Pan z teczką, o którym pani Kasia mówiła „doktor”, co wtedy bardzo mnie dziwiło, bo przecież nie miał białego fartucha, przyszedł jeszcze kilka razy. Rysował na kartkach różne znaki, a ja dopisywałam resztę. Tak, to wreszcie był rodzaj zabawy, który bardzo mi odpowiadał. W tych krótkich chwilach mogłam być kimś innym – nie Izką Pyrtok z klasy 2b, tylko… no po prostu kimś innym. Pewnego dnia pan doktor przyszedł z dużą torbą i wyjął z niej przenośny magnetofon, prawie taki sam, jaki dostaliśmy z Jurkiem na komunię – tylko że ten ciągle działał. Doktor włożył do środka kasetę i nacisnął jeden z guzików.
Najpierw z magnetofonu popłynęły dźwięki dziwnej, brząkającej muzyki, a potem jakaś kobieta zaczęła śpiewać, co bardzo przypominało miauczenie kotów, które zbierały się nocą na śmietniku pod naszym familokiem. Ścisnęło mnie w gardle, do oczu napłynęły piekące łzy. Siedziałam nieruchomo z pochyloną głową i czułam, jak coś miota się w mojej piersi, wali w żebra, trzepocze… i nie było to serce. Nie, to było coś innego, coś we mnie, co nie było mną, a tylko zamieszkiwało moje ciało, i teraz chciało się z niego wyrwać na wolność. Prawa ręka zacisnęła się pod stołem na moim kolanie tak mocno, że jęknęłam z bólu. A potem…
– You xiang you bai ren ren kua… – Słowa z trudem wychodziły z moich ust. – Rang wo lai jiang ni zhai xia… Song gei bieren jia… – Brzmiały obco, a jednak to ja je wypowiedziałam, moje zdrewniałe nagle wargi, mój sztywny, jakby od dawna nieużywany język. On sam zresztą nie miał tu nic do gadania, że się tak wyrażę, wiedziałam, że w tej chwili niepodzielnie rządzi nim ręka.
Szczupły pan doktor, zwykle blady i opanowany, teraz wpatrywał się we mnie rozjaśnionym wzrokiem. Na twarz wystąpiły mu rumieńce, oczy za szkłami okularów były wielkie jak spodki. A to był dopiero początek.
– Tyle kwiatów wszędzie… – zaczęłam i urwałam. Przełknęłam ślinę, bo znowu w gardle rosła mi gula. Czułam, jak paznokcie prawej dłoni coraz głębiej wbijają się w udo. Pan doktor skinął głową i patrzył na mnie tak wyczekująco, że opanowałam się szybko i odchrząknęłam: – Wybierz jeden biały… czysty… i daj temu, kogo kochasz…
Później siedziałam przy stole w kuchni i rysowałam – doktor dał mi tego dnia w prezencie cudowny, miękki papier, czarny tusz i kilka pędzelków różnych rozmiarów. Miały na końcu małe pętelki i wisiały na specjalnym, fikuśnym stojaczku. Pozwoliłam ręce robić, na co miała ochotę, a sama starałam się usłyszeć jak najwięcej z rozmowy, która toczyła się teraz w dużym pokoju. Przez uchylone drzwi docierały do mnie tylko pojedyncze słowa. „Niezwykłe… rzadki talent… uczy się błyskawicznie… umożliwić…”. Mówił głównie doktor, pani Kasia od czasu do czasu wtrącała coś w rodzaju „no właśnie” albo „racja”. Moi rodzice milczeli.