Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
[O KSIĄŻCE]
Rafał Woś kolejny raz stawia niepopularną i na pierwszy rzut oka niedorzeczną tezę: że dług jest dobry. Że jest użytecznym i pożytecznym narzędziem. Że zadłużać się to nie grzech. Że dług w ekonomicznej i politycznej historii świata był motorem rozwoju i postępu. A wszystko to następnie osadza w praktyce „realnego kapitalizmu”. W świecie, gdzie prawdziwi ludzie mają prawdziwe problemy. Kredytobiorcy, chwilówkowicze, franczyzobiorcy, ale również mniejsi i więksi przedsiębiorcy – to panorama realnych bohaterów naszych późnokapitalistycznych czasów. Ale nie znajdziecie tu moralizatorskich lamentów nad zastaną rzeczywistością. Raczej propozycję systemowej alternatywy, w której dług stanowić będzie węzłowy mechanizm zmiany tej właśnie rzeczywistości. Woś staje poza prostą opozycją neoliberalnej ortodoksji i socjaldemokratycznej… ortodoksji, ale dzięki temu może formułować niezależne wnioski. Nawet jeśli wielu się one nie spodobają.
Rafał Woś - publicysta i komentator. Pracował w niemal wszystkich najważniejszych polskich redakcjach. Od „Dziennika Gazety Prawnej", „Tygodnika Powszechnego” i „Polityki" po „Salon24" czy „Interię". Autor pięciu książek i współscenarzysta czterech filmów fabularnych. Laureat najważniejszych nagród dziennikarskich w Polsce.
[FRAGMENTY]
Zamiast więc z długiem kompulsywnie walczyć oraz za wszelką cenę go unikać, należy zacząć czerpać z niego korzyści. Nie tylko indywidualne, ale także społeczne. Dla siły państwa oraz dla dobrobytu jego obywateli. Wszystkich lub przynajmniej licznych. A nie tylko najbogatszych.
[...] dług jest czymś bardziej pierwotnym niż pieniądz i przeróżne papiery wartościowe. Albo inaczej - dług jest ich ojcem lub dziadkiem. Pieniądz i dług łączy to, że oba te narzędzia oparte są na zaufaniu. Ale to dług jest starszy. Bo dług poprzedzał nawet sam handel i związane z nim nieuchronne utowarowienie relacji między człowiekiem a człowiekiem.
Żyjemy w epoce, która swój rozmach i olbrzymie sukcesy na wielu polach zawdzięcza temu, że używa długu. Nasze wynalazki technologiczne, postępy zdrowia publicznego, względnie trwały pokój albo spójność społeczna - wszystkie te zdobycze naszych czasów były, są i będą finansowane długiem. Tak publicznym, jak i prywatnym.
Chodzi o to, by pokazać, że bez długu nasz świat nie może istnieć. Bo dług jest zwyczajną konsekwencją funkcjonowania w ramach złożonych społeczeństw i gospodarek. A każdy, kto przekonuje was, że jest inaczej – kto was długiem straszy i twierdzi, że w imię tegoż kompulsywnego unikania macie zrezygnować z życia „tu i teraz” – ten albo się myli, albo chce was wprowadzić w błąd.
[BLURBY]
W każdej, nawet najnędzniejszej wiosce złożonej z lepianek czy bambusowych chat jest jeden kamienny dom. To dom miejscowego lichwiarza. Z mojej perspektywy długi to windykacja, egzekucja i licytacja. Autor dowodzi, że to jedyna szansa na odmianę losu, inwestycje, rozwój. I zauważa słusznie, że bycie "winnym" komuś pieniądze, nie oznacza "winy". "Dług jest dobry"? Nie sądzę. Ale ta irytująca i przewrotna książka to lektura obowiązkowa dla tych, którzy chcą lepiej zrozumieć świat.
Piotr Ikonowicz, polityk, działacz społeczny
***
Nareszcie sensowna książka o fundamentalnym ekonomicznym zagadnieniu. Rafał Woś wylewa kubeł zimnej wody na głowę tych ekonomistów, polityków i samozwańczych ekspertów, którzy nie ustają w straszeniu ludzi „katastrofalnym długiem" oraz „życiem na koszt przyszłych pokoleń". Tymczasem te wszystkie koncepcje gospodarki bez kredytu i bez zadłużenia to przecież czysta fantazja. I dobrze, że Rafał się z nimi rozprawia".
Prof. Jan Toporowski, brytyjski ekonomista, specjalizujący się w problematyce kryzysów finansowych oraz myśli Michała Kaleckiego. Przez lata związany z prestiżową uczelnią SOAS Uniwersytetu Londyńskiego.
***
Podczas gdy jedne gospodarki i państwa uginają się pod ciężarem długów, inne rozkwitają, mądrze z nich korzystając. Warto zrozumieć rządzące tym prawidłowości, a ułatwia nam to książka redaktora Rafała Wosia. Rozległa znajomość tematu i ciekawa narracja autora bynajmniej nie skłaniają do nadmiernego zadłużania, lecz pokazują, że podobnie jak cholesterol długi bywają nie tylko złe, ale – częściej – dobre.
Prof. Grzegorz W. Kołodko, Akademia Leona Koźmińskiego. Były wicepremier i minister finansów RP. Jeden z najczęściej cytowanych na świecie polskich ekonomistów.
***
Podobno żyjemy w świecie odczarowanym i laickim, ale tylko pozornie przestaliśmy być religijni - dogmaty wiary ustanawia dziś ekonomia neoklasyczna, a Rafał Woś, jak przystało na spadkobiercę Michała Kaleckiego, nie zostawia suchej nitki na kapłanach wolnorynkowego kościoła. Ta niezwykle przystępna książka pomaga zrozumieć, że dopiero gdy uwierzymy w grzech długu publicznego, otworzy się przed nami piekło - piekło długu prywatnego.
Dawid Kujawa, krytyk literacki, marksista
***
W ferworze internetowych dyskusji zapominamy często, że Rafał Woś jest ekonomistą - i to piekielnie dobrym. W swojej najnowszej książce mierzy się ze społecznymi przedzałożeniami i wątpliwościami na temat koncepcji długu. Czy na pewno “tani pieniądz” jest zły? Czy winni są ci, którzy biorą kredyt, czy może ci, którzy go dają? Czy zadłużenie to zawsze negatywne zjawisko? Nie znajdziecie prostszego, bardziej przystępnego opisu mechanizmu długu i jaśniejszej konkluzji. To wszystko kapitalizm.
Magdalena Okraska, redaktorka “Nowego Obywatela”, reporterka
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 294
Rok wydania: 2024
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Seria ESEJ
· Michał Tabaczyński, Pokolenie wyżu depresyjnego
· Łukasz Łuczaj, Seks w wielkim lesie
· Dawid Kujawa, Pocałunki ludu. Poezja i krytyka po roku 2000
· Magdalena Okraska, Nie ma i nie będzie
· Wojciech Jóźwiak, Nasze zwierzęta mocy
· Adrianna Alksnin, Na coś trzeba umrzeć. Kolejna książka o raku
· Derek Jarman, Współczesna natura, przełożył Paweł Świerczek
· Paul Kingsnorth, Wyznania otrzeźwiałego ekologa i inne eseje,przełożył Tomasz Sikora
W PRZYGOTOWANIU
· Judith Schalansky, Rozchwiane kanarki,przełożył Kamil Idzikowski
· Mo Wilde, Dzika kuracja,przełożył Tomasz Sikora
· Denis Kazanski, Marina Worotyncewa, Jak Ukraina traciła Donbas,przełożył Maciej Piotrowski
WSTĘP: Dług jest dobry
Przenieśmy się do małego sztetla. Gdzieś na kresach II Rzeczpospolitej. Do miasteczka przyjeżdża bogaty religijny Żyd. Staje w jedynej gospodzie i oddaje właścicielowi na przechowanie banknot studolarowy. Tłumaczy, że wiara nie pozwala mu na noszenie pieniędzy w szabas. Ale następnego dnia o świcie bogacz musi pilnie wyjechać. Robi się zamieszanie – jak to przy nagłym pospiesznym wyjeździe. Banknot przez nieuwagę zostaje u oberżysty.
Karczmarz czeka parę dni. W końcu jest człowiekiem uczciwym, co to nie swojego nie bierze. Ale w końcu myśli sobie: „Pal licho, on już tu nie wróci”. Bierze więc banknot i idzie uregulować swój dług u rzeźnika. W końcu od miesięcy jest ciężko, więc trochę się tego nazbierało. Rzeźnik cieszy się szalenie i daje pieniądz żonie, która idzie zapłacić zaległe zobowiązania u szwaczki. W końcu od miesięcy jest ciężko i trochę się tego nazbierało. Szwaczka płaci banknotem zaległe komorne. Od miesięcy trochę się tego nazbierało. I tak dalej. W ciągu zaledwie kilkudziesięciu godzin banknot trafia z powrotem do oberżysty, któremu ktoś w miasteczku też był coś tam „krewny”. W końcu od miesięcy jest cieżko i trochę się tego nazbierało.
Następnego dnia do sztetla zjeżdża znów ten sam bogaty religijny Żyd. Staje w gospodzie, a oberżysta oddaje mu banknot. „Ach tak, zupełnie o tym zapomniałem” – mówi przybysz i bierze swoją stówkę. Po czym... odpala od niej grube cygaro. W jednej chwili z setki zostaje tylko popiół. Oberżysta nie wierzy własnym oczom. „Co się pan tak patrzysz? I tak był fałszywy” – wyjaśnia bogacz oniemiałemu karczmarzowi.
Ta anegdota – pochodząca od wielkiego polskiego ekonomisty Michała Kaleckiego – pokazuje wielkie sprzeczności i ogromne szanse kryjące się w starym jak świat mechanizmie zwanym długiem. Mechanizmie wcześniejszym niż wszystkie inne sposoby formalnego regulowania zobowiązań międzyludzkich. Historycy gospodarki podkreślają, że dług jest w zasadzie tak stary jak pieniądz. A pewnie nawet i starszy. W ostatnich latach pisał o tym sporo (zmarły w 2020 roku) ekonomista i antropolog David Graeber. W swoim dziele Dług. Pierwsze pięć tysięcy lat przekonująco rozprawia się z pewnym użytecznym mitem, do którego wielu do dziś się odwołuje. Był to mit barteru – przekonanie, że na samym początku ludzie wymieniali się na towary. Ryba za drewno. Chleb za mięso. I tak dalej. Ten mit współcześni powtarzają w ślad za wielkim ekonomistą Adamem Smithem. Smith stworzył tę popularną do dziś bajeczkę w 1776 roku, pisząc swoje najsłynniejsze dzieło, czyli Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów. Mit barteru miał rzekomo wynikać z prastarej i naturalnej potrzeby. Z tej ludzkiej predylekcji Smith wywodził cały swój system filozoficzny, którego filarami stały się: sakralizacja rynku i handlu, szacunek dla własności prywatnej, bez której nie będzie społecznego ładu, czy podział pracy. Filozofia Smitha z biegiem czasu stała się kamieniem węgielnym ekonomii liberalnej, która od XIX wieku pretendować będzie do monopolu na prawdziwą wykładnię rzeczywistości społecznej i gospodarczej. A na przełomie XX i XXI wieku będzie tego monopolu bardzo bliska. Wraz z nią ukształtowało się nasze rozumienie długu.
Tylko, że badacze, tacy jak Graeber, pokazują, że barter to wymysł. I nie ma żadnych prac, które by potrafiły opisać realnie istniejące społeczności funkcjonujące w oparciu o barter. Nie chodzi o to, że barteru w ogóle nie ma i nigdy nie było. Najczęściej jest on jednak używany do obsługi kontaktów z obcymi. Tymi, którym się nie ufa. Ze swoimi – oraz tymi, których już trochę poznaliśmy – rozliczano się raczej przy pomocy długu. Zresztą nie dało się inaczej. Zwłaszcza, że nawet najbardziej prymitywne formy wymiany obejmować muszą nie tylko towary (ryba za chleb, chleb za mięso), ale także usługi. Świadczone czasem tu i teraz. A czasem odłożone w czasie. Na przykład w formie... no właśnie, wypowiedzianego lub niewypowiedzianego długu. Czasem usankcjonowanego tradycją i poczuciem obowiązku, innym znów razem kalkulacją. Zrobię coś dla ciebie dziś. Nie zapłacisz? Trudno, kiedyś mi się jakoś odwdzięczysz. Tak to przez tysiące lat działało. I tak działa do dziś. Nie ma sensu udawać, że tak nie jest.
W tym sensie dług jest czymś bardziej pierwotnym niż pieniądz i przeróżne papiery wartościowe. Albo inaczej – dług jest ich ojcem lub dziadkiem. Pieniądz i dług łączy to, że oba te narzędzia oparte są na zaufaniu. Ale to dług jest starszy. Bo dług poprzedzał nawet sam handel i związane z nim nieuchronne utowarowienie relacji między ludźmi. Czego wdzięcznym przypomnieniem jest przecież obecne nawet w naszym polskim języku sformułowanie „być komuś coś krewnym”. Co jest gwarowym i archaicznym nawiązaniem do epoki wspólnoty rodowej, czasu, kiedy osoby pochodzące od jednego przodka były powiązane więzami krwi. A ród miał obowiązek każdego swego członka żywić; w razie śmierci także go pomścić. Ponadto stąd wynikała koncepcja odpowiedzialności za winy i zobowiązania swoich „krewnych”. Czyli też za ich długi. Jeszcze nawet ośmiotomowy Słownik języka polskiego (1900–1927), zwany warszawskim, pod redakcją Karłowicza, Kryńskiego i Niedźwiedzkiego, wyjaśnia gwarowy przymiotnik „krewny” jako „winien, dłużny”.
Ale w historii z Żydem i karczmarzem chodzi o coś więcej. Z jednej strony pokazuje ona, że dług to mechanizm potencjalnie dość niebezpieczny, a nawet niszczący. Zanim do miasteczka przybywa bogacz, jest ono pogrążone w głębokim marazmie. Również, a może właśnie dlatego, że każdy jest tam zadłużony u każdego. W związku z czym wszyscy żyją w ciągłym strachu przed niewypłacalnością dłużnika, ponieważ pociągnie to za sobą ich własną niewypłacalność. Ów sztetl to nie jest więc miejsce pełne nadziei i prosperity. Przeciwnie. Od dawna nieremontowana oberża. Żyjący nad wyraz oszczędnie i nigdy „ponad stan” mieszkańcy, których i tak na nic nie stać. Egzystencja odarta z koloru i jakichkolwiek perspektyw na rozwój. To miejsce, gdzie długiem straszy się dzieci. I mówi się im, że dług to grzech. Wina, przejaw słabości. Dno.
Z drugiej strony dokładnie ten sam dług pojawia się w tej historii jako... wybawienie. To instrument, przy pomocy którego do sztetla wraca życie. To jakby dowód na prawdziwość (pozornie przecież absurdalnej) opowieści barona Münchhausena przekonującego, że sam wyciągnął się za włosy z bagna. I tu też tak było. Uwolnieni od wzajemnych zobowiązań mieszkańcy mogą znów z nadzieją spojrzeć w przyszłość. Jak im się to udało? Właśnie przez ów banknot. Kawałek papieru z nadrukowanym wizerunkiem jakiegoś dawno zmarłego dżentelmena. Świstek papieru. A jednak to ta studolarówka tchnęła życie w zadłużony sztetl. A potem się nagle okazało, że nie miała żadnej wartości. Była fałszywa. A nawet gdyby nie była, to też można ją bez trudu spopielić. Ot tak. Ale przecież to nie ma dla naszej historii żadnego znaczenia. Fałszywa czy prawdziwa, nieważne. Ważne, że banknot przyniósł realną zmianę. Zresetował. Tchnął życie. Wyciągnął z bagna. To metafora tego, jak działa dług. Czyli podstawowy mechanizm rozwoju społecznego. Największa innowacja w dziejach, bez której biedni na zawsze pozostaliby biedni. A inwestować, rozwijać się i marzyć mogliby tylko ci, co już mają dostęp do kapitału. Znaczy ci, co już są bogaci.
Żyjemy w czasach, który swój rozmach i olbrzymie sukcesy na wielu polach zawdzięcza temu, że używa długu. Nasze wynalazki technologiczne, postępy zdrowia publicznego, względnie trwały pokój albo spójność społeczna. Wszystkie te zdobycze naszych czasów były, są i będą finansowane długiem. Tak publicznym, jak i prywatnym.
Ale jednocześnie dług przyprawia nas o drżenie serca. Bywa też raz po raz tematem zbiorowej medialnej histerii. Dzieje się tak dlatego, że dług jest totalnie zdemonizowany. Nazywa się go „życiem na koszt przyszłych pokoleń”. Kolejne generacje polityków, publicystów i aktywistów robią kariery namawiając do jego spłacania. Choćby nie wiem co. Choćby waliło się i paliło. Choćby bolało. A może właśnie żeby bolało. Jak gdyby współczesne społeczeństwa – choć tak chętnie demonstrujące swoją laicyzację – zachowały jakąś przedziwną skłonność do religijnych kategorii. Do grzechu i do bolesnej pokuty. Wielu uważa więc dług wręcz za grzech. Obrzydliwe moralne zło. Normą jest też to, byśmy – zamiast z niego korzystać – ciągle się go wstydzili i za niego przepraszali.
Nie zgadzam się z tym.
Uważam, że dług jest... dobry. I właśnie o tym będzie ta książka. Chcę pokazać w niej różne oblicza długu. Zwłaszcza tego współczesnego: rynek chwilówki, problem zadłużenia hipotecznego i dług przedsiębiorstw. A także różnicę pomiędzy długiem prywatnym i publicznym. Tak we współczesnej Polsce, jak i innych krajach. Zarówno biedniejszych, jak i bogatszych od nas. Nie chcę jednak tylko biadać, ronić łezki, oburzać się.
Celem tej książki jest coś więcej. Chodzi o to, by pokazać, że bez długu nasz świat nie może istnieć. Bo dług jest zwyczajną konsekwencją funkcjonowania w ramach złożonych społeczeństw i gospodarek. A każdy, kto przekonuje was, że jest inaczej – kto was długiem straszy i twierdzi, że w imię kompulsywnego unikania długu macie zrezygnować z życia „tu i teraz” – ten albo się myli, albo chce was wprowadzić w błąd.
Zamiast więc z długiem kompulsywnie walczyć oraz za wszelką cenę go unikać, należy zacząć czerpać z niego korzyści. Nie tylko indywidualne, ale także społeczne. Dla siły państwa oraz dla dobrobytu jego obywateli. Wszystkich lub przynajmniej licznych. A nie tylko najbogatszych.