Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
15 osób interesuje się tą książką
Dźwięki ptaków, debiut Arka Kowalika, to wypełnione subtelnym humorem opowieści o naszym dzisiaj i przedziwny gabinet luster, w których może się przejrzeć każdy z nas.
Mężczyzna umiera, ale nadal chodzi do pracy. Starsza pani sadzi pelargonie boi się demencji. Dwudziestodwuletni raper poświęca wszystko, by tworzyć muzykę. Młody tłumacz żyje ze świadomością zbliżającej się katastrofy. Dziewczyna z dworca PKP Powiśle wyrusza do Ząbkowic by odzyskać swoje nogi. PiePies Włodek nie potrafi kontrolować złości, a króliki Ozzi i Osborn nie umieją bez siebie żyć. Bohaterowie tego albumu mierzą się z rzeczywistością, która ich przerasta, ale podskórnie wiedzą, że muszą coś zmienić.
Dźwięki ptaków to cykl opowiadań o zagubieniu, samotności i poszukiwaniu bliskości w zatomizowanym społeczeństwie. To współczesne, poruszające wielkomiejskie historie o świecie, w którym wartość człowieka mierzy się wyłącznie statusem bądź osiągnięciami.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 312
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
AREK KOWALIK
Dźwięki ptaków
ArtRageWarszawa 2025
I thought I had it all together / But I was led astray
Baby I’m Yours, Breakbot feat. Irfane
Kamienica na Nowogrodzkiej 12 ma parter, trzy piętra i poddasze. Powstała w latach 1903–1904, tak jest napisane na gzymsach u jej szczytu. Przetrwała wojny, powstanie, komunistyczną odbudowę i wolnorynkową reprywatyzację. Fasada kamienicy jest biała, czysta, bogato zdobiona, z żeliwnymi pnączami balustrad na balkonach. Uśmiechnięte kamienne twarze młodych kobiet i posępne brodatych mężczyzn zdobią szczyty jej kolumn. Cynkowe okucie dachu ma odcień błękitu. Patrząc pod odpowiednim kątem z okna kamienicy naprzeciwko, brązowoszarej i obdartej, można przez moment uwierzyć, że jesteśmy w Paryżu.
Nowogrodzka jest wąską ulicą, łatwo zaglądać tu ludziom do mieszkań. Wieczorami okna zmieniają się w żółte ekrany i wyświetlają życie. Kamienica przypomina wtedy magicznie ożywioną wystawę obrazów Vermeera. Na drugim piętrze młody chłopak ogląda telewizję, siedząca obok dziewczyna patrzy w telefon. Piętro wyżej, ale po przekątnej, mężczyzna z wielką dbałością goli twarz. W mieszkaniu obok kobieta nastawia wodę na herbatę i wychodzi na balkon zapalić papierosa. Czajnik gwiżdże dobrych kilka minut, mężczyzna się wkurza. Tak jest codziennie. Mężczyzna nigdy nie zwrócił jej głośno uwagi.
Na dolnych piętrach prawie każdego budynku przy tej ulicy są bary i restauracje z ogródkami, które wychodzą na ulicę. Popołudniami mężczyźni w marynarkach i kobiety z niewielkimi torebkami jedzą tam małe porcje makaronu z ogromnych talerzy. Przez dudniący hałas miasta letni wiatr niesie ze sobą zapachy perfum, nuty cedrowego drewna, szafranu.
Trzy razy dziennie posiłki urozmaica tu starsza kobieta w dresach i swetrze, która mieszka w jednej z rozpadających się kamienic. Wychodzi na spacer z kudłatym psem, który wygląda, jakby szykowała go na casting do nowej wersji Wyspy psów Wesa Andersona. Za każdym razem zwierzę rzuca się pod najbliższe obsypane trocinami drzewo, a kobieta wykrzykuje w stronę jedzących ludzi zwykle coś w stylu:
– Znów trociny wpierdala! Patrzcie, jak wpierdala, nie ma, idź ty! No, co za pies! – A gdy ktoś za długo się jej przygląda, dorzuca: – A ty co się gapisz? Swoje wpierdalaj – podczas gdy pies wypróżnia się na chodnik.
Wieczorem robi się głośniej, mieszają się różne języki, mieszkańcy nikną w tłumie ładnie pachnących i dobrze ubranych ludzi, niektórych bardzo pięknych, innych mniej, bo na Nowogrodzkiej są lokale dobrane pod najróżniejsze gusta i kieszenie. Od 23:00 zaczyna pęcznieć kolejka do sklepu z alkoholem na rogu Kruczej. Ten tłum nie potrzebuje prosecco ani aperitifów, nie mamią go ładne nazwy. To nie jest żadne calimocho, to wódka z colą, pół na pół.
Nocami dzieciaki w bardzo drogich autach wypełniają rykiem silników resztki tego, co mogłoby być ciszą. Spotykają się na parkingu na placu Trzech Krzyży i patrzą na siebie i swoje auta albo auta swoich rodziców, wbijają pedał w podłogę i hukiem przesłaniają swoje niepokoje. Ryk aut niesie się szerokimi ulicami śródmieścia, odbija echem od rządowych budynków Kruczej i wpada w Nowogrodzką. Młody mężczyzna w środku nocy zrywa się z pościeli i oblany potem łyka tabletki, by wkrótce znów zasnąć.
Słyszałem, że najgłośniejsza osoba w pokoju jest zwykle najbardziej samotna. Tutaj cała ulica pełna jest głośnych ludzi.
Na trzecim piętrze kamienicy mieszka Maks. Ma trzydzieści jeden lat i jasne blond wąsy. Nigdy nie używa zasłon. Najwyraźniej nie obchodzą go spojrzenia innych.
Mieszkanie Maksa ma dwa pokoje – sypialnię i salon połączony z kuchnią. Na regale przy ścianie leżą aparaty fotograficzne i kilka obiektywów. W kącie pokoju stoją statyw i lampa. Maks, kiedy jest w mieszkaniu, większość dnia spędza przy komputerze. Otwiera rano aluminiową pokrywę macbooka i godzinami patrzy w duży monitor ze skrzydełkami po bokach. Czasem w skupieniu słucha dźwięków i wpatruje się w ekran, mrużąc oczy. Pewnie montuje wtedy filmy. Zdarza się, że się przy tym masturbuje. Tak po prostu, z nudów i bez erekcji.
Maks ma dwa konta na Instagramie. Na pierwszym ma 3521 obserwujących. Wrzuca tam zdjęcia z sesji, głównie modelek, trochę architektury, trochę fotografii ulicznej, jakby nie mógł się na nic zdecydować. W stories ma relacje z podróży i z backstage’u. Drugi profil jest prywatny. Tylko dla bliskich znajomych.
Maks często po mieszkaniu chodzi nago, szczególnie rano, po prysznicu. Przypomina wtedy Michaela Fassbendera z filmu Wstyd. Jest dobrze zbudowany i ma podobnie dużego penisa. Nagi przygotowuje sobie śniadanie. Zawsze owsiankę na sojowym mleku, ale z różnymi owocami i dodatkami. Narzuca na siebie szlafrok. Wygląda jak wchodzący na ring bokser wagi półciężkiej, tyle że z penisem na wierzchu. Je owsiankę i ogląda rzeczy na telefonie. Później wsypuje do młynka ziarna kawy, sprawdza temperaturę wody i mierzy czas parzenia. Pije czarną, bez mleka. Jeśli dzień jest brzydki, siada w fotelu, popija kawę i czyta książkę. Jeśli jest ładnie, robi to samo, ale na balkonie. Tak mija mu każdy poranek, chyba że ktoś u niego nocuje.
Zdarza się to często. W zasadzie w każdy weekend, kiedy Maks jest w mieszkaniu. Kobiety, z którymi sypia, są bardzo różne. Każdy kolor włosów i skóry. Od pięknych po przeciętne. Żadnych cech wspólnych. Cóż, muzyki też zawsze słuchał różnej (login na Instagramie ma wciąż ten sam co na Last.fm).
Czasem, kiedy wchodzą do środka, od razu zrzucają ubrania i uprawiają seks. Innym razem siedzą najpierw na kanapie, piją wino i długo rozmawiają. Czasem obejrzą film do końca. Czasem leci bez publiczności, a na zewnątrz krople deszczu zmieniają się w ulewę.
Następujący później seks jest tak poprawny, że zdaje się rozmijać ze swoją esencją. Przypomina bardziej symbol, który oderwał się od znaczenia. Jak operacje plastyczne upodabniające ludzi do filtrów na Instagramie. Seks jako taniec, seks jako choreografia.
Scenariusze są różne, ale kończą się podobnie. Całuje ją w szyję, gryzie go w ucho, zadziera jej bluzkę, zdejmuje mu koszulę, całuje piersi, całuje brzuch, schodzi niżej, zsuwa majtki, czuje jej smak na języku, chwyta go za włosy. (Ten gest zawsze wydaje się trochę wymuszony). Innym razem od razu schodzi na kolana, rozpina spodnie, obciąga mu i rucha ją najmocniej jak potrafi. Inna rozmyśla się w połowie, odsuwa się na bok, przynosi jej wodę i rozmawiają, dopóki nie zasną albo nie zamówi dla niej taksówki.
Scenariusze są różne, ale dziwnym trafem Maks, kiedy już kończy, to zawsze dziewczyna jest na brzuchu, ze ściśniętymi nogami i z twarzą w poduszce. On nie patrzy na nią, ona nie patrzy na niego. Ich płuca chłoną powietrze w tym samym tempie, serca biją w tym samym rytmie, ale nie wyłania się z tego żadna melodia. I tak samo dzieje się z kolejną dziewczyną, następną dziewczyną, nową dziewczyną.
Oprócz jednej. Tylko z jedną jest inaczej. Ta dziewczyna ma długie jasne włosy i tatuaż pomiędzy piersiami, którego z tej odległości nie da się rozpoznać. Zwykle przychodzą skądś razem. Czasem rozmawiają, czasem wcale. Potem ona zostaje na noc. On wstaje przed nią, robi śniadanie i kawę, sobie czarną, dla niej z mlekiem. Mija parę tygodni, nawet dłużej, zanim znów się pojawi. Wtedy przez parę dni Maks jest rozdrażniony, wstaje później, czyta mniej i masturbuje się częściej.
Oprócz mieszkań na Nowogrodzkiej 12 są też biura i airbnb. Firmy zajmują całe pierwsze piętro. Ludzie, bardzo różni ludzie, wchodzą rano przez bramę, jak rozmaite gatunki zwierząt.
Radca prawny zwyczajny w odrobinę za dużym, szarym garniturze; adwokat pstrokaty w marynarce w kratę i loafersach zdobnych we frędzle. Księgowe pospolite, szaro-brązowe jak wróble. Papużki i szympanse marketingowe, każde inne, każde głośne. Trzy szakale skryte prześlizgują się po schodach; to trzech typów w ciasnych garniturach i z ogromnymi zegarkami na nadgarstkach.
Ludziom wydaje się, że są w mieście anonimowi, a wystarczy siadać parę dni przy oknie i patrzeć, a z tłumu zaczną wyłaniać się konkretne osoby i powtarzalne zachowania. Wszystko zależy od perspektywy obserwatora. Żeby zrozumieć ruch, obserwator musi być nieruchomy.
Więc tych trzech typów w ciasnych garniturach i z ogromnymi zegarkami na nadgarstkach jeździ na zmianę jednym porsche. Na tabliczce przy drzwiach pod nazwą ich firmy złotymi literami wypisano „transactional advisory”. Ich stronę internetową wypełniają frazesy o inwestycjach. W rzeczywistości prowadzą rodzaj agencji detektywistycznej, która prześwietla ludzi zaangażowanych w międzynarodowe fuzje i przejęcia, a gdy odnotują coś nietypowego, przekazują informacje swoim klientom.
Maks też kiedyś pracował przy podobnych transakcjach, ale od w pełni legalnej strony. Odbywał tam staże, gdy jeszcze studiował na SGH. Najpierw w dużej firmie ubezpieczeniowej, która kupowała inne duże firmy ubezpieczeniowe. Później trafił do jednego z czterech największych doradców, ale nie wytrzymał tam długo. (Wszystko jest na LinkedInie, wystarczy wyszukać nazwisko). Pewnie upokarzała go ta praca. Wracał o dwudziestej trzeciej taksówką z biura i czuł bezsilną wściekłość. Piekły go oczy, zaciskał pięści, mówił sobie „teraz to już serio koniec” i następnego dnia znów jechał do biura, by spędzić tam kolejne dwanaście godzin. (A może to ty tak do siebie mówiłeś). Gdyby komukolwiek z tłumu przy windach popatrzył w oczy, zobaczyłby to samo puste spojrzenie, które widział rano w lustrze. Więc po to były te wszystkie dobre szkoły, świetne oceny, elitarne studia: żeby robić hajs i nie czuć w sumie nic poza tym.
Okej, skończyć te szkoły nie było dla niego żadnym wysiłkiem. Od początku studiów magisterskich prawie nie pojawiał się na zajęciach, bo pracował. Na obronie zaplątał się w opisie głównych składników PKB, a i tak dostał piątkę na dyplomie.
Najważniejsza rzecz, jakiej się tam nauczył, to niepoparta niczym konkretnym pewność siebie.
Widział kolegów, którzy nic nie potrafili i nic nie wiedzieli, ale uważali się za najlepszych i wszyscy wokół im wierzyli. Widział starsze wersje tych osób na wysokich stanowiskach – i wszyscy ich szanowali. Zrozumiał wtedy, że wartość człowieka w społeczeństwie z zasady jest subiektywna. To samospełniająca się przepowiednia. Twoja pewność siebie może być z początku nieuzasadniona, ale staje się prawdziwą wartością w momencie, w którym uwierzą w nią inni.
Na dole sąsiedniej kamienicy, na rogu Kruczej i Nowogrodzkiej, niegdyś równie pięknej, a może nawet piękniejszej od numeru 12, teraz wytartej i nagiej, znajduje się restauracja o nazwie Vivenda. Restauracja ma baldachimy, i kiedy pada gwałtowny deszcz, ludzie zbierają się pod nimi. Różni ludzie, nie tylko goście restauracji, ale też przechodnie, których burza wzięła z zaskoczenia. W baldachimach z kolei zbiera się woda. Jeśli pada umiarkowanie, nie stanowi to problemu, woda powoli wycieka z zagnieceń po bokach. Jeśli jednak zdarzy się oberwanie chmury, woda zbiera się w uginającym się pod jej ciężarem materiale, aż przechyla się stelaż i wszystko chlusta na chodnik.
Kiedy wszedłem do restauracji, miałem wrażenie, że wszyscy są tam aktorami. Przez ostatnie cztery miesiące prawie nie wychodziłem z mieszkania. Nie rozmawiałem z nikim na żywo, poza panią z Żabki, ale dwa tygodnie temu zamknęli sklep i otworzyli w pełni automatyczny, więc z nikim już nie rozmawiam.
Tego dnia niebo było pochmurne, powietrze parne i nieruchome, zbierało się na deszcz. Wszedłem do środka i mimo że wziąłem przed wyjściem całą tabletkę xanaxu, przytłoczył mnie chaos tego miejsca: gwar rozmów, brzęk kieliszków, zapach potraw. Zmroziło mnie na moment, oczy przykryły mi czarne plamki, oddech ugrzązł w krtani.
Ludzie, którzy siedzieli przy stolikach, obsługa roznosząca zamówienia, grupka kobiet przy barze – wszyscy byli statystami, a restauracja scenografią imitującą życie. Każdy gest – sztuczny, każde słowo – wcześniej zapisane. Posiłki na talerzach nie były jedzeniem, ale rekwizytami z silikonu, pianki do golenia i lakieru.
Rozejrzałem się i dostrzegłem Olgę, rozmawiała z kelnerką. Zobaczyła mnie, niestety. Pomachała mi podekscytowana. Gdyby nie to, pewnie w tamtej chwili obróciłbym się i wycofał do bezpiecznej przestrzeni własnego mieszkania. To zaledwie parę kroków stąd, po drugiej stronie, w brązowej, obdartej kamienicy. Kilka kroków po wytartych schodach i znów względna cisza, znów relatywny spokój, chociaż gdy tam jestem, spokój koi moje serce tylko podczas snu.
Przecież nigdy nie miałem problemu z przebywaniem między ludźmi. Prezentowałem, przemawiałem, prosiłem o uwagę, pragnąłem uwagi. Czemu ten chłopiec jest taki samotny. Czemu pocą mu się dłonie. Stoi taki biedny i nie wie, co ze sobą zrobić. Zobacz, jak kuli się przed lustrem, koszula opięta na łopatkach, okrągłe plecy jak bochenek chleba.
Olga zaprowadziła mnie do dużego stołu na podwórku kamienicy, zarezerwowała go na swoje urodziny. Miało dzisiaj padać, więc nad podestem ze stolikami rozciągały się białe płachty materiału ozdobione ciepłymi, pomarańczowymi kulkami żarówek. Dźwięki nabierały kształtu rozmów, im bliżej byliśmy stołu, tym wyraźniej.
– Byliśmy ostatnio na Zanzibarze, ale wiesz, w sumie trochę nuda, ja lubię, jak są morze i góry…
– Chciałem kupić te krzesła Hałasa, ale taki zestaw to dwa tysiące…
– Nie no, pod wynajem to nikt nie doceni.
– Paulina zaczęła MBA w Singapurze.
– Słyszałam, że wszyscy mężczyźni w jej grupie udają, że są singlami, nawet jak kogoś mają.
Olga wskazała mi miejsce, kilka głosów przycichło. Większość osób znałem jeszcze z SGH, niektórych z pracy, byli mi obojętni. Z nich wszystkich szczerze lubiłem tylko Olgę, ale i z nią miałem kontakt jedynie życzliwie powierzchowny.
– Tomek! – Kasia, z którą byłem na wymianie w Dublinie, ucieszyła się na mój widok i przytuliła mnie na powitanie.
Czułem, ile wszystkich kosztuje zachowywanie się jak gdyby nigdy nic. Czas zgęstniał, minęły może dwie, ale za to bardzo długie sekundy, podczas których w ich głowach zachodziły procesy decyzyjne: zapytać, co u niego? powiedzieć coś miłego? nawet jeśli to nieprawda? uśmiechnąć się i po prostu wrócić do rozmowy?
– To jest Zuza, chyba nie mieliście okazji się spotkać – powiedziała Kasia i wszystkim ulżyło.
Ograniczyła w ten sposób rozmowę do naszej trójki i reszta mogła spokojnie wrócić do poprzednich tematów. Byłem jej za to wdzięczny.
Zuza wyglądała zupełnie inaczej niż reszta dziewczyn w tym miejscu. Miała czarne włosy do ramion, grzywkę i kolczyk w dolnej wardze, przypominający pionowy złoty pasek. Coś w jej ruchach dawało mi niejasne wrażenie, że już ją kiedyś widziałem, ale nie potrafiłem sobie przypomnieć gdzie. Była koleżanką Olgi z liceum, skończyła historię sztuki i pracowała w jednej z warszawskich galerii. Chodziły z Kasią na ceramikę.
Kasia wyrabiała talerzyki i kubki, które malowała w truskawki i cytryny. Najładniejszymi obdarowywała swoich przyjaciół.
Zuza tworzyła coś, co nazywała „kupami demonów”. Były to połyskliwe podłużne placki, zwężające się w różnych kierunkach w szpikulce przypominające rogi. Malowała je w kolory pleśni i morskich ślimaków, a potem rozkładała w kątach małej galerii, którą prowadziła z grupką znajomych w uliczce za kościołem na placu Zbawiciela.
Ktoś spytał, czy nalać mi wina. Nie, dziękuję.
(Nie mogę mieszać alkoholu z lekami).
Fajnie, że przyszedłeś. Też się cieszę.
Zuza odchylała głowę do tyłu, gdy się śmiała, a bawiło ją w zasadzie wszystko, jej oczy błyszczały jeszcze bardziej niż kolczyk w wardze, usta miała pociągnięte szminką w barwie ciemnego pudrowego różu. Jak to się maluje? Czy trzeba ściągnąć kolczyk? Może jest nakładany.
– W przyszły czwartek mamy nową wystawę, wpadaj!
Dopiero po chwili zrozumiałem, że to zaproszenie było skierowane do mnie. Jasne, pewnie, chętnie. Lubię kupy demonów.
Boże, jak ona mi się podoba.
Do stołu podszedł Rafał, z którym pracowałem w poprzedniej firmie. Miał czarne włosy, które czesał w sposób wyrażający rozpaczliwą niezgodę na łysienie, i białą koszulę z podwiniętymi rękawami, jakby dopiero przyszedł z biura (a była sobota). Zuza też na to zwróciła uwagę, zagadała do niego, odpowiedział, że tak, że kończą właśnie ciężki projekt. Nie wspomniał, że u nich każdy projekt jest ciężki.
– A gdzie pracujesz? – spytała.
– W McKinsey – odpowiedział Rafał i uśmiechał się przez zamknięte usta w oczekiwaniu na zachwyt, który nie nastąpił. – Znaczy w konsultingu – dodał, speszony tym, że musi wyjaśniać coś tak oczywistego. Sama nazwa firmy rozbudziła Prośka, blondyna z krótkim zarostem w koszuli Polo Ralph Lauren, do tej pory siedzącego przy drugim końcu stołu, gdzie rozmawiał ze swoją dziewczyną.
Zuza jak większość osób, które nie skończyły szkoły biznesowej, nie miała pojęcia, co to jest konsulting, a nazwa McKinsey kojarzyła jej się z kurtkami czy plecakami górskimi, bo pomyliła ją z McKinley. Po początkowym nieporozumieniu zadała więc standardowe pytanie: „Czyli czym się w zasadzie zajmujesz?”.
Jeszcze zanim dokończyła, spostrzegłem ich porozumiewawcze spojrzenia, a na ich ryjach ten ironiczno-arogancki uśmieszek w stylu „o-dziecko-co-ty-wiesz-o-życiu”, chociaż sami usłyszeli o management consultingu dopiero na pierwszym roku studiów.
Wtedy przyszedł Maks.
Wiedziałem, że tam będzie, sprawdziłem listę gości na Facebooku.
Po to przyszedłem.
Ciekawość pokonała lęki.
Maks przywitał się najpierw z dziewczynami, wychylając się przez stół, z Kasią ciepło, z Zuzą jakby pospiesznie, a potem wyciągnął do mnie rękę. Miał mocny chwyt i ciepłą dłoń. Chciał się przedstawić, ale powiedział słowa, które mnie zmroziły.
– My się chyba skądś znamy?
– Tak, z „Magla” jeszcze. Jakiś wyjazd do Torunia, dawno temu. – Spanikowany powiedziałem to, do czego wcześniej sam doszedłem, i poczułem falę ciepła napływającą do głowy, bo przecież gdybym spotkał go przypadkowo, nie przypomniałbym sobie tak szybko szczegółu sprzed ośmiu lat. „Magiel” to była gazeta studencka na SGH, do której obaj pisaliśmy, ale w różnym czasie.
– Faktycznie, coś kojarzę… – powiedział tylko i przywitał się z chłopakami i dziewczyną Prośka, której imienia nie znałem.
– Co tam u ciebie, Prosiek? – spytał Maks. Miał na sobie szeroką jasnoszarą koszulę o kroju przypominającym strój roboczy.
– Właśnie kupujemy nowe mieszkanie.
– Myślałem, że już macie mieszkanie.
– Mamy dwa w Łodzi i to nasze na Powiślu. Ale teraz kupuję kolejne, na wynajem dla studentów.
Dosiedli się jeszcze Olek z Kokosem. Pierwszy raczej niski, ale przystojny, drugi od zawsze na tyle wysoki, że nabrał zwyczaju lekkiego garbienia się. Obu znałem z piłki, na którą chodziłem sporadycznie w dawnym życiu, głównie po to, żeby złapać kontuzję i nie pojawiać się na treningach przez kolejne dwa miesiące.
Zapełnił się stół, zapełniło podwórko, rozmowy przeszły w popisy i przekrzykiwanie się, w potok dźwięków, przed którymi chroniły mnie leki.
Wszystko działo się dla mnie jakby za oknem, które w każdej chwili mogłem uchylić, ale jeśli nie chciałem się na niczym skupiać, to w zasadzie nie słyszałem, o czym mówią. Dochodziły do mnie tylko pojedyncze frazy. Prosiek dalej pierdolił o mieszkaniach, chłopaki o transferach w Realu Madryt.
Na Prośka wszyscy mówili Prosiek od nazwiska, nie od tuszy, ale w sumie zawsze był raczej gruby, więc pasowało podwójnie. Jego celem od pierwszego dnia studiów było zgubienie tej ksywy, która przyklejała się do niego jak guma do buta w każdej kolejnej szkole. Dlatego już od zerówki w Wetlinie na każdą imprezę przynosił koniak Hennessy, na całą japę darł się: „Heniek in da house, łuu-huuu!”, polewał wszystkim i liczył, że zaczną na niego mówić Heniek albo chociaż Koniak, ale nic z tego. Prosiek pozostawał Prośkiem.
Jego dziewczyna też była blondynką, miała idealną skórę i pełne, doskonale gładkie usta, a na nosie cienkie złote oprawki. Była parę lat młodsza. Kiedy Prosiek coś mówił, miała poważną minę i kiwała głową, jakby na potwierdzenie jego słów. Kiedy rozmawiała z kimś innym, uśmiechała się serdecznie i zdawała się podekscytowana każdą informacją, jaką usłyszała. Wyglądała na jedną z tych dziewczyn bez właściwości, ale ładnych, więc pasowali do siebie.
Przeglądałem menu. Zaskoczyły mnie ceny. Nie wychodziłem z domu od paru miesięcy i byłem przyzwyczajony do dwójki albo trójki z przodu, ale teraz dominowały czwórki i piątki. Za dwadzieścia złotych można było zjeść gołe ziemniaki. Zaniepokoiło mnie to, bo oznaczało, że moje oszczędności będą topnieć znacznie szybciej, niż mi się wydawało.
Kasia i Zuza gadały z dziewczyną Prośka, który z kolei całkowicie zdominował rozmowę w naszej części stołu. Maks siedział wyciągnięty na krześle i podpierał brodę kciukiem. Prawie nie udawał, że słucha. Miał długie palce i delikatne dłonie, ale na ich wewnętrznej stronie odciski od ćwiczeń – brązowawe, popękane, które często skubał. Tak doskonale nie zwracał uwagi na Zuzę, tak omijał ją wzrokiem, jakby była przezroczysta, że nabrałem pewności, że coś między nimi było.
Podano jedzenie.
– Patent jest taki: kupujesz mieszkanie sześćdziesiąt metrów kwadratowych gdzieś w centrum i dzielisz je na sześć pokoi. Każdy po tysiąc trzysta złotych. I masz z tego siedem osiemset miesięcznie – perorował Prosiek.
– Czemu nie osiem od razu? – powiedział Maks i przyłożył palce do policzka. Przy całej swojej posturze boksera i bezdyskusyjnej męskości gesty miał lekkie i kobiece. Przypominały precyzyjne ruchy człowieka, który konserwuje renesansowy obraz. – Patrz, sześć metrów na łazienkę, sześć na kuchnię i po sześć na każdy pokój. Nic się nie zmarnuje.
– Ośmiu się nie da, ale w sumie myślałem, żeby wcisnąć siódmy.
Prosiek zupełnie nie wyłapał sarkazmu, więc Maks podpuszczał go dalej.
– Można w każdej ścianie zrobić wnęki na wysokość półtora metra, wsunięte w siebie jak klocki w tetrisie. – Maks zderzył ze sobą dwie błony kciuków, pochylony nad stołem w udawanej ekscytacji. – Dzięki temu w jednym pokoju łóżko będzie na ziemi, a w drugim na podwyższeniu. To ucina półtora metra kwadratowego przestrzeni na każde dwa pokoje! Ile teraz stoi jeden metr?
Policzył szybko rzekomy ekwiwalent, a następnie rozrysował Prośkowi koncept w kremowym sosie po ravioli.
– Zajebiste.
Oczy Maksa biegały w rozbawieniu po jasnej brodzie Prośka. Spojrzałem na Olka, który czekał na puentę.
– Albo jeszcze lepiej! Sczaj to, mordo: każdy pokój to tylko biurko i krzesło, a w przedpokoju robisz całą ścianę takich kapsuł z łóżkami.
– Jak na dworcach w Japonii – dorzucił Olek.
– Tak! Dokładnie! Albo jak na cmentarzu. Robisz ich dziesięć, brutto masz z tego trzynaście kafli miesięcznie, jeb, zoptymalizowane w chuj.
Śmiech rozszedł się między nami, więc Prosiek w końcu się zorientował, że wszystko to było kpiną.
– Ha. Ha. Bardzo, kurwa, śmieszne.
– Akumuluj, Prosiek! Za to, że jesteśmy po właściwej stronie – powiedział Maks i stuknął swoim kieliszkiem w jego szklankę piwa.
Ekonomiści behawioralni argumentują, że hiperracjonalny homo oeconomicus nie istnieje. Ich zdaniem jest to bezużyteczne uproszczenie. Oto jednak taki ktoś siedział przede mną: zorientowany na maksymalizację swojej konsumpcji, homo oeconomicus Prosiek.
Bez przekonania męczyłem swoje szparagi z jajkiem i ziemniakami. Z zewnątrz to musiało wyglądać idealnie. Grupa znajomych – może nawet przyjaciół – przy wspólnym stole. Ładne jedzenie, ładni ludzie, roześmiane twarze z buziami o prostych zębach. Wszyscy wciąż tacy młodzi, bo z daleka nie widać tych drobnych zmarszczek wokół oczu. Pojedyncze siwe włosy mieszają się ze srebrem kolczyków i zegarków.
Zaczął padać deszcz, woda lała się na baldachim z szumem wodospadu i spływała zygzakami do studzienek na bokach podwórka. Po drugiej stronie stołu jedna z dziewczyn karmiła kilkumiesięczne dziecko, obok siedział jej mąż. Znam ją – przecież to Klaudia, a on, nie wiem. Kiedy to się wszystko stało, kiedy ten czas tak przyspieszył. Mieszkania, kredyty, dzieci, rodziny.
Zobacz, sam siedzi, pośród ludzi, ale całkiem sam. Nic nie jest jego. To mieszkanie, w którym tkwi, przecież nie jest jego, tylko banku, a rata ciągle rośnie. Przyjdą i zabiorą, co ich.
Deszcz zmywa kurz i pyłki, w złotopomarańczowym blasku świateł wszystko spływa do kanału.
– Zaakceptowałem ofertę z Buypupu – powiedział Prosiek.
– Co to za firma? – spytała mnie cicho Zuza.
– Taki e-commerce z Hongkongu, sprzedają tanie badziewie.
– Nie mogę powiedzieć, ile będę zarabiał, ale w chuj – dodał i wyraźnie nie mógł się doczekać, żeby nam opowiedzieć, ile dokładnie.
– No, ile?
– Czterdzieści brutto na B2B. Na koniec roku premia 50 procent. I jeszcze equity do tego.
Zuza słuchała tej rozmowy jak zupełnej abstrakcji, jakby tamci rozmawiali o zarobkach piłkarzy, a nie o własnych.
Bardzo niedaleko, raptem kilkaset metrów stąd, w Smyku w Alejach Jerozolimskich, jest Biedronka, w której czasem robiłem zakupy, kiedy jeszcze wychodziłem z domu. Raz spotkałem tam trzy starsze panie kupujące mandarynki. Obradowały przy kasie jak trzy wiedźmy. Przyjechały specjalnie do tej Biedronki, żeby kupić mandarynki z konkretnej promocji. Tyle że zamiast obiecanych sześciu złotych za kilo mandarynki kosztowały dziesięć.
Zastanawiały się, co zrobić w takiej sytuacji. Kilka razy uprzejmie prosiły kasjerkę o sprawdzenie ceny. Czuły się oszukane i w końcu uzgodniły, że w imię elementarnej ludzkiej uczciwości nie mogą zaakceptować takiej oferty.
Ostentacyjnie odłożyły swoje małe siateczki mandarynek i pojedyncze produkty, które dodatkowo chciały kupić. Zrezygnowały i odmaszerowały gęsiego na schody ruchome.
Mogłem po prostu za nie zapłacić, nawet bym nie zauważył. Na pewno nie pozwoliłyby mi tego zrobić – ale mogłem zapłacić i odsunąć się na bok, nim by się zorientowały.
Nie zrobiłem tego. Byłem zbyt zdziwiony, że przyjechały do tego sklepu specjalnie po przecenione mandarynki.
Kim mogły być? Schludnie ubrane, najszczuplejsza mówiła wyjątkowo ładną polszczyzną. Może kiedyś były nauczycielkami, miały taką aparycję. Może dostają teraz po dwa tysiące emerytury i nawet cztery złote na mandarynkach stanowi dla nich różnicę.
Za to Prosiek dostaje czterdzieści tysięcy i drugie tyle w bonusach za sprzedawanie podrób i innego gówna z Chin.
Chciało mi się rzygać. Mógłbym wyrzygać na stół te wszystkie szparagi, jajko w koszulce i pięć ziemniaków za dwadzieścia złotych i wciąż chciałoby mi się rzygać.
Spójrz na Prośka, jaki siedzi zadowolony, z tym wywalonym brzuchem pod opiętą koszulą, taki pewny siebie i zakumulowany, że nawet nie pamięta, że jest gruby.
A ten drugi, ten słaby – spójrz, jaki on wrażliwy, jak on o tym myśli, jejku, jejku. Teraz nie pracuję. Mógłbym zarabiać tyle samo co Prosiek. Dwa lata i mam mieszkanie za gotówkę. Mógłbym, a on nie może. Tylko siedzi taki skulony, takie pożal-się-boże.
Do skroni napływa mu krew, pocą mu się palce.
W toalecie czułem zapach lawendy i bergamotki, kibel był czystszy niż w moim mieszkaniu. Dźwięki sali dochodziły do mnie jak spod wody.
Wziąłem dodatkową połówkę xanaxu i posiedziałem na desce. Czekałem, aż lek zacznie działać. Zwykle zajmuje to około pięciu minut. Wciągałem głęboko powietrze i liczyłem oddechy.
Zapach lawendy i bergamotki, dobry panie, jak tu czysto, jakim cudem kibel w restauracji może być tak czysty. W lustrze widziałem niewyraźne odbicie swojej twarzy w ciepłym świetle. Zapadnięte policzki, spłoszone spojrzenie.
Wszystko jest kwestią obserwatora. Jeszcze do niedawna byłem w ciągłym ruchu. Widziałem tylko to, co bezpośrednio przede mną – reszta to tylko obrazy ludzi i rzeczy migające za szybą, ciemne linie.
Przez chwilę wydawało mi się, że jestem częścią tego świata. Na imprezach widziałem z bliska kilka znanych ryjów z telewizji, piłem wódkę w drogich hotelach, oglądałem mecze ze szklanej loży z ludźmi, którzy wcale nie patrzyli na grę, a mimo to wygrywali.
Te czasy się skończyły.
Żeby być częścią mechanizmu, musisz być w ciągłym ruchu. Tacy jak ty nie mogą się zatrzymywać.
Gdyby to chociaż były moje decyzje. Najpierw po kolei skreślali mnie ludzie. Na koniec „nie” powiedziało mi własne ciało.
Żeby zrozumieć ruch, obserwator musi być nieruchomy.
Więc teraz jestem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Kontakt:
Tytuł: Dźwięki ptaków
Redaktor inicjujący: Krzysztof Cieślik
Redaktor prowadzący: Michał Michalski
Redakcja: Piotr Siemion, Krzysztof Cieślik
Opracowanie graficzne oprawy: Kamil Rekosz
Projekt makiety: Mimi Wasilewska
Korekta: Michał Trusewicz, Aleksandra Marczuk-Radoszek
Koordynacja produkcji: Szczepan Kulpa
Opieka promocyjna: Ewelina Lebida
Copyright for the Polish edition by Arkadiusz Kowalik & ArtRage, 2025
Projekt objęty patronatem Krakowskiego Biura Festiwalowego – instytucji kultury Miasta Krakowa i operatora programu Kraków Miasto Literatury UNESCO
FIKCJE – seria, w której przybliżamy czytelniczkom i czytelnikom opowiadania z kraju i ze świata.
Wydawnictwo ArtRage
wydawnictwo.artrage.pl
Wydanie pierwsze, Warszawa 2025
ISBN 978-83-68295-11-5
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek