19,90 zł
Debiutancki tom wierszy Anny Wiśniewskiej-Grabarczyk, literaturoznawczyni i pisarki nominowanej do Nagrody Literackiej im. W. Gombrowicza za powieść Porzeczkowy Josef. W tych tekstach autorka próbuje stworzyć własną poetycką formułę przeżywania śmierci. Żegnając ojca, mierzy się z prywatnym końcem świata, a ukochana osoba staje się zarazem wszechobecnym bytem metafizycznym i pozbawionym indywidualnych cech przedmiotem dookreślanym przez niedopasowane, uszyte nie na miarę, „[kto wpadł na ten pomysł?]”, atrybuty, rzeczy.
Autorami okładki tomiku są Frycz i Wicha.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 15
Trzcianka – Łódź – Kopenhaga
pisanie rozpoczęło się 7 kwietnia 1952
i zakończyło 8 lutego 2017 roku
Kwatera B2-1-32
Ojcze mój
któryś jest w piachu
[kwatera B2-1-32]
o wątłych kościach
[obojczyk złamany jeszcze za życia]
o dłoniach bez formy
[nie utrzymasz długopisu i nie rozwiążesz już żadnej krzyżówki Z głową ]
Ojcze mój
do niepoznania
[za życia nie nosiłeś garnituru!]
Kto wpadł na ten pomysł?
Garnitur wybrany przez grubego stylistę z zakładu pogrzebowego przy szpitalu
Jak on na tobie leży?
[garnitur
wybrany przez grubego stylistę z zakładu pogrzebowego przy szpitalu]
Jesteś szeroki w barach jak Rambo
materiał tnie nitki pod brodą przecina jabłko na ćwiartki łamie się
pod dyktando martwej klatki uspokaja
dopiero na wysokości brzucha
tu jesteś płaski jak deska do krojenia chleba trzy słoje – trzy guziki
spokojny jak jezioro
taka się uczyniła cisza że słychać było dygot liści bukowych na bezwietrzu[*]
W biodrach – oj panie tyle tu miejsca trzeba zwęzić – nie zwęzili
I tak już do końca – toniesz od ud przez kolana i łydki aż po kostki
Piękny finisz! Ostatnie metry! Dopłynął!
[jesteś mistrzem]
***
Ojcze mój
któryś jest w piachu
[Kto wpadł na ten pomysł?]
Samoloty nie latają na zawołanie
Kiedy brali ci miarę
[na garnitur wybrany przez grubego stylistę z zakładu pogrzebowego przy szpitalu]
mnie odwołano samolot
Samoloty nie latają na zawołanie!
Siadam obok stewardesy o mocnych udach
biorę za nią łyk kawy z odtłuszczonym mlekiem
przelewasz się przez zimne palce (niedoczynność tarczycy
stwierdzona w podstawówce)
i spadasz kleksem przed terminalem
Siadam obok stewardesy o mocnych udach
które pęcznieją świeżym mlekiem
parujesz z posadzki (wszystkie posadzki lotnisk
jakie widziałam są nieskazitelnie czyste)
Siadam obok stewardesy o mocnych udach
boimy się obie że szwy zaraz puszczą gdy brali mi miarę byłam przed ciążą
nić łapie ostatni oddech
Proszę nie wypływać za boje!
Jezioro stopy na wysokości przymrużonych oczu podbródek
wbity w suchy piasek
buty buciory sandały szpileczki klapki japonki
kanapki butelki wypijane do ostatniej kropli sok w woreczku z chudą słomką
łokcie wbite w ręcznik ręcznik wbity w miliony ziarenek
Jezioro mi się myśli
Czy ty umarłeś nad jeziorem?
Nie nad jeziorem ale pod geranium (kilka wierszy dalej)
Walizeczki walizy torby plecaki
(było takie słowo „neseser”)
bieg w kierunku bramki
Attention please!
Jestem coraz słabsza zwieszam głowę pod płytę lotniska pod piasek
i w końcu stróżka na owłosionych łydkach
zapach wody chłód z jeziora wybebeszony
odkładam książkę i wchodzę w błękit
Samoloty rozbijają się noskami w dół albo kładą na skrzydle
Nauczyłeś mnie pływać na plecach i żabką
ogarniam wzrokiem wysepkę z pępkiem buk zgarbiony
nad wierszem księżyc nad kostnicą
zwisam jak nietoperz nad twoim martwym ciałem kołuję jak sęp
latawiec
I w końcu rozwieram palce ląduję przed bramką
czuję jak żołądek buntuje się przed tą wyobrażoną kawą
Od twojej śmierci nic nie jadłam
(ty nie jesz ja nie jem)
płynę na pusty żołądek
Dwie żaby na środku nieba