Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Małżeństwo, obietnice, uczuciowe wzloty i upadki.
Robert Orłowski, wybitny, wzięty neurochirurg od zawsze jest obiektem westchnień wielu kobiet. Przystojny, inteligentny, a do tego bogaty – zdaje sobie sprawę z atutów, którymi dysponuje. Po ślubie z Renatą stara się być przykładnym mężem i ojcem. Rozdarty między Krakowem a kliniką w Bostonie, gdzie pracuje, potrafi znaleźć czas dla rodziny i zaangażować się w budowę wymarzonego domu. A jednak żona zauważa, że Robert nie poświęca jej już tak wiele uwagi jak kiedyś. Podskórnie wyczuwa, że nie jest to kwestia przemęczenia, a za przedłużającymi się wyjazdami męża kryje się coś więcej, niż tylko praca. Zaniepokojona, pewnego dnia pakuje siebie i dzieci i wyrusza do Bostonu w poszukiwaniu prawdy o Robercie.
Wcześniejsze losy Renaty i Roberta znajdziecie w książce „Historia pewnego związku”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 447
Rok wydania: 2014
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Danka Braun, 2014
Copyright © by Wydawnictwo Prozami Sp. z o.o., 2014
Redakcja:
Sylwia Drożdżyk-Reszka
Korekta:
Maria Masłowska
Projekt graficzny okładki:
Ilona Gostyńska-Rymkiewicz
Wydawnictwo Prozami Sp. z o.o.
www.prozami.pl
Warszawa 2014
ISBN 978-83-63742-93-5
Skład wersji elektronicznej:
Virtualo Sp. z o.o.
Dedykuję tę książkę Bożenie Szajowskiej,
mojej pięknej szwagierce i wspaniałej przyjaciółce
Styczeń 2008
– Kiedy pan zauważył problemy z panowaniem nad swoimi emocjami?
– Dawno temu, w młodości.
– Proszę dokładniej to opisać.
– To było jeszcze w liceum, zaraz po śmierci mojego dziadka Aleksa. Bardzo przeżyłem jego śmierć. Byłem rozpieszczonym jedynakiem, oczkiem w głowie rodziny. Zawsze dostawałem to, czego chciałem. Nagle odebrano mi kogoś, kogo bardzo kochałem… Trudno było mi się z tym pogodzić.
– Czy często pan używał przemocy? Bił się pan z kolegami?
– Cóż, należę do facetów, którzy grożą pięścią, a nie paluszkiem. Kiedy sytuacja tego wymagała, owszem, biłem się.
– Jakie to były okoliczności?
– Na przykład wtedy, gdy obrażono mnie lub kobietę w moim towarzystwie…
– Czy uderzył pan kiedyś swoje dzieci?
– Nie, nigdy.
– A czy kiedyś uderzył pan kobietę?
– Nie, nigdy… Tylko żonę.
– Jak często to się zdarzało?
– Do dzisiaj, jeden raz. Spoliczkowałem ją.
– Dlaczego?
– Byliśmy na przyjęciu. Obraziła kilka osób w towarzystwie… Była na rauszu.
– Kiedy ją pan uderzył? Wtedy, czy później?
– Później, jak byliśmy sami.
– Czy żałował pan tego?
– Nie żałowałem. Zasłużyła na to… i ten incydent zakończył naszą chwilową separację. Rozładował napięcie, jakie było między nami od pewnego czasu.
– Czy dobrze zrozumiałem – pan ją uderzył i dzięki temu pogodziliście się?
– Tak.
– Aha… Przejdźmy do kolejnego pytania. Czy zgwałcił pan kiedyś jakąś kobietę?
– Nie… Tylko żonę.
– Ile razy pan to zrobił?
– Do dzisiaj, dwa razy.
– Proszę powiedzieć coś więcej.
– Doktorze, czy muszę o tym mówić?… Mamy z żoną specyficzne relacje. Jesteśmy niekonwencjonalnym małżeństwem… To jest dla mnie bardzo krępujące.
– Panie Robercie, sam pan do mnie przyszedł. Jeśli mam panu pomóc, to muszę znać okoliczności tych zdarzeń. Pan również jest lekarzem, a więc wie pan dobrze, że to, co pan powie, nie wyjdzie poza ten pokój.
– Pierwszy raz zdarzyło się to przed naszym ślubem, żona była wtedy narzeczoną mojego licealnego kolegi. To było jakiś czas później, gdy dowiedziałem się, że jestem ojcem jej syna… Nie chciała mnie…
– Gdzie to się stało?
– W jej biurze… na biurku.
– Czy zgłosiła to policji albo powiedziała o tym narzeczonemu?
– Nie.
– Co ona robiła? Broniła się?
– Tak.
– A potem?
– Poprosiła, żebym szybko dokończył, bo dochodzi…
– Nie płakała, nie krzyczała, tylko prosiła pana, żeby pan dokończył.
– Tak… Później płakała.
– A drugi gwałt?
– To było zaraz po ślubie cywilnym. Obraziła się na mnie i postanowiła mnie ukarać, dlatego wymyśliła tydzień postu od seksu…
Poszliśmy na przyjęcie i tam tańczyła z jednym dupkiem. Byłem zazdrosny… i po powrocie do domu… zmusiłem ją do seksu.
– I wtedy też prosiła, żeby pan szybko dokończył, bo dochodzi?
– Nie. Wtedy liczyła na głos.
– Jak to liczyła?
– Zwyczajnie… raz, dwa, trzy.
– Pan ją gwałcił, a ona w tym czasie liczyła?
– Tak. Doszła do dziewięćdziesięciu dziewięciu…
– I co było potem?
– Przestałem ją gwałcić… hm, nie miałem czym.
– A jak było dziś w nocy? Jak wyglądał dzisiejszy gwałt?
Pytanie terapeuty zawisło w powietrzu. Zapadła cisza. Mężczyzna spuścił głowę. Łokcie rąk oparł na kolanach, twarz schował w dłoniach. Po chwili wyprostował się, podniósł głowę i spojrzał prosto w oczy terapeuty.
– Dzisiaj było inaczej – powiedział cicho.
Terapeuta obserwował w milczeniu nowego pacjenta. Nie znał osobiście doktora Orłowskiego, ale dużo o nim słyszał. Dużo dobrego. W środowisku lekarskim uchodził za jednego z najlepszych neurochirurgów w kraju. Jego klinika była znana w całej Polsce. Nie spodziewał się, że pozna doktora Orłowskiego w takich okolicznościach.
Widząc wahanie pacjenta, zmienił sposób prowadzenia wywiadu.
– Panie Robercie, proszę po kolei opowiedzieć, jak do tego doszło. Proszę opisać, jak wyglądało państwa małżeństwo.
***
Renata nie spała. Ciągle dźwięczały jej w uszach słowa Roberta. Ważniejsze dla niej od tego, co zrobił, było to, co powiedział. Czy to możliwe, że dalej ją kocha? Po tym wszystkim, co się stało między nimi? Trudno było jej w to uwierzyć. Spojrzała na sińce na swoich rękach. Łzy znowu napłynęły jej do oczu. Dlaczego do tego doszło? Przecież kiedyś tak bardzo się kochali?! Teraz ich miłość umarła… Przymknęła powieki. Podobno człowiek w chwili śmierci widzi całe swoje życie…
Ona widziała tylko kilka ostatnich lat. Siedem i pół roku ich małżeństwa… Najdłużej zatrzymała się przy ostatnich trzech latach. Wtedy zaczęły się ich problemy…
Mój życiorys można podzielić na dwie części: przed spotkaniem Roberta i po.
Zanim go poznałam, wszystko w moim życiu było poukładane, spokojne, zrównoważone i… monotonne. Dni i lata upływały, nie działo się nic ciekawego. Najbardziej ekscytującym momentem była matura i egzamin na studia.
Ale przyszedł rok 1989, w którym go poznałam.
Ujrzałam go, zakochałam się i zgłupiałam. Ja go kochałam, a on… pozwalał się kochać. Przez całe trzy miesiące. Później poleciał na drugą półkulę świata, odkrywać nieznane obszary półkul mózgowych. Poznawał nowy świat niebezpiecznych oponiaków, glejaków i innych mózgowych potworów. Uczył się, jak walczyć z nimi i jak je pokonywać skalpelem i lancetem. Wyjechał, ale zostawił mi coś na pamiątkę – małego, czarnowłosego i czarnookiego skrzata z ilorazem inteligencji: 160.
Kiedy ja naiwna, ciągle zakochana idiotka, czekałam na niego, aż wróci ze swej lekarskiej krucjaty, on w tym czasie oprócz poznawania arkanów neurochirurgii zdobywał również serce pięknej i bogatej Betty, współwłaścicielki kliniki. Jego szczęście w ramionach amerykańskiej żony nie trwało zbyt długo. Postarała się o to jej siostra. Bostońska Balladyna o imieniu Kate pomogła pięknej Betty przepłynąć rzekę Styks i zamieszkać w tym lepszym ze światów. Zrobiła to nie za pomocą noża, lecz przewodów hamulcowych w jej samochodzie. W ten to sposób piękny Robert stał się również bogatym Robertem.
Po jedenastu latach zjawił się na moich zaręczynach z moim niczego nieświadomym narzeczonym i… zaczęła się moja jazda na emocjonalnym rollercoasterze.
Byłam bez szans, ale dzielnie walczyłam. Już mi się prawie udało, już miał wyjechać… ale na pożegnalnym przyjęciu zjawił się Krzyś, jego dziesięcioletni klon. Bez trudu domyślił się, że to jego syn… I wyszłam za Roberta, nie za Andrzeja.
Los jednak postanowił mnie ukarać i noc poślubną spędziliśmy w szpitalu. Syn nakrył nas, jak konsumowaliśmy prawa małżeńskie. Za jednym zamachem zobaczył teatr porno na żywo i dowiedział się, że jego zmarły ojciec zmartwychwstał. Przeżył szok. Wybiegł z domu wprost pod koła nadjeżdżającego samochodu. Robert jednak nie pozwolił mu umrzeć, uratował mu również wzrok w swojej bostońskiej klinice. Siedem lat temu, w połowie października wróciliśmy z Bostonu do Krakowa, żeby rozpocząć wspólne życie – ja, Krzyś, Robert i nowy skrzacik ukryty w moim brzuchu.
Czy to nie tysięczna wersja bajki o Kopciuszku? ONA – biedna i przeciętna, ON – piękny i bogaty. Początkowo nie wierzyłam, żeby współczesny książę znalazł szczęście przy boku podstarzałego Kopciuszka. Bałam się go. Bałam się go pokochać ponownie… Ale, później uwierzyłam w jego miłość… No przecież nie byłam wcale taka biedna – miałam mieszkanie, samochód i biuro rachunkowe… a przeciętną przestawałam być, kiedy zrobiłam makijaż i założyłam pończochy.
Uwierzyłam, że mnie kocha. Był taki przekonujący…
Cóż, najczęściej bajki kończą się w momencie ślubu, ewentualnie tuż po. Całe dalsze życie królewny i królewicza podsumowane jest eufemistycznym „żyli długo i szczęśliwie”. Ale jak naprawdę wyglądało ich długie i szczęśliwe życie, o tym bajkopisarze milczeli. Czy królewicz zawsze budził pocałunkiem swą śpiącą, królewską małżonkę? A może gdzieś w kącie zamku królewska teściowa knuła podstępne intrygi? Może zły czarnoksiężnik sporządził eliksir z wzajemnych rozczarowań i pretensji, by podstępnie podsunąć im do wypicia? A może królewiczowi wpadła w oko inna księżniczka, z innego królestwa…?
Być może małe dziewczynki powinny czytać bajki o złych potworach, żeby w dorosłym życiu przeżyć mniej rozczarowań…
Na początku naszego małżeństwa było pięknie jak w każdej bajce.
Z Bostonu wróciliśmy w połowie października. Było wtedy bardzo słonecznie – potraktowałam to jako dobrą wróżbę dla naszego małżeństwa. Jednak po południu nad Krakowem pojawiły się czarne chmury i rozpętała się burza, mimo że był to październik.
Zamieszkaliśmy w moim mieszkaniu. Robert nie chciał mieszkać w domu matki, na Woli Justowskiej. Postanowił zabrać stamtąd wszystkie swoje rzeczy i oddać klucze. Nie mógł jej wybaczyć, że nie powiedziała mu o istnieniu Krzysia.
Trochę bałam się wspólnego życia z mężczyzną. Miałam skończone trzydzieści sześć lat i do tej pory nigdy nie mieszkałam z facetem. Robert był rozpieszczonym przez los jedynakiem, przyzwyczajonym do luksusu i pieniędzy. Ja natomiast byłam osobą skromną, oszczędną, która całe życie walczyła o finansowe przetrwanie. Miałam syna, za którego byłam odpowiedzialna, podczas gdy Robert nigdy nikim się nie opiekował. Z dnia na dzień został ojcem, obawiałam się, czy sprosta nowym obowiązkom. Kiedyś był żonaty, ale z bogatą i piękną kobietą, która rano po przebudzeniu nie przypominała z wyglądu, jak ja, czarownicy. Była lekarką, mieli więc wspólne tematy i zainteresowania. Nas dzieliło wszystko oprócz łóżka. W tej materii byliśmy dobrani idealnie! Jednak bałam się, czy to wystarczy?
Moje obawy okazały się bezpodstawne. Robert, jak się wkrótce przekonałam, był idealnym towarzyszem życia. Bezkonfliktowy, tolerancyjny i wyrozumiały, nie czepiał się drobiazgów, ustępował mi na każdym kroku. Wyręczał mnie w pracach domowych, nawet gotował dla nas obiady.
Dzielnie znosił niewygody związane z mieszkaniem w bloku. Całe życie spędził w domach, nie wiedział, co to znaczy mieszkać w trzy osoby z dużym psem na siedemdziesięciu metrach kwadratowych. W jego bostońskim domu salon był większy niż nasze mieszkanie! Nie skarżył się, ale widziałam, że ciasnota go męczy. Czasami żartował ze slumsów, w jakich przyszło mu żyć na starość.
– Nie życzę sobie, żebyś nazywał moje mieszkanie slumsami, ty amerykański snobie! Miliony Polaków marzy o takim lokum jak moje. Jeśli ci nie pasuje, to wynoś się do Bostonu! – Byłam wtedy w wyjątkowo paskudnym humorze.
– Przepraszam, nie będę więcej tak żartował.
Spojrzałam na niego złowrogo. Nie zezłościł się moim wybuchem. Muszę przyznać, że przez cały czas, kiedy chodziłam w ciąży, był wyjątkowo cierpliwym i wyrozumiałym mężem. Ja zaś byłam wyjątkowo wredną ciężarną. Gorzej znosiłam tę ciążę niż poprzednią. Źle się czułam, wyglądałam też źle.
Od naszego powrotu z Bostonu minęły dwa tygodnie, a Robert nie poznał jeszcze moich rodziców. Wciąż wymyślałam jakieś przeszkody, byle tylko tam nie jechać. Bałam się konfrontacji: mój mąż – moi rodzice. Moi staruszkowie przeżyli ogromny szok, gdy dowiedzieli się, że dwa miesiące przed ślubem zmieniłam narzeczonego i powiedziałam „tak” innemu.
Zebrałam się jednak na odwagę i postanowiłam, że w najbliższą niedzielę pojedziemy do Żurady Leśnej, mojej rodzinnej miejscowości pod Olkuszem. Krzyś bardzo się ucieszył, chciał przed rodziną pochwalić się swoim tatą. Ja, w przeciwieństwie do syna, oczekiwałam niedzieli z niepokojem. Wiedziałam, że mąż nie spodoba się rodzicom, ani oni jemu.
Robert bardzo przejął się pierwszą wizytą u teściów. Założył najlepszy garnitur, najlepszą koszulę, krawat i diamentowe spinki – prezent od pierwszej żony. Jego ubranie było więcej warte niż obie kilkuletnie emerytury moich rodziców! Gdyby mama wiedziała, że jego spinki są droższe od nowego samochodu mojego brata, chyba zemdlałaby z wrażenia. Nie mogłaby pojąć takiej rozrzutności, zwłaszcza że sama jeździ na targ, aby zaoszczędzić dziesięć złotych. Zięć, który wydaje tyle pieniędzy na ubranie, straciłby w jej oczach.
Nie miałam odwagi powiedzieć o tym Robertowi. Tak bardzo się starał, żeby dobrze wypaść. Porządny garnitur w jego mniemaniu świadczył o szacunku dla osób, z którymi miał się spotkać.
Tak jak przypuszczałam, mój mąż nie spodobał się rodzinie, a mój ojciec nie spodobał się Robertowi.
– Nie widziałem tak kłótliwego człowieka jak twój ojciec – stwierdził po powrocie, gdy już leżeliśmy w łóżku.
– On się nie kłóci, on dyskutuje.
– Niech ci będzie! Nie widziałem nigdy tak zacietrzewionego dyskutanta. Ale za to twoja mama jest bardzo poczciwą kobietą. Przypomina mi trochę moją babcię Anię.
Moi rodzice też nie byli Robertem zachwyceni.
– Dziecko, nie wiem, czy dobrze wybrałaś. On nie pasuje do nas. Nie będziesz miała z nim lekkiego życia. Jest za przystojny, za bogaty dla ciebie. Nie raz, nie dwa będziesz przez niego płakać! Andrzej byłby lepszym mężem – mówiła mama w czasie rozmowy telefonicznej.
Ojcu również się nie spodobał. Nie imponowało mu nawet to, że Robert jest lekarzem, chociaż ten zawód zawsze darzył dużym szacunkiem. Zdanie o nim zmienił dopiero po weselu córki stryja Tadeusza. Choć póki co, oboje rodzice mieli niezbyt pochlebne zdanie o Robercie, to jedno musieli przyznać: był wspaniałym ojcem dla Krzysia.
Tak rzeczywiście było. Szybko znalazł wspólny język z synem, traktował go jak partnera, nie jak dziecko. Każdy problem Krzysia był wspólnie z nim analizowany. Nigdy nie kazał, tylko radził, jak ma postąpić w danej sytuacji. W krótkim czasie stał się dla Krzysia wyrocznią. Syn zwierzał mu się ze wszystkiego, tak jak kiedyś mnie.
Teraz to Robert chodził na zebrania szkolne i był bardzo aktywnym rodzicem. Wychowawczyni nie miała problemu z wybraniem trójki klasowej, bo Robert sam zaproponował swoją kandydaturę, przyjętą jednogłośnie. Zaraz na skarbniczkę i sekretarza zgłosiły się dwie mamusie. Później często wydzwaniały do przewodniczącego z różnymi ważnymi sprawami. Bardzo chętnie przychodziły na dyskoteki szkolne, kiedy był na nich Robert. Razem kupowali prezenty dla nauczycieli i książki na nagrody dla dzieci. Robertowi nie wystarczyła funkcja przewodniczącego trójki klasowej. Został przewodniczącym komitetu rodzicielskiego. Nigdy wcześniej ani nigdy później szkoła nie miała tak zaangażowanego rodzica. Dyrektorka rozpaczała, kiedy Krzyś skończył podstawówkę, za to dyrektorka gimnazjum, do którego zaczął chodzić nasz syn, była zachwycona.
Objawienie się „Krzyśkowego” ojca samo w sobie było wielkim wydarzeniem. Ponieważ moja koleżanka Kasia była nauczycielką Krzysia, wiedziałam, co w szkole piszczy. Temat Roberta bez przerwy przewijał się w pokoju nauczycielskim. Już jego pierwsza wizyta w szkole wywołała sensację. Nagle z Krzysztofa Sawickiego mój syn stał się Krzysztofem Orłowskim. Czyż to nie wielkie wydarzenie?! Nauczycielki rozwodziły się nad tym przez dwa tygodnie, później zainteresowanie ojcem Krzysia jeszcze bardziej wzrosło. Każde pojawienie się mojego męża w szkole wywoływało poruszenie. Pan doktor miał tylko jedną wadę – mnie. Po co on się ożenił z tak mało ciekawą osobą? – myślała większość nauczycielek. Taki przystojny i interesujący mężczyzna powinien przecież lepiej wybrać! Owszem, niechby był ojcem, ale od razu się żenić, to głupota!
Och, często wyobrażałam sobie, co o mnie musiały wygadywać!
Po powrocie do kraju musiałam podjąć ważną dla mnie decyzję: co zrobić ze swoją firmą? Dalej prowadzić biuro rachunkowe czy zawiesić działalność? Długo się wahałam.
Przez całe dorosłe życie sama się utrzymywałam, dbałam o siebie i moje dziecko. Nigdy nie potrzebowałam niczyjej pomocy. Teraz mój mąż chciał wprowadzić duże zmiany. To on pragnął utrzymywać mnie i mojego syna. Przepraszam – naszego syna. Ten patriarchalny model rodziny nie za bardzo mi pasował. Nie chciałam być niczyją utrzymanką! Nawet męża. Głównym argumentem Roberta była moja ciąża. Źle się czułam, miałam wysokie ciśnienie, puchły mi nogi. To wszystko zadecydowało, że jednak postanowiłam zmienić status. Zamieniłam bycie bizneswoman na rzecz kury domowej. Dobrze prosperujące biuro rachunkowe odstąpiłam Rafałowi, mojemu pracownikowi i przyjacielowi. Nie miał licencji, więc na razie prowadził działalność pod moim szyldem. Spełniło się marzenie Roberta – był za nas w pełni odpowiedzialny.
Zaraz po powrocie z Bostonu Robert zaczął szukać działki pod nasz przyszły dom. Trwało to dość długo, ponieważ był bardzo wybredny. Musiała mieć co najmniej 30 arów, być uzbrojona i znajdować się w dobrym miejscu, w sąsiedztwie linii tramwajowej, niedaleko osiedla z całą jego infrastrukturą: szkołą, przedszkolem, sklepami. W końcu udało mu się trafić na parcelę spełniającą jego wymagania.
Potem zaczął szukać dobrego architekta. Poleciłam mu moją koleżankę Marlenę. Początkowo miał obiekcje. Architekt – baba?! Po spotkaniu z nią zmienił zdanie i właśnie baba została jego architektem. Widząc, że jest doskonałym fachowcem, powierzył jej również realizację innego swojego marzenia – zaprojektowanie kliniki.
Czas płynął, byłam coraz grubsza i coraz bardziej upierdliwa. Najbardziej „obrywał” Robert, który jednak znosił moje humory bez szemrania. Najbardziej oczywiście denerwowało mnie zainteresowanie kobiet moim małżonkiem. Co chwilę któraś do niego wydzwaniała: albo jakaś nauczycielka, albo czyjaś mamusia.
W pewną marcową środę przyszła do mnie Kasia, nauczycielka matematyki w szkole Krzysia. Przyjaźniłyśmy się. Zawsze wesoła, uśmiechnięta, sprawiała, że ludzie lubili jej towarzystwo. Miała poczucie humoru i dość luźny sposób bycia. Jej słownictwo nieraz wywoływało rumieńce u co bardziej nobliwych. Dziś wyglądała wyjątkowo ładnie. Jej zgrabna, mimo niskiego wzrostu, figura, zawsze przyciągała męski wzrok. Miała to, co powinna, według mojego męża, mieć kobieta: duży biust, talię osy, piękne zęby i bujne włosy.
– Cześć! Gdzie tak się spieszył twój piękny? Spotkałam go na schodach.
– Na randkę z dwiema mamusiami. Nie potrafią bez niego kupić prezentu wychowawczyni – mruknęłam. – Chcesz gołąbki?
– No pewnie. Chciało ci się robić?
– Robert robił. Spełnia wszystkie moje ciążowe zachcianki. Kiedy wróciłam z lekcji angielskiego, jego nie było, bo pojechał do mojej mamy, żeby nauczyła go zwijać kapustę. Pierogi też nauczył się robić. Uważa przyrządzanie takich pracochłonnych potraw za wyznanie miłości.
– No, no, widzę u twojego męża coraz więcej zalet. Byłam wczoraj na jego prelekcji poświęconej Stanom Zjednoczonym. Nie przypuszczałam, że twój mąż potrafi tak interesująco opowiadać. Jest świetnym gawędziarzem! Marzę o tym, żeby u mnie na lekcjach dzieciaki wykazywały takie zainteresowanie, jak wczoraj słuchając Roberta – westchnęła. – À propos, powiedz mi, ile twój mąż ma marynarek, bo coraz to widzę go w innej – zmieniła nagle temat.
– Nie wiem. W szafie naliczyłam dziewięć, ale są jeszcze w piwnicy i w magazynie, który dodatkowo wynajął, bo tutaj nie wszystko się mieści. Ma bzika na punkcie marynarek.
– Przyjrzałam mu się wczoraj. Skurwiel, naprawdę jest przystojny!
– Wiem, nie musisz mi mówić – westchnęłam.
– Coś taka markotna?
– Boję się, że mnie kiedyś zostawi – powiedziałam cicho.
– Wątpię, jest zbyt odpowiedzialny. Ale skok w bok na pewno kiedyś wykona – jak amen w pacierzu! Baby postarają się o to, gdyby nawet sam nie chciał. Nie spotkałam drugiego faceta, który tak by działał na kobiety jak on. Z niego wręcz kapie testosteron! Jak spojrzy tymi swoimi czarnymi ślepiami i jak się uśmiechnie… to prawie każda baba ściągnie dla niego majtki – „pocieszyła” mnie Kasia.
– Jak mnie zdradzi, to wtedy ja go, drania, zostawię! – wykrzyknęłam z nagłą wściekłością.
– No, taką cię lubię! – Roześmiała się. – Kiedy on leci do Bostonu? Robert nadal pracował w Bostonie, co miesiąc leciał tam na kilka dni.
– W niedzielę. Zawsze od poniedziałku zaczyna odrabiać pańszczyznę.
– Nie boisz się, że ma tam kogoś? Jesteś już w zaawansowanej ciąży…
– I co z tego? Jemu to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, uważa to za rodzaj perwersji. A on lubi perwersje. Mówi, że nigdy nie miał w łóżku kobiety z takim brzuchem. – Po chwili dodałam: – Teraz na pewno mnie nie zdradza, bo wie, że akurat zdrady, gdy jestem w ciąży, nigdy bym mu nie wybaczyła… Oprócz tego jest za bardzo wygłodniały seksualnie, gdy wraca, więc to niemożliwe, żeby w tym czasie z jakąś spał.
Nagle Samanta, która dotąd leżała spokojnie na swoim legowisku, zerwała się i podbiegła do drzwi, radośnie machając ogonem.
– Cóż się dzieje temu psu? – zapytała zdziwiona Kasia.
– Któryś z nich wraca, obu tak wita. Jeszcze ich nie ma na klatce schodowej, a ona już wie, że się zbliżają. Ale coś za wcześnie na nich.
Samanta jak zwykle się nie pomyliła. Wrócił Robert.
– Co tak szybko? Nie byłeś na kawie z mamusiami? – zdziwiłam się.
– Nie tym razem. Obiecałem ci, że zaraz wrócę. Widzę jednak, że niepotrzebnie się spieszyłem, bo przeszkodziłem wam w obgadywaniu mnie.
– Właśnie Kasia zastanawiała się, kiedy zaczniesz mnie zdradzać – powiedziałam zaczepnie.
– Kasiu, mężczyzna zdradza kobietę tylko wtedy, kiedy ona nie dostarcza mu tego, czego on potrzebuje. Moja żona na razie dba o mnie, więc nie mam potrzeby jej zdradzać. – Uśmiechnął się jak Rhett Butler do Scarlett i cmoknął mnie w policzek. – Możecie mnie dalej obgadywać, jadę z Samantą po Krzyśka.
Szesnastego maja na świat przyszła nasza córeczka. Wszystko poszło dobrze, dziecko urodziło się zdrowe, mierzyło i ważyło jak trzeba.
Robertowi aż oczy błyszczały z radości. Podejrzewam, że dopiero teraz uwierzył, że to jego dziecko, a nie Andrzeja. Wątpliwości nie mogło być żadnych: te same ogromne oczy, czarne włoski i śliczna buzia. Andrzej nigdy by nie spłodził tak ładnego dziecka! Nasza córka miała wyjątkowo bujną czuprynę. Pielęgniarki zawiązały jej czerwoną kokardkę na czubku głowy. Kiedy wzięłam ją na ręce, obudziła się, spojrzała na mnie i… zaczęła ryczeć.
Oddałam ją Robertowi. Momentalnie przestała płakać.
– Nawet takie maleńkie kobietki potrafisz w sobie rozkochać – powiedziałam z uśmiechem do męża.
Ten poród zniosłam o wiele lepiej. Kiedyś kobieta dłużej zostawała w szpitalu, teraz wypuszczali już w trzeciej dobie. Nie wiem, czy to dobry pomysł, bo w szpitalu chociaż można się było wyspać, w domu nie miałam takiej możliwości. Mała wyła cały czas, uspakajała się tylko na rękach tatusia.
Robert pod profesjonalnym okiem pielęgniarki nauczył się przewijać, przebierać i kąpać nasze maleństwo. Przez pierwsze tygodnie robił wszystko sam. Mała go uwielbiała. Drugą osobą, którą zaakceptowała, był Krzyś, a gdy trochę podrosła, jej przyjaciółką stała się Samanta. Ja zajmowałam ostatnie miejsce. Nie powiem, sytuacja początkowo bardzo mi odpowiadała, nie musiałam wstawać w nocy, bo robił to Robert. Iza nie chciała nawet ssać mojej piersi. Musiałam odciągać pokarm, który następnie podawał jej Robert przez butlę. Iza była córeczką tatusia, a Krzyś? Należał do mnie! Co prawda, z biegiem czasu więź między ojcem a synem stawała się coraz mocniejsza, Robert zaczynał być dla niego najlepszym przyjacielem, ale ja zajmowałam zawsze szczególne miejsce w sercu naszego syna i byłam dla niego najważniejszą osobą.
Zachowanie Izy czasami było dla Roberta męczące. Widziałam, że miał tego dość i z radością wyjeżdżał do Bostonu, ale po dwóch dniach chciał już wracać do domu, bo niepokoił się o nas. Niepotrzebnie. Iza, kiedy nie było Roberta w pobliżu, przypominała sobie o mamie. Nie płakała, jadła odciągnięty pokarm, w nocy też potrafiłam ją uspokoić. Obecność Roberta zmieniała wszystko. Wtedy liczył się tylko tatuś.
Kilka tygodni po porodzie dostaliśmy zaproszenie na ślub mojej kuzynki, córki stryja Tadeusza. Robert nabrał ochoty, żeby na to wesele iść.
Ślub miał się odbyć pod koniec sierpnia. Wybraliśmy się na zakupy do galerii handlowej, żeby kupić odpowiednie ubrania. Najpierw szukaliśmy garnituru dla Krzysia. Robertowi jeden się spodobał. Mnie nie, ponieważ cena była zawrotna – kosztował dwa tysiące złotych. Powiedziałam mężowi, że nie ma sensu wydawać tylu pieniędzy, kiedy chłopak szybko rośnie. Długo go przekonywałam… ale nie przekonałam. Kupił mu ten garnitur, drogą koszulę, drogi krawat i bardzo drogie buty. Westchnęłam z rezygnacją. Następnie mój drogi małżonek postanowił wybrać kreację dla mnie. Zwiedziliśmy kilka butików, ale według niego nie było w nich niczego godnego uwagi. Po dwóch godzinach chodzenia i po trzydziestu przymiarkach, znalazł wreszcie suknię, która w miarę go zadowoliła.
– Proszę nie pokazywać mojej żonie ceny tej sukienki, bo przestanie jej się podobać – powiedział, uśmiechając się do ekspedientki. – Moja pani cierpi na syndrom mentalnej żebraczki. Uznaje tylko ubrania z „ciucholandu”, dla niej Dior jest mało przekonujący.
– Nie jestem taką snobką jak ty, żeby metka i wysoka cena decydowały o tym, czy coś jest ładne czy nie. Przypominasz mi komunistycznych Rosjan. Metka była dla nich najważniejsza. I oczywiście musiała być widoczna. W przyszłości otworzę butik z tanimi i ładnymi ciuchami. Zobaczysz, ty amerykański snobie, że można ubierać się dobrze, a niekoniecznie drogo. – Wskazałam sukienkę na wieszaku i dodałam: – Popatrz na to barachło. Trzy tysiące złotych, Dior, a nie nadaje się nawet na ścierkę do podłogi, bo za sztywna. Chciałbyś, żebym chodziła ubrana w czymś takim?
– Rzeczywiście, ta sukienka jest mało ciekawa, ale popatrz na tę obok. Jest fantastyczna.
– Ale nie na moją figurę. Ta, którą mi wybrałeś, owszem, nawet mi się podoba… mimo że jest od Diora.
Sukienka była bardzo efektowna, na cenę wolałam nie patrzeć. Szmaragdowa, z dużym dekoltem i wąską spódniczką kilka centymetrów przed kolano, leżała na mnie jak ulał, nie trzeba było nic poprawiać. Buty w identycznym kolorze i kopertowa torebka dopełniały całości.
W sobotę od samego rana trwały przygotowania do wesela. Wstałam wyjątkowo wcześnie, ponieważ miałam umówioną wizytę u fryzjera.. Wróciłam z pięknym kokiem w kształcie rożka.
– Jak ci się podoba moja fryzura? – zapytałam Roberta.
– Wyglądasz w niej dziesięć lat starzej, ale ja ostatnio jestem amatorem czerstwego pieczywa. Może być.
– No wiesz?! Do sukni od Diora nie mogę uczesać się w koński ogon. Naprawdę w koku wyglądam staro?
– Kok zawsze postarza, tylko młode dziewczyny mogą sobie na niego pozwolić. Ale ja ciebie lubię z upiętymi włosami. Może być.
Nadąsałam się, ale uznałam, że nie warto tracić nerwów i wchodzić w dyskusję z Robertem. Ubrałam się w świeżo zakupioną kreację, włożyłam buty i przejrzałam się w lustrze. Całkiem nieźle! Najbardziej podobał mi się mój biust, nie musiałam teraz sztukować się gąbczastymi stanikami. Mężowi też się podobał.
Nareszcie był duży. Rozmiar mógłby pozostać na zawsze, ale zawartość nie. Bałam się poplamić suknię, założyłam więc biustonosz z gąbkami i zabezpieczeniem na wypadek wypływu mleka. Miałam teraz piersi jak seksbomba!
Trzeba założyć jakąś biżuterię, pomyślałam. Zaczęłam grzebać w szkatułce ze sztucznymi klejnotami.
– Zostaw to. – Usłyszałam głos Roberta.
Podszedł do mnie z pięknym pudełeczkiem i wyjął z niego błyszczący naszyjnik. Zawiesił mi go na szyi. Blask, jaki od niego bił, nie budził żadnych wątpliwości, co mam na sobie.
– O! Jakie śliczne cyrkonie mi kupiłeś. – Uśmiechnęłam się do męża, kręcąc przy tym z dezaprobatą głową.
– Jesteś chyba jedyną kobietą na świecie, która woli cyrkonie od brylantów i sztuczne futro od prawdziwego.
– Uważam, że mordować zwierzęta tylko po to, żeby jakaś strojnisia mogła potem paradować w ich skórze, to barbarzyństwo. A nosić na szyi błyskotki warte tyle, co niezły samochód, to też głupota. Gdzie ja będę w tym chodzić? Na targ po buraki? A może te diamenty pochodzą z Sierra Leone? Wiesz, co tam się dzieje?! W kopalniach diamentów zmuszają ludzi do niewolniczej pracy, obcinają ręce, każą dzieciom mordować swoich rodziców! Na każdych diamentach może być ludzka krew! – Podsumowałam prezent mojego męża. Widząc jednak jego minę, pocałowałam go w policzek. – Ważne, że chciałeś mi zrobić przyjemność. Dziękuję, są naprawdę piękne.
– To prezent za urodzenie Izy.
Wyjął mniejsze pudełeczko.
– A to z okazji pierwszej rocznicy ślubu.
W pudełku leżały małe śliczne kolczyki, pasujące do naszyjnika.
Moja rodzina doceniła piękno biżuterii, choć oczywiście nikt nie wiedział, że mam na sobie całkiem niezłego mercedesa.
– Ładny wisiorek – stwierdziła mama. – Jak ładnie się mieni. Musiał dużo kosztować. Dwieście, trzysta złotych? – dopytywała.
– Nie wiem, mamo. Robert kupił mi za urodzenie Izy.
O odpowiedniej porze wszyscy stawiliśmy się przed kościołem. Pojawienie się mojego męża było większym wydarzeniem niż suknia panny młodej. Gapiono się na nas bez skrępowania, przede wszystkim na mojego męża i syna. Trzeba przyznać, że doskonale się prezentowali. Krzyś wyglądał jak miniaturka Roberta. Nie tylko twarze i ubrania mieli podobne, ale nawet gesty i ruchy takie same. Nikt nie miał wątpliwości. Badania DNA nie były tu konieczne. Wiadomo było, że to ojciec i syn.
– Którzy to twoi stryjowie? – zapytał cicho Robert.
– Wszyscy z dużymi nosami, a dziewczyny z garbatymi to moje kuzynki. Osiem sztuk. Każdy stryj ma po dwie córki, tylko mój ojciec ma również syna. Mnie i mojemu bratu udało się, że mamy normalne nosy… I ty się dziwisz, że często chodzę do kościoła? Mam za co dziękować Bogu. Jak pomyślę o tych nosach, to od razu jestem bardziej szczodra i daję więcej na tacę.
– Ta sympatyczna dziewczyna, która mieszka w Szczecinie, nie ma przecież garbatego nosa – zauważył mój mąż.
– Teraz nie ma, ale miała.
Po mszy składano nowożeńcom życzenia i wręczano prezenty, w większości oczywiście koperty. Robert swoim zwyczajem obdarzył młodych nietypowymi życzeniami, panna młoda aż spąsowiała z zawstydzenia.
Potem pojechaliśmy do restauracji. Zaczęło się przyjęcie. Najpierw toast, potem obiad, później znów toast, bo wszystko było bardzo gorzkie. Goście pili (ja, mleczarnia, nie mogłam), jedli (miałam ścisłą dietę, żeby mojej córce nie odbijało się śledziami) i tańczyli (jedyne, co mogłam robić). Początkowo moi krewni traktowali Roberta z rezerwą. Lekarz, bogaty i do tego ze Stanów, to było trochę za dużo dla prostych ludzi spod Olkusza. Alkohol jednak przełamał nieśmiałość i skrępowanie. Coraz częściej ktoś podchodził do naszego stołu.
Robert zatańczył z panną młodą, z teściową, z ciotkami i kuzynkami, czyli z większością kobiet na weselu, które tuż nad ranem zakłócił jeden incydent.
Jeden z gości podbiegł do nas z krzykiem. Jego ojciec stracił przytomność. Robert rozpoznał zawał i udzielił pierwszej pomocy, dzięki czemu uratował mu życie.
Od tego czasu mój mąż stał się w oczach mieszkańców Żurady Leśnej najwybitniejszym lekarzem w Polsce Południowej. Kiedy tylko zauważono pod domem rodziców samochód Roberta, sąsiedzi zaraz przychodzili po darmową poradę lekarską – mój mąż nigdy od nich nie brał pieniędzy.
Zmienił się też stosunek mojego ojca do Roberta. Nareszcie zaczął widzieć w nim dobrego lekarza, a przez to także dobrego męża.
Po trzech latach nasz dom był wreszcie gotowy. Nie do końca jeszcze spełniał oczekiwania Roberta, ale można było w nim zamieszkać. Wnętrze było już urządzone. Parter miał dwie części: rodzinną i osobną reprezentacyjną. Tę pierwszą stanowiła przestrzeń z otwartą kuchnią, małą jadalnią i salonikiem. W drugiej znajdował się duży elegancki salon, z wytwornymi skórzanymi kanapami i fotelami, obok stał wielki, rozkładany stół. W rogu pokoju umieszczono kominek. Całość sprawiała wrażenie rezydencji bogatego człowieka sukcesu. Część rodzinna, po mojej ingerencji, była już bardziej swojska i przytulna. Brzoskwiniowe ściany, rudawa tapicerka foteli i krzeseł, lekkie, złocisto-pomarańczowe zasłony wprowadzały we wnętrzu wesoły nastrój. Chciało się tu przebywać. Tutaj też spędzaliśmy większość czasu. Z wielkiego salonu korzystaliśmy tylko w czasie świąt i kiedy przyjeżdżali do nas goście.
Na parterze, oprócz łazienki i WC, znajdował się także gabinet Roberta. Część podpiwniczona stanowiła zaplecze gospodarcze, znajdowała się tu również siłownia. Piętro zajmowały sypialnie. Było ich pięć, każda z własną łazienką i garderobą. Wystrojem wnętrz zajęła się Marlena i Robert. Flizy sprowadziliśmy z Hiszpanii, meble z Włoch. Wszystko było bardzo piękne i eleganckie. Robert osiągnął to, co chciał, i do czego był przyzwyczajony: dom robił na ludziach duże wrażenie. Najlepiej jednak czuliśmy się w naszej kuchni. Tu toczyło się nasze życie rodzinne. Najbardziej lubiliśmy siedzieć przy kuchennym stole, mimo że za niską ścianką była część jadalniana.
Nigdy nie zapomnę dnia przeprowadzki do naszego domu. Był to czwartek, szesnastego października. Była piękna, słoneczna pogoda. Potraktowałam to jako dobrą wróżbę. Nie uważam się za osobę przesądną. Nie wierzę w znaki zodiaku ani w karcianą kabałę, nie zmieniam również trasy, kiedy kot przebiegnie mi drogę. Ale na widok kominiarza wolę chwycić za guzik i szukać mężczyzny w okularach, a nuż będę miała szczęście. Tak samo pogoda – jeśli w ważnym dla mnie dniu jest ładnie, chcę wierzyć, że to dobrze wróży na przyszłość.
Wierzę również w niektóre „znaki”. Stwierdziłam, że Robert jest mi pisany, ponieważ urodził się szesnastego marca, tak jak ja. Krzyś również przyszedł na świat szesnastego marca, chociaż to akurat zasługa nie przeznaczenia, tylko ginekologa, który zrobił mi cesarkę kilka dni przed planowanym terminem porodu. Iza też urodziła się szesnastego. Szesnaście to moja ulubiona liczba! Jeśli szesnastego, w dniu naszej przeprowadzki do nowego domu, świeciło słońce, to musiał być znak, że nasze życie w tym domu będzie również piękne i pogodne. Naprawdę w to wierzyłam!
Wstaliśmy rano, zanieśliśmy spakowane walizki do samochodu Roberta i pożegnaliśmy się z sąsiadami. Ciężarówka przewozowa nie była nam potrzebna, bo do nowego domu kupiliśmy wszystko nowe, nawet talerze, sztućce i wałek do ciasta. Robert zadbał, żeby wszystko było gotowe, kiedy przyjedziemy.
Od września Krzyś zaczął chodzić do gimnazjum niedaleko nowego domu. Przez półtora miesiąca Robert przywoził go rano do szkoły, zostawiał go i jechał cyzelować nasz dom. Wracali, gdy kończyły się lekcje.
Pierwsza noc w nowym domu była wyjątkowa. Ochrzciliśmy naszą sypialnię szampanem i oczywiście miłością. Nad ranem w łożu małżeńskim pojawiła się druga kobieta – Iza. Urządziła nam tak głośną pobudkę, że musieliśmy pozwolić jej zostać.
Mimo usilnych starań, długo nie udawało nam się nauczyć Izy spać w swoim pokoju. Pół nocy przesypiała w łóżeczku, drugą połowę z nami.
Dzieci rosły. Krzyś był gimnazjalistą, a nasza córeczka z niemowlaka wyrosła na śliczną dziewczynkę. Robert zastosował „eksperyment naukowy”. Postanowił, że jego córka będzie dwujęzyczna. Zwracał się do niej tylko po angielsku, ja po polsku, Krzyś różnie. W efekcie Iza lepiej znała angielski niż polski.
– Jeszcze chwila, a zacznie szczekać jak Samanta – mówiłam nie do końca zadowolona. – Wpadnie w jakąś schizofrenię!
Moi rodzice również byli przeciwni metodom swojego zięcia.
– Cudaka z niej robicie! Kto to widział, żeby polskie dziecko lepiej mówiło po angielsku niż po polsku – narzekał mój ojciec.
– To wszystko z oszczędności. Nie będę musiał wydawać fortuny na lekcje angielskiego. Kursy mojej żony już mnie kosztują wystarczająco dużo – droczył się z nimi Robert.
Metoda Roberta była skuteczna. Iza mówiła jak rodowita Amerykanka. Na szczęście w przedszkolu szybko nadrobiła zaległości w mowie ojczystej.
Iza była wyjątkowo ładnym dzieckiem. Miała burzę czarnych długich loków, piękne czarne oczy Orłowskich i śliczne rysy twarzy. Ludzie oglądali się za nią i głośno zachwycali jej urodą. Charakterek też miała tatusia.
– Da sobie radę w życiu – mówiła moja mama. – Jest przebojowa jak Robert.
Dzieci bardzo lubiły Izę. Zawsze wiodła prym wśród rówieśników. Była zdolna, ale nie aż tak jak Krzyś, chociaż miała dobrą pamięć i szybko się uczyła. Miała za to dar, którego nie posiadał nasz syn: wyjątkowe zdolności muzyczne.
Nadal pierwsze miejsce w życiu naszej córki zajmowali Robert i Krzyś. Czasem któryś był faworyzowany, podczas gdy drugi popadał w niełaskę.
– Mamusiu, nie lubię tatusia! Nie chciał mi kupić Barbie! – któregoś razu poskarżyła się na ojca.
– Masz już szesnaście różnych Barbie. Po co ci siedemnasta?
– Bo miała ładne buciki!
Innym razem to brat podpadł.
– Mamusiu, Krzysiek mnie zbił! Zapamiętam to sobie! – Skrzyżowała ręce i zrobiła groźną minę. – Zemszczę się, jak dorosnę!
– Dlaczego zbiłeś Izę? – wieczorem dopytywał się Robert.
– Nie zbiłem, tylko nakrzyczałem. Przywiązała kotu balonik do ogona. Wiesz, jak on się bał? – spokojnie powiedział Krzysiek.
Czwarte miejsce w sercu naszej córki, po Robercie, Krzysiu i Samancie, zajął pan Józef. Wszędzie za nim chodziła, wszystko musiał jej pokazać i odpowiedzieć na każde pytanie. Podbiła całkowicie serce starszego mężczyzny. Bardziej niż jego własne wnuki.
Pan Józef był człowiekiem od wszystkiego. Mężczyźni z rodziny Orłowskich w domu nic nie potrafili zrobić, nawet wymienić żarówki. Pewnie dlatego, że nie musieli. Od tych spraw był Józef. Robert zatrudnił również jego żonę, panią Stanisławę. Najpierw przyjeżdżała razem z mężem dwa razy w tygodniu, potem codziennie, żeby pomagać mi w domu, a właściwie mnie wyręczać. Ten luksus przypadł mi do gustu. Mieli do swojej dyspozycji specjalną „służbówkę”, z łazienką i wnęką kuchenną. Rzadko wracali do swojego domu, najwyżej sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.
Pan Józef opiekował się również domem mojej teściowej, która teraz mieszkała w Australii. Wyszła tam za mąż. Dom stał pusty cały rok, a ożywał tylko wtedy, kiedy z Bostonu przyjeżdżał Marek z rodziną. Robert nadal nie utrzymywał ze swoją matką żadnych kontaktów.
Początkowo było mi przykro, że Iza woli Józefa, obcego człowieka, od swoich dziadków… i ode mnie. Przekonałam się jednak, że mimo wszystko też coś dla niej znaczę. Było to w czasie mojej rekonwalescencji po zabiegu laserowym oczu, kiedy musiałam leżeć w ciemnym pokoju i nie wolno mi było nic robić.
Córeczka bardzo przejęła się moją niedyspozycją.
– Mamusiu, bardzo cię bolą oczka? – spytała, kładąc się obok mnie w łóżku.
– Już nie.
– Mamusiu, ale wyjdziesz z tego?
– Oczywiście.
– Będziesz żyła?
– Tak.
– To ci zaśpiewam piosenkę z dedykacją.
– Bardzo się cieszę.
Córka wyskoczyła z łóżka, stanęła na środku pokoju i dygnęła.
– Teraz państwo usłyszą piosenkę, którą zaśpiewam dla mojej kochanej mamy. Piosenka nazywa się „My heart belongs to daddy”.
Hm, nasza córka również nie grzeszyła taktem, tak jak i jej daddy, pomyślałam.
Znów dygnęła i zaczęła śpiewać. Trzeba przyznać, że ta czterolatka bardzo umiejętnie naśladowała manierę Marilyn Monroe. Nie byłam pewna, czy mi się to podoba, ale jak miałam zareagować?
Po oklaskach znów podeszła do łóżka i wzięła mnie za rękę.
– Lubię cię.
– Ja ciebie bardzo kocham. – Po chwili zadałam kretyńskie pytanie: – Ale pana Józefa bardziej lubisz ode mnie?
– Nie. Ciebie bardziej – odpowiedziała po chwili zastanowienia.
Dalszych pytań nie zadawałam, nie chciałam przegrać z Samantą.
Ale i tak byłam bardzo szczęśliwa, że plasuję się zaraz za psem, tuż przed Józefem.
Iza kochała zwierzęta. Oprócz Samanty mieliśmy jeszcze trzy psy i trzy koty. One jednak nie spały w naszym domu. Przebywały gościnnie, ale nie mieszkały. Ja, pani Stasia i pani Krysia, która sprzątała u nas, nie dopuściłyśmy do tego. Zwierzęta spały w garażu i o dziwo żyły w zgodzie. Samanta traktowana była na warunkach domownika, była piątym członkiem rodziny.
W naszym nowym domu często odwiedzały mnie moje stare koleżanki: Zosia, Iwona i Kasia. Przedtem spotykałyśmy się przeważnie w kawiarniach, teraz tutaj miałyśmy warunki.
Kiedy przychodziły dziewczyny, Robert wychodził, zabierając dzieci do kina. Siedziałyśmy wtedy na tarasie lub przed kominkiem – to zależało od pory roku – i plotkowałyśmy. Lubiłam te nasze babskie spotkania przy winie. Przypominały mi lata studenckie.
Słuchałam narzekań koleżanek na złych facetów, niesprawiedliwych szefów i drożyznę w sklepach. Ja tych problemów nie miałam, ale cierpliwie przytakiwałam i pocieszałam.
Kasia zawsze opowiadała jakiś nowy kawał i przekazywała szkolne plotki. Obgadywałyśmy polskie i zagraniczne gwiazdy filmowe i telewizyjne, wieszałyśmy psy na politykach, wymieniałyśmy uwagi o modzie i miejscach, gdzie można kupić fajny ciuszek. Było bardzo przyjemnie. Nie żałowałyśmy sobie alkoholu. Później Robert odwoził do domów podpite koleżanki.
Moje kumpele polubiły go, najbardziej Kasia. Miała powód. Nie tylko zrobił w Bostonie operację jej chorej na Parkinsona matce, ale także tę operację sfinansował. Dzięki zabiegowi wszczepienia stymulatora mama Kasi nie miała już drgawek i mogła normalnie funkcjonować. Kasia stała się jego wierną fanką. Natychmiast po powrocie swojej matki z Bostonu zjawiła się u nas z foremką ciasta.
– Robert, kwiatków ci nie dam, boś chłop, koniaków też masz cały barek, dlatego specjalnie upiekłam dla ciebie sernik. Pamiętam, że ci smakował, kiedy ostatnio jadłeś go u mnie na imieninach. Następnym razem przyjadę z tortem orzechowym – powiedziała.
Od tego czasu, ilekroć zjawiała się w naszym domu, przywoziła coś słodkiego. Robert również lubił Kasię, bo miała poczucie humoru i nie tylko nie oburzały jej jego dosadnie dowcipy, ale jeszcze opowiadała swoje, równie nieprzyzwoite.
Krzyś przeistoczył się w Krzyśka. Od września miał zacząć naukę w trzeciej klasie gimnazjum. Wzrostem już prawie dorównywał Robertowi. Byli do siebie bardzo podobni. Krzysiek starał się we wszystkim upodobnić do ojca. Strzygł się u tego samego fryzjera, ubierał się tak samo jak Robert. Był jedynym uczniem, który chodził do szkoły w marynarce. Godzinami przesiadywał w siłowni, wytrwale pracował nad swoją fizyczną tężyzną. Trenował również karate. W gimnazjum nadal był najlepszym uczniem w szkole, przynosił prawie same szóstki (piątki miał z przedmiotów, które go nie interesowały). W tej szkole niestety również nie miał przyjaciół. Jego jedynymi przyjaciółmi był ojciec i mój dawny współpracownik Rafał.
Rafał skończył podyplomowe studia z rachunkowości i zdobył licencję księgowego. Często przychodził do nas ze swoją aktualną dziewczyną (a te często się zmieniały). Polubili się z Robertem, mimo częstych sprzeczek potrafili się dogadać.
Drugim kumplem mojego męża w Polsce był Adam, kolega ze studiów. Jego żona Bożena, okulistka, również z nimi studiowała. Z kolegami z klasy, których ja również miałam przyjemność poznać, kontakt się urwał. Teraz Robert otaczał się lekarzami. Nie za bardzo pasowało mi to lekarskie grono, z którego większość oprócz pracy w szpitalu czy przychodni miała również prywatną praktykę. Posiadali pieniądze, więc było ich stać na nowe, dużo młodsze żony.
Muszę przyznać, że moje obawy co do Roberta okazały się bezpodstawne. Był wspaniałym mężem i ojcem. Często zastanawiałam się, czego tak się bałam. Myślałam, że przy nim nigdy nie zaznam poczucia bezpieczeństwa, że będzie mi zawsze towarzyszył strach przed potencjalnymi młodszymi rywalkami. Tak jednak nie było. Osiągnęłam w miarę stabilny spokój. Wiedziałam, że Robert mnie kocha i że jestem dla niego najważniejszą kobietą. Nie interesował się młodszymi. Owszem, potrafił dostrzec urodę dziewczyn, ale na zasadzie obserwatora estety, a nie konsumenta. Kobiety kokietowały go, nawet uwodziły, on jednak nie reagował. Liczyłam się tylko ja. Pamiętał o moich imieninach, urodzinach i o rocznicy ślubu. Zawsze były kwiaty i prezenty.
Raz mnie wyjątkowo zaskoczył.
W pewną sobotę na początku lipca zaprosił mnie na kolację do Wierzynka. Pojechaliśmy taksówką. U kwiaciarki na Rynku kupił kwiaty, dał banknot Białej Damie, nakarmił gołębie i poprowadził mnie do restauracji. Po wystawnej kolacji zrobiliśmy sobie małą przejażdżkę Drogą Królewską na Wawel. Przyjemnie było przytulać się do Roberta i słuchać odgłosu końskich kopyt.
– Malutka, kiedy ostatnio jechaliśmy dorożką? – zapytał.
– Chyba jak mieszkaliśmy jeszcze w moim mieszkaniu. Nie, dwa lata temu, gdy był u nas Marek z rodziną.
– Przyjemnie, prawda? Gdyby jeszcze koń był bardziej elegancki i poczekał z załatwianiem swoich potrzeb fizjologicznych, aż wysiądziemy z tego pojazdu, byłaby pełnia szczęścia – skomentował, gdy koń puścił wiatry prosto w nas.
– Powiedz mi, z jakiej okazji to dzisiejsze święto? – zapytałam.
– Hm, nie wiesz? Przypomnij sobie.
Zaczęłam się zastanawiać. Nie urodziny, nie imieniny, nie rocznica ślubu, nie Dzień Kobiet. Nie wiedziałam.
Zrobiliśmy rundkę i wróciliśmy na Rynek. Robert pomógł mi wyjść, zapłacił dorożkarzowi i poprowadził w stronę Wieży Mariackiej.
– Wchodzimy – zarządził.
– Wpuszczą nas? – zdziwiłam się.
Wpuścili. Pokonaliśmy kilkaset stopni i zdyszani dotarliśmy na górę. Wprowadził mnie do małej salki na szczycie wieży. Zaskoczona, ujrzałam pięknie nakryty stolik z palącymi się świecami i butelkę szampana chłodzącą się w kubełku.
– Powiesz mi wreszcie, o co chodzi? Co to za okazja?
– Nie pamiętasz? Piąta rocznica twoich zaręczyn z Andrzejem.
Zamurowało mnie.
– Czy to jest powód do świętowania?
– Tak. Wtedy cię spotkałem – mówiąc to, ujął moją dłoń i pocałował. Później objął mnie i przytulił, a potem pocałował. Długo i namiętnie.
Wypiliśmy szampana, wysłuchaliśmy hejnału, obejrzeliśmy nocną panoramę Krakowa. Było jak w bajce.
Na wakacje pojechaliśmy na Capri. Minęło pięć lat naszego małżeństwa, Robert postanowił uczcić to i zorganizował nam wyjazd na piękną wyspę do ekskluzywnego hotelu.
– Zobaczycie, jak żyją bogaci tego świata – powiedział.
– Pokazałeś w ubiegłym roku, w Saint Tropez. Widzieliśmy, nasza ciekawość została zaspokojona. Ożeniłeś się z kobietą z gminu, nie wprowadzaj mnie siłą na salony – burknęłam.
– Malutka, ale to nasza piąta rocznica! Obiecuję, że następne wakacje spędzimy w ziemiance.
Zatrzymaliśmy się w pięciogwiazdkowym hotelu. Robert wynajął samochód, żebyśmy mogli poruszać się po wyspie.
Dzieciom jednak nudziło się życie w wielkim świecie – hotel był pełen przepychu, ale towarzystwo mizerne, dlatego Robert postanowił zawieźć nas do Rimini, gdzie jest więcej zwyczajnych atrakcji. Z hotelem w Rimini nie było tak łatwo, ale w końcu udało nam się znaleźć wolny apartament.
– Jest tak, jak lubisz, Malutka. Bez klimatyzacji, z widokiem na ruchliwą ulicę, obok taniej knajpki. Jak dobrze pójdzie, karaluchy też się znajdą – powiedział mój mąż z przekąsem.
Karaluchów nie było. Noce w hotelu urozmaicały nam nie cykady, a wrzaski amatorów młodego wina, które we Włoszech jest tańsze od mleka. W pokoju było tak gorąco, że przy zamkniętych oknach nie dało się spać.
Mimo wszystko pobyt w Rimini wspominaliśmy bardzo miło.
Po powrocie do Krakowa wspólnie stwierdziliśmy, że świat przeciętnych ludzi bardziej nam pasuje niż świat milionerów. No, może ja to stwierdziłam z większym przekonaniem.
Byliśmy już pięć lat małżeństwem. Moje życie przez ten czas uległo dużym zmianom. Przestałam być pracującą kobietą samotnie wychowującą dziecko, stałam się żoną zamożnego człowieka. Prowadziliśmy dostatnie życie. Mieliśmy do pomocy ogrodnika i dwie kobiety. Moje obowiązki ograniczały się do ugotowania czasami obiadu – robiłam lepsze ruskie pierogi niż pani Stasia, czasami coś sprzątnęłam – raz w tygodniu pani Krysia pucowała cały dom, i od czasu do czasu zrobiłam drobne zakupy, bo większe wspólnie robiliśmy w każdy piątek.
Siedziałam w domu i… gnuśniałam. Czytałam książki, rozwiązywałam namiętnie krzyżówki, chodziłam na lekcje angielskiego i spotykałam się z koleżankami. Rozleniwiłam się, czasami nie chciało mi się nawet zrobić makijażu. Na co dzień ubierałam się w wygodne spodnie dresowe i spódnice na gumce. Robiłam się na bóstwo tylko wtedy, kiedy wychodziłam z domu i gdy odwiedzali nas goście. Wydawało mi się, że Robertowi to nie przeszkadza, bo zajęty był czym innym. Budowa kliniki trwała już trzy lata i mimo że wszystko było już prawie gotowe, to Robert przesunął termin otwarcia na jesień. Tłumaczył to brakiem kontraktów z NFZ-em. Mnie było wszystko jedno, a on jako lekarz spełniał się w bostońskiej klinice.
W pewną sierpniową sobotę, w dzień wyjazdu Roberta do Bostonu, nieoczekiwanie wpadły do mnie Kasia, Zosia i Iwona.
– Postanowiłyśmy zrobić ci niespodziankę. – Przywitały się, całując mnie w policzek. – Wiemy, że twój piękny leci dziś do Stanów, dlatego żeby ci się nie nudziło, zrobimy sobie grilla.
– Co on tak ostatnio lata w sobotę? Przedtem latał w niedzielę – zapytała Iwona.
– Mówi, że musi wyspać się przed zabiegami. Starość nie radość – odparłam.
Do pokoju wszedł Robert.
– Cześć, dziewczyny! Widzę, że zapowiada się babska impreza. Wezmę na lotnisko dzieciaki, chcą mnie odprowadzić, wrócą z Józefem. Pa, Malutka! Bądź grzeczna, nie upij się za bardzo. – Cmoknął mnie w policzek. – Do zobaczenia za dwa tygodnie.
– Robert, a może poszukałbyś dla nas mężów, tam w Bostonie – zażartowała Kasia.
– Nie ma sprawy. Przygotujcie wypełnione ankiety: wiek, wagę, wymiary w biodrach, w talii i w biuście. Dołączcie aktualne zdjęcia, nie te sprzed dwudziestu lat i… zobaczymy. Moi koledzy akurat są w trakcie wymiany żon, ale na młodsze o dwadzieścia lat, więc odpada. Za to ich ojcowie mogą być zainteresowani. – Uśmiechnął się złośliwie.
– Ojcowie nas nie interesują, ale dziadkowie owszem. Im starszy, tym lepszy. Jeden warunek musi być spełniony: ile lat, tyle milionów na koncie. Nie jesteśmy pazerne, możemy przeliczyć na złotówki – odpowiedziała Kasia.
– Dobrze. Popytam, zrobię wywiad środowiskowy. Pojadę do Domu Starców. Dla was, dziewczyny, wszystko! – Robert puścił oko do Kasi. – Wyszedł, a my rozsiadłyśmy się na tarasie.
– Jak on to robi, że się nie starzeje? Nawet nie posiwiał więcej niż pięć lat temu. Sylwetkę ma taką samą jak wtedy, kiedy go pierwszy raz ujrzałyśmy na twoich zaręczynach z Andrzejem – dziwiła się Iwona, która ciągle miała problemy z nadwagą.
– Kto by przypuszczał, że będzie z niego taki dobry mąż. Byłam pewna, że będzie miał baby na boku! A tu nic! No, no, szczęściara z ciebie! – powiedziała Kasia.
– Piękny, bogaty, inteligentny, nie pijak, nie hazardzista i nawet nie dziwkarz, dobry ojciec i do tego super kochanek. – Westchnęły wszystkie na raz. – Ale masz szczęście, dziewczyno!
Trochę głupio mi się zrobiło, bo rzeczywiście byłam szczęściarą. Miałam wspaniałego męża, a one wszystkie rozwódki – ostatnio Zosia też dołączyła. Zrobiłam drinki na pocieszenie.
– Ale coś ci powiem, Renata, tylko się nie obraź. Skapcaniałaś ostatnio! – Kasia jak zwykle odważyła się na szczerość.
– Co masz na myśli? – zapytałam nieprzyjemnie zaskoczona.
– Przejrzyj się w lustrze, to odpowiesz sobie sama na pytanie.
– O Boże! Naprawdę tak źle jest ze mną?! – wykrzyknęłam urażona. Słowa Kasi mnie zabolały.
– Jak chodzisz ubrana?! Nawet się nie malujesz! Za czasów Andrzeja wyglądałaś dużo lepiej. Mając tak przystojnego męża, powinnaś bardziej o siebie dbać. On cię kocha, ale jakaś młodsza i ładniejsza może się koło niego zakręcić. – Kasia była bezlitosna.
– Nie przytyłam. Kiedy wychodzimy z domu, zawsze się maluję i dobrze ubieram. Mam po domu chodzić w szpilkach?
Koleżanki nic nie odpowiedziały. W milczeniu piłyśmy drinki.
Po ich wyjściu długo nie mogłam zasnąć. Przeżuwałam rzucone przez nie słowa. Wstałam z łóżka i przejrzałam się w lustrze. Włosy z centymetrowym odrostem, twarz bez makijażu, czyli nijaka, sterczący brzuch. Zdjęłam koszulę nocną. Rozstępów nie miałam, ale cellulit był widoczny w ostrym łazienkowym świetle. Do tego blizna po cesarkach.
Westchnęłam głośno. Nic dziwnego, że mój mąż tak rzadko korzysta z mojego ciała, pomyślałam. Na początku małżeństwa trzy razy dziennie – to była nasza norma. Teraz raz w tygodniu albo i rzadziej. Przedtem tydzień postu był karą nie do wytrzymania, próbował brać mnie siłą, teraz nie było o tym mowy.
Ponownie westchnęłam. Przypomniałam sobie, jak niedawno obraziłam się na niego i nie chciałam się z nim kochać, myśląc, że go w ten sposób ukarzę. Tymczasem to ja musiałam pierwsza wyjść z propozycją.
– Co, przeszło ci już? – zauważył z wyrozumiałym uśmiechem.
Robert kochał mnie jakoś inaczej. Jak Krzyśka czy Izę. Kochał mnie jak poczciwą żonę, nie jak kochankę! Na pewno nie miał już snów erotycznych ze mną w roli głównej.
Zapragnęłam znowu być przez niego pożądana.
Miłość podobno ewoluuje, z jednej fazy przechodzi w drugą. Namiętność przeistacza się w przyjaźń, przywiązanie, przyzwyczajenie. Ale ja chciałam znaleźć się znowu na początku, w fazie zakochania! Wolałabym, żeby krzyczał na mnie, gwałcił, nawet uderzył… ale żeby mnie pożądał. Przedtem był zazdrosny nawet wtedy, kiedy tylko rozmawiałam z jakimś mężczyzną. Teraz Adam łapał mnie za tyłek na jego oczach, a jemu to nie przeszkadzało. Co zrobić, żeby tamto wróciło?
Była już późna noc, jednak nie poszłam do łóżka. Zaczęłam znowu zastanawiać się nad słowami koleżanek. Miały rację, skapcaniałam. Muszę wymyślić coś, żeby wróciła na nowo namiętność sprzed kilku lat.
Wszystkie kłopoty małżeńskie zaczynają się w alkowie – maksyma stara jak świat. Postanowiłam zrobić remont naszej sypialni i przemeblować małżeństwo.
Zaczęłam realizować to już o świcie.
Wyrzuciłam wszystkie wygodne ciuchy, uznawszy, że nawet do sprzątania mogę się lepiej ubierać, bo wygodnie nie znaczy brzydko.
Odwiedziłam galerię i zaopatrzyłam się w nowe rzeczy. Następne dni spędziłam u fryzjerki i kosmetyczki. Zaprosiłam także fachowców od sypialni, żeby ją odnowili. Postanowiłam skończyć z bezczynnym siedzeniem w domu. Miałam dość roli kury domowej, chciałam znów być bizneswoman. Nie miałam serca do księgowości, natomiast postanowiłam otworzyć butik z babskimi fatałaszkami. Wynajęłam wolny boks w galerii. W Internecie wyszukałam dostawców damskiej odzieży, odwiedziłam konkurencję, zapoznawałam się z tajnikami mojej nowej branży. Zamówiłam towar, kierując się zasadą, że ubrania muszą być efektowne, ładne i gustowne, ale niedrogie. Postanowiłam promować swój butik, chodząc w sukienkach szytych u moich dostawców. Udowodnię Robertowi, że można ubierać się ładnie i tanio, przeleciało mi przez myśl. Otwarcie sklepu powinno nastąpić w ciągu miesiąca.
Nie mogłam doczekać się powrotu Roberta, który tym razem wyjechał do Stanów na dwa tygodnie. Powiedział, że po tygodniu pracy w klinice musi odwiedzić ranczo w Górach Skalistych. Nie rozmawiałam z nim w drugim tygodniu rozłąki, bo zapomniał laptopa, więc nie mieliśmy możliwości rozmawiać przez Skype’a, a na ranczu nie było zasięgu.
Czekałam z utęsknieniem na Roberta. W dniu jego powrotu wysłałam dzieci do kina, żebyśmy mogli w spokoju nacieszyć się sobą.
Czekałam na przyjazd męża, siedząc w fotelu i rozwiązując krzyżówkę. Wstałam i jeszcze raz przejrzałam się w lustrze, upewniając się, że dobrze wyglądam. Długo zastanawiałam się, co mam założyć na siebie, żeby wyglądać ładnie i seksownie, ale przy tym naturalnie. Nie szłam przecież na bal! Robert po powrocie z pracy zawsze przebierał się w dżinsy i podkoszulek. Postanowiłam dostosować się do niego. Założyłam krótką dżinsową spódniczkę i niebiesko-granatową bluzeczkę z ogromnym dekoltem, ze wzorem w cienkie paski biegnące skośnie, co optycznie wyszczuplało talię. W uszach i na rękach brzęczały mi koła. Zamiast kapci założyłam klapki na siedmiocentymetrowych obcasach (po domu nie będę chodzić w szpilkach!) i włożyłam też pończochy z piękną koronką (przecież pończochy to mój znak rozpoznawczy!). Postanowiłam, że od teraz tak właśnie będzie wyglądał mój domowy strój! Wyglądałam młodo i apetycznie. Włosy związałam w koński ogon specjalną gumką, dzięki czemu wydawały się dłuższe niż w rzeczywistości. Delikatny makijaż także ujmował mi lat.
Wreszcie przed dom zajechała taksówka, wysiadł z niej Robert. Podbiegłam do drzwi i rzuciłam mu się w ramiona.
– Jakie miłe powitanie. Widzę, że stęskniłaś się trochę za mną – powiedział, śmiejąc się. – Gdzie dzieci?
– W kinie. Chodź, mam dla ciebie niespodziankę.
– Pierogi ruskie czy gołąbki? – zapytał z uśmiechem.
– Nie tym razem. Chodź na górę. – Chwyciłam go za rękę i poprowadziłam do sypialni.
– O! Jak tu się zmieniło! Jest bardzo przytulnie – pochwalił mnie.
Nie pozwoliłam mu długo zachwycać się sypialnią. Szybko przeszłam do rzeczy i zaczęłam rozpinać mu koszulę i spodnie.
– Chyba naprawdę się stęskniłaś. Poczekaj, najpierw się wykąpię.
– Nie teraz – zaprotestowałam.
– Daj mi chociaż wziąć prysznic!
Na to musiałam się zgodzić.
– Masz minutę – powiedziałam, patrząc na zegarek.
Trwało to dłużej. Zastukałam w drzwi łazienki.
Robert wyszedł owinięty w szlafrok.
– Jestem zmęczony… – powiedział cicho.
Podeszłam i zaczęłam go całować, rozchylając poły jego szlafroka i mocno się przytulając.
Po chwili przestał być zmęczony.
– Ooo! Założyłaś pończochy! Nie założyłaś majtek…
Jakiś czas później oboje siedzieliśmy w wannie, otuleni pianą.
– Miałem wcześniej o to zapytać: co to, u licha, jest? – Zmarszczył brwi, patrząc na mój tatuaż na dole brzucha. – Mówiłem ci, że jestem wrogiem tatuaży. Można złapać jakieś paskudztwo.
– Zrobiłam go w renomowanym salonie, wszystko było wysterylizowane. Blizna po cesarkach była taka paskudna! Postanowiłam zrobić z niej różyczkę. Czy teraz nie jest ładniej? – Tatuaż był naprawdę ładny, pozioma blizna przeistoczyła się w małą gałązkę róży, z listkami i kolcami. Robert sprawdził ustami, czy te kolce przypadkiem nie kłują.
Nagle oprzytomniałam.
– Musimy szybko się ubrać, zaraz będą tu dzieci.
– Wyciszyłaś drzwi? – Dopiero teraz zauważył, że drzwi sypialni obite są skórą ekologiczną.
– Mogę teraz krzyczeć, nie musisz mnie kneblować. – Uśmiechnęłam się tajemniczo. – Mam jeszcze dużo innych niespodzianek, ale zostawimy je na wieczór.
Ledwie się ubraliśmy, gdy ze schodów dobiegł nas gromki okrzyk:
– Tatuś, gdzie jesteś? – wołała nasza córka.
Otworzyłam drzwi, ujrzałam Izę i Krzyśka. Oboje rzucili się na Roberta.
– Tatuś, tak długo cię nie było! Tak tu było smutno bez ciebie! Dlaczego zamykacie się na klucz? – spytała ze zdziwieniem.
– Od dziś zawsze będziemy się zamykać – powiedziałam stanowczo. – Nie wolno nikomu tu wchodzić bez pozwolenia. To jest nasz pokój: mój i taty. Nie będziesz już spała w naszym łóżku, jesteś dużą dziewczynką.
– Naprawdę, tatusiu?
– Mama tak zarządziła, wszyscy musimy jej słuchać – odpowiedział Robert tak kategorycznie, że Iza nie miała odwagi się sprzeciwić.
Wieczorem jak zwykle siedzieliśmy przy kuchennym stole, jedząc kolację. To był nasz rodzinny rytuał. Śniadanie jedliśmy każdy w innym czasie, z obiadem też różnie bywało, ale kolacja musiała być zjedzona wspólnie. Zachodnim zwyczajem był to główny posiłek dnia. Zawsze jakaś pieczeń na gorąco i co najmniej dwie sałatki. Stół musiał być ładnie nakryty, w świeczniku płonęły świece. Nawet kiedy się odchudzałam, nie mogłam zrezygnować z kolacji. Robertowi bardzo zależało, żebyśmy mogli wspólnie spotkać się przy stole, dlatego wszyscy z pietyzmem kultywowaliśmy ten kulinarny obrządek.
– Tato, jak mogłeś nie wziąć laptopa ani aparatu fotograficznego?! – Dzieci były rozczarowane brakiem zdjęć z rancza.
– Spieszyłem się na samolot, torba stała w kącie, nie zauważyłem jej. Ale wiecie co, postanowiłem już nie jeździć do Bostonu, nawet gdybym musiał sprzedać wszystkie udziały Harry’emu. Mam dosyć Bostonu i całej tej Ameryki.
– Tatusiu, to super! – ucieszyła się Iza. – Ale jeśli nie Harry, to kto będzie nas utrzymywał?
– Jak to kto? Mama. Otwiera przecież sklep – odpowiedział, uśmiechając się. – Oprócz tego sprzedamy trochę rzeczy… na przykład twoje Barbie. Masz też żabę-skarbonkę, rozbijemy ją i opróżnimy. Nie martw się, damy sobie radę. Zaciśniemy pasa, nie musimy przecież jeść lodów i chodzić do kina – dodał z powagą.
Iza na chwilę zamilkła. Pomyślała i powiedziała:
– Barbie są już stare, ale możemy je sprzedać. Rozbijemy żabę, przyciśniemy pasa. Tylko, żebyś, tatusiu, nie musiał już wyjeżdżać.
Robert wziął małą na kolana i mocno przytulił.
– Jeszcze tylko raz pojadę. Obiecuję. Muszę pozałatwiać wszystkie formalności.
– Co się stało, że Harry nagle ustąpił i zwolnił cię z „odrabiania pańszczyzny”? – zdziwiłam się.
– Zgodziłem się sprzedać mu swoje udziały. Gdy otworzę klinikę w Krakowie, nie będę miał czasu na Boston. Wystarczająco długo tam latałem, jestem już zmęczony tymi wyjazdami.
Po kolacji poszliśmy na wspólny spacer do pobliskiego lasku, cudownej wyspy zieleni w środku miasta. Rosły tu drzewa liściaste i iglaste, mieszkały zające i wiewiórki, raz nawet spotkałam tu sarenkę. Towarzyszące nam psy musiały iść na smyczy.
Szliśmy, leniwie delektując się leśnym aromatem. Po krótkiej ulewie zapach drzew czuć było wyjątkowo mocno. Pomyślałam, że smukłe drzewa zachęcają spacerowiczów do wejścia w głąb lasku. My jednak nie skręciliśmy w leśną dróżkę, ale szliśmy drogą asfaltową. To była nasza stała trasa rodzinnych spacerów. Tutaj też Robert z Krzyśkiem urządzali sobie poranny jogging. W jesienne i zimowe dni moi panowie jogging przesuwali na wieczór. Czasami udawało im się również mnie wyciągnąć z domu. Nie byliśmy jedynymi gośćmi leśnego zagajnika, mieszkańcy pobliskiego osiedla też tu zaglądali.
Zaczynało być już ciemno, gdy wróciliśmy do domu. Zmęczona Iza bez protestu poszła spać, Robert z Krzyśkiem jeszcze chwilę rozmawiali w salonie. Ja w tym czasie szykowałam sypialnię. Męża zamurowało, kiedy tam wszedł.
– Co zrobiłaś z naszą sypialnią… i ze sobą?! – zawołał zaskoczony, śmiejąc się.
Sypialnia w dzień wyglądała całkiem niewinnie. W nocy przeistoczyła się w pokój z domu rozpusty. Panował półmrok, światło dawały złote świece w kształcie kul. W kilku miejscach świeciły czerwonym światłem małe lampki. Z odtwarzacza sączyła się cicho nastrojowa muzyka. Kadzidełka wydzielały przyjemną woń. Podświetlony obraz nad łóżkiem eksponował nagą parę w miłosnych objęciach. Cały pokój ociekał erotyzmem!
Ja również wyglądałam inaczej niż za dnia. Byłam wyuzdanym elementem sypialnianego wystroju. Ubrałam się na czarno. Założyłam skórzany gorset wybijany ćwiekami i pończochy kabaretki z pasem, długie buty na wysokich obcasach, rękawiczki za łokieć. W dłoni miałam… pejcz. Założyłam perukę z burzą blond włosów. Wyglądałam prawie jak Pamela Anderson w filmie „Żyleta”.
– Czy to naprawdę moja żona?! – zapytał Robert.
– Lubisz blondynki, a więc dzisiejszą noc spędzisz z blondynką – powiedziałam, popychając go na łóżko.
Zdezorientowany nawet nie zauważył, kiedy przykułam go kajdankami do ramy od łóżka.
– Jesteś teraz w moich rękach – powiedziałam szeptem, zasłaniając mu oczy czarną pończochą.
– Z tym pejczem to uważaj – mruknął trochę zaniepokojony.
– Co, boisz się lania? Może na nie zasłużyłeś?
Nie wychłostałam go, zajęłam się nim w inny sposób, który bardzo mu się spodobał. Powoli uwalniałam go z poszczególnych elementów ubrania, pieszcząc językiem i ssąc każdy centymetr jego ciała. Wykorzystałam pejcz, lecz nie do chłosty. Wodziłam nim delikatnie po nagim torsie mojego więźnia, powoli schodząc coraz niżej. Lubiłam ciało Roberta, jego zapach i smak. Sceneria spowodowała, że naprawdę czułam się jak dzika, dominująca nierządnica, pragnąca zawładnąć swoim kochankiem.
„Znęcałam” się nad nim bardzo długo, zanim pozwoliłam mu szczytować.