Kim byłaś Anno? - Iwona Żytkowiak - ebook + książka

Kim byłaś Anno? ebook

Iwona Żytkowiak

3,5
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Dobrze zapowiadająca się artystka oraz zakochany w niej bez pamięci biznesmen.

Czy Witoldowi starczy miłości za dwoje?

W środę zmarła Anna. Pozostał po niej jedynie stary, skórzany neseser o zagadkowej zawartości: czarna prześwitująca bluzka z głębokim dekoltem, krótka spódnica z miękkiej czarnej skórki, skąpe majtki jak z reklamy w męskim czasopiśmie i koronkowy stanik, którego mężczyzna nigdy wcześniej u Anny nie widział. Wszystko wyuzdane i skąpe… Pogrążony w rozpaczy po stracie żony Witold musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy Anna była tym, za kogo się podawała.

Jaką cenę zapłaciła Anna za życie w złotej klatce? Czy warto było rezygnować z marzeń i czy szczęście ma smak luksusu?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 356

Oceny
3,5 (2 oceny)
1
0
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Malwi68

Z braku laku…

Są książki, które rozbudzają apetyt, zapowiadają się obiecująco, a potem… zostawiają po sobie tylko niesmak i rozczarowanie. Tak właśnie było w moim przypadku z powieścią "Kim byłaś, Anno" Iwony Żytkowiak. Sięgając po nią, spodziewałam się głębokiej, emocjonalnej opowieści o miłości, tajemnicy i rozliczeniu z przeszłością. Opis obiecywał historię o skomplikowanej kobiecie, zagubionej między marzeniami a rzeczywistością, oraz mężczyźnie, który próbował ją kochać mimo wszystko. Liczyłam na psychologiczną głębię, subtelną analizę postaci i poruszającą narrację. Niestety, to, co dostałam, to dość chaotyczna historia, która bardziej irytuje niż angażuje. Zacznijmy od fabuły. Już sam punkt wyjścia – śmierć Anny i pozostawiony przez nią tajemniczy neseser – mógłby być świetnym punktem zaczepienia dla intrygującej opowieści. Niestety, szybko okazało się, że autorka nie do końca wiedziała, w jakim kierunku chce poprowadzić swoją historię. Czy to miała być opowieść o niespełnionych ambicjach? ...
00

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Iwona Żytkowiak

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2025

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

 

Korekta

Katarzyna Dubois

 

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

 

Skład i łamanie

Izabela Szewczyk-Martin

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

Wydanie elektroniczne 2025

 

eISBN 978-83-68364-28-6

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

[email protected]

www.replika.eu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kobietom mojego życia – dedykuję

 

„Wczoraj wieczorem nałożyła

zbyt dużo szminki i zbyt kusą suknię.

U kobiety jest to zawsze oznaka rozpaczy”.

 

Oskar Wilde, Aforyzmy i paradoksy

 

 

„Tylko ptakom nieśpiewającym,

Mrukliwym wojownikom,

Potrzebne jaskrawe upierzenie”.

 

W.H. Auden,W podziękowaniu za siedlisko

 

 

„Wypełni wyrwę

Tylko to, co ją uczyniło –

Chcesz czymś innym – zapchać – wygładzić –

Będzie zionąć tym samym

Nie zaspawasz otchłani –

Powietrzem”

 

E. Dickinson, Poezje

 

 

 

 

 

 

Ta środa

 

 

 

Witold 

 

Godzina 6.10

 

Sięga po koszulę. Lustro na drzwiach szafy odbija jego postać. Przybliża twarz, by przyjrzeć się niewielkiej rance po zacięciu żyletką. Otwiera drewniane meblowe skrzydłoi – jakby przerzucał strony jakiejś księgi – wertuje wieszaki. Wszystkie w jednej tonacj. Koszule zawieszone na nich są nieskazitelne. Wyprasowane, zapięte tylko na jeden guzik przy kołnierzyku. Wiszą. Jednaw jedną. Kilka białych, potem kremowe, jasny róż, błękit – tęcza barw. Zdejmuje pierwsząz brzegu. Białąz kołnierzem button down. Wypina guziki, by zawiązać krawat. Są małei wysmykują się spod niezgrabnych męskich palców. Gotowe. Wygląda dobrze. Mimo to czuje wewnętrzne rozdrażnienie. Pełzaw nim – od klatki piersiowej po brzuch, by umościć się tam na dobre, mierzić nieprzyjemnie, mrowić.

Nie lubił, jak Anna wyjeżdżała do matki, mimo to wolał, kiedy ona jechała, niż gdy udawali się razem na wieś. Nie przepadał za teściową, drażniła go, choćw zasadzie nie wiedział dlaczego.I chyba była to wzajemna ansa, co sprawiało, że ani jedna, ani druga strona nie nalegała na odwiedziny. Od jakiegoś czasu po powrocie z domu rodzinnego żona wydawała mu się inna, jakby pobyt tam ją rozstrajałi potrzeba było dnia, niekiedy dwóch, by znów funkcjonowała nienagannie. Niczym świetnie zaprogramowany mechanizm.

 

Godzina 14.40

 

Daria puka dyskretnie do gabinetui jeszcze zanim usłyszy „proszę”, uchyla drzwii wsuwa głowę do środka.

– Miałam prezesowi przypomniećo telefonie do żony.

Sponad sterty dokumentówi ekranu komputera podnosi wzrok na asystentkę,a potem przenosi go na zegar, choć jego nadgarstek zdobi drogi Zenith El Primero 36.000 VPH Chronograph, zakupionyw przypływie szaleństwa po ostatniej hossie. Oprócz zegarka kupił wówczas też mosiężną figurkęz drogiego szkła przedstawiającą bykaw charakterystycznej pozie –z rogami przygotowanymi do przypuszczenia ataku.W ostatnich czasach stała na jego biurku obok rodzinnego zdjęcia, na którym wszyscy wyglądają na szczęśliwych. O tak, lubił dobre zegarkii nowoczesny design.

– Ech… – wzdycha pod nosemi środkowym palcem trze czoło, jakby wycierał sperlony pot. – Cholera, cholera! Na śmierć zapomniałem! Mam ją odebraćz dworca.

Rozgląda się, jakby szukał kogoś, kto go wyręczy, ale na próżno. Jest sam. Samw swoim gabinecie świetnie prosperującej firmy WitAn. Od paru lat to tu jest jego azyl. Tutaj uwalnia sięw nim energia, uśpionaw domu,w którym wszystko toczy się monotonnie, by nie rzec: nudniei powszednio. Zwłaszcza teraz, gdy zostali sami. Paulina na dobre zakorzeniła sięw Anglii – wprawdzie ostatnie tygodnie spędzaław Polsce, ale zajęta swoimi sprawami rzadko ich odwiedzała, wymigując się nadmiarem obowiązków, które przywiały ją na jakiś czas do kraju. Karol zaś poza Warszawą nie widział świata – to było jego miejsce na ziemi.

Witold Pawlicki wiele lat pracował na swoją pozycję, zaczynającw dużej krajowej firmie POLLAND od specjalisty do spraw zakupów produkcyjnych; jego rolą było pozyskiwanie polskichi zagranicznych dostawców. Później zarządzał transakcjami, skutecznie optymalizował koszty zakupu materiałów. Był bardzo cierpliwy, nie pchał się na stołek, ale obserwował, analizował, przewidywał –a gdy nadarzyła się sprzyjająca okazja, wchodził do gry. Konsekwentnie, celującw najwyższą funkcję. Jego determinacjai metodycznie opracowana strategia wreszcie przyniosły pożądany efekt, doczekał się wysokiego stanowiska.A potem stworzył własne imperium – WitAn. Od dwóch lat jego firma notowała imponującą hossę.

Daria czeka na ewentualne dyspozycje,a kiedy żadna nie pada, wycofuje się, cicho domykając drzwi.

Wtedy Witold pospiesznie wstaje.W ostatniej chwili rzuca okiem na telefon. Odczytuje wiadomość: „Nie przyjeżdżaj po mnie. Wrócę taksówką”. Kiwa głową. Nie wiadomo,w dezaprobacie czyw zdziwieniu. Umawiali się inaczej.Z pewnym ociąganiem ponownie opada na fotel. Wykonuje kilka obrotów.W końcu wzdychaz pewną ulgąi wraca do spraw firmy. Jeszcze tylko krótki telefon do asystentki:

– Pani Dario, proszę mocną kawę.

Po chwili zapach kawy wypełnia biuro.

– Taka, jak prezes lubi. – Kobieta stawia filiżankę po prawej stronie biurka.

 

Godzina 22.05

 

Witold krąży nerwowo po domu. Niczym nakręcany ludzik przemierza odcinek okno–drzwi–okno–drzwi. Trzyma komórkęw gotowości, jakby się bał, że przeoczy sygnał. Czas płynie bardzo wolno. Mężczyznaz niedowierzaniem konstatuje upływ kolejnego kwadransa. Wydaje mu się, że minęła przynajmniej godzina! Jej telefon milczy. Nie znosi ciszy telefonów. Odgraża sięw myślach, że Anna poniesie konsekwencje. Może nawet zabierze jej komórkę, skoro jest niepotrzebna, skoro nie można sięz nią skomunikować.

Jeszcze raz sprawdza skrzynkęz powiadomieniami. Może się rozmyśliła. Może zostałau matki. Może coś się stałoz teściową. Może nie zdążyła na autobus. Możliwości się mnożą. Coraz bardziej absurdalne. Wreszcie dzwonek! I’ll Play The Blues For You. Teraz rytmy bluesa ustawionego jako sygnał połączenia wydają mu się natarczywei irytujące. Zanim wybrzmi pierwsza fraza tekstu If you’re down an’ out, an’ you feel real hurt, szybko przesuwa palcem po ekranie.

– Dobry wieczór, tu inspektor Agata Ryń. Czy rozmawiamz panem Witoldem Pawlickim? Proszę przyjechać do szpitala na Wyzwolenia. Autobus, którym jechała pana żona, uległ wypadkowi.

Czuje, jak krew odpływa muz głowy. Nieruchomieje. Wpatruje sięw ciemny ekran. Znowu przesuwa palcem. Niedowierza. Sprawdza historię połączeń. Chce wybrać ostatni numeri powiedzieć, że to pomyłka. Coś mu jednak mówi, żeby tego nie robił. Autobus? Wypadek? Chce zapytaćo szczegóły, ale telefon milczy.

 

 

Anna

 

Godzina 14.40

 

Autobus niemożliwie się wlecze. Anna siedziz ręką opartąo oknoi patrzy na przysuwający się za nim krajobraz. Zna na pamięć poszczególne jego elementy. Gdyby to były tamte czasy, niewiele by jej zajęło, abyz fotograficzną wiernością odtworzyć wyłaniającą się zza zakrętu pokrzywioną jak stary człowiek sosnę, która od zawsze niczym tablica informacyjna oznajmiała, że zbliża się do ostatniej wioski przed jej miastem. Bez trudu namalowałaby koślawe leciwe domki ustawione przy jezdni,z wiecznie zamkniętymi okiennicami, wyglądające tęsknie zza parkanów iglaki, przycięte jak spod sztancy na jedną modłę, czyli walcowato. Chociażw gruncie rzeczy malowanie od dawna nie było jej pasją,a już na pewno nigdy nie przepadała za takimi sielskimi krajobrazami, za tymi słodkimi pejzażamiz nutą melancholiii romantyczności. Gdy była dzieckiem, fascynowała ją glina. Jej plastyczność, uległość, miękkośći ciepło, które odbierała dłoniom. Ale niezrozumiale dla siebie samej wybrała malarstwo – tę artystyczną drogę.

Artystyczna droga! Kiedy to było? Sto, tysiąc lat temu. Artystyczna droga! Ledwie na nią wkroczyła,a już musiała zawrócić. Nawet nie dotarła do zakrętu, nawet nie doświadczyła jej wyboistości, nie natknęła się na muldę, nie zmierzyła sięz dylematem, stając na rozstaju – czy iść na prawo, czy na lewo. Zeszłaz niej, zanim zdołała cokolwiek światu pokazać.

– Pani weźmie tę torbę, bo nie można nóg wyciągnąć, rozwalona na cały autobus! – burczy młody człowiek, który dopiero co wsiadł do autobusui przysiadł się obok niej. Mógłby być wieku jej syna, może nawet młodszy. Nie zdążyła się schylić, gdy wielka stopa obutaw zjechane adidasy, kopnęła jej neseser.

– Nogi, chłopcze, to se będziesz mógł wyciągnąćw parku sztywnych.A teraz przestań kopać bagaż starszej pani, bo po pierwsze to nieładnie,a po drugie wpychasz go pod moje siedzenie – odzywa się pasażerz siedzeniaz przodu.

Starsza pani, myśli Anna. Jestem starszą panią. Mam pięćdziesiąt lati jestem cholerną starszą panią!Z ociąganiem sięga po brązową skórzaną torbę, wsuwa ją sobie między stopyi pogrąża sięw rozmyślaniach.

Jest jej duszno. Autobus wprawdzie nie jest zapakowany po brzegi,a przynajmniej nie tak, jak to było wówczas, gdy ze Skotnicy, jakiś czas, zanim wylądowaław internacie, dojeżdżała do miasta, do liceum plastycznego. Wtedy jednak nie przeszkadzał jej ani ścisk, ani kierowca bez opamiętania fajczący mocne, mający za nic siwe obłoki dymu rozprzestrzeniające sięw całym autosaniei znaczące pokasływanie pasażerów. Jakby nigdy nic odpalał jednego od drugiego. Lubiła te swoje dojazdy. Cieszyła się, że uciekaz zapyziałej wsi, na której jej rodzice utknęli, chociaż kiedyś zarzekali się jak żaba błota, że to tylko chwilowei jak się odkują, wyprowadzą się do miasta. Nie zazdrościła parom, które przy smętnych dźwiękach Wind Of Change Scorpionsów, płynącychz roztrojonego radia, całowały się na tylnym siedzeniu – siejąc zgorszenie pośród starszych pasażerek, które wybrały się do miasta na zakupy albo do specjalisty. Ani nie wzbudzaływ niej żadnych odczuć mało dyskretne obmacywankii myszkowanie chłopięcych rąk pod bluzkami dziewczyn, ani też nie zazdrościła im tych miłosnych żarliwości na oczach całego autobusu. Ona miała przed sobą perspektywę artystycznej przyszłości,w której będzie wieść światowe życie jak Łempicka, Boznańska, Stryjeńska. Projektowała dla siebie wspaniałą wizję. Widziała siebie jako członkinię artystycznej bohemy, ignorującą wszelkie konwenanse, uciekającą od schematów, przypisanych ról, pogardzającą monotonią. Zabawa, zabawai tworzenie! Od zawsze bowiem Anna żywiła przekonanie, że została predestynowana do wyższych celów, bynajmniej nie do tego, by ugrząźć między kuchniąa pieluchami.

 

*

Pyskówka między młodymi mężczyznami przybiera na sile. Żaden nie cedzi słów. Tenz przodu co rusz wychyla sięw kierunku jej sąsiadai rzuca zjadliwe uwagi. Ten obok podrywa się, jakby ktoś go szczypałw tyłek,i odbija piłeczkę, nie szczędząc wulgaryzmów. Wreszcie po zdecydowanej uwadze poirytowanego kierowcy zapada cisza.

Anna jest coraz bardziej znużona tą podróżą, tymi słownymi przepychankami. Najchętniej wysiadłabyi zaczekała na następny kurs, ale od dawna autobusy na trasie zostały zredukowane do kilku kursów.A ten był ostatni. Wyjmujez torebki telefon. Miała dać znać dziesięć minut przed przyjazdem. Nie wcześniej. Wiedziała, jak irytują go niepotrzebnie trawione minuty. „Stoję tu bezczynnie pół godziny,a przecieżw tym czasie mógłbym zrobić jeszcze mnóstwo rzeczy – narzekał zawsze. – Czy ty nauczysz sięw końcu szanować mój czasi to, co robię?”.

Wolała unikać niepotrzebnych spięć. Ale tym razem się uparł, że ją odbierze. Pewnie chodziłoo prawo jazdyi kupno samochodu dla niej. Sprawa wracała jak bumerang, ostatnimi czasyz coraz większą częstotliwością. „Anno, na samochód był czas dwadzieścia, może jeszcze dziesięć lat temu, ale nie teraz – tłumaczył. – Masz pięćdziesiąt lati to naprawdę już nie pora na naukę.A jeszczew tych czasach… ulice są zapchanei trudno gdziekolwiek zaparkować. Zresztą przecież nigdy nie robiłem problemów, aby dokądś cię zawieźć, podrzucić,a poza miastoi tak zawsze jedziemy razem. – Rozkładał ramiona jakby właśnie wytoczył najmocniejszy argument, po którym już nie ma co prowadzić tej jałowej dyskusji. – Pozostają te twoje odwiedzinyu rodziców – dodawałz pewnym przekąsem, nie próbując nawet ukryć niezadowolenia. – Ale tylko dla tych wypadów naprawdę szkoda wysiłku”.

Z ekranu wyświetlacza patrzy na nią twarz męża. Poważna, skupiona, bardzo wyraźna – przenikliwe spojrzenie, ściągnięte usta. Rozmyte tło jeszcze bardziej eksponuje rysy. Twarz człowieka sukcesu! Twarz pozbawiona wszelkich emocji! Twarz posągowa!

Anna uśmiecha się do zdjęciai stuka palcemw ikonę wiadomości.

„Nie przyjeżdżaj po mnie. Wrócę taksówką”.

Kliki poszło!

 

*

Ramiączko biustonosza wpija się jejw ciało. Nie chce go poprawiać, bo to wymaga odchylenia bluzkii odsłonięcia ramienia,a sąsiad obok raz po raz na nią spogląda, chyba nieco łaskawiej, alei łakomiej. Przez chwilę wydaje się jej, że dystans między nimi się zmniejsza,i Anna czuje, jak udo chłopaka napiera na jej nogi. Cholerny biustonosz! Teraz żałuje, że go nie zmieniła, jak zwykła to czynić. Zawsze bowiem nosiła swój codzienny miękki, bawełniany stanik, wysokie majtki, rajstopyi prostą spódniczkę do kolan. Tym razem coś ją podkusiło, by założyć koronkową bardotkę.I ma! Wrzyna jej sięw ciało jak wyrzut sumienia.

– A pani to tak samotnie podróżuje? – zagaja sąsiad, któremu najwyraźniej gniew już się ulotniłi szuka kompana do rozmowy.

Anna uśmiecha się półgębkiem, co ma wystarczyć za odpowiedź. Współpasażer jednak nie wydaje się zniechęconyi niezłomnie próbuje zaspokoić ciekawość.

– Pewniez daleka? Walizeczka taka nieduża toi zapewne nie na długo?

Anna odruchowo zaciska łydki na torbie, jakby trzymaław niej skarb albo jakieś niedozwolone przedmioty.

– Szanowna paniusia chyba się na mnie obraziła, bo milczy jak zaklęta – konstatuje nieco rozdrażnionym tonem mężczyzna, czym znów zwraca uwagę sąsiada.

– A ten zaśz innej mańki! – odzywa się obrońca. – Nie możesz, człeku, siedzieć spokojnie na dupie, tylko zawracasz kobiecie gitarę?

– A ty co, kurwa, dama do towarzystwa czy osobisty bodyguard? – unosi się wkurzony młodzian.

Awantura znów zawisaw powietrzu.

– Weźmie się taka menda uprzei truje dupę człowiekowi!

– Menda? Czekaj, gnoju, tylko się zatrzymamy, to ci pokażę, kto tu jest mendą!

– Panowie, panowie! – odzywa się ktośz tylnego siedzenia. – Tylko spokojnie, to nie knajpa! Dzieci jadą! Trochę kultury!

Sąsiad Anny, coraz bardziej wzburzony, jednak nie zamierza się uspakajać. Odwraca sięi woław kierunku rozjemcy:

– A panią, za przeproszeniem, kurwa mać, ktoś prosiło głos?

Dopiero teraz Anna się orientuje, że jej sąsiad jest albo wypity, albo naćpany. Wszystko sięw niej spina, nieruchomieje, jakby się bała, że jeden nieopatrzny ruch wywoła falę agresji.

Jatkaw autobusie trwaw najlepsze. Polilog przybiera na sile.

Aż nagle kierowca ścisza radio, odwraca sięw kierunku pokładui wykrzykuje:

– Proszę natychmiast…!

 

*

W ostatniej chwili Anna widzi oślepiające światło, które nachalnie wdziera się do środka. Pojazd przez chwilę wydaje się tańczyć po jezdni, by zaraz przechylić się na lewą stronę. Nieziemski krzyk miesza sięz dźwiękiem łamanej blachyi tłuczonego szkła. Jakiś ciężki metalowy przedmiot wgniata sięw jej twarz, pierś przydusza ciężar. Ból, ogromny ból… Jest jej bardzo zimno, tylko policzki zalewa ciepła ciecz, jakby zanurzała sięw gorącej kąpieli.A potem nie czuje już nic.

Kadry przesuwają się jakw filmie.

Anka! Zostaw te farby! Sobie, Anka, podziękuj! Kiedy tyw końcu uwierzyszw siebie, Anno? It’s not a second. We’re seven seconds away… Kiedy tylko cię zobaczyłem, pomyślałem, że wyglądasz na artystkę…I co byś robiłaz tym studiowaniem? Mieszkałabyś jak ci wszyscy malarze na kupiew nędznych kamienicach na poddaszach… Żadnej pracy! Moja żona nie musi pracować! Anno! Nie możesz wkładać moich skarpet garniturowych do środkowej szuflady. Tam są… Urodziłaś mi pięknego syna. Należy ci się wszystko, co najlepsze… Nie wiedziałam, że Witold ma żonę. Nigdyo niej nie mówił… Mario, jesteś zagadkową kobietą… Pani? Wygląda pani na kobietę, której ptasiego mleka nie brakuje… Chciałabym już nigdy nie wyjeżdżaćz Rzymu…

Dźwięki, obrazy, kształty potężnieją, zlewają się,a potem wszystko blednie. Myśli są echem wspomnień. Przeszłośći teraźniejszość współistnieją.

I naraz nie ma już nic.

 

 

Witold

 

Godzina 23.20

 

Na korytarzu przed prosektorium jest zimno. Młoda lekarka zostawiła go siedzącego na krześlei odeszłaz dwoma policjantami oraz kobietą, która przez telefon przedstawiła się jako Agata Ryń. Na końcu korytarza stoi kilkoro ludzi. Zbiciw kupkę, płaczą, lamentują, przytulają się do siebie, wyglądają jak zasupłani. On siedzi. Rękoma obejmuje głowę. Kołysze sięw przódi w tył. Pod powiekami powidok, którego źródłem jest ona – Anna. Annaz rozrzuconymiw nieładzie włosami,z sinymi plamami na twarzy, bladej jakby była pokryta kredą,z wykrzywionymi ustami, na których może zastygł niedokończony krzyk. Mocno ściska głowę, zaciska powieki. Musi wymazać spod nich ten obraz.

Zrywa sięi wstaje, gdy nagle tuż obok otwierają się drzwi.

 

*

Kobietaw zielonym fartuchu przewiązanym poniżej pasa, gdzieś na linii bioder, patrzy na niego ze smutkiemw oczach, ale zaraz zwraca się do niego takim tonem, jakby ów smutekw oczach nie wyrażał autentycznego uczucia, ale był tylko atrybutem jej pracy, jakby przybierała gow określonej sytuacji, by potem się go pozbyć niczym teatralnej maski, której założenie należało do zakresu jej obowiązków. Punkt pierwszy – założyć schludny fartuch; punkt drugi – zaczesać gładko włosy; punkt trzeci – zrobić poważną minę, nałożyć maskę tragiczną; punkt czwarty – za wszelką cenę starać się nie uśmiechać, zmusić kąciki ust, by opadływ grymasie bezmiernego smutku, kiedy się oznajmia pacjentowi, że ciało denata/denatki jestw prosektorium; punkt piąty – empatia, empatia, empatia.

– Jest mi bardzo przykro – mówii przez chwilę się wydaje, jakbyw owym akcie współczucia zamierzała poklepać go po ramieniu, ale jej ręka zawisaw powietrzu.

A w nim wrzei kipi! Dlaczego jest jej przykro? Przecież on nie jest głupcem! On sobie zdaje sprawęz tego, że to tylko jej praca – obwieszczanie ludziom, że właśnie ktoś im umarł! To cholerny punktw zakresie obowiązków – oddawanie rzeczy nieboszczyków! To jest jej praca! Selekcjonowanie ich, przeczesywanie, jakby były znalezionymi łupami.I pakowanie do worków.A potem wystawianiei czekanie na rodzinę denata.

Po chwili kobietaw zielonym kitlu podaje mu czarny plastikowy worek, taki sam jak te, które Anna codziennie wiązała, zaciskając najpierw ciasno taśmę,i wystawiała przed drzwi. Wynoszenie śmieci należało do jego obowiązków.W zasadzie niewiele ich miał, ponieważw domu wszystko robiła ona.

I właśniew tym momencie dopada go ogromna, niewysłowiona panika. Nagle uzmysławia sobie, że Anna nie żyje. Anna nie żyje.I to on będzie teraz musiał zmierzyć sięz tymi wszystkimi czynnościami, przejąć je, jak przejmuje się po kimś obowiązkiw pracy. Nie! Jakie znaczenia mają teraz jakieś cholerne obowiązki? Anna nie żyje!

– To dostarczono razemz pańską żoną – mówi kobietai wzrusza ramionami.

A potem odchodzi, jakby straciła zainteresowanie Witoldem. Znika za ciężkimi białymi drzwiami. Za drzwiami pomieszczenia, gdzie na stalowym stole sekcyjnym wciąż leży Anna, przykryta po czubek głowy jasną folią,z identyfikatorem przywiązanym do dużego palcau nogi. Pomalowany na czerwono paznokieć odcina się od srebrno-białych płaszczyzn sali prosektoryjnej.

Anna nie żyje.

To jakieś szaleństwo. Koszmar.

Musi się tylko obudzić. Ocknąć.

 

*

Worek jest wielki, chociaż nie tak ciężki, jak można by się spodziewać. Witold siadaz powrotem na krześle. Między rozstawionymi kolanami kładzie pakunek. Rozsupłuje zawiązaną na kokardkę taśmę. Przez chwilę wpatruje sięw ciemną czeluść folii,a potem powoli wkłada rękę do środka. Buty. Zwyczajne, skórzane mokasynyw kolorze stonowanego brązu. Patrzy na niei zastanawia się, czy kiedykolwiek widział je na nogach żony. Mała przezroczysta torebeczka. Obraca jąw rękach.W środku chyba majtkii cienkie, cieliste rajstopy. Kolejno jego dłoń wyciąga biustonosz. Ładny, seksowny. Czuje pod palcami wypukłość koronki. Zastanawia się, czy to ten sam, który Anna kupiław rzymskim butiku,a którego on nigdy na niej nie zobaczył. Odruchowo, nie bacząc na towarzystwo tamtych ludzi, podnosi goi wciągaw nozdrza jego zapach, jakby szukałw nim Anny.I naglew jego głowie pojawia się myśl, że nie wie, jak pachniała jego żona. Była bezwonna. Jak powietrze. Jak powietrze? Nie, kiedyś pachniała. Usilnie chce przywołać tamtą woń. Upajającąi gęstą. Co to było? Nigdy nie miał głowy do nazw.

Z furią pakuje wszystko do środka.

Nagle sztywnieje. Oszalałe myśli plączą się, galopująw głowie.I tylko ta jedna przebija się przez pozostałe: Anna nie żyje. Anna leży przykryta folią jak jakimś pieprzonym całunem. Nagai poraniona. Anna jest za tymi białymi drzwiami. Jego żona.

Splata dłonie na karkui zwiesza głowę na klatkę piersiową.

– Czy pan się dobrze czuje? – dochodzi do niego kobiecy głos.

Ale on nie chce odpowiadać, nie chce też podnosić wzroku na stojącą przed nim postać. Kiwa tylko, żeby zostawiła gow spokoju. Szaleńczą galopadę myśli zastępuje pustka. Choćz definicji jest brakiem, kompletnie niczym, on czuje jej ciężar.

Zanim na dobre wstaniei ruszyw kierunku drzwi,a stamtąd na parkingi do samochodu, by wrócić do domu – tego samego,w którym nie ma Anny – jeszcze raz rozwiera czarny woreki wyciąga torbę. Skórzany neseserz naturalnej skóry. Za nic nie przypomina sobie, by kiedyś kupowali coś takiego. Zapach skóry jest wciąż intensywny, choć dość wyraźnie widać ślady użytkowania. Przetarcie na brzegach, zmatowiona, sczerniała miejscami sprzączka paska okalającego torbę. Wielka czerwona plama krwi. Mimo że wsiąkła jużw strukturę skóry, czuć lepką wilgoć. Witoldz odrazą cofa dłoń, ale po chwili znów rozpina pasek, chwyta podłużny suwak, któryz pewnym oporem przeskakuje po metalowych ząbkach. Sięga do wnętrza. Za stłamszonymi rzeczami też jej ubrania. Złożonew kostkę. Równo. Rozwija jedną stertkę. Czarna prześwitująca bluzkaz głębokim dekoltem, przy którym połyskują srebrne kryształki. Spódnica. Krótka, wąska,z miękkiej czarnej skórki.Z góry na dół zapinana na zamek.I jeszcze jedna bluzka.Z majtkami! Jakz reklamyw męskim czasopiśmie. Bielizna. Wyuzdanai skąpa…

Jak ktoś przyłapany na niestosowności, chowa kobiece fatałaszkii nerwowo zasuwa zamek. Stawia torbę obok siebiei otrzepuje ręce, jakby chciał pozbyć się przylepionego do nich piasku. Myślio zawartości bagażu. Jakby należał do dwóch różnych osób.A może to pomyłka? Może… Nie ma pojęcia, co mogło się zdarzyć.

Podchodzi do białych drzwii pukaw nie kilka razy,a potem woła:

– Proszę pani, proszę pani! Czy pani tam jest?

Jest pewien, że znajduje się wewnątrz, bo przecież widział, jak znika za tymi drzwiami.

Kobieta otwierai patrzy na niego.W jej oczach znów pojawia się smutek. Zanim zdąży zadać pytanie, Witold wciska jejw dłonie skórzany neseser.

– Ta torba nie należy do mojej żony – mówi. – Musiała się pani pomylić.

Kobieta unosi lewy kącik ustw nieznacznym uśmiechu. Bezradnie wzrusza ramionami.

– Nie wiem, proszę pana, czyja to torba. Była przy pańskiej żonie. Sąw niej jej dokumenty. Stąd wiedzieliśmy, kim jest. Przykro mi. Bardzo mi przykro.

 

 

Witold

 

W środę umarła moja żona – Anna.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej