Krzyki (bez)nadziei - Kruk Aleksandra - ebook

Krzyki (bez)nadziei ebook

Kruk Aleksandra

5,0

Opis

Krzyki (bez)nadziei to przejmujące studium samotności i utraconych nadziei.
Wchodząca w dorosłość Kamila wraca wspomnieniami do bolesnych zdarzeń z dzieciństwa i nastoletnich lat. Kobieta dorastała w rodzinie naznaczonej wieloma problemami. Jako dziecko musiała zmierzyć się m.in. z alkoholizmem i przedwczesną śmiercią ojca, niedojrzałością emocjonalną matki, umieszczeniem w rodzinie zastępczej.
Nieszablonowa forma literacka, która łączy w sobie dziennik intymny, poezję oraz epistolografię uatrakcyjnia lekturę powieści. Całość napisana jest w sposób przejmujący, pięknym, lirycznym językiem. W tej subtelnej formie kryją się pokłady smutku, rozczarowania, utraconych szans na miłość rodzinną, opiekę i wsparcie.
To obowiązkowa pozycja dla każdego rodzica, ale również dla młodzieży, która czuje się podobnie opuszczona w swoich rodzinach.
Notatka o Autorce
Aleksandra Kruk – od dawna pasjonuje się pisaniem, ale to właśnie „Krzyki (bez)nadziei” są jej debiutem literackim. W wolnym czasie śledzi koreańskie seriale, czyta powieści obyczajowe i z zamiłowaniem oddaje się pieszym wędrówkom.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 204

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Donatak2007

Nie oderwiesz się od lektury

Dziękuję Ola.
00

Popularność




Opieka redakcyjna

Agnieszka Gortat

Redaktor prowadzący

Ewa Tadrowska

Korekta

Słowa na warsztatEwa AmbrochAgata Czaplarska

Opracowanie graficzne i skład

Marzena Jeziak

Projekt okładki

Aleksandra Sobieraj

© Copyright by Autor 2025© Copyright fot this edition by Borgis 2025

Wszelkie prawa zastrzeżone

Wydanie I

Warszawa 2025

ISBN 978-83-68322-21-7ISBN (e-book) 978-83-68322-22-4

Wydawca

Borgis Sp. z o.o.ul. Ekologiczna 8 lok. 10302-798 [email protected]/borgis.wydawnictwowww.instagram.com/wydawnictwoborgis

Wydrukowano w Polsce

Druk: Sowa Sp. z o.o.

Dla siostry – dziękuję za wsparcie, jakie mi dajesz.Niech ta książka przyniesie Ci więcej światła niż mroku.

Drogie Czytelniczki/Drodzy Czytelnicy!

Treść „Krzyków (bez)nadziei” porusza szereg trudnych tematów m.in. przemoc psychiczną, zmagania z depresją, próby samobójcze, utratę bliskiej osoby. Jeśli te tematy są dla Ciebie trudne i mogą przywołać traumatyczne wspomnienia, podejmij świadomą decyzję, czy chcesz podjąć się lektury tej książki.

Niniejsza książka jest inspirowana moimi życiowymi doświadczeniami, emocjami oraz przemyśleniami. Jednak wszelkie podobieństwo do osób żyjących bądź zmarłych i wszelkich zdarzeń jest przypadkowe.

Autorka

Część 1

1.

Nie pamiętam mojego pierwszego słowa. Prawdopodobnie było to „mama”. Czy była szczęśliwa, kiedy je wypowiedziałam? Ona sama ledwo pamięta. W takim razie co z moim następnym słowem? Chyba od dziecka byłam małomówna. Tkwiłam w swoim świecie. Wpatrzona w lwią wyspę, zachwycona kolorowym obrazem i poruszającymi się zwierzętami. Chciałam być jak oni. Płakałam najmocniej przy upadku Mufasy. Czułam się wygnana z mojej ziemi obiecanej jak Simba. W takim razie co było moim pierwszym słowem? To chyba ważne. Ze wszystkich słów, jakich użyłam, to było pierwsze i moje. Moja mama jednak tego nie pamięta, a trudno ufać komuś, kto żyje w bańce kłamstwa.

Wróćmy do czasów mojego dzieciństwa. Urodziłam się w dzień zakochanych – to takie piękne święto, a jednocześnie przekleństwo dla dziecka, które tej miłości nie otrzymuje. Fotografie wydają się mi abstrakcyjne. Kim są ci wszyscy ludzie? Czy byłam wtedy szczęśliwa? O czym myślałam, gdy robili mi zdjęcie? A może, jak wszystko dziś, było to upozorowane sztucznie. Uśmiechnij się, więc się człowiek uśmiecha, a aparat z kliszą robi zdjęcie, oślepia fleszem. Dziś tak mnie oślepia rzeczywistość.

1 sierpnia 2013 r.

Minęły trzy miesiące od śmierci taty i babci. Mama zabrała nas, mnie i siostrę, na wakacje do cioci. Było ciepło. Ja byłam pełna nadziei, że coś się zmieni na lepsze. Zmieniło się. Mama zostawiła nas z torbami pod bramą obcych ludzi i pojechała z ukochanym za granicę. Dzwoniła przez kilka pierwszych tygodni.

– Cześć. Co u ciebie? Dobrze? U mnie dobrze.

– U mnie też.

– To dobrze. Kocham cię. Pa.

– Pa.

– Kocham cię. Pa. To pa. Pa, pa.

Czterdzieści pięć sekund rozmowy. Złamane dziecięce serce. Nadzieja, że jeszcze wróci. Następne tygodnie były milczące. Nie wróciła.

Dwunastoletnia ja nie różniłam się od dwudziestoletniej. Zamknięta w świecie fantazji, dalej płacząca nad Mufasą, dalej czekająca na mamę. Siedzę w pustym pokoju. Piszę list pożegnalny. Myślę, jakie będzie moje ostatnie słowo. Jakie to ma znaczenie? I tak nikt go nie zapamięta. Zamykam ten rozdział. Dławię się własnymi łzami. Z kopalni wspomnień próbuję jeszcze wydobyć te dobre, złoto pośród kamieni.

9 maja 2010 r.

Trzy lata przed śmiercią taty i babci

Komunia. Mama wróciła z zagranicy. Kupiła mi laptop. Cieszę się. Tata i ona są dziwnie milczący. Tata stara się nie pić. Pamiętam go jak przez mgłę. Głównie pijanego albo nieobecnego. To moja komunia. Robimy sobie wszyscy zdjęcia. Ojciec chce mnie przytulić, ale się odsuwam. Odrzucam go. Mamy nie ma na żadnym zdjęciu, jakby nigdy nie istniała. Ale była tam w roku dwa tysiące dziesiątym.

Wszyscy bawią się w salonie. Ja siedzę w pokoju z kotem, kot zabija pająka na wzorzystym dywanie. Odwiedzają mnie kuzyni. Nie pamiętam smaku mojego komunijnego tortu. Nawet go nie spróbowałam. Wtedy nie rozumiałam pojęcia straty. Płakałam nad kawałkiem ciasta, który spadł na dywan. Miałam dziewięć lat. Wierzyłam w miłość i…

Kilka dni później

Mama wyjeżdża. Płaczę.

– Mamo, zostań. Kiedy wrócisz? Nie chcę, byś odjeżdżała… – błagam.

Przytula mnie. Mówi, że musi jechać, że to wszystko dla mnie. Wsiada do autobusu. Znika za czarnymi drzwiami. Telefon potem milczy. Zawsze milczy.

– Nie ma taty? – pytam siostry.

Babcia w szpitalu znów na leczeniu. Siostra wychodzi bez słowa. Idę do parku zobaczyć, czy nie ma tam taty. Siedzi z kolegami na ławce. Pije.

– Tato, wystarczy, wróć do domu.

Mam dziewięć lat. Dorośli patrzą na mnie z politowaniem, ojciec ledwo kontaktuje, chwieje się na nogach.

– Jeszcze chwila. Zaraz wrócę.

– Nie zaraz, teraz.

Nie wraca. Wybiera alkohol. Rozpacza za matką. Próbuje o niej zapomnieć. Wie, że na miejscu czeka na nią ktoś inny. Ja nie wiedziałam.

Wróciłam do domu. Pościeliłam mu materac na podłodze. Czekałam. Zawsze czekałam. Sama.

2.

Śmierć Minotaura

Tak trudno

Było jej patrzeć

Jak brama się za nim zamyka

Jej serce drżało

Gdy szkarłatna nić uciekała spomiędzy

Drżących bladych palców

Miała mieszane uczucia

Co do śmierci Minotaura

Nie chciała kochać potwora

Lecz słysząc jego rozpacz

Co noc odbijającą się echem

Od zimnych ścian labiryntu

Podzielała jego samotność

I gdy chciała to przerwać

Gdy chciała powiedzieć:

Przestań kocham go

Ryk śmierci jak obietnica

Zagłuszył nadzieje dziewczyny

Odrzucenie przez inność. Brak szansy na miłość. Wyrzucenie na margines społeczny. Dlaczego za potwora uważali Minotaura, a nie jego matkę? Zbudowała labirynt, wrzuciła go tam na pastwę losu i kazała zabić. Wszyscy świętowali, gdy zniknął z ich życia. Wynik błędu. Nieudanego eksperymentu. Osoba, która nigdy nie poznała smaku miłości, która nie miała szans na udowodnienie, że jest czymś więcej niż monstrum. Ja i on jesteśmy tacy sami. Wyobcowani.

Patrzyłam, jak tata słucha muzyki o trzeciej nad ranem, we krwi miał resztki alkoholu. Sylwia Grzeszczak i jej Małe rzeczy: „ja i ty i długo nic… nie zadawaliśmy pytań, nie prowadziliśmy gier”. To kłamstwa zniszczyły nam wszystkim życie. Miłość. Kim jesteś? Dlaczego przychodzisz nagle i odchodzisz bez powodu? Dlaczego pojawiasz się na horyzoncie gorąca jak zachód, a potem przemieniasz w chłodną noc?

Historia Minotaura jest niesprawiedliwa. Miłość mojego taty do mamy była pomyłką. A ja w tym wszystkim byłam potworem zamkniętym w labiryncie, czekającym na skazanie. Na końcu tej historii umiera ktoś inny. Bohater, którego imienia nikt nie pamięta. Osoba, której nikt nie zauważa. Ktoś, kto jak nikt inny zasługiwał na życie…

Patrzę na mamę. Jej brązowe oczy są smutne.

– Twój tata zaczął pić przez ciebie – mówi. Nie wie, jak bardzo mnie to boli. – Gdy urodziła się twoja siostra, to tak nie pił, dopiero gdy ty się pojawiłaś…

14 lutego 2001 r.

Dwanaście lat przed śmiercią taty. Trzecia rocznica ślubu rodziców

Przyszłam na świat równo o siódmej trzydzieści. Byłam prezentem rocznicowo-walentynkowym, idealnym, ważącym prawie trzy kilo. Co powiedział tata na mój widok? Przypominałam go. Miałam jego oczy, jego nos, kształt jego ust. Był szczęśliwy czy rozczarowany? Mała kopia człowieka, który nie radzi sobie z emocjami, który nie potrafi ogarnąć żony ani własnego życia. Czternasty lutego i dziecko, które było usprawiedliwieniem błędów dorosłych.

– Urodziłaś się w walentynki? – pyta entuzjastycznie pani w sekretariacie szkolnym.

Uśmiecham się słodko.

– Tak. I w rocznicę ślubu rodziców! – odpowiadam wesoło.

– To takie urocze i wyjątkowe.

Przytaknęłam. Nie mam siły tłumaczyć, że ta data to mój największy koszmar.

14 lutego 2011 r.

Dwa lata przed śmiercią taty. Moje dziesiąte urodziny

Mama za granicą. Siedzę w salonie. Oglądam bajki w telewizji. Tata nie składa mi życzeń, pijany zamyka się w pokoju babci. Wszystkiego najlepszego dla mnie. Nie mam nawet tortu, by zdmuchnąć świeczki.

14 lutego 2019 r.

Sześć lat po śmierci taty i babci

Moje osiemnaste urodziny. Dziewczyny w szkole zrobiły mi niespodzianki. Dostałam wiele wspaniałych życzeń, piękne prezenty. Wróciłam z kartonem w serduszka do obcego mi domu. Ciocia z wujkiem dzień wcześniej dali mi pluszowego misia i piękny złoty pierścionek. Od mamy dostałam srebrną bransoletkę. Pierścionek dziwnie wyglądał na moim palcu. Był zbyt drogocenny, zbyt piękny, by był prawdziwy, i tylko mój. Dostałam go od ludzi, dla których byłam warta złota.

14 lutego 2021 r.

Osiem lat po śmierci taty i babci

Moje dwudzieste urodziny. Poprosiłam obcą kobietę o ugotowanie rosołu. Napisałam dzień wcześniej do mojej siostry.

„Zamiast prezentu możesz upiec mi ciasto”.

„Myślisz, że będzie mi się chciało piec ciasto rano po drugiej zmianie?”

Nie chciało jej się. Zamiast tego dostałam SMS-a z życzeniami.

Jest lockdown. Mama utknęła za granicą. Czułam się jak wygnaniec w kiedyś mi znanym domu. Wszystko było obce. Kolory ścian, fotografie w ramkach. Zniknęły religijne obrazy, kwadratowy telewizor, DVD na kasety. Pokój babci przemienił się w pokój o beżowych ścianach. Kartonowe pudełko w serduszka stało na szafie.

Sama. Zawsze sama. Serial z laptopa zagłuszał moje łkanie. Walentynki. Dzień zakochanych. Urodziny. Dzień, który powinnam spędzać z bliskimi. Zamiast bliskich rosół u znajomej siostry i powrót do pustych ścian. Witaj w domu, Kamilo. Wszystkiego najlepszego, odpowiedziała mi cisza.

Minotaur. Mój tata. Ja. Wszyscy przyszliśmy na świat jako owoce miłości. A potem jak owoce zgniliśmy w trawie.

3.

Modlitwa. Ludzie przeważnie modlą się o zdrowie, pieniądze, miłość, szczęście. Ja modliłam się o śmierć. Prosiłam Boga, by zabrał tych wszystkich ludzi, których nienawidzę, żeby zabrał mnie. Zaciskałam ręce pod prześcieradłem i błagałam, aby ten koszmar się skończył. Patrzyłam na śpiącego, pijanego ojca. Życzyłam mu jak najgorzej.

Zastanawiałam się, jakby to było, gdybym była z innej rodziny. Rodziny, w której nie muszę się martwić o bieżącą wodę, w której nie muszę się martwić o drewno na opał, w której nie muszę się martwić o chleb. Rodziny, w której nie muszę szukać po parku pijanego ojca, w której ktoś będzie się mną przejmować. Życzyłam mu śmierci, bo myślałam, że wtedy będę szczęśliwa. Myślałam, że będę szczęśliwa…

15 października 2011 r.

Dwa lata przed śmiercią taty

Mama wróciła z zagranicy. Kłóci się z tatą. Siedzę na rozwalającej się kanapie. Za oknem jest pochmurno. Ich krzyki słychać w całym bloku.

– Gdyby nie moje pieniądze, nic by w tym domu nie było!

– I dlatego mnie zdradzasz?!

– A co?! Miałam swoje życie zmarnować z alkoholikiem?!

– Nie, lepiej zostawić rodzinę i pieprzyć się z jakimś fagasem! Wypierdalaj z mojego domu!

– To oddaj, kurwa, moje pieniądze, które włożyłam w ten dom!

– Zaraz je dostaniesz!

Tata wychodzi z pokoju. Drewniane drzwi ze szklaną szybą drżą. Mama siada na krześle. Płacze.

– Wszystko będzie dobrze – mówię. Chcę w to wierzyć.

Przytula mnie. Mijają minuty na naszym żałosnym skamlaniu.

Tata wchodzi wściekły do pokoju. Trzyma w dłoni kuchenny nóż. Krzyczy, że ją zaraz zabije. Podbiegam do niego. Odpycham go. Proszę, żeby przestał. Patrzy na mnie wybudzony z amoku. Rzuca nóż na blat i wychodzi z domu.

Mama dzwoni na policję.

20 sierpnia 2013 r.

Trzy miesiące po śmierci taty i babci

Mamy z siostrą własny pokój u cioci i wujka. Jest duży, większy od tego w bloku, w którym gnieździliśmy się we czwórkę. Mamy łóżka. Nowe. Ciocia gotuje obiad. Zawsze ciepły. Dla nikogo nie brakuje. Ciocia ma miły głos, zapisała nas do pobliskiej szkoły. Jedziemy na zakupy. Głupio mi, że ktoś obcy się dla mnie stara. Czuję się niezręcznie. Czytam książki, mało z nimi gadam. Mam dwanaście lat i dziurę w sercu. Mam dwanaście lat i zrozumiałam, że mama mnie nie kocha.

– Do grudnia będziecie w nowej szkole.

W grudniu mama ma po nas wrócić. Chyba nikt w to nie wierzy, nikt oprócz mnie.

– Jedziemy po jakieś ciuchy dla was na nowy rok.

Nikt nie mówi tego głośno, ale nasze ciuchy śmierdzą starością i są dziurawe. Ciocia dba o nas. Wtedy nie wiedziałam, że ciocia będzie jedyną osobą, która pokocha dziewczynę z dziurą w sercu.

18 grudnia 2013 r.

Osiem miesięcy po śmierci taty i babci

Mama wróciła z zagranicy. Tłumaczy się długami, które spłaca po ojcu i babce. Tłumaczy się remontem mieszkania. Dlatego nie zabiera nas ze sobą. Sąd rodzinny ustala ciocię rodziną zastępczą. Mama się nawet z nami nie żegna. Odwraca wzrok, wychodzi bez słowa z sądu. Przez kolejne pół roku telefon milczy.

25 marca 2019 r.

Sześć lat po śmierci taty i babci

Jest środek nocy. Myślę o mamie. Nikt nie słyszy, jak płaczę w poduszkę. Może to lepiej, tego bólu tęsknoty nie da się ukoić słowami ani pocieszającym poklepywaniem po plecach.

Otwieram notatnik i piszę wiersz dla mamy. Jestem wściekła. Wściekła na mamę, na tatę, na babcię, na siostrę. Wściekła sama na siebie za to, jaka jestem i że nie jestem kimś innym. Wściekła na ten syf w głowie, na niepoukładane myśli, na uczucia, które są przesycone nienawiścią.

Dlaczego mnie urodziłaś

Pod sercem wyhodowałaś

Kłamstwem jak mlekiem karmiłaś

Jak psa po głowie głaskałaś

Dlaczego dałaś mi imię

I oczy po ojcu

Dlaczego nie zmieniłaś nazwiska

Skoro tak brzydzi cię myśl o nim

Dlaczego płaczesz przed sądem

Że jesteś skazana za niewinność

Dlaczego mówisz głośno do Boga

Za co pokarał cię takimi dziećmi

Dlaczego mnie urodziłaś

Jak wizytówkę trzymałaś

Na okazję specjalną

Dlaczego tak pięknie szepczesz:

Zawsze będę twoją mamą

A potem umywasz jak Piłat ręce

Nad moją śmiercią

Dlaczego mnie na życie skazałaś

Skoro nawet ty mnie nie chcesz

W swoim życiu

Dlaczego mnie oddałaś

I nigdy nie zapytałaś

Czy jestem szczęśliwa

Dlaczego mnie urodziłaś

Przez ciebie choruję na głowę

Wywołałaś w sercu fobie

Skazałaś na brak miłości

Odbierając mi ciepło

Dlaczego czuję że to moja wina

Moja pierdolona wina

Że nie jesteś w stanie ze mną wytrzymać

Poczekać aż rozprostuję skrzydła

Wyrzucasz mnie na śmietnik

Jak zabawki

Jak zużyte opakowania

Jak obierki

Nie ma w tobie ani grama mojej matki

Przestałam się modlić. Nie chciałam stracić nikogo więcej. Odsunęłam się od Boga i w głębi miałam cichą nadzieję, że mi wybaczy, że zamknęłam na niego myśli i serce. Wolałam wędrować w ciemności kłamstwa niż gnić w świetle prawdy. Bo kiedy prawda do ciebie przychodzi, przebija twoją bańkę fikcji, nikt ani nic nie jest cię w stanie uchronić przed falą agonii.

4.

Zabrakło mi smutku na wasze żale

I wody by obmyć was z grzechu

Nie udzielam chrztu

Nie rozdaję Ciała Chrystusa

Nie rozdaję ciała

Zabrakło mi słów na waszą głupotę

Zabrakło mi żetonów by wykupić wasze winy

Nie udzielam rozgrzeszenia

Kolorowe ledy migoczą

Nad naszymi martwymi głowami

Sentencji uczę się na pamięć

Kochaj człowieka

Kochaj swą matkę

Szanuj ojca

Nie można pożerać innych

Zostaw w spokoju wątrobę i płuca

Nie miel językiem

Kolorowe ledy migoczą

Coś znów w promocji

Kolejna rzecz za grosz

A ja nawet na tyle

Nie jestem w stanie wycenić życia

Więc czytam i czytam

Jak reagować uśmiechem na zło

Jak powstrzymać niekontrolowane łzy

Jak się znieczulić bez znieczulenia

Zabrakło mi smutku na wasze żale

Zabrakło mi

Słowa nie przechodzą przez przełyk

Myśli skupione na ścianie

To jedyny punkt mojego widzenia

Lampa cień rzuca

A ja myślę jak pozbyć się cienia

Lampa cień rzuca

A ja myślę jak pozbyć się cierpienia

W kącie pajęczyna

Jestem zbyt zmęczona

Odpuszczam sobie grzechy

Pozwalam im się nawarstwiać

Posprzątam jutro zabłoconą zakurzoną podłogę

Nie udzielam chrztu

Nie rozdaję Ciała Chrystusa

Nie rozdaję ciała

Choć tak pięknie rozkładam się

Wewnątrz siebie przegnita

Warstwa po warstwie

Na promkę rzucę

Przemielone sumienie

Moja mama jest mistrzem iluzji. Gdybyście ją poznali, pewnie nikt by nie pomyślał, jak bardzo toksyczną jest osobą. Wszyscy by się nad nią litowali, ona sama by tej litości szukała. Okręciłaby sobie wszystkich wokół palca, płacząc krokodylowymi łzami, a potem… zrzuciłaby na was bombę atomową. Zrównałaby was z ziemią, mówiąc, że to było konieczne. A wy byście jeszcze za to przeprosili.

15 marca 2006 r.

Siedem lat przed śmiercią taty

Mama jedzie ze mną pociągiem do większego miasta. Mówi, że musi coś załatwić w pracy. Wchodzimy do biura. Każe mi czekać na czarnej skórzanej kanapie w małym pokoiku. Na drewnianym stoliku leżą owocowe cukierki. Do pokoju wchodzi jakiś wysoki pan, uśmiecha się do mnie, a następnie zabiera gdzieś mamę.

Nie jem cukierków. Czekam, aż mama wróci. Trwało to tak długo, że w końcu usnęłam. Gdy mama mnie obudziła, za oknem było ciemno.

4 czerwca 2006 r.

Siedem lat przed śmiercią taty

Tata znów krzyczy na mamę w kuchni. Nie mogę spać.

– Koledzy mi powiedzieli, że mnie zdradzasz! Masz kogoś?!

– Tak, od razu, kurwa, dziesięciu.

– A nie? Wszyscy się ze mnie śmieją, że żona przyprawia mi rogi.

– Mam dość ciebie i twoich pijackich urojeń. Ja ciebie zdradzam? Chyba ty mnie z żubrówką.

Krzyczą głośno. Pięcioletnia ja nic z tego nie rozumiem. Przytulam mocno pluszowego misia. Modlę się, by się zamknęli, zniknęli, ale kłótnie nie ustają. Są jeszcze głośniejsze.

10 lipca 2012 r.

Rok przed śmiercią taty

Jestem u mamy w Holandii. Mężczyznę mamy poznałam wcześniej, gdy byłam u niej na wakacjach z siostrą. Teraz przyjechałam sama. Pytam się mamy, czy może zadzwonić do taty. Mówi, że telefon nie działa. Pan wydaje się miły. Mama mówi, że jest z nim szczęśliwa, że pan nie pije, że dobrze ją traktuje.

Jest wieczór. Mężczyzna przychodzi pijany. Szarpie mamę, krzyczy na nią, żeby dała mu kluczyki od auta. Mama również szarpie mężczyznę, po czym chowa kluczyki. Patrzę na nich z przerażeniem. Tata nigdy by nie uderzył mamy. Tata nie jest potworem.

12 lipca 2012 r.

Jedziemy gdzieś. Pan znów jest miły. Nie odzywam się, patrzę przez okno.

Dzwoni telefon, mama mi go podaje. To tata.

– Czemu się nie odzywasz? Zapomniałaś o mnie?

– Dzwoniłam. Nie było sygnału.

Opowiadam tacie o koniach, które widzę przez okno. Pomijam, że pan, który jest z mamą, wcale nie jest księciem na białym rumaku. Tęsknię za tatą. Jego głos mnie pociesza. Rozmawiamy bardzo długo. Więcej niż czterdzieści pięć sekund. Ale żadne z nas nie mówi na końcu „kocham cię”. Te słowa nigdy nie padają z naszych ust.

10 października 2020 r.

Siedem lat po śmierci taty i babci

Siedzę w rodzinnym domu. Wróciłam pod koniec września do mamy po tym, jak ukończyłam liceum. Rodzina zastępcza wygasła, a ja nie kontynuuję nauki. Mama gada o pracy i szkole. Nie słucham jej, nie mogę się skupić. Wkurzyłam się, że rozwodniła płyn do naczyń, który kupiłam. Zwróciłam jej uwagę.

– Mieszkasz pod moim dachem, daję ci pieniądze, korzystasz z moich garnków. Jak będziesz na swoim, to będziesz się rządzić.

Milczę. Powstrzymuję łzy. Na język ciśnie się, żeby powiedzieć: „Ty też mieszkasz w domu, który należał do babci, a nie do ciebie”, ale wiem, że nie mogę. Uśmiecham się niezręcznie. Powiedziała to takim tonem, jakbym była intruzem, jakbym wcale nie spędziła tu dwunastu lat życia.

– Dobrze.

Na tym kończymy rozmowę. Mama wyjeżdża następnego dnia do Niemiec. Oddycham z ulgą.

23 grudnia 2016 r.

Trzy lata po śmierci taty i babci

Ja i moja siostra pokłóciłyśmy się z mamą przed gwiazdką, którą miałyśmy spędzić w „rodzinnym gronie”. Siedzimy w aucie, ja wracam do cioci, a moja siostra do ośrodka. Mój telefon ma niecałe dwadzieścia procent baterii. Piszę cioci SMS, że wracam. Facet mamy tankuje paliwo. Widzę jej wzrok odbijający się w szybie. Płacze, jakby ktoś ją okradł.

– Za co Bóg pokarał mnie takimi dziećmi? – mówi.

Wściekam się.

– Za co Bóg pokarał mnie taką matką – odpowiadam.

Mam piętnaście lat i przestałam wierzyć w jej kłamstwa. Przestałam wierzyć we wszystko, co mówi. Moja nienawiść do niej przepełnia mnie i wypala od środka. Zastanawiam się, kim jest kobieta na miejscu pasażera i jak kiedykolwiek mogłam ją kochać.

Milczymy z siostrą całą drogę. Nikt nic nie mówi, atmosfera jest tak gęsta, że mogłabym ją pociąć nożem i zblendować na shake’a. Najpierw odwożą siostrę do ośrodka, żegnam się z nią. Każą mi zabrać torby na przednie siedzenie.

Jestem pod domem cioci dwie minuty przed Bożym Narodzeniem. Nawet nie wyłączają silnika. Otwieram drzwi, biorę torbę. Odjeżdżają. Wchodzę do domu cioci. Wszyscy się na mnie patrzą.

– Wesołych Świąt. – Uśmiecham się, staram się ukryć ból.

– Mogliśmy to przewidzieć. Powtórka z rozrywki, co?

Moja mama jest mistrzynią iluzji, chyba odziedziczyłam to po niej. Gramy w niekończącą się grę kłamstwa. Ja, że ją kocham i że mi zależy, ona, że nigdy mnie nie skrzywdziła i że wszystko było dla mojego dobra. Jesteśmy świetne w maskach i rolach, które odgrywamy. Nienawidzę tej części siebie. Tej toksycznej części, która odpycha i rani ludzi. Przez te wszystkie lata nauczyłam się jednego: lepiej zranić niż być zranionym.