Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 230
Rok wydania: 2022
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla wszystkich pokoleń mojej rodziny. Dla wszystkich tych, za których sprawą jestem tu, gdzie jestem. Dla tych przodków,
PROBLEMY PIERWSZEGO ŚWIATA
(1 782 158 753 posty na Instagramie)[1]
Widzę Cię w mojej kuchni. W skupieniu wypełnionym ciszą leniwego sobotniego poranka, przerywaną jedynie równomiernym brzęczeniem lodówki, stoisz pochylony nad płytą ceramiczną. Wielką drewnianą łyżką mieszasz smażącą się na patelni jajecznicę; wiesz, taką z cebulą i boczkiem, świeżymi i pokrojonymi w drobną kosteczkę soczystymi pomidorami oraz sporych rozmiarów kawałkiem żółtego sera, startego Twoją silną ręką na drobnych oczkach szorstkiej tarki. Staję boso w progu, ubrana w Twoją koszulę, w której przemierzając drogę z sypialni do kuchni, zdążyłam już podwinąć rękawy do łokci. Oparta biodrem o futrynę, z przechyloną na bok głową, przyglądam Ci się w niemym zachwycie. Widzę Twoją dłoń, mocno zaciśniętą na rękojeści kuchennego noża, którym energicznie siekasz gałązki koperku zmieszane z kilkoma listkami bazylii. Widzę Twoje nagie łopatki, w które tak bardzo lubię wtulać twarz. Podziwiam, jak wprawione w ruch tańczą swój taniec, sprawiając, że nie potrafię się im oprzeć. Uśmiecham się pod nosem i cichutko, na palcach wręcz, podchodzę do Ciebie. Obejmuję Cię w pasie, przymykam oczy i opuszkami palców gładząc Twój nagi tors, całą sobą chłonę Twój zapach i ciepło. Mruczę, a Ty, jak zawsze w odpowiedzi na to moje mruczenie, odsuwasz się lekko, by móc obrócić się do mnie przodem i pocałować mnie w czoło. Tak bardzo lubię, gdy całujesz mnie w czoło, ale nie muszę Ci o tym mówić – sam dobrze o tym wiesz.
O wielu innych rzeczach też nie muszę Ci mówić; wyczuwasz je, szukając ukrytych znaczeń w niewypowiedzianych słowach czy gestach. Czytasz we mnie, tak samo jak ja czytam w Tobie. Zwalniam uścisk i siadam obok Ciebie na chłodnym kuchennym blacie, pozwalając długim nogom dyndać w powietrzu. Lubię nimi machać – gdy nie mogę dosięgnąć podłogi, znów czuję się dzieckiem. Uśmiechasz się do mnie i podsuwasz pod usta drewnianą łyżkę, wypełnioną kolorową i pachnącą ziołami jajecznicą. Jest pyszna, dokładnie taka jak lubię: lekko ścięta, ale nie za mocno, po mistrzowsku przyprawiona Twoją wprawną w sztuce kulinarnej ręką…
Innym razem widzę Cię siedzącego na sofie w salonie: zasłuchanego w dźwięki muzyki klasycznej, szczelnie wypełniające przestrzeń pokoju. Lubię je, ale jeszcze nie do końca rozumiem. Uczysz mnie, jak rozpoznawać twórców i tytuły ich dzieł. Jest zima; za oknem pada śnieg, a w kominku tli się ogień. Podchodzę z kubkiem gorącej czekolady i siadam Ci na kolanach. Wtulam twarz w Twoją szyję i pozwalam lekko kołysać nas w takt nut wypływających z głośnika. Przymykam oczy, a Ty bezwiednie wystukujesz rytm na moim udzie. Siedzimy tak, zasłuchani i zachwyceni geniuszem wielkich, którzy już dawno odeszli z tego świata, zostawiwszy po sobie spuściznę stworzoną ręką samego Boga. Sekundy zamieniają się w minuty, a minuty w godziny… Tak mijają nam zimowe wieczory. Czasem też, gdy nie jesteś zmęczony, uczysz mnie grać w szachy. Jesteś cierpliwy i wyrozumiały dla mojego roztargnienia i błędów, które popełniam raz po raz, tym samym dając Ci wygrać każdą kolejną partię.
Przed snem lubię czytać Ci na głos moje ulubione powieści. Twoja głowa spoczywa na moich piersiach, a ja, z palcami zatopionymi w Twoich włosach, zabieram Cię w długą podróż w odległe od nas krainy czy dawne epoki. Gdy zasypiasz, delikatnie i najciszej, jak umiem, zamykam książkę i odkładam ją na nocny stolik. Jednym pstryknięciem gaszę światło i zasypiam, kołysana Twoim spokojnym i miarowym oddechem. Przy Tobie czuję się taka bezpieczna.
Uwielbiam, gdy ganisz mnie za to, że palę papierosy. Niestety wciąż je palę – ostatnio chyba nawet odrobinę więcej niż zwykle. Zabawnie marszcząc czoło, upominasz mnie i do znudzenia powtarzasz, jak mnie to zabija i ile pieniędzy tracę każdego dnia. Wiesz, dlatego staram się palić mniej, a przynajmniej wtedy, gdy jestem z Tobą. Wyjątek stanowią chwile, gdy uczysz mnie prowadzić samochód, ale wtedy – sam rozumiesz – siła wyższa.
Widzisz, ja wciąż jeszcze nie znam Twojego imienia. Nie znam też Twojej twarzy, nie wiem, jakiego koloru są Twoje oczy ani włosy. Ale… Od dawna znam Twoją duszę. Jest fragmentem mojej własnej, jej lustrzanym odbiciem. To dlatego tak bardzo chcę, żebyś wreszcie pojawił się obok i został… Już na zawsze[2].
Przepis na pastę jajeczną do chleba – wersja dla niej:
1) ugotuj dwa jajka na twardo, po czym ostudź je w zimnej wodzie;
2) w międzyczasie zetrzyj na tarce pięćdziesiąt gramów żółtego sera;
3) ser przełóż do miski i dodaj wystudzone jajka – najlepiej je również zetrzyj wcześniej na tarce;
4) następnie dodaj drobno pokrojony ząbek czosnku;
5) łyżkę majonezu zmieszaj z pieprzem i odrobiną musztardy (proporcje według uznania), dodaj sos do miski i porządnie wymieszaj (sól jest zbędna – majonez załatwi sprawę);
6) gotową pastę jajeczną podawaj z chlebem.
Przepis na pastę jajeczną do chleba – wersja dla niego:
1) ugotuj dwa jajka na twardo:
‒ wyciągnij dwa jajka z lodówki (nie ściskaj, nie obieraj!),
‒ pierwsze jajko delikatnie włóż do garnka,
‒ drugie rozbite pościeraj z podłogi (gąbkę masz w zlewie),
‒ dobierz jeszcze jedno jajko z lodówki i delikatnie dołóż je do jajka w garnku,
‒ zalej garnek wodą (nie po brzeg – wystarczy tyle wody, by przykryła jajka w garnku),
‒ postaw garnek na kuchence,
‒ włącz kuchenkę i ugotuj jajka;
2) w międzyczasie (i tu mała dygresja – „międzyczas” występuje tam, gdzie równolegle występuje też kobieta, bo te z natury nie znoszą pustych przebiegów ani przestojów; jeżeli jesteś mężczyzną, to międzyczas ci nie grozi i spokojnie możesz przeznaczyć czas potrzebny do ugotowania jajek na grę w telefonie – masz na to jakieś dziesięć minut):
‒ po dziesięciu minutach wyłącz kuchenkę,
‒ przenieś garnek z ugotowanymi jajkami z kuchenki do zlewu (uwaga – gorące!),
‒ włóż poparzone palce pod strumień zimnej wody i policz do dziesięciu,
‒ teraz podobnie włóż jajka pod strumień zimnej wody (nie swoje! te w garnku),
‒ zalej garnek zimną wodą po brzeg;
3) następnie graj kolejne dziesięć minut na telefonie, po czym kontynuuj od fragmentu: „zetrzyj na tarce pięćdziesiąt gramów żółtego sera …” jak wyżej, przy czym:
‒ ser i jajka zetrzyj na dużych oczkach tarki (tych samych, na których ścierasz mozzarellę do pizzy),
‒ ząbek czosnku wcześniej obierz,
‒ dodaj pół płaskiej łyżeczki musztardy i szczyptę pieprzu (nie, nie syp prosto z saszetki, tylko nabierz w palce),
‒ tak, serio nie trzeba solić.
Ona
Pozwalają zajrzeć do środka i dostrzec wszystko to, co tak bardzo chcielibyśmy ukryć przed światem, a czasem nawet przed samymi sobą. Dają możliwość ciekawskiego i wścibskiego nasycenia się emocjami drugiego człowieka. Wystarczy jedno krótkie spojrzenie i już wiedzą, że pod tą latami żmudnie ćwiczoną postawą pełną luzu, pod tą zastygłą na twarzy maską obojętności, czai się Cicha Rozpacz wsparta na ramieniu Głębokiego Smutku. Para aniołów o skrzydłach czarniejszych niż noc. Żyjąca w symbiozie dwójka przyjaciół, karmiąca się pustką i samotnością.
I niby nic wielkiego się nie stało. Niby było jak zawsze: ci sami ludzie, ten sam pub, ten sam stolik. Ta sama skórzana granatowa sofa, ten sam drink złożony z podwójnej wyborowej i coli, i nagle, zupełnie niespodziewanie, padło to jedno krótkie pytanie, całkowicie wyrwane z kontekstu toczących się obok rozmów:
– Ty popłakujesz? – zapytał, spoglądając znad swoich okularów w jej suche oczy.
On
Prosto z Okęcia pojechał do swojego młodszego brata. Musiał z kimś pogadać, a w obecnej sytuacji tylko jemu mógł zaufać. Po trzydziestu minutach dotarł na miejsce. Jego młodszy brat wraz z żoną kupili niedawno dom na obrzeżach Warszawy. Niski, parterowy domek otoczony zagajnikiem świeżo posadzonych świerków, w sam raz dla trzyosobowej rodziny (wliczając w to jej pięcioletniego syna z poprzedniego związku), którą oficjalnie stali się zaledwie kilka tygodni wcześniej. Boże, jak on zazdrościł im tego miejsca! Zaparkował samochód przed bramą wjazdową i odczekał chwilę, nim ostatecznie odważył się wysiąść z auta. Nabrał powietrza w płuca i na wydechu zadzwonił do bramki. Nie musiał długo czekać – drzwi do domu szybko otworzyły się i stanął w nich jego młodszy brat.
– A to ci niespodzianka! Wchodź! – krzyknął radośnie na widok niezapowiedzianego gościa i wpuścił go na teren posesji, by po chwili ściskać go serdecznie w progu domu. Mimo że był młodszy o cztery lata, przewyższał go prawie o głowę.
Wzrost był jedyną fizyczną cechą, która ich od siebie odróżniała; gdy byli jeszcze dziećmi, ludzie często brali ich za bliźniaków. Charakter to co innego – on wdał się w ojca: wygadany, czy jak to się teraz potocznie mówi „wyszczekany”, zawsze mający własne zdanie. Czasem bezczelny i szczery do bólu. Zawsze mówił prosto z mostu to, co mu leżało na wątrobie, i nigdy nie przejmował się opinią innych ludzi. Jakby to kiedyś powiedział ich wspólny znajomy: „miej na wszystkich i wszystko wyjebane!”. Jego młodszy brat z kolei bardziej przypominał matkę: nieśmiały i uległy, przez co łatwo było nim dyrygować. Nigdy nie ośmielił się przeciwstawić rodzicom. Może właśnie dlatego nadal jest mile widzianym gościem na niedzielnych obiadkach u ich matki?
– Co cię do mnie sprowadza? – zapytał brat, jednocześnie wypuszczając gościa ze swojego żelaznego uścisku.
– Przejeżdżałem tędy i pomyślałem, że wpadnę na kawę – odpowiedział, nie patrząc mu w oczy.
– Jasne! Bujać to ja, a nie mnie! – roześmiał się młody.
– Ktoś jeszcze tak mówi? Przecież to wyrażenie umarło w latach dziewięćdziesiątych! – odpowiedział.
– Wyglądasz, jakby cię z krzyża zdjęli. Pokłóciłeś się z żoną, co? – dopytywał brat, tym samym ignorując wcześniejszą uwagę.
W tej samej chwili zapragnął, żeby faktycznie ta sprawa dotyczyła jakiegoś głupstwa, zwykłego nieporozumienia, banalnej kłótni z żoną o niepozmywane naczynia czy walające się pod łóżkiem skarpetki. Ale to, z czym do niego dziś przyszedł, było o wiele bardziej skomplikowane. Sekundy mijały, a on nie wiedział, jak zacząć tę rozmowę. Stał więc jak sierota na środku przedpokoju, uparcie wpatrując się w czubek własnych butów, i milczał.
– Chodź! Naleję ci wódki – powiedział młodszy brat i z całej siły walnął go w plecy.
– Jesteś sam? – zapytał przytomnie. Wiedział bowiem, że jak zaczną pić i opowie mu swoją historię, to nie skończą przed świtem.
– Tak, żona z synem pojechali do jej rodziców na weekend, a ja zostałem, bo mam kilka projektów do skończenia – odpowiedział gospodarz i popchnął go w stronę salonu.
Ulżyło mu. Nie chciał, żeby ktokolwiek im przeszkadzał. Miał czas… Mnóstwo czasu. Gdy młodszy brat rozlewał wódkę do kieliszków, on rozglądał się po pokoju. Był ogromny i bardzo ładnie urządzony: ściany i podłogę wyłożono jasnym, wręcz surowym drewnem, a w miejscu, gdzie stał kominek, położono szary kamień – od podłogi aż po sufit. Na wprost paleniska ustawiono dwie wielkie popielate sofy przodem do siebie, a pomiędzy nimi stał niski, dębowy stolik do kawy. W drugiej części salonu znajdowała się jadalnia: wielki kamienny blat na kutych, metalowych nogach z wsuniętymi pod niego sześcioma metalowymi krzesłami o ratanowych siedzeniach. Obok był drewniany kontuar, a zaraz za nim ogromna, nowocześnie wyposażona kuchnia w kolorze soczystej maliny – przedmiot nieustającej zazdrości jego żony. Wzdrygnął się, bo naprawdę nie chciał teraz o niej myśleć. Obrócił się twarzą do kominka, ściągnął kurtkę i usiadł na jednej z sof. Po chwili brat usiadł naprzeciwko i przesunął w jego stronę kieliszek z wódką. Dopiero teraz dostrzegł, że będą pić wyborową; mimo woli uśmiechnął się i pomyślał, że to ulubiona wódka…
– No proszę! Jak ci się micha cieszy na widok alkoholu. Musisz być naprawdę spragniony – roześmiał się jego młodszy brat, podnosząc swój kieliszek do ust. – Zdrowie!
– Zdrowie! – odpowiedział i wypił swojego shota.
Po chwili poczuł, jak robi mu się ciepło w żołądku. Chwycił butelkę i rozlał jeszcze jedną kolejkę. A potem następną… i następną. Spojrzał na brata.
– Bez obaw, mamy dość alkoholu w domu. Wystarczy nam na cały weekend – powiedział tamten i puścił mu oko.
– Obrobiłeś monopolowy? – zapytał.
– Nie – roześmiał się brat. – Ale z wesela zostały jeszcze ze trzy skrzynki wódki.
Siedzieli chwilę w milczeniu, wpatrzeni w palące się w kominku drewno. Zastanawiał się, od czego zacząć swoją opowieść. Nie lubił się zwierzać; w tej sytuacji czuł jednak, że musi z kimś porozmawiać, bo inaczej oszaleje. Padło na brata, bo niby z kim innym mógłby o tym pogadać? Odetchnął głęboko i powiedział:
– Będę tatą.
Zapanowała cisza. Widział, jak jego brat patrzy na niego z niedowierzaniem. Po chwili jednak ryknął na całe gardło:
– No nareszcie! Stary, gratulacje! Jednak wam się udało. Dałeś się wreszcie namówić swojej żonie czy to wpadka? – śmiał się, rozlewając wódkę do kieliszków.
On chwycił swój, podniósł go do ust i wypił jednym haustem, po czym, najspokojniej jak umiał, odpowiedział:
– Do niczego mnie nie przekonała. To nie z nią będę miał dziecko.
Jego brat zastygł w bezruchu i wpatrywał się w niego z rozdziawioną gębą.
Nie wiedział, czy to ta jego głupkowata mina, czy raczej wódka wypita w tak szybkim tempie spowodowały, że nagle wybuchnął głośnym śmiechem. Najgorsze było to, że nie mógł przestać się śmiać, mimo że bardzo chciał. Łzy ciekły mu po policzkach, bolał go brzuch, ale nie potrafił nad tym zapanować. Przypomniało mu się, jak powiedziała mu kiedyś, że uwielbia jego śmiech i że jest z siebie dumna za każdym razem, gdy uda jej się rozśmieszyć go do tego stopnia, że z oczu lecą mu łzy. Wspomnienie o niej spowodowało, że jego problemy wróciły do niego niczym bumerang. Momentalnie przestał się zaśmiewać, a w pokoju znowu zapanowała grobowa cisza. Uparcie wpatrywał się w kominek, czując na sobie wzrok brata. Czekał. Czekał na to, aż coś usłyszy, cokolwiek, ale się nie doczekał.
– Jest w twoim wieku. Poznaliśmy się ponad rok temu, wkrótce po tym, jak zmieniłem pracę – powiedział, żeby przerwać to milczenie, po czym znów ucichł.
Spojrzał na brata, ale ten nadal siedział z tą swoją głupkowatą miną i wlepiał w niego szeroko otwarte ze zdziwienia oczy. W tej samej chwili pożałował swojego przyjazdu. Wstał z sofy, włożył kurtkę i skierował się w stronę drzwi. Kładł już dłoń na klamce, gdy usłyszał, jak jego brat zrywa się ze swojego miejsca i biegnie za nim do przedpokoju.
– Zostań! – powiedział do jego pleców, a on zastygł w bezruchu.
Stali tak przez chwilę, a on zastanawiał się, co zrobić. Wiedział, że tylko z nim może o tym porozmawiać. Był najbliższą mu osobą. Miał jeszcze żonę, ale… najpierw chciał się komuś wygadać, poradzić, a na rozmowę z żoną przyjdzie jeszcze czas. Ściągnął rękę z klamki i zrobił krok w tył. Brat wówczas, jak na gówniarza przystało, rzucił mu się w ramiona i ścisnął tak mocno, że przez chwilę miał wrażenie, że połamie mu wszystkie kości. Gdy wreszcie go puścił, wrócili do salonu, usiedli na swoich miejscach i wypili po kielichu.
– Opowiadaj – powiedział młodszy brat, uzupełniając puste szkło.
Parzenie kawy według mężczyzny:
1) wstać z sofy i podejść do ekspresu,
2) wcisnąć guzik uruchamiający urządzenie i odczekać chwilę, aż wszystkie kontrolki przestaną migać,
3) podejść do lodówki i wyciągnąć karton z mlekiem,
4) wrócić do urządzenia i wlać mleko do pojemnika,
5) wcisnąć przycisk „cappuccino” i odczekać chwilę, aż maszyna przygotuje wybraną kawę,
6) wyłączyć ekspres, schować mleko do lodówki i wrócić na sofę.
Parzenie kawy według kobiety:
1) wstać z sofy, po drodze zgarnąć karton mleka z lodówki i podejść do ekspresu,
2) wlać mleko do pojemnika, wcisnąć guzik uruchamiający urządzenie i odczekać chwilę, aż wszystkie kontrolki przestaną migać,
3) wyrzucić pusty karton po mleku do śmieci,
4) dopisać mleko do wiszącej na lodówce listy zakupów,
5) wcisnąć przycisk „cappuccino”,
6) zirytować się na widok świecącej na czerwono kontrolki z komunikatem „brak wody”,
7) uzupełnić wodę w ekspresie,
8) ponownie wcisnąć przycisk „cappuccino”,
9) żachnąć się na widok świecącej na czerwono kontrolki z komunikatem „brak kawy”,
10) wyjąć kawę z szafki i przesypać ją do pojemnika urządzenia,
11) z całej siły rzucić pustym opakowaniem po kawie w stronę kosza na śmieci,
12) nie trafić do kubła,
13) podnieść opakowanie z podłogi i z agresją upchnąć je w śmietniku, pomagając sobie przy tym nogą,
14) nabazgrać drukowanymi literami KAWA na wiszącej na lodówce liście zakupów, robiąc przy tym dziury długopisem w papierze,
15) znowu wcisnąć przycisk „cappuccino”,
16) wkurwić się na widok świecącej na czerwono kontrolki z komunikatem „pełny pojemnik na fusy”,
17) z impetem wysypać zawartość pojemnika na fusy do kosza,
18) wyciągnąć zbiornik z resztkami zmielonej kawy z kubła, umyć pod bieżącą wodą i ponownie zainstalować w urządzeniu,
19) zebrać mokrą ściereczką kawowe odpady z dna szafki, w której stoi kosz na śmieci,
20) wcisnąć przycisk „cappuccino” i odczekać chwilę, aż ekspres przygotuje wybraną kawę,
21) włączyć autoczyszczenie urządzenia,
22) wylać wodę z podstawki, gdzie zebrało się jej tyle, że zaczęła wylewać się na blat,;
23) klnąc pod nosem, osuszyć blat ściereczką,
24) umyć podstawkę i inne części ustrojstwa,
25) wyłączając urządzenie, pokazać mu środkowy palec,
26) wrócić na sofę z kawą i uświadomić sobie, że ochota na nią minęła bezpowrotnie.
W środku nocy lądujesz na opustoszałym już lotnisku. Nie rozglądając się na boki, szybkim krokiem przechodzisz przez halę przylotów. Doskonale wiesz, że nikt tam na ciebie nie czeka. Wsiadasz do taksówki i jedziesz do „domu”. Dojeżdżając do mieszkania, z okien samochodu podziwiasz obficie skąpane w świetle księżyca Hradczany, położone wysoko nad skrzącą się taflą Wełtawy. Płacisz taksówkarzowi, wysiadasz z auta i wchodzisz do kamienicy.
Nie lubisz jeździć windą, więc pieszo udajesz się na pierwsze piętro. Stajesz przed drzwiami mieszkania i otwierasz je swoim kompletem kluczy. Wchodzisz do środka, zapalasz światło w przedpokoju i cicho zamykasz za sobą drzwi. Pod ścianą stawiasz walizkę i kładziesz na niej swoją torebkę. Kiedyś rzuciłabyś ją niedbale w kąt – teraz nie masz w sobie tyle śmiałości, by uczynić ten gest. Ściągasz buty, chociaż jeszcze do niedawna przeszłabyś w nich aż do salonu. Twój wzrok pada na wieszak z ubraniami, gdzie wisi kurtka – nie twoja; swoją masz nadal na sobie. Obok, na podłodze, stoją jakieś pudła i torby, przez co czujesz się jeszcze bardziej nieswojo, obco wręcz. Nie lubisz zagraconych powierzchni, za to do szaleństwa kochasz przestrzeń. Mimo woli więc odwracasz głowę w bok. Zaczynasz wpatrywać się w swoje fotografie z dzieciństwa wiszące na przeciwległej ścianie, zebrane w kolorowy kolaż – gwiazdkowy prezent od rodziców. Jest tam zdjęcie, na którym stoisz ze smoczkiem przywiązanym tasiemką do szelek u spodni; kadr, na którym twoja mama trzyma cię na rękach – taką małą, zaraz po urodzeniu; są i zdjęcia z Pierwszej Komunii. Uśmiechasz się. Ściągasz kurtkę i wieszasz ją na wieszaku, obok tej drugiej, obcej. Z torby wyciągasz laptopa i idziesz do salonu. W kompletnej ciszy rejestrujesz zmiany, jakie zaszły w tym pomieszczeniu: mebel po meblu, przedmiot po przedmiocie. Podchodzisz do niskiego regału z książkami. Palcami gładzisz obwoluty swoich ulubionych powieści, ciasno upchanych na jednej półce, otoczonych nie twoją literaturą fachową. Wciągasz do płuc powietrze, ale to mieszkanie nie pachnie już tobą ani twoimi perfumami; pachnie za to domestosem. Podchodzisz do parapetu i zapalasz świece, jedną po drugiej, ustawione w świecznikach z kolorowego szkła – twoich świecznikach.
Ta cisza staje się nie do zniesienia. Włączasz laptopa i podpinasz do niego kolumny. W wyszukiwarkę wpisujesz frazę „radio internetowe”, by po chwili móc ją wreszcie zabić chilloutowymi nutami. Siadasz na sofie przykrytej nie twoim kocem, bo ten leży obok – złożony w równą kostkę. Na kolana kładziesz sobie laptopa; logujesz się do poczty, sprawdzasz maile, robisz przelewy, piszesz przyjaciółce krótkie podziękowanie za to, że zrobiła dla ciebie zakupy i że po pracy podrzuciła ci je do mieszkania. Odstawiasz laptopa na regał i idziesz do sypialni. Stajesz w drzwiach, zapalasz światło i nawet tu, w tej najbardziej intymnej części mieszkania, czujesz się obco. Nie twoje pamiątki oblegają nocne stoliki, a czyjś wiklinowy kosz na brudną bieliznę smutno patrzy na ciebie z najdalszego rogu pokoju. Przemierzasz jego długość i wychodzisz na balkon. Zapalasz papierosa, a do twoich uszu dobiega znajomy szum klimatyzacji z przeciwległego biurowca. Ten dźwięk cię drażni – tak bardzo odzwyczaiłaś się od niego. Przez chwilę wpatrujesz się w niebo usłane gwiazdami. Wracasz do środka; w przedpokoju otwierasz walizkę i wyciągasz z niej kosmetyczkę oraz ręcznik. Ubrań nie ruszasz – one zostaną w tej walizce aż do niedzieli, czyli do dnia twojego wylotu. Idziesz do łazienki, gdzie na drewnianym krześle ustawiasz swoje kosmetyki. Nie chcesz zaglądać do szafki pod umywalką ani nawet jej otwierać – to już nie jest twoja szafka. Wchodzisz pod prysznic i pozwalasz kroplom wody zmyć z ciebie resztki podróży. Przymykasz oczy. Po chwili wracasz do salonu, gdzie w rogu mieści się mały aneks kuchenny. Z szafki nad zlewem wyciągasz swój kubek, ten przywieziony z Francji kilka lat temu. Twój kubek, ten sam, który jeszcze do niedawna był pewnego rodzaju wyznacznikiem twojej przynależności do miejsc, w których przyszło ci żyć. Teraz odkrywasz, że nawet on jest jakiś obcy. Nalewasz do niego wody i wracasz do sypialni, po drodze wyłączając laptopa i gasząc światła. Kładziesz się do łóżka, przykrywasz kołdrą i próbujesz zasnąć. Sen jednak nie przychodzi, bo skutecznie uniemożliwia mu to dochodzący zza balkonowych drzwi szum klimatyzacji i jeżdżąca w górę i dół winda za ścianą. Odwykłaś, tak bardzo odwykłaś przez tych kilkanaście tygodni.
Wstajesz rano, myjesz się i po chwili, ciągle jeszcze będąc w piżamie, a do tego boso, zjawiasz się u przyjaciół, którzy mieszkają na tym samym piętrze co ty. Lubisz do nich wpadać, by przy miłej pogawędce wypić poranną kawę i zrobić plany na resztę dnia. Czasem umawiacie się do kina, na spacer, a czasem na wspólne zakupy czy obiad. Wieczorem zaś wychodzisz z kumplami do klubu, skąd wracasz nad ranem, kompletnie pijana i zmęczona szaleństwami na parkiecie. Przynajmniej tej nocy zasypiasz bez problemu. Tak mija ci sobota.
W niedzielę praktycznie nie wychodzisz z łóżka: śpisz lub oglądasz jakiś film i obiecujesz sobie, że to pijaństwo to był ostatni raz. Po południu zabierasz się za pakowanie, przebierasz pościel i sprzątasz mieszkanie. Na stole w kuchni zostawiasz krótki liścik z podziękowaniem dla dziewczyny, której podnajęłaś to mieszkanie na czas twojej nieobecności. Wieczorem zamawiasz taksówkę i jedziesz na lotnisko, skąd lecisz do swojego drugiego „domu”. A tam? Znowu kąpiesz się w cudzej wannie, śpisz w cudzym łóżku, jesz z cudzych talerzy, potykasz się o cudze przedmioty. Pamiątek ze sobą nie zabrałaś – nie starczyło na nie miejsca. Dozwolony limit bagażu to raptem 20 kilogramów, czyli dokładnie tyle, ile ważą twoje buty, ciuchy, kosmetyki, kilka płyt i dwie książki. Do tej pory, co jakiś czas, brałaś kilka dni wolnego i leciałaś do rodziców czy przyjaciół. Wtedy było ci lepiej, ale nawet tam nie jesteś już u siebie. Ani w mieszkaniu przyjaciół, ani w domu rodziców, gdzie ściany i meble mają już inną fakturę, inny kolor, kształt i gdzie do twojego dawnego pokoju wstawiono stół, sześć krzeseł, plazmę i kominek. Teraz z wiadomych powodów nie latasz. Może to i lepiej, bo uświadamiasz sobie, że bezdomność to nie tylko fizyczny brak dachu nad głową. Bezdomność to także stan umysłu. Teraz to wiesz.
Któregoś dnia kolega zza biurka obok wrócił z przerwy na papierosa i od progu oznajmił, że właśnie uwierzył w miłość od pierwszego wejrzenia. Niewiele myśląc, znajoma wypaliła na głos: „A nie od pierwszego włożenia?”, na co kolega w odpowiedzi pokazał jej faka i się obraził. Po niespełna godzinie jego potrzeba wygadania się okazała się jednak silniejsza, więc pod pretekstem wspólnej kawy oderwał znajomą od komputera, by móc w spokoju opowiedzieć o całym zdarzeniu.
W skrócie: od rana Wszechświat dawał mu do zrozumienia, że zwycięzcą to on jednak nie jest. Po pierwsze uciekł mu autobus, więc do biura przyszedł pieszo. Po drodze zdążył go ochlapać samochód i to dwa razy – gdy głośno klął pod adresem pierwszego kierowcy, nie zauważył, że nadjeżdża kolejny. Dlatego pierwszą godzinę w pracy zamiast na robocie spędził na ścieraniu błota z jasnego płaszcza i nieudolnej próbie wysuszenia go automatyczną suszarką do rąk. Przez to na stołówce do jedzenia został jedynie grysik z sokiem malinowym, bo całą jajecznicę zżarli mu w czasie, gdy czyścił to cholerne palto. Do tego szefowa ewidentnie miała tego dnia PMS, bo chodziła wściekła jak osa i patrzyła na niego spode łba. Nie wytrzymał więc tego całego napięcia i udał się do palarni na papierosa. Tam postanowił, że jednak rzuca wszystko w cholerę i jedzie w las przytulać się do drzew. Gdy w głowie układał już sobie tekst wypowiedzenia umowy o pracę (coś w stylu: „Walcie się na ryj i żryjcie szyszki!”), znikąd pojawiła się ona – prawdziwa nimfa! Deszcz przestał padać. Słońce wyszło zza chmur. Ba, cały świat pojaśniał (nie wiadomo, może nawet zatrzymał się na ułamek sekundy?), a od niej samej biła jakaś taka aura niesamowitości…
Przez kilka kolejnych dni kolega znajomej łaził za dziewczyną krok w krok. Nie zniechęcił się nawet informacją, że owa nimfa ma narzeczonego. Chyba nawet go to jeszcze bardziej podkręciło – zdobywca! Tak długo dreptał, aż wydreptał. Nimfa wreszcie zaprosiła go do siebie na kolację. Uszczęśliwiony tym faktem i zaopatrzony w kwiaty i butelkę wina, pofrunął tam jak na skrzydłach, a znajoma mocno trzymała za niego kciuki. Tyle tylko, że jeszcze tego samego wieczoru, około północy, zjawił się on u niej – znajomej znaczy się – z butelczyną pod pachą. Ta, wstrząśnięta, ale nie zmieszana, wpuściła go do swojego M-ileś-tam. On nawet nie ściągnął butów ani kurtki, tylko z marszu wparował do salonu i usiadł przy stole, nie odezwawszy się przy tym ani słowem. „Nie chcesz, nie mów” – pomyślała, zerkając na niego ukradkiem, i zabrała się za otwieranie butelczyny. Gdy zawartość tejże dobrze już szalała im w krwiobiegach, kolega wreszcie zebrał się w sobie i przemówił.
Otóż zjawił się u nimfy punktualnie. Ta wpuściła go do środka, gdzie przedstawiła swojego faceta, po czym w trójkę zasiedli do stołu zastawionego winem i przekąskami. Na początku rozmawiali głównie o pracy, ale z każdą kolejną wypitą lampką alkoholu czuł, że początkowe skrępowanie odchodzi, aż wreszcie zrobiło się bardzo miło i sympatycznie.
Po jakichś dwóch godzinach potrzeby fizjologiczne wzięły nad kolegą górę, więc grzecznie przeprosił towarzystwo, wstał od stołu i zniknął za drzwiami od łazienki. Tam zbliżył się do muszli, podniósł deskę, rozpiął rozporek spodni i… wiadomo, co byłoby dalej, gdyby nagle nie odskoczył w tył jak oparzony, uderzając przy tym plecami o regał z kosmetykami. Te z hukiem rozsypały się po całej łazience, jednak nie to było w tej historii najstraszniejsze. Najstraszniejszy w tym wszystkim okazał się kot, który nie wiadomo, skąd się wziął, za to z całą pewnością było wiadomo, że krawędź muszli klozetowej jest jego ulubionym miejscem w tym domu. Kolega, zaskoczony całą sytuacją, zbliżył się do zwierzaka i prychając na niego, usiłował zmusić go do zeskoczenia na podłogę – nie pomogło. Spróbował więc zepchnąć futrzaka ręką, ale ten podrapał go pazurami. Nie mogąc już dłużej walczyć z własnym organizmem, postanowił w akcie ostatecznej desperacji dokończyć mimo wszystko to, co tak brutalnie zostało mu przerwane. Stanął z boku i starając się ominąć kota, wrócił do poprzedniej czynności. A w zwierzaka jakby coś wstąpiło! Przysiadł na zadzie, przekrzywił łepek i przednimi łapami próbował pochwycić lecący do muszli strumień uryny. Kolega zakłopotany i lekko już wkurzony na kota, sterując trajektorią lotu na granicy między brzegiem muszli a podłogą, ponownie zaczął na niego posykiwać. Na jego nieszczęście zwierzak najwyraźniej odebrał te starania jako zachętę do zabawy, bo nagle wyprężył się i z premedytacją wsadził łepek pod ów strumień. Kolega zamarł.
Gdy czucie w kończynach wreszcie wróciło, a szum w głowie ustał, wpadł w panikę. Bijąc się z własnymi myślami, ostatecznie postanowił, że nie przyzna się do całego zajścia. Zapiął rozporek, spuścił wodę, umył ręce, posprzątał kosmetyki z podłogi i jak gdyby nigdy nic wrócił do stołu.
Wszystko byłoby w porządku, gdyby ta historia nie miała dalszego ciągu. Po jakimś kwadransie do salonu dumnym krokiem wkroczył kot. Na jego widok kolega poczuł, jak najpierw blednie, a potem czerwieni się na twarzy. Do tego prawie zemdlał, gdy zwierzak wskoczył na kolana swojej pani, a ona z uśmiechem i miłością w oczach ukryła twarz w sierści pokrywającej małą kocią główkę. Jednym haustem wypił zawartość stojącej przed nim lampki i w napięciu czekał na dalszy rozwój wypadków. Nagle nimfa, z dziwnym grymasem na twarzy, tak bardzo niepasującym do jej pięknego lica, odsunęła się od futrzaka i retorycznie zapytała, dlaczego jest mokry i do tego dziwnie pachnie. Kot jak to kot – nie odpowiedział. Kolega za to nie wytrzymał napięcia. Wstał od stołu, głośno odchrząknął i czerwieniąc się okrutnie, opowiedział o całym zajściu w łazience. Gdy skończył, w pokoju zapanowała grobowa cisza. Nie doczekawszy się żadnej reakcji ze strony gospodarzy, uprzejmie podziękował za miły wieczór, po czym skierował się do przedpokoju. Włożył buty, kurtkę i nie oglądając się za siebie, wyszedł z mieszkania.
Idąc w stronę przystanku, po drodze kupił butelczynę, by po chwili trafić do znajomej. Ta, wysłuchawszy całej historii, zaczęła pocieszać kolegę, że w zasadzie nic złego się nie stało i że za kilka dni wszyscy będą się z tego śmiać. Niestety pomyliła się – dziewczyna do tej pory nie rozmawia z kolegą, a zapytana przez niego wprost dlaczego, odpowiedziała krótko i dosadnie: „Nasikałeś na mojego kota!”. Dobrze, że przynajmniej oni we dwójkę potrafią już śmiać się z tej historii.
Zapisuję, żeby przetrawić; żeby nie uciekło, bo w chwilach dużych uniesień zapominam o wszystkim, o wszystkich, o sobie – po prostu żyję i czuję. Ale gdy myśli uspokajają się, wraca ich trzeźwość, a ja wracam do normalności. Tyle że nie ma w tym już tych emocji, które sprawiają, że wszystko poza nimi staje się obojętne i nieważne.
Zapisuję, bo niektóre zdarzenia z ostatnich dni nie wydarzyły się nigdy wcześniej, a to one krok po kroku mnie zmieniają. I dlatego, że wreszcie udało mi się kogoś poznać – dobrego i wartościowego. Kogoś, kto pielęgnuje swoje najpiękniejsze strony, kto żyje pełnią życia, kto wylał morze łez, żeby znaleźć się dziś tu, gdzie jest. Kogoś, kto ma wielkie serce, wielkie obawy, związane nie tylko z własną osobą, ale i wszystkimi wokół… I ze mną.
Początek tej znajomości jest ładny, filmowy – lubię go. Ja i on ściągamy najgłupszą w świecie aplikację; jest wulgarna, odpychająca. Tracę nadzieję na coś dobrego jeszcze w dniu, w którym ją instaluję. Jest inna niż reszta znanych mi aplikacji: każdy, kto jest w pobliżu, może do ciebie napisać – chyba że odetniesz takiej osobie dostęp. Apka wielokrotnie proponuje płatny dostęp, ale na razie decyduję się wypróbować ją w trybie bezpłatnym. Od tej pory informacje, zdjęcia i zaproszenia sypią się ze wszystkich stron. To chyba nie dla mnie. W pewnym momencie pisze do mnie chłopak z propozycją spotkania, najlepiej u niego. Mieszka tu od dawna – przeprowadził się jeszcze w 1992 roku, też jest Polakiem i postanowił poukładać sobie tu życie. Nie myślę zbyt wiele – po prostu mam ochotę się spotkać. Profilaktycznie dzwonię jednak do przyjaciółki. Ta drze się na mnie, że chyba mnie pojebało. A jeżeli to jakiś psychol i potem moje ciało znajdą poćwiartowane pod podłogą jakiegoś kościoła albo sprzedadzą je na organy? Gdy przestaje wrzeszczeć, ustalamy, że spotkam się z nim jednak w miejscu publicznym.
Piszę więc do typa, że muszę coś zjeść i dlatego wolę spotkać się w restauracji, a nie u niego. Po długim przekonywaniu w końcu zgadza się, więc umawiamy się w Złotych Łukach. Wsiadam w samochód i jadę. Docieram na miejsce, gdzie okazuje się, że muszę na niego czekać dłuższą chwilę. Gdy wreszcie się zjawia, widzę, że przyjaciółka miała rację: typ jest grubo po czterdziestce i cały czas nakręca się na kolejne spotkanie, najlepiej na kolację, najlepiej u niego. Ja już dobrze wiem, że z tej mąki chleba nie będzie. Pod byle pretekstem zmywam się do siebie. Już z samochodu dzwonię do przyjaciółki, powiedzieć jej, że „po balu”, że „ja pas!”. Wieczorem dostaję jeszcze info, że są u niego znajomi, więc zaprasza na wino. Nie odpisuję. Cieszę się tylko, że nie wymieniliśmy się numerami telefonów. Jak łatwo się domyślić, ten książę zdecydowanie nie jest z mojej bajki.
Jest niedziela, szósty maja. Budzę się i sprawdzam apkę, którą mam od niespełna czterdziestu ośmiu godzin. Od rana sypią się dziwne propozycje – przeglądam je, choć wiem, że nie umówię się z żadnym z tych kolesi. Bezpłatna wersja pozwala mi eksplorować okolicę w promieniu od dwunastu do piętnastu kilometrów. Nagle pojawia się wiadomość od osoby, która, podobnie jak ja, ma anonimowy profil: bez zdjęcia, bez imienia – tak jest bezpieczniej. Apka już sama w sobie sprawia, że czuję się dość nieswojo.
Pyta, czego szukam. Z profilu wnioskuję, że jest między nami jakieś dziesięć lat różnicy. On też to widzi, a mimo wszystko zagaduje. Zamieszczona przeze mnie grafika z napisem „Try not to be a bitch. Buddha” bardzo mu się podoba. Do dziś nie wiem czemu – przecież on nie zna w ogóle angielskiego.
„Ja szukam znajomości – mieszkam tu od niedawna i nikogo tu nie znam. A Ty?” „Ja też”. Pisze, że jest zmęczony tą aplikacją i powoli, tak jak mnie, chce mu się już rzygać tymi ludźmi tutaj i tymi wszystkimi niemoralnymi propozycjami. Czytam to i cieszę się, że wreszcie trafił się ktoś normalny – ktoś, z kim można zwyczajnie porozmawiać. „Wyślij mi swoje zdjęcie” – pisze on. Wysyłam zrobione przed chwilą: jeszcze w łóżku, sama twarz. Wtedy zaczynają wpadać jego zdjęcia. Jest śliczny – uroda prawdziwie modelowa. Uroczy i bardzo fotogeniczny! Trochę mi wstyd, że dostał ode mnie takie byle jakie, na odwal się. Z drugiej strony myślę sobie, że przynajmniej nie kreuję dziwnych oczekiwań. Mówi, że podoba mu się moje zdjęcie, ale prosi, żeby wysłać mu jeszcze kilka innych. Wysyłam więc jakieś z balkonu i z plaży. Nic nadzwyczajnego, ale lepszych nie mam pod ręką. Nie chcę też przesadnie go nakręcać, bo nie wierzę, że kiedykolwiek się spotkamy.
Komplementujemy się nawzajem i w tym samym momencie wysyłamy sobie pytanie: czemu jesteśmy na takim portalu? Co poszło nie tak w realnym świecie? Mam całkiem dobrą wymówkę: nowe miasto, nie znam nikogo, więc chcę poznać jakichś ludzi. On w odpowiedzi wysyła mi swój numer telefonu, żebyśmy mogli bez ograniczeń pisać na WhatsAppie.
Przez cały kolejny dzień piszemy ze sobą na komunikatorze. Następnego dnia – to samo. Później długo nie odpisuje, po czym nagrywa mi wiadomość. Jest wzburzony, bo rozmawiał dziś z ojcem pierwszy raz od dziesięciu lat; nie było to najmilsze przeżycie, ale musiał to zrobić. Gdzieś między wierszami wrzuca, że jutro są jego urodziny. Przygotowuję więc dla niego filmik: trzy sekundy z życzeniami. Akcja! W ręce trzymam czekoladową babeczkę, w którą wciskam świeczkę. Do kamery telefonu wypowiadam życzenia, po czym zdmuchuję świeczkę. Cięcie! Tego dnia mi nie odpisuje, ale następnego ranka jest zszokowany – nie pamięta nawet, że powiedział mi o urodzinach. Już wiem, że jest marzycielem, Piotrusiem Panem; że będzie mi z tym ciężko i nie pozbędę się mitomanii, która otacza mnie od zawsze. Jeszcze tego samego dnia dzwoni do mnie. Nie jest to zwykły telefon – chce się połączyć na wideokonferencję.
Ale jak, teraz? Tak od razu? „A ja taka nieumalowana!”. Ostatecznie przygładzam włosy na głowie i odbieram połączenie przychodzące. Rozmawiamy, ale o czym? Nie wiem… Mam wyrwę w pamięci. Pamiętam za to, że dużo się śmiejemy, chociaż nie wiem już, z czego. Zapamiętuję, że nalega na spotkanie, a ja modlę się w duchu: byle nie dzisiaj. I to zdanie, a raczej zlepek trzech słów – „byle nie dzisiaj” – towarzyszy mi przez kolejnych kilka dni, a podczas każdego z nich odkrywam, jak duża niegotowość na to spotkanie, na nowe, na nieznane czai się we mnie. On to rozumie – rozmawiamy więc dalej. Jest fajnie i miło; jak dotąd mamy podobne przemyślenia. Z tego wieczoru zapamiętuję, że nie lubi całować się w miejscach publicznych i drażni go, gdy robią to inni. Nie przepada też za przytulaniem, bo to go zawstydza. Powtarza mi, że nie lubi być lustrowany wzrokiem, co podobno robię. Staram się więc skupiać uwagę na czymś innym, ale nie zawsze mi to wychodzi. On ma wielką łatwość mówienia – w końcu jest aktorem, piosenkarzem i klaunem-animatorem. To wszystko pomaga mu w kontakcie ze mną, a mnie wciska w kąt świadomości wraz ze wszystkimi lękami i strachami, tak cierpliwie i z dużą starannością hodowanymi przez lata, które teraz bezczelnie śmieją mi się w twarz, pytając: „A ty dokąd?”. Dopiero w tej chwili widać, jak bardzo się rozpanoszyły i co są w stanie ze mną zrobić.
W pracy nie myślę o niczym innym jak tylko o tym, by ten dzień wreszcie się skończył. No już, dai, avanti![3] Przecież wieczorem mamy się spotkać.
„Lubisz japońską kuchnię?” „Lubię”. „Chodźmy, zjedzmy gdzieś albo zamówmy na wynos i pójdźmy na plażę”. „Weźmiesz jakiś ręcznik?”.
Restauracja znajduje się dosłownie pod moim domem, więc w razie czego zwyczajnie ucieknę – z tą myślą zgadzam się na spotkanie. Umawiamy się na ósmą, potem jednak na wpół do dziewiątej, a ja w głowie mam jeden wielki chaos. Miała być restauracja wczesnym wieczorem, jest plaża nocą. Witajcie, lęki – niefajnie, że jesteście. Przecież to pierwsza randka; boję się, że będzie jak na rozmowie o pracę. Pytanie, odpowiedź, pytanie, nie znam odpowiedzi.
Gubię drogę i spóźniam się. Zgarniam go z umówionego miejsca w jego miejscowości. Dokąd jedziemy? O nie… Zamknęli miejsce, w którym mieliśmy zamówić naszą kolację. To może pizza? Zamykają nam przed nosem. O! Tutaj kanapkownia jakaś, a w niej niby-burger z cukinią i brokułami. Chamskie żarcie, małe piwo, ale atmosfera jakby sama się nakręca, a my śmiejemy się z naszych perypetii. Odbieramy nasze zamówienie na wynos i jedziemy na plażę – podobno zna fajne miejsce. Ja, on, gwiazdy, morze. Plaża, koc i pustka wokół nas. Jemy, gadamy. On mówi o swoich poglądach: na świat, na życie, na miłość. Zabawne, że ktoś, kogo jeszcze chwilę temu się nie znało, a kogo poznało się ot tak, z dupy, nagle okazuje się tak bardzo podobny. Mówi tak, jakby siedział w mojej głowie – w drugą stronę jest tak samo. I nagle zapada cisza. Patrzymy na siebie. Nie ma już wstydu w jego spojrzeniu, za to pojawia się w moim. Mózg dręczy mnie: „Powiedz, no powiedz, spytaj, czy chce się całować”. Czemu pytać? Może lepiej to zrobić? Ale czy nie będzie dziwnie? Co robić? Robię, nie robię? Czemu on nie pyta? Nie chce może! Przyszedł, zobaczył i mu się odechciało! Dzięki, lęki, pomagacie w chuj.
No to zdzieram z siebie ten cały strach i pytam:
– Mogę cię pocałować?
– Spróbuj – odpowiada.
Próbuję więc, ale robi mały unik.
– Nie lubisz?
– Wręcz przeciwnie – mówi on.
„Do dzieła więc” – podpowiada mózg, a ciało zabiera się za robotę.
Boże, jak cudownie! Wszystkim lękom mówię: „Do widzenia”. Tym, które zabraniały mi całować chłopców przez ostatnie trzydzieści trzy lata życia i tym, które nie pozwalały mi być sobą. To najgłówniejszy z nich – już po nim; czuję, jak odchodzi. W głowie przelewa mi się milion myśli: będę musiała powiedzieć rodzicom, rodzinie, przyjaciołom, znajomym.
„Co ty robisz?” – słyszę w głowie nowy głos, nowy lęk, ale już za późno. Ścinam go jednym zdaniem: „Zaczynam żyć!”. Albo teraz, albo wcale. Jest mi cudownie. Przez dwie godziny nie mogę się od niego odkleić. Szukamy naszych ust, języków, uszu, twarzy, szyi.
Jest mi dobrze… ale czas wracać do domu. Odwożę go. Pod domem dostaję milion uścisków, pocałunków, zapewnień, że na pewno jeszcze się zobaczymy. Powoli wracam do siebie – muszę mieć chwilę, żeby pomyśleć. Jest czwartek; w sobotę przyleci moja przyjaciółka.
Nie wytrzymam do soboty! Muszę jej to wszystko wykrzyczeć! Ona wie, że poszedłem na randkę, ale że zrobiłem pierwszy milowy krok – tego już nie. Która jest godzina? Druga w nocy… trudno, dzwonię!
– Co tam? – słyszę w słuchawce jej zaspany głos.
[1] Dane z Instagrama na początek kwietnia 2020 r.
[2] Opowiadanie to w 2012 r. zajęło pierwsze miejsce w piątej edycji konkursu literackiego PANI „Czerwone Jabłko Miłości” (jury: Sylwia Chutnik, Małgorzata Domagalik, Monika Krokiewicz i Janusz L. Wiśniewski).
[3]Dai, avanti! (wł.) – Pospiesz się!
Dalsza część dostępna w wersji pełnej
Ktoś mi powiedział…
ISBN: 978-83-8313-166-5
© Karolina Chłoń i Wydawnictwo Novae Res 2022
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt
jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu
wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.
Redakcja: Aneta Miklas
Korekta: Agnieszka Łoza
Okładka: Izabela Surdykowska-Jurek
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Zaczytani sp. z o.o. sp. k.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Rek