Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
10 osób interesuje się tą książką
Milo Janáč w debiutanckiej powieści tworzy mitologię rodzinnej Gelnicy, prowincjonalnego słowackiego miasteczka, którego życie tętni w przesiąkniętych alkoholem barach. Życie głównego bohatera toczy się od knajpy do knajpy, od kieliszka do kieliszka, wyznaczają je godziny otwarcia miejscowych spelun. Autor właśnie w tych miejscach zbiera satyryczną i awanturniczą opowieść o niepokojach społecznych i środkowoeuropejskim półświatku.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 177
Rok wydania: 2025
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Milo Janáč
Miło, niemiło
Z języka słowackiego przełożyła Katarzyna Dudzic‑Grabińska Książkowe Klimaty
Gdyby człowiek nie miał knajpy, nie różniłby się niczym od zwierząt
Mój przyszły szef oznajmił, że nadeszła pora wyjścia z trudności materialnych, dlatego porzucił mało lukratywną posadę przy rozwózce pieczywa, gdzie ciągle odpadało mu koło, zawodziły hamulce, wjeżdżał w znaki drogowe, rowy, budynki i ludzi tylko po to, żeby mieszkańcy jakichś tam wygwizdowów mieli co żreć, i teraz chce otworzyć knajpę.
– Trzeba stanąć po zwycięskiej stronie kapitalizmu – wyjaśniał po hokeju w osiedlowej piwiarni.
Tego wieczoru przegraliśmy po karnych z jogurciarzami z Sabinova.
Mecz był wyjątkowo wyrównany. Ratownicy medyczni interweniowali w sumie cztery razy, dwóch złamań doznali gospodarze, dwóch goście.
Zwycięska strona kapitalizmu jego zdaniem znajduje się za barem Obiektu Rekreacyjnego, jak knajpę przy amfiteatrze przemianowała swego czasu Unia Europejska.
Unia Europejska początkowo planowała rozwijać w niej geoturystykę, ale kompletnie jej się to nie udało.
Miasto właśnie ogłosiło, że budynek jest na wynajem. Poprzedni ajent nie odniósł sukcesu podczas próby przemiany lokalu na siłownię.
Pytam chłopaka, czy wie, że mamy najwięcej placówek gastronomicznych w przeliczeniu na mieszkańca, że pisały o tym gazety, a dziennikarze nawet nie byli w stanie zliczyć wszystkich. Mój przyszły szef mówi, że zaistnieć wśród dużej konkurencji to wyzwanie dla każdego porządnego przedsiębiorcy. I dlatego chce mieć w swojej drużynie mnie.
Ja, wałkoń, który chciał do końca swoich dni polegać już tylko na mechanizmach solidarności społecznej, ja, leser, którego ambicją jest wyłącznie jedzenie, picie i prowadzenie wygodnego życia, nagle stoję przed poważną decyzją.
Mam dołączyć do grona plebsu, który zarabia na życie codzienną harówką, czy utrzymać cierpliwie wyhodowaną pozycję darmozjada i przyszłemu szefowi powiedzieć „nie”?
Niechętnie mówię „nie”, zwłaszcza przyszłemu szefowi nie stawiałem się już od dobrych kilku miesięcy.
Gdy domagał się odpowiedzi na pytanie, czy chcę piwo czy kielicha, zawsze mówiłem „tak, tak”.
I mój przyszły szef z przyjemnością okradał rodzinę, aby po moim gardle mógł ściekać odurzający płyn. Nie mogę teraz zostawić go na lodzie – pomyślałem.
Ponadto właśnie przepiłem zasiłek. Nie zajęło mi to nawet dwóch dni. To żadna sztuka przy naszym skąpym systemie socjalnym, o wiele trudniej będzie dotłuc się do następnego przelewu. Muszę też wziąć pod uwagę, że w domu mam tylko pięć elemów całych, jednego połamanego i resztkę wyschniętego tytoniu do odymiania pszczół. Kiepski kapitał.
To ułatwia podejmowanie decyzji. Mówię przyszłemu szefowi, że biorę tę robotę.
Kompan się cieszy i prosi barmankę o następną kolejkę.
Kobieta sięga do lodówki, wyuczonym ruchem nalewa pod kreskę i podsuwa nam szklanki.
Mój szef chce wiedzieć, czy mam pytania uzupełniające.
– Zdajesz sobie sprawę, że jestem alkoholikiem? – wzmiankuję.
– To przecież twój atut, doskonale znasz potrzeby klientów.
Stukamy się szkłem. Knajpa jazgocze.
– A co, jak nam się nie będzie powodzić? Słyszałem, że wkrótce ma się pojawić nowy lek, który zasadniczo zmniejsza pociąg do alkoholu – nękam go dalej.
– Skąd żeś to wziął?
– Z prasy.
– No coś ty, kto by tu brał takie świństwo z własnej woli?
– A jak to będzie obowiązkowe?
Szef wali kielicha i przez chwilę się zastanawia.
– No to czeka nas sekwestrator, prokurator, inkwizytor i kto wie, jaki jeszcze horror.
Cenię w chłopaku to, że zawsze potrafi liczyć się z najgorszym scenariuszem.
Dlatego też żadna przyszłość go nie zaskoczy.
W tym momencie na drugim końcu baru konsument sturlał się z krzesła i potłukł sobie głowę.
Stali bywalcy chcą go posadzić z powrotem, ale ciało konsumenta odmawia współpracy. Po kilku próbach kładą go na linoleum.
Barmanka krzyczy, że ostatnie zamówienie, my, alkusy, zaczynamy krzyczeć, że dopiero za piętnaście, a jak nam nie da choć z pół godziny, to przywiążemy się do stołów jak aktywiści z Greenpeace’u do elektrowni atomowej i nie pozbędzie się nas stąd do rana.
Pani rezygnuje, zapala cienkiego papierosa i chowa się pod barem.
– Przypomnij sobie losy poprzednich barmanów. – Daję jeszcze szefowi szansę, by przypomniał sobie losy poprzednich barmanów.
– Wydaje mi się, że jeden zapił się na śmierć.
– Dwóch się zapiło – uściślam. – Inny ma terminalne stadium marskości, jeden się powiesił, piąty jest w pierdlu, a ostatni uciekł do Birmingham.
– Na nas spoczywa odpowiedzialność, aby wreszcie przełamać tę klątwę.
Zamawiam strzemiennego, barmanka zaczyna ostentacyjnie układać krzesła na stołach. Szanowna żuleria dopija. Faceta z rozwaloną głową wyprowadzają na zewnątrz.
Po drodze szef jeszcze pyta, jaką chcę pensję. Mówię, że najlepsza byłaby żadna. Wiem tyle, że większość środków, które co miesiąc wypłacali mi byli pracodawcy, i tak inwestowałem w substancje uzależniające. Teraz substancje uzależniające będę miał stale pod ręką. To zbędne, aby stanęły między nami pieniądze, ten diabelski wynalazek.
Mój szef mówi, że tak wyobraża sobie idealnego pracownika.
Na koniec chcę się jeszcze upewnić, czy nie przeszkadza mu, że jestem w ciul leniwy, że najchętniej bym se gdzieś zdychał w trawie obsrywany przez muchy.
Szef twierdzi, że wcale.
Zatem następuje ostateczny, energiczny uścisk dłoni.
Zanim mój szef zahaczył się przy rozwózce pieczywa, taszczył walizki na lotnisku, sprzedawał garnki, zbierał padlinę, testował dmuchane lale, chodził po plaży przebrany za rekina.
Ja też miałem kilka robót w życiorysie.
Karierę we wczesnym wieku zacząłem rozkręcać w lesie, w grupie, która zajmowała się asenizacją. Asenizacja polegała na tym, a przynajmniej ja tak to zrozumiałem, że na wskazanym obszarze zbieraliśmy gałęzie i układaliśmy je w stosy.
Przez kilka miesięcy wstawaliśmy z kurami, ciężarówka wywoziła nas na górę, na której zbieraliśmy te badyle. Gromadziliśmy je na jednym stosie z promienia około stu metrów. Kiedy już stos był jak się patrzy, przesuwaliśmy się na następny obszar i zaczynaliśmy robić nowy. Nigdy się nie dowiedziałem, co działo się dalej z tymi stosami, nikt nie zdradził mi tej tajemnicy. Prawdę mówiąc, nawet za bardzo nie umiem sobie wyobrazić praktycznego wykorzystania poskładanych resztek drzew iglastych. Gdyby to zależało ode mnie, zostawiłbym te gałęzie, żeby zgniły tam, gdzie są. Ale leśnicy mieli chyba jakieś inne plany, w przeciwnym razie nie kazaliby nam wykonywać tej czynności.
Po studiach przez jakiś czas pracowałem w powiatowym tygodniku. Kierowała nim pani w wieku emerytalnym, która miała niesamowity zasób wulgaryzmów. Podejrzewam, że przeszła do redakcji z browaru. W ustach bezustannie jarał jej się pet, ciągle narzekała, że źle widzi monitor.
Inny pan bez przerwy biegał tam w stroju myśliwskim. Odkryłem, że jego zakresem obowiązków jest chodzenie w góry i pisanie o tym felietonów do dodatku. Ale większość czasu spędzał na przebieraniu i czyszczeniu grzybów, które zebrał po drodze. W artykułach wojował przede wszystkim ze szkodnikami leśnymi. A może pożarami? Nie pamiętam już dokładnie. Czterdziestolatka Karolína zajmowała się drobną przestępczością. Poranki spędzała na komendzie, gdzie popijała piwo z operacyjnymi.
Zdecydowana większość redakcji pracowała przeważnie w knajpie Pod Pająkiem. Nasze starania przynosiły często bardzo wesołe rezultaty. Czytelnikom było wszystko jedno, kupowali nas tylko ze względu na wyniki drugoligowych meczów piłkarskich, horoskop i ogłoszenia drobne.
Potem przerzucili mnie do muzeum. Spędzałem dni, czekając na odwiedzających. Wraz ze mną tej miłej czynności oddawało się pięciu innych pracowników. Patrzyliśmy w prawo, patrzyliśmy w lewo, niemal zawsze niepotrzebnie. Nikt nie interesował się naszymi eksponatami. Czekałbym tam na gości do dziś, ale pewnego dnia pojawił się ktoś mądry i powiedział, że jest nas za dużo.
Innym razem w wyniku niedopatrzenia znalazłem się w środowisku dynamicznie rozwijającej się firmy. Wokół mnie aktywni i zdolni ludzie brali udział w projektach o ogólnoświatowym znaczeniu. Trzymałem za nich kciuki, to było właściwie wszystko, co mogłem dla nich zrobić.
Mogę wspomnieć też zatrudnienie w sklepie Le Grand Bazar. Należał do pana Rotha. Nazwa sklepu pochodziła od tytułu francuskiej komedii, w której grupa przyjaciół próbowała powalić na kolana supermarket. Na wysokich regałach rozkładaliśmy rozmaity towar. Pod regałami biegały myszy. To było w starej kamienicy. Zaniedbany ogród za domem opadał w stronę rzeki. Rzeka waliła zgnilizną.
Powiem wam, harowałem w przeróżnych miejscach na tych naszych ścieżkach życia. Ale zbyt wiele pożytku dla świata z tego nie było.
Gdy mój szef stawił się w urzędzie, przyglądano mu się z politowaniem. Ujrzano w nim samobójcę, a nawet z własnej nieprzymuszonej woli obniżono mu czynsz. Tylko on zainteresował się tym biznesem.
Jeszcze od razu mu zaproponowali, że jak będzie potrzebował pomocy, to może śmiało zwrócić się do kogokolwiek z nich.
Mój szef podziękował i powiedział, że jak będziemy w tarapatach, to z pewnością zwrócimy się do kogokolwiek.
Potem wyfasował klucze.
W tym samym czasie ja pojechałem na egzamin do Nowej Wsi Spiskiej. Żeby człowiek mógł nalewać piwo, musi posiadać orzeczenie o zdolności do wykonywania pracy o charakterze sanitarno-epidemiologicznym. Tak głosi litera prawa, które chroni, wspiera i rozwija zdrowie publiczne. Dokument ten można otrzymać pod warunkiem, że człowiek wykaże się różnymi umiejętnościami w powiatowej stacji sanepidu.
W Margecanach idę na jedno do dworcowej knajpy. Przede mną stoi grupka kolejarzy, ciotka za barem zręcznie ścina pianę nożem. W rogu błyska automat, w telewizji leci CSI. Zanim zdążyłem zamówić, poszedł komunikat o przyjeździe pociągu. Przepraszam się z piwem w puszce.
Jeszcze się zastanawiałem, czy nie kupić sobie gazety do pociągu. W końcu stwierdzam, że bardziej pożyteczne będzie gapienie się przez okno.
W wagonie panował smród. To pasażerowie śmierdzieli. Odkąd Słowacja stała się samochodowym imperium, środkami komunikacji zbiorowej podróżują wyłącznie niziny społeczne. Niedawno gdzieś słyszałem, że rząd planuje zwiększyć ruch na torach. Z pewnością mają świadomość, że liczba członków tej klasy rośnie w ich rękach jak na drożdżach.
W Spiskiej sanepid rozbił obóz pod osiedlem Tarča. Kiedyś dawno temu przeżyłem na osiedlu Tarča kilka miesięcy. W okna mierzyła nam lufa armaty stojącej w parku przed szkołą. Pamiętam, że sąsiedzi nazywali się Novák. To było najpopularniejsze nazwisko w Czechosłowacji.
Wraz ze mną mają zamiar nalewać piwo politolog, pani inżynier ekonomii, nauczyciel etyki, wuefista i absolwent pracy socjalnej. Cztery piąte przyszłych barmanów na Spiszu wychował preszowski Harvard, pierwszy raz jestem naprawdę dumny ze swojej Alma Mater.
Sadzają nas i rozdają testy. Naszym zadaniem jest zaznaczenie dobrej odpowiedzi z trzech możliwych. Mamy na to godzinę, ja skończyłem po pięciu minutach, bo jestem zdolny. Czytam gazetkę ścienną, piszą tam: „Sen – tajemnica zdrowego relaksu”. Podczas gdy inni strzelają, kontempluję znaczenie tej informacji. Do niczego nie dochodzę. Powiatowe sanepidziary pytają, czy jestem gotów przystąpić do części ustnej.
Powiatowe sanepidziary najpierw interesuje, jak długo będę trzymać w lodówce świeże warzywa.
Wyjaśniam, że świeżych warzyw nie będę w ogóle trzymać, że w lodówce będę wyłącznie magazynować wódę.
Powiatowe sanepidziary kiwają głowami. Następnie interesuje je, co uczynię, gdy w barze zalęgnie się robactwo.
– Dezynfekcję – odpowiadam błyskawicznie.
– A co pan zrobi, kiedy po knajpie będą biegać szczury?
– Zaprosimy deratyzatora.
– Jaka choroba przenosi się ze szczura na człowieka? – Nie chcą dać mi zaświadczenia za darmo.
– Leptospiroza.
– Co ją wywołuje?
– Leptospiry.
– Jaki mają kształt?
– Spiralny.
– Co robi człowiek chorujący na leptospirozę?
– Cierpi i bredzi.
Wydają mi papier ważny na resztę życia. Poszły na niego wszystkie środki, które wydilowałem podczas weekendu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Katarzyna Dudzic‑Grabińska
Tłumaczka z języków czeskiego i słowackiego oraz reżyserka teatralna i radiowa. Pracowała w Instytucie Teatralnym w Bratysławie, Teatrze Polskim w Podziemiu, Wrocławskim Teatrze Współczesnym, Teatrze Śląskim w Katowicach i Teatrze Polskiego Radia.
Dla Książkowych Klimatów przełożyła czeskie powieści Jaroslava Rudiša – Grandhotel, Ciszę w Pradze, Koniec punku w Helsinkach, Aleję Narodową i Czeski Raj. Jej przekład powieści reportażowej Kataríny Kucbelovej Czepiec (Wydawnictwo Ha!art) znalazł się w finale Literackiej Nagrody Europy Środkowej. Tłumaczy też poezję, literaturę dla dzieci, scenariusze filmowe i dramaty.
Tytuł oryginału: Milo nemilo
Redaktor inicjujący: Tomasz Zaród
Redaktorka prowadząca: Urszula Pieczek
Redakcja: Hanna Trubicka
Korekta: Tomasz P. Bocheński, Małgorzata Kuśnierz
Współpraca produkcyjna: Szczepan Kulpa
Projekt makiety: Karolina Korbut
Projekt okładki: Wojtek Świerdzewski
© Copyright by Milo Janáč, 2018
© Copyright for the Polish translation by Katarzyna Dudzic-Grabińska, 2025
© Copyright for the edition by Książkowe Klimaty, 2025
Książka została opublikowana ze wsparciem finansowym SLC Bratislava
ISBN 978-83-66505-82-7
Książkowe Klimaty
www.ksiazkoweklimaty.pl
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
Książkowe Klimaty
www.ksiazkoweklimaty.pl
Redakcja:
Promocja:
Sprzedaż:
KsiazkoweKlimaty
ksiazkoweklimaty
ksiazkowe_klimaty