39,92 zł
Powieść z pogranicza różnych gatunków literatury: historycznej, przygodowej, podróżniczej, ale przede wszystkim fantasy. Bohater główny z powodu choroby nowotworowej zostaje wprowadzony w stan śpiączki, z którego wybudza się w różnych odstępach czasu, ale w osobach niczego nieświadomych „nosicieli”. Nasz bohater poznaje ich myśli, odbiera wrażenia zmysłowe, ale nie ma wpływu na podejmowane przez nich działania. Może tylko obserwować otaczającą ich obu – jego i „nosiciela” – rzeczywistość. Ponieważ wybudzenia mają miejsce w różnych miejscach i okresach w historii świata, trwają krócej bądź dłużej, ale następują chronologicznie, odbywamy wędrówkę począwszy od prehistorycznych jaskiń, przez najbardziej znaczące wydarzenia w kolejnych epokach, aż do współczesności. Oczywiście osoby „nosicieli” są także różne, spotykają ich odmienne koleje losu, bohater przeżywa mnóstwo ekscytujących, często niebezpiecznych przygód.
Książka porywa wartkością i barwnością akcji, a ponadto jest napisana z dużym poczuciem humoru.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Ciemność, jasność, znowu ciemność! Przelatujące z zawrotną szybkością obrazy, których nie sposób rozpoznać, wrażenia, których nie udaje się posmakować. Pęd, trwanie, szaleństwo, ciepło, zimno, głód, ból. Czasem wydawało mi się, że jestem rybą w głębinach, kiedy indziej płazem pełzającym po ziemi, tylko nie byłem w stanie zastanowić się nad tym. Czułem się jak kaleka po wylewie lub starzec w ostatnim stadium Alzheimera. Nie wiedziałem, kim jestem, co się ze mną dzieje, czułem tylko, że żyję. A może nie żyłem, choć to, co się ze mną działo, było całkowitym zaprzeczeniem wyobrażenia o śmierci?
Wreszcie, po przepłynięciu czegoś, co zdawało się być oceanem czasu – nie miałem zresztą pojęcia, co to czas, a tym bardziej ocean – obłąkany prąd zwolnił i wyrzucił mnie ze swego nurtu. Albo inaczej – wszystko się zatrzymało w przedziwnej stop-klatce, jeśli do absolutnej ciemności pasuje słowo stop-klatka.
Poczułem dojmujące ciepło i rozpalającą mnie od środka głowy jasność.
I usłyszałem głos w języku nieokreślonym, w którym musiały być zawarte wszystkie języki świata.
– Jesteś?
– Jestem!
– Więc idź dalej!
Wtedy jeszcze nie przyszło mi do głowy, że właśnie zostałem stworzony.
Nagle szeroką panoramą rozwinął mi się w mózgu słynny fresk Michała Anioła z dłonią Boga wysuniętą w stronę Adama…
Tyle że jedyne co mi wtedy przyszło do głowy, to że śnię. I że trzeba się obudzić!
– No, Aldo, wstawaj!
Jako dziecko miewałem podobne sny rozgrywające się w mroku. Wam zapewne też się przydarzały. Scenariusze bywają podobne – oto znajdujemy się w wielkim, zagraconym pomieszczeniu, dookoła panuje absolutny mrok, a my potykamy się o rozmaite sprzęty, których przeznaczenia nie sposób rozpoznać. Czujemy narastającą grozę i pragniemy, żeby to się wreszcie skończyło.
Jednakże w snach małego Aldo nigdy nie było kompletnej ciemności – zawsze paliła się mała czerwona lampka niczym w ciemni fotograficznej.
Tym razem jednak nie świeciło się nic. Krążąc w całkowitym mroku, nie trafiałem na żadne znajome sprzęty, jedynie na skalne ściany i kamienie pod bosymi stopami… Bałem się. Z moich ust, dziwnie zasznurowanych, choć niezupełnie szczelnie, wydobywały się dźwięk zbliżone do płaczu. Gdzie i kim jestem, skąd się wziąłem? Zamiast pamięci ziała próżnia doskonała.
Znów strach powrócił ze wzmożoną siłą – a jeśli tak wygląda śmierć? Niespodziewanie z mroku wyłoniła się ręka, drobna, ale silna, chropawa, o połamanych paznokciach przypominających szpony. Przestraszyłem się jeszcze bardziej. A jednocześnie poczułem płynący z niej potok ciepła i dobra. Ręka owa pociągnęła mnie zdecydowanie. Po paru krokach świat przede mną z lekka poszarzał. Nie opierałem się, poszliśmy razem ku światłu, zrazu bardzo odległemu i słabemu, potem, z każdym stąpnięciem, zyskującemu na mocy. Zorientowałem się, że jestem w jaskini i po kamienistym podłożu podążam ku wyjściu. Na niezapisanej tablicy mózgu zaczęły mi się pojawiać pojęcia: „pieczara”, „światło”, „mama”. Ciekawe, chociaż wszystkie te pojęcia były mi doskonale znane, nie potrafiłem wyrazić ich słowami.
Jakoś do głowy mi nie przyszło, że jeszcze nie nauczyłem się mówić.
Nie minęło wiele czasu, a już stanąłem niepewnie na skalnej półce. Przede mną rozciągała się rozległa, trawiasta dolina okolona intensywnie zielonymi wzgórzami. Natychmiast przypomniały mi się rezerwaty Kenii lub Tanzanii odwiedzone podczas safari w 1998 roku.
Równocześnie w moje nozdrza, dotąd przytkane jaskiniowym zaduchem, uderzył nowy zapach, niesiony rzeźwiącym wiatrem, zapach pełen woni ziół, wilgoci, pomieszany z tysiącem innych, nieznanych aromatów.
Tymczasem moje oczy przyzwyczaiły się do światła i wnet jasność wydała mi się dość blada, niepełna… Ale już niebo nad wzgórzami poczęło przybierać niepowtarzalną łososiową barwę. Jeszcze chwila, a wyłoniła się słoneczna kula, oświetlając całą szeroką dolinę, której harmonii nie mąciła żadna asfaltowa droga, wieża przekaźnikowa telefonii komórkowej czy słupy wysokiego napięcia.
Spojrzałem z ukosa na moją opiekunkę i przeraziłem się. Istota, która wyprowadziła mnie na światło dnia, okryta częściowo sierścią, kudłata, przypominała wielką, stojąca pewnie na dwóch nogach małpę. Choć chyba już nią nie była. Twarz miała jasnoczekoladową, nieomal ludzką, rozświetloną przez rozumne oczy. Wyglądała jak młodsza siostra pramatki Lucy, którą widziałem kiedyś w muzeum w Addis Abebie. Musiała być olbrzymką, a może po prostu ja zmalałem, bo sięgałem jej ledwie do pasa.
Nie znając jej zamiarów, chciałem wyszarpnąć swoją rękę, ale nie byłem w stanie wykonać ruchu, za to wydałem jakiś okropny nieartykułowany skrzek, który chyba nie został prawidło zrozumiany – olbrzymka uniosła mnie w górę i wetknęła ogromne pomarszczone wymię w moje usta. Chciałem zaprotestować, ale byłem straszliwie głodny, a jej mleko już po chwili wydało mi się napojem bogów.
Tymczasem z jaskini dobiegł mnie pomruk. Powinienem się przerazić, ale ssałem w najlepsze. Karmiąc mnie, istota usunęła się nieco, aby nie zagradzać wejścia. Wnet na zewnątrz wygramolił się samiec – wielki, jeszcze bardziej kosmaty i kompletnie nagi, o okrutnym pysku King Konga. Na szczęście zdawał się całkowicie nas ignorować. Całą uwagę skupił na wschodzącym słońcu. Na jego dzikim obliczu pojawiło się coś łagodnego, nieomal ludzkiego. Schylił się pokornie przed wznoszącą się tarczą, a potem padł na twarz. Karmicielka przysłoniła mi oczy, by ochronić wzrok przed promieniami słonecznymi, a potem upadliśmy razem. Przemknęła mi myśl, że w ten sposób człekokształtne prymitywy oddają cześć Temu, którego istoty nie ogarniają, choć są przekonane, że istnieje… Lekko unosząc głowę, mogłem przyglądać się sawannie nabierającej pełni barw. Jeśli idzie o rozmaitość i obfitość zwierzyny, przypominała biblijny raj. Kiedy wstaliśmy, matka pociągnęła mnie w stronę pobliskiego stawu, a właściwie trochę większej kałuży zlokalizowanej w zagłębieniu skalnym. Zanim zaczęliśmy żłopać wodę, zobaczyłem moją twarz, a może powinienem powiedzieć: mordę. Jak błyskawica przeszyła mnie myśl, że tak musieliśmy wyglądać milion, a może więcej lat temu. Wrażenie spojrzenia prosto w twarz swego praprapraprzodka było tak dojmujące, że powinienem się obudzić. Ale nie mogłem.
Mówi się, że śmierć jest snem nieprzespanym. Nie wiem, po drugiej stronie byłem wprawdzie dość długo, ale tylko jedną nogą. Poczynając od owego zadziwiającego poranku na skalnej półce przeżyłem tysiące takich snów, przechodzących z jednego w drugi niczym wąż połykający kolejnego węża, a mimo to nie zbliżyłem się nawet do progu wielkiej tajemnicy niebytu. Cały czas zdawałem sobie sprawę, że śnię, chociaż nie miałem pojęcia, czy i kiedy się obudzę.
Owe dość realistyczne rojenia różniły się zdecydowanie od wszystkich świadectw, z jakimi zdarzyło mi się zetknąć. Rozmaici osobnicy wyrywani z objęć śmierci klinicznej mówili, że w momencie gdy dochodzili do krawędzi nieistnienia, doświadczali wrażenia oglądu całego swego życia.
U mnie następowało coś zdumiewającego – zamiast obrazków z dzieciństwa czy młodości Aldo Gurbianiego oglądałem swoją historię prenatalną. I to sięgającą początków naszego gatunku. W dodatku nie z perspektywy aktywnego uczestnika, tylko, jak to w snach bywa, bezradnego obserwatora, osobnika mocno zanurzonego w ciele istoty z zamierzchłej epoki, a jednocześnie nieposiadającego nad nim żadnej kontroli. Z jaźnią mego „nosiciela” miałem mniejszy kontakt niż pasażer wycieczkowca z mostkiem kapitańskim. Mogłem obserwować, doznawać podobnych jak on wrażeń zmysłowych, bez żadnego wpływu na jego czyny i myśli. Ot, mucha w bursztynie. Tyle, że mucha wiecznie żywa!
Początkowo miałem koncepcję, że mój przeżarty nowotworem mózg po prostu miesza i generuje fabuły z bazy danych nagromadzonych latami, tasuje mniej lub bardziej przypadkowo obrazy i doświadczenia wyniesione z filmów i książek.
Ale jak wytłumaczyć to, że widziałem miejsca i przeżywałem zdarzenia, o których wcześniej nawet nie czytałem? To, co działo się ze mną od chwili wyjścia z jaskini, sprawiało pozory fragmentów autentycznego życia odtwarzanych na magnetowidzie. Bardzo krótko łudziłem się, że sen szybko minie – trwał i wydawało się, że będzie się ciągnął w nieskończoność. W dodatku śniłem zaskakująco realistycznie – z zachowaniem konsekwencji, logiki i prawdopodobieństwa. Zwyczajne sny zawierają sporo materii onirycznej, mgły, chaotycznego niedookreślenia, tymczasem przede mną otwierały się wspomnienia sięgające pradziejów, nadzwyczaj żywe, z uwzględnieniem smaku, dotyku, zapachu i nasyceniem barw godnych hollywoodzkiej taśmy filmowej lub cyfrówki najnowszej generacji.
Początkowo sądziłem, że moja podróż w czasie jest przypadkiem jednorazowym. Myliłem się. Moja wizyta w przeszłości nie skończyła się pierwszego, drugiego ani następnego dnia. Nie urwała się po miesiącu ani po roku. Całe szczęście, że nie śniłem wszystkiego. Wydaje mi się, że przeżywałem wyłącznie niektóre, bardziej traumatyczne epizody, jakby wypreparowane z całej szarej egzystencji, z pominięciem tego, co najwyraźniej nie odłożyło się w mej pamięci.
Naturalnie próbowałem analizować to, co się ze mną działo, przypomniałem sobie, kim jestem (Aldo Gurbiani, lat 65, rasy białej, heteroseksualny). Zdawałem sobie też sprawę, że dobrowolnie dałem się wprowadzić w stan hibernacji. Prawdopodobnie na lata. Jedyną możliwą, trudną do zaakceptowania, ale nieuchronnie nasuwającą się hipotezą było, że przeżywam ponownie realne zdarzenia, które kiedyś naprawdę się wydarzyły. Mnie, a może innym przedstawicielom ludzkiego gatunku? Swego czasu zetknąłem się z teorią, że pamięć gatunkowa zapisana w genach właściwa jest wszelkim stworzeniom żywym, przy czym w wypadku człowieka jest ona rozwinięta w najwyższym stopniu, choć na co dzień przeważnie zablokowana. Słyszałem o ludziach, którzy przypominali sobie swe wcześniejsze wcielenia, a i mnie samemu zdarzało się przeżywać historie z przeszłości. Tym razem jednak zderzałem się z czymś o wiele bardziej nieprawdopodobnym – z pamięcią genetyczną rozpostartą na przestrzeni całych dziejów.
Jak to się dokonywało i czy możliwe było, by drobina materii zawarta w jednym plemniku, czy może jaju, była zdolna przenosić informacje nie tylko o organizmie, ale o wiekach osobniczych doświadczeń?
Andy Spinelli, mój młody asystent, (25 lat, po doktoracie) tłumaczył mi swego czasu „cybernetyczną teorię duszy”. Twierdził, że w indywidualnym kodzie genetycznym zawarte są specyficzne „zaczepy”, pozwalające się łączyć z trudnym do ogarnięcia wymiarem ducha, skąd mniej lub bardziej bezwiednie czerpiemy nawyki, odruchy, ale również wspomnienia.
– Moim zdaniem przypomina to wirtualną chmurę ze świata komputerowego.
– Ciekawa teoria, szkoda, że nie do udowodnienia – mówiłem Andy’emu, który, zwinnie poruszając się na swym wózku inwalidzkim, zataczał wokół mnie coraz węższe kółka na podobieństwo natrętnej muchy.
– Ktoś kiedyś ją udowodni – odpowiadał z niezmąconą pewnością. – Powiada przecież Pismo: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”.
Tymczasem czas płynął, a ilość niewiadomych przewyższała te nieliczne wiadome. Nie miałem pojęcia, jak długa będzie moja podróż. Zorientowałem się wprawdzie, że sen ma charakter chronologiczny, ale czy wynikał z tego jakiś głębszy sens? Tak samo nie udało mi się dociec, czy mogłem oglądać wspomnienia dla biografii mych przodków najważniejsze, najmocniej utrwalone, czy też dobrane przez Najwyższego Reżysera według jakiegoś tylko dla niego wiadomego klucza? Najbardziej przypominało to przeglądanie rodzinnych albumów, zatrzymywanie się na określonych stronach, chociaż zawsze w kolejności zdarzeń.
Sny bywały różnej długości. Niektóre przypominały błysk flesza, inne wydawały się nie kończyć, stwarzając wrażenie, że przeżywam całe życie. Inna sprawa, że przeważały te krótsze, pełne negatywnych doznań: strachu, głodu, bólu i zimna. Najwięcej było strachu! Ciężko przeżyłem trzęsienie ziemi, które przysypało naszą jaskinię, walkę z wielkim szablozębym tygrysem i wielką powódź nieuchronnie przywodzącą na myśl biblijny potop. Wielokrotnie otarłem się o śmierć, przy czym doświadczeniem zupełnie wyjątkowym była ucieczka przed nacierającym w zawrotnym tempem pożarem sawanny, kiedy przekonany byłem o nieuchronnej śmierci. Przeżyłem z garstką mych współplemieńców, wskakując w ostatnim momencie do niewielkiego stawu, który ostał się wśród ogniowej burzy.
Oczywiście starałem się ustalić zarówno czas, jak i miejsce, w którym się znalazłem, – wiele wskazywało na północno-wschodnią Afrykę, może Erytreę, ale biorąc pod uwagę przemiany klimatyczne zachodzące w świecie, mogło to być równie dobrze każde inne miejsce blisko zwrotnika Raka. Patrząc w niebo, widywałem bowiem gwiazdozbiory niewątpliwie przynależne do północnego nieba, a klimat prawie przez okrągły rok był ciepły, temperatura powietrza zmieniała się nieco w porze ciepłej i suchej. A przecież wiedziałem, że musi przyjść ochłodzenie, gdzieś na północy rosły lodowce… Jeśli dotrą do nas, nie bardzo wiedziałem, jak mielibyśmy przetrwać. Bez ognia, bez ciepłych ubrań. A ja w żaden sposób nie mogłem im pomóc – zero kontaktu! Jeszcze trudniej byłoby mi określić, w czyim ciele się znajdowałem. Nigdy nie interesowałem się paleontologią, toteż nie potrafiłbym wskazać różnic dzielących choćby gatunek homo erctus od homo sapiens. Łatwiej przyszło mi zrozumieć, czemu pierwszy zapamiętany sen przypadł na wczesną epokę kamienną, a nie było mi dane w pełni przeżyć wspomnień bardziej odległych przodków, z trylobitami, dinozaurami i pramałpiatkami włącznie. Wygląda na to, że ewolucja w wydaniu, w jakim przedstawiają ją darwiniści, jest hipotezą w dużym stopniu chybioną. A moja (i mego nosiciela) świadomość narodziła się nagle, w wyniku nadprzyrodzonej ingerencji, podczas owego tajemniczego kontaktu w jaskini.
Takich pytań miałem bardzo wiele, niestety nie mogłem niczego sprawdzić doświadczalnie.
Z owego pierwszych odcinka snu najbardziej istotna okazała się sprawa mego genetycznego przetrwania, z czym nierozerwalnie łączyła się kwestia seksu. Daleka od jakiegokolwiek romantyzmu. Stadem niepodzielnie władał stary samiec, ojciec wszechwładny, zazdrosny pan kilkunastu kobiet uległych i niezwykle wobec niego bojaźliwych. Krył je dość regularnie, choć gdy już zaspokoił swe żądze, szedł spać dopuszczając swych totumfackich, także starszych synów, co samicom nie robiło, jak się wydawało, większej różnicy.
Mój pierwszy „nosiciel”, nawet kiedy podrósł, nie należał do tego kręgu – na tle rówieśników wydawał się drobny, niewysoki, nieśmiały, toteż po wejściu w wiek dojrzewania chodził non stop z obrzękłymi jądrami, dając upust swym chuciom samodzielnie bądź w zabawach z kolegami. Coraz częściej martwiłem się, czy i jak przekaże swoje geny dalej? Okazało się, że przypadkiem. Kiedy patriarcha, ranny w starciu z niedźwiedziem, wyzionął ducha, w stadzie rozegrała się krótka walka o przywództwo. Rywalizowało kilku samców, ale walkę, o dziwo, wygrał jeden z młodszych synów, z wyglądu ewidentny małpolud, za to siłacz jakich mało. Nowy wódz nie zadowolił się wyłącznie satysfakcją – dwóch najsilniejszych rywali wypędził, a wśród reszty ustalił „kolejność dziobania” w swoim haremie. Zajmowałem w nim pozycję jedenastą albo dwunastą. Dobre i to. Stało się praktyką, ze kiedy herszt, zaspokoiwszy żądze, szedł spać, do samic dorywali się inni, czekający w kolejce. Którejś nocy i memu przodkowi udało się wreszcie dopaść jednej z młodych kosmatek. Przypuszczam, że właśnie wtedy rozpoczęła się moja historia rodzinna. Pewności nie mam, albowiem ten etap mych wspomnień skończył się w momencie osiągnięcia przeze mnie orgazmu. Ogarnął mnie mrok.
W następnym śnie, stanowiącym znacznie dalszą sekwencję mego rodowodu, byłem już kimś innym – synem, wnukiem, a może praprawnukiem patriarchy, nie jestem w stanie stwierdzić autorytatywnie czy minęły dziesięciolecia, czy tysiąclecia, w każdym razie nie poznawałem nikogo z hordy.
Z bliżej niejasnych powodów opuściliśmy jaskinie i gnieździliśmy się na podmokłych kępach wśród trzęsawisk, na których wprawdzie nie brakowało pożywienia, ale również wszelakich pasożytów. Gdybym mógł jakoś porozumieć się z moim nosicielem, wyperswadowałbym mu niezdrową lokalizację, ale mogłem jedynie obserwować, jak błotne gorączki i krokodyle czynią spustoszenie wśród moich współbraci. W każdym razie na mokradłach przeżyłem kilkanaście lat uprawiając zbieractwo, a gdy ostateczny pomór zabił większość dojrzałych mężczyzn, przejąłem rolę rozpłodowca i pozycję przywódcy stada. Nie nacieszyłem się swoją funkcją długo – po którymś przekazaniu materiału genetycznego nastąpił kolejny przeskok czasowy. Chyba dość spory. Klimat odmienił się ostatecznie, nasze stado zamieszkiwało teraz duszny deszczowy las pełen licznych zagrożeń, a zwłaszcza wielkich niebezpiecznych kotów, chociaż działając w grupie, udawało się stawiać im czoła. Obok kamieni w użytku były drewniane dzidy. Sypialiśmy przeważnie w szałasach zlokalizowanych na podobieństwo ptasich gniazd na drzewach, chociaż i tak nie było sezonu, żeby któregoś z młodych nie porwał lampart.
Pokolenia odchodziły za pokoleniami. Zastanawiałem się, czy za którymś razem znajdę się w ciele niewiasty, doświadczając doznań kompletnie niedostępnych dla facetów. Ale niestety, w swej długiej jak się miało okazać historii, nigdy mi się to nie przydarzyło, co dowodzi, że pamięć genetyczna jest przenoszona wyłącznie w linii męskiej. Jednak jakoś szczególnie nie żałowałem tego ograniczenia. Przez całe tysiąclecia bycie niewiastą wiązało się nie tyle z rzadkimi i bardzo krótkimi okresami radości, co z mnóstwem kłopotów, bólu i wysiłku nieznanych współczesnym feministkom. Zajmowanie się dzieciakami, doglądanie ognia, którego długo jeszcze nie potrafiono samodzielnie krzesać, a pieczołowicie przechowywano jak skarb podkradziony bogom, których piorun ugodził w wyschnięte drzewo, bezwzględne uleganie męskim zachciankom, czyli seks pozbawiony jakichkolwiek uczuć, a przeważnie również przyjemności – tego nie da się zazdrościć.
Trzeba też było nie lada cierpliwości, aby kibicować postępowi naszego gatunku. Najprostsze wynalazki potrzebowały tysiącleci prób i błędów, a niekiedy bywało, że zostawały zapomniane.
Ileż furii wywoływały we mnie jałowe zabiegi rozniecania ognia. Nie pomnę, ile razy wołałem daremnie do mego praprzodka: – Poszukaj krzemienia, durniu!
Jednak odzewu nie było! Odbierałem wszystkie bodźce zewnętrzne tak samo jak mój nosiciel, ale myśli nie byłem w stanie przeniknąć. Mogłem je co najwyżej odgadywać na podstawie napięcia mięśni, przełykania śliny, mrugania oczami, pocenia się, czy przyspieszonego bicia serca.
Tymczasem sny następowały jedne po drugich. Czasem działy się w rodzinie, która starzała się na mych oczach, kiedy indziej rozmiar przeskoku był niemożliwy do oceny. Wydarzenia przesuwały się jak w fotoplastykonie (pamiętam takie urządzenie z wczesnego dzieciństwa), atakując swą różnorodnością, chociaż zdołałem zarejestrować tylko te najważniejsze, najbardziej oryginalne.
Przeważały doświadczenia najprostsze – niekończące się wędrówki, przeplatające się okresy głodu i rozleniwiającej sytości, czasem rozkoszna odmiana związana z kąpielą w gorących źródłach, skąd niestety przegoniły nas niedźwiedzie. Co do polowań bywało różnie – niekiedy my polowaliśmy całą hordą, a niekiedy drapieżniki polowały na nas. Zwykle po zakończeniu łowów solidarność łowiecka pękała, zwłaszcza w okresach kryzysu przywództwa (co bywało dosyć częste), i dochodziło do haniebnych potyczek o lepsze kąski. Dla samic i dzieci niezmiennie pozostawały te gorsze. Na szczęście utarczki kończyły się przeważnie na powierzchownych ranach i ogólnych potłuczeniach.
Czas płynął, a ja oglądałem naszą historię, rejestrując jak wchodzą do użytku pierwsze okrycia ze skór, nieodzowne w związku z oziębieniem klimatu, i coraz doskonalsze narzędzia z kamienia – tłuki, skrobaki, siekierki i noże. Jak już wspominałem, żadną miarą nie byłem w stanie przyspieszyć ewolucyjnego procesu ani pomóc swoją współczesną wiedzą mym paleolitycznym przodkom. Co nie znaczy, że nie odczuwałem emocji i dumy, gdy wreszcie udało się im skonstruować pierwszy oszczep, pierwszy łuk, czy ulepić pierwszy garnek. Zachwycało mnie też, jak na wpół zwierzęce gwizdy, syki, piski i pohukiwania zaczęły przemieniać się w coraz bardziej modulowaną mowę. I co najważniejsze, że dzięki niej możliwe stało się przekazywanie nabytych doświadczeń kolejnym generacjom. Warto dodać, że w każdym kolejnym śnie, oddzielonym nierzadko stuleciami mroku od poprzedniego, musiałem od nowa uczyć się ewoluującej, coraz bardziej urozmaiconej mowy współplemieńców.
Moi przodkowie rozwijali się bardzo wolno, ale nieustannie. Posługiwanie się narzędziami oraz mowa coraz bardziej odróżniały ich od świata zwierząt, a te różnice pogłębiły się, gdy jeden z mych protoplastów odkrył wielką nieobecną – miłość.
W onym czasie klimat po okresie znacznego ochłodzenia znów wyraźnie się ocieplił, opuściliśmy niegościnne pustkowia, wychodząc na sawannę bogatą w zwierzynę, jadalne owoce i nasiona traw. Jedynym towarem deficytowym bywała, gdy nastawała pora suszy, woda. Kiedy jedyna znaczna rzeka w okolicy zamieniła się w wąską strugę, mogłem obserwować, jak gromadzą się przy niej stadami wszelkie gatunki zwierząt w przedziwnym rozejmie. Jak piją wedle ustalonej hierarchii czworonogi większe i mniejsze, drapieżne i roślinożerne, przy czym słonie, nosorożce, bawoły zdawały się pilnować panującego ładu.
Ten szczególny „pokój Boży” trwał jedynie do zmroku, po którym zgodna dotąd społeczność zwierzęca odchodziła od wodopoju i rozpraszała się, a ludzie kryli się za kolczastą palisadą wokół ognisk, nasłuchując jak na zewnątrz, w lepkim mroku zaczynają się dziać rzeczy straszne, na co wskazywały ryki wielkich kotów i zawodzenie hien. Ostatecznym dowodem tragedii były rankiem stada sępów, ciągnące w kierunku świeżego ścierwa.
Naturalnie nikomu z naszego stadka nie przychodziło do głowy wyściubiać łba poza solidny płot z kolczastych krzewów. Co prawda, największa nawet ostrożność nie gwarantowała pełnego bezpieczeństwa. Zwłaszcza jeśli kogoś dopadał po prostu pech. Takie nieszczęście przydarzyło się szczepowi z północnego wschodu, składającego się z ludzi drobnych, o nieco jaśniejszej skórze od nas. W środku dnia spotkali się z potężnym lwem. Ludojadem! Zawsze ostrzegano nas przed takimi osobnikami z przetrąconą psychiką – przeważnie za młodu odpędzonym od stada.
Popularna opowieść głosiła, że osobniki takie, gdy dorosły, stawały się inkarnacją demonów. Obojętne jednak, co siedziało w lwie, naszym pobratymcom przyszło stoczyć ciężką walkę na śmierć i życie z bestią o rozmiarach rosłego cielaka
Walka ostatecznie okazała się zwycięska, ale została okupiona śmiercią ojca rodu i ciężkimi ranami kilku innych mężczyzn. Jakimś sposobem wieść o tym wydarzeniu dotarła na nasze terytorium i skłoniła do podjęcia niestandardowych działań
Mój kolejny nosiciel, noszący imię Uzzu, był wtedy ledwie niedorostkiem, toteż nie uczestniczył w procesie decyzyjnym. Musiał jednak zaakceptować postanowienie starszych i aktywnie przystąpić do jego realizacji.
Była to pierwsza wojna, w której przyszło mi uczestniczyć, a właściwie jednostronny akt brutalnej agresji. Nasz szczep po krótkiej, nieszczególnie krwawej utarczce, zagarnął pod swą pieczę liczące kilkadziesiąt osób stado „beżowych” o jasnych oczach. Dorosłych mężczyzn pogoniono; jeden wyjątkowo czupurny młodzian, który nie chciał skapitulować, zginął, a kobiety i dzieci zostały wcielone do naszej rodziny – czytaj haremu wodza! Powinienem przyzwyczaić się do tego stanu rzeczy – okrucieństwo, gwałt, zabijanie były czymś normalnym w tamtych epokach. Choć stykałem się również z empatią, z rozpaczą matek i ojców, gdy ginęło ich potomstwo, z objawami przyjaźni, a także przywiązania.
Zapamiętałem tę paradę jeńców, przepędzonych wokół naszego ogniska – pierwocinę rzymskich triumfów czy sowieckiej defilady zwycięstwa. Na czele niesiono ciało poległego, za którym reszta postępowała w milczeniu, jeśli nie liczyć pochlipywania siostry bojownika, pierwowzoru wszystkich przyszłych Antygon.
Aya, bo tak ją zwano, była wtedy jedynie trochę większą, przestraszoną dziewczynką, ale nie tylko jej szlochy, jasna karnacja i błękitne oczy zwróciły uwagę Uzzu (a przy okazji również mnie!). Kiedy pochód zatrzymał się wśród naszych szałasów, przerażona wodziła dookoła wzrokiem i ich spojrzenia na moment spotkały się… To coś, co w nim zagrało, co poczułem i ja, było czymś mocniejszym niż pożądliwy dreszcz w lędźwiach. Przypominało raczej upadek drobiny żaru na wyschniętą hubkę. Prawie równocześnie z zauroczeniem pojawiła się gorycz. Było przecież oczywiste, że najpóźniej za kilkanaście księżyców nasz przywódca zniewoli to smukłe ciało, rozedrze szczupłe, kształtne jak u młodej antylopy nogi. I nie dokona tego niestety niedorostek Uzzu, który właśnie zaczynał odkrywać dziwną chorobę przez przyszłe pokolenia nazwaną miłością.
Nie znałem jego myśli, a przecież rozumiałem doskonale, co się z nim dzieje, dzieląc wraz z nim nieprzespane noce, uczestnicząc w ukradkowym podglądaniu dziewczyny i niezliczonych bójkach, toczonych o byle co z rówieśnikami w oczywistym celu zaimponowania długonogiej nimfie.
Aya, mimo swego młodego wieku nie pozostawała obojętna na jego zaloty. Jako stary erotoman zauważałem lepiej od mego praprzodka dziewczęcą mowę ciała, jej wilgotniejące oczy i mocno zaciskane uda pocierane o siebie.
Wprawdzie starsze kobiety pilnowały zasad przyzwoitości i hierarchii w stadzie, mając baczenie, by kąsek przeznaczony dla wodza nie trafił przed czasem w niepowołane ręce, ale przecież nie mogły upilnować wszystkich przypadkowych dotknięć i otarć.
Młode ciała i dusze lgnęły do siebie intensywnie, mimo że uboga mowa nie pozwalała na wygłaszanie miłosnych tyrad czy układanie poezji. Uzzu nie był dotąd istotą krnąbrną i nie sprawiał większych trudności starszym, ale tym razem jego determinacja rosła z dnia na dzień. W końcu zdecydowali się na złamanie obowiązujących tabu i rzucenie wyzwania tradycji.
Ceremonia pokładzin miała się odbyć pół księżyca po pierwszej miesiączce. Toteż kiedy kobiety zauważyły kropelki krwi pozostawiane przez Ayę na ścieżce, przygotowania do jej zaślubin z wodzem wkroczyły w decydującą fazę.
Uzzu bał się konsekwencji, ale postanowił nie poddać się losowi. Trzy dni przed rytualnym świętem, w zagajniku, w którym poszukiwano jadalnych pędów, udało mu się zamienić kilka zdań z popłakującą dziewczyną.
– Uciekniesz ze mną? – zapytał.
– Choćby na koniec świata!
Teoretycznie ich ucieczka nie miała prawa się udać. Jednak sama przyroda sprzyjała zakochanym. Lądem nie mogliby ujść daleko – jeśli nie pościg, dopadłyby ich wrogie plemiona lub drapieżne bestie. Aliści szczególnym trafem z wiosenną równonocą, po intensywnych deszczach w górach, szeroko rozlała się ich rzeka. Leniwy strumień stał się nagle potężny, wartki i groźny. Obalał drzewa i porywał zwierzęta. Dwa dni przed planowanym świętem defloracji, podczas widnej księżycowej nocy, przekradli się na skraj wody i tam zdecydowali się wskoczyć na jedną z płynących kłód, postanawiając zdać się na los szczęścia.
Nikt ich nie ścigał, przybierająca rzeka zagrażała samemu istnieniu osady, toteż mieszkańcy bardziej zajęli się ratowaniem dobytku niż ściganiem zbiegów, których uznano za zmarłych.
Rwący nurt oddalił ich szybko od rodzinnej wioski, omijając mielizny i wiry. Zanim nastał pierwszy świt, byli daleko! A nawet za daleko. Kiedy się ocknęli, dookoła rozciągał się bezmiar wody, a brzeg był jedynie zieloną kreską na horyzoncie.
– Gdzie jesteśmy? – zapytała Aya.
– Na morzu! – zawołałem bezgłośnie, ale Uzzu tylko bezradnie rozłożył ręce. Brakowało mu właściwego słowa na określenie tego, co widział.
O istnieniu oceanu ledwie słyszeli, za to szybko przekonali się, że otaczająca ich słona woda jest niezdatna do picia. Zdani wyłącznie na morskie prądy, oddalali się coraz bardziej od lądu, z każdym dniem mocniej przekonani, że czeka ich śmierć. Żucie liści niewiele mogło pomóc. Szczęściem na drzewie schroniło się kilkanaście drobnych gryzoni, których krew rekompensowała brak wody, a ciała posłużyły na przynętę dla ryb. Te również, spożywane na surowo, dostarczały nieco płynu wycieńczonym organizmom.
Mocno kibicowałem wszystkim poczynaniom Uzzu, przeżywałem jego działania pełen emocji, chociaż byłem przekonany, że musi mu się udać. Moje istnienie było wystarczającym dowodem, że nie mógł odejść z tego świata, nie pozostawiając potomka.
Tymczasem stan zagrożenia nie skłaniał do erotycznych pieszczot. Aya cały czas obawiała się stoczyć z pnia, zwłaszcza kiedy fale się podniosły, a drzewem poczęło miotać we wszystkie strony. Uzzu przywiązał oboje lianami do konarów i rzygając, wzywał bogów Słońca i Księżyca, aby powstrzymali swój gniew. Sztorm minął dopiero trzeciego dnia nad ranem, a oni, skrajnie zmęczeni, usnęli wśród połamanych konarów.
Obudziłem się wraz z nim koło południa. Padające pionowo promienie słońca przebijały przez listowie. Nie czułem ruchu wody, toteż szybko podniosłem się i zobaczyłem że drzewo ugrzęzło na płyciźnie, a kilkadziesiąt kroków dalej znajduje się piaszczysta plaża, nad którą unoszą się grzywy palm.
Aya nie umiała pływać i bała się wody, toteż Uzzu wziął ją na ręce i brodząc zanurzony niekiedy po szyję, podążył w stronę brzegu.
Nieznany ląd, jak się okazało całkiem spora wyspa ze skalistym wzniesieniem w centrum, sprawiał wrażenie bezludne. W dodatku okazał się niezwykle przyjazny dla młodej pary. Dobry Duch Słońca, bo tak nazywali siłę, która czuwała nad nimi, pozwolił im znaleźć źródło słodkiej wody, a nawet nieduży staw, w którym mogli zażywać kąpieli, objawił mnóstwo smakowitych owoców i jadalne trawy, nadto co dnia dostarczał w nadmiarze ryb i zamieszkujących ciepłe morze krabów i żółwi, które w porze odpływu mogli wybierać z szybko schnących kałuż między skałami. Ich wyspa nie była szczególnie wielka, ale było na niej wszystko, co potrzebne do życia. Przeżyli na niej ponad rok, dłuższy czas czekając cierpliwie, aż ich ciała i dusze dojrzeją do zespolenia. Aya była płochliwa jak gazela i łatwo się gniewała; dotknięta bez przyzwolenia potrafiła dotkliwie ugryźć, a ślady jej pazurów nieraz znaczyły piersi i ramiona Uzzu, który z braku jakiegokolwiek doświadczenia nie bardzo wiedział, jak się zabrać do rzeczy. Cóż, za pierwszym razem nawet dobycie kraba ze skorupy przysparza wielkich trudności. Ale jak się nie ma co się lubi, a hormony buzują…? Napalony chłopak, szukając zaspokojenia, posiadł nawet niedorosłą suczkę szakala, która przybłąkała się do nich. i cierpliwie czekał, wierząc w odmianę losu.
Tymczasem Aya rosła jak na drożdżach, eksplodowały jej piersi, zaokrągliły się biodra, a usta coraz bardziej chętne, nabrały smaku miodu i mleka.
I któregoś dnia spełniło się obopólne marzenie o staniu się jednością. Pewnego upalnego popołudnia po kąpieli w lagunie dziewczyna sama pociągnęła go ku sobie na posłanie z palmowych liści. Pozwoliła się dotykać, sama lizała go językiem rozkosznym, choć szorstkim, a na koniec rozwarła przed nim furtkę do raju, ciasną zrazu i zaplombowaną, ale ewidentnie chętną. I posiadł Uzzu Ayę, intuicyjnie postępując niczym człowiek w pełni rozumny. Dotąd w ich hordzie seks uprawiano po zwierzęcemu, od tyłu, tak że samice niekoniecznie rozpoznawały, kto jest partnerem. On mógł czerpać radość z wpatrywania się w pełne miłości oczy. Tego dnia kochali się jeszcze wielekroć, nie wstydząc się swych ciał w słońcu dnia, wymieniając pocałunki. Choć odczuwałem dokładnie to, co czuł mój prapraprzodek, zazdrościłem mu tego przeżywania potęgi miłości, pełnej absolutnego oddania, jaka mnie, staremu lubieżnikowi, nie przytrafiła się nigdy.
Szczęście młodych nie trwało długo. Rajskie wybrzeże nie okazało się aż tak bezludne, jak mogli przypuszczać, zwłaszcza że podczas odpływu wyspę łączyło z lądem stałym łatwe do pokonania pasmo piachu, na które początkowo nie zwrócili uwagi.
Żyjąc w złudnym przekonaniu, że są jedynymi ludźmi w raju, nie myśleli o ostrożności, zachowując się podobnie jak żyjące na bezludziu zwierzęta, które nigdy wcześniej nie spotkały człowieka. Co noc rozpalali ogień, choć oprócz krokodyli większych drapieżców na wyspie nie było… Aż dziw, że udało się im beztrosko przeżyć cały rok.
Jako dziecko pasjonowałem się przygodami Robinsona Cruzoe. Pamiętam do dziś, jaki dreszcz emocji przeszył mnie, kiedy brytyjski rozbitek znalazł na plaży ślad ludzkiej stopy, a następnie dotarł na miejsce ludożerczej uczty. Owo odkrycie pozwoliło mu jednak przedsięwziąć środki bezpieczeństwa i dzięki własnej przezorności zachować życie.
Uzzu i Aya mieli znacznie mniej szczęścia. Z obecności intruzów zdali sobie sprawę dopiero, kiedy ostrzegawczo zaskomlił oswojony szakal. Kilkuosobowa banda czarnoskórych pokurczów nadeszła ze wszystkich stron, otaczając ich szerokim kręgiem. Jedynym możliwym kierunkiem ucieczki był szlak na strome wzniesienie, skąd mogli rzucać okruchami skał w atakujących. To jednak wzmogło ich agresję. Owego dnia uratował ich zapadający zmierzch, który na krótko powstrzymał napastników. Ludożercy rozpalili wokół góry kilka ognisk i czuwali, by ścigani nie wydostali się z pułapki. Owej nocy, wiedząc o swym nieuchronnym jak mniemali końcu, kochali się jak sądzę po raz ostatni. Bardzo skutecznie. Świadomość Uzzu zgasła wraz z zapłodnieniem, wszelako jestem żywym dowodem, że dynastia przetrwała, choć mój praprapradziaduś, jestem tego prawie pewny, został zjedzony, a biedna Aya i kilka następnych pokoleń jej dzieci przeżyło wśród ludożerców. Sami też musieli zostać kanibalami, choć nawet po kilku pokoleniach różniliśmy się od reszty stada jaśniejszą skórą i smuklejszą sylwetką. Karłowate plemię grasowało po urodzajnym wybrzeżu, wzbogacając swoją dietę o wysokokaloryczne mózgi swych sąsiadów.
Trwało to kilkaset, a może nawet kilka tysięcy lat, przy czym ów okres nie zapisał się jakoś szczególnie w moich wspomnieniach, być może automatycznie wypierałem z pamięci zdarzenia okrutne i nieprzyjemne. We wspomnieniach zachowałem naturalnie wrażenia z kanibalskich uczt, tym okropniejsze, że odczucia mego przodka, radość z wzbierających ślinianek, kłóciły się z moim obrzydzeniem, gdy przychodziło mi jeść czyjąś niedopieczoną tatuowaną nogę lub drobną kobiecą rękę, ozdobioną wtopioną w ciało bransoletką.
Jeden dzień zmienił wszystko. Zbudziły mnie – w tym wcieleniu nosiłem imię Goon i liczyłem sobie kilkanaście wiosen – okrzyki „Zossa, zossa”, a gdy wyłoniłem się z jamy ziemnej, którą zamieszkiwaliśmy, spostrzegłem nadciągającą ciemną chmurę, która przesłoniła całe dotąd słoneczne niebo.
– Co to takiego? – zapytałem mojej starszej siostry Dii, która wskutek pokaźnej ciąży poruszała się z trudem, a mimo to jako pierwsza wygramoliła się na powierzchnię.
– Zossa – powtórzyła, machając rękami niczym skrzydłami i kłapiąc zębami.
Potem zobaczyłem pierwsze egzemplarze owadów spadających wprost z nieba na liście drzew i krzewów. Przypominały niegroźne pasikoniki. Tylko, że były ich miliony. Zossa! – szarańcza!
Goon padł na ziemię, nakrywając głowę dłońmi.
– Ale głupek – zaśmiała się moja siostra – te owady ludzi nie jedzą. Przeżyjemy.
Jej optymizm okazał się przesadzony. Szarańcza wprawdzie nas oszczędziła, ale pożarła wszystko, co mogło nadawać się do jedzenia. Zagłada roślin pociągnęła za sobą śmierć roślinożernych zwierząt, zostawiając ludzi w pożałowania godnej sytuacji.
Plemię nie podejmowało żadnych działań, licząc, że z kolejną porą deszczową przyroda odżyje. Póki co, gwoli przetrwania stada, poczęto poświęcać na pożywienie jego najsłabszych członków. Niedołężnych starców, najmłodsze dzieci. Moją siostrę chwilowo oszczędzono, czekając, aż urodzi…A Goon? Tak samo jak kilku pozostałych przy życiu niedorostków, spętany na podobieństwo zwierzaka złowionego w sidła, czekał na kolejną ucztę. Jej moment – pełnia księżyca – zbliżał się. Co się działo w duszy Goona, nie wiem, choć brak jakichś silniejszych reakcji z jego strony mógł wskazywać na pogodzenie z losem. Nie doceniłem determinacji jego siostry. Którejś nocy podkradła się do śpiącego, przecięła nożem krępujące go więzy… Potem uciekli przed siebie, w nieznane.
Jak przeżyłem wraz z Goonem tę desperacką ucieczkę, dokładnie nie pamiętam. We wspomnieniach pozostał mi jedynie niekończący się marsz przez rozpalone słońcem piaski pustyń okalających nadbrzeżny raj, rozpaczliwe szukanie cienia w załomach skał i u podnóża piaszczystych diun, narastający głód i pragnienie. Raz tylko spadł krótki, dobroczynny deszcz. To że przeżył, zawdzięczał Dii, swej siostrze, najlepszej opiekunce, która gdy straciła dziecko, karmiła brata własnym mlekiem z ciągle nabrzmiałych sutków. Potem umarła, ale wcześniej kazała Goonowi przysięgać na Słoneczną Tarczę, że wypije jej krew. Więc wypił. I opity tą krwią siostrzaną, ostatni ze swego stada, pełzł dalej na czworakach, aż ujrzał zieleń drzew, błękit jeziora i żółte ściany glinianych domów.
Tak dotarłem na rubież cywilizacji Międzyrzecza, odmiennej od wszystkiego co dotąd widzieli moi przodkowie. Ludzie lepili tu chaty z rzecznego mułu, na małych poletkach, zasilanych wiosennymi powodziami, uprawiali zboża i hodowali niewielkie kosmate świnie. Wieki później kraina ta zyskała nazwę Sumeru, a potomkowie Goona nadal uprawiali pola, udoskonalając coraz bardziej skomplikowany system irygacyjny i uczestniczyli co pewien czas, po żniwach, w budowie pierwszych świątyń, które z czasem zmieniły się w wielopiętrowe zikkuraty…
Pobrzękuje mi w pamięci tytuł przeczytanej ongiś pracy „Historia zaczyna się w Sumerze”. Czy może być coś ciekawszego niż uczestniczenie w tych początkach, co prawda na prawach obserwatora filmu, ale filmu odbieranego wszystkimi zmysłami – także za pomocą węchu, smaku, dotyku. Każde kolejne życie dostarczało niezwykłej porcji wrażeń. Wspominam więc ciepłe poranki w ramionach coraz to innych kobiet, słodki smak daktyli, zapach wielbłądziego potu i ryb z pobliskiego portu. O tym, że dziedziczę nie tylko genetyczną pamięć, upewniały mnie dwie symetryczne brodawki przy moim kręgosłupie, z których nieraz szydzili mężczyźni, wytykając mi „cycki na plecach”, a które lubiły całować kobiety. Wielokrotnie miałem okazję przeżyć uczucie głodu i sytości. Kiedyś, po trzęsieniu ziemi, udało mi się wydostać spod gruzowiska zawalonych murów, spędzić jedno życie ze źle zrośniętą ręką i drugie z amputowaną nogą. Wielokrotnie doświadczyłem, jak smakuje bycie mężem zdradzającym i zdradzanym. Naprawdę przez tysiące lat można obejrzeć, usłyszeć i przeżyć wiele ciekawych rzeczy. Na przykład wysłuchać jak na placyku wypełnionym ludzkim mrowiem herold w jaskrawych szatach ogłasza po raz pierwszy świeżo wydane prawo Hammurabiego: „oko za oko, ząb za ząb”.
W odróżnieniu od moich zajętych obowiązkami dni codziennego przodków, niezauważających postępu, miałem pewność, że wokół mnie dzieje się doniosła historia. Rodzi się przyszłość ludzkości! Jedyna przykrość polegała na tym, że nie dane mi było uczestniczyć aktywnie w akcie tego tworzenia. Ileż razy mógłbym uchronić moich antenatów przed błędem lub nieszczęściem, ułatwić im życie, pchnąć rozwój cywilizacji setki lat w przód… Nie policzę momentów, kiedy czułem, że dysponując swą wiedzą i doświadczeniem, postąpiłbym dokładnie odwrotnie niż oni.
Co gorsza, nie mogłem nawet obserwować świata zgodnie ze swoimi zainteresowaniami. „Nosiciele” mieli inne priorytety. Kiedy oni patrzyli w prawo, nie mogłem rzucić okiem w lewo. I tak, przez przyziemną pracowitość kupczyka Weruta, którym wówczas byłem, straciłem bezpowrotnie możliwość osobistego poznania Abrahama, i to zanim wyruszył na swą wędrówkę w poszukiwaniu Ziemi Obiecanej. Abram i Lot żyli przecież wraz ze swym ojcem Terachem zaledwie parę przecznic ode mnie. Zapewne wielokrotnie spotykałem się z nim na targu, jednak pogłoski o nawiedzonym synu sąsiada poczęły się rozchodzić dopiero, gdy opuścił tereny Międzyrzecza.
Jedni twierdzili, że stało się to z powodu długów, inni, że wszedł w konflikt z wypływowym magiem o imieniu Azeher, który posiadł jakoby rzadką umiejętność czynienia cudów i przywoływania demonów, a przyszły patriarcha nieustannie go wyśmiewał. Trzecia wersja głosiła, że Abram prowadził tajemne rozmowy z jakimś potężnym duchem, większym od wszystkich miejscowych bogów – tych Enlilów, Utu, Eszkurów czy Entanów razem wziętych – i że ów Bóg nad bogami przyobiecał mu żyzną ziemię, na której jego potomkowie rozrodzą się niczym gwiazdy na niebie. Pokpiwano z tych wizji i tylko ja wiedziałem, jak dalekosiężne konsekwencje wynikną z obietnic Boga. Podobnie nie dziwiłem się, kiedy wiele lat później dotarła do nas pogłoska o tym, że nasz sąsiad gotów był poświęcić swego syna Bogu i tylko anioł powstrzymał dzieciobójstwo, łapiąc niedoszłego mordercę za ramię…
Wkrótce potem także moi przodkowie wyruszyli w drogę. Handel stawał się coraz bardziej intratny, a możliwości podróży większe. I tak kolejny z mych antenatów, Szuram z Babilonu, dotarł do Egiptu, gdzie mógł podziwiać piramidy i Sfinksa, w stanie zdecydowanie lepszym niż obecnie, a także odwiedzić wznoszone właśnie Achetaton, królewskie miasto będące ucieleśnieniem monoteistycznej utopii. Niestety Szuram, wierny czciciel Isztar i Marduka, nie interesował się obcymi wierzeniami, nie dawał też posłuchu złośliwym językom, głoszącym, że faraona reformatora zbałamucili hebrajscy medycy, których uczynił swymi doradcami.
W każdym razie, patrząc na owo świecące nowością miasto, którego przepych łączył się z surowością nowej doktryny, w rozmowie z innymi kupcami podzielał ich zachwyt i podziw dla wielkości dzieła, które ich zdaniem miało olśniewać potęgą przez setki lat. Ja, ich późny wnuk, dostrzegałem coś innego, wiedziałem przecież o rychłej śmierć Echnatona, unieważnieniu propagowanej przezeń religii i upadku miasta, poźniej błyskawicznie pożartego przez napierającą pustynię.
Któregoś wieczora mój przodek zasiedział się u złotnika, u którego zamówił naszyjnik dla narzeczonej Suri, pozostawionej w Babilonie. Wyszedł dopiero po zmierzchu. Idąc wąską uliczką między warsztatami malarzy i rzeźbiarzy, których nie brakło na przedmieściu stolicy, zderzył się z zamaskowaną postacią, przyodzianą w ciemną szatę i zasłonę na twarzy, noszoną przez kobiety ludów pustyni.
Zderzenie było tak silne, że niewiasta z jękiem upadła, a Szuram przyklęknął, pytając czy nic się jej nie stało i czy może jej pomóc. Zasłona zsunęła się z jej głowy, a księżyc, który właśnie wyszedł zza chmury oświetlił w pełni jej twarz.
Nefretete?!
Szuram naturalnie nie miał pojęcia, z kim ma do czynienia, poraziła go jedynie uroda tajemniczej damy. Ja wiedziałem dzięki wykopaliskom, prowadzonym trzy i pół tysiąca lat później, że piękna żona faraona bywała często w tych stronach, odwiedzając rzeźbiarza, swego kochanka. Artysta musiał kochać ją bardzo, bo zachował jedną jej podobiznę dla siebie, pozostawiając niedokończone jedno oko, aby tym sposobem zachować nad nią władzę na zawsze.
W pewnym sensie tak też się stało. A o urodzie władczyni dowiedział się cały świat, kiedy jej oblicze ujrzało światło dzienne za sprawą łopaty i miotełki archeologa kopiącego w miejscowości Tell el-Amarna.
Tymczasem Nefretete wstała, gniewnie odtrącając wyciągniętą ku sobie dłoń kupca. Oczy jej miotały błyskawice. Za nic nie chciała być rozpoznana w trakcie schadzki. W jej ręku pojawił się sztylet, który na podobieństwo jadowitej kobry ugodził Szurama. Mój „nosiciel” uchylił się – ostrze przejechało go po żebrach raniąc dotkliwie, ale przecież nie śmiertelnie. Kobieta zamierzała uderzyć ponownie, ale powstrzymała się z atakiem. Usłyszała głosy. Nadchodzili jacyś ludzie z pochodniami. Zarzuciła na twarz zasłonę i znikła.
Szuram tymczasem stracił przytomność. A mnie na moment przypomniał się świat, z którego odszedłem.
Ostatni zapamiętany obraz z realnej rzeczywistości, ze świata, który nazywano XXI wiekiem, to odsuwająca się w przestrzeń zapłakana twarz Moniki, obrzydliwa maska nakrywająca mi twarz i plakietka na zielonym kitlu anestezjologa z napisem wykonanym elegancką helveticą – Molly Sanders. Plastikowy prostokąt, który w tej doniosłej chwili zastąpił mi inne wrażenia, wypełnił bez reszty moją świadomość i utrwalił się jako ostatni element świata, który opuszczałem.
Molly Sanders? Mogłem gorsze logo otrzymać na długą drogę. Wiele lat wcześniej poznałem inną Molly Sanders, krupierkę na wycieczkowcu Costa Iustitia, gdzieś między Balearami a Sardynią, choć podejrzewam, że nie było to jej prawdziwe nazwisko. Do drobnej rezolutnej Filipinki pasowało raczej imię Dolores, Soledad czy Concepcion, Molly, w połączeniu z nazwiskiem Sanders, wydawało się pseudonimem z zupełnie z innej bajki. Faktycznie dziewczyna nazywała się Jamaica Sanchez, ale dowiedziałem się tego trochę później. Miała szczupłe, niebywale sprawne ręce, mające absolutną władzę nad kartami od Black Jacka, toteż nie sposób było z nią wygrać, chyba że grało się na bardzo małe stawki, a ona zajęta była goleniem finansowych rekinów. Skądinąd jej zdolności manualne i inne podobne można było podziwiać w zupełnie w inny sposób. Mnie cały ten sprawdzian kosztował głupie 5000 euro, ale rezultat wart był tej kwoty. Drobniutka, szczuplutka Molly rżnęła się jak drzewo balsa w tartaku na Mindanao, wydając jęki, jakich nie powstydziłby się sam Magellan, zarzynany przez jej odległego przodka Lapu-Lapu na wyspie Mactan.
Jeśli szanownego czytelnika rażą takie wspomnienia, przywoływane przez kogoś, kto właśnie rzucił się w przepaść wieczności, z której, jak wiele wskazywało, miał nigdy nie wrócić, to przepraszam. Jednak kłamstwo wydaje mi się równie ciężkim grzechem. To prawda, w ostatniej sekundzie powinienem raczej zobaczyć całe moje życie – paskudne dzieciństwo, odrażającą młodość i podły wiek męski. Wypadałoby też zarejestrować męki mojego anioła stróża, który po każdej niegodziwości Aldo Gurbianiego rzygał w ogródku. Ale niestety nie zobaczyłem nic z tych rzeczy. Nie pojawił się nawet błogosławiony Raymond Priestl, który odmienił moje życie, ani nikt z towarzyszy wyprawy do legendarnej Ciboli, nie wspominając o panu Piekarskim, pięknej Beatrycze, czy ojcu Felippe, o których opowiadałem wszak przy innych okazjach.
Molly Sanders. Koniec czy początek?
Mój nowotwór, którego rzekomo się pozbyłem, powrócił owej jesieni ze wzmożoną siłą. I żadne konsylium nie potrafiło znaleźć na niego sposobu. Nie było też sumy (a z mego dawnego majątku pozostało jeszcze całkiem sporo środków) która mogłaby coś zmienić. Monika dała na msze we wszystkich sanktuariach od San Giovanni do Rotondo, poprzez Loretto, Częstochowę, Lourdes, aż do Fatimy, ale szczerze mówiąc, powątpiewałem w skuteczność modłów. Na jej miejscu – wierzącej i praktykującej katoliczki – zdecydowanie więcej zainwestowałbym w zbawienie mojej duszy, boć nagrzeszyłem sporo i, co gorsza, w ogóle tego nie żałowałem.
Na przykład seksu z Molly Sanders. Czy dysząc między stópkami skrzyżowanymi na mych plecach, skrzywdziłem w jakikolwiek sposób młodą Filipinkę, zbierającą grosz do grosza, by zainwestować w rodzinny pensjonat na Mindanao, o którym całe życie marzył jej ojciec? Mógłbym naturalnie kupić jej ten obiekt w prezencie, ale aż tak wielkoduszny nigdy nie byłem. Ponadto, o jakim krzywdzeniu można mówić, jeśli dziewczyna lubiła swoją robotę bardziej niż przodownik pracy w sowieckiej fabryce. Zresztą, któż z was, koledzy samcy, pogardziłby śniadym ciałkiem dziecka o doskonale ukształtowanych piersiach z buzią, której wyraz był nieprawdopodobnym połączeniem niewinności i występku.
No i dzięki owej banalnej plakietce zabierałem jej ciepło, zapach i smak w daleką podróż do krainy snu, z której, o ile wiem, nikt jak dotąd, łącznie z Waltem Disneyem, się nie obudził.
Wprawdzie moja metoda hibernacji miała być inna niż wszystkie dotychczasowe – bezpieczna i odwracalna, a w dodatku wybudzenie miało nastąpić w czasach, kiedy moje schorzenie stanie się wyleczalne i bezproblemowe jak kurzajka na kciuku, nie miałem jednak wielkich złudzeń, że kiedykolwiek obudzę się zdrowy na tym najlepszym z możliwych światów. Realnie myśląc, zyskiwałem jedynie odroczenie swego losu. I czas na sny.
Spotkanie Szurama z Nefretete było jednym z rzadkich przypadków we wczesnej starożytności, kiedy moi przodkowie otarli się (w dosłownym znaczeniu tego słowa) o wielkich tego świata.
Administrator moich sennych podróży musiał być istotą złośliwą, a na pewno przekorną, ponieważ wielokrotnie dawał posmakować niezwykłych wrażeń, ale nigdy nie pozwolił się nimi w dostateczny sposób najeść. Byłem jak ów podróżny, który mimo woli zawsze przybywał na miejsce pięć minut za późno lub o stulecie za wcześnie.
Do Troi trafiłem na długo przedtem zanim Parys porwał piękną Helenę. Setki razy przechodziłem koło bramy Isztar w Babilonie i patrzyłem na królewskie pałace, ale przecież, jako chudopachołek, nie znalazłem się na owej uczcie, kiedy to, jak mówiono, na ścianie pojawił się ognisty napis „mane, tekel, fares” zapowiadający upadek królestwa. Kiedy indziej, idąc brzegiem Morza Czerwonego, trafiłem na miejsce, które podczas odpływu służyło miejscowym jako bród, tyle wygodny co niebezpieczny, bo kto nie zdążył przed powracającą falą, był bezradny jak rydwaniści faraona… Nie dane mi było jednak obserwować tej hekatomby. Widziałem dymiące zgliszcza Jerycha niedługo po zdobyciu go przez Żydów, ale nie spotkałem tam Jozuego i nie usłyszałem trąb, które rzekomo skruszyły mury nieszczęsnego miasta. A czy młody pasterz, przepięknie śpiewający w trakcie przeganiania owiec, mógł zostać za kilkanaście lat królem Dawidem? Czas i miejsce by się zgadzały, ale już jego chropawe utwory w bardzo niewielkim stopniu przypominały późniejsze psalmy.
Odwiedziłem też minojską Kretę, gdzie oglądałem lśniący świeżością pałac w Knossos, o którym powiadano, że jest labiryntem. Niestety nie dane było mi zetknąć się z Minotaurem, Ariadną ani Tezeuszem. Widziałem za to Galateę, nadzwyczajnie urodziwą żonę miejscowego rzeźbiarza, o której mówiono, że jest posągiem, który bogowie ożywili, ale była to jedynie przenośnia. Zresztą sam rzeźbiarz miał z tego cudu pożytku niewiele, ale sąsiedzi podobno sporo. Na tejże Krecie mój przodek Gurdir dowiedział się, skądinąd przypadkiem, prawdy o Dedalu i Ikarze. Otóż utalentowany architekt eksperymentował z budową ogromnych latawców i na jednym z nich pozwolił wzbić się swemu synowi. Ten zginął nader banalnie wskutek urwania się sznura…
Można spytać czy spotkałem się ze zjawiskami nadprzyrodzonymi? I tak, i nie. Widywałem ślady, słyszałem pogłoski. Ale nie spotkałem żadnego greckiego boga czy półboga, nie posiadłem żadnej nimfy. Jedna zaliczona w Koryncie hetera chwaliła się wprawdzie, że jest córką Apollina, ale biorąc pod uwagę, co mówiono o profesji jej mamusi, wydaje mi się to mało prawdopodobne. W Niniwie pokazywano mi gościa, który ponoć przeżył w brzuchu olbrzymiej ryby i innego, który ocalał wrzucony do klatki z wygłodzonymi lwami. Obaj wieszczyli upadek asyryjskiej stolicy, która faktycznie jakiś czas później upadła. Ale poza tym?
Wielokrotnie doświadczałem istnienia dobra i zła, i to w postaci spersonifikowanej.
Gdzieś w VI wieku przed narodzeniem Jezusa Chrystusa – o tym wydarzeniu szerzej wspomnę później – zetknąłem się z Chaldejczykiem, czy raczej winienem powiedzieć – odnotowałem jego istnienie.
Chaldejczyk – używam tego określenia zastępczo, jako że imion miał wiele, wręcz nie do zapamiętania, choć co pewien czas wracał do babilońskiego Azehera. Pojawiał się w życiu mych kolejnych wcieleń stosunkowo często. Czy był nieśmiertelny? Pewności nie mam, może znalazł sposób na systematyczną reinkarnację. Moi przodkowie rodzili się i umierali, a on trwał, czy raczej przemykał na podobieństwo ducha po rubieżach ich życia, zawsze jako istota w wieku mocno dojrzałym – nigdy jako młodzieniec lub zdziecinniały starzec! Nie miałoby to większego znaczenia, gdyby nie to, że każde jego pojawienie się zwiastowało rychłe nieszczęścia. Niestety moi prostoduszni antenaci ani w Urze, ani w Babilonie, ani w Niniwie nie zdawali sobie z tego sprawy. Gorzej – wydaje mi się, że za każdym razem poznawali go na nowo, a jeszcze częściej, przeżywając skutki jego działań, osobiście nie poznawali go nigdy. Nawet ja nie jestem pewien, czy nasz pierwszy kontakt był naprawdę pierwszy. Imię Azeher usłyszałem w kontekście Abrahama, ale kiedy go zobaczyłem?… Nie pamiętam. Inni w ogóle go chyba nie zapamiętywali, nie należał do takich osób, które wywołują większe wrażenia i stają się powodem kronikarskich zapisków. Ot, któregoś dnia mój ówczesny „nosiciel”, Ergiz syn Szurama, natknął się na bazarze w Babilonie na faceta, który pokazywał sztuki. Dla Chaldejczyka zwykła sprawa. Od wieków ci cwaniacy znad brzegów zatoki, dziś zwanej Perską, trudnili się magią i astrologią, ogrywali łatwowierny ludek w trzy kubki i za niewielką opłatą przepowiadali przyszłość. Moją uwagę zwróciły jego niezwykłe nawet jak na Chaldejczyka umiejętności. Iluzji można się nauczyć, a bilokacje symulować za pomocą dobrze dobranego sobowtóra, jednak sztuka lewitowania, którą demonstrował unosząc się bez żadnej podpórki na wełnianym dywaniku trzy stopy nad ziemią, wymykała się wszelkim regułom fizyki i dowodziła rzeczywistych umiejętności paranormalnych. Po trzech tysiącach lat nadal nie wiem jak on to robił!
Owego dnia Chaldejczyk nie tylko lewitował, ale i wróżył. Za pół sztuki srebra łapał za dłoń klienta i wpatrywał się intensywnie jednym okiem czarnym w oczy rozmówcy, tak jakby chciał dotrzeć na samo dno jaźni, podczas gdy drugie ślepie błękitne omiatało całą sylwetkę na podobieństwo skanera, zbierając wszelkie informacje, jakich mogła dostarczyć mowa ciała.
– To zwyczajne wykorzystywanie durniów – mruknął Ergiz do towarzyszącego mu kuzyna.
Gdy Chaldejczyk posłyszał te słowa wśród bazarowego zgiełku, nie wiem jak, w każdym razie roztrąciwszy tłum, dopadł do mego przodka i chwycił go swą krogulczą dłonią za rękę.
– Tobie powróżę za darmo – warknął i już zamierzał wymemłać serię zdarzeń niezwykłych, a niesprawdzalnych, gdy raptownie puścił kończynę Ergiza. – Albo i nie! – sapnął. Wydawał się zaskoczony, zmieszany i zły. To jedynie rozbudziło ciekawość mego przodka
– O co chodzi? – zapytał.
Ale Chaldejczyk wyraźnie nie chciał z nim rozmawiać. Odwrócił się i przez chwilę przedzierał się przez ciżbę na powrót ku swemu latającemu kilimowi. Będąc już daleko, rzucił jeszcze do Ergiza:
– Strzeż się człowieku spotkań niespodzianych.
– Jak mam to rozumieć?
– Gdy przeżyjesz dzień dzisiejszy po raz wtóry, zrozumiesz.
Ergiz chyba nie zrozumiał, do mnie jednak dotarło z całą mocą. Chaldejczyk przewidział, że kiedyś całą scenę ponownie przeżyję we śnie.
Tylko skąd mógł posiąść taką wiedzę? Do dziś nie mam pewności, kim był naprawdę, czy raczej jest! Jego cechy charakterystyczne: jedno oko czarne, drugie błękitne, haczykowaty nos, czarna myszka na policzku i sześć palców u nóg wyróżniały go spośród innych ludzi, a jednak nigdy nie przysporzyły mu większych kłopotów. Pojawiał się i znikał bez zapowiedzi i potrafił stawać się niewidzialny. Ja sam dopiero z czasem nauczyłem się rozpoznawać jego zapach – delikatne połączenie lawendy i siarki, które któryś z moich przodków w dobie oświecenia nazwał „pierdem wielkiej damy”.
Czy był wcielonym złem, czy tylko mu służył, rozstrzygnięcie tej kwestii pozostawiam uczonym demonologom. W każdym razie z góry odrzucam interpretację, że mógł być prototypem legendy o Żydzie Wiecznym Tułaczu, choćby dlatego, że w każdej epoce był zawziętym antysemitą. Po niewczasie dochodzę do wniosku, że jego złowrogą obecność zacząłem zauważać dopiero od czasów niewoli babilońskiej Żydów. Odczuwam jednak nieodparte wrażenie, że nie licząc incydentu z bazaru, pojawiał się w moim życiu dużo wcześniej, tylko nie zwróciłem na niego uwagi. Tak naprawdę wrył mi się w pamięć pewien dramatyczny epizod z VII wieku przed naszą erą. Nie pamiętam nazwy miejsca, gdzie się to zdarzyło, wiem tylko, że mój niespełna dwudziestoletni przodek imieniem Khaleb podążał wtedy lądem w stronę Tyru. Przypadkiem, a może z wyroku Opatrzności, miejsce owo nazywało się Meggido, owo słynne Meggido, wedle Ewangelisty Jana miejsce przyszłego Armagedonu, finałowego starcia dobra ze złem. Onego dnia mój przodek poszedł na polecenie swego ojca poszukać gościńca w pobliskim mieście, pozostawiwszy całą karawanę nieco z tyłu, na popasie. Czasy należały do niespokojnych, należało więc zawczasu poznać nastawienie mieszkańców do obcych, zanim złożyło się wizytę.
Szedł więc piękny dwudziestolatek, jak ów Oblubieniec z pieśni Salomonowej „skacząc po górach i podskakując po pagórkach”. Epokę wcześniej dane było jednemu z moich poznać żebraka, który twierdził że należał do zespołu redakcyjnego wspomnianego dzieła i własnoręcznie napisał ten kawałek, a słysząc moje powątpiewanie, tłumaczył, że po ukończeniu „Pieśni nad pieśniami” został oślepiony i utracił prawą rękę, aby już nigdy nie zrobił czegoś podobnego.
– Uczyniono ci to z rozkazu samego króla Salomona? – pytał mój przodek.
– Wielki grzesznik, nich mu w Szeolu demony będą łaskawe, ale gdym to pisał, dawno już nie żył.
– A co na to twój Bóg?
– Gwarantuje mi pośmiertną nagrodę z odsetkami.
Wróćmy jednak do maszerującego Ergiza. Dzień był niezwykły w swej urodzie, nie za gorący, lekko wietrzny, a wiaterek od wzgórz Golan niósł ową wiosenną świeżość, która młodym miesza w głowach, a starym przyśpiesza puls.
Zanim jednak doszliśmy (ja i mój nosiciel) do miasta, na rozstajach dróg dobiegł nas najpierw gwar podniesionych głosów, potem smród niedomytych ciał, wreszcie dostrzegliśmy zbiegowisko, jakie zwykło gromadzić się na powitanie dostojnika czy też z powodu nadzwyczajnej tragedii. Szybko poznałem przyczynę owego zgromadzenia – kobietę najwyżej trzydziestoletnią, czarnowłosą, wysoką, choć pełną ciała i, co rzadko w czasach obsesyjnej skromności widywano w miejscach publicznych – kompletnie nagą.
– Nierządnicę będą kamienować! – rzucił do Ergiza któryś z gapiów, jakby sytuacja wymagała wyjaśnienia.
Widywałem już wielokrotnie tracenie niewiernych żon czy dziwek, do ostatnich chwil swoich żebrzących zmiłowania, czepiających się życia, jakby nie dowierzając, że właśnie dobiegło końca. Czarnowłosa zachowywała się odmiennie. Zacisnąwszy drobne, równe ząbki milczała, nawet wówczas, gdy została wypchnięta na środek kręgu utworzonego przez tłum, który zamilkł w napięciu. Jej oczy przesunęły się po twarzach napastników i na moment uchwyciły wzrok Khaleba. Czułem, że podnieciła go jej nagość. A była w jej wzroku duma, jaką daje przekonanie, że większość ze zgromadzonych wiele by dała, mogąc posiąść ją na własność. I wisiała owa cisza jak sześć sępów, które wysoko szybowały ponad ziemią. W końcu jej usta drgnęły, tak jakby miała zapytać: „Kto pierwszy rzuci we mnie kamieniem?”, ale nie powiedziała ani słowa.
Jakoś nikt nie kwapił się do kamienowania. Na moment poczułem przypływ nadziei, że nie dojdzie do tragedii i wszystko rozejdzie się po kościach…
I wtedy ujrzałem i usłyszałem Chaldejczyka:
– Zacni mężowie, zali strach was obleciał?
A widząc, że jego słowa nie odnoszą właściwego skutku, schylił się sam, podniósł kamyk i sprawnie cisnął. Trafił w alabastrowe czoło kobiety, tuż powyżej bajecznie kształtnych brwi. Krzyknęła! Z rozciętego czoła polała się krew. I natychmiast, znieruchomiała dotąd, scena ruszyła jak film na moment zatrzymany w stop-klatce.
Jeden śmiałek wystarczył, by wszyscy rzucili się do morderczego dzieła. Poczułem że mój przodek również chce się pochylić.
– Nie próbuj nawet, skurwielu!!!
Nie mógł mnie usłyszeć, a ja nie miałem najmniejszej możliwości wpłynięcia na jego mózg. A jednak zrezygnował z przyłożenia ręki do egzekucji. Widząc jak kobieta upada pod coraz większym gradem kamieni, odwrócił się i poszedł w stronę miasta, nie oglądając się za siebie.
Powiadają, iż żaden dobry uczynek nie może ujść płazem i Khaleb rychle miał się o tym przekonać. Choć po prawdzie, czy zaniechanie wzięcia udziału w egzekucji klasyfikuje się jako dobry uczynek? Czy nie powinien, jak kilkaset lat później Nauczyciel z Nazaretu, zaangażować się czynnie w obronę młodej niewiasty? No nie, aż tak odważny nie był.
Trzy dni potem znalazł się w Tyrze, rojnym i gwarnym, skąd z rozkazu ojca miał ruszyć do Aten celem rozpoznania możliwości nawiązania handlowych kontaktów z mieszkańcami Attyki. Rodzinna firma importowo-eksportowa rozwijała się coraz lepiej, a kontynentalna Grecja po czasach przejściowego upadku znów należała do „rynków wschodzących”.
Po drodze odwiedzić mieliśmy jeszcze Halikarnas, gdzie na potrzeby miejscowych elegantek planowano zostawić parę skrzyń pachnideł, pochodzących wedle reklamy z Arabii Szczęśliwej, choć w istocie produkowanych z bliżej nieznanych komponentów przez chytrych Żydków na zboczach góry Hermon. Odpływaliśmy z poranną bryzą, w atmosferze lekkiego podniecenia. Khaleb zafascynowany podróżą z pewnością tego nie zauważył, ale ja, wśród żegnających na nadbrzeżu, bez trudu wypatrzyłem niemłodego mężczyznę z haczykowatym nosem. I przeszył mnie dreszcz.
Jednak przez pierwsze pięć dni podróży nie działo się nic, tyle że wiatry odegnały nas od brzegów Anatolii i odcięły od reszty flotylli, znosząc bliżej wybrzeży Cypru, którego zatoczki w onych czasach dawały schronienie licznym mętom i morskim rozbójnikom.
Trzy pirackie galery dopadły nas w najmniej oczekiwanym momencie. Opór nie miał najmniejszego sensu. Poddaliśmy się więc bez walki, licząc że łotrzykowie zadowolą się cennym ładunkiem. Jednak ich łodzie okazały się za małe, aby pomieścić całą zdobycz, toteż zajęto cały nasz statek, załogę traktując dość oględnie, tym bardziej że większość entuzjastycznie zgodziła się na współpracę. Jedynie kapitana przykładnie powieszono na rei, bo stawiał się zbytnio, a ponadto pochodził z Abdery, ojczyzny głupków i filozofów. Khaleb i pozostali pasażerowie zachowywali spokój, licząc że urodzenie i pieniądze pozwolą im szybko odzyskać wolność. Przewieziono ich do jakiejś zatoczki w rejonie dzisiejszej Famagusty, gdzie traktowano dość godziwie, czekając na okup.
Czekaliśmy długo. W tym czasie na wybrzeżu lewantyńskim rozpaliła się okrutna wojna, a król Babilonu Nabuchodonozor obległ fenicką stolicę. Jeśli miałbym zawierzyć mojej wiedzy historycznej powiedziałbym, że będzie oblegać ją trzynaście lat, bez skutku. W następstwie owej politycznej komplikacji negocjacje w sprawie naszego uwolnienia skończyły się, zanim na dobre się zaczęły, a nasz status ludzi wolnych czasowo internowanych zmienił się w kondycję niewolników. Nabył nas grecki hurtownik i uwiózł aż na wyspę Delos, gdzie w niedalekim sąsiedztwie wyroczni i świątyni Apollina, przy której odbywano głośne wówczas igrzyska delijskie, znajdował się jeden z lepiej prosperujących targów niewolników. Khaleb jako młodzian okazały i silny miał przed sobą dwie równie marne opcje dalszej kariery – praca w attyckiej kopalni miedzi, ołowiu i srebra lub życie w charakterze galernika. W licytacji armator przebił przemysłowca. Stary wioślarz (do „starych” zaliczali się ci, którzy pod pokładem przeżyli trzy lata), twierdził, że Khaleb wygrał los na loterii – w kopalniach pracowało się ciężej, a umierało boleśniej. Zresztą w przeciwieństwie do tego, co pokazują filmy historyczne, traktowano nas dużo lepiej i oględniej. Nie ze względów humanitarnych, to pojęcie dla całej epoki było nieznane, ale z szacunku dla pieniędzy. (Te całkiem niedawno zostały już wynalezione). Byliśmy zbyt cenni, żeby eksploatować nas ponad miarę. W dodatku pod pokładem nie brakowało galerników czasowych, skazanych za długi na rok lub dwa, a nawet – choć trudno w to uwierzyć – ochotników, dla których służba przy wiośle była jedynym sposobem zapłacenia za przejazd do wymarzonej krainy. Być może zresztą inne obyczaje panowały na galerach wojennych, a inne na handlowych. W każdym razie przez pełne dwa lata zwiedziłem całe Morze Egejskie, dotarłem do kolonii w Cyrenajce i do Wielkiej Grecji, jak nazywano greckie posiadłości na Sycylii i dzisiejszej Kalabrii. Moje przeznaczenie ozwało się ponownie, gdy nasza galera przyjęła kurs z Syrakuz do Kyme, najdynamiczniej rozwijającej się kolonii w Italii, którą dopiero po wiekach miał zdetronizować pobliski Neapol.
Pewne poruszenie wśród załogi wywołała informacja, że oprócz żywego inwentarza: kóz, kaczek i gęsi towarzyszyć nam miały kobiety, w tym nader urodziwa Hebe (imienniczka boskiej kelnerki z Olimpu), córka Archilochosa, podobno „grubej ryby” z Syrakuz, udająca się na zaślubiny z zasłużonym przywódcą kolonistów z Kyme. Miała zgrabną figurkę i zabawny, nieco zadarty nosek, a zadzierała go jeszcze wyżej, nie zwracając uwagi na wioślarzy pod dość ażurowym pokładem. My przeciwnie, nawet wiosłując nie żałowaliśmy sobie obserwacji kształtnych stópek, gdy przechadzała się po pokładzie. Wiele więcej zobaczyć nie mogliśmy, mimo że wówczas damy (jak przez wiele następnych epok) nie nosiły majtek, o czym mogłem się przekonać, gdy pewnego dnia spadła mi na piersi dziwnie pachnąca kropla krwi miesięcznej. Ktoś przesądny powiedziałby, iż w tym momencie zawarliśmy z Hebe przedziwne przymierze krwi, ale ani mnie, a tym bardziej Khalebowi nie przyszło to głowy.
Po przebyciu Cieśniny Mesyńskiej, gdzie ani Skylli ani Charybdy nie spotkaliśmy, znaleźliśmy się na wodnym przestworze, spokojnym jak jezioro, gdzie pozwolono usnąć także galernikom pod księżycem jasnym i optymistycznym. Nastroju nie mącił nawet ogień u szczytu wulkanu Stromboli, widoczny tuż nad krawędzią horyzontu. Tsunami przyszło nagle, bez najmniejszych ostrzeżeń, w momencie, kiedy nikt się nie spodziewał jakichkolwiek zagrożeń. Wstrząsy zauważone tamtej nocy na dość rozległym obszarze od Puteoli po Tarent wywołały wielką, rzadko spotykaną na Morzu Śródziemnym falę, która znienacka porwała naszą galerę, jak łupinkę obróciła dwakroć wokół swej osi i rzuciła bezlitośnie na skaliste wybrzeże jednej z wysepek liparyjskiego archipelagu.
Życie zawdzięczałem jednemu z marynarzy, który widząc nadchodzącą falę, cisnął między nas nóż, pozwalając byśmy rozcięli więzy, którymi powiązano nas na noc.
Wszystko rozegrało się w parę sekund. Najpierw zostaliśmy uniesieni w górę niczym w szybkobieżnej windzie, a potem gdy fala się przełamała, polecieliśmy w przepastny dół, po czym w jednej chwili zwaliły się nam na łeb wszystkie wodospady świata.
I to mnie nie obudziło!
O życiu lub śmierci zdecydowało szczęście, bo z pewnością nie wątpliwe umiejętności pływackie Khaleba. Mój przodek ocknął się w środku dnia cały w piasku i wodorostach na mikroskopijnej plaży, którą prądy utworzyły między skałami chyba za sprawą łaski Opatrzności. Kiedy udało mu się wstać, mógł ocenić rozmiary dramatu. Wszędzie walały się resztki galery, na wodzie unosiły się trupy pasażerów i galerników utopionych bądź okrutnie roztrzaskanych o skały. Ruszył na miękkich nogach wśród meczących kóz, które podobnie jak gęsi jakimś cudem ocalały.
Dlaczego przeżyłem? – Po wielokroć zadawałem sobie to pytanie, podczas gdy Khaleb szukał znaku życia wśród trupów, ale mogłem sobie jedynie odpowiedzieć: Widocznie tak ci było pisane. Gdybyś zginął po dwóch i pół tysiącu lat, nie mógłbyś się pojawić na tym padole łez!
Tymczasem mój przodek, czując najwyraźniej, że wkrótce zacznie się przypływ, zaczął zbierać wśród pływającego i wyrzuconego na brzeg dobytku wszelkie rzeczy, które mogły się przydać. Czy już wtedy zdawał sobie sprawę, że znalazł się na wyspie, i to najprawdopodobniej bezludnej? Zakładam, że tak – przecież gdyby żyli tu jacyś autochtoni, szybko zainteresowaliby się katastrofą. Uwijał się chwacko – znalazł trochę broni, sporo narzędzi, kilkanaście amfor z winem. Robinson Cruzoe byłby z niego dumny. Ale Khaleb nie mógł znać „Przypadków Robinsona”, a czy ojciec opowiadał mu popularne w tamtych czasach „opowieści rozbitka”, które w XX wieku pod piórem Miki Waltariego zrobią furorę jako Egipcjanin Sinuhe? – trudno stwierdzić. Moje sny ograniczały się wyłącznie do niektórych fragmentów z jego życia. Wśród swych poszukiwań Khaleb zapędził się aż ku linii raf i ku swemu zdumieniu zobaczył białą plamę kontrastowo odbijającą się od czarnych wulkanicznych skał. Brodząc i zapadając się aż po szyję, dotarł do drewnianego kawałka pokładu pozostałego z galery, zaklinowanego w skałach, na którym siedziała półprzytomna, mokra i zapłakana Hebe.
– Żyjesz? – wykrzyknął.
Nie odpowiedziała. Zresztą co miała powiedzieć – żyła!
Dość biernie przypatrywała się, jak spycha jej improwizowaną tratwę na wodę. Na wszelki jednak wypadek mocno wczepiła się rękami w drewniane deski. Holowanie zajęło mu pół godziny. Kiedy znaleźli się na płyciźnie, wyciągnął ku niej dłoń, a ponieważ za nic nie chciała się zanurzyć w wodzie, wziął ją na ramiona i zaniósł ku brzegowi. Znajdował się już parę kroków od plaży, gdy na chwilę odwrócił wzrok i zadrżał. Zobaczył to samo co ja – morze tuż za linią raf roiło się od trójkątnych płetw żarłaczy, które zwietrzyły niezwykłą mnogość pożywienia. Nie wiem, czy półprzytomna dziewczyna zauważyła rekiny, ale i tak czułem jak wali jej serce, a zarazem miałem wrażenie, że stara się odsuwać od Khaleba tak, aby ich wzajemny kontakt był możliwie jak najmniejszy. Gdy znaleźli się na brzegu, zeskoczyła zwinnie na piasek i jeśli spodziewaliśmy się podziękowań, obaj rozczarowaliśmy się natychmiast.
– Mój ojciec kazałby cię oćwiczyć, galerniku – stwierdziła, nabierając rumieńców i naciągając podarte peplum tak, by ukryć pierś z przepięknym bladoróżowym sutkiem, który wyjrzał ciekawy słońca.
– W takim razie żałuję, że nie pozwoliłem ci spokojnie utonąć – odparł bezczelnie mój protoplasta.
– Moi ludzie zaraz nas odszukają.
– Twoi ludzie leżą potopieni jak koty – warknął wskazując, by wspięła się na skałę. Kilkanaście trupów wyciągniętych na plaży i rekiny zajmujące się pozostałymi zrobiły na niej wrażenie.
– Nikt nie ocalał? – pytała. – Tylko ja i galernik?
– Tak panienko, przy czym ośmielę się zauważyć, że stan człowieka zależy od okoliczności, w jakich się znalazł. W poprzednim życiu byłem kupcem, a ty wczoraj jeszcze dostojną damą, dziś jesteśmy jedynie rozbitkami.
– Phi! – kapryśnie wydęła wargi, oddalając się w stronę zakrzewionego wzniesienia wieńczącego zatoczkę.
Khaleb odprowadził ją wzrokiem, po czym zajął się swoim sprawami. Do zmierzchu udało się zebrać resztkę ocalałego ekwipunku, pochować zamarłych, a nawet w zacisznej kotlince powyżej plaży zdołał zbudować prowizoryczny szałas. Obok znalazł naturalny zbiornik pełnej słodkiej wody, najwyraźniej pozostałej po niedawnych deszczach. Zaiste, bogowie mieli ich w swojej opiece. Skrzesanie ognia było ostatnią czynnością, jakiej dokonał, nim zapadł zmierzch. Potem pozostało już tylko poświęcić jedną z gęsi i oskubawszy ją oraz wypatroszywszy, nadziać na rożen.
Hebe zjawiła się krótko po zachodzie słońca. Odzież miała już wyschniętą, znalazła też gdzieś, może wśród dobytku topielców, ciemną chustę, którą okutała się na podobieństwo starej kobiety.
– Jestem głodna i chce mi się pić! – oznajmiła tak, jak gdyby spodziewała się co najmniej trzydaniowej kolacji.
– Wydój kozę – odpowiedział.
– Ja, galerniku?
– Tak ty, jaśnie pani!
Chciała coś mu palnąć, ale chyba głód wziął górę nad dumą i uprzedzeniem.
– Nigdy wcześniej nie doiłam – wyznała.
Podał jej fragment glinianej wazy zastępującej czarę. Wypiła z wielkim smakiem, a potem pociągnęła noskiem, spoglądając na zarumienioną gęś, skwierczącą na żywym ogniu.
– Pięknie pachnie! – zauważyła.
– Nie miałem sposobności, by lepiej ją przyprawić.
Oboje porozumiewali się w koine, wspólnej mowie zrozumiałej przez wszystkich Greków, niezależnie czy wywodzących się ze szczepu Jonów, Dorów, czy Achajów, choć biegły lingwista zauważyłby, że był to raczej uniwersalny język starogrecki, bo prawdziwa koine miała ukształtować się w pełni dopiero w czasach hellenistycznych.
Wspólna wieczerza niewiele poprawiła wzajemne stosunki. Kiedy zaproponował jej nocleg w szałasie popatrzyła na niego wzrokiem pełnym tak głębokiej pogardy, że pożałował oferty.
– Będę spała pod gołym niebem – oświadczyła.
– Jak pani sobie życzy.
W podobnych nastrojach minął dzień drugi, trzeci i czwarty ich pobytu na wyspie, tymczasem nic nie wskazywało na to, że nadchodzi ratunek. Może po prostu nikt ich nie szukał. Drugiego dnia Khaleb wspiął się na najwyższe wzniesienie, ale rezultatem tego wysiłku było jedynie stwierdzenie, że wyspa jest stosunkowo mała, ale niezamieszkała, a morze wokół niej puste.
– Na horyzoncie majaczą jakieś wyspy, ale są zbyt odległe, aby marzyć o dostaniu się na nie – oznajmił dziewczynie.
– Może winniśmy zapalić na wzgórzu ognisko, które będzie płonęło całą noc przyzywając żeglarzy? – zaproponowała Hebe.
– Wątpię, czy to coś pomoże. Ze wzniesienia widoczna jest sąsiednia wyspa na zachodzie, na której cały czas goreje wierzchołek wulkanu. Jeśli rozpalimy na naszym szczycie ogień, przepływający uznają to za znak, że i tu trwają przygotowania do erupcji i tym pewniej nikt do wybrzeża się nie zbliży.
Westchnęła.
Po paru dniach stosunki między nimi zrazu napięte – złagodniały. Dziewczyna dość posłusznie doiła kozy, sprawiała ryby, które łowił, z ocalonych materiałów uszyła im nowe ubrania. Nie przyjęła wprawdzie zaprosin do szałasu, ale zrobiła sobie posłanie po drugiej stronie ogniska.
Zauważył też, że pierwotna opryskliwość ustąpiła miejsca ciekawości. Przyglądała się jego codziennym zajęciom, patrzyła jak z resztek galery usiłował sklecić jakąś łódkę, niestety szło mu to niesporo. Co myślała, obserwując jak grają jego mięśnie, kiedy zwinnie wywijał toporem…? Jedno jest pewne – jej zainteresowanie galernikiem wzrastało.
Ich rozmowy, początkowo ograniczające się do monosylab, stawały się coraz dłuższe i bardziej urozmaicone. Hebe, będąc nawet jak na zamożną Greczynkę osobą wyjątkowo dobrze wykształconą, zaskoczyło, a następnie ucieszyło, iż jej towarzysz niedoli nie jest galernikiem, prostakiem, tylko dobrze wychowanym młodzieńcem bywałym w świecie. A że on wierzył w złowrogą Isztar, a ona w pełnego jurności Zeusa….? Cóż, Bogowie byli daleko, a ich młode ciała blisko, coraz bliżej.
Tymczasem sprawy nabrały przyśpieszenia. Los zapewnił nam doskonałą scenografię – dwa stadiony od naturalnej cysterny na wodę znajdował się naturalny stawek zasilany chyba jakimś źródłem, którego Khaleb używał do kąpieli. Nie on jeden. Zorientowałem się bowiem, że zawsze, gdy tylko udawał się na połów ryb, Hebe, wyczekawszy aż się znacznie oddali, biegła do tej naturalnej łazienki czynić ablucje. Nie przyznawała się do tego, ale zawsze kiedy wracał, zastawał ją czystą i pachnącą, często z jeszcze mokrymi włosami. Czwartego dnia zauważyliśmy obaj, że znikła gdzieś, zanim jeszcze Khaleb wyruszył na poranne ablucje. Może udała się za potrzebą? Kiedy jednak młody mężczyzna wyszedł ze stawu, parskając wodą, nagi jak go stworzono, dodatkowo jeszcze z porannie wyprężonym fallusem, spostrzegł, a ja wraz z nim, nagłe poruszenie krzaków po drugiej stronie stawu i jasny skrawek szaty, który przemknął między skałami.
„Na pępek Wielkiej Macierzy Bogów – mruknął półgłosem – panienka z dobrego domu podglądała obcego mężczyznę”. Oczywiście przy śniadaniu ani jedno ani drugie nie skomentowało wspomnianego incydentu.
Piątego dnia nocą lunął rzęsisty deszcz. Lał z dobrą godzinę, nim młoda Greczynka zdecydowała się przybiec do jego szałasu, szczekając zębami i szepcząc: – Zimno mi, zimno…
Była kompletnie przemoczona. Khaleb dał jej grubą derkę i zgasiwszy oliwną lampkę, aby uszanować jej wstydliwość, zaproponował dziewczynie, by się przebrała. Przystała na to po krótkim wahaniu, podobnie jak zgodziła się wyciągnąć na miękkim posłaniu, które już wcześniej umościł na rozmiar większy niż potrzeba dla jednego człowieka.
Nadal cała dygotała powtarzając, jak bardzo jej zimno. Podał jej wino, wypiła duszką dwie czarki, ale niewiele jej pomogło. Nadal w ciemności szczękała zębami. Nieoczekiwanie zapytała:
– Mogę się do ciebie przytulić?
– Ależ proszę!
Rozpakowała się z dwóch derek, w które była owinięta, i przywarła do niego całym wychłodzonym ciałem.
– Lepiej ci?
– Lelepiej. Tylko nie wykorzystuj sytuacji.
– Nie zamierzam!
Ja na jego miejscu nie rzucałbym obietnic bez pokrycia. Co prawda, jak mi się wydaje, początkowo rzeczywiście zamierzał wywiązać się ze swej obietnicy. Ale, jak powiedział pewien znakomity uczony w piśmie pytany, czy jest w tym coś złego, że dwoje przypadkowych ludzi decyduje się spać w jednej sypialni: „W zasadzie nic złego nie ma, ale może być!”.
Początkowo Khaleb zachowywał się wzorowo. Wprawdzie obnażył się w celu dostarczenia Hebe ciepła, ale skromnie odwrócił się do niej plecami. Rozdygotana, przylgnęła do niego całym ciałem. Pomogło. Drżenie z wolna zaczęło ustępować, a Khaleb przysnął.
Ocknął się po pewnym czasie, a ja z nim, zastanawiając się, czy przypadkiem nie śnię jakiegoś dodatkowego snu we śnie. Przytulona Hebe była ciepła. Wręcz gorąca, tyle że nie trawiła jej gorączka wynikająca z choroby. Jej przyśpieszony oddech, który czuł na karku, jeśli idzie o temperaturę mieścił się w granicach normy. Trudniej byłoby powiedzieć to samo o rękach. Jedna z nich śmiało błądziła po jego męskich piersiach, brzuchu, posuwając się coraz niżej i niżej z ciekawością jaszczurki odwiedzającej ludzkie domostwo. Kiedy ujęła go dłonią sprawiając, iż wyprężył się jak koń spięty ostrogami, powoli obrócił się ku niej. Ujrzał twarz rozognioną, usta rozchylone, spragnione. Śnij dalej galerniku – szepnęła, igrając językiem po jego wargach. Ale nie posłuchał. Sięgnął ku jej piersiom, potem udom, może zbyt natarczywie, ale wyraźnie pragnęła tej natarczywości. Jej smukłe uda rozsunęły się same, niczym drzwi hotelowe, wpuszczając go do ciasnego luksusowego wnętrza.
Nie znałem myśli Khaleba, ale podejrzewam, iż podobnie jak ja głowił się, skąd tyle erotycznej eksperiencji wzięło się w szesnastoletnim dziewczątku. Znacznie później wyznała mu, że wprawdzie w rodzinnym domu w Syrakuzach wychowano ją surowo, uwielbiała pieścić się z siostrami, a raz wszystkie cztery uległy grzesznej pokusie, dosiadając jedna po drugiej numidyjskiego niewolnika, będącego najpiękniejszą bryłą hebanu, jaka im kiedykolwiek wpadła w ręce.
Tej nocy jednak miłość przebiegła gwałtownie i krótko. Czując że wraz z intensywnością sztychów podniecenie Khaleba zmierza ku najwyższym szczytom, tuż przed finiszem Hebe przewróciła go na wznak, a potem, drżąca i roznamiętniona, pospiesznie zsunęła się z niego i obróciła na drugi bok.
– Co się stało? – zawstydzony próbował ją objąć.
Odtrąciła jego rękę. A po dłuższej chwili ciszy rzekła jakby z ociąganiem:
– Nie możemy mieć dziecka. Nie tu i nie teraz!