Mucha w bursztynie - Marcin Wolski - ebook + książka

Mucha w bursztynie ebook

Marcin Wolski

0,0
39,92 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.
Dowiedz się więcej.
Opis

Powieść z pogranicza różnych gatunków literatury: historycznej, przygodowej, podróżniczej, ale przede wszystkim fantasy. Bohater główny z powodu choroby nowotworowej zostaje wprowadzony w stan śpiączki, z którego wybudza się w różnych odstępach czasu, ale w osobach niczego nieświadomych „nosicieli”. Nasz bohater poznaje ich myśli, odbiera wrażenia zmysłowe, ale nie ma wpływu na podejmowane przez nich działania. Może tylko obserwować otaczającą ich obu – jego i „nosiciela” – rzeczywistość. Ponieważ wybudzenia mają miejsce w różnych miejscach i okresach w historii świata, trwają krócej bądź dłużej, ale następują chronologicznie, odbywamy wędrówkę począwszy od prehistorycznych jaskiń, przez najbardziej znaczące wydarzenia w kolejnych epokach, aż do współczesności. Oczywiście osoby „nosicieli” są także różne, spotykają ich odmienne koleje losu, bohater przeżywa mnóstwo ekscytujących, często niebezpiecznych przygód.

Książka porywa wartkością i barwnością akcji, a ponadto jest napisana z dużym poczuciem humoru.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



1. Wyjście z pieczary

Ciem­ność, jasność, znowu ciem­ność! Prze­la­tu­jące z zawrotną szyb­ko­ścią obrazy, któ­rych nie spo­sób roz­po­znać, wra­że­nia, któ­rych nie udaje się posma­ko­wać. Pęd, trwa­nie, sza­leń­stwo, cie­pło, zimno, głód, ból. Cza­sem wyda­wało mi się, że jestem rybą w głę­bi­nach, kiedy indziej pła­zem peł­za­ją­cym po ziemi, tylko nie byłem w sta­nie zasta­no­wić się nad tym. Czu­łem się jak kaleka po wyle­wie lub sta­rzec w ostat­nim sta­dium Alzhe­imera. Nie wie­dzia­łem, kim jestem, co się ze mną dzieje, czu­łem tylko, że żyję. A może nie żyłem, choć to, co się ze mną działo, było cał­ko­wi­tym zaprze­cze­niem wyobra­że­nia o śmierci?

Wresz­cie, po prze­pły­nię­ciu cze­goś, co zda­wało się być oce­anem czasu – nie mia­łem zresztą poję­cia, co to czas, a tym bar­dziej ocean – obłą­kany prąd zwol­nił i wyrzu­cił mnie ze swego nurtu. Albo ina­czej – wszystko się zatrzy­mało w prze­dziw­nej stop-klatce, jeśli do abso­lut­nej ciem­no­ści pasuje słowo stop-klatka.

Poczu­łem doj­mu­jące cie­pło i roz­pa­la­jącą mnie od środka głowy jasność.

I usły­sza­łem głos w języku nie­okre­ślo­nym, w któ­rym musiały być zawarte wszyst­kie języki świata.

– Jesteś?

– Jestem!

– Więc idź dalej!

Wtedy jesz­cze nie przy­szło mi do głowy, że wła­śnie zosta­łem stwo­rzony.

Nagle sze­roką pano­ramą roz­wi­nął mi się w mózgu słynny fresk Michała Anioła z dło­nią Boga wysu­niętą w stronę Adama…

Tyle że jedyne co mi wtedy przy­szło do głowy, to że śnię. I że trzeba się obu­dzić!

– No, Aldo, wsta­waj!

Jako dziecko mie­wa­łem podobne sny roz­gry­wa­jące się w mroku. Wam zapewne też się przy­da­rzały. Sce­na­riu­sze bywają podobne – oto znaj­du­jemy się w wiel­kim, zagra­co­nym pomiesz­cze­niu, dookoła panuje abso­lutny mrok, a my poty­kamy się o roz­ma­ite sprzęty, któ­rych prze­zna­cze­nia nie spo­sób roz­po­znać. Czu­jemy nara­sta­jącą grozę i pra­gniemy, żeby to się wresz­cie skoń­czyło.

Jed­nakże w snach małego Aldo ni­gdy nie było kom­plet­nej ciem­no­ści – zawsze paliła się mała czer­wona lampka niczym w ciemni foto­gra­ficz­nej.

Tym razem jed­nak nie świe­ciło się nic. Krą­żąc w cał­ko­wi­tym mroku, nie tra­fia­łem na żadne zna­jome sprzęty, jedy­nie na skalne ściany i kamie­nie pod bosymi sto­pami… Bałem się. Z moich ust, dziw­nie zasznu­ro­wa­nych, choć nie­zu­peł­nie szczel­nie, wydo­by­wały się dźwięk zbli­żone do pła­czu. Gdzie i kim jestem, skąd się wzią­łem? Zamiast pamięci ziała próż­nia dosko­nała.

Znów strach powró­cił ze wzmo­żoną siłą – a jeśli tak wygląda śmierć? Nie­spo­dzie­wa­nie z mroku wyło­niła się ręka, drobna, ale silna, chro­pawa, o poła­ma­nych paznok­ciach przy­po­mi­na­ją­cych szpony. Prze­stra­szy­łem się jesz­cze bar­dziej. A jed­no­cze­śnie poczu­łem pły­nący z niej potok cie­pła i dobra. Ręka owa pocią­gnęła mnie zde­cy­do­wa­nie. Po paru kro­kach świat przede mną z lekka posza­rzał. Nie opie­ra­łem się, poszli­śmy razem ku świa­tłu, zrazu bar­dzo odle­głemu i sła­bemu, potem, z każ­dym stąp­nię­ciem, zysku­ją­cemu na mocy. Zorien­to­wa­łem się, że jestem w jaskini i po kamie­ni­stym pod­łożu podą­żam ku wyj­ściu. Na nie­za­pi­sa­nej tablicy mózgu zaczęły mi się poja­wiać poję­cia: „pie­czara”, „świa­tło”, „mama”. Cie­kawe, cho­ciaż wszyst­kie te poję­cia były mi dosko­nale znane, nie potra­fi­łem wyra­zić ich sło­wami.

Jakoś do głowy mi nie przy­szło, że jesz­cze nie nauczy­łem się mówić.

Nie minęło wiele czasu, a już sta­ną­łem nie­pew­nie na skal­nej półce. Przede mną roz­cią­gała się roz­le­gła, tra­wia­sta dolina oko­lona inten­syw­nie zie­lo­nymi wzgó­rzami. Natych­miast przy­po­mniały mi się rezer­waty Kenii lub Tan­za­nii odwie­dzone pod­czas safari w 1998 roku.

Rów­no­cze­śnie w moje noz­drza, dotąd przy­tkane jaski­nio­wym zadu­chem, ude­rzył nowy zapach, nie­siony rzeź­wią­cym wia­trem, zapach pełen woni ziół, wil­goci, pomie­szany z tysią­cem innych, nie­zna­nych aro­ma­tów.

Tym­cza­sem moje oczy przy­zwy­cza­iły się do świa­tła i wnet jasność wydała mi się dość blada, nie­pełna… Ale już niebo nad wzgó­rzami poczęło przy­bie­rać nie­po­wta­rzalną łoso­siową barwę. Jesz­cze chwila, a wyło­niła się sło­neczna kula, oświe­tla­jąc całą sze­roką dolinę, któ­rej har­mo­nii nie mąciła żadna asfal­towa droga, wieża prze­kaź­ni­kowa tele­fo­nii komór­ko­wej czy słupy wyso­kiego napię­cia.

Spoj­rza­łem z ukosa na moją opie­kunkę i prze­ra­zi­łem się. Istota, która wypro­wa­dziła mnie na świa­tło dnia, okryta czę­ściowo sier­ścią, kudłata, przy­po­mi­nała wielką, sto­jąca pew­nie na dwóch nogach małpę. Choć chyba już nią nie była. Twarz miała jasno­cze­ko­la­dową, nie­omal ludzką, roz­świe­tloną przez rozumne oczy. Wyglą­dała jak młod­sza sio­stra pra­matki Lucy, którą widzia­łem kie­dyś w muzeum w Addis Abe­bie. Musiała być olbrzymką, a może po pro­stu ja zma­la­łem, bo się­ga­łem jej led­wie do pasa.

Nie zna­jąc jej zamia­rów, chcia­łem wyszarp­nąć swoją rękę, ale nie byłem w sta­nie wyko­nać ruchu, za to wyda­łem jakiś okropny nie­ar­ty­ku­ło­wany skrzek, który chyba nie został pra­wi­dło zro­zu­miany – olbrzymka unio­sła mnie w górę i wetknęła ogromne pomarsz­czone wymię w moje usta. Chcia­łem zapro­te­sto­wać, ale byłem strasz­li­wie głodny, a jej mleko już po chwili wydało mi się napo­jem bogów.

Tym­cza­sem z jaskini dobiegł mnie pomruk. Powi­nie­nem się prze­ra­zić, ale ssa­łem w naj­lep­sze. Kar­miąc mnie, istota usu­nęła się nieco, aby nie zagra­dzać wej­ścia. Wnet na zewnątrz wygra­mo­lił się samiec – wielki, jesz­cze bar­dziej kosmaty i kom­plet­nie nagi, o okrut­nym pysku King Konga. Na szczę­ście zda­wał się cał­ko­wi­cie nas igno­ro­wać. Całą uwagę sku­pił na wscho­dzą­cym słońcu. Na jego dzi­kim obli­czu poja­wiło się coś łagod­nego, nie­omal ludz­kiego. Schy­lił się pokor­nie przed wzno­szącą się tar­czą, a potem padł na twarz. Kar­mi­cielka przy­sło­niła mi oczy, by ochro­nić wzrok przed pro­mie­niami sło­necz­nymi, a potem upa­dli­śmy razem. Prze­mknęła mi myśl, że w ten spo­sób człe­ko­kształtne pry­mi­tywy oddają cześć Temu, któ­rego istoty nie ogar­niają, choć są prze­ko­nane, że ist­nieje… Lekko uno­sząc głowę, mogłem przy­glą­dać się sawan­nie nabie­ra­ją­cej pełni barw. Jeśli idzie o roz­ma­itość i obfi­tość zwie­rzyny, przy­po­mi­nała biblijny raj. Kiedy wsta­li­śmy, matka pocią­gnęła mnie w stronę pobli­skiego stawu, a wła­ści­wie tro­chę więk­szej kałuży zlo­ka­li­zo­wa­nej w zagłę­bie­niu skal­nym. Zanim zaczę­li­śmy żło­pać wodę, zoba­czy­łem moją twarz, a może powi­nie­nem powie­dzieć: mordę. Jak bły­ska­wica prze­szyła mnie myśl, że tak musie­li­śmy wyglą­dać milion, a może wię­cej lat temu. Wra­że­nie spoj­rze­nia pro­sto w twarz swego pra­pra­pra­przodka było tak doj­mu­jące, że powi­nie­nem się obu­dzić. Ale nie mogłem.

Mówi się, że śmierć jest snem nie­prze­spa­nym. Nie wiem, po dru­giej stro­nie byłem wpraw­dzie dość długo, ale tylko jedną nogą. Poczy­na­jąc od owego zadzi­wia­ją­cego poranku na skal­nej półce prze­ży­łem tysiące takich snów, prze­cho­dzą­cych z jed­nego w drugi niczym wąż poły­ka­jący kolej­nego węża, a mimo to nie zbli­ży­łem się nawet do progu wiel­kiej tajem­nicy nie­bytu. Cały czas zda­wa­łem sobie sprawę, że śnię, cho­ciaż nie mia­łem poję­cia, czy i kiedy się obu­dzę.

Owe dość reali­styczne roje­nia róż­niły się zde­cy­do­wa­nie od wszyst­kich świa­dectw, z jakimi zda­rzyło mi się zetknąć. Roz­ma­ici osob­nicy wyry­wani z objęć śmierci kli­nicz­nej mówili, że w momen­cie gdy docho­dzili do kra­wę­dzi nie­ist­nie­nia, doświad­czali wra­że­nia oglądu całego swego życia.

U mnie nastę­po­wało coś zdu­mie­wa­ją­cego – zamiast obraz­ków z dzie­ciń­stwa czy mło­do­ści Aldo Gur­bia­niego oglą­da­łem swoją histo­rię pre­na­talną. I to się­ga­jącą począt­ków naszego gatunku. W dodatku nie z per­spek­tywy aktyw­nego uczest­nika, tylko, jak to w snach bywa, bez­rad­nego obser­wa­tora, osob­nika mocno zanu­rzo­nego w ciele istoty z zamierz­chłej epoki, a jed­no­cze­śnie nie­po­sia­da­ją­cego nad nim żad­nej kon­troli. Z jaź­nią mego „nosi­ciela” mia­łem mniej­szy kon­takt niż pasa­żer wyciecz­kowca z most­kiem kapi­tań­skim. Mogłem obser­wo­wać, dozna­wać podob­nych jak on wra­żeń zmy­sło­wych, bez żad­nego wpływu na jego czyny i myśli. Ot, mucha w bursz­ty­nie. Tyle, że mucha wiecz­nie żywa!

Począt­kowo mia­łem kon­cep­cję, że mój prze­żarty nowo­two­rem mózg po pro­stu mie­sza i gene­ruje fabuły z bazy danych nagro­ma­dzo­nych latami, tasuje mniej lub bar­dziej przy­pad­kowo obrazy i doświad­cze­nia wynie­sione z fil­mów i ksią­żek.

Ale jak wytłu­ma­czyć to, że widzia­łem miej­sca i prze­ży­wa­łem zda­rze­nia, o któ­rych wcze­śniej nawet nie czy­ta­łem? To, co działo się ze mną od chwili wyj­ścia z jaskini, spra­wiało pozory frag­men­tów auten­tycz­nego życia odtwa­rza­nych na magne­to­wi­dzie. Bar­dzo krótko łudzi­łem się, że sen szybko minie – trwał i wyda­wało się, że będzie się cią­gnął w nie­skoń­czo­ność. W dodatku śni­łem zaska­ku­jąco reali­stycz­nie – z zacho­wa­niem kon­se­kwen­cji, logiki i praw­do­po­do­bień­stwa. Zwy­czajne sny zawie­rają sporo mate­rii oni­rycz­nej, mgły, cha­otycz­nego nie­do­okre­śle­nia, tym­cza­sem przede mną otwie­rały się wspo­mnie­nia się­ga­jące pra­dzie­jów, nad­zwy­czaj żywe, z uwzględ­nie­niem smaku, dotyku, zapa­chu i nasy­ce­niem barw god­nych hol­ly­wo­odz­kiej taśmy fil­mo­wej lub cyfrówki naj­now­szej gene­ra­cji.

Począt­kowo sądzi­łem, że moja podróż w cza­sie jest przy­pad­kiem jed­no­ra­zo­wym. Myli­łem się. Moja wizyta w prze­szło­ści nie skoń­czyła się pierw­szego, dru­giego ani następ­nego dnia. Nie urwała się po mie­siącu ani po roku. Całe szczę­ście, że nie śni­łem wszyst­kiego. Wydaje mi się, że prze­ży­wa­łem wyłącz­nie nie­które, bar­dziej trau­ma­tyczne epi­zody, jakby wypre­pa­ro­wane z całej sza­rej egzy­sten­cji, z pomi­nię­ciem tego, co naj­wy­raź­niej nie odło­żyło się w mej pamięci.

Natu­ral­nie pró­bo­wa­łem ana­li­zo­wać to, co się ze mną działo, przy­po­mnia­łem sobie, kim jestem (Aldo Gur­biani, lat 65, rasy bia­łej, hete­ro­sek­su­alny). Zda­wa­łem sobie też sprawę, że dobro­wol­nie dałem się wpro­wa­dzić w stan hiber­na­cji. Praw­do­po­dob­nie na lata. Jedyną moż­liwą, trudną do zaak­cep­to­wa­nia, ale nie­uchron­nie nasu­wa­jącą się hipo­tezą było, że prze­ży­wam ponow­nie realne zda­rze­nia, które kie­dyś naprawdę się wyda­rzyły. Mnie, a może innym przed­sta­wi­cie­lom ludz­kiego gatunku? Swego czasu zetkną­łem się z teo­rią, że pamięć gatun­kowa zapi­sana w genach wła­ściwa jest wszel­kim stwo­rze­niom żywym, przy czym w wypadku czło­wieka jest ona roz­wi­nięta w naj­wyż­szym stop­niu, choć na co dzień prze­waż­nie zablo­ko­wana. Sły­sza­łem o ludziach, któ­rzy przy­po­mi­nali sobie swe wcze­śniej­sze wcie­le­nia, a i mnie samemu zda­rzało się prze­ży­wać histo­rie z prze­szło­ści. Tym razem jed­nak zde­rza­łem się z czymś o wiele bar­dziej nie­praw­do­po­dob­nym – z pamię­cią gene­tyczną roz­po­startą na prze­strzeni całych dzie­jów.

Jak to się doko­ny­wało i czy moż­liwe było, by dro­bina mate­rii zawarta w jed­nym plem­niku, czy może jaju, była zdolna prze­no­sić infor­ma­cje nie tylko o orga­ni­zmie, ale o wie­kach osob­ni­czych doświad­czeń?

Andy Spi­nelli, mój młody asy­stent, (25 lat, po dok­to­ra­cie) tłu­ma­czył mi swego czasu „cyber­ne­tyczną teo­rię duszy”. Twier­dził, że w indy­wi­du­al­nym kodzie gene­tycz­nym zawarte są spe­cy­ficzne „zaczepy”, pozwa­la­jące się łączyć z trud­nym do ogar­nię­cia wymia­rem ducha, skąd mniej lub bar­dziej bez­wied­nie czer­piemy nawyki, odru­chy, ale rów­nież wspo­mnie­nia.

– Moim zda­niem przy­po­mina to wir­tu­alną chmurę ze świata kom­pu­te­ro­wego.

– Cie­kawa teo­ria, szkoda, że nie do udo­wod­nie­nia – mówi­łem Andy’emu, który, zwin­nie poru­sza­jąc się na swym wózku inwa­lidz­kim, zata­czał wokół mnie coraz węż­sze kółka na podo­bień­stwo natręt­nej muchy.

– Ktoś kie­dyś ją udo­wodni – odpo­wia­dał z nie­zmą­coną pew­no­ścią. – Powiada prze­cież Pismo: „Bło­go­sła­wieni, któ­rzy nie widzieli, a uwie­rzyli”.

Tym­cza­sem czas pły­nął, a ilość nie­wia­do­mych prze­wyż­szała te nie­liczne wia­dome. Nie mia­łem poję­cia, jak długa będzie moja podróż. Zorien­to­wa­łem się wpraw­dzie, że sen ma cha­rak­ter chro­no­lo­giczny, ale czy wyni­kał z tego jakiś głęb­szy sens? Tak samo nie udało mi się dociec, czy mogłem oglą­dać wspo­mnie­nia dla bio­gra­fii mych przod­ków naj­waż­niej­sze, naj­moc­niej utrwa­lone, czy też dobrane przez Naj­wyż­szego Reży­sera według jakie­goś tylko dla niego wia­domego klu­cza? Naj­bar­dziej przy­po­mi­nało to prze­glą­da­nie rodzin­nych albu­mów, zatrzy­my­wa­nie się na okre­ślo­nych stro­nach, cho­ciaż zawsze w kolej­no­ści zda­rzeń.

Sny bywały róż­nej dłu­go­ści. Nie­które przy­po­mi­nały błysk fle­sza, inne wyda­wały się nie koń­czyć, stwa­rza­jąc wra­że­nie, że prze­ży­wam całe życie. Inna sprawa, że prze­wa­żały te krót­sze, pełne nega­tyw­nych doznań: stra­chu, głodu, bólu i zimna. Naj­wię­cej było stra­chu! Ciężko prze­ży­łem trzę­sie­nie ziemi, które przy­sy­pało naszą jaski­nię, walkę z wiel­kim sza­blo­zę­bym tygry­sem i wielką powódź nie­uchron­nie przy­wo­dzącą na myśl biblijny potop. Wie­lo­krot­nie otar­łem się o śmierć, przy czym doświad­cze­niem zupeł­nie wyjąt­ko­wym była ucieczka przed nacie­ra­ją­cym w zawrot­nym tem­pem poża­rem sawanny, kiedy prze­ko­nany byłem o nie­uchron­nej śmierci. Prze­ży­łem z garstką mych współ­ple­mień­ców, wska­ku­jąc w ostat­nim momen­cie do nie­wiel­kiego stawu, który ostał się wśród ognio­wej burzy.

Oczy­wi­ście sta­ra­łem się usta­lić zarówno czas, jak i miej­sce, w któ­rym się zna­la­złem, – wiele wska­zy­wało na pół­nocno-wschod­nią Afrykę, może Ery­treę, ale bio­rąc pod uwagę prze­miany kli­ma­tyczne zacho­dzące w świe­cie, mogło to być rów­nie dobrze każde inne miej­sce bli­sko zwrot­nika Raka. Patrząc w niebo, widy­wa­łem bowiem gwiaz­do­zbiory nie­wąt­pli­wie przy­na­leżne do pół­noc­nego nieba, a kli­mat pra­wie przez okrą­gły rok był cie­pły, tem­pe­ra­tura powie­trza zmie­niała się nieco w porze cie­płej i suchej. A prze­cież wie­dzia­łem, że musi przyjść ochło­dze­nie, gdzieś na pół­nocy rosły lodowce… Jeśli dotrą do nas, nie bar­dzo wie­dzia­łem, jak mie­li­by­śmy prze­trwać. Bez ognia, bez cie­płych ubrań. A ja w żaden spo­sób nie mogłem im pomóc – zero kon­taktu! Jesz­cze trud­niej byłoby mi okre­ślić, w czyim ciele się znaj­do­wa­łem. Ni­gdy nie inte­re­so­wa­łem się pale­on­to­lo­gią, toteż nie potra­fił­bym wska­zać róż­nic dzie­lą­cych choćby gatu­nek homo erc­tus od homo sapiens. Łatwiej przy­szło mi zro­zu­mieć, czemu pierw­szy zapa­mię­tany sen przy­padł na wcze­sną epokę kamienną, a nie było mi dane w pełni prze­żyć wspo­mnień bar­dziej odle­głych przod­ków, z try­lo­bi­tami, dino­zau­rami i pra­mał­piat­kami włącz­nie. Wygląda na to, że ewo­lu­cja w wyda­niu, w jakim przed­sta­wiają ją dar­wi­ni­ści, jest hipo­tezą w dużym stop­niu chy­bioną. A moja (i mego nosi­ciela) świa­do­mość naro­dziła się nagle, w wyniku nad­przy­ro­dzo­nej inge­ren­cji, pod­czas owego tajem­ni­czego kon­taktu w jaskini.

Takich pytań mia­łem bar­dzo wiele, nie­stety nie mogłem niczego spraw­dzić doświad­czal­nie.

Z owego pierw­szych odcinka snu naj­bar­dziej istotna oka­zała się sprawa mego gene­tycz­nego prze­trwa­nia, z czym nie­ro­ze­rwal­nie łączyła się kwe­stia seksu. Daleka od jakie­go­kol­wiek roman­ty­zmu. Sta­dem nie­po­dziel­nie wła­dał stary samiec, ojciec wszech­władny, zazdro­sny pan kil­ku­na­stu kobiet ule­głych i nie­zwy­kle wobec niego bojaź­li­wych. Krył je dość regu­lar­nie, choć gdy już zaspo­koił swe żądze, szedł spać dopusz­cza­jąc swych totum­fac­kich, także star­szych synów, co sami­com nie robiło, jak się wyda­wało, więk­szej róż­nicy.

Mój pierw­szy „nosi­ciel”, nawet kiedy pod­rósł, nie nale­żał do tego kręgu – na tle rówie­śni­ków wyda­wał się drobny, nie­wy­soki, nie­śmiały, toteż po wej­ściu w wiek doj­rze­wa­nia cho­dził non stop z obrzę­kłymi jądrami, dając upust swym chu­ciom samo­dziel­nie bądź w zaba­wach z kole­gami. Coraz czę­ściej mar­twi­łem się, czy i jak prze­każe swoje geny dalej? Oka­zało się, że przy­pad­kiem. Kiedy patriar­cha, ranny w star­ciu z niedź­wie­dziem, wyzio­nął ducha, w sta­dzie roze­grała się krótka walka o przy­wódz­two. Rywa­li­zo­wało kilku sam­ców, ale walkę, o dziwo, wygrał jeden z młod­szych synów, z wyglądu ewi­dentny mał­po­lud, za to siłacz jakich mało. Nowy wódz nie zado­wo­lił się wyłącz­nie satys­fak­cją – dwóch naj­sil­niej­szych rywali wypę­dził, a wśród reszty usta­lił „kolej­ność dzio­ba­nia” w swoim hare­mie. Zaj­mo­wa­łem w nim pozy­cję jede­na­stą albo dwu­na­stą. Dobre i to. Stało się prak­tyką, ze kiedy herszt, zaspo­ko­iw­szy żądze, szedł spać, do samic dory­wali się inni, cze­ka­jący w kolejce. Któ­rejś nocy i memu przod­kowi udało się wresz­cie dopaść jed­nej z mło­dych kosma­tek. Przy­pusz­czam, że wła­śnie wtedy roz­po­częła się moja histo­ria rodzinna. Pew­no­ści nie mam, albo­wiem ten etap mych wspo­mnień skoń­czył się w momen­cie osią­gnię­cia przeze mnie orga­zmu. Ogar­nął mnie mrok.

W następ­nym śnie, sta­no­wią­cym znacz­nie dal­szą sekwen­cję mego rodo­wodu, byłem już kimś innym – synem, wnu­kiem, a może praprawnu­kiem patriar­chy, nie jestem w sta­nie stwier­dzić auto­ry­ta­tyw­nie czy minęły dzie­się­cio­le­cia, czy tysiąc­le­cia, w każ­dym razie nie pozna­wa­łem nikogo z hordy.

Z bli­żej nie­ja­snych powo­dów opu­ści­li­śmy jaski­nie i gnieź­dzi­li­śmy się na pod­mo­kłych kępach wśród trzę­sa­wisk, na któ­rych wpraw­dzie nie bra­ko­wało poży­wie­nia, ale rów­nież wsze­la­kich paso­ży­tów. Gdy­bym mógł jakoś poro­zu­mieć się z moim nosi­cie­lem, wyper­swa­do­wał­bym mu nie­zdrową loka­li­za­cję, ale mogłem jedy­nie obser­wo­wać, jak błotne gorączki i kro­ko­dyle czy­nią spu­sto­sze­nie wśród moich współ­braci. W każ­dym razie na mokra­dłach prze­ży­łem kil­ka­na­ście lat upra­wia­jąc zbie­rac­two, a gdy osta­teczny pomór zabił więk­szość doj­rza­łych męż­czyzn, prze­ją­łem rolę roz­pło­dowca i pozy­cję przy­wódcy stada. Nie nacie­szy­łem się swoją funk­cją długo – po któ­rymś prze­ka­za­niu mate­riału gene­tycz­nego nastą­pił kolejny prze­skok cza­sowy. Chyba dość spory. Kli­mat odmie­nił się osta­tecz­nie, nasze stado zamiesz­ki­wało teraz duszny desz­czowy las pełen licz­nych zagro­żeń, a zwłasz­cza wiel­kich nie­bez­piecz­nych kotów, cho­ciaż dzia­ła­jąc w gru­pie, uda­wało się sta­wiać im czoła. Obok kamieni w użytku były drew­niane dzidy. Sypia­li­śmy prze­waż­nie w sza­ła­sach zlo­ka­li­zo­wa­nych na podo­bień­stwo pta­sich gniazd na drze­wach, cho­ciaż i tak nie było sezonu, żeby któ­re­goś z mło­dych nie porwał lam­part.

Poko­le­nia odcho­dziły za poko­le­niami. Zasta­na­wia­łem się, czy za któ­rymś razem znajdę się w ciele nie­wia­sty, doświad­cza­jąc doznań kom­plet­nie nie­do­stęp­nych dla face­tów. Ale nie­stety, w swej dłu­giej jak się miało oka­zać histo­rii, ni­gdy mi się to nie przy­da­rzyło, co dowo­dzi, że pamięć gene­tyczna jest prze­no­szona wyłącz­nie w linii męskiej. Jed­nak jakoś szcze­gól­nie nie żało­wa­łem tego ogra­ni­cze­nia. Przez całe tysiąc­le­cia bycie nie­wia­stą wią­zało się nie tyle z rzad­kimi i bar­dzo krót­kimi okre­sami rado­ści, co z mnó­stwem kło­po­tów, bólu i wysiłku nie­zna­nych współ­cze­snym femi­nist­kom. Zaj­mo­wa­nie się dzie­cia­kami, doglą­da­nie ognia, któ­rego długo jesz­cze nie potra­fiono samo­dziel­nie krze­sać, a pie­czo­ło­wi­cie prze­cho­wy­wano jak skarb pod­kra­dziony bogom, któ­rych pio­run ugo­dził w wyschnięte drzewo, bez­względne ule­ga­nie męskim zachcian­kom, czyli seks pozba­wiony jakich­kol­wiek uczuć, a prze­waż­nie rów­nież przy­jem­no­ści – tego nie da się zazdro­ścić.

Trzeba też było nie lada cier­pli­wo­ści, aby kibi­co­wać postę­powi naszego gatunku. Naj­prost­sze wyna­lazki potrze­bo­wały tysiąc­leci prób i błę­dów, a nie­kiedy bywało, że zosta­wały zapo­mniane.

Ileż furii wywo­ły­wały we mnie jałowe zabiegi roz­nie­ca­nia ognia. Nie pomnę, ile razy woła­łem darem­nie do mego pra­przodka: – Poszu­kaj krze­mie­nia, dur­niu!

Jed­nak odzewu nie było! Odbie­ra­łem wszyst­kie bodźce zewnętrzne tak samo jak mój nosi­ciel, ale myśli nie byłem w sta­nie prze­nik­nąć. Mogłem je co naj­wy­żej odga­dy­wać na pod­sta­wie napię­cia mię­śni, prze­ły­ka­nia śliny, mru­ga­nia oczami, poce­nia się, czy przy­spie­szo­nego bicia serca.

Tym­cza­sem sny nastę­po­wały jedne po dru­gich. Cza­sem działy się w rodzi­nie, która sta­rzała się na mych oczach, kiedy indziej roz­miar prze­skoku był nie­moż­liwy do oceny. Wyda­rze­nia prze­su­wały się jak w foto­pla­sty­ko­nie (pamię­tam takie urzą­dze­nie z wcze­snego dzie­ciń­stwa), ata­ku­jąc swą róż­no­rod­no­ścią, cho­ciaż zdo­ła­łem zare­je­stro­wać tylko te naj­waż­niej­sze, naj­bar­dziej ory­gi­nalne.

Prze­wa­żały doświad­cze­nia naj­prost­sze – nie­koń­czące się wędrówki, prze­pla­ta­jące się okresy głodu i roz­le­ni­wia­ją­cej syto­ści, cza­sem roz­koszna odmiana zwią­zana z kąpielą w gorą­cych źró­dłach, skąd nie­stety prze­go­niły nas niedź­wie­dzie. Co do polo­wań bywało róż­nie – nie­kiedy my polo­wa­li­śmy całą hordą, a nie­kiedy dra­pież­niki polo­wały na nas. Zwy­kle po zakoń­cze­niu łowów soli­dar­ność łowiecka pękała, zwłasz­cza w okre­sach kry­zysu przy­wódz­twa (co bywało dosyć czę­ste), i docho­dziło do hanieb­nych poty­czek o lep­sze kąski. Dla samic i dzieci nie­zmien­nie pozo­sta­wały te gor­sze. Na szczę­ście utarczki koń­czyły się prze­waż­nie na powierz­chow­nych ranach i ogól­nych potłu­cze­niach.

Czas pły­nął, a ja oglą­da­łem naszą histo­rię, reje­stru­jąc jak wcho­dzą do użytku pierw­sze okry­cia ze skór, nie­odzowne w związku z ozię­bie­niem kli­matu, i coraz dosko­nal­sze narzę­dzia z kamie­nia – tłuki, skro­baki, sie­kierki i noże. Jak już wspo­mi­na­łem, żadną miarą nie byłem w sta­nie przy­spie­szyć ewo­lu­cyj­nego pro­cesu ani pomóc swoją współ­cze­sną wie­dzą mym pale­oli­tycz­nym przod­kom. Co nie zna­czy, że nie odczu­wa­łem emo­cji i dumy, gdy wresz­cie udało się im skon­stru­ować pierw­szy oszczep, pierw­szy łuk, czy ule­pić pierw­szy gar­nek. Zachwy­cało mnie też, jak na wpół zwie­rzęce gwizdy, syki, piski i pohu­ki­wa­nia zaczęły prze­mie­niać się w coraz bar­dziej modu­lo­waną mowę. I co naj­waż­niej­sze, że dzięki niej moż­liwe stało się prze­ka­zy­wa­nie naby­tych doświad­czeń kolej­nym gene­ra­cjom. Warto dodać, że w każ­dym kolej­nym śnie, oddzie­lo­nym nie­rzadko stu­le­ciami mroku od poprzed­niego, musia­łem od nowa uczyć się ewo­lu­ują­cej, coraz bar­dziej uroz­ma­ico­nej mowy współ­ple­mień­ców.

Moi przod­ko­wie roz­wi­jali się bar­dzo wolno, ale nie­ustan­nie. Posłu­gi­wa­nie się narzę­dziami oraz mowa coraz bar­dziej odróż­niały ich od świata zwie­rząt, a te róż­nice pogłę­biły się, gdy jeden z mych pro­to­pla­stów odkrył wielką nie­obecną – miłość.

W onym cza­sie kli­mat po okre­sie znacz­nego ochło­dze­nia znów wyraź­nie się ocie­plił, opu­ści­li­śmy nie­go­ścinne pust­ko­wia, wycho­dząc na sawannę bogatą w zwie­rzynę, jadalne owoce i nasiona traw. Jedy­nym towa­rem defi­cy­to­wym bywała, gdy nasta­wała pora suszy, woda. Kiedy jedyna znaczna rzeka w oko­licy zamie­niła się w wąską strugę, mogłem obser­wo­wać, jak gro­ma­dzą się przy niej sta­dami wszel­kie gatunki zwie­rząt w prze­dziw­nym rozej­mie. Jak piją wedle usta­lo­nej hie­rar­chii czwo­ro­nogi więk­sze i mniej­sze, dra­pieżne i rośli­no­żerne, przy czym sło­nie, noso­rożce, bawoły zda­wały się pil­no­wać panu­ją­cego ładu.

Ten szcze­gólny „pokój Boży” trwał jedy­nie do zmroku, po któ­rym zgodna dotąd spo­łecz­ność zwie­rzęca odcho­dziła od wodo­poju i roz­pra­szała się, a ludzie kryli się za kol­cza­stą pali­sadą wokół ognisk, nasłu­chu­jąc jak na zewnątrz, w lep­kim mroku zaczy­nają się dziać rze­czy straszne, na co wska­zy­wały ryki wiel­kich kotów i zawo­dze­nie hien. Osta­tecz­nym dowo­dem tra­ge­dii były ran­kiem stada sępów, cią­gnące w kie­runku świe­żego ścierwa.

Natu­ral­nie nikomu z naszego stadka nie przy­cho­dziło do głowy wyściu­biać łba poza solidny płot z kol­cza­stych krze­wów. Co prawda, naj­więk­sza nawet ostroż­ność nie gwa­ran­to­wała peł­nego bez­pie­czeń­stwa. Zwłasz­cza jeśli kogoś dopa­dał po pro­stu pech. Takie nie­szczę­ście przy­da­rzyło się szcze­powi z pół­noc­nego wschodu, skła­da­ją­cego się z ludzi drob­nych, o nieco jaśniej­szej skó­rze od nas. W środku dnia spo­tkali się z potęż­nym lwem. Ludo­ja­dem! Zawsze ostrze­gano nas przed takimi osob­ni­kami z prze­trą­coną psy­chiką – prze­waż­nie za młodu odpę­dzo­nym od stada.

Popu­larna opo­wieść gło­siła, że osob­niki takie, gdy doro­sły, sta­wały się inkar­na­cją demo­nów. Obo­jętne jed­nak, co sie­działo w lwie, naszym pobra­tym­com przy­szło sto­czyć ciężką walkę na śmierć i życie z bestią o roz­mia­rach rosłego cie­laka

Walka osta­tecz­nie oka­zała się zwy­cię­ska, ale została oku­piona śmier­cią ojca rodu i cięż­kimi ranami kilku innych męż­czyzn. Jakimś spo­so­bem wieść o tym wyda­rze­niu dotarła na nasze tery­to­rium i skło­niła do pod­ję­cia nie­stan­dar­do­wych dzia­łań

Mój kolejny nosi­ciel, noszący imię Uzzu, był wtedy led­wie nie­do­rost­kiem, toteż nie uczest­ni­czył w pro­ce­sie decy­zyj­nym. Musiał jed­nak zaak­cep­to­wać posta­no­wie­nie star­szych i aktyw­nie przy­stą­pić do jego reali­za­cji.

Była to pierw­sza wojna, w któ­rej przy­szło mi uczest­ni­czyć, a wła­ści­wie jed­no­stronny akt bru­tal­nej agre­sji. Nasz szczep po krót­kiej, nie­szcze­gól­nie krwa­wej utarczce, zagar­nął pod swą pie­czę liczące kil­ka­dzie­siąt osób stado „beżo­wych” o jasnych oczach. Doro­słych męż­czyzn pogo­niono; jeden wyjąt­kowo czu­purny mło­dzian, który nie chciał ska­pi­tu­lo­wać, zgi­nął, a kobiety i dzieci zostały wcie­lone do naszej rodziny – czy­taj haremu wodza! Powi­nie­nem przy­zwy­czaić się do tego stanu rze­czy – okru­cień­stwo, gwałt, zabi­ja­nie były czymś nor­mal­nym w tam­tych epo­kach. Choć sty­ka­łem się rów­nież z empa­tią, z roz­pa­czą matek i ojców, gdy ginęło ich potom­stwo, z obja­wami przy­jaźni, a także przy­wią­za­nia.

Zapa­mię­ta­łem tę paradę jeń­ców, prze­pę­dzo­nych wokół naszego ogni­ska – pier­wo­cinę rzym­skich trium­fów czy sowiec­kiej defi­lady zwy­cię­stwa. Na czele nie­siono ciało pole­głego, za któ­rym reszta postę­po­wała w mil­cze­niu, jeśli nie liczyć pochli­py­wa­nia sio­stry bojow­nika, pier­wo­wzoru wszyst­kich przy­szłych Anty­gon.

Aya, bo tak ją zwano, była wtedy jedy­nie tro­chę więk­szą, prze­stra­szoną dziew­czynką, ale nie tylko jej szlo­chy, jasna kar­na­cja i błę­kitne oczy zwró­ciły uwagę Uzzu (a przy oka­zji rów­nież mnie!). Kiedy pochód zatrzy­mał się wśród naszych sza­ła­sów, prze­ra­żona wodziła dookoła wzro­kiem i ich spoj­rze­nia na moment spo­tkały się… To coś, co w nim zagrało, co poczu­łem i ja, było czymś moc­niej­szym niż pożą­dliwy dreszcz w lędź­wiach. Przy­po­mi­nało raczej upa­dek dro­biny żaru na wyschniętą hubkę. Pra­wie rów­no­cze­śnie z zauro­cze­niem poja­wiła się gorycz. Było prze­cież oczy­wi­ste, że naj­póź­niej za kil­ka­na­ście księ­ży­ców nasz przy­wódca znie­woli to smu­kłe ciało, roze­drze szczu­płe, kształtne jak u mło­dej anty­lopy nogi. I nie dokona tego nie­stety nie­do­ro­stek Uzzu, który wła­śnie zaczy­nał odkry­wać dziwną cho­robę przez przy­szłe poko­le­nia nazwaną miło­ścią.

Nie zna­łem jego myśli, a prze­cież rozu­mia­łem dosko­nale, co się z nim dzieje, dzie­ląc wraz z nim nie­prze­spane noce, uczest­ni­cząc w ukrad­ko­wym pod­glą­da­niu dziew­czyny i nie­zli­czo­nych bój­kach, toczo­nych o byle co z rówie­śni­kami w oczy­wi­stym celu zaim­po­no­wa­nia dłu­go­no­giej nim­fie.

Aya, mimo swego mło­dego wieku nie pozo­sta­wała obo­jętna na jego zaloty. Jako stary ero­to­man zauwa­ża­łem lepiej od mego pra­przodka dziew­częcą mowę ciała, jej wil­got­nie­jące oczy i mocno zaci­skane uda pocie­rane o sie­bie.

Wpraw­dzie star­sze kobiety pil­no­wały zasad przy­zwo­ito­ści i hie­rar­chii w sta­dzie, mając bacze­nie, by kąsek prze­zna­czony dla wodza nie tra­fił przed cza­sem w nie­po­wo­łane ręce, ale prze­cież nie mogły upil­no­wać wszyst­kich przy­pad­ko­wych dotknięć i otarć.

Młode ciała i dusze lgnęły do sie­bie inten­syw­nie, mimo że uboga mowa nie pozwa­lała na wygła­sza­nie miło­snych tyrad czy ukła­da­nie poezji. Uzzu nie był dotąd istotą krnąbrną i nie spra­wiał więk­szych trud­no­ści star­szym, ale tym razem jego deter­mi­na­cja rosła z dnia na dzień. W końcu zde­cy­do­wali się na zła­ma­nie obo­wią­zu­ją­cych tabu i rzu­ce­nie wyzwa­nia tra­dy­cji.

Cere­mo­nia pokła­dzin miała się odbyć pół księ­życa po pierw­szej mie­siączce. Toteż kiedy kobiety zauwa­żyły kro­pelki krwi pozo­sta­wiane przez Ayę na ścieżce, przy­go­to­wa­nia do jej zaślu­bin z wodzem wkro­czyły w decy­du­jącą fazę.

Uzzu bał się kon­se­kwen­cji, ale posta­no­wił nie pod­dać się losowi. Trzy dni przed rytu­al­nym świę­tem, w zagaj­niku, w któ­rym poszu­ki­wano jadal­nych pędów, udało mu się zamie­nić kilka zdań z popła­ku­jącą dziew­czyną.

– Uciek­niesz ze mną? – zapy­tał.

– Choćby na koniec świata!

Teo­re­tycz­nie ich ucieczka nie miała prawa się udać. Jed­nak sama przy­roda sprzy­jała zako­cha­nym. Lądem nie mogliby ujść daleko – jeśli nie pościg, dopa­dłyby ich wro­gie ple­miona lub dra­pieżne bestie. Ali­ści szcze­gól­nym tra­fem z wio­senną rów­no­nocą, po inten­syw­nych desz­czach w górach, sze­roko roz­lała się ich rzeka. Leniwy stru­mień stał się nagle potężny, wartki i groźny. Oba­lał drzewa i pory­wał zwie­rzęta. Dwa dni przed pla­no­wa­nym świę­tem deflo­ra­cji, pod­czas wid­nej księ­ży­co­wej nocy, prze­kra­dli się na skraj wody i tam zde­cy­do­wali się wsko­czyć na jedną z pły­ną­cych kłód, posta­na­wia­jąc zdać się na los szczę­ścia.

Nikt ich nie ści­gał, przy­bie­ra­jąca rzeka zagra­żała samemu ist­nie­niu osady, toteż miesz­kańcy bar­dziej zajęli się rato­wa­niem dobytku niż ści­ga­niem zbie­gów, któ­rych uznano za zmar­łych.

Rwący nurt odda­lił ich szybko od rodzin­nej wio­ski, omi­ja­jąc mie­li­zny i wiry. Zanim nastał pierw­szy świt, byli daleko! A nawet za daleko. Kiedy się ock­nęli, dookoła roz­cią­gał się bez­miar wody, a brzeg był jedy­nie zie­loną kre­ską na hory­zon­cie.

– Gdzie jeste­śmy? – zapy­tała Aya.

– Na morzu! – zawo­ła­łem bez­gło­śnie, ale Uzzu tylko bez­rad­nie roz­ło­żył ręce. Bra­ko­wało mu wła­ści­wego słowa na okre­śle­nie tego, co widział.

O ist­nie­niu oce­anu led­wie sły­szeli, za to szybko prze­ko­nali się, że ota­cza­jąca ich słona woda jest nie­zdatna do picia. Zdani wyłącz­nie na mor­skie prądy, odda­lali się coraz bar­dziej od lądu, z każ­dym dniem moc­niej prze­ko­nani, że czeka ich śmierć. Żucie liści nie­wiele mogło pomóc. Szczę­ściem na drze­wie schro­niło się kil­ka­na­ście drob­nych gry­zoni, któ­rych krew rekom­pen­so­wała brak wody, a ciała posłu­żyły na przy­nętę dla ryb. Te rów­nież, spo­ży­wane na surowo, dostar­czały nieco płynu wycień­czo­nym orga­ni­zmom.

Mocno kibi­co­wa­łem wszyst­kim poczy­na­niom Uzzu, prze­ży­wa­łem jego dzia­ła­nia pełen emo­cji, cho­ciaż byłem prze­ko­nany, że musi mu się udać. Moje ist­nie­nie było wystar­cza­ją­cym dowo­dem, że nie mógł odejść z tego świata, nie pozo­sta­wia­jąc potomka.

Tym­cza­sem stan zagro­że­nia nie skła­niał do ero­tycz­nych piesz­czot. Aya cały czas oba­wiała się sto­czyć z pnia, zwłasz­cza kiedy fale się pod­nio­sły, a drze­wem poczęło mio­tać we wszyst­kie strony. Uzzu przy­wią­zał oboje lia­nami do kona­rów i rzy­ga­jąc, wzy­wał bogów Słońca i Księ­życa, aby powstrzy­mali swój gniew. Sztorm minął dopiero trze­ciego dnia nad ranem, a oni, skraj­nie zmę­czeni, usnęli wśród poła­ma­nych kona­rów.

Obu­dzi­łem się wraz z nim koło połu­dnia. Pada­jące pio­nowo pro­mie­nie słońca prze­bi­jały przez listo­wie. Nie czu­łem ruchu wody, toteż szybko pod­nio­słem się i zoba­czy­łem że drzewo ugrzę­zło na pły­ciź­nie, a kil­ka­dzie­siąt kro­ków dalej znaj­duje się piasz­czy­sta plaża, nad którą uno­szą się grzywy palm.

Aya nie umiała pły­wać i bała się wody, toteż Uzzu wziął ją na ręce i bro­dząc zanu­rzony nie­kiedy po szyję, podą­żył w stronę brzegu.

Nie­znany ląd, jak się oka­zało cał­kiem spora wyspa ze ska­li­stym wznie­sie­niem w cen­trum, spra­wiał wra­że­nie bez­ludne. W dodatku oka­zał się nie­zwy­kle przy­ja­zny dla mło­dej pary. Dobry Duch Słońca, bo tak nazy­wali siłę, która czu­wała nad nimi, pozwo­lił im zna­leźć źró­dło słod­kiej wody, a nawet nie­duży staw, w któ­rym mogli zaży­wać kąpieli, obja­wił mnó­stwo sma­ko­wi­tych owo­ców i jadalne trawy, nadto co dnia dostar­czał w nad­mia­rze ryb i zamiesz­ku­ją­cych cie­płe morze kra­bów i żółwi, które w porze odpływu mogli wybie­rać z szybko schną­cych kałuż mię­dzy ska­łami. Ich wyspa nie była szcze­gól­nie wielka, ale było na niej wszystko, co potrzebne do życia. Prze­żyli na niej ponad rok, dłuż­szy czas cze­ka­jąc cier­pli­wie, aż ich ciała i dusze doj­rzeją do zespo­le­nia. Aya była pło­chliwa jak gazela i łatwo się gnie­wała; dotknięta bez przy­zwo­le­nia potra­fiła dotkli­wie ugryźć, a ślady jej pazu­rów nie­raz zna­czyły piersi i ramiona Uzzu, który z braku jakie­go­kol­wiek doświad­cze­nia nie bar­dzo wie­dział, jak się zabrać do rze­czy. Cóż, za pierw­szym razem nawet doby­cie kraba ze sko­rupy przy­spa­rza wiel­kich trud­no­ści. Ale jak się nie ma co się lubi, a hor­mony buzują…? Napa­lony chło­pak, szu­ka­jąc zaspo­ko­je­nia, posiadł nawet nie­do­ro­słą suczkę sza­kala, która przy­błą­kała się do nich. i cier­pli­wie cze­kał, wie­rząc w odmianę losu.

Tym­cza­sem Aya rosła jak na droż­dżach, eks­plo­do­wały jej piersi, zaokrą­gliły się bio­dra, a usta coraz bar­dziej chętne, nabrały smaku miodu i mleka.

I któ­re­goś dnia speł­niło się obo­pólne marze­nie o sta­niu się jed­no­ścią. Pew­nego upal­nego popo­łu­dnia po kąpieli w lagu­nie dziew­czyna sama pocią­gnęła go ku sobie na posła­nie z pal­mo­wych liści. Pozwo­liła się doty­kać, sama lizała go języ­kiem roz­kosz­nym, choć szorst­kim, a na koniec roz­warła przed nim furtkę do raju, cia­sną zrazu i zaplom­bo­waną, ale ewi­dent­nie chętną. I posiadł Uzzu Ayę, intu­icyj­nie postę­pu­jąc niczym czło­wiek w pełni rozumny. Dotąd w ich hor­dzie seks upra­wiano po zwie­rzę­cemu, od tyłu, tak że samice nie­ko­niecz­nie roz­po­zna­wały, kto jest part­ne­rem. On mógł czer­pać radość z wpa­try­wa­nia się w pełne miło­ści oczy. Tego dnia kochali się jesz­cze wie­le­kroć, nie wsty­dząc się swych ciał w słońcu dnia, wymie­nia­jąc poca­łunki. Choć odczu­wa­łem dokład­nie to, co czuł mój pra­pra­przo­dek, zazdro­ści­łem mu tego prze­ży­wa­nia potęgi miło­ści, peł­nej abso­lut­nego odda­nia, jaka mnie, sta­remu lubież­ni­kowi, nie przy­tra­fiła się ni­gdy.

Szczę­ście mło­dych nie trwało długo. Raj­skie wybrzeże nie oka­zało się aż tak bez­ludne, jak mogli przy­pusz­czać, zwłasz­cza że pod­czas odpływu wyspę łączyło z lądem sta­łym łatwe do poko­na­nia pasmo pia­chu, na które począt­kowo nie zwró­cili uwagi.

Żyjąc w złud­nym prze­ko­na­niu, że są jedy­nymi ludźmi w raju, nie myśleli o ostroż­no­ści, zacho­wu­jąc się podob­nie jak żyjące na bez­lu­dziu zwie­rzęta, które ni­gdy wcze­śniej nie spo­tkały czło­wieka. Co noc roz­pa­lali ogień, choć oprócz kro­ko­dyli więk­szych dra­pież­ców na wyspie nie było… Aż dziw, że udało się im bez­tro­sko prze­żyć cały rok.

Jako dziecko pasjo­no­wa­łem się przy­go­dami Robin­sona Cru­zoe. Pamię­tam do dziś, jaki dreszcz emo­cji prze­szył mnie, kiedy bry­tyj­ski roz­bi­tek zna­lazł na plaży ślad ludz­kiej stopy, a następ­nie dotarł na miej­sce ludo­żer­czej uczty. Owo odkry­cie pozwo­liło mu jed­nak przed­się­wziąć środki bez­pie­czeń­stwa i dzięki wła­snej prze­zor­no­ści zacho­wać życie.

Uzzu i Aya mieli znacz­nie mniej szczę­ścia. Z obec­no­ści intru­zów zdali sobie sprawę dopiero, kiedy ostrze­gaw­czo zaskom­lił oswo­jony sza­kal. Kil­ku­oso­bowa banda czar­no­skó­rych pokur­czów nade­szła ze wszyst­kich stron, ota­cza­jąc ich sze­ro­kim krę­giem. Jedy­nym moż­li­wym kie­run­kiem ucieczki był szlak na strome wznie­sie­nie, skąd mogli rzu­cać okru­chami skał w ata­ku­ją­cych. To jed­nak wzmo­gło ich agre­sję. Owego dnia ura­to­wał ich zapa­da­jący zmierzch, który na krótko powstrzy­mał napast­ni­ków. Ludo­żercy roz­pa­lili wokół góry kilka ognisk i czu­wali, by ści­gani nie wydo­stali się z pułapki. Owej nocy, wie­dząc o swym nie­uchron­nym jak mnie­mali końcu, kochali się jak sądzę po raz ostatni. Bar­dzo sku­tecz­nie. Świa­do­mość Uzzu zga­sła wraz z zapłod­nie­niem, wsze­lako jestem żywym dowo­dem, że dyna­stia prze­trwała, choć mój pra­pra­pra­dzia­duś, jestem tego pra­wie pewny, został zje­dzony, a biedna Aya i kilka następ­nych poko­leń jej dzieci prze­żyło wśród ludo­żer­ców. Sami też musieli zostać kani­ba­lami, choć nawet po kilku poko­le­niach róż­ni­li­śmy się od reszty stada jaśniej­szą skórą i smu­klej­szą syl­wetką. Kar­ło­wate ple­mię gra­so­wało po uro­dzaj­nym wybrzeżu, wzbo­ga­ca­jąc swoją dietę o wyso­ko­ka­lo­ryczne mózgi swych sąsia­dów.

Trwało to kil­ka­set, a może nawet kilka tysięcy lat, przy czym ów okres nie zapi­sał się jakoś szcze­gól­nie w moich wspo­mnie­niach, być może auto­ma­tycz­nie wypie­ra­łem z pamięci zda­rze­nia okrutne i nie­przy­jemne. We wspo­mnie­niach zacho­wa­łem natu­ral­nie wra­że­nia z kani­bal­skich uczt, tym okrop­niej­sze, że odczu­cia mego przodka, radość z wzbie­ra­ją­cych śli­nia­nek, kłó­ciły się z moim obrzy­dze­niem, gdy przy­cho­dziło mi jeść czy­jąś nie­do­pie­czoną tatu­owaną nogę lub drobną kobiecą rękę, ozdo­bioną wto­pioną w ciało bran­so­letką.

Jeden dzień zmie­nił wszystko. Zbu­dziły mnie – w tym wcie­le­niu nosi­łem imię Goon i liczy­łem sobie kil­ka­na­ście wio­sen – okrzyki „Zossa, zossa”, a gdy wyło­ni­łem się z jamy ziem­nej, którą zamiesz­ki­wa­li­śmy, spo­strze­głem nad­cią­ga­jącą ciemną chmurę, która prze­sło­niła całe dotąd sło­neczne niebo.

– Co to takiego? – zapy­ta­łem mojej star­szej sio­stry Dii, która wsku­tek pokaź­nej ciąży poru­szała się z tru­dem, a mimo to jako pierw­sza wygra­mo­liła się na powierzch­nię.

– Zossa – powtó­rzyła, macha­jąc rękami niczym skrzy­dłami i kła­piąc zębami.

Potem zoba­czy­łem pierw­sze egzem­pla­rze owa­dów spa­da­ją­cych wprost z nieba na liście drzew i krze­wów. Przy­po­mi­nały nie­groźne pasi­ko­niki. Tylko, że były ich miliony. Zossa! – sza­rań­cza!

Goon padł na zie­mię, nakry­wa­jąc głowę dłońmi.

– Ale głu­pek – zaśmiała się moja sio­stra – te owady ludzi nie jedzą. Prze­ży­jemy.

Jej opty­mizm oka­zał się prze­sa­dzony. Sza­rań­cza wpraw­dzie nas oszczę­dziła, ale pożarła wszystko, co mogło nada­wać się do jedze­nia. Zagłada roślin pocią­gnęła za sobą śmierć rośli­no­żer­nych zwie­rząt, zosta­wia­jąc ludzi w poża­ło­wa­nia god­nej sytu­acji.

Ple­mię nie podej­mo­wało żad­nych dzia­łań, licząc, że z kolejną porą desz­czową przy­roda odżyje. Póki co, gwoli prze­trwa­nia stada, poczęto poświę­cać na poży­wie­nie jego naj­słab­szych człon­ków. Nie­do­łęż­nych star­ców, naj­młod­sze dzieci. Moją sio­strę chwi­lowo oszczę­dzono, cze­ka­jąc, aż uro­dzi…A Goon? Tak samo jak kilku pozo­sta­łych przy życiu nie­do­rost­ków, spę­tany na podo­bień­stwo zwie­rzaka zło­wio­nego w sidła, cze­kał na kolejną ucztę. Jej moment – peł­nia księ­życa – zbli­żał się. Co się działo w duszy Goona, nie wiem, choć brak jakichś sil­niej­szych reak­cji z jego strony mógł wska­zy­wać na pogo­dze­nie z losem. Nie doce­ni­łem deter­mi­na­cji jego sio­stry. Któ­rejś nocy pod­kra­dła się do śpią­cego, prze­cięła nożem krę­pu­jące go więzy… Potem ucie­kli przed sie­bie, w nie­znane.

Jak prze­ży­łem wraz z Goonem tę despe­racką ucieczkę, dokład­nie nie pamię­tam. We wspo­mnie­niach pozo­stał mi jedy­nie nie­koń­czący się marsz przez roz­pa­lone słoń­cem pia­ski pustyń oka­la­ją­cych nad­brzeżny raj, roz­pacz­liwe szu­ka­nie cie­nia w zało­mach skał i u pod­nóża piasz­czy­stych diun, nara­sta­jący głód i pra­gnie­nie. Raz tylko spadł krótki, dobro­czynny deszcz. To że prze­żył, zawdzię­czał Dii, swej sio­strze, naj­lep­szej opie­kunce, która gdy stra­ciła dziecko, kar­miła brata wła­snym mle­kiem z cią­gle nabrzmia­łych sut­ków. Potem umarła, ale wcze­śniej kazała Goonowi przy­się­gać na Sło­neczną Tar­czę, że wypije jej krew. Więc wypił. I opity tą krwią sio­strzaną, ostatni ze swego stada, pełzł dalej na czwo­ra­kach, aż ujrzał zie­leń drzew, błę­kit jeziora i żółte ściany gli­nia­nych domów.

Tak dotar­łem na rubież cywi­li­za­cji Mię­dzy­rze­cza, odmien­nej od wszyst­kiego co dotąd widzieli moi przod­ko­wie. Ludzie lepili tu chaty z rzecz­nego mułu, na małych polet­kach, zasi­la­nych wio­sen­nymi powo­dziami, upra­wiali zboża i hodo­wali nie­wiel­kie kosmate świ­nie. Wieki póź­niej kra­ina ta zyskała nazwę Sumeru, a potom­ko­wie Goona na­dal upra­wiali pola, udo­sko­na­la­jąc coraz bar­dziej skom­pli­ko­wany sys­tem iry­ga­cyjny i uczest­ni­czyli co pewien czas, po żni­wach, w budo­wie pierw­szych świą­tyń, które z cza­sem zmie­niły się w wie­lo­pię­trowe zik­ku­raty…

Pobrzę­kuje mi w pamięci tytuł prze­czy­ta­nej ongiś pracy „Histo­ria zaczyna się w Sume­rze”. Czy może być coś cie­kaw­szego niż uczest­ni­cze­nie w tych począt­kach, co prawda na pra­wach obser­wa­tora filmu, ale filmu odbie­ra­nego wszyst­kimi zmy­słami – także za pomocą węchu, smaku, dotyku. Każde kolejne życie dostar­czało nie­zwy­kłej por­cji wra­żeń. Wspo­mi­nam więc cie­płe poranki w ramio­nach coraz to innych kobiet, słodki smak dak­tyli, zapach wiel­błą­dziego potu i ryb z pobli­skiego portu. O tym, że dzie­dzi­czę nie tylko gene­tyczną pamięć, upew­niały mnie dwie syme­tryczne bro­dawki przy moim krę­go­słu­pie, z któ­rych nie­raz szy­dzili męż­czyźni, wyty­ka­jąc mi „cycki na ple­cach”, a które lubiły cało­wać kobiety. Wie­lo­krot­nie mia­łem oka­zję prze­żyć uczu­cie głodu i syto­ści. Kie­dyś, po trzę­sie­niu ziemi, udało mi się wydo­stać spod gru­zo­wi­ska zawa­lo­nych murów, spę­dzić jedno życie ze źle zro­śniętą ręką i dru­gie z ampu­to­waną nogą. Wie­lo­krot­nie doświad­czy­łem, jak sma­kuje bycie mężem zdra­dza­ją­cym i zdra­dza­nym. Naprawdę przez tysiące lat można obej­rzeć, usły­szeć i prze­żyć wiele cie­ka­wych rze­czy. Na przy­kład wysłu­chać jak na pla­cyku wypeł­nio­nym ludz­kim mro­wiem herold w jaskra­wych sza­tach ogła­sza po raz pierw­szy świeżo wydane prawo Ham­mu­ra­biego: „oko za oko, ząb za ząb”.

W odróż­nie­niu od moich zaję­tych obo­wiąz­kami dni codzien­nego przod­ków, nie­zau­wa­ża­ją­cych postępu, mia­łem pew­ność, że wokół mnie dzieje się donio­sła histo­ria. Rodzi się przy­szłość ludz­ko­ści! Jedyna przy­krość pole­gała na tym, że nie dane mi było uczest­ni­czyć aktyw­nie w akcie tego two­rze­nia. Ileż razy mógł­bym uchro­nić moich ante­na­tów przed błę­dem lub nie­szczę­ściem, uła­twić im życie, pchnąć roz­wój cywi­li­za­cji setki lat w przód… Nie poli­czę momen­tów, kiedy czu­łem, że dys­po­nu­jąc swą wie­dzą i doświad­cze­niem, postą­pił­bym dokład­nie odwrot­nie niż oni.

Co gor­sza, nie mogłem nawet obser­wo­wać świata zgod­nie ze swo­imi zain­te­re­so­wa­niami. „Nosi­ciele” mieli inne prio­ry­tety. Kiedy oni patrzyli w prawo, nie mogłem rzu­cić okiem w lewo. I tak, przez przy­ziemną pra­co­wi­tość kup­czyka Weruta, któ­rym wów­czas byłem, stra­ci­łem bez­pow­rot­nie moż­li­wość oso­bi­stego pozna­nia Abra­hama, i to zanim wyru­szył na swą wędrówkę w poszu­ki­wa­niu Ziemi Obie­ca­nej. Abram i Lot żyli prze­cież wraz ze swym ojcem Tera­chem zale­d­wie parę prze­cznic ode mnie. Zapewne wie­lo­krot­nie spo­ty­ka­łem się z nim na targu, jed­nak pogło­ski o nawie­dzo­nym synu sąsiada poczęły się roz­cho­dzić dopiero, gdy opu­ścił tereny Mię­dzy­rze­cza.

Jedni twier­dzili, że stało się to z powodu dłu­gów, inni, że wszedł w kon­flikt z wypły­wo­wym magiem o imie­niu Aze­her, który posiadł jakoby rzadką umie­jęt­ność czy­nie­nia cudów i przy­wo­ły­wa­nia demo­nów, a przy­szły patriar­cha nie­ustan­nie go wyśmie­wał. Trze­cia wer­sja gło­siła, że Abram pro­wa­dził tajemne roz­mowy z jakimś potęż­nym duchem, więk­szym od wszyst­kich miej­sco­wych bogów – tych Enli­lów, Utu, Esz­ku­rów czy Enta­nów razem wzię­tych – i że ów Bóg nad bogami przy­obie­cał mu żyzną zie­mię, na któ­rej jego potom­ko­wie roz­ro­dzą się niczym gwiazdy na nie­bie. Pokpi­wano z tych wizji i tylko ja wie­dzia­łem, jak dale­ko­siężne kon­se­kwen­cje wynikną z obiet­nic Boga. Podob­nie nie dzi­wi­łem się, kiedy wiele lat póź­niej dotarła do nas pogło­ska o tym, że nasz sąsiad gotów był poświę­cić swego syna Bogu i tylko anioł powstrzy­mał dzie­cio­bój­stwo, łapiąc nie­do­szłego mor­dercę za ramię…

Wkrótce potem także moi przod­ko­wie wyru­szyli w drogę. Han­del sta­wał się coraz bar­dziej intratny, a moż­li­wo­ści podróży więk­sze. I tak kolejny z mych ante­na­tów, Szu­ram z Babi­lonu, dotarł do Egiptu, gdzie mógł podzi­wiać pira­midy i Sfinksa, w sta­nie zde­cy­do­wa­nie lep­szym niż obec­nie, a także odwie­dzić wzno­szone wła­śnie Ache­ta­ton, kró­lew­skie mia­sto będące ucie­le­śnie­niem mono­te­istycz­nej uto­pii. Nie­stety Szu­ram, wierny czci­ciel Isz­tar i Mar­duka, nie inte­re­so­wał się obcymi wie­rze­niami, nie dawał też posłu­chu zło­śli­wym języ­kom, gło­szą­cym, że fara­ona refor­ma­tora zba­ła­mu­cili hebraj­scy medycy, któ­rych uczy­nił swymi dorad­cami.

W każ­dym razie, patrząc na owo świe­cące nowo­ścią mia­sto, któ­rego prze­pych łączył się z suro­wo­ścią nowej dok­tryny, w roz­mo­wie z innymi kup­cami podzie­lał ich zachwyt i podziw dla wiel­ko­ści dzieła, które ich zda­niem miało olśnie­wać potęgą przez setki lat. Ja, ich późny wnuk, dostrze­ga­łem coś innego, wie­dzia­łem prze­cież o rychłej śmierć Ech­na­tona, unie­waż­nie­niu pro­pa­go­wa­nej prze­zeń reli­gii i upadku mia­sta, poźniej bły­ska­wicz­nie pożar­tego przez napie­ra­jącą pusty­nię.

Któ­re­goś wie­czora mój przo­dek zasie­dział się u złot­nika, u któ­rego zamó­wił naszyj­nik dla narze­czo­nej Suri, pozo­sta­wio­nej w Babi­lo­nie. Wyszedł dopiero po zmierz­chu. Idąc wąską uliczką mię­dzy warsz­ta­tami mala­rzy i rzeź­bia­rzy, któ­rych nie bra­kło na przed­mie­ściu sto­licy, zde­rzył się z zama­sko­waną posta­cią, przy­odzianą w ciemną szatę i zasłonę na twa­rzy, noszoną przez kobiety ludów pustyni.

Zde­rze­nie było tak silne, że nie­wia­sta z jękiem upa­dła, a Szu­ram przy­klęk­nął, pyta­jąc czy nic się jej nie stało i czy może jej pomóc. Zasłona zsu­nęła się z jej głowy, a księ­życ, który wła­śnie wyszedł zza chmury oświe­tlił w pełni jej twarz.

Nefre­tete?!

Szu­ram natu­ral­nie nie miał poję­cia, z kim ma do czy­nie­nia, pora­ziła go jedy­nie uroda tajem­ni­czej damy. Ja wie­dzia­łem dzięki wyko­pa­li­skom, pro­wa­dzo­nym trzy i pół tysiąca lat póź­niej, że piękna żona fara­ona bywała czę­sto w tych stro­nach, odwie­dza­jąc rzeź­bia­rza, swego kochanka. Arty­sta musiał kochać ją bar­dzo, bo zacho­wał jedną jej podo­bi­znę dla sie­bie, pozo­sta­wia­jąc nie­do­koń­czone jedno oko, aby tym spo­so­bem zacho­wać nad nią wła­dzę na zawsze.

W pew­nym sen­sie tak też się stało. A o uro­dzie wład­czyni dowie­dział się cały świat, kiedy jej obli­cze ujrzało świa­tło dzienne za sprawą łopaty i mio­tełki arche­ologa kopią­cego w miej­sco­wo­ści Tell el-Amarna.

Tym­cza­sem Nefre­tete wstała, gniew­nie odtrą­ca­jąc wycią­gniętą ku sobie dłoń kupca. Oczy jej mio­tały bły­ska­wice. Za nic nie chciała być roz­po­znana w trak­cie schadzki. W jej ręku poja­wił się szty­let, który na podo­bień­stwo jado­wi­tej kobry ugo­dził Szu­rama. Mój „nosi­ciel” uchy­lił się – ostrze prze­je­chało go po żebrach raniąc dotkli­wie, ale prze­cież nie śmier­tel­nie. Kobieta zamie­rzała ude­rzyć ponow­nie, ale powstrzy­mała się z ata­kiem. Usły­szała głosy. Nad­cho­dzili jacyś ludzie z pochod­niami. Zarzu­ciła na twarz zasłonę i zni­kła.

Szu­ram tym­cza­sem stra­cił przy­tom­ność. A mnie na moment przy­po­mniał się świat, z któ­rego odsze­dłem.

2. Klątwa Chaldejczyka

Ostatni zapa­mię­tany obraz z real­nej rze­czy­wi­sto­ści, ze świata, który nazy­wano XXI wie­kiem, to odsu­wa­jąca się w prze­strzeń zapła­kana twarz Moniki, obrzy­dliwa maska nakry­wa­jąca mi twarz i pla­kietka na zie­lo­nym kitlu ane­ste­zjo­loga z napi­sem wyko­na­nym ele­gancką helve­ticą – Molly San­ders. Pla­sti­kowy pro­sto­kąt, który w tej donio­słej chwili zastą­pił mi inne wra­że­nia, wypeł­nił bez reszty moją świa­do­mość i utrwa­lił się jako ostatni ele­ment świata, który opusz­cza­łem.

Molly San­ders? Mogłem gor­sze logo otrzy­mać na długą drogę. Wiele lat wcze­śniej pozna­łem inną Molly San­ders, kru­pierkę na wyciecz­kowcu Costa Iusti­tia, gdzieś mię­dzy Bale­arami a Sar­dy­nią, choć podej­rze­wam, że nie było to jej praw­dziwe nazwi­sko. Do drob­nej rezo­lut­nej Fili­pinki paso­wało raczej imię Dolo­res, Sole­dad czy Con­cep­cion, Molly, w połą­cze­niu z nazwi­skiem San­ders, wyda­wało się pseu­do­ni­mem z zupeł­nie z innej bajki. Fak­tycz­nie dziew­czyna nazy­wała się Jama­ica San­chez, ale dowie­dzia­łem się tego tro­chę póź­niej. Miała szczu­płe, nie­by­wale sprawne ręce, mające abso­lutną wła­dzę nad kar­tami od Black Jacka, toteż nie spo­sób było z nią wygrać, chyba że grało się na bar­dzo małe stawki, a ona zajęta była gole­niem finan­so­wych reki­nów. Skąd­inąd jej zdol­no­ści manu­alne i inne podobne można było podzi­wiać w zupeł­nie w inny spo­sób. Mnie cały ten spraw­dzian kosz­to­wał głu­pie 5000 euro, ale rezul­tat wart był tej kwoty. Drob­niutka, szczu­plutka Molly rżnęła się jak drzewo balsa w tar­taku na Min­da­nao, wyda­jąc jęki, jakich nie powsty­dziłby się sam Magel­lan, zarzy­nany przez jej odle­głego przodka Lapu-Lapu na wyspie Mac­tan.

Jeśli sza­now­nego czy­tel­nika rażą takie wspo­mnie­nia, przy­wo­ły­wane przez kogoś, kto wła­śnie rzu­cił się w prze­paść wiecz­no­ści, z któ­rej, jak wiele wska­zy­wało, miał ni­gdy nie wró­cić, to prze­pra­szam. Jed­nak kłam­stwo wydaje mi się rów­nie cięż­kim grze­chem. To prawda, w ostat­niej sekun­dzie powi­nie­nem raczej zoba­czyć całe moje życie – paskudne dzie­ciń­stwo, odra­ża­jącą mło­dość i podły wiek męski. Wypa­da­łoby też zare­je­stro­wać męki mojego anioła stróża, który po każ­dej nie­go­dzi­wo­ści Aldo Gur­bia­niego rzy­gał w ogródku. Ale nie­stety nie zoba­czy­łem nic z tych rze­czy. Nie poja­wił się nawet bło­go­sła­wiony Ray­mond Prie­stl, który odmie­nił moje życie, ani nikt z towa­rzy­szy wyprawy do legen­dar­nej Ciboli, nie wspo­mi­na­jąc o panu Pie­kar­skim, pięk­nej Beatry­cze, czy ojcu Felippe, o któ­rych opo­wia­da­łem wszak przy innych oka­zjach.

Molly San­ders. Koniec czy począ­tek?

Mój nowo­twór, któ­rego rze­komo się pozby­łem, powró­cił owej jesieni ze wzmo­żoną siłą. I żadne kon­sy­lium nie potra­fiło zna­leźć na niego spo­sobu. Nie było też sumy (a z mego daw­nego majątku pozo­stało jesz­cze cał­kiem sporo środ­ków) która mogłaby coś zmie­nić. Monika dała na msze we wszyst­kich sank­tu­ariach od San Gio­vanni do Rotondo, poprzez Loretto, Czę­sto­chowę, Lour­des, aż do Fatimy, ale szcze­rze mówiąc, powąt­pie­wa­łem w sku­tecz­ność modłów. Na jej miej­scu – wie­rzą­cej i prak­ty­ku­ją­cej kato­liczki – zde­cy­do­wa­nie wię­cej zain­we­sto­wał­bym w zba­wie­nie mojej duszy, boć nagrze­szy­łem sporo i, co gor­sza, w ogóle tego nie żało­wa­łem.

Na przy­kład seksu z Molly San­ders. Czy dysząc mię­dzy stóp­kami skrzy­żo­wa­nymi na mych ple­cach, skrzyw­dzi­łem w jaki­kol­wiek spo­sób młodą Fili­pinkę, zbie­ra­jącą grosz do gro­sza, by zain­we­sto­wać w rodzinny pen­sjo­nat na Min­da­nao, o któ­rym całe życie marzył jej ojciec? Mógł­bym natu­ral­nie kupić jej ten obiekt w pre­zen­cie, ale aż tak wiel­ko­duszny ni­gdy nie byłem. Ponadto, o jakim krzyw­dze­niu można mówić, jeśli dziew­czyna lubiła swoją robotę bar­dziej niż przo­dow­nik pracy w sowiec­kiej fabryce. Zresztą, któż z was, kole­dzy samcy, pogar­dziłby śnia­dym ciał­kiem dziecka o dosko­nale ukształ­to­wa­nych pier­siach z buzią, któ­rej wyraz był nie­praw­do­po­dob­nym połą­cze­niem nie­win­no­ści i występku.

No i dzięki owej banal­nej pla­kietce zabie­ra­łem jej cie­pło, zapach i smak w daleką podróż do kra­iny snu, z któ­rej, o ile wiem, nikt jak dotąd, łącz­nie z Wal­tem Disneyem, się nie obu­dził.

Wpraw­dzie moja metoda hiber­na­cji miała być inna niż wszyst­kie dotych­cza­sowe – bez­pieczna i odwra­calna, a w dodatku wybu­dze­nie miało nastą­pić w cza­sach, kiedy moje scho­rze­nie sta­nie się wyle­czalne i bez­pro­ble­mowe jak kurzajka na kciuku, nie mia­łem jed­nak wiel­kich złu­dzeń, że kie­dy­kol­wiek obu­dzę się zdrowy na tym naj­lep­szym z moż­li­wych świa­tów. Real­nie myśląc, zyski­wa­łem jedy­nie odro­cze­nie swego losu. I czas na sny.

Spo­tka­nie Szu­rama z Nefre­tete było jed­nym z rzad­kich przy­pad­ków we wcze­snej sta­ro­żyt­no­ści, kiedy moi przod­ko­wie otarli się (w dosłow­nym zna­cze­niu tego słowa) o wiel­kich tego świata.

Admi­ni­stra­tor moich sen­nych podróży musiał być istotą zło­śliwą, a na pewno prze­korną, ponie­waż wie­lo­krot­nie dawał posma­ko­wać nie­zwy­kłych wra­żeń, ale ni­gdy nie pozwo­lił się nimi w dosta­teczny spo­sób najeść. Byłem jak ów podróżny, który mimo woli zawsze przy­by­wał na miej­sce pięć minut za późno lub o stu­le­cie za wcze­śnie.

Do Troi tra­fi­łem na długo przed­tem zanim Parys porwał piękną Helenę. Setki razy prze­cho­dzi­łem koło bramy Isz­tar w Babi­lo­nie i patrzy­łem na kró­lew­skie pałace, ale prze­cież, jako chu­do­pa­cho­łek, nie zna­la­złem się na owej uczcie, kiedy to, jak mówiono, na ścia­nie poja­wił się ogni­sty napis „mane, tekel, fares” zapo­wia­da­jący upa­dek kró­le­stwa. Kiedy indziej, idąc brze­giem Morza Czer­wo­nego, tra­fi­łem na miej­sce, które pod­czas odpływu słu­żyło miej­sco­wym jako bród, tyle wygodny co nie­bez­pieczny, bo kto nie zdą­żył przed powra­ca­jącą falą, był bez­radny jak rydwa­ni­ści fara­ona… Nie dane mi było jed­nak obser­wo­wać tej heka­tomby. Widzia­łem dymiące zglisz­cza Jery­cha nie­długo po zdo­by­ciu go przez Żydów, ale nie spo­tka­łem tam Jozu­ego i nie usły­sza­łem trąb, które rze­komo skru­szyły mury nie­szczę­snego mia­sta. A czy młody pasterz, prze­pięk­nie śpie­wa­jący w trak­cie prze­ga­nia­nia owiec, mógł zostać za kil­ka­na­ście lat kró­lem Dawi­dem? Czas i miej­sce by się zga­dzały, ale już jego chro­pawe utwory w bar­dzo nie­wiel­kim stop­niu przy­po­mi­nały póź­niej­sze psalmy.

Odwie­dzi­łem też minoj­ską Kretę, gdzie oglą­da­łem lśniący świe­żo­ścią pałac w Knos­sos, o któ­rym powia­dano, że jest labi­ryn­tem. Nie­stety nie dane było mi zetknąć się z Mino­tau­rem, Ariadną ani Teze­uszem. Widzia­łem za to Gala­teę, nad­zwy­czaj­nie uro­dziwą żonę miej­sco­wego rzeź­bia­rza, o któ­rej mówiono, że jest posą­giem, który bogo­wie oży­wili, ale była to jedy­nie prze­no­śnia. Zresztą sam rzeź­biarz miał z tego cudu pożytku nie­wiele, ale sąsie­dzi podobno sporo. Na tejże Kre­cie mój przo­dek Gur­dir dowie­dział się, skąd­inąd przy­pad­kiem, prawdy o Dedalu i Ika­rze. Otóż uta­len­to­wany archi­tekt eks­pe­ry­men­to­wał z budową ogrom­nych lataw­ców i na jed­nym z nich pozwo­lił wzbić się swemu synowi. Ten zgi­nął nader banal­nie wsku­tek urwa­nia się sznura…

Można spy­tać czy spo­tka­łem się ze zja­wi­skami nad­przy­ro­dzo­nymi? I tak, i nie. Widy­wa­łem ślady, sły­sza­łem pogło­ski. Ale nie spo­tka­łem żad­nego grec­kiego boga czy pół­boga, nie posia­dłem żad­nej nimfy. Jedna zali­czona w Koryn­cie hetera chwa­liła się wpraw­dzie, że jest córką Apol­lina, ale bio­rąc pod uwagę, co mówiono o pro­fe­sji jej mamusi, wydaje mi się to mało praw­do­po­dobne. W Nini­wie poka­zy­wano mi gościa, który ponoć prze­żył w brzu­chu olbrzy­miej ryby i innego, który oca­lał wrzu­cony do klatki z wygło­dzo­nymi lwami. Obaj wiesz­czyli upa­dek asy­ryj­skiej sto­licy, która fak­tycz­nie jakiś czas póź­niej upa­dła. Ale poza tym?

Wie­lo­krot­nie doświad­cza­łem ist­nie­nia dobra i zła, i to w postaci sper­so­ni­fi­ko­wa­nej.

Gdzieś w VI wieku przed naro­dze­niem Jezusa Chry­stusa – o tym wyda­rze­niu sze­rzej wspo­mnę póź­niej – zetkną­łem się z Chal­dej­czy­kiem, czy raczej winie­nem powie­dzieć – odno­to­wa­łem jego ist­nie­nie.

Chal­dej­czyk – uży­wam tego okre­śle­nia zastęp­czo, jako że imion miał wiele, wręcz nie do zapa­mię­ta­nia, choć co pewien czas wra­cał do babi­loń­skiego Aze­hera. Poja­wiał się w życiu mych kolej­nych wcie­leń sto­sun­kowo czę­sto. Czy był nie­śmier­telny? Pew­no­ści nie mam, może zna­lazł spo­sób na sys­te­ma­tyczną rein­kar­na­cję. Moi przod­ko­wie rodzili się i umie­rali, a on trwał, czy raczej prze­my­kał na podo­bień­stwo ducha po rubie­żach ich życia, zawsze jako istota w wieku mocno doj­rza­łym – ni­gdy jako mło­dzie­niec lub zdzie­cin­niały sta­rzec! Nie mia­łoby to więk­szego zna­cze­nia, gdyby nie to, że każde jego poja­wie­nie się zwia­sto­wało rychłe nie­szczę­ścia. Nie­stety moi pro­sto­duszni ante­naci ani w Urze, ani w Babi­lo­nie, ani w Nini­wie nie zda­wali sobie z tego sprawy. Gorzej – wydaje mi się, że za każ­dym razem pozna­wali go na nowo, a jesz­cze czę­ściej, prze­ży­wa­jąc skutki jego dzia­łań, oso­bi­ście nie pozna­wali go ni­gdy. Nawet ja nie jestem pewien, czy nasz pierw­szy kon­takt był naprawdę pierw­szy. Imię Aze­her usły­sza­łem w kon­tek­ście Abra­hama, ale kiedy go zoba­czy­łem?… Nie pamię­tam. Inni w ogóle go chyba nie zapa­mię­ty­wali, nie nale­żał do takich osób, które wywo­łują więk­sze wra­że­nia i stają się powo­dem kro­ni­kar­skich zapi­sków. Ot, któ­re­goś dnia mój ówcze­sny „nosi­ciel”, Ergiz syn Szu­rama, natknął się na baza­rze w Babi­lo­nie na faceta, który poka­zy­wał sztuki. Dla Chal­dej­czyka zwy­kła sprawa. Od wie­ków ci cwa­niacy znad brze­gów zatoki, dziś zwa­nej Per­ską, trud­nili się magią i astro­lo­gią, ogry­wali łatwo­wierny ludek w trzy kubki i za nie­wielką opłatą prze­po­wia­dali przy­szłość. Moją uwagę zwró­ciły jego nie­zwy­kłe nawet jak na Chal­dej­czyka umie­jęt­no­ści. Ilu­zji można się nauczyć, a bilo­ka­cje symu­lo­wać za pomocą dobrze dobra­nego sobo­wtóra, jed­nak sztuka lewi­to­wa­nia, którą demon­stro­wał uno­sząc się bez żad­nej pod­pórki na weł­nia­nym dywa­niku trzy stopy nad zie­mią, wymy­kała się wszel­kim regu­łom fizyki i dowo­dziła rze­czy­wi­stych umie­jęt­no­ści para­nor­mal­nych. Po trzech tysią­cach lat na­dal nie wiem jak on to robił!

Owego dnia Chal­dej­czyk nie tylko lewi­to­wał, ale i wró­żył. Za pół sztuki sre­bra łapał za dłoń klienta i wpa­try­wał się inten­syw­nie jed­nym okiem czar­nym w oczy roz­mówcy, tak jakby chciał dotrzeć na samo dno jaźni, pod­czas gdy dru­gie śle­pie błę­kitne omia­tało całą syl­wetkę na podo­bień­stwo ska­nera, zbie­ra­jąc wszel­kie infor­ma­cje, jakich mogła dostar­czyć mowa ciała.

– To zwy­czajne wyko­rzy­sty­wa­nie dur­niów – mruk­nął Ergiz do towa­rzy­szą­cego mu kuzyna.

Gdy Chal­dej­czyk posły­szał te słowa wśród baza­ro­wego zgiełku, nie wiem jak, w każ­dym razie roz­trą­ciw­szy tłum, dopadł do mego przodka i chwy­cił go swą kro­gul­czą dło­nią za rękę.

– Tobie powróżę za darmo – wark­nął i już zamie­rzał wymem­łać serię zda­rzeń nie­zwy­kłych, a nie­spraw­dzal­nych, gdy rap­tow­nie puścił koń­czynę Ergiza. – Albo i nie! – sap­nął. Wyda­wał się zasko­czony, zmie­szany i zły. To jedy­nie roz­bu­dziło cie­ka­wość mego przodka

– O co cho­dzi? – zapy­tał.

Ale Chal­dej­czyk wyraź­nie nie chciał z nim roz­ma­wiać. Odwró­cił się i przez chwilę prze­dzie­rał się przez ciżbę na powrót ku swemu lata­ją­cemu kili­mowi. Będąc już daleko, rzu­cił jesz­cze do Ergiza:

– Strzeż się czło­wieku spo­tkań nie­spo­dzia­nych.

– Jak mam to rozu­mieć?

– Gdy prze­ży­jesz dzień dzi­siej­szy po raz wtóry, zro­zu­miesz.

Ergiz chyba nie zro­zu­miał, do mnie jed­nak dotarło z całą mocą. Chal­dej­czyk prze­wi­dział, że kie­dyś całą scenę ponow­nie prze­żyję we śnie.

Tylko skąd mógł posiąść taką wie­dzę? Do dziś nie mam pew­no­ści, kim był naprawdę, czy raczej jest! Jego cechy cha­rak­te­ry­styczne: jedno oko czarne, dru­gie błę­kitne, haczy­ko­waty nos, czarna myszka na policzku i sześć pal­ców u nóg wyróż­niały go spo­śród innych ludzi, a jed­nak ni­gdy nie przy­spo­rzyły mu więk­szych kło­po­tów. Poja­wiał się i zni­kał bez zapo­wie­dzi i potra­fił sta­wać się nie­wi­dzialny. Ja sam dopiero z cza­sem nauczy­łem się roz­po­zna­wać jego zapach – deli­katne połą­cze­nie lawendy i siarki, które któ­ryś z moich przod­ków w dobie oświe­ce­nia nazwał „pier­dem wiel­kiej damy”.

Czy był wcie­lo­nym złem, czy tylko mu słu­żył, roz­strzy­gnię­cie tej kwe­stii pozo­sta­wiam uczo­nym demo­no­lo­gom. W każ­dym razie z góry odrzu­cam inter­pre­ta­cję, że mógł być pro­to­ty­pem legendy o Żydzie Wiecz­nym Tuła­czu, choćby dla­tego, że w każ­dej epoce był zawzię­tym anty­se­mitą. Po nie­wcza­sie docho­dzę do wnio­sku, że jego zło­wrogą obec­ność zaczą­łem zauwa­żać dopiero od cza­sów nie­woli babi­loń­skiej Żydów. Odczu­wam jed­nak nie­od­parte wra­że­nie, że nie licząc incy­dentu z bazaru, poja­wiał się w moim życiu dużo wcze­śniej, tylko nie zwró­ci­łem na niego uwagi. Tak naprawdę wrył mi się w pamięć pewien dra­ma­tyczny epi­zod z VII wieku przed naszą erą. Nie pamię­tam nazwy miej­sca, gdzie się to zda­rzyło, wiem tylko, że mój nie­spełna dwu­dzie­sto­letni przo­dek imie­niem Kha­leb podą­żał wtedy lądem w stronę Tyru. Przy­pad­kiem, a może z wyroku Opatrz­no­ści, miej­sce owo nazy­wało się Meg­gido, owo słynne Meg­gido, wedle Ewan­ge­li­sty Jana miej­sce przy­szłego Arma­ge­donu, fina­ło­wego star­cia dobra ze złem. Onego dnia mój przo­dek poszedł na pole­ce­nie swego ojca poszu­kać gościńca w pobli­skim mie­ście, pozo­sta­wiw­szy całą kara­wanę nieco z tyłu, na popa­sie. Czasy nale­żały do nie­spo­koj­nych, nale­żało więc zawczasu poznać nasta­wie­nie miesz­kań­ców do obcych, zanim zło­żyło się wizytę.

Szedł więc piękny dwu­dzie­sto­la­tek, jak ów Oblu­bie­niec z pie­śni Salo­mo­no­wej „ska­cząc po górach i pod­ska­ku­jąc po pagór­kach”. Epokę wcze­śniej dane było jed­nemu z moich poznać żebraka, który twier­dził że nale­żał do zespołu redak­cyj­nego wspo­mnia­nego dzieła i wła­sno­ręcz­nie napi­sał ten kawa­łek, a sły­sząc moje powąt­pie­wa­nie, tłu­ma­czył, że po ukoń­cze­niu „Pie­śni nad pie­śniami” został ośle­piony i utra­cił prawą rękę, aby już ni­gdy nie zro­bił cze­goś podob­nego.

– Uczy­niono ci to z roz­kazu samego króla Salo­mona? – pytał mój przo­dek.

– Wielki grzesz­nik, nich mu w Sze­olu demony będą łaskawe, ale gdym to pisał, dawno już nie żył.

– A co na to twój Bóg?

– Gwa­ran­tuje mi pośmiertną nagrodę z odset­kami.

Wróćmy jed­nak do masze­ru­ją­cego Ergiza. Dzień był nie­zwy­kły w swej uro­dzie, nie za gorący, lekko wietrzny, a wia­te­rek od wzgórz Golan niósł ową wio­senną świe­żość, która mło­dym mie­sza w gło­wach, a sta­rym przy­śpie­sza puls.

Zanim jed­nak doszli­śmy (ja i mój nosi­ciel) do mia­sta, na roz­sta­jach dróg dobiegł nas naj­pierw gwar pod­nie­sio­nych gło­sów, potem smród nie­do­my­tych ciał, wresz­cie dostrze­gli­śmy zbie­go­wi­sko, jakie zwy­kło gro­ma­dzić się na powi­ta­nie dostoj­nika czy też z powodu nad­zwy­czaj­nej tra­ge­dii. Szybko pozna­łem przy­czynę owego zgro­ma­dze­nia – kobietę naj­wy­żej trzy­dzie­sto­let­nią, czar­no­włosą, wysoką, choć pełną ciała i, co rzadko w cza­sach obse­syj­nej skrom­no­ści widy­wano w miej­scach publicz­nych – kom­plet­nie nagą.

– Nie­rząd­nicę będą kamie­no­wać! – rzu­cił do Ergiza któ­ryś z gapiów, jakby sytu­acja wyma­gała wyja­śnie­nia.

Widy­wa­łem już wie­lo­krot­nie tra­ce­nie nie­wier­nych żon czy dzi­wek, do ostat­nich chwil swo­ich żebrzą­cych zmi­ło­wa­nia, cze­pia­ją­cych się życia, jakby nie dowie­rza­jąc, że wła­śnie dobie­gło końca. Czar­no­włosa zacho­wy­wała się odmien­nie. Zaci­snąw­szy drobne, równe ząbki mil­czała, nawet wów­czas, gdy została wypchnięta na śro­dek kręgu utwo­rzo­nego przez tłum, który zamilkł w napię­ciu. Jej oczy prze­su­nęły się po twa­rzach napast­ni­ków i na moment uchwy­ciły wzrok Kha­leba. Czu­łem, że pod­nie­ciła go jej nagość. A była w jej wzroku duma, jaką daje prze­ko­na­nie, że więk­szość ze zgro­ma­dzo­nych wiele by dała, mogąc posiąść ją na wła­sność. I wisiała owa cisza jak sześć sępów, które wysoko szy­bo­wały ponad zie­mią. W końcu jej usta drgnęły, tak jakby miała zapy­tać: „Kto pierw­szy rzuci we mnie kamie­niem?”, ale nie powie­działa ani słowa.

Jakoś nikt nie kwa­pił się do kamie­no­wa­nia. Na moment poczu­łem przy­pływ nadziei, że nie doj­dzie do tra­ge­dii i wszystko rozej­dzie się po kościach…

I wtedy ujrza­łem i usły­sza­łem Chal­dej­czyka:

– Zacni mężo­wie, zali strach was oble­ciał?

A widząc, że jego słowa nie odno­szą wła­ści­wego skutku, schy­lił się sam, pod­niósł kamyk i spraw­nie cisnął. Tra­fił w ala­ba­strowe czoło kobiety, tuż powy­żej bajecz­nie kształt­nych brwi. Krzyk­nęła! Z roz­cię­tego czoła polała się krew. I natych­miast, znie­ru­cho­miała dotąd, scena ruszyła jak film na moment zatrzy­many w stop-klatce.

Jeden śmia­łek wystar­czył, by wszy­scy rzu­cili się do mor­der­czego dzieła. Poczu­łem że mój przo­dek rów­nież chce się pochy­lić.

– Nie pró­buj nawet, skur­wielu!!!

Nie mógł mnie usły­szeć, a ja nie mia­łem naj­mniej­szej moż­li­wo­ści wpły­nię­cia na jego mózg. A jed­nak zre­zy­gno­wał z przy­ło­że­nia ręki do egze­ku­cji. Widząc jak kobieta upada pod coraz więk­szym gra­dem kamieni, odwró­cił się i poszedł w stronę mia­sta, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

Powia­dają, iż żaden dobry uczy­nek nie może ujść pła­zem i Kha­leb rychle miał się o tym prze­ko­nać. Choć po praw­dzie, czy zanie­cha­nie wzię­cia udziału w egze­ku­cji kla­sy­fi­kuje się jako dobry uczy­nek? Czy nie powi­nien, jak kil­ka­set lat póź­niej Nauczy­ciel z Naza­retu, zaan­ga­żo­wać się czyn­nie w obronę mło­dej nie­wia­sty? No nie, aż tak odważny nie był.

Trzy dni potem zna­lazł się w Tyrze, roj­nym i gwar­nym, skąd z roz­kazu ojca miał ruszyć do Aten celem roz­po­zna­nia moż­li­wo­ści nawią­za­nia han­dlo­wych kon­tak­tów z miesz­kań­cami Attyki. Rodzinna firma impor­towo-eks­por­towa roz­wi­jała się coraz lepiej, a kon­ty­nen­talna Gre­cja po cza­sach przej­ścio­wego upadku znów nale­żała do „ryn­ków wscho­dzą­cych”.

Po dro­dze odwie­dzić mie­li­śmy jesz­cze Hali­kar­nas, gdzie na potrzeby miej­sco­wych ele­gan­tek pla­no­wano zosta­wić parę skrzyń pach­ni­deł, pocho­dzą­cych wedle reklamy z Ara­bii Szczę­śli­wej, choć w isto­cie pro­du­ko­wa­nych z bli­żej nie­zna­nych kom­po­nen­tów przez chy­trych Żyd­ków na zbo­czach góry Her­mon. Odpły­wa­li­śmy z poranną bryzą, w atmos­fe­rze lek­kiego pod­nie­ce­nia. Kha­leb zafa­scy­no­wany podróżą z pew­no­ścią tego nie zauwa­żył, ale ja, wśród żegna­ją­cych na nad­brzeżu, bez trudu wypa­trzy­łem nie­mło­dego męż­czy­znę z haczy­ko­wa­tym nosem. I prze­szył mnie dreszcz.

Jed­nak przez pierw­sze pięć dni podróży nie działo się nic, tyle że wia­try ode­gnały nas od brze­gów Ana­to­lii i odcięły od reszty flo­tylli, zno­sząc bli­żej wybrzeży Cypru, któ­rego zatoczki w onych cza­sach dawały schro­nie­nie licz­nym mętom i mor­skim roz­bój­ni­kom.

Trzy pirac­kie galery dopa­dły nas w naj­mniej ocze­ki­wa­nym momen­cie. Opór nie miał naj­mniejszego sensu. Pod­da­li­śmy się więc bez walki, licząc że łotrzy­ko­wie zado­wolą się cen­nym ładun­kiem. Jed­nak ich łodzie oka­zały się za małe, aby pomie­ścić całą zdo­bycz, toteż zajęto cały nasz sta­tek, załogę trak­tu­jąc dość oględ­nie, tym bar­dziej że więk­szość entu­zja­stycz­nie zgo­dziła się na współ­pracę. Jedy­nie kapi­tana przy­kład­nie powie­szono na rei, bo sta­wiał się zbyt­nio, a ponadto pocho­dził z Abdery, ojczy­zny głup­ków i filo­zo­fów. Kha­leb i pozo­stali pasa­że­ro­wie zacho­wy­wali spo­kój, licząc że uro­dze­nie i pie­nią­dze pozwolą im szybko odzy­skać wol­ność. Prze­wie­ziono ich do jakiejś zatoczki w rejo­nie dzi­siej­szej Fama­gu­sty, gdzie trak­to­wano dość godzi­wie, cze­ka­jąc na okup.

Cze­ka­li­śmy długo. W tym cza­sie na wybrzeżu lewan­tyń­skim roz­pa­liła się okrutna wojna, a król Babi­lonu Nabu­cho­do­no­zor obległ fenicką sto­licę. Jeśli miał­bym zawie­rzyć mojej wie­dzy histo­rycz­nej powie­dział­bym, że będzie oble­gać ją trzy­na­ście lat, bez skutku. W następ­stwie owej poli­tycz­nej kom­pli­ka­cji nego­cja­cje w spra­wie naszego uwol­nie­nia skoń­czyły się, zanim na dobre się zaczęły, a nasz sta­tus ludzi wol­nych cza­sowo inter­no­wa­nych zmie­nił się w kon­dy­cję nie­wol­ni­ków. Nabył nas grecki hur­tow­nik i uwiózł aż na wyspę Delos, gdzie w nie­da­le­kim sąsiedz­twie wyroczni i świą­tyni Apol­lina, przy któ­rej odby­wano gło­śne wów­czas igrzy­ska delij­skie, znaj­do­wał się jeden z lepiej pro­spe­ru­ją­cych tar­gów nie­wol­ni­ków. Kha­leb jako mło­dzian oka­zały i silny miał przed sobą dwie rów­nie marne opcje dal­szej kariery – praca w attyc­kiej kopalni mie­dzi, oło­wiu i sre­bra lub życie w cha­rak­te­rze galer­nika. W licy­ta­cji arma­tor prze­bił prze­my­słowca. Stary wio­ślarz (do „sta­rych” zali­czali się ci, któ­rzy pod pokła­dem prze­żyli trzy lata), twier­dził, że Kha­leb wygrał los na lote­rii – w kopal­niach pra­co­wało się cię­żej, a umie­rało bole­śniej. Zresztą w prze­ci­wień­stwie do tego, co poka­zują filmy histo­ryczne, trak­to­wano nas dużo lepiej i oględ­niej. Nie ze wzglę­dów huma­ni­tar­nych, to poję­cie dla całej epoki było nie­znane, ale z sza­cunku dla pie­nię­dzy. (Te cał­kiem nie­dawno zostały już wyna­le­zione). Byli­śmy zbyt cenni, żeby eks­plo­ato­wać nas ponad miarę. W dodatku pod pokła­dem nie bra­ko­wało galer­ni­ków cza­so­wych, ska­za­nych za długi na rok lub dwa, a nawet – choć trudno w to uwie­rzyć – ochot­ni­ków, dla któ­rych służba przy wio­śle była jedy­nym spo­so­bem zapła­ce­nia za prze­jazd do wyma­rzo­nej kra­iny. Być może zresztą inne oby­czaje pano­wały na gale­rach wojen­nych, a inne na han­dlo­wych. W każ­dym razie przez pełne dwa lata zwie­dzi­łem całe Morze Egej­skie, dotar­łem do kolo­nii w Cyre­najce i do Wiel­kiej Gre­cji, jak nazy­wano grec­kie posia­dło­ści na Sycy­lii i dzi­siej­szej Kala­brii. Moje prze­zna­cze­nie ozwało się ponow­nie, gdy nasza galera przy­jęła kurs z Syra­kuz do Kyme, naj­dy­na­micz­niej roz­wi­ja­ją­cej się kolo­nii w Ita­lii, którą dopiero po wie­kach miał zde­tro­ni­zo­wać pobli­ski Neapol.

Pewne poru­sze­nie wśród załogi wywo­łała infor­ma­cja, że oprócz żywego inwen­ta­rza: kóz, kaczek i gęsi towa­rzy­szyć nam miały kobiety, w tym nader uro­dziwa Hebe (imien­niczka boskiej kel­nerki z Olimpu), córka Archi­lo­chosa, podobno „gru­bej ryby” z Syra­kuz, uda­jąca się na zaślu­biny z zasłu­żo­nym przy­wódcą kolo­ni­stów z Kyme. Miała zgrabną figurkę i zabawny, nieco zadarty nosek, a zadzie­rała go jesz­cze wyżej, nie zwra­ca­jąc uwagi na wio­śla­rzy pod dość ażu­ro­wym pokła­dem. My prze­ciw­nie, nawet wio­słu­jąc nie żało­wa­li­śmy sobie obser­wa­cji kształt­nych stó­pek, gdy prze­cha­dzała się po pokła­dzie. Wiele wię­cej zoba­czyć nie mogli­śmy, mimo że wów­czas damy (jak przez wiele następ­nych epok) nie nosiły maj­tek, o czym mogłem się prze­ko­nać, gdy pew­nego dnia spa­dła mi na piersi dziw­nie pach­nąca kro­pla krwi mie­sięcz­nej. Ktoś prze­sądny powie­działby, iż w tym momen­cie zawar­li­śmy z Hebe prze­dziwne przy­mie­rze krwi, ale ani mnie, a tym bar­dziej Kha­le­bowi nie przy­szło to głowy.

Po prze­by­ciu Cie­śniny Mesyń­skiej, gdzie ani Skylli ani Cha­rybdy nie spo­tka­li­śmy, zna­leź­li­śmy się na wod­nym prze­stwo­rze, spo­koj­nym jak jezioro, gdzie pozwo­lono usnąć także galer­ni­kom pod księ­ży­cem jasnym i opty­mi­stycz­nym. Nastroju nie mącił nawet ogień u szczytu wul­kanu Strom­boli, widoczny tuż nad kra­wę­dzią hory­zontu. Tsu­nami przy­szło nagle, bez naj­mniej­szych ostrze­żeń, w momen­cie, kiedy nikt się nie spo­dzie­wał jakich­kol­wiek zagro­żeń. Wstrząsy zauwa­żone tam­tej nocy na dość roz­le­głym obsza­rze od Pute­oli po Tarent wywo­łały wielką, rzadko spo­ty­kaną na Morzu Śród­ziem­nym falę, która znie­nacka porwała naszą galerę, jak łupinkę obró­ciła dwa­kroć wokół swej osi i rzu­ciła bez­li­to­śnie na ska­li­ste wybrzeże jed­nej z wyse­pek lipa­ryj­skiego archi­pe­lagu.

Życie zawdzię­cza­łem jed­nemu z mary­na­rzy, który widząc nad­cho­dzącą falę, cisnął mię­dzy nas nóż, pozwa­la­jąc byśmy roz­cięli więzy, któ­rymi powią­zano nas na noc.

Wszystko roze­grało się w parę sekund. Naj­pierw zosta­li­śmy unie­sieni w górę niczym w szyb­ko­bież­nej win­dzie, a potem gdy fala się prze­ła­mała, pole­cie­li­śmy w prze­pastny dół, po czym w jed­nej chwili zwa­liły się nam na łeb wszyst­kie wodo­spady świata.

I to mnie nie obu­dziło!

O życiu lub śmierci zde­cy­do­wało szczę­ście, bo z pew­no­ścią nie wąt­pliwe umie­jęt­no­ści pły­wac­kie Kha­leba. Mój przo­dek ock­nął się w środku dnia cały w pia­sku i wodo­ro­stach na mikro­sko­pij­nej plaży, którą prądy utwo­rzyły mię­dzy ska­łami chyba za sprawą łaski Opatrz­no­ści. Kiedy udało mu się wstać, mógł oce­nić roz­miary dra­matu. Wszę­dzie walały się resztki galery, na wodzie uno­siły się trupy pasa­że­rów i galer­ni­ków uto­pio­nych bądź okrut­nie roz­trza­ska­nych o skały. Ruszył na mięk­kich nogach wśród meczą­cych kóz, które podob­nie jak gęsi jakimś cudem oca­lały.

Dla­czego prze­ży­łem? – Po wie­lo­kroć zada­wa­łem sobie to pyta­nie, pod­czas gdy Kha­leb szu­kał znaku życia wśród tru­pów, ale mogłem sobie jedy­nie odpo­wie­dzieć: Widocz­nie tak ci było pisane. Gdy­byś zgi­nął po dwóch i pół tysiącu lat, nie mógł­byś się poja­wić na tym padole łez!

Tym­cza­sem mój przo­dek, czu­jąc naj­wy­raź­niej, że wkrótce zacznie się przy­pływ, zaczął zbie­rać wśród pły­wa­ją­cego i wyrzu­co­nego na brzeg dobytku wszel­kie rze­czy, które mogły się przy­dać. Czy już wtedy zda­wał sobie sprawę, że zna­lazł się na wyspie, i to naj­praw­do­po­dob­niej bez­lud­nej? Zakła­dam, że tak – prze­cież gdyby żyli tu jacyś auto­chtoni, szybko zain­te­re­so­wa­liby się kata­strofą. Uwi­jał się chwacko – zna­lazł tro­chę broni, sporo narzę­dzi, kil­ka­na­ście amfor z winem. Robin­son Cru­zoe byłby z niego dumny. Ale Kha­leb nie mógł znać „Przy­pad­ków Robin­sona”, a czy ojciec opo­wia­dał mu popu­larne w tam­tych cza­sach „opo­wie­ści roz­bitka”, które w XX wieku pod pió­rem Miki Wal­ta­riego zro­bią furorę jako Egip­cja­nin Sinuhe? – trudno stwier­dzić. Moje sny ogra­ni­czały się wyłącz­nie do nie­któ­rych frag­men­tów z jego życia. Wśród swych poszu­ki­wań Kha­leb zapę­dził się aż ku linii raf i ku swemu zdu­mie­niu zoba­czył białą plamę kon­tra­stowo odbi­ja­jącą się od czar­nych wul­ka­nicz­nych skał. Bro­dząc i zapa­da­jąc się aż po szyję, dotarł do drew­nia­nego kawałka pokładu pozo­sta­łego z galery, zakli­no­wa­nego w ska­łach, na któ­rym sie­działa pół­przy­tomna, mokra i zapła­kana Hebe.

– Żyjesz? – wykrzyk­nął.

Nie odpo­wie­działa. Zresztą co miała powie­dzieć – żyła!

Dość bier­nie przy­pa­try­wała się, jak spy­cha jej impro­wi­zo­waną tra­twę na wodę. Na wszelki jed­nak wypa­dek mocno wcze­piła się rękami w drew­niane deski. Holo­wa­nie zajęło mu pół godziny. Kiedy zna­leźli się na pły­ciź­nie, wycią­gnął ku niej dłoń, a ponie­waż za nic nie chciała się zanu­rzyć w wodzie, wziął ją na ramiona i zaniósł ku brze­gowi. Znaj­do­wał się już parę kro­ków od plaży, gdy na chwilę odwró­cił wzrok i zadrżał. Zoba­czył to samo co ja – morze tuż za linią raf roiło się od trój­kąt­nych płetw żar­ła­czy, które zwie­trzyły nie­zwy­kłą mno­gość poży­wie­nia. Nie wiem, czy pół­przy­tomna dziew­czyna zauwa­żyła rekiny, ale i tak czu­łem jak wali jej serce, a zara­zem mia­łem wra­że­nie, że stara się odsu­wać od Kha­leba tak, aby ich wza­jemny kon­takt był moż­li­wie jak naj­mniej­szy. Gdy zna­leźli się na brzegu, zesko­czyła zwin­nie na pia­sek i jeśli spo­dzie­wa­li­śmy się podzię­ko­wań, obaj roz­cza­ro­wa­li­śmy się natych­miast.

– Mój ojciec kazałby cię oćwi­czyć, galer­niku – stwier­dziła, nabie­ra­jąc rumień­ców i nacią­ga­jąc podarte peplum tak, by ukryć pierś z prze­pięk­nym bla­do­ró­żo­wym sut­kiem, który wyj­rzał cie­kawy słońca.

– W takim razie żałuję, że nie pozwo­li­łem ci spo­koj­nie uto­nąć – odparł bez­czel­nie mój pro­to­pla­sta.

– Moi ludzie zaraz nas odszu­kają.

– Twoi ludzie leżą poto­pieni jak koty – wark­nął wska­zu­jąc, by wspięła się na skałę. Kil­ka­na­ście tru­pów wycią­gnię­tych na plaży i rekiny zaj­mu­jące się pozo­sta­łymi zro­biły na niej wra­że­nie.

– Nikt nie oca­lał? – pytała. – Tylko ja i galer­nik?

– Tak panienko, przy czym ośmielę się zauwa­żyć, że stan czło­wieka zależy od oko­licz­no­ści, w jakich się zna­lazł. W poprzed­nim życiu byłem kup­cem, a ty wczo­raj jesz­cze dostojną damą, dziś jeste­śmy jedy­nie roz­bit­kami.

– Phi! – kapry­śnie wydęła wargi, odda­la­jąc się w stronę zakrze­wio­nego wznie­sie­nia wień­czą­cego zatoczkę.

Kha­leb odpro­wa­dził ją wzro­kiem, po czym zajął się swoim spra­wami. Do zmierz­chu udało się zebrać resztkę oca­la­łego ekwi­punku, pocho­wać zamar­łych, a nawet w zacisz­nej kotlince powy­żej plaży zdo­łał zbu­do­wać pro­wi­zo­ryczny sza­łas. Obok zna­lazł natu­ralny zbior­nik peł­nej słod­kiej wody, naj­wy­raź­niej pozo­sta­łej po nie­daw­nych desz­czach. Zaiste, bogo­wie mieli ich w swo­jej opiece. Skrze­sa­nie ognia było ostat­nią czyn­no­ścią, jakiej doko­nał, nim zapadł zmierzch. Potem pozo­stało już tylko poświę­cić jedną z gęsi i osku­baw­szy ją oraz wypa­tro­szyw­szy, nadziać na rożen.

Hebe zja­wiła się krótko po zacho­dzie słońca. Odzież miała już wyschniętą, zna­la­zła też gdzieś, może wśród dobytku topiel­ców, ciemną chu­stę, którą oku­tała się na podo­bień­stwo sta­rej kobiety.

– Jestem głodna i chce mi się pić! – oznaj­miła tak, jak gdyby spo­dzie­wała się co naj­mniej trzy­da­nio­wej kola­cji.

– Wydój kozę – odpo­wie­dział.

– Ja, galer­niku?

– Tak ty, jaśnie pani!

Chciała coś mu pal­nąć, ale chyba głód wziął górę nad dumą i uprze­dze­niem.

– Ni­gdy wcze­śniej nie doiłam – wyznała.

Podał jej frag­ment gli­nia­nej wazy zastę­pu­ją­cej czarę. Wypiła z wiel­kim sma­kiem, a potem pocią­gnęła noskiem, spo­glą­da­jąc na zaru­mie­nioną gęś, skwier­czącą na żywym ogniu.

– Pięk­nie pach­nie! – zauwa­żyła.

– Nie mia­łem spo­sob­no­ści, by lepiej ją przy­pra­wić.

Oboje poro­zu­mie­wali się w koine, wspól­nej mowie zro­zu­mia­łej przez wszyst­kich Gre­ków, nie­za­leż­nie czy wywo­dzą­cych się ze szczepu Jonów, Dorów, czy Acha­jów, choć bie­gły lin­gwi­sta zauwa­żyłby, że był to raczej uni­wer­salny język sta­ro­grecki, bo praw­dziwa koine miała ukształ­to­wać się w pełni dopiero w cza­sach hel­le­ni­stycz­nych.

Wspólna wie­cze­rza nie­wiele popra­wiła wza­jemne sto­sunki. Kiedy zapro­po­no­wał jej noc­leg w sza­ła­sie popa­trzyła na niego wzro­kiem peł­nym tak głę­bo­kiej pogardy, że poża­ło­wał oferty.

– Będę spała pod gołym nie­bem – oświad­czyła.

– Jak pani sobie życzy.

W podob­nych nastro­jach minął dzień drugi, trzeci i czwarty ich pobytu na wyspie, tym­cza­sem nic nie wska­zy­wało na to, że nad­cho­dzi ratu­nek. Może po pro­stu nikt ich nie szu­kał. Dru­giego dnia Kha­leb wspiął się na naj­wyż­sze wznie­sie­nie, ale rezul­ta­tem tego wysiłku było jedy­nie stwier­dze­nie, że wyspa jest sto­sun­kowo mała, ale nie­za­miesz­kała, a morze wokół niej puste.

– Na hory­zon­cie maja­czą jakieś wyspy, ale są zbyt odle­głe, aby marzyć o dosta­niu się na nie – oznaj­mił dziew­czy­nie.

– Może win­ni­śmy zapa­lić na wzgó­rzu ogni­sko, które będzie pło­nęło całą noc przy­zy­wa­jąc żegla­rzy? – zapro­po­no­wała Hebe.

– Wąt­pię, czy to coś pomoże. Ze wznie­sie­nia widoczna jest sąsied­nia wyspa na zacho­dzie, na któ­rej cały czas goreje wierz­cho­łek wul­kanu. Jeśli roz­pa­limy na naszym szczy­cie ogień, prze­pły­wa­jący uznają to za znak, że i tu trwają przy­go­to­wa­nia do erup­cji i tym pew­niej nikt do wybrzeża się nie zbliży.

Wes­tchnęła.

Po paru dniach sto­sunki mię­dzy nimi zrazu napięte – zła­god­niały. Dziew­czyna dość posłusz­nie doiła kozy, spra­wiała ryby, które łowił, z oca­lo­nych mate­ria­łów uszyła im nowe ubra­nia. Nie przy­jęła wpraw­dzie zapro­sin do sza­łasu, ale zro­biła sobie posła­nie po dru­giej stro­nie ogni­ska.

Zauwa­żył też, że pier­wotna opry­skli­wość ustą­piła miej­sca cie­ka­wo­ści. Przy­glą­dała się jego codzien­nym zaję­ciom, patrzyła jak z resz­tek galery usi­ło­wał skle­cić jakąś łódkę, nie­stety szło mu to nie­sporo. Co myślała, obser­wu­jąc jak grają jego mię­śnie, kiedy zwin­nie wywi­jał topo­rem…? Jedno jest pewne – jej zain­te­re­so­wa­nie galer­ni­kiem wzra­stało.

Ich roz­mowy, począt­kowo ogra­ni­cza­jące się do mono­sy­lab, sta­wały się coraz dłuż­sze i bar­dziej uroz­ma­icone. Hebe, będąc nawet jak na zamożną Gre­czynkę osobą wyjąt­kowo dobrze wykształ­coną, zasko­czyło, a następ­nie ucie­szyło, iż jej towa­rzysz nie­doli nie jest galer­ni­kiem, pro­sta­kiem, tylko dobrze wycho­wa­nym mło­dzień­cem bywa­łym w świe­cie. A że on wie­rzył w zło­wrogą Isz­tar, a ona w peł­nego jur­no­ści Zeusa….? Cóż, Bogo­wie byli daleko, a ich młode ciała bli­sko, coraz bli­żej.

Tym­cza­sem sprawy nabrały przy­śpie­sze­nia. Los zapew­nił nam dosko­nałą sce­no­gra­fię – dwa sta­diony od natu­ral­nej cysterny na wodę znaj­do­wał się natu­ralny sta­wek zasi­lany chyba jakimś źró­dłem, któ­rego Kha­leb uży­wał do kąpieli. Nie on jeden. Zorien­to­wa­łem się bowiem, że zawsze, gdy tylko uda­wał się na połów ryb, Hebe, wycze­kaw­szy aż się znacz­nie oddali, bie­gła do tej natu­ral­nej łazienki czy­nić ablu­cje. Nie przy­zna­wała się do tego, ale zawsze kiedy wra­cał, zasta­wał ją czy­stą i pach­nącą, czę­sto z jesz­cze mokrymi wło­sami. Czwar­tego dnia zauwa­ży­li­śmy obaj, że zni­kła gdzieś, zanim jesz­cze Kha­leb wyru­szył na poranne ablu­cje. Może udała się za potrzebą? Kiedy jed­nak młody męż­czy­zna wyszedł ze stawu, par­ska­jąc wodą, nagi jak go stwo­rzono, dodat­kowo jesz­cze z poran­nie wyprę­żo­nym fal­lu­sem, spo­strzegł, a ja wraz z nim, nagłe poru­sze­nie krza­ków po dru­giej stro­nie stawu i jasny skra­wek szaty, który prze­mknął mię­dzy ska­łami.

„Na pępek Wiel­kiej Macie­rzy Bogów – mruk­nął pół­gło­sem – panienka z dobrego domu pod­glą­dała obcego męż­czy­znę”. Oczy­wi­ście przy śnia­da­niu ani jedno ani dru­gie nie sko­men­to­wało wspo­mnia­nego incy­dentu.

Pią­tego dnia nocą lunął rzę­si­sty deszcz. Lał z dobrą godzinę, nim młoda Gre­czynka zde­cy­do­wała się przy­biec do jego sza­łasu, szcze­ka­jąc zębami i szep­cząc: – Zimno mi, zimno…

Była kom­plet­nie prze­mo­czona. Kha­leb dał jej grubą derkę i zga­siw­szy oliwną lampkę, aby usza­no­wać jej wsty­dli­wość, zapro­po­no­wał dziew­czy­nie, by się prze­brała. Przy­stała na to po krót­kim waha­niu, podob­nie jak zgo­dziła się wycią­gnąć na mięk­kim posła­niu, które już wcze­śniej umo­ścił na roz­miar więk­szy niż potrzeba dla jed­nego czło­wieka.

Na­dal cała dygo­tała powta­rza­jąc, jak bar­dzo jej zimno. Podał jej wino, wypiła duszką dwie czarki, ale nie­wiele jej pomo­gło. Na­dal w ciem­no­ści szczę­kała zębami. Nie­ocze­ki­wa­nie zapy­tała:

– Mogę się do cie­bie przy­tu­lić?

– Ależ pro­szę!

Roz­pa­ko­wała się z dwóch derek, w które była owi­nięta, i przy­warła do niego całym wychło­dzo­nym cia­łem.

– Lepiej ci?

– Lele­piej. Tylko nie wyko­rzy­stuj sytu­acji.

– Nie zamie­rzam!

Ja na jego miej­scu nie rzu­cał­bym obiet­nic bez pokry­cia. Co prawda, jak mi się wydaje, począt­kowo rze­czy­wi­ście zamie­rzał wywią­zać się ze swej obiet­nicy. Ale, jak powie­dział pewien zna­ko­mity uczony w piśmie pytany, czy jest w tym coś złego, że dwoje przy­pad­ko­wych ludzi decy­duje się spać w jed­nej sypialni: „W zasa­dzie nic złego nie ma, ale może być!”.

Począt­kowo Kha­leb zacho­wy­wał się wzo­rowo. Wpraw­dzie obna­żył się w celu dostar­cze­nia Hebe cie­pła, ale skrom­nie odwró­cił się do niej ple­cami. Roz­dy­go­tana, przy­lgnęła do niego całym cia­łem. Pomo­gło. Drże­nie z wolna zaczęło ustę­po­wać, a Kha­leb przy­snął.

Ock­nął się po pew­nym cza­sie, a ja z nim, zasta­na­wia­jąc się, czy przy­pad­kiem nie śnię jakie­goś dodat­ko­wego snu we śnie. Przy­tu­lona Hebe była cie­pła. Wręcz gorąca, tyle że nie tra­wiła jej gorączka wyni­ka­jąca z cho­roby. Jej przy­śpie­szony oddech, który czuł na karku, jeśli idzie o tem­pe­ra­turę mie­ścił się w gra­ni­cach normy. Trud­niej byłoby powie­dzieć to samo o rękach. Jedna z nich śmiało błą­dziła po jego męskich pier­siach, brzu­chu, posu­wa­jąc się coraz niżej i niżej z cie­ka­wo­ścią jasz­czurki odwie­dza­ją­cej ludz­kie domo­stwo. Kiedy ujęła go dło­nią spra­wia­jąc, iż wyprę­żył się jak koń spięty ostro­gami, powoli obró­cił się ku niej. Ujrzał twarz roz­ognioną, usta roz­chy­lone, spra­gnione. Śnij dalej galer­niku – szep­nęła, igra­jąc języ­kiem po jego war­gach. Ale nie posłu­chał. Się­gnął ku jej pier­siom, potem udom, może zbyt natar­czy­wie, ale wyraź­nie pra­gnęła tej natar­czy­wo­ści. Jej smu­kłe uda roz­su­nęły się same, niczym drzwi hote­lowe, wpusz­cza­jąc go do cia­snego luk­su­so­wego wnę­trza.

Nie zna­łem myśli Kha­leba, ale podej­rze­wam, iż podob­nie jak ja gło­wił się, skąd tyle ero­tycz­nej eks­pe­rien­cji wzięło się w szes­na­sto­let­nim dziew­czątku. Znacz­nie póź­niej wyznała mu, że wpraw­dzie w rodzin­nym domu w Syra­ku­zach wycho­wano ją surowo, uwiel­biała pie­ścić się z sio­strami, a raz wszyst­kie cztery ule­gły grzesz­nej poku­sie, dosia­da­jąc jedna po dru­giej numi­dyj­skiego nie­wol­nika, będą­cego naj­pięk­niej­szą bryłą hebanu, jaka im kie­dy­kol­wiek wpa­dła w ręce.

Tej nocy jed­nak miłość prze­bie­gła gwał­tow­nie i krótko. Czu­jąc że wraz z inten­syw­no­ścią szty­chów pod­nie­ce­nie Kha­leba zmie­rza ku naj­wyż­szym szczy­tom, tuż przed fini­szem Hebe prze­wró­ciła go na wznak, a potem, drżąca i roz­na­mięt­niona, pospiesz­nie zsu­nęła się z niego i obró­ciła na drugi bok.

– Co się stało? – zawsty­dzony pró­bo­wał ją objąć.

Odtrą­ciła jego rękę. A po dłuż­szej chwili ciszy rze­kła jakby z ocią­ga­niem:

– Nie możemy mieć dziecka. Nie tu i nie teraz!