Niepokorne - Sylwia Markiewicz - ebook

Niepokorne ebook

Markiewicz Sylwia

0,0
44,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.
Dowiedz się więcej.
Opis

Dlaczego trzy kobiety w sylwestra rzucają wszystko i uciekają od bliskich?
Aneta co roku przygotowuje noworoczny obiad dla kilkunastu osób. Jednak tym razem czuje, że obowiązki zawodowe i rodzinne ją przerastają. Zostawia dzieci z mężem i jedzie do siostry.
Milena wyjeżdża na sylwestra do rodziców, gdzie kilka dni wcześniej zawiozła syna. W końcu ma odwagę odejść od impulsywnego partnera, który ją tłamsi i jej nie szanuje. Ma dość toksycznego związku.
Justyna sama utrzymuje rodzinę – młodszą siostrę i rodziców alkoholików. Gdy brakuje pieniędzy nawet na najpotrzebniejsze rzeczy, zdesperowana dziewczyna posuwa się do kradzieży.
Losy Anety, Mileny i Justyny splatają się ze sobą, kiedy wszystkie trzy wsiadają do tego samego przedziału. Nieplanowany postój pociągu jest szansą, żeby bliżej się poznać. Co wyniknie z tego spotkania?
Opowieść o kobietach, które chcą podążać za swoimi marzeniami wbrew oczekiwaniom innych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 363

Rok wydania: 2025

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Au­torka: Syl­wia Mar­kie­wicz
Re­dak­cja: Zu­zanna Wie­rus
Ko­rekta: Ju­styna To­mas, Ka­ta­rzyna Zioła-Ze­mczak
Pro­jekt gra­ficzny okładki: Ma­riusz Ba­na­cho­wicz
Skład: Ja­ro­sław Hess
Zdję­cia na okładce: stu­dio fo­to­gra­ficzne W Roli Głów­nej (zdję­cie au­torki)
Re­dak­tor pro­wa­dzący: Agnieszka Kna­pek
Kie­row­nik re­dak­cji: Agnieszka Gó­recka
© Co­py­ri­ght by Syl­wia Mar­kie­wicz © Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pas­cal
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Żadna część tej książki nie może być po­wie­lana lub prze­ka­zy­wana w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgody wy­dawcy, z wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­menty tek­stu.
Biel­sko-Biała 2025
Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o. ul. Za­pora 25 43-382 Biel­sko-Biała tel. 338282828, fax 338282829pas­cal@pas­cal.plwww.pas­cal.pl
ISBN 978-83-8317-500-3
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Ta­cie

za uśmiech, za za­pach fre­zji,

za to, że za­wsze był...

ROZ­DZIAŁ I

31 grud­niaAneta i Edyta

– Dzwo­ni­łaś, sio­stra, trzy razy, i to o tak nie­przy­zwo­itej po­rze! Coś się stało? – Edyta ziew­nęła, pró­bu­jąc szybko ze­brać my­śli. Gdyby na wy­świe­tla­czu zo­ba­czyła tylko jedno po­łą­cze­nie od Anety, na­wet by nie po­my­ślała, żeby od­dzwo­nić, ale trzy to już praw­dziwy alarm. Tym bar­dziej że to ona prze­waż­nie była tą, która znaj­duje czas, by wy­brać nu­mer i za­py­tać, co sły­chać u za­pra­co­wa­nej, za­bie­ga­nej matki trójki dzieci. Nie, sorry, czwórki, bo jesz­cze mąż, który we­dług Edyty ni­czym się nie róż­nił od tych uro­czych ma­lu­chów, nie­po­radny jak one.

– Mogę do cie­bie przy­je­chać? – Taka bez­po­śred­niość była tro­chę nie w stylu Anety, ale to, co wła­śnie ro­biła, też nie było w jej stylu. Mu­siała swoje za­kło­po­ta­nie scho­wać, jak to mó­wią, głę­boko... ale w jej słow­niku to słowo, „głę­boko”, miało zu­peł­nie inne zna­cze­nie. Było jak cze­luść bez dna: wrzu­casz ka­mień, a on leci i leci, mija ko­lejna go­dzina, a on wciąż nie do­ciera do jej końca. Kto jest w sta­nie so­bie to wy­obra­zić, zro­zu­mie tego typu dys­kom­fort. Wpra­sza­nie się – na­wet do sio­stry – ni­gdy nie było we­dług niej czymś nor­mal­nym, za­wsze prze­cież ra­dziła so­bie ze wszyst­kim sama.

– A ty wiesz, że wy­la­tuję dziś do Taj­lan­dii z Ar­tu­rem? – Edyta mu­siała uru­cho­mić wszyst­kie szare ko­mórki, aby po chwili ci­szy od­po­wie­dzieć na to nie­spo­dzie­wane py­ta­nie.

– Tak. Mogę ci po­pil­no­wać miesz­ka­nia. Co ty na to?

– Se­rio? – Po ta­kiej de­kla­ra­cji obu­dziła się już na do­bre.

– Tak, se­rio.

– Sama?

– Tak, sama.

– W syl­we­stra?

– Tak, wła­śnie tak. To mogę czy nie? – Aneta nie umiała już dłu­żej ukry­wać iry­ta­cji w gło­sie.

– Pew­nie, by­łoby su­per, przy­naj­mniej rybki nie po­zdy­chają z głodu. Jak przy­je­dziesz dziś po po­łu­dniu, to jesz­cze zdą­żymy wy­pić kawę, a to ze­rwa­nie się ze smy­czy i ucieczkę od nud­nej ro­dzinki przy­pie­czę­tu­jemy lampką wina. – Edyta pró­bo­wała roz­ła­do­wać na­pię­cie, które za­wi­sło mię­dzy zda­niami.

– Ja­kie „po po­łu­dniu”?! Ja już je­stem na pe­ro­nie i za­raz wsia­dam do po­ciągu. – Aneta wła­śnie zjeż­dżała ru­cho­mymi scho­dami, kur­czowo trzy­ma­jąc się po­rę­czy i nie­ustan­nie po­pra­wia­jąc torbę na ra­mie­niu.

Nie jest to naj­lep­szy mo­ment na roz­mowę, ale żadna chwila chyba nie bę­dzie od­po­wied­nia, prze­szło ko­bie­cie przez myśl. Gdy w końcu opu­ściła ru­chomą ta­śmę, od­prę­żyła się: sta­bilny grunt pod no­gami bar­dziej jej pa­so­wał.

– O cho­lera, to musi być coś po­waż­nego – rzu­ciła zdę­biała Edyta.

– Będę za trzy go­dziny. To na ra­zie, pa.

Aneta scho­wała te­le­fon do spo­rej wiel­ko­ści czar­nej torby, pra­wie wa­lizki, ale bez kó­łek, jak stwier­dziła jej przy­ja­ciółka Mar­lena. Su­per­matka, która wszystko miała pod kon­trolą i na do­da­tek dzia­łała czyn­nie w trójce kla­so­wej jej Hani.

To je­dyna torba, która mie­ści wszyst­kie sprzęty po­trzebne dzie­ciom. Po­cząw­szy od chu­s­te­czek na­wil­ża­nych, a skoń­czyw­szy na ulu­bio­nej ma­skotce, gu­mach roz­pusz­czal­nych, pla­strach na rany z Ku­bu­siem Pu­chat­kiem oraz za­pa­so­wych dłu­go­pi­sach wy­ma­zy­wal­nych, które są po­trzebne za­wsze na wczo­raj i jak się oka­zuje, bez któ­rych nie można iść do szkoły, bo nie ma czym pi­sać. Tak jakby nor­malne dłu­go­pisy od razu ro­biły błędy i nie umiały sta­wiać li­te­rek w tych fi­ku­śnych, ko­lo­ro­wych ze­szy­tach. Ta­kie prze­świad­cze­nia miała Aneta, słu­cha­jąc bia­do­le­nia dzie­wię­cio­let­niej córki.

Ni­czym młoda sa­renka wbie­gła po dwóch schod­kach, kie­ru­jąc się do wy­zna­czo­nego na bi­le­cie wa­gonu klasy dru­giej. Nie­stety, z prze­dzia­łami. Dawno już nie je­chała po­cią­giem, a tu za­miast no­wo­cze­snego, kli­ma­ty­zo­wa­nego, z wy­god­nymi fo­te­lami tra­fił się star­szy mo­del. Pu­sty prze­dział wy­glą­dał nie­źle, usa­do­wiła się więc pod oknem, przy­ci­ska­jąc torbę z boku. Trzy­mała ją kur­czowo za ucho. Miała wy­lu­zo­wać i rzu­cić wszystko w dia­bły, a tu chroni do­by­tek przed zło­dzie­jami ni­czym kwoka swoje jajka. Pu­ściła uchwyt, roz­luź­nia­jąc palce, i oparła się wy­god­nie. Raz można być nie­ostroż­nym. Wy­cią­gnęła te­le­fon, wy­łą­czyła go zu­peł­nie. Nic jej nie po­wstrzyma: musi uciec choćby na chwilę.

***

Mi­lena

To chyba ten nie­bie­ski, pe­ron trzeci. Tak, War­szawa–Szcze­cin przez Wło­cła­wek. Ni­gdy nie je­chała do ro­dzi­ców tak wcze­śnie. Wy­bie­rała ra­czej póź­niej­szy po­ciąg, by mały tro­chę po­spał, ale dziś wy­szła z domu bla­dym świ­tem. Nie dzwo­niła do nich, nie mu­siała. Za­wsze się cie­szyli na jej wi­dok, zjawi się le­d­wie dzień wcze­śniej, niż się uma­wiali, ale to tylko le­piej.

Nie za­mie­rzała się tłu­ma­czyć, zo­sta­wiła Kon­ra­dowi kartkę. Wsta­nie koło dzie­sią­tej, to od­czyta, a wtedy ona bę­dzie już w po­ło­wie drogi do ro­dzi­ców. Ucie­kała? Nie, po pro­stu pod­jęła w końcu je­dyną słuszną de­cy­zję. Wy­cią­gnęła te­le­fon z nie­po­ko­jem. Żad­nych po­łą­czeń, wy­łą­czyła go. Czego się bała? Prze­cież miała prawo de­cy­do­wać o so­bie, miała prawo wyjść i się nie tłu­ma­czyć. Miała prawo, ale czy on je usza­nuje... Wrzu­ciła ko­mórkę do to­rebki, ścią­gnęła śli­ski kap­tur i we­szła do wa­gonu z na­pi­sem „druga klasa”. Z ka­mienną twa­rzą za­glą­dała do prze­dzia­łów; je­den był za­ma­sko­wany przez za­słonkę – ktoś po­trze­bo­wał pry­wat­no­ści. Męż­czy­zna, star­sza pani, w ko­lej­nym pu­sto, nie, sama też nie chciała sie­dzieć. Ja­kaś ko­bieta, może być.

– Dzień do­bry, wolne? – za­gad­nęła. Ku­pu­jąc bi­let na ostatni mo­ment, nie mo­gła się spo­dzie­wać za­pew­nio­nego miej­sca i li­czyła się z tym, że może bę­dzie mu­siała spę­dzić część po­dróży na ko­ry­ta­rzu. W tej chwili istotne było tylko to, by jak naj­szyb­ciej opu­ścić War­szawę. Do­póki nikt się nie zjawi, ona chęt­nie bę­dzie po­dró­żo­wać wy­god­nie w po­zy­cji sie­dzą­cej.

– Tak, wolne – od­po­wie­działa ko­bieta, od­gar­nia­jąc pal­cami pa­smo wło­sów, które pod wpły­wem ru­chu głowy za­fa­lo­wały, a pa­semka ukła­dały się na nich jak cie­niut­kie wstążki w ko­lo­rach zło­ci­stym i brą­zo­wym. Lekko na­pu­szone, opa­dały na ra­miona.

Usia­dła na­prze­ciwko ko­biety, jak tylko ścią­gnęła kurtkę. Dziw­nie tak, mało prze­strzeni mię­dzy nimi. Będą pa­trzyły albo w okno, albo na sie­bie. Współ­pa­sa­żerka wy­glą­dała miło i miała świetną dużą torbę, pew­nie je­chała gdzieś na kilka dni. Ona do ro­dzi­ców nie brała nic. Miała tam wszystko, co jej po­trzeba, pi­żamę i wła­sne ko­sme­tyki. By­wała u nich czę­sto, a po­kój dla niej i jej syna był za­wsze go­towy na ich przy­jazd.

Chciała prze­my­śleć parę spraw. Jej sto­sunki z Kon­ra­dem sta­wały się co­raz trud­niej­sze. Co wie­czór chciały nią za­wład­nąć smu­tek i łzy, jed­nak nie dała się im, wal­czyła z emo­cjami. One nic nie po­mogą, a gdy okaże sła­bość, Kon­rad to wy­ko­rzy­sta i bę­dzie jesz­cze go­rzej. Ten męż­czy­zna nie zno­sił sprze­ciwu, a jej zda­nie się dla niego nie li­czyło. Mu­siało jed­nak mi­nąć tro­chę czasu, nim to do niej do­tarło. Nie chciała dla syna ta­kiego au­to­ry­tetu, nie chciała, by miał taki przy­kład.

Gdy ochło­nie, prze­my­śli, włą­czy te­le­fon i z nim po­roz­ma­wia, a na ra­zie kartka, którą zo­sta­wiła na stole, mu­siała mu wy­star­czyć. Uspo­ka­jała my­śli, ob­ser­wu­jąc po­dróż­nych. Nie­któ­rzy kro­czyli żwawo, cią­gnąc za sobą wa­lizkę, inni, znu­dzeni, cho­dzili to w jedną, to w drugą stronę. Ona już ni­g­dzie się nie spie­szyła, już pod­jęła de­cy­zję, czas po­każe, czy nie spóź­nioną.

***

Ju­styna

„Mu­sia­łam coś za­ła­twić, wrócę po po­łu­dniu, ugo­tuj so­bie na obiad klu­ski. Nie siedź w domu, idź do Emilki lub do ga­le­rii. Uni­kaj ro­dzi­ców, bo cią­gle będą cze­goś od Cie­bie chcieli”. Wci­snęła „wy­ślij”.

Ju­styna stała w prze­dziale, już prze­szła trzeci, szu­kała od­po­wied­niego. Sio­stra mu­siała so­bie ja­koś po­ra­dzić, jak wróci, jesz­cze zdąży coś na­szy­ko­wać na ju­trzej­szy no­wo­roczny obiad. Naj­waż­niej­sze to zdo­być pie­nią­dze na ten cho­lerny ple­cak. Za kilka dni Na­ta­lia je­dzie na wy­cieczkę szkolną. W co się spa­kuje? W ten, który wy­gląda jak po­pruty, szma­ciany wo­rek ja­kie­goś włó­częgi? Za­słu­gi­wała, by mieć nowy, fir­mowy, tak jak inni ró­wie­śnicy. I to ona mu­siała się o to po­sta­rać.

Mały ple­cak za­rzu­ciła na ra­mię, za­sze­le­ściła gra­fi­towa kurtka; mu­siała w końcu wy­brać do­bre miej­sce. Przy­sta­nęła. Dwie ko­biety, fan­ta­stycz­nie! We­szła.

– Dzień do­bry, czy to miej­sce jest wolne? – Wska­zała ręką na pu­stą ka­napę.

– Tak – od­po­wie­działa miło, po­stawna, wy­pro­sto­wana ko­bieta z blond pa­sem­kami.

Druga, fi­li­gra­nowa, z ciem­nymi, dłu­gimi ko­smy­kami, cie­pło się uśmie­chała.

Ju­styna usia­dła po pra­wej stro­nie, przo­dem w kie­runku jazdy. Ple­cak umie­ściła przy le­wym boku, wci­ska­jąc go w kąt. Z tru­dem ścią­gnęła kurtkę; na sto­jąco by­łoby ła­twiej, a tak jej ru­chy były nie­po­radne. Za­rzu­ciła ją na plecy, wtu­liła się w jej cie­pło. Zlu­stro­wała swoje to­wa­rzyszki po­dróży, oce­nia­jąc je wni­kli­wie. Było ide­al­nie, da radę.

ROZ­DZIAŁ II

30 grud­nia, dzień wcze­śniejAneta

Przy­bli­żyła się do ściany, na­cią­gnęła gra­na­tową smycz, która pod wpły­wem ru­chu za­częła ści­skać jej szyję. Mo­gła ją ścią­gnąć, ale spie­szyła się, jak zwy­kle. Dwoma pal­cami wsu­nęła uważ­nie kartę w wą­ską szcze­linę, za­mi­go­tało zie­lone świa­tło. Na­uczona do­świad­cze­niem, zro­biła to z wy­czu­ciem i ze spo­ko­jem. Zbyt rap­towne po­dej­ście do urzą­dze­nia gwa­ran­to­wało jego bunt i od­mowę wy­pusz­cze­nia jej z pracy. Przy­jemne bzy­cze­nie dało znać, że jest wolna, przy­naj­mniej na dziś. Ju­tro bę­dzie tu znowu, i to od czter­na­stej. Druga zmiana, wo­bec któ­rej za­wsze miała mie­szane uczu­cia. Fa­talna, bo długo nie wi­działa dzieci. Gdy przy­cho­dziła, to one spały, ale miało to rów­nież swoje do­bre strony. Omi­jał ją cały po­po­łu­dniowy chaos, nad któ­rym bę­dzie mu­siała za­pa­no­wać dziś.

Za­raz po za­mknię­ciu drzwi z ulgą przy­sia­dła na ławce w szatni i to był błąd. Te­raz trudno bę­dzie jej się pod­nieść. Nogi jej wcho­dziły do dupy, jak to za­wsze krzy­czała Sa­bina w skle­pie, na­wet przy klien­tach. Roz­złosz­czona ła­że­niem w tę i we w tę, nie umiała ukryć swo­jej fru­stra­cji. Ona pra­co­wała w dziale spor­to­wym, nie pa­no­wał tam duży ruch w prze­ci­wień­stwie do spo­żyw­czego, a jed­nak cały czas coś było do zro­bie­nia. Nie­ustan­nie zmie­nia­jące się pro­mo­cje, za któ­rymi na­le­żało na­dą­żyć, nowy, se­zo­nowy to­war, zwroty, re­kla­ma­cje, no i klienci da­wali się jej we znaki. Nie­któ­rzy py­tali... ale nie to było wku­rza­jące, lecz to, że gdy ona opo­wia­dała o to­wa­rze, pro­du­ko­wała się, wy­si­lała szare ko­mórki, do­ra­dzała, mru­żyli oczy z miną znu­dzo­nego kota Gar­fielda. I tak wie­dzieli le­piej, bo czy­tali opi­nie w in­ter­ne­cie, więc po co, do cho­lery, py­tali, po co jej za­wra­cali dupę? Ta­kimi spo­strze­że­niami po­dzie­liła się z nią ostat­nio sym­pa­tyczna, choć im­pul­sywna, ko­le­żanka.

Aneta pra­co­wała tu do­piero cztery mie­siące. Gdy do­wie­działa się, że to dział tek­stylny po­trze­buje no­wych pra­cow­ni­ków, ogrom­nie się ucie­szyła. Bo jak tu nie lu­bić se­gre­ga­cji ubrań, ukła­da­nia ich, prze­bie­ra­nia ma­ne­ki­nów, ale jej wy­obra­że­nia nieco od­bie­gały od tego, co za­stała. Miała wra­że­nie, że tylko cho­dzi i sprząta po klien­tach, bo co chwila coś zrzu­cają, przy­mie­rzają i nie od­wie­szają, prze­sta­wiają i two­rzy się ba­ła­gan, a me­ne­dże­ro­wie prze­cież pa­trzą.

Sa­bina miała ra­cję z tymi no­gami. Non stop na cho­dzie, nie było w tym dziale pracy, przy któ­rej Aneta mo­głaby usiąść choć na mo­ment. Za­sko­czyło ją rów­nież duże za­in­te­re­so­wa­nie jej re­ga­łami w okre­sie świą­tecz­nym. Dwa dni przed syl­we­strem ona miała li­stę pro­duk­tów spo­żyw­czych i na­wet przez myśl jej nie prze­szło, by szu­kać wi­zy­to­wej su­kienki czy ża­kietu. Mu­siała być kiep­ska w za­rzą­dza­niu cza­sem, skoro in­nym ko­bie­tom się to uda­wało. Aneta my­ślami była już w kuchni i ana­li­zo­wała, co ma za­cząć przy­go­to­wy­wać, bo jak co roku or­ga­ni­zo­wała uro­czy­sty no­wo­roczny obiad dla naj­bliż­szych.

– Anetko, a ty co tak du­masz na tej ławce? Au­to­bus ci uciek­nie. – Do szatni wkro­czyła dziar­sko Sławka, zdej­mu­jąc po dro­dze z szyi iden­ty­fi­ka­tor z na­pi­sem „dział cu­kier­ni­czy”.

– Nie mam siły się pod­nieść, to był błąd, że usia­dłam. – Aneta mię­to­liła ta­śmę od pla­kietki, zbie­ra­jąc się do otwar­cia szafki już od do­brych paru mi­nut. – Po­jadę dziś na­stęp­nym, jesz­cze zro­bię za­kupy, skoro już je­stem w mar­ke­cie.

– Ja tak samo. Jak chcę upiec cia­sto, to mu­szę jesz­cze sko­czyć po pro­szek do pie­cze­nia i mig­dały. Idę na no­wo­roczny obiad do te­ścio­wej, to cho­ciaż za­niosę bla­chę cia­sta. Tak się cie­szę, że to całe za­mie­sza­nie z obia­dem spa­dło z mo­ich bar­ków. Po ca­ło­noc­nej za­ba­wie z przy­jem­no­ścią się wy­śpię i pójdę na go­towe. – Bły­ska­wicz­nie zrzu­ciła z sie­bie pra­cow­ni­czą ka­mi­zelkę oraz wy­godne buty, się­ga­jąc po te, w któ­rych przy­szła.

– Za­zdrosz­czę. Ja, jak za­wsze, przy­go­to­wuję no­wo­roczny obiad dla kil­ku­na­stu osób. W tym roku jest jesz­cze go­rzej, bo w syl­we­stra i trudno mi ja­koś do­piąć te przy­go­to­wa­nia.

– Współ­czuję. – Sławka ką­tem oka zer­k­nęła na spusz­czoną głowę Anety. – Uła­twiaj so­bie i nie gardź go­to­wymi pro­duk­tami. Te­raz wszystko jest do ku­pie­nia – pró­bo­wała ją po­cie­szyć.

– To prawda, ale to kosz­tuje. Mięso, sa­łatki, tre­ściwy bi­gos i tak opłaca się ro­bić w domu dla tak du­żej liczby go­ści. Ma­ją­tek by to kosz­to­wało, gdy­bym gdzieś za­mó­wiła. Ale tak, do­bry ca­te­ring by się przy­dał. – Ko­bieta wes­tchnęła, wsta­jąc wresz­cie, by otwo­rzyć szafkę, bo jej ko­le­żanka była już ubrana i go­towa do wyj­ścia, a ona sie­działa, jakby miało ją to omi­nąć.

– Ju­tro je­steś? – za­py­tała Sławka z jedną ręką na klamce, za­rzu­ca­jąc to­rebkę na ra­mię dru­giej.

– Tak, druga zmiana – wy­mam­ro­tała mar­kot­nie.

– To się już nie zo­ba­czymy. Szczę­śli­wego No­wego Roku, Anetko. Nie stre­suj się i prze­każ tro­chę obo­wiąz­ków po­zo­sta­łym do­mow­ni­kom. Na ra­zie, pa. – Po­ma­chała w jej kie­runku.

– Dla cie­bie rów­nież, Sławka, dzięki – od­parła Aneta z gry­ma­sem na twa­rzy, który zu­peł­nie nie przy­po­mi­nał ra­do­ści.

Po­czuła ukłu­cie za­zdro­ści, że ta pie­cze cia­sto i już, i tylko tyle. Jak bar­dzo chcia­łaby iść do ko­goś, mo­głaby za­nieść i trzy ta­kie cia­sta. Spoj­rzaw­szy na kwa­dra­towy ze­gar wi­szący nad drzwiami, ner­wowo przy­spie­szyła ru­chy. Po kil­ku­dzie­się­ciu mi­nu­tach już stała przy ka­sie w sznu­reczku, który sko­ja­rzył jej się z ko­lejką do wa­go­ni­ków na Ka­sprowy Wierch. Wszy­scy stoją, nikt nie ma­ru­dzi, każdy wie, że nie ma wyj­ścia. A przed wol­nym dniem trak­tują pa­nią ka­sjerkę z sza­cun­kiem, a może nie z sza­cun­kiem, lecz ze stra­chem. Bo jak się zde­ner­wuje i po­stawi ta­bliczkę z na­pi­sem „Kasa nie­czynna” lub „Prze­rwa”, to co wtedy? Po­tul­nie two­rzą więc wszy­scy ra­zem ten bar­dzo przy­ja­ciel­ski sznu­re­czek i ona do niego do­łą­czyła, choć nogi wcho­dziły jej tam, gdzie słońce nie sięga.

Oparła wy­peł­nioną po brzegi siatkę o ścianę przy­stanku, aby nic się nie wy­sy­pało. Okres świą­teczny to były nie­koń­czące się za­kupy. I znowu to samo. Nie dość, że przy­go­to­wy­wała ko­la­cję wi­gi­lijną dla kil­ku­na­stu osób, to te­raz na ten uro­czy­sty obiad miało przyjść ich pra­wie tyle samo. Sio­stry tylko za­brak­nie, bo jak zwy­kle wy­jeż­dża na wa­ka­cje. Aneta nie pa­mię­tała, kiedy byli z Mi­cha­łem na im­pre­zie syl­we­stro­wej, kiedy ra­zem tań­czyli. Na­wet jak ostat­nio prze­szło jej przez myśl, by do­łą­czyć do ko­le­ża­nek w jed­nej z war­szaw­skich re­stau­ra­cji, to gdy wy­obra­ziła so­bie or­ga­ni­za­cję opieki dla trójki dzieci, zre­zy­gno­wała. Nie wy­cho­dzili ni­g­dzie z mę­żem, syl­we­stra spę­dzali za­zwy­czaj na ka­na­pie przed te­le­wi­zo­rem. O pół­nocy z kie­lisz­kiem szam­pana po­dzi­wiali fa­jer­werki, cza­sem sami, a cza­sem z dziećmi, które tylko na to cze­kały, by po­de­rwać się z łó­żek i rzu­cić do okien.

Jesz­cze mie­siąc temu my­ślała, że może by so­bie spra­wiła nową bluzkę, by ele­gancko się pre­zen­to­wać jako go­spo­dyni, ale wy­szło jak zwy­kle. Tyle su­kie­nek prze­szło przez jej ręce, by tra­fić na wie­szaki w skle­pie, ale żadna z nich nie wró­ciła z nią do domu. Od­kła­dała za­kupy na póź­niej, bo czasu brak, by przy­mie­rzyć, bo prze­cież nie te­raz, bo jest w pracy. Efekt był taki, że jak co roku włoży swój stan­dar­dowy ele­gancki ze­staw: roz­klo­szo­waną czarną spód­nicę, do tego szy­fo­nową białą bluzkę z cyr­ko­niami przy koł­nie­rzyku. Kto wie, czy te cyr­ko­nie już nie wy­szły z mody, pew­nie z mody i tak, ale z jej sty­li­za­cji jesz­cze nie.

Dło­nie zdą­żyły ko­bie­cie skost­nieć, w pla­sti­ko­wej wia­cie zro­biło się tłoczno. Wiele osób chciało się scho­wać przed prze­ni­kli­wym wia­trem. Gdy pod­je­chał au­to­bus, wszy­scy ru­szyli do przodu na tyle żwawo, że nim pod­nio­sła sporą siatkę z ziemi, była już ostat­nia w ko­lejce do otwie­ra­ją­cych się drzwi.

Kiedy zna­la­zła miej­sce na środku, w prze­strzeni dla wóz­ków, sta­nęła, przy­trzy­mu­jąc siatkę no­gami, by nie ujaw­niła swo­jej za­war­to­ści na za­krę­tach. O miej­scu sie­dzą­cym nie było mowy. Ważne, że już je­chała. Od­po­czy­wała, ob­ser­wu­jąc mi­jane ka­mie­nice, ulice, prze­chod­niów po­dą­ża­ją­cych w tylko im zna­nym kie­runku. Po­nowna wy­miana spoj­rzeń z pa­sa­że­rami niby od nie­chce­nia, ale każdy robi to z nu­dów, dla za­bi­cia czasu. Aneta ukła­dała w my­ślach dal­szy plan dnia. Naj­pierw mu­siała ode­brać Ha­nię z ba­letu, po­tem chłop­ców z przed­szkola. Gdy wej­dzie do domu, zrobi obiad, a póź­niej po­my­śli spo­koj­nie o dal­szych przy­go­to­wa­niach.

Tę wni­kliwą ana­lizę prze­rwał po­płoch: kilka osób tuż obok, dźwięk roz­su­wa­nych drzwi. Noga za nogą, wy­sia­dała wolno, uwa­ża­jąc, by na ni­kogo nie wpaść. Szli smęt­nie jak na par­ko­wych alej­kach w domu se­niora. Tylko jej się spie­szyło czy co? Chło­pak o czar­nych oczach w kurtce moro przy­sta­nął, prze­pu­ścił ją, lu­stru­jąc spoj­rze­niem wielką siatę. De­li­kat­nie go szturch­nęła, nie­chcący, za­ru­mie­niła się, bąk­nęła ci­cho „prze­pra­szam” i znik­nęła czym prę­dzej z jego oczu. Ona dla niego już była pew­nie star­szą pa­nią, dla­tego grzecz­nie zszedł jej z drogi. Po­czuła się staro, jak te ko­biety z au­to­busu. Cho­ciaż nie, bab­cie z pu­dłami za­ba­wek w rę­kach świet­nie ra­dziły so­bie z ga­ba­ry­tami wy­bra­nych pre­zen­tów, a ona na ich tle, przy­ga­szona, wy­glą­dała słabo, oj, słabo.

W te­le­wi­zji trzy­dzie­sto­sze­ścio­latki tak się nie pre­zen­tują, mają klasę, są za­dbane i uśmiech­nięte. Co z nią nie tak? Zwol­niła, ręka jej mdlała, prze­ło­żyła ciężką re­kla­mówkę do dru­giej dłoni. Tra­pery moc­niej za­szu­rały po chod­ni­ko­wej ko­stce, długa czarna kurtka za­sze­le­ściła. Kro­pelki potu ze­brały się w dol­nej czę­ści ple­ców. Na szczę­ście Aneta już wi­działa bu­dy­nek przed­szkola. Po raz ko­lejny prze­ło­żyła siatkę. Może po­winna so­bie spra­wić taką na kół­kach? Nie, wtedy to już na pewno każdy weź­mie ją za sześć­dzie­siątkę, tego so­bie nie zrobi, o, nie.

Ha­nia, już go­towa, cze­kała na swoją ro­dzi­cielkę. Prze­brana prze­glą­dała się w lu­sterku, po­pra­wia­jąc czapkę. Jej ko­le­ża­nek już nie było. Szkoła tańca mie­niła się od świa­teł, które od­bi­jały się cie­płym bla­skiem w wielu lu­strach, po­tę­gu­jąc wra­że­nie przy­tul­no­ści. Aneta za­wsze pla­no­wała przyjść wcze­śniej, aby chwilę usiąść i po­pa­trzyć przez szklane roz­su­wane drzwi, jak córka ćwi­czy. Nie­stety cią­gle bra­ko­wało jej czasu. Za to Ha­nia za­wsze grzecz­nie cze­kała, spa­ko­wana i ubrana, bez pre­ten­sji, że wy­cho­dzi osta­nia. Po kim miała tę obo­wiąz­ko­wość? W szkole rów­nież uczyła się bar­dzo do­brze. Aneta co­dzien­nie za­chwy­cała się po­stawą córki i cie­szyła się, że nie mu­siała jej pil­no­wać tak jak chło­pa­ków.

– Kuba z pię­cio­lat­ków i Olek z trzy­lat­ków – wy­sa­pała, sta­ra­jąc się uśmiech­nąć do dy­żu­ru­ją­cej dziew­czynki, która na­wet do końca jej nie wy­słu­chała, bo do­sko­nale roz­po­zna­wała ro­dzi­ców swo­ich ko­le­gów i ko­le­ża­nek i w pod­sko­kach śmi­gała do do­brze jej zna­nych sal.

– Mama! – krzyk­nął Olek, omi­ja­jąc Anetę łu­kiem, po czym zro­bił sa­mo­lot wo­kół Hani, która z za­in­te­re­so­wa­niem oglą­dała ob­razki po­wie­szone na ścia­nie. Wni­kli­wie szu­kała prac braci, ale bez­sku­tecz­nie, a sa­mo­lo­towe wy­czyny zu­peł­nie ją roz­pro­szyły.

– O, dzień do­bry pani. – Wy­cho­waw­czyni Kuby wy­szła ra­zem z nim, co nie wró­żyło nic do­brego. Star­szy syn ra­czej nie zbie­rał po­chwał.

– Dzień do­bry. – Nie­pew­no­ści w gło­sie nie udało jej się ukryć mimo naj­szczer­szych chęci.

– Chcia­łam z pa­nią chwilę po­roz­ma­wiać. – Wy­soka ko­bieta z nie­na­gan­nie uło­żoną krótką fry­zurą, two­rzącą mały hełm, z któ­rego nie ośmie­lał się wy­do­stać ża­den po­je­dyn­czy wło­sek, przy­sta­nęła przy zlęk­nio­nej Ane­cie.

– Chłopcy, idź­cie do swo­ich sza­fek, ubierz­cie się. Ha­niu, po­mo­żesz im? – Spoj­rzała na córkę bła­gal­nym wzro­kiem.

Dziew­czynka z nie­chę­cią po­szła za braćmi, wie­działa bo­wiem, że czeka ją trudne za­da­nie, bo ubie­ra­nie się jest ostat­nią rze­czą, o ja­kiej oni my­ślą. Na­dal bie­gali mię­dzy szaf­kami, a wi­dząc ko­lej­nych wy­cho­dzą­cych do domu ko­le­gów, i ich wcią­gali do za­bawy.

– Kuba dziś zbił ko­legę. Naj­pierw go po­pchnął, a po­tem kop­nął – za­częła sta­now­czym to­nem przed­szko­lanka. – Wi­działy to inne dzieci. Po­dobno Cy­prian nie chciał od­dać mu auta, któ­rym Kuba ba­wił się rano. Tłu­ma­czy­łam mu, że za­bawki na­leżą do wszyst­kich i się nimi dzie­limy. Roz­ma­wia­łam z nim na osob­no­ści, ale chcia­łam, żeby rów­nież pań­stwo pod­jęli z Kubą ten te­mat.

– Tak, oczy­wi­ście, po­roz­ma­wiam z sy­nem. Przy­kro mi, że do tego do­szło.

Te­raz już ro­zu­miała nie­chętną minę mamy Cy­priana, którą mi­nęła na scho­dach przed­szkola. Na jej „dzień do­bry” tylko wy­mru­czała coś pod no­sem. Mu­siała już zo­stać po­in­for­mo­wana o nie­przy­jem­nej sy­tu­acji.

Ubie­ra­nie roz­bry­ka­nych sy­nów chwilę trwało, a cier­pli­wość ma­lała z każdą mi­nutą.

– Chłopcy, prze­stań­cie już. Spo­koj­nie iść nie można, tylko cią­gle ja­kieś wy­głupy! – krzyk­nęła Aneta, szar­piąc za rękę Olka.

Za­re­ago­wała ostro, gdy szli chod­ni­kiem do domu. Spoj­rzeli na nią w ci­szy, łącz­nie z Ha­nią, któ­rej ton mamy rów­nież się nie spodo­bał. Wi­dząc ich zbo­lałe miny i kar­cący wzrok, szybko do­dała:

– Prze­pra­szam, że krzyk­nę­łam, niosę cięż­kie za­kupy i je­stem zmę­czona po pracy. Wszystko już do­brze? – Pró­bo­wała za­ła­go­dzić sy­tu­ację, ale po­czu­cie winy uci­skało ją mocno, a ra­czej do­łą­czyło do cię­żaru wrzy­na­ją­cej się w dłoń siatki.

Dzieci zgod­nie kiw­nęły gło­wami, ale przez resztę drogi do bloku szły na­bur­mu­szone, osten­ta­cyj­nie ob­ra­żone, zu­peł­nie nie pa­trząc na mamę, jakby chciały jej dać na­uczkę za to na­ganne za­cho­wa­nie.

***

Trze­cie pię­tro dziś ją po­ko­nało. A może to nie te kil­ka­dzie­siąt scho­dów i cięż­kie za­kupy, a liczba obo­wiąz­ków, które po­winna jesz­cze dziś wy­ko­nać, przy­gnia­tała ją ni­czym prasa na zło­mo­wi­sku? W su­mie ona też czuła się tro­chę za­rdze­wiała, zu­żyta, bez ener­gii. Pa­so­wa­łaby tam.

– Mamo, gdzie mój strój na ba­let? – Ha­nia bie­gała cha­otycz­nie po domu, szu­ka­jąc zie­lo­nego worka z ró­żową ba­let­nicą. – Na pewno chłopcy gdzieś go rzu­cili, bo oni lu­bią się ba­wić mo­imi rze­czami – do­dała z pre­ten­sją w gło­sie.

– Jest w two­jej szafce, po le­wej stro­nie, tam, gdzie strój na ba­sen. Upra­łam go, mo­żesz spa­ko­wać na ju­tro – od­po­wie­działa Aneta, nie pa­trząc na córkę, bo ziem­niaki wła­śnie za­częły ki­pieć.

Uchwy­ciła po­krywkę, przy­krę­ciła gaz i wró­ciła do mięsa, które na szczę­ście było pra­wie go­towe, wy­star­czyło je jesz­cze tro­chę pod­du­sić, by zmię­kło.

– A pa­mię­tasz o mo­ich ba­becz­kach na ju­tro? – Dziew­czynka sta­nęła w po­ło­wie drogi do po­koju, upew­nia­jąc się, czy mama nie za­po­mniała. Szu­kała ich wzro­kiem na ku­chen­nych bla­tach, ale nic nie za­uwa­żyła.

Aneta za­marła, my­śląc, czy na jej li­ście było zro­bie­nie dzi­siaj wie­czo­rem czter­dzie­stu cze­ko­la­do­wych ba­be­czek, bo tyle dzieci miało być na ju­trzej­szym spo­tka­niu, ostat­nim w tym roku. Grupa Hani przy­go­to­wy­wała wi­do­wi­sko na Trzech Króli i do ostat­niej chwili trwały próby. Na osłodę po tych czę­stych i wy­czer­pu­ją­cych spo­tka­niach zor­ga­ni­zo­wano im wspólny syl­we­strowy po­czę­stu­nek po­łą­czony z dys­ko­teką. Szkoła tańca za­jęła się co prawda przy­bie­ra­niem sali i mu­zyką, ale ro­dzice jak zwy­kle mu­sieli się w to włą­czyć. I tak jej w udziale przy­pa­dło piecz­nie ba­be­czek.

– Tak, tak, pa­mię­tam, będę pie­kła za­raz po obie­dzie – szybko za­pew­niła córkę, wie­dząc, ja­kie to dla niej ważne.

– Mamo, czy ty wi­dzia­łaś, co ro­bią Kuba i Olek? A na­rze­kasz, że to ja bie­gam w ba­let­kach, tylko że one są czy­ściut­kie i nie ob­dzie­rają ścian. Niech się na­wet nie ważą prze­kra­czać progu mo­jego po­koju, bo jak zo­ba­czę ich brudne korki na moim ja­snym dy­wa­niku, to im prze­biję piłkę – za­ko­mu­ni­ko­wała ze zmarsz­czo­nym czo­łem Ha­nia, ob­ser­wu­jąc, jak chłopcy wy­bie­gają ze swo­jego po­koju. Te­raz dla od­miany od­bi­jali piłkę o ścianę w przed­po­koju.

Aneta wy­chy­liła się zza ku­chen­nego blatu, dała susa w ich kie­runku, ła­piąc jed­nego za ra­mię, a dru­giego za kark. Za­pro­wa­dziła ich do po­koju, ka­zała im ścią­gnąć buty i po­sprzą­tać po­roz­rzu­cane za­bawki. Dała im na to pięt­na­ście mi­nut. A jak nie, to na­stęp­nego dnia nie pójdą na tre­ning.

– To spe­cjalny tre­ning – ob­ru­szył się star­szy syn – mu­simy iść.

– No wła­śnie, za dwa dni bę­dziemy mieć go­ści, a u was w po­koju taki ba­ła­gan. – Z wy­rzu­tem wska­zała ręką na roz­rzu­cone rze­czy.

– U cie­bie w kuchni też nie wi­dać – po­ża­lił się re­zo­lutny Kuba, nie wie­dząc, że to nie jest od­po­wiedni mo­ment, by zwra­cać uwagę matce.

Aneta miała już od­po­wie­dzieć, by się nie wy­mą­drzał, gdy jej nos wy­czuł nie­przy­jemny za­pach. Pali się! Po­bie­gła do garnka z mię­sem, przy­krę­ciła gaz, za­mie­szała, ale już przy­warło. Wy­cią­gnęła czy­sty gar­nek, prze­ło­żyła mięso, po­now­nie na­sta­wiła, coś chyba da się ura­to­wać, na szczę­ście. Tyle że gar­nek tro­chę przy­pa­lony, bę­dzie trzeba nie­źle się na­skro­bać, by go do­myć. Tak jakby miała jesz­cze mało ro­boty. Wście­kła, że nie do­pil­no­wała po­trawy, krę­ciła z re­zy­gna­cją głową.

– A co tak tu śmier­dzi? Otwórz okno, bo nas po­tru­jesz – rzu­cił Mi­chał, gdy tylko prze­kro­czył próg miesz­ka­nia.

Spoj­rzała z wy­rzu­tem w jego kie­runku, za­le­wa­jąc her­batę w szklan­kach. Ta uwaga ją za­bo­lała, jakby zro­biła to spe­cjal­nie. Tak, chciała ich po­du­sić i byłby święty spo­kój.

– Hej, chło­paki, mama po­zwala wam bie­gać w kor­kach po domu? No, ład­nie! – Po­czo­chrał ich czu­pryny, kiedy ci we­soło wy­bie­gli się przy­wi­tać.

– Idziemy ju­tro na mecz. Pa­mię­tasz, że masz nas za­wieźć? – wo­łał pod­eks­cy­to­wany Kuba.

– Tata nas za­wozi! – wtó­ro­wał Olek.

– A pew­nie, że pa­mię­tam, i wie­cie co? Mam już wolny cały dzień.

Roz­parł się w fo­telu: wy­cią­gnął nogi, ręce uniósł za głowę.

– Może rano umyję auto, po­jadę na chwilę do mamy, je­stem umó­wiony do fry­zjera, pora, żeby mnie tro­chę przy­strzyc. Zdążę ze wszyst­kim do tre­ningu, spo­koj­nie, nic się nie mar­tw­cie – rzu­cił do sy­nów.

Aneta mil­czała. Prze­ły­ka­jąc te słowa ni­czym kasz­tany w skórce, na­kła­dała ziem­niaki na ta­le­rze.

– A my pla­nu­jemy coś wię­cej niż syl­we­ster z Pol­sa­tem? – za­gad­nęła.

– A niby co? – Mi­chał wstał, by ocho­czo za­siąść przy na­kry­tym stole. – Prze­cież ty mu­sisz wcze­śniej ze­rwać się z łóżka, by od sa­mego rana za­cząć już szy­ko­wać obiad. Ja będę roz­sta­wiać stół, przy­da­łoby się zor­ga­ni­zo­wać tro­chę miej­sca na środku po­koju, by się wszy­scy po­mie­ścili. Przy­pil­nuję dzieci, aby nie bie­gały po kuchni mię­dzy ta­le­rzami.

– No tak. Na chwilę za­po­mniała, co ją cze­kało od sa­mego rana. Chaos, har­mi­der i ku­chenna rze­czy­wi­stość. Mó­wią, że jaki pierw­szy dzień roku, taki i cały rok. Prze­ra­ża­jąca wi­zja, wes­tchnęła.

– Chło­paki, obiad! Ha­nia! – krzyk­nęła w stronę po­ko­jów.

– Ja nie lu­bię mięsa. – Olek odło­żył ka­wa­łek na bok ta­le­rza.

– Ja lu­bię. – Kuba za­brał się łap­czy­wie do je­dze­nia.

– Przy­go­to­wa­łaś ziem­niaki? – Mi­chał lu­bił, gdy były po­tłu­czone, wtedy przy­jem­nie mu się je mie­szało z so­sem i łą­czyło z su­rówką.

Kiedy te­le­fon ode­zwał się na bla­cie ku­chen­nym, Aneta prze­rwała obiad, by ode­brać.

– Tak, mamo. Nie oglą­da­łam. Tak, spraw­dzę, do­brze, po­szu­kam. Tak, nie, nie za­pi­suję, będę pa­mię­tać. Na ra­zie, pa. – Krótko i rze­czowo, dziś nie miała czasu na prze­my­śle­nia te­ścio­wej.

– Twoja mama. – Sia­dła, od­po­wia­da­jąc na zdzi­wione spoj­rze­nie męża. – Py­tała, czy oglą­da­łam pro­gram śnia­da­niowy, bo po­dobno po­da­wali prze­pis na farsz do kro­kie­tów. Po­win­nam go za­pi­sać, bo w tam­tym roku wy­szły mi po­dobno za mało pi­kantne. I pro­siła, bym jej po­szu­kała cze­goś o zio­łach.

– A wi­dzisz, mó­wi­łaś, że nie dzwoni za­py­tać, co sły­chać. – Mi­chał z ape­ty­tem po­chło­nął już po­łowę da­nia.

– Ona nie py­tała, co sły­chać i czy mi nie po­móc, tylko jesz­cze do­ło­żyła mi ro­boty. Nie wi­dzisz róż­nicy?! – krzyk­nęła Aneta, ude­rza­jąc ręką w stół, aż pod­sko­czyły ta­le­rze.

– Coś ty taka ner­wowa, w pracy ci nie po­szło czy co? – Mi­cha­łowi aż źre­nice się roz­sze­rzyły ze zdzi­wie­nia.

– Będę mniej ner­wowa, jak wie­czo­rem po­szu­kasz wia­do­mo­ści o tych zio­łach, wy­dru­ku­jesz jej i po­dasz ju­tro. Do­brze? – po­wie­działa, jed­no­cze­śnie nie da­jąc po so­bie po­znać, że jest prze­ra­żona swoją re­ak­cją.

– Do­brze, już do­brze, nie ma pro­blemu. – Mach­nął ręką, jakby od­pę­dzał na­tręt­nego owada. Czuł, że dziś nie warto roz­ma­wiać z żoną, bo zła jak osa. Kiedy za­cznie go­to­wać świą­teczne po­trawy, hu­mor jej się po­prawi.

Woda w ła­zience lała się sze­ro­kim stru­mie­niem już dłuż­szą chwilę. Aneta słu­chała tego od­głosu, gdy udało jej się za­siąść w ci­szy przy stole po tym, jak za­go­niła dzieci do my­cia i do łó­żek. Spa­ko­wała chło­pa­ków do przed­szkola, na­szy­ko­wała im ubra­nia, a ba­beczki... wła­śnie ro­sły w pie­kar­niku, ku­sząc za­pa­chem.

Mi­chał mo­czył się w wan­nie, a ona z kub­kiem her­baty wo­dziła zmę­czo­nym wzro­kiem po sa­lo­nie. Wi­zja ju­trzej­szego dnia, wy­peł­nio­nego od rana do nocy obo­wiąz­kami, po­wo­do­wała ogromne stres i nie­chęć. Otwo­rzyła no­tes, na gó­rze kartki na­pi­sała:

Do zro­bie­nia – ju­tro (31.12.)

1. roz­mro­zić mięso do kro­kie­tów

2. przy­go­to­wać mięso na ko­tlety

3. za­ma­ry­no­wać kur­czaka

4. zro­bić dwie sa­łatki (spraw­dzić, czy wy­star­czy ma­jo­nezu)

5. upiec ser­nik i kar­patkę

6. wy­po­le­ro­wać sztućce i kie­liszki

7. umyć ła­zienkę

8. zro­bić po­rzą­dek u chłop­ców i u Hani

9. wy­cią­gnąć świą­teczne ob­rusy i spraw­dzić, czy kor­ko­ciąg działa (ostat­nio nie dzia­łał)

10. za­pa­ko­wać ba­beczki dla Hani

11. iść do pracy na drugą zmianę

12. przy­go­to­wać ubra­nia swoje i dzieci, spraw­dzić,

czy Mi­chał ma czy­stą ko­szulę na uro­czy­sty obiad

13. po­roz­ma­wiać z Kubą o in­cy­den­cie przed­szkol­nym.

Wy­rwała kartkę, po­ło­żyła ją obok czaj­nika. No, to te­raz trzeba te za­da­nia tylko wy­ko­nać. Ale ju­tro, to bę­dzie już ju­tro.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki