Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Najbardziej osobista książka Pedra Almodovara. Autoportret rozpisany na dwanaście historii, które ujawniają mniej znane oblicze i pasję pisarską popularnego reżysera. Dwanaście historii obejmujących różne okresy: od późnych lat sześćdziesiątych do dziś, i pokazujących ewolucję Almodovara jako artysty.
Mroczne lata edukacji szkolnej, bardzo osobiste wspomnienie o matce, rozważania na temat własnej twórczości – to wszystko autor zamyka w niewielkich formach fabularnych, dzięki którym możemy odkrywać go na nowo, szukać kolejnych tropów dotyczących jego życia i dzieł. Teksty składające się na ten tom Almodóvar pisał do szuflady przez blisko pięćdziesiąt lat. Fikcja przenika się tu z rzeczywistością, humor – z powagą, racjonalność – z szaleństwem, a logika – z paradoksem. Lektura tych opowiadań przypomina oglądanie filmów Almodovara: zaskakuje, bawi, dezorientuje, wzrusza, skłania do refleksji. A znany reżyser okazuje się również znakomitym stylistą doskonale władającym piórem.
Książkę poleca Grażyna Torbicka: „Taki jest Almodóvar. Są tu szczerość i tajemnica, szaleństwo i spokój, radość chwili i smutek przemijania, a przede wszystkim pasja i pożądanie”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 225
Rok wydania: 2023
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Loli Garcíi, mojemu bratu Agustinowii Jonasowi Peiró
I zawierały opisy chwil, które były mu drogie, ale o których nie mógł nikomu powiedzieć. Przelotne spojrzenia na młodych mężczyzn, przychodzących na jego odczyty lub spotykanych na koncertach. Spojrzenia, które czasami były odwzajemniane, a potem stawały się niedwuznaczne w swojej intensywności. Chociaż cieszyły go publicznie okazywane wyrazy uznania i cenił sobie liczną publikę, która przychodziła go posłuchać, zawsze najlepiej pamiętał te przypadkowe kontakty, milczące i ukradkowe. Rzeczą nie do pomyślenia było niezarejestrowanie w dzienniku sygnału przesłanego spojrzeniem z jego potajemną energią.
Colm Tóibín, Czarodziej[1]
WSTĘP
Wielokrotnie sugerowano mi, żebym napisał autobiografię, a ja zawsze odmawiałem. Proponowano także, żeby ktoś inny napisał moją biografię, ale wizja książki opowiadającej o mnie jako o osobie wywołuje we mnie pewien rodzaj alergii. Nigdy nie prowadziłem dzienników, a kiedy próbowałem, kończyło się na drugiej stronie; jednak niniejsza książka stanowi zaprzeczenie tego wszystkiego. Najbliżej jej do autobiografii fragmentarycznej, nieco enigmatycznej i niepełnej. Mimo to wierzę, że osoby, które ją przeczytają, uzyskają pełny obraz mnie jako filmowca, jako opowiadacza historii (pisarza), a także tego, w jaki sposób te dwie role mieszają się i łączą w moim życiu. Jednak w tym, co napisałem, są kolejne sprzeczności – choć twierdzę, że nigdy nie potrafiłem prowadzić dziennika, w tym zbiorze pojawiają się cztery opowiadania, które świadczą o czymś przeciwnym: te o śmierci mojej matki, o wizycie u Chaveli w Tepoztlán, Kronika pustego dnia i Zła powieść. Są one bezpośrednim zapisem moich doświadczeń w chwili, kiedy je przeżywałem, bez grama dystansu. Niniejszy zbiór opowiadań (wszystko jest dla mnie opowiadaniem, nie uznaję podziałów gatunkowych) ukazuje ścisły związek między tym, co piszę, tym, co filmuję, i tym, co przeżywam.
Te niepublikowane dotąd opowiadania leżały w moim gabinecie, wraz z całą stertą innych, zarchiwizowanych przez Lolę Garcíę. Lola jest moją asystentką, odpowiedzialną za tego typu zadania. Wykopała teksty ze starych niebieskich teczek, które uratowała z chaosu licznych przeprowadzek. Wraz z Jaumem Bonfillem postanowili je odkurzyć. Nie czytałem ich od czasu napisania; Lola je zarchiwizowała, a ja o nich zapomniałem. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy wracać do nich po kilkudziesięciu latach, gdyby nie zasugerowała, żebym rzucił okiem. Lola dokonała rozsądnego wyboru i dała mi kilka do przeczytania, żeby zobaczyć, jak zareaguję. Przeglądałem je w wolnych chwilach między pre- a postprodukcją Strange Way of Life. Nie wprowadzałem poprawek, bo zależało mi na tym, żeby przypomnieć sobie siebie i te opowiadania dokładnie takimi, jakie były w chwili powstania, i przekonać się, jak zmieniło się moje życie i wszystko, co mnie otacza, od kiedy ukończyłem szkołę z dwiema maturami[2].
Od dziecka wiedziałem, że jestem pisarzem, zawsze pisałem. Jeśli coś było dla mnie jasne, to moje powołanie literackie, a jeśli czegoś nie jestem pewny, to moich osiągnięć. W dwóch z zamieszczonych tu tekstów opowiadam o mojej miłości do literatury i pisania (Życie i śmierć Miguela – napisanym wieczorami w latach 1967–1970 – i stworzonej w tym roku Złej powieści).
Przeprosiłem się z niektórymi z nich i przypomniałem sobie, kiedy i gdzie je pisałem. Widzę się, jak piszę Życie i śmierć Miguela na olivettim, siedząc na patiu domu rodzinnego w Madrigalejo wśród winorośli, obok wiszącego na sznurku oskórowanego królika, przypominającego paskudny lep na muchy. W biurze telekomunikacji, na początku lat siedemdziesiątych, pisałem ukradkiem, kiedy już skończyłem pracę na dany dzień. Pisałem też oczywiście wszędzie tam, gdzie mieszkałem, zawsze przy oknie.
Niniejsze opowiadania stanowią dopełnienie moich filmów: czasami służyły mi jako bezpośrednie odzwierciedlenie danego momentu w moim życiu – i albo wiele lat później stawały się filmami (Złe wychowanie, niektóre fragmenty Bólu i blasku), albo kiedyś w końcu się nimi staną.
Wszystkie te teksty uznaję za inicjacyjne (nie uważam jeszcze tego etapu za zamknięty), a wiele z nich powstaje w ramach walki z marazmem. W 1979 roku tworzę postać szaloną pod każdym względem, Patty Diphusę (Wyznania seksbomby), a w nowy wiek wchodzę z kroniką pierwszego dnia sieroctwa (Ostatni sen); powiedziałbym, że we wszystkich późniejszych tekstach – łącznie z Gorzką Gwiazdką, gdzie pozwoliłem sobie zawrzeć wstawkę w postaci monologu o Chaveli, której głos stanowi nieodłączny element wielu moich filmów – kieruję wzrok na siebie i przeistaczam się w nową postać, o której piszę w Żegnaj, wulkanie, Kronice pustego dnia i Złej powieści. Ta nowa postać, ja sam, stanowi przeciwieństwo Patty, choć współtworzymy tę samą osobę. W tym nowym wieku przeistaczam się w kogoś, kto jest mroczniejszy, bardziej surowy i melancholijny, mniej pewny siebie i świata, wystraszony – i to stamtąd czerpię inspirację. Dowodem na to są moje filmy, zwłaszcza te, które zrobiłem w ostatnich sześciu latach.
To wszystko znajduje się w tej książce; odkrywam także, że tuż po przyjeździe do Madrytu, na początku lat siedemdziesiątych, byłem już osobą, w którą miałem się przeistoczyć: Wizyta przeobraziła się w Złe wychowanie dopiero w 2004 roku, ale gdybym miał pieniądze, już wtedy zadebiutowałbym jako reżyser z Joanną, świrniętą królewną albo Ceremonią lustra i dalej robiłbym filmy, które nakręciłem później. Ale niektóre z tych opowiadań pochodzą jeszcze sprzed mojej przeprowadzki do Madrytu, powstały w latach 1967–1970: to Odkupienie i wspomniane już Życie i śmierć Miguela. W obu dostrzegam, z jednej strony, że dopiero co skończyłem szkołę, a z drugiej – młodzieńczą udrękę, strach przed życiem w pułapce małego miasteczka, konieczność jak najszybszej ucieczki do Madrytu (przez te trzy lata mieszkaliśmy z rodziną w Madrigalejo w prowincji Cáceres).
Próbowałem zostawić opowiadania w takiej formie, w jakiej powstały, ale muszę przyznać, że przy Życiu i śmierci Miguela nie mogłem się oprzeć i wprowadziłem pewne poprawki; styl wydał mi się za bardzo specyficzny i wydumany, dokonałem więc drobnych korekt, z poszanowaniem ducha oryginału. To jedno z opowiadań, których lektura, po ponad pięćdziesięciu latach, najbardziej mnie zaskoczyła. Świetnie pamiętałem pomysł, na którym zasadza się cała narracja, opowiedzenie życia w przeciwnym kierunku. Ten element okazał się najważniejszy i – jeśli wolno mi tak powiedzieć – absolutnie oryginalny. Kilkadziesiąt lat później pomyślałem, że w Ciekawym przypadku Benjamina Buttona ukradli mi koncept. Sama historia jest bardzo konwencjonalna i odzwierciedla przebieg mojego życia, wówczas jeszcze bardzo krótkiego. Najważniejszy jednak był koncept. Kiedy czytam ten tekst dzisiaj, uświadamiam sobie, że opowiada przede wszystkim o pamięci i o naszej bezradności w obliczu upływu czasu. Z taką myślą zapewne pisałem tę historię, ale zapomniałem o tym i teraz nie mogę się nadziwić. We wszystkich opowiadaniach z tamtej dekady przewijają się także motywy religijne, pokłosie mojej katolickiej edukacji.
Radykalny przełom następuje w 1979 roku, wraz z kreacją Patty Diphusy; nie mógłbym napisać takiej postaci ani wcześniej, ani później niż w szalonej końcówce lat siedemdziesiątych. Oczami wyobraźni widzę, jak siedzę wtedy przy maszynie, zajmuję się wszystkim, co popadnie, żyję i piszę z zawrotną prędkością. Stulecie kończę Ostatnim snem, relacją z pierwszego dnia sieroctwa; zależało mi na umieszczeniu tu tej krótkiej kroniki, gdyż uważam, że te pięć stron należą do najlepszych tekstów, jakie dotychczas napisałem. Nie czyni to jednak ze mnie wielkiego pisarza – byłoby tak, gdybym zdołał napisać co najmniej dwieście stron tego samego kalibru. Żeby mógł powstać Ostatni sen, musiała umrzeć moja matka.
Oprócz wspomnianego już związku Wizyty ze Złym wychowaniem w zebranych tu tekstach przewija się wiele tematów i wątków, które pojawiają się w moich filmach lub jakoś na nie wpływają. To na przykład moja obsesja na punkcie Głosu ludzkiego Cocteau, widoczna już w Prawie pożądania, stanowiła podstawę Kobiet na skraju załamania nerwowego i pojawiła się po raz kolejny w Przerwanych objęciach, a w końcu dwa lata temu znalazła wyraz w Ludzkim głosie z Tildą Swinton. Również w Zbyt wielu tranzycjach opowiadam o jednym z elementów kluczowych dla Wszystkiego o mojej matce: eklektyzmie, mieszance nie tylko gatunków, lecz także dzieł, które mnie ukształtowały – oprócz monodramu Cocteau był to też Tramwaj zwany pożądaniem Tennessee Williamsa (El Deseo – „pragnienie”, „pożądanie” – to nazwa mojej firmy producenckiej) i Premiera, film Johna Cassavetesa. Wszystko, co wpadło mi w ręce albo mignęło mi przed oczami, przywłaszczałem sobie i przetwarzałem jako swoje, choć nie w tak skrajny sposób jak León w Zbyt wielu tranzycjach.
Jako filmowiec narodziłem się w szczytowym okresie postmodernizmu: idee można było czerpać zewsząd; wszystkie epoki i style współistniały obok siebie, zniknęły uprzedzenia ze względu na gatunek i płeć oraz getta; nie liczył się też wtedy rynek, wyłącznie głód życia i chęć tworzenia. Były to idealne warunki dla kogoś, kto – tak jak ja – chciał pożreć wówczas cały świat.
Mogłem czerpać inspirację z podwórek w Kastylii-La Manchy, gdzie spędziłem najwcześniejsze lata, z ciemnej sali Rock-Ola[3], zatrzymując się – jeśli było to potrzebne – w bardziej ponurych obszarach późniejszego dzieciństwa w szkole-więzieniu u salezjanów. Były to lata burzliwe i zarazem olśniewające, gdyż ścieżkę dźwiękową do tego salezjańskiego horroru stanowiły łacińskie msze, które sam śpiewałem jako solista chóru (Ból i blask).
Mogę dziś stwierdzić, że to właśnie w tych trzech miejscach się ukształtowałem: na podwórkach La Manchy, gdzie kobiety dziergały klockowe koronki, śpiewały i obgadywały całą wioskę; w trakcie cudownej eksplozji wolności podczas madryckiej nocy lat 1977–1990; oraz w mrokach edukacji religijnej, którą odebrałem w szkole salezjanów na początku lat sześćdziesiątych. Wszystkie te wątki skupiają się w niniejszej książce, ale towarzyszą im też inne: Pragnienie nie tylko jako nazwa firmy producenckiej, lecz także jako szaleństwo, epifania i prawo, któremu trzeba się poddać, jakbyśmy byli bohaterami tekstu bolera.
Wizyta
Na ulicy małego miasteczka w Estremadurze mniej więcej dwudziestopięcioletnia dziewczyna zwraca uwagę przechodniów swoim ekstrawaganckim wyglądem. Jest południe i jej strój, sam w sobie rzucający się w oczy, w świetle słońca wydaje się jeszcze bardziej niestosowny. Ale ona idzie niewzruszona, nic jej nie obchodzą zaskoczone spojrzenia. Dziewczyna porusza się bardzo pewnie, jakby wypełniała stary, dopracowany plan. Jej sukienka, kapelusz i pozostałe dodatki są identyczne z tymi, które nosiła Marlene Dietrich w Diabeł jest kobietą, gdy próbowała uwieść ważnego urzędnika, aby wydawał paszporty jej i Cesarowi Romero. Ruchy dziewczyny nie tylko przypominają ruchy słynnej gwiazdy, lecz są wręcz dokładną ich kopią. Ten widok, wyrafinowany i anachroniczny, na tle małego miasteczka sprawia wrażenie kompletnie nierzeczywistego i skandalicznego.
Kobieta zatrzymuje się przed drzwiami szkoły ojców salezjanów i wchodzi do budynku równie pewnie, jak wcześniej szła ulicą. Nie ma cienia wahania w jej postawie, porusza się tak, jakby doskonale znała szkołę. Ze stróżówki wychodzi jej na spotkanie zdumiony ksiądz.
– W czym mogę pani pomóc? – pyta wyraźnie zmieszany.
– Chciałabym się widzieć z ojcem dyrektorem – odpowiada kobieta z miażdżącą naturalnością. Ksiądz patrzy na nią niemal z przerażeniem i mówi bez przekonania:
– Nie jestem pewien, czy jest w szkole.
– Wiem, że o tej porze przebywa w swoim gabinecie.
Chociaż dziewczyna wypowiada się w sposób kategoryczny, jej pewność niweluje prowokację mogącą pobrzmiewać w jej słowach. Ksiądz taksuje ją spojrzeniem od stóp do głów i nie wie, co powiedzieć. „Nie powinienem jej wpuszczać, jej wygląd jest szokujący”, myśli.
– Niech pani zrozumie, do tej szkoły chodzą młodzi chłopcy i...
– I co?
– No więc pani... w tym stroju...
– Co jest nie tak z moim strojem? – Dziewczyna ogląda się, jakby się bała, że ma jakąś plamę albo dziurę. – Nie podoba się panu?
– Nie o to chodzi...
– W takim razie o co? Nie chce mi chyba ksiądz powiedzieć, że wasi uczniowie nigdy nie widzieli kobiety.
– Proszę pani!
A ona ucina:
– To jak? Ojciec dyrektor jest w swoim gabinecie czy nie?
– Nie wiem, czy będzie mógł panią przyjąć w tej chwili.
– Jestem tu w bardzo pilnej sprawie, która interesuje go tak samo jak mnie. Ale nie musi ksiądz pokazywać mi drogi, znam ją, mój brat uczył się tutaj i często przyjeżdżałam do niego w odwiedziny.
Nie czekając na odpowiedź, rusza wąskim korytarzem prowadzącym na patio. Mężczyzna idzie za nią zaniepokojony.
– Proszę pani! Proszę pani!
– To te drzwi z lewej strony, prawda?
– Tak, to tu. – Ksiądz patrzy za nią nieco ogłupiały.
Na patio nie ma nikogo, jest dzień świąteczny i większość uczniów mieszkających w internacie przebywa w mieście. Zostali tylko ci odbywający karę i ci, którzy chcą się uczyć. Dziewczyna ostentacyjnie schodzi po schodach i kieruje się do drzwi wskazanych przez księdza. Stuka dwa albo trzy razy i czeka. Proszę wejść, mówi głos ze środka. Otwiera drzwi i wchodzi. Około czterdziestopięcioletni zakonnik siedzi za biurkiem, na jej widok nie może opanować zdziwienia.
– Kim pani jest?
– Proszę nie patrzeć na mnie w ten sposób. Jestem siostrą jednego z pańskich dawnych uczniów i przyszłam porozmawiać z księdzem w jego imieniu. – Kobieta uśmiecha się zuchwale.
Ojciec dyrektor zwraca się do niej oschle, ale zaciekawiony, o co może chodzić.
– O którym uczniu pani mówi?
– Jestem siostrą Luisa Rodrigueza Bahamondego.
Na dźwięk tego nazwiska wyraz twarzy zakonnika się zmienia, mężczyzna patrzy na nią z większym zainteresowaniem, nie zwraca już uwagi na jej strój, szuka jedynie szczegółów, które potwierdziłyby, że mówi prawdę.
– Jest pani siostrą Luisa? – pyta z nadzieją, a dziewczyna chłodno potwierdza. – Przyjaźniliśmy się z pani bratem, nie był dla mnie pierwszym lepszym uczniem. – W słowach zakonnika pobrzmiewa oczywista nostalgia.
– Przyszłam o nim porozmawiać.
– Bardzo się cieszę. Nie widziałem go od tak dawna! Byliśmy dobrymi przyjaciółmi... Ale chłopcy, kiedy kończą szkołę, zupełnie o nas zapominają. Napisałem do niego kilka listów, żeby dowiedzieć się, co u niego słychać, ale nigdy nie odpowiedział. Jak się miewa? Wyobrażam sobie, że bardzo się zmienił, musi być już mężczyzną. Kiedy się pani przyglądam, widzę, że jesteście do siebie podobni, ma pani te same oczy.
Ona słucha, poważna, w milczeniu.
– Z powodu powołania sam oczywiście nie miałem dzieci, ale czuję podobną potrzebę jak każdy człowiek, żeby chronić i kształtować tych, którzy zaczynają życie. – Na chwilę zawiesza głos, dziewczyna świdruje go wzrokiem, nie mrugając, ale on prawie tego nie widzi, zatopiony we wspomnieniach. – Pani brat Luis był dla mnie jak syn. Bardzo się cieszę, że pani tu jest. Jak pani ma na imię?
– Paula.
– Musi mi pani wiele opowiedzieć. Ale najpierw proszę zdradzić, po co pani przyjechała.
– Mam do przekazania złą wiadomość.
– Co się stało?
– Kilka miesięcy temu moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym.
– To straszne! Tak bardzo mi przykro.
Ojciec dyrektor wydaje się naprawdę skonsternowany. Odkąd Paula weszła do jego gabinetu, stara się nie zauważać jej dziwnego stroju. Na wieść o tym, że jest siostrą Luisa, tak bardzo się ucieszył... Wiadomość o tym, że ich rodzice zginęli, oraz chłód, z jakim to oznajmiła, sprawiają, że jej zachowanie wydaje mu się niezrozumiałe, zwłaszcza jej ekstrawagancki i niestosowny ubiór. Aby nie zaogniać sytuacji, powstrzymuje się od komentarza, ale przez to rozmowa staje się mniej serdeczna, niżby tego chciał.
– Jak może sobie ksiądz wyobrazić, był to straszny cios – ciągnie Paula. – Ostatnie miesiące były nieznośne, dopiero teraz czuję w sobie dość siły, żeby walczyć.
Te słowa w ustach Pauli, ubranej w tak wyuzdany strój, brzmią fałszywie, ale jej zdecydowany ton nie pozwala na żaden sprzeciw.
– Bóg wam pomoże, zaufajcie Mu, nie jesteście sami.
Oboje przez jakiś czas milczą i nagle ksiądz pyta:
– A Luis, jak to przyjął...?
– Jechał z nimi, żadne z trojga nie przeżyło.
– O mój Boże! Luis!
Dla ojca dyrektora to najgorsza wiadomość, jakiej mógł się spodziewać. Nie rusza się zza biurka i patrzy na Paulę jak zahipnotyzowany, ale nie widzi jej, lecz Luisa. Powtarza jego imię, a twarz zalewają mu łzy. Paula, niezwykle poważna, patrzy na niego nieporuszona. Tak mija kilka chwil.
– Proszę mi wybaczyć. Bardzo kochałem pani brata, gdybym miał syna, nie kochałbym go mocniej. Widziałem, jak dorasta, dojrzewa, to straszne. Ile miał lat?
– Dwadzieścia cztery.
Ojciec dyrektor wygląda na kompletnie zdruzgotanego. Ta wiadomość jest dla niego prawdziwym szokiem. Znów spogląda na Paulę, jej sukienka wydaje mu się coraz bardziej żałosna i niestosowna; z drugiej strony chłód, z jakim opowiada o wszystkich tych nieszczęściach, irytuje go. Jak może mówić o tym, że jej rodzice i brat nie żyją, tak beznamiętnym tonem? Siedząca naprzeciw kobieta wydaje mu się w jakiś niewiarygodny sposób doskonalsza od niego, jakby nawet śmierć nie mogła jej dotknąć. Co kryje się za tym pokazem arogancji?
– Przyniosłam księdzu jedno z jego ostatnich zdjęć. Domyślam się, że będzie chciał je ksiądz zachować.
– Ach tak, oczywiście.
Od pierwszej chwili ksiądz myśli, że nie powinien uzewnętrzniać swoich uczuć wobec byłego ucznia, dopóki nie pozna Pauli lepiej, ale odczuwał tak wielką potrzebę rozmowy o Luisie, że nie potrafił się powstrzymać. Patrząc na jego siostrę, rozumie swój błąd. Chociaż w gruncie rzeczy nie powiedział przecież nic więcej niż to, co mówił jej rodzicom, kiedy przyjeżdżali w odwiedziny do syna. Ale oni reagowali w inny sposób. Byli dumni, że Luis trafił pod skrzydła najważniejszej osoby w szkole.
Po usłyszeniu wiadomości ksiądz czuje się zdruzgotany, a obecność Pauli odbiera mu pewność siebie.
– Proszę – mówi ona – zrobiono je na krótko przed wypadkiem.
To jedno z najlepszych zdjęć z ostatniego okresu życia Luisa. Jest nagi, fotografia ukazuje go powyżej pasa. Ze zdjęcia Luis patrzy, jakby chciał zwierzyć się ze wszystkiego, nie mówiąc ani słowa. Ojciec dyrektor przypomina sobie, że zawsze prosił go o to, by przysłał mu zdjęcie, ale on nigdy tego nie zrobił.
– Bardzo się zmienił, a jednak poznałbym go na ulicy. Nie mogę uwierzyć w to, że nie żyje.
Widząc smutek księdza, Paula odpowiada cynicznie:
– No cóż, dla duchownych śmierć nie jest pewnie taka straszna jak dla nas.
– Dlaczego? – Zakonnik nie rozumie tej uwagi.
– Bóg jest po waszej stronie i to powinno być wielkim pocieszeniem. Wyobrażam sobie, że dla was każde nieszczęście ma inną wagę niż dla zwykłych ludzi.
Ojciec dyrektor patrzy na nią tak, jakby chciał zaprotestować, ale w końcu tego nie robi.
– Mimo naszej posługi nic nie chroni nas przed ludzkim bólem – zauważa zirytowany i przybity. Stara się nie wybuchnąć i nie powiedzieć bezczelnej dziewczynie, co o niej myśli. – Ale nie mówmy o tym w tej chwili, niech mi pani opowie o swoim bracie: co robił przez ostatnie lata, jaki był?
– W ostatnich latach zajmował się głównie literaturą. To go najbardziej interesowało. Ciągle wątpił w wartość swojego dzieła, to prawda, że musiał się jeszcze wiele nauczyć, ale zdążył napisać już sporo interesujących rzeczy, chociaż sam nie był z nich zadowolony. Bardzo się kochaliśmy – ciągnie Paula. Wyraz jej twarzy robi się na chwilę mniej zimny, ale zaraz jej rysy znów twardnieją. – Wychowaliśmy się razem, znałam go tak dobrze jak siebie samą, nie mieliśmy przed sobą żadnych tajemnic. Przyszłam tu, bo jestem pewna, że on także by to zrobił.
Paula mówi spokojnie, niewzruszona. W jej słowach czuć jakąś zawoalowaną groźbę. Ojciec dyrektor jest bardzo zdenerwowany i nie wie, jak z nią rozmawiać. W miarę upływu czasu atmosfera staje się coraz dziwniejsza, a on nie ma pojęcia, jak się zachować, żeby nie pogarszać sytuacji; jedyne, czego pragnie, to żeby dziewczyna opowiadała o Luisie. Ale w tym momencie Paula wyjmuje szminkę i lusterko i na oczach osłupiałego księdza maluje się zmysłowo. W obliczu tej groteskowej prowokacji ojciec dyrektor nie potrafi się powstrzymać.
– Czy pani trochę nie przesadza?
– Przesadzam? Z czym? – Przerywa robienie makijażu, by na niego spojrzeć.
– Z tą frywolnością.
Paula uśmiecha się z satysfakcją.
– Yhm. Uwielbiam frywolność.
– Po co się pani tak ubrała? To nie tylko w złym guście, ale też żałosne.
Dziewczyna nie wydaje się zaskoczona tą nagłą, dziwną zmianą tonu, kontynuuje agresywnie, pewna siebie:
– No tak, księdzu wszystko, co pochodzi z tego świata, musi wydawać się niestosowne.
– Nie wiem, o czym pani mówi. – Zakonnik nie kryje już swojego niezadowolenia.
– Wyjaśnię księdzu, dlaczego się tak ubrałam – mówi Paula uprzejmie, jakby miała opowiedzieć jakąś historię. – Jest taka słynna gwiazda filmowa, Marlene Dietrich, słyszał o niej ksiądz?
– Nie – odburkuje kapłan, zastanawiając się, do czego zmierza ta wariatka.
– Uwielbiam Dietrich. W jednym ze swoich starych filmów występuje w identycznej sukience, a w innej scenie tego samego filmu śpiewa coś takiego...
Paula wstaje i zaczyna nucić piosenkę. Ksiądz przerywa jej i błaga, by zamilkła, ale ona nie zwraca na niego najmniejszej uwagi, śpiewa do końca, traktując go jako cząstkę niewidzialnej widowni, którą próbuje uwieść.
– Koniec występu! Dość tego! – mamrocze bezradnie rozzłoszczony ojciec dyrektor.
Paula śmieje się z pogardą.
– To dopiero początek!
– Po co pani tu przyszła?
– Porozmawiać o moim bracie – mówi tak, jakby nic się nie stało – i zrobić coś, czego on nie mógł zrobić, bo zabrakło mu czasu.
– I musiała pani tu przyjść w takim stroju?
– Tak.
– Zapewniam panią, że gdyby nie chodziło o pamięć o Luisie, nie pozwoliłbym pani powiedzieć słowa więcej.
– To samo mogłabym powiedzieć ja. Mnie też się nie podoba to, jak się ksiądz ubiera, a do tej pory nie wspomniałam o tym słowem.
– Wygląda pani jak prostytutka.
– Ma ksiądz nosa.
– Nie wiem, do czego pani zmierza, ale zniosłem już i tak zbyt wiele. Proszę stąd wyjść!
– A nie porozmawiamy o moim bracie? Gdzie się nagle podziała księdza ciekawość? Zachowujmy się jak cywilizowani ludzie. – Sugeruje księdzu, by usiadł. – Przeczytam ojcu jedną z jego opowieści, może księdza zainteresuje. Pamiętam, że to tutaj zaczął pisać. Do dziś mam jego utwór poetycki poświęcony Najświętszemu Sercu, za który dostał ocenę celującą na zajęciach z literatury, był wtedy w pierwszej klasie liceum.
– Tak, pamiętam to doskonale. – Zakonnik czuje się rzucany z kąta w kąt, jak piłka. – To ja uczyłem go tego przedmiotu. Jak na swój wiek przejawiał wielką wrażliwość. Cieszę się, że nie zrezygnował z pisania.
– Już mówiłam, że to było jego głównym zajęciem. Niedługo ukaże się jego książka, wybór opowiadań. Są jeszcze w druku, ale przyniosłam kilka z nich.
– To wszystko to jakiś absurd, gdyby nie wasze niezwykłe podobieństwo, pomyślałbym, że to niesmaczny dowcip. W każdym razie jestem wdzięczny, że nawet w takich okolicznościach zadała sobie pani trud, żeby przynieść mi jego opowiadania. Zajrzę do nich z wielką przyjemnością.
– Przeczytam księdzu pierwsze z nich. Poświęcił je swoim szkolnym latom.
– Pisze o nas?
– Tak, proszę posłuchać.
Uczniów, którzy przez ostatni miesiąc mieli najlepsze oceny – ja prawie zawsze znajdowałem się wśród nich – nagradzano dodatkowym dniem wolnym, podczas gdy pozostali chłopcy zostawali w szkole na zwykłych lekcjach. Gdy nie było za zimno, spędzaliśmy ten czas na świeżym powietrzu, wychodziliśmy po śniadaniu i wracaliśmy na kolację. Wtedy towarzyszył nam jeden z nauczycieli, żeby się nami opiekować. Zwykle dla niego to też była nagroda, bo bawił się tak dobrze jak my. Jego jedynym zadaniem było nieoddalanie się od nas i dbanie o to, by nie stało się nic złego. Często te wycieczki udawały się tylko ze względu na atrakcyjność ich uczestników, niektórzy przygotowywali wcześniej plan dnia, wypełniając go oryginalnymi i wciągającymi zabawami; inni opowiadali nam mnóstwo śmiesznych anegdot, a my nigdy nie byliśmy pewni, czy były prawdziwe, czy wymyślali je na bieżąco, a może wyczytali w jakiejś książce, chociaż zawsze zapewniali nas, że przydarzyły się właśnie im.
Na wycieczce, o której opowiem, towarzyszył nam około trzydziestoletni don Ceferino. Był piękny wiosenny dzień i poszliśmy na piknik nad rzekę, nad którą rosły krzaki. Ja nie bardzo ufałem don Ceferinowi, w jego sposobie bycia odpychała mnie swego rodzaju przebiegłość; cechowała mnie wielka pobożność i dla mnie ideał księdza był taki, jak opowiadano nam w żywotach świętych, zawsze gotowy, by unieść się nad ziemią z oczami utkwionymi wyłącznie w niebie. To, że don Ceferino uśmiechał się jak zwykły śmiertelnik, kazało mi myśleć, że jest w nim coś, co nie pasuje do jego profesji.
Nie wiem, w jaki sposób znalazłem się na zboczu wzgórza, w cieniu drzewa, osłonięty krzakami i leżący obok niego, podczas gdy pozostali chłopcy bawili się gdzie indziej. Musieli być blisko, ale nie widzieliśmy ich. (Teraz rozumiem, jak wielka była bezczelność don Ceferina, któryś z nich mógł pojawić się w każdej chwili). Nie pamiętam, co do mnie mówił, oczywiście ani on, ani ja nie zwracaliśmy uwagi na te słowa, wypowiadał je tylko po to, by wypełnić ciszę. Rozpiął morze guzików sutanny, dokładnie te w jej środkowej części, chwycił mnie za rękę i wsunął ją w ten otwór. Zacząłem się trząść, przerażony i podniecony, i natychmiast cofnąłem dłoń, ale on znów gwałtowanie mnie za nią złapał. Po bezowocnych zapasach pozwoliłem mu się nią masturbować; robiąc to, czułem jednocześnie ciekawość i obrzydzenie. Włosy na jego genitaliach przypominały mi suchą i szorstką trawę na łące. Kiedy znaleźliśmy się z powrotem w szkole, nie mogłem się po tym otrząsnąć. Żeby ukoić niepokój, postanowiłem udać się do kierownika duchowego, nie miałem pojęcia, kogo prosić o pomoc, próbowałem więc przekonać sam siebie, że on mi pomoże.
Następnego dnia po obiedzie poszedłem do jego pokoju, żeby z nim porozmawiać. Zastukałem do drzwi, ze środka zapytał mnie, kim jestem i czego chcę, a kiedy powiedziałem, że chciałem się wyspowiadać, odparł, że jest zajęty, żebym przyszedł wieczorem do jego konfesjonału podczas błogosławieństwa (błogosławieństwo było ceremonią religijną, w której uczestniczyliśmy codziennie przed kolacją). W tym okresie bałem się życia, czułem się kompletnie bezbronny i próbowałem znaleźć na to lekarstwo w pobożności, mimo że nie przynosiła mi ona całkowitej ulgi. Ale byłem taki młody – miałem dziesięć lat – że chociaż nie czułem wiary, mogłem dzięki niej przetrwać. W tamtym czasie świadomość, że z całą pewnością popełniłem grzech śmiertelny, wydawała mi się nie do zniesienia. Godziny, które upłynęły, zanim zapadł wieczór, dłużyły mi się w nieskończoność, czułem, że Bóg może mnie zabić w każdej chwili. Uważałem za całkiem logiczne, że nagle uderzy we mnie piorun albo runę ze schodów zepchnięty przez niewidzialną siłę, albo że cała szkoła zwali mi się na głowę i pogrzebie pod gruzami.
Gdy w końcu weszliśmy do kościoła, podziękowałem Bogu za to, że jeszcze żyję, a mój niepokój zmalał na widok konfesjonału. Ruszyłem ku niemu, klęczałem przed nim, robiąc krótki rachunek sumienia, ale nie mogłem się skupić, podszedłem do jego przedniej części i uniosłem nieco zasłonkę, za którą znajdował się ksiądz, żeby wsunąć tam głowę. Sądziłem, że jak zwykle otoczy moje ramiona, żeby lepiej mnie słyszeć, i tak, obejmując mnie za zasłonką, zacznie szeptać te słowa co zawsze, ale tak nie było. Kiedy znalazłem się naprzeciwko niego, zapalił światło i... nie wiem, jak opisać moje wrażenie, zobaczyłem ojca Josego, mojego kierownika duchowego, był uśmiechnięty i przebrany za kobietę, w sukience z czerwonego aksamitu w stylu lat czterdziestych i w blond peruce. Makijaż uwidaczniał jego naturalną bladość i różowił jego policzki; usta były krwistoczerwone. Nie mogłem powstrzymać krzyku.
– Nie bój się – powiedział przymilnie.
– Nie spodziewałem się zobaczyć ojca w takim stroju. – Zakręciło mi się w głowie.
W najprostszy możliwy sposób, jakby nie rozumiał mojego zmieszania, zapytał:
– Podoba ci się?
Nie mogłem wydusić z siebie żadnego artykułowanego słowa. On wyjaśnił mi pouczającym tonem:
– Piękno jest darem Bożym i pielęgnowanie go jest jak oddawanie Bogu czci. A przecież to wszystko uczyniło mnie piękniejszym, prawda? Znaczenie naszego kapłaństwa nie zależy od tego, jak jesteśmy ubrani. Przecież to nie habit czyni mnicha. Esencja kapłana to coś intymnego, abstrakcyjnego, nie ma nic wspólnego z materialnymi akcesoriami. Poza tym, że mnie to bawi, zrobiłem to także dlatego, żeby rozproszyć twoje wątpliwości i sprawić, że będziesz bardziej elastyczny, oceniając postępowanie innych. Rozumiesz?
– Tak, ojcze. – Ale byłem tylko coraz bardziej zagubiony.
– To akt miłości bliźniego, dobroczynny, to, co w tej chwili robię. Ja ofiaruję ci piękno, a czyż piękno nie jest ważne?
– Tak, ojcze.
– Ofiaruję je tobie, sobie i czerpiemy z tego obaj przyjemność. Nie chcę przez to powiedzieć, że już zawsze będę się tak ubierał, chociaż nie zabrania tego żadne prawo. Ale jako że bracia z naszego zakonu tradycyjnie nosili czarne sutanny, uszanuję gust naszego założyciela. Ważne, żebyś zrozumiał, że w naszym życiu są różne momenty i czasem zabawnie jest się przebrać. Dobrze, a teraz możemy zacząć spowiedź. Włożę stułę.
Wyrecytował rutynową formułę początkową, ale ja po „obraziłem Pana Boga następującymi grzechami” byłem tak bardzo zdezorientowany, że nie wiedziałem, jak zacząć.
– No już, powiedz mi, jakimi grzechami obraziłeś Boga?
– Bo... ja nie wiem, jak to powiedzieć. Zdarzyło mi się coś okropnego i sądzę, ale nie jestem pewien, że uległem pokusie, chociaż w tamtym momencie tak naprawdę czułem tylko obrzydzenie.
Bardzo zdenerwowany opowiedziałem o tym, co zaszło na pikniku.
– Jeśli coś różni nas od zwierząt, drogi Luisie, to fakt, że my ulegamy pokusom, grzeszymy, bo mamy możliwość wyboru.
– Co chce mi ojciec powiedzieć? Nie rozumiem.
– Że to, co zrobił ojciec Ceferino, jest zrozumiałe i ludzkie. – Uśmiechnął się do mnie łagodnie.