Podwójne widzenie - Zdeněk Svěrák - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Podwójne widzenie ebook i audiobook

Zdeněk Svěrák

4,1

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

19 osób interesuje się tą książką

Opis

Pisanie opowiadań jest jak trzymanie w ręku pestki i tworzenie wokół niej czereśni. Albo śliwki – mówi o swojej twórczości Zdeněk Svěrák. Podwójne widzenie to zbiór dziewiętnastu opowiadań, z których pierwsze powstało powstało w roku 1966 a ostatnie w 2008. Pestką każdego z nich jest codzienność i dlatego każdy może tu odnaleźć znajome sytuacje i znajomych ludzi. Wyrafinowany, inteligentny humor, miejscami zadziorny, miejscami podszyty smutkiem, niesamowity zmysł obserwacji i nieprzeciętne wyczucie języka (co dla Tłumaczy, jak sami przyznają, stanowiło nie lada wyzwanie) charakteryzują każdą opowieść, którą tworzy Svěrák. Podwójne widzenie to także jeszcze jeden dowód na to, że Czesi to mistrzowie formy, ciętej ironii i empatii w prawdziwie Hrabalowskim stylu.

Prezentowane opowiadania zostały uhonorowane podwójną nagrodą Magnesia Litera w kategorii Nagroda Czytelników (2004 i 2012), a także podwójnym tytułem „Czeski Bestseller” (2008 i 2011). W 2014 r. otrzymał nagrodę im. Miroslava Švandrlíka przeznaczoną dla autorów najlepszych książek humorystycznych.

Zdeněk Svěrák (ur. 1936) – znakomity czeski aktor, komik, scenarzysta i pisarz. W Czechach cieszy się ogromną popularnością, a jego książki regularnie trafiają na listy bestsellerów. W Polsce znany jest przede wszystkim z filmów takich jak nagrodzony Oscarem Kola czy Butelki zwrotne (jako autor scenariuszy i aktor) oraz autor książki dla dzieci pt. Ucieszki Cieszka. Wielokrotny laureat nagród literackich, między innymi prestiżowej nagrody Magnesia Litera. W 2014 r. otrzymał nagrodę im. Miroslava Švandrlíka przeznaczoną dla autorów najlepszych książek humorystycznych za książkę Po strništi bos.
Razem z Ladislavem Smoljakiem stworzył postać geniusza, wynalazcy, sportowca, filozofa, kryminalisty i pisarza, Járy Cimrmana, który prawdopodobnie byłby zwycięzcą w głosowaniu na Największego Czecha 2005, gdyby tylko nie był zmyślony.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 328

Rok wydania: 2016

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 12 min

Rok wydania: 2016

Lektor: Bartosz Wesołowski

Oceny
4,1 (14 ocen)
6
5
2
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
JustynaNowakowska

Nie oderwiesz się od lektury

Przypomniała mi się pewna reklama telewizyjna sprzed lat. To musiało być bardzo temu, bo po pierwsze ją pamiętam, a pamięć mam coraz bardziej dziurawą, a po drugie od siedemnastu czy iluś lat ( tego też nie pamiętam) nie oglądałam telewizji. Owszem mam tak zwany odbiornik telewizyjny. Trzymam go w pokoju w cichości i tajemnicy, bo licho nie śpi i kontroler abonamentu zawsze może chcieć do mnie zawitać. Kupiłam sama nie wiem, w jakim celu. Służy mi do wycierania kurzu, zabawy w polerowanie i do szorowania w czasie sobotnich porządków. Uprzedzając ewentualne uwagi zaznaczę, że do seriali nie planuję sie przekonać, ale z racji mojej konsekwetnej niekonsekwencji nie wiem,czy kiedyś nie zmienię zdania. Wracając do reklamy było to dawno temu, gdy lat miałam dużo mniej, a kosmatych myśli zdecydowanie więcej. Na pierwszym planie stał stół, przy którym siedziała rodzina. Pamiętam, że była w standardowym komplecie, czyli składali się z: mamy, taty, córki i nastoletniego syna. Ów chłopak był ...
21
Eeeeese

Nie polecam

👎
00

Popularność




Zdeněk Svěrák

Podwójne widzenie

Z języka czeskiego tłumaczyli Dorota Dobrew i Jan Węglowski

Upalna niedziela

Słowo „upał” ma się nijak do rzeczywistego upału. Chociaż zbliżała się już północ, w kabinie dostawczej avii było gorąco jak w piecu. Kierowca Vojtěch Puklica jechał z otwartymi bocznymi oknami, ale powietrze na zewnątrz parzyło, jakby noc miała gorączkę. Dopiero kiedy nagrzana droga pogrążyła się w lesie, na lewym łokciu poczuł przyjemny chłodny powiew. Miał już dosyć ciepłej wody z plastikowej butelki. Cieszył się na myśl o zimnym piwie, które wypije w domu. Na myśl o kilku piwach. Już widział te butelki, jak czekają na niego w piwnicy, a kiedy zapali światło, na ich szyjkach zalśnią wesoło złote koronki.

Przez chwilę poruszał głową, żeby nie usnąć. Miał za sobą ciężki tydzień, który tym razem przeciągnął się aż do soboty. Dzisiaj prywatny dostawca musi śmigać po całym kraju jak głupi, żeby wyjść na swoje. I nie wszystkie noce prześpi. Tym razem sporo sił stracił w Chomutovie. Puklica, mimo że zaczynał już siwieć, często musiał się porządnie nagimnastykować, żeby znaleźć się w łóżku sam. A w Chomutovie, w tym nędznym hoteliku, gdzie czuć było kiszoną kapustą, znowu się nie upilnował. Ta kelnerka następnego dnia miała wolne, więc kiedy nad ranem zapadał w sen, bez przerwy szeptała mu do ucha:

– Nie śpij, skarbie. Taki przystojniak, a tylko by spał i spał.

Kiedy kierowca z fantazją skręcił w prawo, reflektory prześliznęły się po wiejskim placyku. Przez pogrążoną we śnie wieś dojechał wreszcie do swojego parterowego domu. Zaparkował na pamięć tyłem pod lipą, obrotem kluczyka wyłączył światło i dźwięk, po czym skonany zsunął się z kabiny na ziemię. Uszy, godzinami bombardowane huczeniem diesla i hałasem pojazdów na autostradach, zalała kojąca cisza. Słyszał tylko dalekie poszczekiwanie psów i metaliczne trzaski stygnących tłoków.

Jego pies wiedział, że nie wolno szczekać, więc tylko radośnie skomlał za furtką. Puklica przyklęknął przy nim i obiema rękoma mocno go wytarmosił od głowy po ogon.

– No już jestem, już jestem – powtarzał, patrząc zwierzęciu w oczy.

Tutaj też powietrze było rozgrzane. W trawie leżał wąż ogrodowy. Vojtěch rozebrał się do naga i odkręcił zawór. Na początku pociekła ciepła woda, potem coraz chłodniejsza, aż wreszcie spocone ciało oblał zimny strumień z głębin studni. Vojtěch prychnął jak koń, a kiedy szczęśliwy odchylił głowę do tyłu, ujrzał niebo pełne nadzwyczajnie jasnych gwiazd. Jutro znów nie popada.

Věra była kobietą przy kości. Puklica pił piwo prosto z butelki, bo tak najbardziej mu smakowało, palił i spoglądał na żonę. Zasnęła na tapczanie przed telewizorem z pilotem w dłoni. Pewnie nie miała siły przejść do sypialni. Spała jak zwykle na prawym boku. Z krótkiego rękawa nocnej koszuli wyglądało białe, potężne ramię. Kołdra zsunęła się na podłogę, więc Puklica widział całą lewą nogę: łydkę całkiem, całkiem, nawet kształtną, i udo, które przypominało raczej potężny udziec. W tej okolicy było to normalne. Człowiek żenił się z urodziwym, zgrabnym dziewczęciem, takim do schrupania, ale kiedy już je napoczął i na świat przyszły dzieci, dziewczę niezauważalnie przeobrażało się we własną kolubryniastą matkę. Taka była kolej rzeczy i Vojtěch się z tym pogodził. Věra miała ładną twarz i dobry charakter, nawet aż za dobry. Zdecydowanie lepszy niż jego.

Skończył trzecie piwo i zajrzał do pokoju dzieci. Panowała w nim duchota, więc zostawił otwarte drzwi, żeby wpuścić trochę powietrza. Pogłaskał Pavlínkę po spoconym czółku, a kiedy odwracał małego Vojtę na wznak, żeby lepiej mu się oddychało, chłopiec powiedział:

– Amunicja się skończyła!

I powrócił do swojego snu akcji.

W sypialni Puklica zwalił się na łóżko jak worek kartofli. Przez chwilę słyszał w ogrodzie świerszcza. Przypomniał sobie, że dzieci mówiły na niego „zwierszcz”, i błyskawicznie zapadł w twardy sen.

Przy śniadaniu Věrka rzuciła hasło, żeby wybrać się na jagody. Puklica nie uważał, że to dobry pomysł, no bo jakich jagód można się spodziewać w taki upał, ale myśl o leśnym chłodzie go przekonała. A potem usłyszał:

– Masz list na poczcie. Nie chcieli mi go dać. Musisz odebrać osobiście. Z sądu w Kladnie.

– Z sądu? – zdziwił się Puklica.

– Nie miałeś jakiegoś wypadku? Dzieci! Bańki są na szafce, zbieramy się! – Věrka już organizowała wyprawę.

Puklica zwykle cieszył się na myśl o tym, że po tygodniu hałaśliwej, nudnej jazdy ciężarówką usiądzie za kierownicą małego auta. Osobówka chodzi cicho i lekko, wystarczy musnąć stopą pedał gazu, a przyśpieszenie wciska człowieka w oparcie. Tym razem jednak nie czuł przyjemności. Wiózł rodzinę w kierunku widniejących na horyzoncie lasów, apatycznie gapiąc się na asfalt, który od upału znowu zaczynał mięknąć, a w mózg wgryzał mu się robak. Im bardziej się wgryzał, tym bardziej pęczniał.

– Vojto, słyszysz? – Věrka uszczypnęła go w nogę. – Dzieci pytają, czy przywiozłeś im z Hořic rurki z kremem.

– Nie, dzieciaki. Nie byłem w Hořicach. Dopiero tam pojadę – odpowiedział.

Potem Věrka zaczęła opowiadać o szkolnej stołówce, gdzie pracowała jako kucharka. Że musieli wylać cały gar zupy, bo posolili ją dwa razy, ale Vojtěch słuchał jednym uchem.

– I co, dało się zjeść? – zapytał.

– Przecież mówię, że trzeba było wszystko wylać. Tata jest zmęczony, w ogóle nas nie słucha – westchnęła Věra.

Zatrzymał się u podnóża lesistego pagórka zwanego Jagodowym Wzgórzem i ustawił auto w cieniu. Żona z dziećmi poszła przodem. Mały Vojta rzucał w Pavlínkę sosnowymi szyszkami, a Věra go strofowała.

Puklica wciągnął głęboko w płuca leśne powietrze i ruszył za nimi z bańką w ręku.

Robak w jego mózgu niestrudzenie przeżuwał taką oto strawę:

Jest wieczór. Miasto Kladno. Śniada, drobna kobieta o imieniu Uršula stawia na stoliku butelkę czerwonego wina. Puklica manipuluje korkociągiem, a Uršula mówi takim tonem, jakby informowała, że kupiła chleb.

– Zaciążyłam. Będziesz musiał się ze mną chajtnąć.

Vojtěch właśnie zamierzał uderzyć dłonią w korkociąg, a potem lekko wcisnąć korek do środka, żeby łatwiej go było wyciągnąć, ale po tych słowach ręka mu znieruchomiała.

– No, otwórz wreszcie – usłyszał. – Czego się gapisz jak ten ciul? Zdziwiony? Można się było spodziewać.

Tak właśnie mówiła. Nie jak Věrka, pięknie po morawsku. Może właśnie ten wulgarny, prostacki język Uršuli tak cholernie go kręcił. Poznali się, kiedy przeprowadzał ją do kawalerki. Jechała na siedzeniu obok kierowcy i przez całą drogę z Kouřimia do Kladna gapiła się na niego. Kiedy odwracał głowę w jej stronę, widział, że pożera go wzrokiem. Kiedy już nie dało się tego wytrzymać, spytał:

– Może popatrzy sobie pani na widoki?

– W dupie mam widoki – odpowiedziała i nadal świdrowała go wzrokiem.

Kiedy w mieszkaniu na ósmym piętrze kladneńskiego bloku zmontował jej łóżko, natychmiast do niego wskoczyli, jakby przyjechali tu tylko po to. Takiego chędożenia Vojtěch jeszcze nie zaznał. Uršula najwyraźniej urodziła się właśnie po to. I nigdy nie słyszał takich rzeczy, jakie przy tym mówiła. Tak go urzekła, że zahaczał o Kladno, nawet kiedy nie było mu po drodze.

Puklica przykucnął i zaczął zbierać jagody. Były małe jak śrut. Kiedy zasypał nimi dno swojego naczynia, przysiadł na pieńku i zapalił papierosa.

– Nie pal, po tych upałach wszystko jest suche jak pieprz! – zawołała do niego Věrka.

Vojtěch machnął ręką. Ale jednak zaraz potem zdusił papierosa na popękanych słojach pniaka. I tak mu nie smakował. Zrobiło mu się niedobrze. Słońce grzało, jakby znalazło się bliżej ziemi niż zazwyczaj.

– Mamusiu! Tu są większe! Chodźcie tutaj! – usłyszał głos Pavlínki.

Puklica położył się na wyschniętym mchu i wpatrywał w krzaczki jagód.

– Dzisiaj mają takie metody… odsysają i po kłopocie – powiedział.

– Nie wywiniesz się z tego, kochaniutki. Jak mnie zostawisz na lodzie, będziesz musiał bulić – odpowiedziała. – Dostaniesz kwit z sądu.

– A on nam się tutaj wyleguje w najlepsze! – usłyszał.

Po chwili Věrka przygniotła go swoim ciężkim ciałem.

– Dzieci są daleko – szepnęła mu do ucha i pocałowała ustami fioletowymi od jagód.

– Gorąco mi – powiedział.

Stoczyła się z niego i zaczęła go łaskotać źdźbłem trawy.

– Ludziom już wyschły studnie. Stary pan Lysický mówił, że nie pamięta takiego upału.

Věrka miała miły, kojący głos. Ach, duszko ty moja, gdybyś ty wiedziała, czego nie wiesz, myślał Vojtěch i zachciało mu się płakać.

– Nazbieramy tylko tyle, żeby starczyło na placek, skoro są takie niewydarzone – powiedziała i wstała.

Asfalt tak zmiękł, że z mlaskiem lepił się do opon.

Dzieci marudziły, że chcą się pochlapać, zajechali więc nad staw. Stało tam małe auto, stary fiat pięćsetka, a w wodzie pływała jakaś babka. Puklica zbladł. To była Uršula. Kiedy drobna, opalona kobieta wyszła na brzeg, na szczęście nie była już Uršulą.

Czekali z Věrką w cieniu olchy i obserwowali, jak dzieci pryskają na siebie wodą.

– Zajeździłeś się na śmierć. Nie możesz tak harować, pieniędzy mamy dosyć.

Pogłaskała go po szyi. Puklica zaczął się zastanawiać, ile będzie musiał płacić na dziecko. A potem przez chwilę rozważał, czy da się tę sprawę zataić. Nie da się. Jutro wróci z poczty, a Věrka zaraz zapyta, czego chce od niego sąd.

Dzieci już umiały jako tako pływać, ale Vojta jeszcze gorączkowo młócił wodę rękoma, tak samo jak Puklica, kiedy był mały. Wtedy o mały włos nie utopił się w tym stawie.

– Vojta, wracaj! Tam jest głęboko! – zawołała Věrka i chłopiec skierował się do brzegu z brodą uniesioną nad powierzchnią wody.

To było długie przedpołudnie. Przykuśtykała do nich o lasce ciotka Drábková, przysiadła w cieniu na ławce i zaczęła wałkować temat suszy. Że nie będzie urodzaju. Że gdzieś w lesie się zajęło i zjechali strażacy z całego powiatu. I że po takich upałach mogą przyjść burze i będzie powódź.

Pod ławką obok nóg Puklicy rozmnożyły się puste butelki po piwie.

Zaczął się zastanawiać, czy będzie płacić na chłopca czy na dziewczynkę. Od tamtej pory nie widział się z Uršulą. Policzył, ile to miesięcy, i wyszło mu, że osiem. To, niestety, pasowało. Věrka głaskała go po udzie.

Od strony wioski dobiegł ich odgłos karetki jadącej na sygnale.

– Taki upał to zabójstwo dla starych ludzi – powiedziała ciotka i wszyscy zaczęli się zastanawiać, do kogo przyjechało pogotowie. Dzieci pobiegły, żeby to sprawdzić.

Puklica chciałby, żeby pogotowie przyjechało po niego i odwiozło go do szpitala, gdzie wymieniliby mu głowę, żeby nie było już w niej tego nienażartego robaka, który znajdował tam coraz to nowe smakołyki. Teraz nadgryzł problem badania krwi. Czy powinien zrobić test, czy też ma po prostu przyznać, że jest ojcem.

– Vojta coś dzisiaj nie w sosie – zauważyła ciotka.

– Jest zmęczony – powiedziała Věrka.

Kiedy Drábková już sobie poszła, Puklica uznał, że w tej sytuacji pomóc mu może tylko śliwowica. Miał bardzo dobrą śliwowicę z własnych śliwek. Rozlewała się w jego wnętrznościach niczym zbawienna, przyjazna siła. Że też o niej wcześniej nie pomyślał!

Dzieci wróciły z wiadomością, że do szpitala zabrali starego pana Lysickiego i że jeszcze żył.

Věrka położyła dzieci, wzięła prysznic i wskoczyła w lekką koszulę nocną z prześwitującą koronką. Za uszy wtarła kilka kropel perfum Miracle, które dostała od Vojty na Boże Narodzenie, i tak przygotowana wyszła z łazienki.

Puklica wychylił kolejny kieliszek.

Kiedy ujrzał żonę, jej uroda i dobroć poruszyły go do głębi. Uświadomił sobie jeszcze dobitniej, jakie z niego bydlę. Poczuł, że łzy napływają mu do oczu. I się rozpłakał.

– Co ci jest? – Věrka przysiadła na krawędzi łóżka. – Ty mi się upiłeś!

– Tak – powiedział Puklica i nagle poczuł, że musi Věrce o wszystkim powiedzieć, wtedy mu ulży. Musi wyznać, jak się sprawy mają, i podzielić się z nią tym koszmarem. Wziął żonę za rękę i oświadczył:

– W Kladnie jednej babie zmajstrowałem dzieciaka. Będę płacić alimenty.

W ten sposób wywalił na nią tego robaka, tę ohydną glizdę.

Jej ładna, gładka twarz zamarła na kilka sekund i wydawało się, że zaraz pojawi się na niej uśmiech, ponieważ śmiech i płacz z początku są do siebie podobne, ale zaraz potem smutek przekształcił ją w rozpaczliwie wykrzywioną maskę nieszczęścia. Věrka padła na poduszkę, zakryła nią głowę i zaczęła się dławić żałosnym płaczem. Kiedy łzami zmoczyła już dwie poduszki, a pierwsze koguty ogłosiły koniec strasznej upalnej nocy, oboje poddali się zmęczeniu i zasnęli.

Wyprawa na pocztę nie była dla Vojtěcha Puklicy trudnym zadaniem. Najgorsze miał już za sobą. Podpisał się, odebrał list i przeczytał go na chodniku przed pocztą. List był z Kladna. Ale nie z sądu, tylko z policji. Było w nim napisane: „Niniejszym informujemy, że śledztwo w sprawie kradzieży pańskich opon zostało umorzone”.

Śladem Přemka Baštýřa

Zmarł Přemek Baštýř. Obawiam się, że to nazwisko nic wam nie powie. W strašnickim krematorium żegnała go tylko garstka kolegów z pracy. Sala obrzędowa ziała pustką i niewiele pomogło, że w pierwszym rzędzie zasiadła cała piątka jego dzieci. A przecież w osobie Přemka Baštýřa odszedł od nas człowiek czysty i prawy, postać, jakiej w Pradze szukać ze świecą.

Przed trzema laty obiecałem zmarłemu, że póki żyje, nie opowiem o nim nikomu. Nie sądziłem, że tak szybko zostanę zwolniony z tej obietnicy.

Spotkaliśmy się przypadkiem. Pewnego wieczoru wiosną 1965 roku wybrałem się do łaźni miejskiej przy ulicy Śląskiej. Nie miałem wówczas własnego mieszkania, dlatego przynajmniej raz w tygodniu pozwalałem sobie na kąpiel, która kosztowała zaledwie jedną koronę. Właśnie zdejmowałem ubranie, kiedy do łaźni wszedł na oko pięćdziesięcioletni mężczyzna w nieprzemakalnym płaszczu. Był najwyraźniej stałym bywalcem, gdyż ani słowem nie odezwał się do łaziebnej, a ta natychmiast zwróciła się do mnie z prośbą, żebym przepuścił tego pana, bo on sprawi się ze wszystkim raz-dwa. Nie spodobało mi się to. Przede wszystkim dlatego, że ów mężczyzna nawet nie poczekał na moją zgodę, tylko tak jak stał, w ortalionowym płaszczu, wszedł pod prysznic. Zagotowałem się, ale zauważyłem, że łaziebna mruga do mnie znacząco. Następnie wzięła mnie na bok i z wyrozumiałym uśmiechem, z jakim komentujemy niewinne dziecięce wybryki, wyjaśniła, że nie ma co się denerwować, bo ten gość jest lekko stuknięty.

I rzeczywiście. Po chwili drzwi kabiny rozwarły się z impetem i pojawił się w nich mężczyzna w ociekającym wodą płaszczu i z mokrymi włosami oblepiającymi głowę. Szybkim krokiem ruszył ku wyjściu, pozostawiając za sobą plamy wody.

Był to Přemek Baštýř.

Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, byłem tylko pewien, że trafiłem na oryginała – chodzący materiał na niedzielny felieton. Ubrałem się i wybiegłem za nim na ulicę.

Na dworze było już prawie ciemno, ale drogę wyraźnie wskazywały mi niknące mokre ślady. Zastanowiło mnie, że ów człowiek szedł bardzo szybko. Chwilami niemal biegł. Jakby spieszył się na niezwykle ważne spotkanie albo bał się spóźnić na pociąg. Nagle zniknął w drzwiach winiarni Supetar. Wszedłem tam za nim zaledwie po kilku sekundach, zdążyłem więc zauważyć, że przeszedł do drugiej sali, rozejrzał się wśród gości i wrócił do baru. Barmanka, jakby wiedziała, że zaraz się pojawi, już szykowała dla niego szklaneczkę ziołowego likieru jakamarus. Baštýř nie odezwał się do niej słowem, tylko jął z wolna sączyć trunek. Kiedy barmanka niosła wino do tylnej sali, po prostu wstał i wyszedł. Natychmiast zwróciłem jej uwagę na to, że nie zapłacił. Wydało mi się, że moje słowa nieco zbiły ją z tropu. Dość niegrzecznym tonem odparła, że wie i niepotrzebnie się tym kłopoczę. Wybiegłem za Baštýřem.

Szykowałem się do ostrego marszu, bo już wiedziałem, że Přemek potrafi przyśpieszyć, ale Baštýř stał tuż przed winiarnią i zapalał papierosa, więc o mało na niego nie wpadłem. Szybko przeszedłem na drugą stronę ulicy.

Tymczasem mężczyzna wolniutko ruszył w stronę wieży ciśnień na Vinohradach, na rogu skręcił w lewo i nieśpiesznie zmierzał w stronę parku. W tym spacerowym tempie trudno było śledzić go niepostrzeżenie. Na dodatek park był prawie pusty, musiałem więc przysiąść na ławce. Přemek zatrzymał się obok fontanny i przydeptał niedopałek. Następnie uważnie rozejrzał się wokoło i jednym susem przeskoczył murek, który ją okalał. Przeszedł pod strumieniem wody i zanim zdołałem otrząsnąć się ze zdumienia, ruszył pędem w kierunku śródmieścia. Szedł tak szybko, że co rusz musiałem podbiegać, żeby nie stracić go z oczu.

Przed wejściem do baru Sklípek uświadomiłem sobie, że jeżeli wejdę tam za nim, to ryzykuję rozpoznanie. Uchyliłem więc drzwi i wpierw ostrożnie zajrzałem do środka. W części barowej go nie było. Mokre ślady stóp niknęły za kotarą oddzielającą bar od parkietu. Jednakże ledwie usadowiłem się na wysokim stołku tyłem do sali, mokry Baštýř wrócił i usiadł obok mnie. Barman bez słowa nalał mu jakamarusa. Baštýř spojrzał na mnie, podnosząc szklankę do ust, i natychmiast uciekł wzrokiem w bok.

– Proszę wybaczyć – powiedziałem po chwili. – Nie chciałbym, żeby pan pomyślał, że pana szpieguję, ale jestem dziennikarzem, a pana zachowanie niezwykle mnie intryguje.

Baštýř nie odpowiedział, tylko poruszył się niespokojnie na stołku.

Starałem się go przekonać, że w moim zawodzie pewna doza bezczelności to konieczność, dziennikarz często musi pakować się ludziom z butami w życie prywatne. Milczał. Podejrzewałem, że zbytnia natarczywość i upór mogłyby przynieść więcej szkody niż pożytku. Postawiłem zatem na zbliżającą ludzi moc alkoholu i zapytałem, czy nie wypiłby ze mną jeszcze jednego jakamarusa. Zgodził się, ku memu zaskoczeniu. Rozgadałem się o niepowtarzalnym smaku tego napoju. Uśmiechnął się kwaśno. Teraz, kiedy już wiem, kim był Přemek Baštýř, uświadamiam sobie, jak niezręcznie sobie poczynałem i jak łatwo mnie przejrzał. Po północy, kiedy już na sam widok płaskiej flaszki po aromatycznym likierze dostawałem mdłości, Přemek ulitował się nade mną.

– Szkoda, że jest pan z gazety – powiedział. – Gdyby był pan z policji, nie miałbym powodu czegokolwiek przed panem taić, ponieważ zawsze postępuję uczciwie i za wszystkie swoje czyny odpowiadam honorem zarówno przed prawem, jak i przed własnym sumieniem. A jeden artykuł w gazecie mógłby wszystko zniweczyć.

Zapewne w rzeczach, które zostały po Baštýřu, znajdzie się karta dań z baru Sklípek, gdzie na marginesie napisałem oświadczenie, że wszystko, z czego Přemek Baštýř mi się zwierzy, pozostawię do własnej wiadomości i będę mógł opublikować dopiero po jego śmierci. Přemek zdjął płaszcz przeciwdeszczowy, który już dawno wysechł, i zaczął mówić:

– Jestem, proszę pana, wdowcem. A jako urzędnik w spółdzielni tapicerskiej na Malej Stranie naprawdę muszę się nieźle nagimnastykować, żeby utrzymać piątkę dzieci na jakim takim poziomie. Z najstarszą córką Olgą chodzę na lekcje tańca, a najmłodszego Jarouška odprowadzam do przedszkola. Po powrocie z biura sprzątam, piorę, gotuję, sprawdzam lekcje, wyjaśniam algebrę, przepytuję z angielskich, rosyjskich i niemieckich słówek, obcinam paznokcie, opowiadam bajki i ceruję ubrania.

Mówi pan, żebym się znowu ożenił? Nie mam ochoty na nowe znajomości. Cały czas biegam jak szalony i uwijam się jak w ukropie, ale w tym życiowym kołowrotku jeden wieczór w tygodniu przeznaczyłem tylko dla siebie. Wyskakuję na swojego jakamarusa i zanim kołowrotek się zatrzyma, jestem w nim z powrotem. Taki wieczór jest właśnie dzisiaj, drogi panie.

– No a ten prysznic, ta fontanna? – spróbowałem naprowadzić go na to, co mnie intryguje.

– Cierpliwości, zaraz się pan dowie – powiedział Baštýř. – Mój wieczór nie przypada na konkretny dzień w tygodniu. Chodzi o to, żeby nie padało.

– Dlaczego akurat ma nie padać? – spytałem niecierpliwie, gdyż powolne tempo opowiadania doprowadziło moją ciekawość do stanu wrzenia.

– Nie mam sumienia, szanowny panie – ciągnął Baštýř – tracić pieniędzy na coś mocniejszego. Na samą myśl o tym, że właśnie topię w alkoholu rajstopki dla Jarouška albo łyżwy dla Květy, najlepszy trunek więźnie mi w gardle. Pewnego razu siedziałem w Kosim Gnieździe, kiedy do środka wszedł gość przemoczony do suchej nitki. Na jego widok zrobiło się poruszenie, towarzystwo przy stołach zaczęło się dziwować, jaka to na zewnątrz musi być ulewa. Wszyscy, którzy zamierzali już zapłacić i wyjść, zamówili jeszcze jedną kolejkę, bo nie chciało się im wychodzić na deszcz. I to mnie zainspirowało. Wyliczyłem, że barmanowi opłaci się nalać mi szklaneczkę za darmo, ponieważ moje przyjście – zauważył pan oczywiście, że wybieram tylko lokale bez okien – a więc moje pojawienie się w mokrym płaszczu wywoła wrażenie, że na dworze pada, co natychmiast spowoduje zwiększenie konsumpcji.

– Kapitalny pomysł – powiedziałem – ale w gruncie rzeczy dopuszcza się pan oszustwa względem klientów lokalu w celu osiągnięcia osobistych korzyści. Nie obawia się pan takiego zarzutu?

Přemek, widzę to jak dziś, po moich słowach aż poczerwieniał z gniewu. Tak, trafiłem w jego najczulsze miejsce.

– Ja nikogo nie oszukuję, proszę pana – rzekł. – Nieraz się zdarzało, że ktoś na widok mojego przemoczonego płaszcza pytał: „Aż tak leje?”. Na takie pytanie zawsze odpowiadam: „Nie, właśnie brałem prysznic”. Czyli szczerą prawdę. Zakładam, że nikt mi nie wierzy, że przychodzę prosto spod prysznica, ale to już nie mój problem. Kodeks karny przeczytałem od deski do deski. Nie znajdzie pan tam ani słówka o tym, że nie wolno być mokrym, kiedy nie pada, drogi panie!

I to był właśnie cały Přemek Baštýř. Poczciwiec, odpowiedzialny żywiciel rodziny, a przy tym człowiek o niepowtarzalnej inwencji. Ilu takich jest wśród nas?

Z powodu chwilowej nieuwagi kierowcy nocnej polewaczki Praga utraciła kolejną nietuzinkową postać, a także jedną ze swoich poetyckich tajemnic. Bo kiedy zobaczymy, że do lokalu wchodzi człowiek w mokrym płaszczu, będzie to oznaczać tylko tyle, że pada deszcz. I nic więcej.

Głuszec

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Tytuł oryginału: Povídky, Nové povídky

Redakcja: Ewa Żuk

Korekta: Małgorzata Wiśniewska-Deluga, Magdalena Rudnik

Ilustracje: Jaroslav Weigel

Projekt okładki: Justyna Boguś | Mile Widziane, milewidziane.pl

Projekt makiety: Wioleta Kowalska | Violet Design

Wydanie II poprawione

© Copyright by Zdeněk Svěrak, Jaroslav Weigel 2012

c/o Aura-Pont s.r.o., Prague

© Copyright for the Polish edition by Książkowe Klimaty, 2014

ISBN 978-83-66505-83-4

Książkowe Klimaty

www.ksiazkoweklimaty.pl

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek

Spis treści:

Okładka
Strona tytułowa
Upalna niedziela
Śladem Přemka Baštýřa
Głuszec
Teatromanka
Rusłan i Ludmiła
Ivanka i Lenin
Wełtawa
Dzień na planie
Oszust
Fotograf
Światełko betlejemskie
Spotkanie naszej klasy
Zakupy
O kulturalnym taksówkarzu
W pociągu

Książkowe Klimaty

www.ksiazkoweklimaty.pl

Redakcja:

[email protected]

Promocja:

[email protected]

Sprzedaż:

[email protected]

KsiazkoweKlimaty

ksiazkoweklimaty

ksiazkowe_klimaty