Popsute zabawki - Węglarz Małgorzata - ebook

Popsute zabawki ebook

Węglarz Małgorzata

0,0
44,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.
Dowiedz się więcej.
Opis

Ucieknij raz, a dopilnuję, żebyś nie doczekał następnego dnia.

Dwunastoletni Luca Torrini trafia do domu dla sierot pani Sours po ucieczce z jednej z londyńskich manufaktur. Zostaje zmuszony do pracy przez budzącą postrach gospodynię. Wkrótce zauważa, że nie jest to zwykły przytułek - niektórzy chłopcy nie wracają na noc, dziwnie się zachowują, a po wizycie lekarza nie każdy pojawia się na zbiórce.

Malarz James Remand dostaje kolejne zlecenie od potężnego i tajemniczego patrona. Podczas spaceru dostrzega Lucę, a uroda chłopca od razu przykuwa jego uwagę. Postanawia namalować jego portret. Czy bezwiednie przypieczętuje jego los?

Kiedy żądze nie mają ograniczeń, walutą staje się człowiek.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 335

Rok wydania: 2025

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Au­torka: Mał­go­rzata Wę­glarz
Re­dak­cja: Klau­dia Opozda
Ko­rekta: Bar­bara Jon­kisz
Pro­jekt gra­ficzny okładki: Stu­dio KA­RAN­DASZ
Skład: Ja­ro­sław Hess
Re­dak­tor pro­wa­dząca: Na­ta­lia Ostap­ko­wicz
Kie­row­nik re­dak­cji: Agnieszka Gó­recka
© Co­py­ri­ght by Mał­go­rzata Wę­glarz © Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pas­cal
Wszel­kie prawa za­strze­żone. Żadna część tej książki nie może być po­wie­lana lub prze­ka­zy­wana w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgody wy­dawcy, z wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­menty tek­stu.
Biel­sko-Biała 2025
Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o. ul. Za­pora 25 43-382 Biel­sko-Biała tel. 338282828, fax 338282829pas­cal@pas­cal.plwww.pas­cal.pl
ISBN 978-83-8317-507-2
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Książkę de­dy­kuję

mo­jemu ta­cie, Cze­sła­wowi.

Jak do­brze, że mi­łość do słowa

pi­sa­nego jest dzie­dziczna!

Lon­dyn, Wil­liam Blake

W ka­mien­nym mie­ście, gdzie Ta­mizę

Także spę­tano po­śród krat,

Na każ­dej ludz­kiej twa­rzy wi­dzę

Sła­bo­ści i cier­pie­nia znak.

I w każ­dym ludz­kim krzyku, w każ­dej

Dzie­cię­cej trwo­dze dźwię­czy głos

Kaj­dan przez umysł wy­ku­wa­nych,

Że­la­znych kaj­dan groźna moc.

Kiedy ko­mi­niarz gło­śno krzy­czy,

Ciemne ko­ścioła mury drżą,

A zbie­dzo­nego szloch żoł­nie­rza

Z mu­rów pa­łacu spływa krwią.

Ale naj­bar­dziej o pół­nocy:

Gdy młoda la­dacz­nica klnie,

Łzy w oczach dziecka, ślubne wieńce

Po­raża jej za­truty gniew.

Prze­ło­żył Zbi­gniew Ku­biak

CIE­NIE

Ogień był wszę­dzie.

Strze­lał z wy­ku­szo­wych okien pro­sto w po­chmurną noc. Ktoś gło­śno prze­wró­cił me­bel, ktoś pró­bo­wał ze­sko­czyć z da­chu. Po­ko­jówka bie­gła ulicą, wrzesz­cząc jak opę­tana. Ogromne, nie­na­sy­cone ję­zory ognia sta­wały się co­raz więk­sze, a wiatr po­py­chał je w kie­runku ro­sną­cych przy alejce drzew, jakby za­chę­ca­jąc do dal­szej za­bawy.

Ukryta za jed­nym z bu­dyn­ków po­stać spoj­rzała w stronę ze­gara na wieży. Na ulicy ze­brał się tłum po­ra­żo­nych roz­mia­rem tra­ge­dii ga­piów. Szep­cząc mię­dzy sobą, po­wta­rzali po­gło­skę, która każ­demu na mo­ment od­bie­rała od­dech.

Nie prze­żyli. Ogień upo­mniał się o każ­dego.

Miesz­kańcy są­sied­nich bu­dyn­ków wy­bie­gli ze swo­ich do­mów, ze zgrozą oglą­da­jąc przed­sta­wie­nie ży­wiołu ogar­nia­ją­cego już strych i po­bli­skie drzewa. Drewno sy­czało jakby z bólu, żar na­pie­rał na wi­dzów, ka­żąc im się cof­nąć. Po chwili dach za­wa­lił się z hu­kiem, a lu­dzie roz­bie­gli się w po­pło­chu.

Dwie oca­lone z po­żaru osoby sku­liły się na chod­niku, pła­cząc pod no­gami ga­piów. Nikt nie ro­zu­miał ani słowa z cha­otycz­nego szlo­chu, który wy­dzie­rał się z ich po­pa­rzo­nych gar­deł.

Ukryta w mroku po­stać pa­trzyła, jak całe jej ży­cie znika w pło­mie­niach. Jesz­cze go­dzinę temu re­zy­den­cja, praw­dziwe ar­cy­dzieło wik­to­riań­skich ar­chi­tek­tów, ze wspa­nia­łymi ogro­dem, oran­że­rią i pta­szar­nią, była ozdobą oko­licy. Te­raz ob­ra­cała się w po­piół.

Ze­gar na wieży ude­rzył dwa razy. Po­stać od­wró­ciła się na pię­cie i ze łzami na po­licz­kach roz­pły­nęła się w ciem­no­ści.

I

Po­dłużny, pię­trowy bu­dy­nek ster­czał z ziemi ni­czym ce­glany na­gro­bek oto­czony że­liwną klatką ogro­dze­nia. Deszcz szu­miał w ryn­nach, wy­le­wa­jąc się na piasz­czy­ste po­dwó­rze. Strze­li­ste okna stra­szyły kra­tami. Świa­tła na pię­trach były po­ga­szone. Mię­dzy jed­nym trza­śnię­ciem pio­runa a ko­lej­nym cały dom pani So­urs zda­wał się chwiać, ni­czym sta­ru­szek po­zba­wiony opar­cia.

Wła­śnie ta­kim zo­ba­czył go po raz pierw­szy dwu­na­sto­letni Luca, kiedy co rusz po­py­chany przy­sta­wał, by zła­pać rów­no­wagę i nie ru­nąć w ka­łuże błota.

– Ru­szaj się, chłop­cze! – wark­nął kon­stabl, sztur­cha­jąc go w ra­mię. Za­raz jed­nak, w ostat­niej chwili, szarp­nął za po­ce­ro­waną ko­szulę Luki, od­cią­ga­jąc go gwał­tow­nie w bok.

Za­pa­trzony w okra­to­wane okno na­sto­la­tek omal nie wszedł pod koła roz­pę­dzo­nego po­wozu.

– Patrz pod nogi! – krzyk­nął męż­czy­zna, sam le­dwo usko­czyw­szy przed bry­zga­jącą spod koń­skich ko­pyt wodą. – Je­śli my­ślisz, że będę ra­to­wać twój bez­u­ży­teczny ty­łek, to się grubo my­lisz!

Luca zwró­cił na niego śniadą twarz i duże, he­ba­nowe oczy. W pół­mroku wy­da­wały się czarne jak niebo nad nimi.

Po chwili sta­nęli przed odra­pa­nymi drzwiami. Błysz­cząca od desz­czu ko­łatka w kształ­cie lwiej pasz­czy była wy­raź­nie prze­tarta od wie­lo­let­niego użyt­ko­wa­nia. Po­mimo nie­cier­pli­wego ko­ła­ta­nia mu­siało mi­nąć kilka mi­nut, za­nim usły­szeli czy­jeś kroki. Kratka nad lwią pasz­czą skrzyp­nęła, uka­zu­jąc bro­datą twarz ły­sego męż­czy­zny.

– Czego tu?

– Grzecz­niej pro­szę, pa­nie Hud­gens. – Kon­stabl wy­pro­sto­wał się z god­no­ścią. – Przy­pro­wa­dzi­łem pani So­urs jej dzie­ciaka.

Wod­ni­ste oko po­wę­dro­wało do wpa­tru­ją­cego się w ko­łatkę chłopca. Czoło męż­czy­zny zmarsz­czyło się, na­da­jąc mu wy­gląd roz­mię­kłej ro­dzynki. Hud­gens mruk­nął. Nie znał tego ba­chora, choć – po­mimo za­mi­ło­wa­nia do al­ko­holu – miał do­sko­nałą pa­mięć do twa­rzy.

– Włazi – mruk­nął i otwo­rzyw­szy za­suwę, prze­pu­ścił ich przez cięż­kie drzwi.

Jesz­cze za­nim Luca prze­szedł przez próg, ude­rzył go za­pach bu­twie­ją­cego drewna. Jed­nak nos zmarsz­czył do­piero wtedy, gdy mi­nął sa­mego Hud­gensa. Męż­czy­zna był po­tęż­nie zbu­do­wany, miał ogo­rzałą i po­marsz­czoną twarz. Na­wet przy­zwy­cza­jony do nie­przy­jem­nych za­pa­chów Luca skrzy­wił się, czu­jąc mie­szankę kwa­śnego potu, al­ko­holu i ryb.

Kon­stabl klep­nął chłopca w ra­mię i obaj ru­szyli w stronę scho­dów. Bę­dąc na ich szczy­cie, Luca spoj­rzał w prawo. Ko­ry­tarz cał­ko­wi­cie to­nął w mroku. Okno na jego końcu udało mu się do­strzec do­piero, gdy ciem­ność noc­nego nieba prze­cięła bły­ska­wica.

– Już po to­bie – wark­nął Hud­gens, pa­trząc na wy­pło­wiały dy­wan pod sto­pami chłopca.

Luca po­dą­żył za jego wzro­kiem. Ście­ka­jąca z jego ubrań i wło­sów woda utwo­rzyła wo­kół niego ciemną ka­łużę. Po­cią­gnął no­sem, de­cy­du­jąc się po­zo­stać ze spusz­czoną głową.

– Jest u sie­bie? – Wy­raź­nie znie­cier­pli­wiony kon­stabl wpa­try­wał się raz w jed­nego, raz w dru­giego, tu­piąc nogą.

– Taa.

– No to na co cze­kamy? – Męż­czy­zna po­pchnął Lucę przed sie­bie i skie­ro­wał się w lewo, gdzie przed pół­przy­mknię­tymi drzwiami w ciem­no­ściach za­ma­ja­czyła wy­soka po­stać.

Chło­pak zmarsz­czył brwi, pró­bu­jąc do­strzec jej twarz, ale mrok ko­ry­ta­rza zda­wał się cał­ko­wi­cie ją po­chła­niać. Po­stać po­ru­szyła się, za­uwa­żyw­szy przy­by­szów, ale Luca doj­rzał je­dy­nie dłu­gie, splą­tane włosy.

– Wcho­dzą za mną – burk­nął Hud­gens, za­trzy­mu­jąc się przed so­lid­nymi drzwiami. Za­pu­kał i gdy usły­szał krót­kie „wejść”, na­ci­snął klamkę.

Z mrocz­nego ko­ry­ta­rza prze­szli do ob­skur­nego po­koju. Po­wty­kane w świecz­niki grudy wo­sku le­dwo roz­ja­śniały po­miesz­cze­nie. Wy­peł­niały go dwa re­gały, biurko, przy któ­rym sie­działa ko­bieta po­chy­lona nad sto­sem kar­tek, wi­sząca na ścia­nie wy­li­niała głowa ło­sia oraz szklana ga­blota z por­ce­laną. Z cięż­kich za­słon wy­dzie­lał się ostry za­pach stę­chli­zny. Kiedy ko­lejna bły­ska­wica roz­ja­śniła okno, Luca do­strzegł pa­ję­czynę pęk­nięć na szy­bie i za­czął się za­sta­na­wiać, ja­kim cu­dem jesz­cze nie wy­pa­dła z ramy, gdy jego wzrok przy­kuła po­sta­wiona na pa­ra­pe­cie do­niczka z ro­śliną.

– Pan kon­stabl – bąk­nął Hud­gens.

Uzbro­jona w pier­ście­nie dłoń ko­biety wy­strze­liła w po­wie­trze, wy­ga­nia­jąc męż­czy­znę ge­stem, więc ukło­nił się i wy­szedł.

Go­spo­dyni jesz­cze przez chwilę nie zwra­cała na nich uwagi. Do­piero kiedy kon­stabl pod­szedł bli­żej i od­chrząk­nął naj­gło­śniej, jak po­tra­fił, jej grube brwi drgnęły. Pod­nio­sła wzrok. Cho­ciaż wy­da­wała się ra­czej drobna, w spoj­rze­niu wą­skich, nie­bie­skich oczu cza­iło się coś dra­pież­nego. Luca wzdry­gnął się. Gdy prze­nio­sła na niego wzrok, po­czuł, jakby trza­snęła go ba­tem. Miała nie­młodą już twarz, która być może kie­dyś ucho­dziła za ładną, jed­nak mi­ja­jące lata po­zba­wiły ją ko­loru, przez co wy­glą­dała jak wo­skowa ma­ska sta­rej ma­rio­netki. Sza­rawe, cięż­kie włosy były pod­pięte przy skro­niach i od­rzu­cone do tyłu. Wą­skie usta miała mocno za­ci­śnięte, co tylko po­tę­go­wało wra­że­nie, że pani So­urs jest stale zi­ry­to­wana.

Luca zwie­sił ra­miona i spu­ścił głowę. Nie przy­po­mi­nał so­bie, żeby kto­kol­wiek tak na niego pa­trzył, na­wet stary Ma­ster­ton, który z wy­mie­rza­nia kar uczy­nił prze­cież sztukę.

Kon­stabl od­chrząk­nął po­now­nie, tym ra­zem, żeby przy­po­mnieć o swo­jej obec­no­ści, i sta­jąc za Lucą, po­ło­żył mu ręce na ra­mio­nach.

– Pani So­urs. Prze­pra­szam za tak późne naj­ście, ale zna­la­złem tego chłopca, gdy włó­czył się po uli­cach.

Luca już chciał za­prze­czyć, by­naj­mniej się nie włó­czył, ale in­stynkt pod­po­wia­dał mu, że le­piej być ci­cho.

Ko­bieta w końcu spoj­rzała na kon­sta­bla.

– I?

– My­śla­łem, że to pani chło­piec.

So­urs gło­śno wy­pu­ściła po­wie­trze. Odło­żyła trzy­maną w ręku kartkę i splo­tła palce. Na jej twa­rzy po­ja­wiło się chłodne roz­ba­wie­nie.

– Pan ra­czy żar­to­wać. Moi chłopcy nie ucie­kają.

Męż­czy­zna wy­raź­nie się zmie­szał. Za­bęb­nił pal­cami o ra­miona Luki.

– No tak – mruk­nął. – Mó­wił, że uciekł z ma­nu­fak­tury. Ale wie pani, mu­sia­łem spraw­dzić, tyle tych sie­rot się pa­łęta. Pani dom był naj­bli­żej. – Mó­wił o chłopcu tak, jakby był psem, któ­rego wła­ści­ciela pró­buje wła­śnie od­na­leźć.

Ko­bieta wstała. Gra­na­towa suk­nia z ta­fty za­sze­le­ściła, gdy obe­szła biurko. Po­mimo swo­ich czter­dzie­stu dwóch lat za­cho­wała szczu­płą fi­gurę, a jej włosy, choć siwe, na­dal były mocne i lśniące. I tylko wy­raz jej twa­rzy, cień, który wy­ostrzał ostre, nie­bie­skie oczy, nie­po­koił, spra­wiał, że pa­trze­nie na nią nie było przy­jemne.

Po­wstrzy­mała się od uwagi, że kto­kol­wiek wie­rzy na­sto­let­nim chłop­com, musi być skoń­czo­nym głup­cem.

– Nie jest mój – za­częła. – Ale może być. Po­dejdź tu, chłop­cze.

Luca nie pod­no­sił głowy i wy­raź­nie zwle­kał z wy­ko­na­niem roz­kazu.

Na ko­ry­ta­rzu roz­le­gło się gło­śne stuk­nię­cie, ktoś jed­nym su­sem po­ja­wił się przed drzwiami.

– Geo­rge, na li­tość bo­ską! – wrza­snęła pani So­urs, ła­piąc Lucę za ra­miona.

– Mona Liza! – od­krzyk­nął ktoś przy­tłu­mio­nym gło­sem, po czym od­biegł w kie­runku scho­dów.

Ko­bieta wznio­sła oczy do góry i ode­tchnęła.

– Ro­dzice? – spy­tała. – Masz?

Luca prze­łknął ślinę, za­sta­na­wia­jąc się nad od­po­wie­dzią. Kon­stabl po­ru­szył się w miej­scu, nie­za­do­wo­lony z tak po­wol­nego ob­rotu spraw. Jesz­cze tro­chę, a jego ko­la­cja cał­ko­wi­cie wy­sty­gnie. A kto to wi­dział jeść zimne ko­tlety cie­lęce.

– Pani So­urs, na­wet je­śli to nie pani wy­cho­wa­nek, to obo­wiąz­kiem jest...

– Pa­nie Eg­gel­ton – ode­zwała się gło­śniej. Było to jed­nak zbędne, bo­wiem w jej gło­sie było coś tak nie­ustę­pli­wego, że na­wet ci­chy ton brzmiał jak re­pry­menda. – To mój dom i rosz­czę so­bie w nim prawo do po­dej­mo­wa­nia sa­mo­dziel­nych de­cy­zji. Pan wy­ko­nuje swoje obo­wiązki, ja swoje. Skoro ja nie po­uczam pana, pro­szę się przy­naj­mniej od­wdzię­czyć uprzej­mo­ścią.

Męż­czy­zna wy­mam­ro­tał coś nie­zro­zu­mia­łego, ale go­spo­dyni zwró­ciła się w stronę chłopca. Nie­chlujne, brudne ubra­nie, dziu­rawe buty, od­ci­ski na dło­niach i przede wszyst­kim zre­zy­gno­wane spoj­rze­nie smut­nych oczu su­ge­ro­wały, jaką otrzyma od­po­wiedź.

– Masz?

– Nie, pro­szę pani.

– Ile masz lat?

– Dwa­na­ście.

Ko­bieta zmru­żyła oczy.

– Po­patrz na mnie – roz­ka­zała.

Uważ­nie obej­rzała twarz mło­dzieńca. Może uda jej się na nim za­ro­bić. W su­mie, je­śli mały Piers nie prze­żyje nocy, ten dzie­ciak wy­równa liczbę.

– Do­brze więc, zo­sta­niesz tu­taj.

– W po­rządku – sap­nął kon­stabl z ulgą w gło­sie. Nie mi­nęła na­wet mi­nuta, nim ukło­nił się i wy­szedł.

Do­piero gdy po­nure po­mruki od­pro­wa­dza­ją­cego go Hud­gensa uci­chły, So­urs usia­dła na krze­śle.

– Imię?

Luca mil­czał.

– Sie­roty – za­częła, bio­rąc do ręki kartkę pa­pieru – znaj­dują tu schro­nie­nie. Nie jest to jed­nak cie­pły ką­cik ma­musi. A ty, mój drogi – do­dała, uśmie­cha­jąc się krzywo, jakby wy­ma­wia­nie tych słów spra­wiało jej przy­jem­ność – nie masz ni­kogo. Ucie­kłeś z ma­nu­fak­tury i bez opieki mo­żesz skoń­czyć na ulicy... albo na cmen­ta­rzu. – Prze­czy­tała pierw­szy aka­pit tek­stu, jakby na­gle stra­ciła za­in­te­re­so­wa­nie chłop­cem.

Luca zer­k­nął na pod­łogę i ze stra­chem za­uwa­żył ko­lejną ka­łużę. Zu­peł­nie jak­bym był so­plem lodu i po­woli się roz­ta­piał, po­my­ślał.

– Imię – wark­nęła nie­spo­dzie­wa­nie ko­bieta.

– Luca.

Pod­nio­sła głowę.

– Luca?

– Tak, pro­szę pani.

Przez mo­ment stu­dio­wała jego twarz, czarne włosy i ciemne oczy.

– Znasz swoje na­zwi­sko?

– Tak, pro­szę pani.

Unio­sła py­ta­jąco brwi.

– Tor­rini, pro­szę pani.

– Luca Tor­rini – po­wtó­rzyła. Zmarsz­czyła brwi, jakby szu­kała cze­goś w pa­mięci. – Kim byli twoi ro­dzice?

– Nie wiem, pro­szę pani.

So­urs zmru­żyła oczy. Miała wra­że­nie, że gdzieś już sły­szała to na­zwi­sko. Nie wie­dzieć czemu, dreszcz prze­szedł jej po ple­cach.

– Gdzie pra­co­wa­łeś?

– W ma­nu­fak­tu­rze pana Ma­ster­tona. Przy tka­ni­nach.

Ko­bieta drgnęła. Do­sko­nale znała tego de­spo­tycz­nego czło­wieka o wiecz­nie wy­krzy­wio­nej twa­rzy.

– Jak długo? – do­py­ty­wała.

– Dwa lata.

Unio­sła brwi. Skoro mały był w sta­nie prze­żyć tam tyle czasu, to może nie do­ce­niła jego siły. Prze­bie­gła wzro­kiem po jego twa­rzy. Kiedy czarne włosy wy­schną, będą się­gać ra­mion. Gdyby go umyć i wło­żyć na niego nowe ubra­nia mógłby ucho­dzić na­wet za czy­je­goś dzie­dzica. Kto wie, może był bę­kar­tem ja­kie­goś am­ba­sa­dora lub księ­cia, dla któ­rego stał się nie­wy­godny? Za­no­to­wała w pa­mięci, by dys­kret­nie wy­py­tać, czy nikt go nie szu­kał. Wąt­piła, by Ma­ster­ton kie­dy­kol­wiek za­sta­na­wiał się nad nie­co­dzienną urodą chło­paka. Luca Tor­rini. Pie­przony mały mo­nar­cha, po­my­ślała.

– Zo­sta­niesz u mnie – oznaj­miła, wsta­jąc. – Bę­dziesz ro­bił to, co ci każę ja lub moi pod­władni. Za­pra­cu­jesz na swoje utrzy­ma­nie. Do­sta­niesz dach nad głową i miej­sce do spa­nia. To, co zjesz, od­dasz mi w mo­ne­tach. Ro­zu­miesz?

Luca kiw­nął głową.

So­urs sta­nęła na­prze­ciwko niego, chwy­ciła go za brodę i zmu­siła, by na nią spoj­rzał.

– Dys­cy­plina. Je­śli mnie roz­gnie­wasz, srogo za to za­pła­cisz. Po­słu­szeń­stwo. Masz być ab­so­lut­nie po­słuszny. – Po­de­szła do drzwi, ale za­nim je otwo­rzyła, od­wró­ciła się i zmie­rzyła chłopca spoj­rze­niem. – Ci­sza. Nie to­le­ruję żad­nego ha­łasu. Tu ma być ci­cho. – Na­ci­snęła na klamkę. – Sły­szysz? – za­py­tała, wska­zu­jąc mu ge­stem ciem­ność ko­ry­ta­rza.

Chło­piec był pe­wien, że na ten je­den mo­ment na­wet szczury po­cho­wały się w ką­tach.

– Co mam sły­szeć, pro­szę pani?

So­urs mruk­nęła z za­do­wo­le­niem.

– Wła­śnie. – Na­chy­liła się i szep­nęła mu do ucha: – Od te­raz na­le­żysz do mnie. Nie masz ni­kogo, Luca, a sie­roty czeka w tym mie­ście kosz­marny los. Za­po­mnij o wszyst­kim, co wi­dzia­łeś, za­nim prze­sze­dłeś przez próg tego domu. Uciek­nij raz, tak jak ucie­kłeś od Ma­ster­tona, a do­pil­nuję, że­byś nie do­cze­kał na­stęp­nego dnia.

Chło­pak skrzy­wił się, gdy jej włosy po­ła­sko­tały go w nos. Wpa­try­wał się w czerń ko­ry­ta­rza, gdy zza ściany wy­chy­liła się twarz, przy­kryta kur­tyną po­tar­ga­nych, zle­wa­ją­cych się z mro­kiem wło­sów. Ogromne, zie­lone oczy spo­częły na ple­cach So­urs.

– Zro­zu­mia­łeś?

Luca spoj­rzał na wo­sko­watą twarz ko­biety i ski­nął głową. Kiedy po­now­nie zer­k­nął na ko­ry­tarz, ni­kogo już tam nie było.

– Za mną – wark­nęła. – I bądź ci­cho. – Chwy­ciła świecę i pod­no­sząc poły sukni, wy­pro­wa­dziła Lucę na ko­ry­tarz.

Pu­ste ściany ob­le­piała łusz­cząca się farba o ni­ja­kim ko­lo­rze. Szli po wy­li­nia­łym dy­wa­nie, ho­lem, który zda­wał się nie mieć końca. Nie było tam żad­nych ob­ra­zów, sto­li­ków z kwia­tami, ni­czego, co mo­głoby nadać przy­jem­niej­szy wy­gląd. We­szli na schody i po chwili zna­leźli się na pod­da­szu.

Wpa­tru­jąc się w plecy swo­jej prze­wod­niczki, Luca miał wra­że­nie, że tamte zie­lone oczy śle­dzą każdy jego ruch. De­ski pod jego sto­pami skrzy­piały przy każ­dym kroku. Cho­ciaż ubra­nie za­czy­nało już na nim schnąć, po­czuł ogar­nia­jący go chłód. Co chwilę zer­kał przez ra­mię. Ko­ry­tarz gi­nął w mroku, gdy tylko po­stać pani So­urs od­da­lała się, za­bie­ra­jąc ze sobą krąg świa­tła.

W końcu za­trzy­mała się, a za­pa­trzony w hip­no­tyczną czerń Luca po­tknął się i pra­wie na nią wpadł. Ko­bieta od­wró­ciła się i bez słowa wy­mie­rzyła mu po­li­czek.

Chło­pak przy­ło­żył dłoń do pul­su­ją­cego miej­sca i pod­niósł wzrok na go­spo­dy­nię. Ta wy­jęła klu­cze i je­den z nich wło­żyła do zamka. Otwo­rzyw­szy drzwi, dała mu znak brodą, by wszedł do środka. Zbli­żył się po­woli, stą­pa­jąc ostroż­nie.

Zaj­rzał do po­miesz­cze­nia. Spo­dzie­wał się zo­ba­czyć mo­rze głó­wek in­nych sie­rot, ale nie do­strzegł ni­czego. Było zu­peł­nie ciemno.

– Reszta już śpi. Nie po­trze­bują noc­nego przed­sta­wie­nia. Do­łą­czysz do nich ju­tro – po­wie­działa So­urs i bez­ce­re­mo­nial­nie prze­pchnęła Lucę przez próg, po czym za­mknęła drzwi na klucz i ode­szła.

Chło­piec nie śmiał za nią za­wo­łać. Stał w miej­scu, czu­jąc, jak na­pina mu się każdy mię­sień. Nie miał po­ję­cia, czy był sam, czy w to­wa­rzy­stwie ko­goś, kto w prze­ci­wień­stwie do niego wie­dział, że ma go­ścia. Przy­po­mniała mu się para zie­lo­nych oczu. Prze­łknął ślinę, sły­sząc, jak ło­mo­cze mu serce.

– Jest tu ktoś? – za­py­tał szep­tem.

Ci­sza.

Wy­cią­gnął ręce przed sie­bie i zro­bił za­le­d­wie dwa kroki, gdy jego palce do­tknęły ściany. Przy­su­nął się bli­żej i ma­ca­jąc prze­strzeń wo­koło, po­ło­żył się na drew­nia­nej pod­ło­dze. Przy­zwy­cza­jony do spa­nia w nie­wy­go­dzie pod­ku­lił ko­lana i za­czął ana­li­zo­wać swoje po­ło­że­nie.

Cho­ciaż pani So­urs na­pa­wała go nie­po­ko­jem, po­czuł pewną ulgę. Uciekł, ma­jąc za­le­d­wie za­rys planu. Po raz pierw­szy był sam. Sze­ro­kie i gło­śne ulice Lon­dynu zu­peł­nie go przy­tło­czyły. Tu­taj było w miarę cie­pło i przy­naj­mniej deszcz nie ka­pał mu na głowę. W za­sa­dzie, w po­rów­na­niu do wczo­raj­szej nocy, mógłby po­ku­sić się o stwier­dze­nie, że dzi­siaj bę­dzie spać jak król.

Wy­cią­gnąw­szy rękę, do­tknął cze­goś mięk­kiego. Ba­da­jąc przed­miot pal­cami, stwier­dził, że to wo­rek z ziar­nem. Przy­su­nął go so­bie pod głowę, nie­mal uśmie­cha­jąc się na ta­kie luk­susy, za­mknął oczy i wy­koń­czony dłu­gim dniem za­snął.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki