44,99 zł
Ucieknij raz, a dopilnuję, żebyś nie doczekał następnego dnia.
Dwunastoletni Luca Torrini trafia do domu dla sierot pani Sours po ucieczce z jednej z londyńskich manufaktur. Zostaje zmuszony do pracy przez budzącą postrach gospodynię. Wkrótce zauważa, że nie jest to zwykły przytułek - niektórzy chłopcy nie wracają na noc, dziwnie się zachowują, a po wizycie lekarza nie każdy pojawia się na zbiórce.
Malarz James Remand dostaje kolejne zlecenie od potężnego i tajemniczego patrona. Podczas spaceru dostrzega Lucę, a uroda chłopca od razu przykuwa jego uwagę. Postanawia namalować jego portret. Czy bezwiednie przypieczętuje jego los?
Kiedy żądze nie mają ograniczeń, walutą staje się człowiek.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 335
Rok wydania: 2025
Książkę dedykuję
mojemu tacie, Czesławowi.
Jak dobrze, że miłość do słowa
pisanego jest dziedziczna!
Londyn, William Blake
W kamiennym mieście, gdzie Tamizę
Także spętano pośród krat,
Na każdej ludzkiej twarzy widzę
Słabości i cierpienia znak.
I w każdym ludzkim krzyku, w każdej
Dziecięcej trwodze dźwięczy głos
Kajdan przez umysł wykuwanych,
Żelaznych kajdan groźna moc.
Kiedy kominiarz głośno krzyczy,
Ciemne kościoła mury drżą,
A zbiedzonego szloch żołnierza
Z murów pałacu spływa krwią.
Ale najbardziej o północy:
Gdy młoda ladacznica klnie,
Łzy w oczach dziecka, ślubne wieńce
Poraża jej zatruty gniew.
Przełożył Zbigniew Kubiak
CIENIE
Ogień był wszędzie.
Strzelał z wykuszowych okien prosto w pochmurną noc. Ktoś głośno przewrócił mebel, ktoś próbował zeskoczyć z dachu. Pokojówka biegła ulicą, wrzeszcząc jak opętana. Ogromne, nienasycone jęzory ognia stawały się coraz większe, a wiatr popychał je w kierunku rosnących przy alejce drzew, jakby zachęcając do dalszej zabawy.
Ukryta za jednym z budynków postać spojrzała w stronę zegara na wieży. Na ulicy zebrał się tłum porażonych rozmiarem tragedii gapiów. Szepcząc między sobą, powtarzali pogłoskę, która każdemu na moment odbierała oddech.
Nie przeżyli. Ogień upomniał się o każdego.
Mieszkańcy sąsiednich budynków wybiegli ze swoich domów, ze zgrozą oglądając przedstawienie żywiołu ogarniającego już strych i pobliskie drzewa. Drewno syczało jakby z bólu, żar napierał na widzów, każąc im się cofnąć. Po chwili dach zawalił się z hukiem, a ludzie rozbiegli się w popłochu.
Dwie ocalone z pożaru osoby skuliły się na chodniku, płacząc pod nogami gapiów. Nikt nie rozumiał ani słowa z chaotycznego szlochu, który wydzierał się z ich poparzonych gardeł.
Ukryta w mroku postać patrzyła, jak całe jej życie znika w płomieniach. Jeszcze godzinę temu rezydencja, prawdziwe arcydzieło wiktoriańskich architektów, ze wspaniałymi ogrodem, oranżerią i ptaszarnią, była ozdobą okolicy. Teraz obracała się w popiół.
Zegar na wieży uderzył dwa razy. Postać odwróciła się na pięcie i ze łzami na policzkach rozpłynęła się w ciemności.
I
Podłużny, piętrowy budynek sterczał z ziemi niczym ceglany nagrobek otoczony żeliwną klatką ogrodzenia. Deszcz szumiał w rynnach, wylewając się na piaszczyste podwórze. Strzeliste okna straszyły kratami. Światła na piętrach były pogaszone. Między jednym trzaśnięciem pioruna a kolejnym cały dom pani Sours zdawał się chwiać, niczym staruszek pozbawiony oparcia.
Właśnie takim zobaczył go po raz pierwszy dwunastoletni Luca, kiedy co rusz popychany przystawał, by złapać równowagę i nie runąć w kałuże błota.
– Ruszaj się, chłopcze! – warknął konstabl, szturchając go w ramię. Zaraz jednak, w ostatniej chwili, szarpnął za pocerowaną koszulę Luki, odciągając go gwałtownie w bok.
Zapatrzony w okratowane okno nastolatek omal nie wszedł pod koła rozpędzonego powozu.
– Patrz pod nogi! – krzyknął mężczyzna, sam ledwo uskoczywszy przed bryzgającą spod końskich kopyt wodą. – Jeśli myślisz, że będę ratować twój bezużyteczny tyłek, to się grubo mylisz!
Luca zwrócił na niego śniadą twarz i duże, hebanowe oczy. W półmroku wydawały się czarne jak niebo nad nimi.
Po chwili stanęli przed odrapanymi drzwiami. Błyszcząca od deszczu kołatka w kształcie lwiej paszczy była wyraźnie przetarta od wieloletniego użytkowania. Pomimo niecierpliwego kołatania musiało minąć kilka minut, zanim usłyszeli czyjeś kroki. Kratka nad lwią paszczą skrzypnęła, ukazując brodatą twarz łysego mężczyzny.
– Czego tu?
– Grzeczniej proszę, panie Hudgens. – Konstabl wyprostował się z godnością. – Przyprowadziłem pani Sours jej dzieciaka.
Wodniste oko powędrowało do wpatrującego się w kołatkę chłopca. Czoło mężczyzny zmarszczyło się, nadając mu wygląd rozmiękłej rodzynki. Hudgens mruknął. Nie znał tego bachora, choć – pomimo zamiłowania do alkoholu – miał doskonałą pamięć do twarzy.
– Włazi – mruknął i otworzywszy zasuwę, przepuścił ich przez ciężkie drzwi.
Jeszcze zanim Luca przeszedł przez próg, uderzył go zapach butwiejącego drewna. Jednak nos zmarszczył dopiero wtedy, gdy minął samego Hudgensa. Mężczyzna był potężnie zbudowany, miał ogorzałą i pomarszczoną twarz. Nawet przyzwyczajony do nieprzyjemnych zapachów Luca skrzywił się, czując mieszankę kwaśnego potu, alkoholu i ryb.
Konstabl klepnął chłopca w ramię i obaj ruszyli w stronę schodów. Będąc na ich szczycie, Luca spojrzał w prawo. Korytarz całkowicie tonął w mroku. Okno na jego końcu udało mu się dostrzec dopiero, gdy ciemność nocnego nieba przecięła błyskawica.
– Już po tobie – warknął Hudgens, patrząc na wypłowiały dywan pod stopami chłopca.
Luca podążył za jego wzrokiem. Ściekająca z jego ubrań i włosów woda utworzyła wokół niego ciemną kałużę. Pociągnął nosem, decydując się pozostać ze spuszczoną głową.
– Jest u siebie? – Wyraźnie zniecierpliwiony konstabl wpatrywał się raz w jednego, raz w drugiego, tupiąc nogą.
– Taa.
– No to na co czekamy? – Mężczyzna popchnął Lucę przed siebie i skierował się w lewo, gdzie przed półprzymkniętymi drzwiami w ciemnościach zamajaczyła wysoka postać.
Chłopak zmarszczył brwi, próbując dostrzec jej twarz, ale mrok korytarza zdawał się całkowicie ją pochłaniać. Postać poruszyła się, zauważywszy przybyszów, ale Luca dojrzał jedynie długie, splątane włosy.
– Wchodzą za mną – burknął Hudgens, zatrzymując się przed solidnymi drzwiami. Zapukał i gdy usłyszał krótkie „wejść”, nacisnął klamkę.
Z mrocznego korytarza przeszli do obskurnego pokoju. Powtykane w świeczniki grudy wosku ledwo rozjaśniały pomieszczenie. Wypełniały go dwa regały, biurko, przy którym siedziała kobieta pochylona nad stosem kartek, wisząca na ścianie wyliniała głowa łosia oraz szklana gablota z porcelaną. Z ciężkich zasłon wydzielał się ostry zapach stęchlizny. Kiedy kolejna błyskawica rozjaśniła okno, Luca dostrzegł pajęczynę pęknięć na szybie i zaczął się zastanawiać, jakim cudem jeszcze nie wypadła z ramy, gdy jego wzrok przykuła postawiona na parapecie doniczka z rośliną.
– Pan konstabl – bąknął Hudgens.
Uzbrojona w pierścienie dłoń kobiety wystrzeliła w powietrze, wyganiając mężczyznę gestem, więc ukłonił się i wyszedł.
Gospodyni jeszcze przez chwilę nie zwracała na nich uwagi. Dopiero kiedy konstabl podszedł bliżej i odchrząknął najgłośniej, jak potrafił, jej grube brwi drgnęły. Podniosła wzrok. Chociaż wydawała się raczej drobna, w spojrzeniu wąskich, niebieskich oczu czaiło się coś drapieżnego. Luca wzdrygnął się. Gdy przeniosła na niego wzrok, poczuł, jakby trzasnęła go batem. Miała niemłodą już twarz, która być może kiedyś uchodziła za ładną, jednak mijające lata pozbawiły ją koloru, przez co wyglądała jak woskowa maska starej marionetki. Szarawe, ciężkie włosy były podpięte przy skroniach i odrzucone do tyłu. Wąskie usta miała mocno zaciśnięte, co tylko potęgowało wrażenie, że pani Sours jest stale zirytowana.
Luca zwiesił ramiona i spuścił głowę. Nie przypominał sobie, żeby ktokolwiek tak na niego patrzył, nawet stary Masterton, który z wymierzania kar uczynił przecież sztukę.
Konstabl odchrząknął ponownie, tym razem, żeby przypomnieć o swojej obecności, i stając za Lucą, położył mu ręce na ramionach.
– Pani Sours. Przepraszam za tak późne najście, ale znalazłem tego chłopca, gdy włóczył się po ulicach.
Luca już chciał zaprzeczyć, bynajmniej się nie włóczył, ale instynkt podpowiadał mu, że lepiej być cicho.
Kobieta w końcu spojrzała na konstabla.
– I?
– Myślałem, że to pani chłopiec.
Sours głośno wypuściła powietrze. Odłożyła trzymaną w ręku kartkę i splotła palce. Na jej twarzy pojawiło się chłodne rozbawienie.
– Pan raczy żartować. Moi chłopcy nie uciekają.
Mężczyzna wyraźnie się zmieszał. Zabębnił palcami o ramiona Luki.
– No tak – mruknął. – Mówił, że uciekł z manufaktury. Ale wie pani, musiałem sprawdzić, tyle tych sierot się pałęta. Pani dom był najbliżej. – Mówił o chłopcu tak, jakby był psem, którego właściciela próbuje właśnie odnaleźć.
Kobieta wstała. Granatowa suknia z tafty zaszeleściła, gdy obeszła biurko. Pomimo swoich czterdziestu dwóch lat zachowała szczupłą figurę, a jej włosy, choć siwe, nadal były mocne i lśniące. I tylko wyraz jej twarzy, cień, który wyostrzał ostre, niebieskie oczy, niepokoił, sprawiał, że patrzenie na nią nie było przyjemne.
Powstrzymała się od uwagi, że ktokolwiek wierzy nastoletnim chłopcom, musi być skończonym głupcem.
– Nie jest mój – zaczęła. – Ale może być. Podejdź tu, chłopcze.
Luca nie podnosił głowy i wyraźnie zwlekał z wykonaniem rozkazu.
Na korytarzu rozległo się głośne stuknięcie, ktoś jednym susem pojawił się przed drzwiami.
– George, na litość boską! – wrzasnęła pani Sours, łapiąc Lucę za ramiona.
– Mona Liza! – odkrzyknął ktoś przytłumionym głosem, po czym odbiegł w kierunku schodów.
Kobieta wzniosła oczy do góry i odetchnęła.
– Rodzice? – spytała. – Masz?
Luca przełknął ślinę, zastanawiając się nad odpowiedzią. Konstabl poruszył się w miejscu, niezadowolony z tak powolnego obrotu spraw. Jeszcze trochę, a jego kolacja całkowicie wystygnie. A kto to widział jeść zimne kotlety cielęce.
– Pani Sours, nawet jeśli to nie pani wychowanek, to obowiązkiem jest...
– Panie Eggelton – odezwała się głośniej. Było to jednak zbędne, bowiem w jej głosie było coś tak nieustępliwego, że nawet cichy ton brzmiał jak reprymenda. – To mój dom i roszczę sobie w nim prawo do podejmowania samodzielnych decyzji. Pan wykonuje swoje obowiązki, ja swoje. Skoro ja nie pouczam pana, proszę się przynajmniej odwdzięczyć uprzejmością.
Mężczyzna wymamrotał coś niezrozumiałego, ale gospodyni zwróciła się w stronę chłopca. Niechlujne, brudne ubranie, dziurawe buty, odciski na dłoniach i przede wszystkim zrezygnowane spojrzenie smutnych oczu sugerowały, jaką otrzyma odpowiedź.
– Masz?
– Nie, proszę pani.
– Ile masz lat?
– Dwanaście.
Kobieta zmrużyła oczy.
– Popatrz na mnie – rozkazała.
Uważnie obejrzała twarz młodzieńca. Może uda jej się na nim zarobić. W sumie, jeśli mały Piers nie przeżyje nocy, ten dzieciak wyrówna liczbę.
– Dobrze więc, zostaniesz tutaj.
– W porządku – sapnął konstabl z ulgą w głosie. Nie minęła nawet minuta, nim ukłonił się i wyszedł.
Dopiero gdy ponure pomruki odprowadzającego go Hudgensa ucichły, Sours usiadła na krześle.
– Imię?
Luca milczał.
– Sieroty – zaczęła, biorąc do ręki kartkę papieru – znajdują tu schronienie. Nie jest to jednak ciepły kącik mamusi. A ty, mój drogi – dodała, uśmiechając się krzywo, jakby wymawianie tych słów sprawiało jej przyjemność – nie masz nikogo. Uciekłeś z manufaktury i bez opieki możesz skończyć na ulicy... albo na cmentarzu. – Przeczytała pierwszy akapit tekstu, jakby nagle straciła zainteresowanie chłopcem.
Luca zerknął na podłogę i ze strachem zauważył kolejną kałużę. Zupełnie jakbym był soplem lodu i powoli się roztapiał, pomyślał.
– Imię – warknęła niespodziewanie kobieta.
– Luca.
Podniosła głowę.
– Luca?
– Tak, proszę pani.
Przez moment studiowała jego twarz, czarne włosy i ciemne oczy.
– Znasz swoje nazwisko?
– Tak, proszę pani.
Uniosła pytająco brwi.
– Torrini, proszę pani.
– Luca Torrini – powtórzyła. Zmarszczyła brwi, jakby szukała czegoś w pamięci. – Kim byli twoi rodzice?
– Nie wiem, proszę pani.
Sours zmrużyła oczy. Miała wrażenie, że gdzieś już słyszała to nazwisko. Nie wiedzieć czemu, dreszcz przeszedł jej po plecach.
– Gdzie pracowałeś?
– W manufakturze pana Mastertona. Przy tkaninach.
Kobieta drgnęła. Doskonale znała tego despotycznego człowieka o wiecznie wykrzywionej twarzy.
– Jak długo? – dopytywała.
– Dwa lata.
Uniosła brwi. Skoro mały był w stanie przeżyć tam tyle czasu, to może nie doceniła jego siły. Przebiegła wzrokiem po jego twarzy. Kiedy czarne włosy wyschną, będą sięgać ramion. Gdyby go umyć i włożyć na niego nowe ubrania mógłby uchodzić nawet za czyjegoś dziedzica. Kto wie, może był bękartem jakiegoś ambasadora lub księcia, dla którego stał się niewygodny? Zanotowała w pamięci, by dyskretnie wypytać, czy nikt go nie szukał. Wątpiła, by Masterton kiedykolwiek zastanawiał się nad niecodzienną urodą chłopaka. Luca Torrini. Pieprzony mały monarcha, pomyślała.
– Zostaniesz u mnie – oznajmiła, wstając. – Będziesz robił to, co ci każę ja lub moi podwładni. Zapracujesz na swoje utrzymanie. Dostaniesz dach nad głową i miejsce do spania. To, co zjesz, oddasz mi w monetach. Rozumiesz?
Luca kiwnął głową.
Sours stanęła naprzeciwko niego, chwyciła go za brodę i zmusiła, by na nią spojrzał.
– Dyscyplina. Jeśli mnie rozgniewasz, srogo za to zapłacisz. Posłuszeństwo. Masz być absolutnie posłuszny. – Podeszła do drzwi, ale zanim je otworzyła, odwróciła się i zmierzyła chłopca spojrzeniem. – Cisza. Nie toleruję żadnego hałasu. Tu ma być cicho. – Nacisnęła na klamkę. – Słyszysz? – zapytała, wskazując mu gestem ciemność korytarza.
Chłopiec był pewien, że na ten jeden moment nawet szczury pochowały się w kątach.
– Co mam słyszeć, proszę pani?
Sours mruknęła z zadowoleniem.
– Właśnie. – Nachyliła się i szepnęła mu do ucha: – Od teraz należysz do mnie. Nie masz nikogo, Luca, a sieroty czeka w tym mieście koszmarny los. Zapomnij o wszystkim, co widziałeś, zanim przeszedłeś przez próg tego domu. Ucieknij raz, tak jak uciekłeś od Mastertona, a dopilnuję, żebyś nie doczekał następnego dnia.
Chłopak skrzywił się, gdy jej włosy połaskotały go w nos. Wpatrywał się w czerń korytarza, gdy zza ściany wychyliła się twarz, przykryta kurtyną potarganych, zlewających się z mrokiem włosów. Ogromne, zielone oczy spoczęły na plecach Sours.
– Zrozumiałeś?
Luca spojrzał na woskowatą twarz kobiety i skinął głową. Kiedy ponownie zerknął na korytarz, nikogo już tam nie było.
– Za mną – warknęła. – I bądź cicho. – Chwyciła świecę i podnosząc poły sukni, wyprowadziła Lucę na korytarz.
Puste ściany oblepiała łuszcząca się farba o nijakim kolorze. Szli po wyliniałym dywanie, holem, który zdawał się nie mieć końca. Nie było tam żadnych obrazów, stolików z kwiatami, niczego, co mogłoby nadać przyjemniejszy wygląd. Weszli na schody i po chwili znaleźli się na poddaszu.
Wpatrując się w plecy swojej przewodniczki, Luca miał wrażenie, że tamte zielone oczy śledzą każdy jego ruch. Deski pod jego stopami skrzypiały przy każdym kroku. Chociaż ubranie zaczynało już na nim schnąć, poczuł ogarniający go chłód. Co chwilę zerkał przez ramię. Korytarz ginął w mroku, gdy tylko postać pani Sours oddalała się, zabierając ze sobą krąg światła.
W końcu zatrzymała się, a zapatrzony w hipnotyczną czerń Luca potknął się i prawie na nią wpadł. Kobieta odwróciła się i bez słowa wymierzyła mu policzek.
Chłopak przyłożył dłoń do pulsującego miejsca i podniósł wzrok na gospodynię. Ta wyjęła klucze i jeden z nich włożyła do zamka. Otworzywszy drzwi, dała mu znak brodą, by wszedł do środka. Zbliżył się powoli, stąpając ostrożnie.
Zajrzał do pomieszczenia. Spodziewał się zobaczyć morze główek innych sierot, ale nie dostrzegł niczego. Było zupełnie ciemno.
– Reszta już śpi. Nie potrzebują nocnego przedstawienia. Dołączysz do nich jutro – powiedziała Sours i bezceremonialnie przepchnęła Lucę przez próg, po czym zamknęła drzwi na klucz i odeszła.
Chłopiec nie śmiał za nią zawołać. Stał w miejscu, czując, jak napina mu się każdy mięsień. Nie miał pojęcia, czy był sam, czy w towarzystwie kogoś, kto w przeciwieństwie do niego wiedział, że ma gościa. Przypomniała mu się para zielonych oczu. Przełknął ślinę, słysząc, jak łomocze mu serce.
– Jest tu ktoś? – zapytał szeptem.
Cisza.
Wyciągnął ręce przed siebie i zrobił zaledwie dwa kroki, gdy jego palce dotknęły ściany. Przysunął się bliżej i macając przestrzeń wokoło, położył się na drewnianej podłodze. Przyzwyczajony do spania w niewygodzie podkulił kolana i zaczął analizować swoje położenie.
Chociaż pani Sours napawała go niepokojem, poczuł pewną ulgę. Uciekł, mając zaledwie zarys planu. Po raz pierwszy był sam. Szerokie i głośne ulice Londynu zupełnie go przytłoczyły. Tutaj było w miarę ciepło i przynajmniej deszcz nie kapał mu na głowę. W zasadzie, w porównaniu do wczorajszej nocy, mógłby pokusić się o stwierdzenie, że dzisiaj będzie spać jak król.
Wyciągnąwszy rękę, dotknął czegoś miękkiego. Badając przedmiot palcami, stwierdził, że to worek z ziarnem. Przysunął go sobie pod głowę, niemal uśmiechając się na takie luksusy, zamknął oczy i wykończony długim dniem zasnął.