Porządni ludzie - Kinga Wyrzykowska - ebook

Porządni ludzie ebook

Kinga Wyrzykowska

0,0
39,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.
Dowiedz się więcej.
Opis

O książce

Wszystkie szaleństwa naszych czasów w powieści francuskiej pisarki urodzonej w Polsce

Doskonałe laboratorium ludzkich zachowań

SYLWIA CHUTNIK

Błyskotliwa i komiczna powieść, która odsłania wszystkie szaleństwa naszych czasów.

LIRE MAGAZINE LITTÉRAIRE

Zamożna francuska rodzina Simart-Duteilów trafia na pierwsze strony gazet, gdy jej członkowie barykadują się w swojej normandzkiej posiadłości. Czytelnik śledzi wydarzenia w 2015 roku, poprzedzającym tę dobrowolną izolację. Na początku wszystko wydaje się idealne: zadbane dzieci, eleganccy rodzice, piękny dom, klinika chirurgii plastycznej i karty członkowskie prestiżowych klubów. Wiecznie młoda wdowa Isabella oraz jej dzieci – Samuel, Paul, Clothilde – wiodą wygodne, luksusowe życie. Aż do chwili, kiedy niespodziewanie do ich drzwi puka Obcy. Kim jest i dlaczego wywołuje taką panikę?

Tę powieść czyta się w napięciu, jakby oglądało się dynamiczny spektakl teatralny albo bardzo dobry film. Aż do zupełnie nieprzewidywalnego finału.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 271

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ty­tuł ory­gi­na­łu fran­cu­skie­go Pat­te blan­che

Co­py­ri­ght © Édi­tions du Seu­il, 2022

Co­py­ri­ght © No­we­la, Po­znań 2024

Co­py­ri­ght © for the trans­la­tion by Do­ro­ta Ma­li­na

Re­dak­cja Emi­lia Zwo­niar­ska

Opra­co­wa­nie gra­ficz­ne i skład JNK Gra­ftekst Ju­sty­na No­wa­czyk

Cet ouvra­ge a bénéfi­cié du so­utien du Pro­gram­me d’aide à la pu­bli­ca­tion de l’In­sti­tut fra­nça­is.

Ksi­ążkę wy­da­no dzi­ęki do­fi­nan­so­wa­niu In­sty­tu­tu Fran­cu­skie­go w ra­mach

pro­gra­mów wspar­cia wy­daw­ni­cze­go.

ISBN 978-83-67936-23-1

Wy­daw­nic­two Nowe

No­we­la sp. z o.o.

ul. Żmi­grodz­ka 41/49, 60-171 Po­znań

www.wy­daw­nic­two­no­we.pl

re­dak­cja@wy­daw­nic­two­no­we.pl

Dział han­dlo­wy (+48 61) 847 40 40

za­mo­wie­nia@no­we­la.pl

Pyta pan, czy do­brze się czu­ję we Fran­cji.

Ow­szem. Ja­kże­by nie!

Wi­told Gom­bro­wicz Te­sta­ment

Nie­po­wo­dze­nia, któ­re obcy nie­uchron­nie

na­po­ty­ka – jako do­dat­ko­wa gęba do wy­kar­mie­nia,

nie­mo­ta i nie­okrze­sa­niec – ra­nią go gwa­łtow­nie,

ale w prze­bły­skach. Nie­zau­wa­żal­nie go przy tym

wy­bie­la­ją, spra­wia­jąc, że sta­je się gład­ki

i twar­dy jak ka­myk, wiecz­nie go­to­wy by to­czyć się

da­lej, za­wsze gdzie in­dziej.

Ju­lia Kri­ste­va Étran­gers à nous-mê­mes

0.

Za­bi­jasz czas. Masz dziu­rę w gra­fi­ku.

Ze spusz­czo­ną gło­wą, z pal­cem na ekra­nie te­le­fo­nu i lek­ko zmru­żo­ny­mi ocza­mi spraw­dzasz ma­ile i po­go­dę, prze­glądasz wy­syp wia­do­mo­ści w ak­tyw­nych cza­tach, rzu­casz okiem na no­to­wa­nia gie­łdo­we, choć nic ni­g­dzie nie in­we­sto­wa­łaś, otwie­rasz „Le Mon­de”, Ama­zo­na, in­ter­ne­to­we­go po­ke­ra i In­sta­gram. Czas mija, nuda nie: da­jesz się sku­sić na­głów­ko­wi o sen­sa­cyj­nym zwro­cie w afe­rze Du­pont de Li­gon­nèsa, ale oka­zu­je się, że nic z tego. Roz­cza­ro­wa­na wy­ska­ku­jesz przez pierw­sze po­ja­wia­jące się okno, a tam no­wi­na: Brit­ney Spe­ars prze­far­bo­wa­ła się na nie­bie­sko.

Skro­lu­jesz cu­dze ży­cia, bez emo­cji, w otępie­niu. Jed­nym ru­chem pal­ca zmia­tasz sto­sy nie­istot­nych new­sów.

Tyle tre­ści, a nie ma w co się wgry­źć. Nic so­czy­ste­go.

Po­win­naś prze­rwać, scho­wać ko­mór­kę, po­czy­tać do­brą ksi­ążkę, po­ga­dać z sąsia­dem, ode­rwać nos od smart­fo­na. Nie je­steś w sta­nie. Roz­cza­ro­wa­nie na­si­la głód. Sur­fo­wa­nie po­tęgu­je nie­na­sy­ce­nie.

Na­gle, kie­dy już masz się pod­dać, rów­no­cze­śnie na­pcha­na i pu­sta, coś za­czy­na w to­bie wi­bro­wać. Eks­cy­ta­cja na­ra­sta, a wraz z nią oży­wie­nie. Nie spo­dzie­wa­łaś się tego po po­śled­nim ar­ty­ku­le w pra­sie re­gio­nal­nej, któ­ry nosi nie­zbyt sek­sow­ny ty­tuł: Za­ba­ry­ka­do­wa­ni w Nor­man­dii. To hi­sto­ria do­brej bu­rżu­azyj­nej ro­dzi­ny, z Pa­ry­ża i bli­skich przed­mie­ść (bez do­dat­ko­wych szcze­gó­łów), któ­ra od wie­lu mie­si­ęcy nie opusz­cza swo­jej let­niej re­zy­den­cji w Yervil­le. Dzien­ni­karz przy oka­zji pro­mu­je re­gion, wy­chwa­la tam­tej­sze lasy i pa­stwi­ska, wio­skę rzut be­re­tem od dwor­ca w Yve­tot, pi­ęk­ny wi­dok na oko­li­cę, bli­sko­ść mo­rza – wa­lo­ry, któ­re po­win­ny roz­kręcić lo­kal­ny ry­nek nie­ru­cho­mo­ści. Zdjęcie pod ar­ty­ku­łem osła­bia jego en­tu­zja­stycz­ny prze­kaz: wil­la, wiel­ka i po­nu­ra, z za­mkni­ęty­mi okien­ni­ca­mi, a pod nią tra­gi­ko­micz­ny pod­pis: „Wiej­skie wi­ęzie­nie ro­dzi­ny Si­mart-Du­te­il”. Czy­tasz, że jest ich dzie­si­ęcio­ro, roz­pi­ęto­ść wie­ko­wa od bab­ci po wnu­ki, za­ku­py za­ma­wia­ją przez In­ter­net, a do­staw­ca zo­sta­wia je przed mo­ni­to­ro­wa­ną bra­mą, skąd zgar­nia­ją je po zmro­ku. Wła­ści­ciel­ka lo­kal­ne­go skle­pu opo­wia­da, że jest zszo­ko­wa­na, Si­mart-Du­te­ilo­wie to byli lu­dzie po­rząd­ni, naj­zu­pe­łniej nor­mal­ni, mo­żna na­wet po­wie­dzieć, że otwar­ci na świat, często przyj­mo­wa­li go­ści, zwłasz­cza po śmier­ci ojca ro­dzi­ny, pana z pa­nów. Opo­wia­da o sznu­rach sa­mo­cho­dów przed wil­lą, o chrzci­nach, we­se­lach i uro­dzi­nach, a ty, za ka­żdym ra­zem, kie­dy pada na­zwi­sko Si­mart-Du­te­il, ła­miesz so­bie gło­wę. Coś ci to mówi.

Ale co? Skąd je znasz?

W ar­ty­ku­le czy­tasz, że je­den z sy­nów miał swo­je pięć mi­nut, ale jego pseu­do­nim ar­ty­stycz­ny, Pol Sim, nic ci nie przypomi­na. Gu­glu­jesz go. Jego twarz też nie. Zim­no, zim­no, zim­no. Wra­casz do tek­stu o Si­mart-Du­te­ilach i znów czu­jesz ukłu­cie, no­stal­gicz­ny dreszcz, da­jesz sło­wo, że coś jest na rze­czy. Środ­ko­we po­ko­le­nie, tro­je dzie­ci uro­dzo­nych w la­tach sie­dem­dzie­si­ątych, to twoi ró­wie­śni­cy. Być może któ­reś z nich cho­dzi­ło z tobą do kla­sy. Wkle­pu­jesz „Si­mart-Du­te­il” do wy­szu­ki­war­ki i wy­ska­ku­ją dwa ne­kro­lo­gi, drze­wo ge­ne­alo­gicz­ne ja­kie­jś in­nej ro­dzi­ny i lin­ki pro­wa­dzące w śle­pe za­ułki, często do kli­ni­ki chi­rur­gii es­te­tycz­nej. Pro­po­nu­jesz Go­ogle’owi: „ro­dzi­na za­mkni­ęta w wil­li + Nor­man­dia”, ale sztucz­na in­te­li­gen­cja igno­ru­je ostat­nie sło­wo, ser­wu­jąc ci hi­sto­rie wi­ęzio­nych ko­biet i dzie­ci, głów­nie w Ho­lan­dii i w Au­strii. Do­wia­du­jesz się, że Na­ta­scha Kam­pusch sta­ła się szczęśli­wą po­sia­dacz­ką wła­sne­go lo­chu. Czy­tasz o wy­jściu z pie­kieł piw­nicz­nych dzie­ci, któ­ry­mi upior­ny Jo­sef Fritzl za­ba­wiał się w pod­zie­miach. Podążasz śla­dem ere­mi­tów z Mon­fla­nqu­in, któ­rzy przez osiem lat nie opu­ści­li zam­ku pod Ber­ge­rac. Po­rząd­ni lu­dzie, któ­rzy za­wie­si­li ro­zum na ko­łku. Na tym się fik­su­jesz. Ko­łek. Po­rząd­ni lu­dzie. Już nie słu­chasz. Zda­nie dzien­ni­ka­rza za­pętla ci się w gło­wie. Cie­pło, co­raz cie­plej. Już pra­wie się uda­ło.

I na­gle wszyst­ko do cie­bie wra­ca: odłam­ki szkła z roz­bi­tych bu­te­lek wie­ńczące mur wo­kół wiel­kiej po­sia­dło­ści, spi­cza­sty dach, po­ma­ra­ńczo­we da­chów­ki, wia­tro­mierz, bluszcz, a przede wszyst­kim, jak w ba­śniach, okrągła wie­życz­ka. In­ny­mi sło­wy, fan­ta­zja ar­chi­tek­to­nicz­na nie­co roz­my­ta, jak to miej­sca ze snów i wspo­mnień, któ­rej wy­ciecz­ka na Stre­et View wca­le nie wy­ostrza. Po­twier­dza jed­nak, że ka­mien­ny dom kon­tra­stu­je z resztą otyn­ko­wa­nej za­bu­do­wy – jest wy­jąt­ko­wy.

Je­steś w Créte­il, w dziel­ni­cy miesz­ka­nio­wej sta­re­go Créte­il: dom­ki jed­no­ro­dzin­ne z kwa­dra­to­wy­mi ogród­ka­mi, lep­sze osie­dle z kor­tem te­ni­so­wym, blo­ki na ludz­ką mia­rę, a wśród nich ten, w któ­rym do­ra­sta­łaś, be­żo­wy, z par­kin­giem od stro­ny rue de Bon­ne. To nią cho­dzi­łaś do szko­ły, kwa­drans przez rue de l’Espéran­ce, tro­chę kró­cej rue du Cap. Po dro­dze mi­ja­łaś wil­lę z wie­życz­ką – co rano, do­kład­nie o ósmej pi­ęt­na­ście elek­trycz­na bra­ma się roz­su­wa­ła i w ele­ganc­kim se­da­nie wy­je­żdża­ła stam­tąd ośmio­let­nia dziew­czyn­ka w ogó­le do cie­bie nie­po­dob­na . Cza­sem do­strze­ga­łaś jej bra­ci, ubra­nych, tak jak ona, na gra­na­to­wo. Na­sto­la­tek, lek­ko gru­ba­wy, i gim­na­zja­li­sta z po­wa­żną miną i, jak ci się wy­da­wa­ło, ide­al­nie pi­ęk­ną twa­rzą. Pew­nie je­cha­li do pry­wat­nej szko­ły. Z oj­cem, wy­mu­ska­nym i ele­ganc­kim, któ­ry z pew­no­ścią pach­niał wodą ko­lo­ńską i prosz­kiem do pra­nia. Cza­sem od­wo­zi­ła ich mama, pi­ęk­no­ść po­dob­na do gwiaz­dy fil­mo­wej. Na za­wsze za­pi­sa­li się w two­jej wy­obra­źni, w gło­wie dziec­ka uro­dzo­ne­go gdzie in­dziej two­rzy­li osob­ną ka­te­go­rię „po­rząd­nych lu­dzi”. Wła­śnie tak ich na­zy­wa­łaś: „po­rząd­ni lu­dzie z rue du Cap”. Mimo że zna­łaś ich na­zwi­sko, wy­pi­sa­ne na czer­wo­nej skrzyn­ce na li­sty. Na­zwi­sko, któ­re brzmia­ło ci wy­bit­nie fran­cu­sko, ze­pchni­ęte w głębi­ny pa­mi­ęci, te­raz wy­pły­wa, nie­na­ru­szo­ne i na­dal szy­kow­ne: Si­mart-Du­te­il (bo to o nich mowa).

Przy­po­mi­nasz so­bie, że dziew­czyn­ce na imię było Clo­thil­de, że je­den z jej bra­ci (ten ład­ny) grał w re­kla­mie ka­kao Ben­co (skąd o tym wie­dzia­łaś?), któ­rą od­naj­du­jesz w sie­ci.

Si­mart-Du­te­ilo­wie, od­le­gły ho­ry­zont, nie­uchwyt­na za­gad­ka, są na wy­ci­ągni­ęcie ręki. Wszyst­ko, cze­go chcia­łaś się do­wie­dzieć, do­tknąć, jest te­raz pod szkla­nym klo­szem, unie­ru­cho­mio­ne w wil­li w Yervil­le. A ich wcze­śniej­sze ży­cie zo­sta­wi­ło śla­dy, to tu, to tam. Wy­star­czy po­zbie­rać okrusz­ki.

Czu­jesz ten dreszcz?