Przypływy i odpływy - Klaudia Komorowski - ebook + audiobook

Przypływy i odpływy audiobook

Klaudia Komorowski

0,0
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Intrygujący debiut wnuczki Krystyny Siesickiej – autorki kultowej Zapałki na zakręcie

Historia skomplikowanej relacji i opowieść o odkrywaniu prawdy o sobie z bohaterką zagubioną w gąszczu traum i wyobrażeń. Choć nie brakuje w niej surferskiego luzu, słońca i gorących uniesień, przede wszystkim mówi o tym, co kryje się pod powierzchnią.

Karolina, trzydziestoletnia pracownica korporacji ucieka na Hel, by odnaleźć sens życia i spokój. Poznaje tam Maxa – dużo młodszego od siebie instruktora windsurfingu. Chłopak niepostrzeżenie staje się jej najbliższą osobą, lecz oboje w obawie przed odrzuceniem starają się ukryć rodzące się między nimi silne uczucie. Ich relacja zdaje się być skazana na ten sam los, co nieuchronnie kończące się lato. Kiedy Max wyjeżdża, Karolina nie potrafi o nim zapomnieć. Wkrótce będzie musiała zmierzyć się z własną przeszłością, wynikającymi z niej lękami i podjąć jedną z najtrudniejszych decyzji w życiu…

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 59 min

Lektor: Beata Mes

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Głód jest gorszy od bólu

Ile­kroć widzę za szybą cukierni ide­al­nie przy­ozdo­bione babeczki, fine­zyjne torty i inne cukier­ni­cze arcy­dzieła, wyobra­żam sobie ich obłędny smak, który – bez naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści – wpra­wiłby mnie w nie­mal nar­ko­tyczny stan. Chcia­ła­bym. Och, jak ja bym je chciała!

Ale chcę mieć też wąską talię, smu­kłe pośladki i za nic, ale to za nic nie chcę mieć raka, a prze­cież wia­domo, że cukier go karmi. Dla­tego tak stoję i patrzę, i podzi­wiam, i marzę, pod­sy­ca­jąc mój głód sło­dy­czy, aż w końcu – z cięż­kim ser­cem – odcho­dzę, obcho­dząc się sma­kiem.

Zwy­kle zaraz zapo­mi­nam, ale zda­rza się, że mi się to nie udaje – wtedy mam w zwy­czaju wybie­rać swoje drogi tak, żeby „przy­pad­kiem” zaha­czały o miej­sce, gdzie mam upa­trzony sma­ko­łyk. Kar­mię oczy i znów uru­cha­miam wyobraź­nię.

Kie­dyś, gdy byłam młod­sza, a moja prze­miana mate­rii znacz­nie lep­sza, pozwa­la­łam sobie na jedze­nie tych fan­ta­stycz­nych spe­cja­łów. Bywało róż­nie. Zwy­kle te ładne babeczki z budy­niem i owo­cami sma­ko­wały tak samo dobrze, jak wyglą­dały. Ta pra­wi­dło­wość nie do końca jed­nak spraw­dzała się w przy­padku naj­pięk­niej­szych, nie­mal arty­stycz­nych dzieł, gdzie cukier­nic­two prze­sta­wało być rze­mio­słem, a prze­obra­żało się w sztukę – tu oka­zy­wało się, że ilość masła, cukru, lukru i innych skład­ni­ków potrzeb­nych do uzy­ska­nia ide­al­nej w kształ­cie kre­acji spra­wiała, że choć jadalne, to oka­zy­wały się zupeł­nie nie do zje­dze­nia. Kilka razy zda­rzyło mi się naciąć, ale w końcu nauczy­łam się, że nie­które sło­dy­cze są tylko dla oczu.

Z kolei te, które sma­kują naj­le­piej, czę­sto nie impo­nują wyglą­dem i żeby ich zakosz­to­wać, musimy zaufać, że w cał­kiem zwy­kłej for­mie może kryć się nie­zwy­kłe wnę­trze, stwo­rzone z uni­ka­to­wego połą­cze­nia skład­ni­ków. Tak zna­la­złam napo­le­onkę i babeczkę śmie­tan­kową, nie ma dla mnie lep­szych.

Żeby odkryć, co dobre, trzeba pró­bo­wać. A wia­domo, że chęt­niej się­gamy po to, co kusi wyglą­dem czy zapa­chem – co uru­cha­mia zmy­sły.

Rozdział 1. Zjeść ciastko czy mieć ciastko?

Roz­dział 1

Zjeść ciastko czy mieć ciastko?

Mia­łam trzy­dzie­ści lat, pracę zdalną i zarobki tak dobre, że stać mnie było na wszystko, czego chcia­łam. Wszystko w gra­ni­cach roz­sądku kobiety z klasy śred­niej. Jeź­dzi­łam kupioną za gotówkę toyotą high­lan­der, na ramie­niu dyn­dała mi ban­do­liera od Prady, w któ­rej nosi­łam nowego iPhone’a, ręce mia­łam ozdo­bione ręka­wami wyta­tu­owa­nymi w Junio­rinku za grube tysiące, a mojej twa­rzy nie opusz­czał bez­wstydny uśmiech wysa­dzany śnież­no­bia­łym uzę­bie­niem. Czoło było gład­kie od deli­kat­nego botoksu, a brzuch pła­ski – pew­nie dla­tego, że w knaj­pach jadłam sałatki i popi­ja­łam je kom­bu­chą. Przed latem szarp­nę­łam się i wyna­ję­łam przy­czepę kem­pin­gową na Kaprze. Był to rok mojej oso­bi­stej pro­spe­rity, co mani­fe­sto­wało się w każ­dej mojej komórce.

W takim sta­nie ciała, i rów­nie dobrym ducha, poje­cha­łam rze­czoną toyotą na rze­czony kem­ping i roz­po­czę­łam trzy­mie­sięczne waka­cje, spra­wie­dli­wie dzie­ląc czas mię­dzy pracę a sze­roko pojęty relaks.

Po dotar­ciu uda­łam się do naj­bliż­szej bazy wind­sur­fin­go­wej, powie­dzia­łam, że mam trzy mie­siące, żeby nauczyć się pły­wać na desce, i chcę kogoś, z kim uda mi się to osią­gnąć. Przy­dzie­lili mi uro­czego dzie­ciaka o kosmicz­nych umie­jęt­no­ściach. Był mistrzem Europy we fre­estyle’u, mistrzem Pol­ski w wavie i Bóg wie, w czym jesz­cze. Na pewno jed­nak nie był mistrzem instruk­tażu i fakt, że nauczy­łam się cze­go­kol­wiek pod­czas kilku wspól­nych lek­cji, świad­czy o tym, że cuda naprawdę się zda­rzają.

Ni­gdy jed­nak nie dowie­dzia­ła­bym się, jak sła­bym jest nauczy­cie­lem, gdyby nie to, że pew­nego dnia roz­cho­ro­wał się potwor­nie (czy­taj: miał kaca) i zostało mi przy­dzie­lone zastęp­stwo. Wtedy pozna­łam Adama…

Adam – drugi instruk­tor – był żywym wcie­le­niem Ado­nisa. Nie wiem, jakim cudem udało mu się tak długo umy­kać mojej uwa­dze, ale teraz – kiedy był już na rada­rze – nie było cie­nia szansy, by go odzo­ba­czyć.

Obcięte krótko ciem­no­blond włosy, muśnięte słoń­cem, lekko falo­wane i pięk­nie ukła­da­jące się na kształt­nej czaszce, two­rzyły ramę dla brą­zo­wych oczu, zgrab­nego nosa i prze­pięk­nego rzędu zębów osa­dzo­nych w sze­ro­kiej szczęce, bie­lą­cych się z każ­dym uśmie­chem, dokład­nie jak moje. Cały ten obra­zek na płót­nie z oliw­ko­wej skóry wyglą­dał jak naj­lep­sza pamiątka z waka­cji. Miał ze sto dzie­więć­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu, sze­ro­kie barki, mocny tors z widocz­nym sze­ścio­pa­kiem i dłu­gie nogi obite smu­kłymi mię­śniami. Z pełną odpo­wie­dzial­no­ścią orze­kam, że ni­gdy wcze­śniej, i ni­gdy póź­niej, nie widzia­łam lep­szego zlepka genów. Był ide­alny, naprawdę był. Nie dało się go nie chcieć, nie można było wyzwo­lić się spod jego uroku.

Dzia­łał na moją wyobraź­nię jak plac zabaw na dzieci, chcia­łam z nim zro­bić wszystko. A on? A on o tym dosko­nale wie­dział.

Bawiło mnie to, jak się pre­zen­to­wał. Widać było, jak roz­grywa swoje małe tur­nieje, cho­dząc zawsze wypro­sto­wany i uśmiech­nięty, na pseu­do­lu­zie. Myślę, że dużo lasek się na to nabie­rało, ale nie ja – przez lata tre­no­wa­nia wio­ślar­stwa widzia­łam nie takich gagat­ków. Fakt, że była to gra, zupeł­nie mi jed­nak nie prze­szka­dzał i jak ni­gdy wcze­śniej byłam gotowa wejść all in.

Gdyby ta histo­ria wyda­rzyła się kilka lat wstecz, na pewno zacho­wy­wa­ła­bym się w jego towa­rzy­stwie ina­czej. Plo­tła­bym w stre­sie jakieś bzdury, by zaraz ich poża­ło­wać, i przy­ję­ła­bym maskę nie­za­leż­nej twar­dzielki, sądząc, że to go zanęci. Na szczę­ście zgro­ma­dzi­łam już tro­chę kobie­cej mądro­ści, któ­rej z każ­dymi kolej­nymi uro­dzi­nami mi przy­by­wało, i wie­dzia­łam, że w przy­padku słów mniej zna­czy wię­cej. A co do samo­wy­star­czal­no­ści i życio­wej pew­no­ści sie­bie – nauczy­łam się, że na więk­szość męż­czyzn dzia­łają jak trawa cytry­nowa na komary, więc trzy­ma­łam je w ukry­ciu.

Bio­rąc z mojego kosza obfi­to­ści tylko nie­zbędne mini­mum, zaczę­łam grać do jego rytmu, nie wycho­dząc przed sze­reg. Zamiast jed­nego, mia­łam nagle dwa cele na to lato: nauczyć się wind­sur­fingu i poczuć w sobie mojego instruk­tora. Wyobra­ża­łam sobie, jak wdy­cham zapach z jego ust, gdy będąc na mnie, sil­nymi, powol­nymi ruchami bio­der zbliża nas do orga­zmu. Odpa­la­łam wie­czo­rami w gło­wie ten film i robi­łam sobie dobrze na dobra­noc.

Dni mijały, a mnie na desce szło coraz lepiej. Skru­pu­lat­nie przy­go­to­wy­wa­łam się przed lek­cjami – by­naj­mniej nie poprzez czy­ta­nie pod­ręcz­ni­ków spor­to­wych! – i w hoł­dzie próż­no­ści stro­iłam się jak szczur na otwar­cie kanału, żeby przy­pad­kiem nie umknąć jego uwa­dze.

Byłam gwiazdą zatoki, oczy­wi­ście nie jedyną, ale jedną z nie­wielu. Kupi­łam sobie piankę z dłu­gimi ręka­wami i dołem bikini, która ide­al­nie pod­kre­ślała moją syl­wetkę: sze­ro­kie, smu­kłe barki i ape­tyczny, lekko odsta­jący tyłek. Wią­za­łam włosy wysoko na gło­wie i plo­tłam war­kocz, który doda­wał mi mło­dzie­żo­wego, świe­żego uroku. Filtr UV z pod­kła­dem spraw­dził się ide­al­nie jako kamu­flaż wypry­sków na twa­rzy (kilka razy zda­rzyło mi się użyć go też na poślad­kach, kiedy wysko­czył mi – nomen omen – wrzód na dupie). Po tych rytu­ałach szłam w wyda­niu nieco osło­dzo­nej action woman na brzeg zatoki. Wypro­sto­wana, ale nie uśmiech­nięta, z bojową postawą, niby na luzie, ale o tym, że był „niby”, wie­dzia­łam tylko ja.

*

W sło­necz­nej toni odbi­ja­ją­cej się od zie­lono-błę­kit­nej tafli stał on, z opusz­czoną do połowy pianką, eks­po­nu­jąc swoje boskie ucie­le­śnie­nie. Powi­tał mnie uśmie­chem, w któ­rym dostrze­głam coś nowego – zachwyt. To zna­czyło, że moje wysiłki zostały doce­nione i już z całą pew­no­ścią wie­dzia­łam, że nie jestem mu obo­jętna.

Byli­śmy tak piękni, tak warci sie­bie, że grze­chem byłoby zmar­no­wać ten poten­cjał.

Jestem pewna, że z boku wyglą­da­li­śmy komicz­nie, bo w che­micz­nym odu­rze­niu wszy­scy tak wyglą­dają. Czy to nie zabawne, jak różna jest per­spek­tywa tańca godo­wego? Dla publiki to kupa śmie­chu, a dla bez­po­śred­nio zaan­ga­żo­wa­nych – magia. Hor­mony potra­fią nie­źle namie­szać w gło­wie. Teraz już to wie­dzia­łam, na szczę­ście… bo za szcze­nię­cia była­bym gotowa nazwać tę dopa­mi­nową jazdę miło­ścią życia.

Sta­li­śmy w wodzie do kolan, plo­tąc trzy po trzy. Mokra skóra w pro­mie­niach let­niego słońca, opa­le­ni­zna pod­kre­śla­jąca dokład­nie to, co trzeba. Powie­trze od che­mii zgęst­niało na kisiel. Tam­tego dnia odby­łam wyjąt­kowo owocną sesję: i wind­sur­fingu, i uwo­dze­nia. Był pod moim uro­kiem, ale męż­czyźni – chyba przez testo­ste­ron – mają wbu­do­waną w mózg funk­cję pościgu i rywa­li­za­cji; kiedy coś przy­cho­dzi im zbyt łatwo, tracą zain­te­re­so­wa­nie. Nie była to moja pierw­sza gra i wie­dzia­łam, że to jest to miej­sce na plan­szy, gdzie muszę wpro­wa­dzić ele­ment pogoni i zadbać, żeby się chło­pak tro­chę napo­cił.

Musiał się zdzi­wić, kiedy nie poja­wi­łam się następ­nego dnia rano na lek­cji i nie odbie­ra­łam tele­fonu. Po kilku nie­uda­nych pró­bach dodzwo­nie­nia się posta­no­wił wysłać wia­do­mość:

Hej! Zabra­kło Cię dziś na poran­nym pły­wa­niu. Daj znać, czy wszystko jest OK. Pzdr!

Odpo­wie­dzia­łam po sze­ściu godzi­nach:

Hej! Prze­pra­szam, wpa­dłam w waka­cyjny wir i tro­chę zaba­lo­wa­łam, dopiero wró­ci­łam do przy­czepy ;)

Od razu odpi­sał:

Kac. Naj­go­rzej. Nie potrze­bu­jesz cze­goś? Mogę przy­nieść Ci ramen… :)

Oferty ramenu nie odrzuca się ni­gdy – jest naj­lep­szy na kaca, nawet tego zmy­ślo­nego.

Szybko się przy­go­to­wa­łam. Włosy zwią­za­łam w kucyk, wycią­ga­jąc przed­nie, krót­sze pasma, by opa­dały luźno na twarz. Wło­ży­łam miękką piżamę, która nie­de­fi­ni­tyw­nie pod­kre­ślała mój tyłek, pozo­sta­wia­jąc prze­strzeń dla wyobraźni. Rzęsy musnę­łam odżywką, brwi deli­kat­nie pod­kre­śli­łam żelem, a na usta nało­ży­łam bal­sam – nazy­wa­łam ten styl sexy & cozy.

Przy­czepa była sto­sun­kowo spora w porów­na­niu z innymi. Na jed­nym końcu znaj­do­wało się duże, dwu­oso­bowe łóżko, a na dru­gim – sto­lik z kanapą w kształ­cie litery U. Prze­strzeń pomię­dzy wypeł­niał mały aneks kuchenny i szafki ubra­niowe. Z przy­czepy wycho­dziło się bez­po­śred­nio do roz­ło­żo­nego przed nią polie­stro­wego przed­sionka na alu­mi­nio­wym ste­lażu – two­rzył dodat­kową część miesz­kalną, gdzie stał czte­ro­oso­bowy pla­sti­kowy stół z krze­słami i wie­szak do susze­nia mokrych pia­nek, tra­pe­zów i innego spor­to­wego sprzętu. Lubi­łam jeść tam śnia­da­nie, bo po odsło­nię­ciu fron­tal­nej kotary zaglą­dało do mnie poranne słońce, które przy­po­mi­nało, że życie jest piękne.

Innego dnia zapro­po­no­wa­ła­bym, żeby­śmy zje­dli wła­śnie w przed­sionku, bo po sło­necz­nym dniu zie­mia jesz­cze przez wiele godzin po zacho­dzie dyszała gorą­cem. Tamta sobota była jed­nak pochmurna i choć na dwo­rze było jesz­cze jasno, powie­trze zdą­żyło stać się wil­gotne i rześ­kie.

Zja­wił się z dwiema por­cjami cie­płej zupy. Zapro­si­łam go do środka. Mia­łam mnó­stwo sojo­wych świec o zapa­chu owo­ców tro­pi­kal­nych, które paliły się non stop, wypeł­nia­jąc wnę­trze prze­pięk­nym, ener­ge­ty­zu­ją­cym zapa­chem. Posprzą­ta­łam, bo choć mam nie­zwy­kły talent do robie­nia wokół sie­bie śmiet­nika, znacz­nie bar­dziej cie­szy mnie porzą­dek. Myślę, że ta ten­den­cja do bała­ga­niar­stwa i umi­ło­wa­nie ładu odzwier­cie­dlają moją oso­bo­wość: chcia­ła­bym być poukła­dana, ale zwy­czaj­nie nie leży to w mojej natu­rze. Sta­ram się jed­nak utrzy­my­wać har­mo­nię – zarówno zewnętrzną, jak i wewnętrzną – licząc, że pew­nego dnia ten wysi­łek prze­ro­dzi się w nawyk.

Na szafce stały równo uło­żone książki, na sto­liku – miseczka z orze­chami lasko­wymi, jedna ze świe­czek i mały notat­nik. Wnę­trze roz­ja­śniało cie­płe, sub­telne świa­tło. Łóżko nakry­łam sza­rym, ple­cio­nym kocem i rzu­ci­łam na nie kilka ozdob­nych podu­szek, obok któ­rych leżał lap­top i słu­chawki, co doda­wało całej kom­po­zy­cji natu­ral­no­ści. Kupi­łam nawet kwia­tek, który posta­wi­łam na wiszą­cej przy oknie półce. Wyszło cał­kiem hygge.

Zro­bi­łam z tej nie­miec­kiej przy­czepy sto­sun­kowo pol­ski azyl – w końcu na nad­cho­dzące trzy mie­siące miała być moim domem.

Wszedł i z wyraź­nym uśmie­chem na ustach powie­dział:

– Wow! Ale masz tu miło!

– Dzię­kuję – odpar­łam, uśmie­cha­jąc się słodko, ale bez zębów.

– Sia­damy tu? – Adam wska­zał kiw­nię­ciem głowy sto­lik.

– Tak, jasne! Roz­gość się.

Usie­dli­śmy naprze­ciwko sie­bie. Mia­łam przed sobą żywe dzieło sztuki, które oglą­da­łam z nie­na­chal­nym zachwy­tem.

Wszystko zapo­wia­dało się świet­nie do momentu, gdy zaczę­li­śmy jeść. Nachy­lił się nad pla­sti­kową miską tak, że może cen­ty­metr dzie­lił jego nos od zupy, która roz­bry­zgi­wała się na wszyst­kie strony, gdy bez­ce­re­mo­nial­nie wsy­sał maka­ron. Sior­bał i mla­skał, trzy­ma­jąc oba łok­cie na stole i z Ado­nisa zmie­nił się w obrzy­dliwą świ­nię. Cze­ka­łam tylko, aż skoń­czy żreć.

Każdy ma swoje sła­bo­ści i – nie­ko­niecz­nie znaj­du­jące odbi­cie w logice – upodo­ba­nia. Ja pre­fe­ruję este­tycz­nie jedzą­cych ludzi. Razi mnie, gdy ktoś rzuca się na posi­łek jak wygłod­niałe dzi­kie zwie­rzę. Chcę widzieć wypro­sto­waną syl­wetkę, cele­bra­cję każ­dego kęsa, zamknięte usta i łok­cie przy sobie. Cho­ciaż wiem, że spo­sób jedze­nia nie czyni z czło­wieka dobrej lub złej osoby, to nawet nie chce mi się pró­bo­wać z tym moim upodo­ba­niem wal­czyć. Jest ono we mnie zbyt mocno zako­rze­nione.

Usztyw­niona i zde­gu­sto­wana, powoli jadłam swój ramen. Uży­wa­łam zarówno łyżki, jak i pałe­czek, licząc, że może jaski­niowca zain­spi­ruję – bez­sku­tecz­nie. Ta tor­tura skoń­czyła się z ostat­nim łykiem zupy, który wypił z miski, oble­wa­jąc sobie lewą część policzka. Na szczę­ście mia­łam jesz­cze połowę swo­jej por­cji i – już z roz­luź­nio­nymi ramio­nami – w spo­koju skoń­czyłam.

– Zupa była pyszna, dzię­kuję! Ile jestem ci winna? – zapy­ta­łam, otwie­ra­jąc port­fel.

– Pięć­dzie­siąt zło­tych – odpo­wie­dział krótko. – Nie­źle się tu urzą­dzi­łaś, dawno nie byłem w tak przy­tul­nej przy­cze­pie, aż nie chce się wycho­dzić.

– Nikt cię nie wyga­nia – uśmiech­nę­łam się sub­tel­nie. – Cie­szę się, że ci się podoba.

– To powiedz mi teraz, co to za impreza tak zmio­tła cię z nóg, że nie dotar­łaś na dzi­siej­sze zaję­cia?

– Kole­żanka mieszka dwa kem­pingi stąd i zapro­siła mnie do sie­bie. Było miło i się prze­cią­gnęło, nic spe­cjal­nego – odpar­łam z lek­ko­ścią godną pro­fe­sjo­nal­nego kłamcy.

– Nic spe­cjal­nego? Jeśli „nic spe­cjal­nego” wystar­czy, żebyś odpu­ściła lek­cję ze mną, to zna­czy, że ponio­słem wielką porażkę – powie­dział pół­żar­tem, roz­kła­da­jąc ręce i wbi­ja­jąc plecy w opar­cie.

– No niech ci będzie. – Zaśmia­łam się, tym razem poka­zu­jąc zęby. – Było naprawdę dobrze, nie chciało mi się stam­tąd ruszyć.

– O, a to czemu? Pozna­łaś kogoś inte­re­su­ją­cego? – zapy­tał, kła­dąc ręce na stole i przy­su­wa­jąc się do mnie naj­bli­żej jak mógł.

– O! Czy to prze­słu­cha­nie? – pro­wo­ko­wa­łam. – A jakie to by miało zna­cze­nie?

– Dla mnie dość spore, bo ozna­cza­łoby, że zbyt mocno przy­kła­dam się do naszych lek­cji – odpo­wie­dział z zawa­diac­kim uśmie­chem.

– Nie trać zaan­ga­żo­wa­nia w nasze lek­cje, nie masz powodu – wyszep­ta­łam, rów­nież kła­dąc przed­ra­miona na stole i wyzy­wa­jąco spo­ty­ka­jąc go w poło­wie dzie­lą­cego nas metro­wego blatu.

Deli­kat­nie dotknął mojego pod­bródka i żuchwy. Roz­luź­ni­łam mię­śnie i pozwo­li­łam mojej twa­rzy zanu­rzyć się w cie­ple jego dłoni. Przy­cią­gnął mnie do sie­bie i zaczął cało­wać.

Na zewnątrz pierw­sze kro­ple desz­czu ude­rzały w dach przy­czepy, wygry­wa­jąc moją ulu­bioną, let­nią melo­dię. Zaczy­nał się drugi tydzień lipca, a wyglą­dało na to, że zapla­no­wane na cały okres waka­cji zada­nie zosta­nie wyko­nane grubo przed cza­sem. Mogłam to prze­cią­gać, być nie­do­stępną i budo­wać mię­dzy nami więk­sze napię­cie. Mogłam i nawet przez chwilę to roz­wa­ża­łam, ale osta­tecz­nie uzna­łam, że mi się nie chce. Odda­łam mu więc stery, a on pokie­ro­wał nas pro­sto do łóżka.

Zdjął z sie­bie bluzę i od razu spoj­rzał na mnie, spraw­dza­jąc reak­cję; widzia­łam, że był dumny ze swo­jego ciężko wypra­co­wa­nego torsu, ale bez koszulki widzia­łam go już nie­raz i zdą­ży­łam się przy­zwy­czaić do tego – bez­dy­sku­syj­nie wspa­nia­łego – widoku. Moja twarz nie krzy­czała „wow”, a to go wyraź­nie nie ucie­szyło. Chwy­cił moje dło­nie i poło­żył je na swo­jej klatce pier­sio­wej, doma­ga­jąc się aten­cji. Nie do końca mi się to spodo­bało, więc szyb­kim ruchem prze­su­nę­łam dło­nie na szyję, przy­cią­gnę­łam go do sie­bie i wró­ci­łam do cało­wa­nia.

Nie tra­cił czasu, powie­dzia­ła­bym nawet, że nad­mier­nie się spie­szył. Zda­wał się kom­plet­nie nie rozu­mieć, że potrze­bo­wa­łam tro­chę wię­cej niż on, żeby być gotową, i maca­nie jego klatki zde­cy­do­wa­nie nie było wystar­cza­jące.

Zdjął mi bluzkę i zaraz póź­niej swoje spodnie. Dotknął moich piersi przez koron­kowy sta­nik. Gdy poczu­łam palce na sut­kach, fala gorąca ude­rzyła moje ciało, cze­ka­łam, aż go zdej­mie, zacznie mnie ssać i cało­wać, ale nie zro­bił tego. W końcu zsu­nął dół mojej piżamy i zosta­łam w samej bie­liź­nie. Poli­zał mój brzuch i zni­kąd, niczym Houdini, wydo­był pre­zer­wa­tywę, którą zało­żył jed­nym ruchem ręki.

Nie prze­sta­jąc cało­wać nawet na uła­mek sekundy, odchy­lił moje majtki, robiąc sobie wej­ście, i powol­nym ruchem wsu­nął się we mnie. Tro­chę szybko się to wszystko wyda­rzyło, ale skoro już tu byli­śmy, to let’s do it, pomy­śla­łam.

Przy­ci­ska­łam jego mied­nicę do swo­jej, żeby też odczuć pełną przy­jem­ność, ale wciąż nie­ścią­gnięte figi nie uła­twiały zada­nia. Sku­piona na znaj­do­wa­niu odpo­wied­niej pozy­cji, nawet nie zdą­ży­łam się obej­rzeć, kiedy skoń­czył. Nie napa­trzy­łam się na jego piękną twarz, szkoda. Szybko zszedł ze mnie, wcią­ga­jąc bok­serki, zsu­nięte wcze­śniej tylko do połowy ud.

– Ale było dobrze – powie­dział lekko zdy­szany.

– Dobrze? – Unio­słam brwi. – Chcia­ła­bym móc powie­dzieć to samo – oznaj­mi­łam, patrząc na niego ze zmarsz­czo­nym czo­łem.

– Spo­koj­nie, mała, może następ­nym razem ci się uda.

– Mnie się uda? Nie sądzisz, że to też tro­chę twoje zada­nie?

– Ni­gdy mi się nie zda­rzyło, żeby dziew­czyna po sek­sie ze mną była nie­za­do­wo­lona, a nie zro­bi­łem niczego ina­czej, niż zwy­kle… To raczej jasne, że nie ja jestem tutaj przy­czyną.

– Jeżeli to twój zwy­cza­jowy per­for­mance, to mogę cię zapew­nić, że twoje dziew­czyny zwy­czaj­nie uda­wały – odrze­kłam, śmie­jąc się w głos. – Ubierz się i wyjdź. Nie mamy o czym wię­cej roz­ma­wiać. Dodam tylko, że nie zda­rzyło mi się, żeby męż­czy­zna zosta­wił mnie bez orga­zmu.

– Dobra, mała, wylu­zuj! Jak chcesz, mogę zro­bić ci dobrze.

– Nie jestem dla cie­bie żadna „mała” – wyce­dzi­łam przez zęby. – Po takiej próbce nie mam ochoty na nic wię­cej, możesz wyjść.

– Dobrze, Karo­lina. Już wycho­dzę, nie musisz mówić dwa razy.

Wzię­łam prysz­nic w kem­pin­go­wej łazience, z któ­rej pędem wró­ci­łam do przy­czepy. Weszłam pod koł­drę, całe szczę­ście nie­ska­laną jego DNA, bo zadba­łam, żeby nie leżał na niczym innym niż szara narzuta.

Cią­gle prze­twa­rza­łam w gło­wie, co wła­śnie się wyda­rzyło. Byłam tak zde­gu­sto­wana, że nawet nie myśla­łam o wła­sno­ręcz­nym skoń­cze­niu tego, czego jemu nie udało się zro­bić.

Co za nar­cyz! Kiedy czło­wiek jest knu­rem przy stole, to takim samym knu­rem jest w łóżku. Nauczka na całe życie. Jak dobrze, że zamiast grać na zwłokę, zali­czy­łam go już teraz… Nie znio­sła­bym myśli, że zmar­no­wa­łam jesz­cze wię­cej czasu dla takiej żenady. Otwo­rzy­łam książkę i ucie­kłam do świata, gdzie ludzie wal­czyli ze smo­kami, a potem zasnę­łam.

Następ­nego dnia poszłam wypi­sać się ze wszyst­kich pozo­sta­łych lek­cji z Ada­mem, które zare­zer­wo­wa­łam sobie do końca lipca. Spy­tali dla­czego, a ja skła­ma­łam, że mam super­o­ka­zję u zna­jo­mego i robię to w celach oszczęd­no­ścio­wych. Tyle mnie tam było. Póź­niej poszłam pro­sto na sąsiedni kem­ping i zapi­sa­łam się do pierw­szej lep­szej szkółki. Popro­si­łam o młod­szego instruk­tora, bo chcia­łam tym razem się uchro­nić przed che­micz­nymi burzami, któ­rych nie­spo­kojne wia­try kom­pli­ko­wały mi naukę wind­sur­fingu – tego, na czym naprawdę mi zale­żało.

*

Nowe miej­sce było inne, zupeł­nie nie­ko­mer­cyjne. Wła­ści­ciele – dwaj goście w moim wieku – byli wiecz­nie spa­leni blan­tem i zda­wali się nie kon­tro­lo­wać gra­fiku ani finan­sów. Mieli ten biz­nes chyba tylko po to, żeby waka­cjo­wać pod przy­krywką pracy. I chwała im za to. Nie każdy potrafi iść na luzie przez życie, z nie­wy­mu­szo­nym uśmie­chem.

Inte­res dokład­nie odzwier­cie­dlał ich oso­bo­wo­ści: było miej­sce na błędy i czas na wszystko. Nikt nikogo nie ganił za spóź­nie­nia – powie­dzia­ła­bym nawet, że cza­sowa obsuwa sta­no­wiła nie­pi­saną zasadę. Przed­sta­wiali naukę jako pro­ces piękny sam w sobie, nikt nie obie­cał mi, że pod­czas danej liczby godzin nauczę się kon­kret­nych umie­jęt­no­ści, byli jak przed­szkole Mon­tes­sori – każdy osią­gnie swoje wszystko we wła­snym cza­sie.

„Budy­nek” szkółki zbu­do­wali z dykty umo­co­wa­nej na drew­nia­nym ste­lażu z trzci­no­wym dachem. Na wprost wej­ścia znaj­do­wało się biurko wyko­nane ze sta­rej deski sur­fin­go­wej, stały na nim drew­niane wie­szaki z ręcz­nie robioną biżu­te­rią i lap­top, w któ­rym rze­komo pro­wa­dzili zapisy, a tak naprawdę scrol­lo­wali Face­bo­oka. Na desce leżał też duży zeszyt okle­jony roz­ma­itymi nalep­kami – i to w nim naprawdę zapi­sy­wali ter­miny zajęć i pro­wa­dzili listę klien­tów. Po lewej stro­nie pomiesz­cze­nia robią­cego za biuro posta­wili bam­bu­sowy sto­lik, a na nim eks­pres prze­le­wowy z zawsze świeżo zapa­rzoną, gorącą kawą bez nuty kwa­so­wo­ści, lepki słoik miodu, kar­ton mleka sojo­wego i obtłu­czone gli­niane kubki, które każdy sam po sobie mył – a przy­naj­mniej myć powi­nien. Zaraz obok kusiła do leni­stwa miękka kanapa. Na niej można było sobie tę kawkę milutko wypić.

Po pra­wej roz­cią­gał się długi wie­szak z prze­róż­nymi ciu­chami – taki mały show­room lokal­nych pro­jek­tan­tów – i psie posła­nie, całe w kudłach. Psa za to nie było.

Obok posła­nia było przej­ście do cał­kiem spo­rej prze­cho­walni szkół­ko­wych desek, żagli i pia­nek. Z maga­zynu bez­po­śred­nio na plażę wycho­dziło się przez wielką bramę, którą zamy­kali dopiero po zmroku.

Biedy nie było, ale w porów­na­niu z kon­ku­ren­cją ich biz­nes pla­so­wał się jako raczej śred­nio­bu­dże­towy. Nie naj­now­szy sprzęt, sami mło­dzi instruk­to­rzy – bo star­szym i bar­dziej doświad­czo­nym trzeba by było zapła­cić pro­por­cjo­nal­nie wię­cej – i brak osoby odpo­wie­dzial­nej za czy­stość… Chłopcy sprzą­tali sami i nie dało się tego nie zauwa­żyć.

A ja? Ja byłam tym zachwy­cona. Nikt nie kazał mi się logo­wać w sys­te­mach, mia­łam imię, a nie numer, i zwy­czaj­nie podo­bał mi się ten kli­mat, tro­chę jak w komu­nie. Zapi­sali mnie do mło­dego instruk­tora o imie­niu Max – Max przez „x”. Zaczy­na­li­śmy jesz­cze tego samego popo­łu­dnia.

Nie zostało mi zbyt dużo czasu do lek­cji, a piankę i strój mia­łam ze sobą, więc posta­no­wi­łam sko­rzy­stać z kawo­wej oferty i spo­koj­nie pocze­kać na kana­pie z kub­kiem w dłoni. Po chwili dołą­czył do mnie pies.

– Mar­cin! – zawo­łał do psa jeden z instruk­to­rów. – Wra­caj!

Spoj­rza­łam roz­ba­wiona, ale pies jedy­nie mach­nął ogo­nem, nie bar­dzo wie­dzia­łam, czy w odpo­wie­dzi, czy na mój widok. Czte­ro­letni miks owczarka nie­miec­kiego z czymś bli­żej nie­okre­ślo­nym poło­żył mi na kola­nach swój ciężki pysk, a po chwili czu­ło­ści zde­cy­do­wał się wsko­czyć na kanapę i uło­żyć na niej ze mną – od razu zosta­li­śmy kum­plami.

Przez godzinę, która została mi do lek­cji, obser­wo­wa­łam dyna­mikę mię­dzy chło­pa­kami pra­cu­ją­cymi w szkółce. Gło­śno się śmiali, oka­zjo­nal­nie rzu­ca­jąc w eter jakąś „kurwę”. Na pierw­szy rzut oka son­do­wa­łam, że nie mieli nad sobą żela­znej ręki szefa, która zmiaż­dży­łaby jaki­kol­wiek akt nie­sub­or­dy­na­cji. Byli mło­dzi, wciąż jesz­cze nie­fra­so­bliwi, ale przy tym try­skali sym­pa­tią i życz­li­wo­ścią.

Gła­ska­łam psa, ota­czała mnie pozy­tywna ener­gia i nie chcia­łam w tam­tym momen­cie być ni­gdzie indziej. Cie­szy­łam się każ­dym deta­lem. Zna­cie to cliché „bądź tu i teraz”? Od wielu lat pró­buję się w nim zna­leźć, a w tam­tej chwili aku­rat mi się udało.

W końcu poja­wił się Max przez „x”. O nie­win­nej twa­rzy, tak gład­kiej, że golił ją chyba tylko dla zasady. Włosy miał wypło­wiałe od słońca, w kolo­rze sza­ro­brą­zo­wym, wybit­nie dobrze kom­po­nu­ją­cym się z brą­zo­wo­żół­tymi oczami. Był nie­wy­soki, miał może sto sie­dem­dzie­siąt dwa cen­ty­me­try wzro­stu. Na pewno nie wię­cej, a moż­liwe, że mniej. Sze­ro­kie plecy, zary­so­wana klatka i brzuch osa­dzone były na wąskich bio­drach i nie­pro­por­cjo­nal­nie chu­dych, odro­binę krzy­wych nogach.

Jestem bez­pieczna, nie podoba mi się – pomy­śla­łam z ulgą.

– Cześć, Karo­lina! Miło cię poznać!

– No cześć! Cie­bie rów­nież. – Wsta­łam z kanapy i poda­łam mu rękę.

– Gotowa, żeby iść na wodę? Mamy dziś przy­jemny wia­te­rek do nauki, wieje jakaś tró­jeczka. Chło­paki mówiły, że mia­łaś już kilka lek­cji.

– Gotowa cia­łem i duchem, muszę tylko wło­żyć piankę. – Wska­za­łam na leżący obok mnie neo­pre­nowy strój. – Co do lek­cji, to wszystko się zga­dza. Zro­bi­łam w sumie pięć godzin. Potra­fię pły­nąć, ale zwroty nie wycho­dzą mi kom­plet­nie.

Obciął mnie wzro­kiem od góry do dołu, jak kawa­łek drewna, po czym stwier­dził:

– Widać, że jesteś wyspor­to­wana. Kto­kol­wiek w pięć godzin nie zdą­żył nauczyć cię zwro­tów, był sła­bym nauczy­cie­lem. Na szczę­ście teraz jesteś w moich rękach i wszystko nad­ro­bimy. Leć się szy­ko­wać, a ja wybiorę sprzęt!

Nie spodo­bało mi się, że wygło­sił taką opi­nię o czło­wieku, któ­rego zupeł­nie nie znał. Skąd pew­ność, że pro­blem nie leży we mnie? A może panicz­nie bałam się wody? Albo byłam kom­plet­nym bez­ta­len­ciem? Jaką miał wie­dzę i jakie pod­stawy, żeby wypo­wia­dać się w ten spo­sób? Nie zro­biło to na mnie dobrego wra­że­nia, ale też nie­spe­cjal­nie się prze­ję­łam, bo co jak co, ale honor Adama aku­rat naj­mniej mnie obcho­dził.

Poszłam do bam­bu­so­wej, prze­stron­nej prze­bie­ralni, wło­ży­łam piankę i zwią­za­łam włosy – cia­sno i dość nie­chluj­nie. Nie zale­żało mi, by wyglą­dać dobrze, nie było dla kogo.

Ta sama sek­sowna pianka, ta sama kobieta, a kom­plet­nie inny efekt. Wystar­czy, że zmie­nia się nasza inten­cja i per­cep­cja nas samych, którą chcemy przed­sta­wić światu, a od razu język ciała posłusz­nie wysyła zupeł­nie inną wia­do­mość. Zamknięte barki i roz­luź­nione mię­śnie nie­trzy­ma­jące krę­go­słupa w pio­nie, a pozwa­la­jące mu zaokrą­glić się w łuk. Do tego zaci­snę­łam usta i moje i tak nie­wiel­kie wargi zmie­niły się w cienką kre­skę. „Nie rzu­cam się w oczy” – taki nio­słam komu­ni­kat. Mamy wię­cej niż jedną wer­sję sie­bie i każda z nich jest tak samo praw­dziwa, pomy­śla­łam, patrząc na swoje odbi­cie w lustrze. Maznę­łam jesz­cze poliki kolo­ro­wym szty­ftem prze­ciw­sło­necz­nym i wyszłam do instruk­tora.

– Sprzęt już gotowy! – krzyk­nął Max. Ruchem ręki poka­zał, żebym szła za nim. – Ty weź­miesz żagiel, a ja deskę. Wiesz, jak się go nosi?

– Chyba wiem – odpo­wie­dzia­łam nie­śmiało, kwe­stio­nu­jąc wszystko, czego zosta­łam dotych­czas nauczona przez mojego, prze­cież bez­na­dziej­nego, pierw­szego instruk­tora.

– No to łap i lecimy na wodę!

Zła­pa­łam i poszli­śmy, na szczę­ście było cał­kiem bli­sko i umia­łam nieść żagiel jak trzeba.

Weszli­śmy do wody, Max przy­mo­co­wał pęd­nik do deski.

– No to wska­kuj – powie­dział. – Popłyń dwa­dzie­ścia metrów, zrób zwrot i wróć do mnie.

– Prze­cież powie­dzia­łam, że nie potra­fię robić zwro­tów.

– Zrób taki, jaki umiesz. Jeśli musisz, wrzuć żagiel do wody i prze­nieś go na drugą stronę deski, tu jest bar­dzo płytko, dwa­dzie­ścia metrów stąd będziesz miała wodę naj­wy­żej do pasa.

Wla­złam na deskę zgod­nie z pole­ce­niem i popły­nę­łam. Zro­bi­łam koślawy zwrot przez sztag, ale żagiel jakimś cudem pozo­stał nad wodą. Wró­ci­łam do brzegu, choć zwiało mnie jakieś dzie­sięć metrów w lewo od punktu startu.

Max pod­szedł do mnie, cią­gnąc za sobą drugi kom­plet sprzętu – ten był dla niego.

– Już wszystko wiem – powie­dział usa­tys­fak­cjo­no­wany. – Teraz pły­niemy razem. Będziemy utrwa­lać dobre nawyki i oduczać się tych złych.

– Okej – przy­tak­nę­łam.

– Powiedz mi tylko, kto ci powie­dział, żeby przed­nią rękę na bomie trzy­mać pod­chwy­tem?

– Mój poprzedni instruk­tor…?

– Jest to legen­darny chwyt, używa go pio­nier wind­sur­fingu, Robby Naish. Zobacz, to jego firmy masz żagiel. – Max wska­zał na czer­wony, dry­fu­jący po wodzie pęd­nik. – Sam Robby jed­nak mieszka na Maui i pływa na takim wie­trze i falach, o jakich nam się nawet nie śniło. Dla­tego suge­ruję, żeby­śmy zaczęli od kla­sycz­nego chwytu: obie ręce nachwy­tem. Pod koniec sezonu, kiedy będziesz już miała takie umie­jęt­no­ści jak Naish, możemy popró­bo­wać z chwy­tem mie­sza­nym – dodał i mru­gnął okiem.

Może odro­binę mniej, ale na­dal mnie draż­nił. Godzina zle­ciała jed­nak bar­dzo szybko, a on zapro­po­no­wał, żeby­śmy kon­ty­nu­owali. Nie miał zapi­sa­nych już żad­nych klien­tów, a mnie podobno nie­źle szło. Zgo­dzi­łam się, bo rze­czy­wi­ście czu­łam się na desce coraz pew­niej.

Po skoń­czo­nej lek­cji wró­ci­li­śmy do bazy odsta­wić mój sprzęt. Zapy­tał, czy nie zro­bi­ła­bym z nim jesz­cze jed­nej rundki, by pomóc z dru­gim kom­ple­tem. Poszłam, cał­kiem chęt­nie.

– I jak się czu­jesz po dzi­siej­szym pły­wa­niu? Zmę­czona?

– Nie jakoś bar­dzo. Jestem nała­do­wana ener­gią. To był dobry dzień.

– Bar­dzo dobry! Od razu wie­dzia­łem, że będziesz miała do tego talent! Zale­d­wie dwie godziny na wodzie, a już robisz zwrot przez sztag i ostrzysz! Pomyśl, co będzie za mie­siąc!

– Dzię­kuję, że tak mówisz… – odpo­wie­dzia­łam zado­wo­lona.

– Skoro masz jesz­cze sporo ener­gii, może wpad­niesz w takim razie wie­czo­rem na ogni­sko? Idziemy całą ekipą. Przyjdź, będziemy w lewo od wej­ścia numer dzie­sięć w Cha­łu­pach.

– A będzie Mar­cin? – spy­ta­łam cał­kiem poważ­nie.

– Gdy tylko wsze­dłem do biura, od razu zauwa­ży­łem, że coś mię­dzy wami iskrzy… – zażar­to­wał. – Weź­miemy chłopa, skoro tak ci na tym zależy. – Uśmiech­nął się i dźwi­gnął deskę z pia­chu.

– Dzię­kuję za zapro­sze­nie. Zoba­czę, jak się będę czuła. Jeśli nie zasnę, to wpadnę.

Wró­ci­łam do mojej przy­tul­nej przy­czepy, żeby prze­brać się na wie­czorne ogni­sko. Doświad­czona przez lata waka­cji spę­dza­nych na Helu, wie­dzia­łam, że upalne dni nie gwa­ran­tują cie­płych nocy i choć­by­śmy nie wiem jak bar­dzo chcieli zro­bić z pół­nocy Pol­ski pół­nocny brzeg Oahu, to zwy­czaj­nie nie jest to moż­liwe. Wło­ży­łam więc naj­cie­plej­szy dres, jaki mia­łam, zimową czapkę i na to wszystko parkę – sherpę. Mogłam w tam­tym momen­cie wyglą­dać zarówno jak stu­pro­cen­towy hip­ster, jak i bez­domny.

Spa­ko­wa­łam do ple­caka różowe Carlo Rossi, kilka piw i solone paluszki – wola­łam te z seza­mem, ale ni­gdzie nie mogłam ich kupić. Posta­no­wi­łam, że pocze­kam chwilę, zanim do nich dołą­czę, nie chcia­łam przyjść przed wszyst­kimi – to byłoby tro­chę faux pas. Dałam sobie czas do dzie­więt­na­stej trzy­dzie­ści, ale kilka minut po dzie­więt­na­stej dosta­łam SMS-a z nie­zna­nego numeru:

Hej, gdzie jesteś? My już na plaży, cze­kamy na Cie­bie. Gdy­byś nie mogła nas zna­leźć, to dzwoń na ten numer i wyjdę po Cie­bie.

To był Max. Nie pod­pi­sał się, ale miał iPhone’a i wyświe­tliło mi się jego ID. Odpo­wie­dzia­łam od razu:

Hej! Zaraz ruszam, mia­łam jesz­cze kilka rze­czy do ogar­nię­cia! Dzięki za info, do zo nie­ba­wem!

Ruszy­łam od razu, mia­łam może kwa­drans drogi spa­ce­rem.

Na ścieżce rowe­ro­wej zauwa­ży­łam wsta­wione, roze­śmiane nasto­latki. Mod­nie ubrane, egzal­to­wane, pewne, że prze­kro­czyły gra­nicę doro­sło­ści. Uro­cze, młode dia­blice, pełne nie­świa­do­mej nie­win­no­ści. Szły przede mną, zmie­nia­jąc zwy­czajną drogę w spa­cer sen­ty­men­talny; jesz­cze tak nie­dawno byłam jak one. To samo miej­sce, te same drzewa, nawet powie­trze sma­ko­wało tak samo. Tylko ja inna. I kiedy się to stało? Jak mogło mi aż tyle umknąć?

Gdy weszłam na plażę, poma­rań­czowa kula słońca jesz­cze świe­ciła. Rozej­rza­łam się i od razu zoba­czy­łam ska­czą­cego do patyka Mar­cina, wokół niego byli ludzie – roz­pro­szeni, ale razem. Jedni grali w boules, inni sie­dzieli i roz­ma­wiali. Poza Maxem i psem nie zna­łam tam nikogo. Poczu­łam się nie­pew­nie. Wzię­łam głę­boki oddech i ruszy­łam przed sie­bie. Nagle zwró­cili wzrok w moją stronę i zaczęli machać, dokład­nie wszy­scy. Uśmiech­nę­łam się sze­roko i od razu zro­biło mi się raź­niej, nawet przy­spie­szy­łam kroku. Pro­sty ruch ręką, a tyle zmie­nia! Gdy czło­wiek czuje się gdzieś chciany, to sam od razu bar­dziej chce.

– Hej! – powie­dzia­łam lekko zachryp­nię­tym gło­sem.

– Słu­chaj­cie! To jest Karo­lina, nasz nowy naby­tek! Z Mar­ci­nem mają się ku sobie, więc nawet nie pró­buj­cie, pano­wie – wal­nął sucha­rem Max, trzy­ma­jąc w ręku patyk.

– Cześć, Karo­lina! – ode­zwała się jedna z dziew­czyn. – Bar­dzo miło nam cię poznać! Prze­pra­szamy za śred­niej jako­ści żarty Maxa, to jedyna dzie­dzina, w któ­rej mu nie idzie – dodała i spoj­rzała na niego z lito­ścią. – Sia­daj obok mnie! Jestem Klara. – Pokle­pała puste miej­sce na swoim ręcz­niku.

Bru­netka o inten­syw­nych, ciemno opra­wio­nych śle­piach. Spod czapki wyła­niały się dłu­gie, deli­katne loki. Sma­gana słoń­cem skóra stała się zło­to­brą­zowa, a cze­ko­la­dowe włosy roz­ja­śniły się na koń­cach. Pach­niała Dylan Blue od Ver­sace – zapa­chem Dona­telli. Jak jego autorka, była rów­nież nie­oczy­wi­sta i eks­tra­wa­gancka.

Miała bar­dzo szczu­płą syl­wetkę, co uwy­dat­niało jej ostre rysy twa­rzy. Nie­pełne, ale i nie­wą­skie usta, zgrabny nos i sze­roko roz­sta­wione oczy współ­grały har­mo­nij­nie. Mogłaby być per­ską księż­niczką, tak była piękna.

Biła od niej pew­ność sie­bie, ale nie but­ność; sie­działa wypro­sto­wana i mówiła śmiało, jed­no­cze­śnie dając mi poczu­cie, że to ja jestem tam naj­waż­niej­sza. Pierw­szy raz w życiu spo­tka­łam taką kobietę. Zwy­kle te piękne nosiły w sobie jado­wity pier­wia­stek i, pazerne na aten­cję, gotowe były na naj­po­dlej­sze ruchy.

Ona – prze­ciw­nie – ema­no­wała czymś czy­stym i pozy­tyw­nym.

Mar­cin przy­lazł do nas od razu i – ku mojej ucie­sze – poło­żył mi na kola­nach swój ośli­niony pysk. Gła­ska­łam jego długą kufę okrytą kró­ciutką, miękką jak aksa­mit sier­ścią, a on mru­żył oczy. Muska­łam jego deli­katne uszka i raz po raz nachy­la­łam się, żeby poczuć ich „grzy­bowy” zapach.

Popi­ja­jąc wino z pla­sti­ko­wego kubka, wła­ści­wie nie prze­sta­wa­łam mówić, i to wcale nie dla­tego, że jestem gada­tliwa – bo chyba wcale nie mam takiej natury – po pro­stu cią­gle ktoś zada­wał mi jakieś pyta­nia.

Dwóch chło­pa­ków ćwi­czyło zapasy, Max uczył się robić salta, a jedna z dziew­czyn usi­ło­wała grać na uku­lele, kako­fo­nia ta była jed­nak tak bar­dzo nie do znie­sie­nia, że po licz­nych proś­bach w końcu odpu­ściła.

Dorzu­ca­li­śmy drewno do ogni­ska, utrzy­mu­jąc pło­mień tak żywym, jak nasze nastroje. Sześć godzin upły­nęło i wcale nie zapo­wia­dało się na koniec, ale ja musia­łam się już zbie­rać z powro­tem.

– Bar­dzo wam dzię­kuję za ten wspa­niały wie­czór! Na mnie już czas, do zoba­cze­nia jutro w bazie! – powie­dzia­łam gło­śno, jesz­cze sie­dząc.

– No co ty! Nie idź! Będziemy tu jesz­cze góra godzinkę – nama­wiał jeden z chło­pa­ków.

– Bar­dzo bym chciała, ale naprawdę nie mogę – odpar­łam ze smutną miną. – Mam mnó­stwo pracy, która wymaga świe­żo­ści umy­słu, muszę iść spać.

– Mus to mus. Jutro też jest dzień i kolejne ogni­sko, i Karol­cia na pewno wpad­nie… – wtrą­cił pyta­ją­cym tonem Max.

Roze­śmia­łam się.

– Tak, na pewno wpad­nie! – odpo­wie­dzia­łam entu­zja­stycz­nie.

– Pocze­kaj, znajdę smycz i odpro­wa­dzimy cię – powie­dział nieco ciszej, jakby nie chcąc, by ktoś to usły­szał.

Nie zaopo­no­wa­łam, bo wcale nie mia­łam ochoty wra­cać sama w środku nocy. Ame­ry­ka­nie mawiają: bet­ter safe than sorry, a ja się z nimi zga­dzam.

Szli­śmy plażą, Max po niż­szej czę­ści stro­mi­zny brzegu, co spra­wiało, że się­gał mi do ramion. Psa mia­łam po mojej lewej stro­nie.

– Naprawdę cię lubi – wes­tchnął Max, patrząc na Mar­cina.

– To działa w obie strony. Ja naprawdę lubię jego.

– Jak ci się dziś podo­bało? Chyba zna­la­złaś ze wszyst­kimi wspólny język. Od razu widać, że cię uwiel­biają.

– Nie prze­sa­dza­ła­bym z tym „uwiel­bie­niem”. Myślę, że są zwy­czaj­nie bar­dzo sym­pa­tycz­nymi ludźmi i zale­żało im na tym, żebym nie czuła się samotna jako jedyna out­si­derka w gro­nie – odpo­wie­dzia­łam kokie­te­ryj­nie, licząc, że zaprze­czy.

– Są sym­pa­tyczni, to się zga­dza, ale znam ich nie od dziś i zapew­niam cię, że to nie tylko kur­tu­azja. Bar­dzo cię polu­bili. A Klarę to w ogóle pierw­szy raz od dawna widzia­łem w takim wyda­niu i dobrym humo­rze! Chyba dostrzega w tobie mate­riał na kum­pelę, rzadko z kim­kol­wiek jej tak klika.

– Naprawdę? Jak komu­kol­wiek może z nią nie kli­kać?

– Nie mie­ści się w gra­ni­cach nor­mal­no­ści, zwy­kle dziew­czyny mają ją za fre­aka i stro­nią od jej towa­rzy­stwa.

– Lubię twój dobór słów. Ale wra­ca­jąc do Klary, na­dal nie rozu­miem. Prze­cież jest w niej tyle jakiejś łagod­nej siły, każdy chce się takiej osoby trzy­mać…

– Mówisz tak, bo pew­nie sama nie znasz stra­chu. A ja odno­szę wra­że­nie, że ta, jak to pięk­nie uję­łaś, łagodna siła odstra­sza więk­szość ludzi. Dla­czego? Nie wiem. Ale tak jest.

– Może przy­po­mina im o ich wła­snych sła­bo­ściach? Może jest tym, czym w głębi chcie­liby być, ale nie mają odwagi się stać…? Takie pijac­kie filo­zo­fo­wa­nie… bre­dzę.

– Myślę, że może być cał­kiem w punkt. Ale tak, to trudny temat… – uciął w pół zda­nia i spoj­rzał w lewo. – Patrz, to już twoje wyj­ście, chodź.

Zeszli­śmy z plaży i weszli­śmy do ciem­nego lasu. Pies wciąż bie­gał bez smy­czy i znik­nął gdzieś w mroku, a ja zesztyw­nia­łam. Ciemny las prze­ra­żał mnie, odkąd pamię­tam.

– Prze­pra­szam, ale muszę się cie­bie zła­pać, bo umie­ram ze stra­chu – szep­nę­łam i nie cze­ka­jąc na przy­zwo­le­nie, wsu­nę­łam rękę pod jego ramię i mocno się uchwy­ci­łam.

– Nie ma pro­blemu! Trzy­maj, ile chcesz.

Teraz byli­śmy już rów­nego wzro­stu. Szli­śmy krótki kawa­łek, który przez ciem­ność okrut­nie się dłu­żył. W końcu dotar­li­śmy do torów kole­jo­wych, gdzie świa­tło latarni przy­wró­ciło mi odwagę. Puści­łam rękę Maxa i zapię­łam Mar­ci­nowi smycz. Prze­szli­śmy przez jezd­nię i za chwilę zna­leź­li­śmy się na wprost wej­ścia na kem­ping.

Krę­ciło się sporo pija­nych ludzi, ktoś rzu­cił butelką w stół bilar­dowy i roz­trza­skała się z hukiem w drobny mak.

– Wow! I takie panują zwy­czaje na naj­droż­szym kem­pingu w Cha­łu­pach? – spy­tał, zaśmie­wa­jąc się.

– Bana­nowe dzieci bywają bydłem – odpar­łam krótko.

– Odpro­wa­dzę cię do przy­czepy. – Max wysu­nął do mnie zgiętą wpół rękę, żebym znów ją chwy­ciła.

– Pod warun­kiem że dasz mi pro­wa­dzić psa… – powie­dzia­łam zawa­diac­kim tonem.

– Cały twój! – wrę­czył mi smycz.

Skrę­ci­li­śmy w lewo i ruszy­li­śmy przed sie­bie. Minę­li­śmy kilka kem­pin­go­wych popi­jaw. Nachlani ludzie leżeli na pia­chu przed namio­tami, a jeden gość wymio­to­wał do kosza. Obser­wo­wa­li­śmy to bez komen­ta­rza. Zostało nam może pięć­dzie­siąt metrów do mojej przy­czepy, gdy usły­sza­łam za sobą bez­ce­re­mo­nialny wrzask:

– Ej, mała!

Od razu pozna­łam ten głos… To pijany Adam darł się wnie­bo­głosy. Gra­łam głupa, że nie wiem, o co cho­dzi, ale czu­łam wstyd i nara­sta­jące napię­cie.

– Naprawdę grubo na tym waszym kem­pingu… – wyszep­tał Max.

– Ej, mała! – Wrzask się powtó­rzył i zawtó­ro­wał mu odgłos szyb­kich, cięż­kich kro­ków.

Adam sta­nął tuż za nami i nie mogłam dłu­żej uda­wać, że nic się nie dzieje. Odwró­ci­łam się i powie­dzia­łam chłodno:

– Adam, to do mnie tak wrzesz­czysz? Chyba coś ci się pomy­liło. Zrób mi przy­sługę i zostaw nas w spo­koju, widzisz chyba, że mam towa­rzy­stwo. – Ski­nę­łam głową w stronę Maxa. – Jesteś pijany, wra­caj do sie­bie.

– Bar­dziej chcia­łem zaj­rzeć do cie­bie, wró­cić do tego, na czym skoń­czy­li­śmy… – wybeł­ko­tał z głup­ko­wa­tym uśmie­chem, uda­jąc bar­dziej pija­nego, niż był w rze­czy­wi­sto­ści.

– Teraz jesteś nie tylko żało­sny, ale zwy­czaj­nie cham­ski. Pro­szę cię po ludzku, zostaw nas.

– O! Prze­pra­szam, nie zauwa­ży­łem, że ktoś obok cie­bie stoi – zakpił ze wzro­stu Maxa.

– Rozu­miem. Wydaje ci się, że twoje żarty są bar­dzo zabawne, ale zauważ, że śmie­jesz się jako jedyny – powie­dział Max, robiąc krok do przodu. – Kobieta prosi cię, żebyś ją zosta­wił, usza­nuj to i daj jej spo­kój.

– O! Pan adwo­kat się ode­zwał! Myślisz, że możesz mi pod­ska­ki­wać? Takich jak ty to ja biorę na jeden strzał, spier­da­laj stąd!

– To ty spier­da­laj, bo zaraz zawo­łam ochronę i cię wypier­dolą z tego kem­pingu – wtrą­ci­łam.

– Jaką ochronę, o czym ty pier­do­lisz! – Adam znów spoj­rzał na Maxa. – Byłaś na szczy­cie, a teraz, widzę, rów­nasz w dół!

Odwró­ci­łam głowę w bok i zaci­snę­łam wargi, oddy­cha­jąc głę­boko. Cze­ka­łam, aż fala zło­ści się roz­myje, jak radzą znawcy tech­nik bud­dyj­skich. Nie­stety zamiast tego ona tylko nara­stała, aż w końcu roz­biła się pię­ścią na jego twa­rzy – w zwy­czaju mało popu­lar­nym na Dale­kim Wscho­dzie, za to cał­kiem typo­wym dla obszaru Pol­ski.

– Ty głu­pia pizdo! – wrza­snął Adam i zdzie­lił mnie, tra­fia­jąc w kość jarz­mową.

Zami­go­tał mi świat tysią­cem barw, jak u Lip­nic­kiej. Tylko cudem dalej sta­łam na dwóch nogach. Kiedy się otrzą­snę­łam, było już poza­mia­tane. Adam leżał na ziemi, zapiasz­czony i zalany krwią sączącą się z nosa. I to Max go tak urzą­dził, o iro­nio, a prze­cież prze­gry­wał wzro­stem.

– Nic ci nie jest? – spy­tał, chwy­ta­jąc mnie za bark i przy­glą­da­jąc się obi­tej twa­rzy.

– Jestem cała, nie ma tematu – zawsty­dzi­łam się i nie chcia­łam, żeby mi się przy­glą­dał. – Sama się o to pro­si­łam. Prze­pra­szam, że posta­wi­łam cię w takiej sytu­acji.

– Nie. Zosta­li­śmy w niej razem posta­wieni. Ten pajac pozo­sta­wił nie­wiele prze­strzeni na inną reak­cję. Za nic nie prze­pra­szaj. Kto to w ogóle jest?

– Mój poprzedni instruk­tor – żach­nę­łam się. – Ten, który nie umiał nauczyć mnie zwrotu. Ład­nie to wtedy okre­śli­łeś, w ogóle podoba mi się, jak mówisz.

Dotknę­łam policzka. Piekł potwor­nie.

– No to widzę, że mia­łaś wiele powo­dów, żeby zmie­nić instruk­tora! Nie­trudno będzie go pobić… na każ­dym polu, nie tylko na pię­ści. – Spoj­rzał na mnie z uśmie­chem i mru­gnął okiem. – Cie­szę się, że lubisz, jak mówię. – Prze­cią­gle spoj­rzał mi w oczy. – Cho­ciaż nie wiem, co spe­cjal­nego w tych moich sło­wach znaj­du­jesz.

– Chyba też nie do końca jesz­cze wiem.

Doszli­śmy do przy­czepy.

– Wejdę na chwilę. Muszę zoba­czyć twoją twarz w świe­tle, bo naprawdę mocno ci przy­wa­lił – oznaj­mił.

– Jasne, wchodź! Mi casa es tu casa.

Zapa­li­łam świa­tło, Max zmarsz­czył brwi i zaczął przy­glą­dać się stłu­czo­nemu policz­kowi, był tak bli­sko, że czu­łam cie­pło jego odde­chu.

– Nie wygląda to dobrze. Zoba­czymy jutro, jak będziesz się czuła, ale chyba musisz jechać z tym do szpi­tala, puch­nie jak złe. Masz lód?

– Mam mie­szankę chiń­ską.

– Ide­al­nie, dawaj.

Z pro­wi­zo­rycz­nej zamra­żarki wycią­gnę­łam ści­śniętą torebkę zmro­żo­nych warzyw.

– Pro­szę.

– Zawiń to w jakiś cienki T-shirt i przy­łóż na pół godziny. Póź­niej włóż z powro­tem do zamra­żarki i powtórz tak kilka razy – mówił, obser­wu­jąc pod świa­tło obite miej­sce. – Ja nie, ale Mar­cin zosta­nie z tobą na noc. Wystar­czy, że wydasz komendę „bierz go” i z każ­dym sobie pora­dzi.

– Nie myślisz chyba, że Adam przyj­dzie mnie tu nękać?

– Nie pomy­ślał­bym, że zoba­czę gościa tłu­ką­cego dziew­czynę. Bet­ter safe than sorry – użył lubia­nego przeze mnie powie­dze­nia.

– Masz rację. Dzię­kuję.

– Rano tu wpadnę, zoba­czyć, co i jak.

– Nie, no co ty! Prze­cież nie będziesz bie­gał do mnie mię­dzy kur­san­tami, to bez sensu. Nie rób sobie kło­potu, dam sobie radę!

– Jutro mam zaję­cia tylko z tobą, więc o nic się nie martw. Gdyby coś się działo, to dzwoń, zosta­wiam na noc włą­czony dźwięk. – Max pokle­pał mnie w ramię i odwró­cił się w stronę wyj­ścia.

– Pocze­kaj, mam jesz­cze jedno pyta­nie…

– No?

– Dla­czego nazwa­łeś psa Mar­cin?

Roze­śmiał się, zosta­wia­jąc pyta­nie bez odpo­wie­dzi.

– Do zoba­cze­nia za kilka godzin. I pamię­taj, gdyby cokol­wiek się działo, dzwoń!

Poło­ży­łam się z mro­żonką Hor­texu przy­ło­żoną do twa­rzy. Zapro­si­łam Mar­cina do łóżka, a on bez chwili namy­słu do niego wsko­czył. Nie miało dla mnie zna­cze­nia, że jego sierść była pełna pia­chu po wie­czor­nych sza­leń­stwach na plaży ani że okrop­nie liniał – bez namy­słu zapro­si­łam go pod koł­drę. Chwilę tak ze mną leżał, ale chyba zro­biło mu się za gorąco, bo w końcu wylazł spod przy­kry­cia i uło­żył się w moich nogach, gdzie został do rana.

Zasnę­łam jak kamień. Obu­dziło mnie stu­ka­nie do drzwi. Otwo­rzy­łam oczy, cał­kiem roz­mro­żone warzywa zmie­niły się w papkę, a pla­sti­kowe opa­ko­wa­nie naj­wy­raź­niej podziu­ra­wiło się, gdy na siłę wci­ska­łam je do mini­zam­ra­żarki, bo cała poduszka była kom­plet­nie mokra i pach­niała grzy­bami mun. Czu­łam pul­su­jący, okropny ból w lewej czę­ści twa­rzy. Puka­nie nie usta­wało, więc odchrząk­nę­łam i powie­dzia­łam gło­śno:

– Już, sekundkę.

Mia­łam na sobie szary T-shirt w roz­mia­rze XXL, który się­gał mi do połowy uda, i gacie rodem z rene­sansu. Mar­cin szcze­kał pod drzwiami i mer­dał ogo­nem, zdra­dza­jąc, kto się do nich dobija. Odsu­nę­łam go deli­kat­nie i otwo­rzy­łam drzwi. Moim oczom uka­zał się Max, stał uśmiech­nięty, trzy­ma­jąc w ręku papie­rową torbę.

– Hej – powie­dzia­łam i cof­nę­łam się, robiąc mu przej­ście, po czym wyszłam z przy­czepy i zablo­ko­wa­łam drzwi wej­ściowe tak, żeby zostały otwarte. – Muszę tu wpu­ścić tro­chę powie­trza. Masz ochotę na kawę?

– Mam, i to wielką, dla­tego przy­nio­słem nam po jed­nej. Mam nadzieję, że lubisz latte? Widzia­łem, że dole­wa­łaś sobie mleka sojo­wego u nas w szkółce, więc wła­śnie z takim ci ją zamó­wi­łem – opo­wia­dał, wyj­mu­jąc kubki z wiel­kiej torby. – Wzią­łem nam też po jago­dziance. Jak minęła noc?

– Boże, czy ty ist­nie­jesz naprawdę? Dzię­kuję ci! – odpar­łam, usia­dłam naprze­ciwko niego i rado­śnie pochwy­ci­łam latte. – Dokład­nie taką piję i uwiel­biam jago­dzianki. Naj­lep­sze śnia­da­nie, jakie mogła­bym sobie wyśnić! A co do snu, to chyba nikt tu się nie dobi­jał… Sama nie wiem, odpa­dłam od razu. Obu­dzi­łeś mnie w tym momen­cie. Która jest w ogóle godzina?

– Jest ósma, kilka minut po. Cie­szę się, że ci sma­kuje – powie­dział, zawie­sił głos i dodał po chwili: – A widzia­łaś się już w lustrze?

– Nie, jesz­cze nie… Jest aż tak źle? Czuję, że nie może być dobrze…

– Nie wygląda to naj­le­piej… Idź, zobacz.

Poszłam.

– O ja pier­dolę – powie­dzia­łam naj­spo­koj­niej, jak umia­łam.

– Zjedz, ogar­nij się i jedziemy do szpi­tala do Wej­he­rowa. Nie ma na co cze­kać. Czy Mar­cin może zostać u cie­bie w przy­cze­pie na ten czas? Niczego nie znisz­czy.

– Oczy­wi­ście, że może! Ale jesteś pewien, że chcesz ze mną jechać? Nie szkoda ci czasu? Naprawdę mogę ogar­nąć to sama.

– Wiem, że możesz, nie wąt­pię. Ale gdy­bym to ja był na twoim miej­scu, chciał­bym, żebyś mi towa­rzy­szyła. Jedziemy razem, koniec gadki. Biorę psa na krótki spa­cer, a ty się w tym cza­sie przy­go­tuj, okej? A, i masz to. – Max wycią­gnął do mnie rękę, w któ­rej trzy­mał czapkę z dasz­kiem. – Może się przyda.

– Naprawdę pomy­śla­łeś o wszyst­kim! Przyda się, na pewno.

Wzię­łam do ręki base­bal­lówkę, a Max odda­lił się z psem. Zaczę­łam się przy­glą­dać czapce. Była w kolo­rze khaki, ze skó­rza­nym paskiem do regu­la­cji i małą meta­lową kla­merką z wytło­czo­nym wzo­rem wie­lo­ryba. Nad dasz­kiem wyszyta była mała deska sur­fin­gowa. Przy­su­nę­łam czapkę do nosa i pową­cha­łam ją – nie wiem dla­czego, jakoś tak odru­chowo. Pach­niała tro­chę słoną wodą, tro­chę ludzką głową i tro­chę przy­godą. Widać było, że swoje prze­żyła. Zało­ży­łam ją i dopa­so­wa­łam, zaci­ska­jąc cia­sno pasek. Nie waży­łam się nawet zmie­niać kształtu daszka, choć wypłasz­czony wyglą­dałby lepiej. Wsko­czy­łam w naj­więk­szą bluzę, jaką mia­łam w sza­fie, nacią­gnę­łam kap­tur i ruszy­łam w stronę kem­pin­go­wych prysz­ni­ców. W sobotę rano nie widać było pra­wie nikogo – ska­co­wani albo jesz­cze pijani dogo­ry­wali w swo­ich zatę­chłych namio­tach i przy­cze­pach. Słońce świe­ciło z pełną mocą, a na nie­bie nie widać było ani jed­nej chmury – piękny dzień, zbyt piękny, żeby spę­dzać go w szpi­talu, ale nie było wyboru.

Przy­go­to­wa­łam sobie kosme­tyczkę i ręcz­nik. Przed wej­ściem pod prysz­nic zer­k­nę­łam do lustra – świa­tło w kem­pin­go­wej łazience uwy­dat­niło całą bru­talną prawdę. Białko oka było cał­kiem czer­wone, twarz stała się asy­me­tryczna, bo cała jej lewa część spu­chła i jakby opa­dła, a poli­czek zabar­wił się na sino­nie­bie­sko z domieszką czer­wieni. Wyglą­da­łam jak menel. Posta­no­wi­łam umyć włosy, żeby poczuć się lepiej, ale od początku coś mi mówiło, że to zły pomysł. Prze­ko­na­łam się o tym od razu, kiedy stru­mień wody dotknął mojego obi­tego lica – potwor­nie bolało. Uni­ka­jąc kon­taktu wody z twa­rzą, jakimś cudem w końcu spłu­ka­łam szam­pon z głowy. Było to na tyle nie­przy­jemne, że odpu­ści­łam nakła­da­nie odżywki, co oka­zało się kolej­nym błę­dem, za który zapła­ci­łam szar­pa­niną ze skoł­tu­nio­nymi, zupeł­nie nie­da­ją­cymi się roz­cze­sać kudłami. I choć osta­tecz­nie wygra­łam tę długą i nie­równą walkę, to wyglą­da­łam jak ofiara prze­mocy, którą – nawia­sem mówiąc – prze­cież byłam.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki