Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 14,99 zł
Intrygujący debiut wnuczki Krystyny Siesickiej – autorki kultowej Zapałki na zakręcie
Historia skomplikowanej relacji i opowieść o odkrywaniu prawdy o sobie z bohaterką zagubioną w gąszczu traum i wyobrażeń. Choć nie brakuje w niej surferskiego luzu, słońca i gorących uniesień, przede wszystkim mówi o tym, co kryje się pod powierzchnią.
Karolina, trzydziestoletnia pracownica korporacji ucieka na Hel, by odnaleźć sens życia i spokój. Poznaje tam Maxa – dużo młodszego od siebie instruktora windsurfingu. Chłopak niepostrzeżenie staje się jej najbliższą osobą, lecz oboje w obawie przed odrzuceniem starają się ukryć rodzące się między nimi silne uczucie. Ich relacja zdaje się być skazana na ten sam los, co nieuchronnie kończące się lato. Kiedy Max wyjeżdża, Karolina nie potrafi o nim zapomnieć. Wkrótce będzie musiała zmierzyć się z własną przeszłością, wynikającymi z niej lękami i podjąć jedną z najtrudniejszych decyzji w życiu…
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 8 godz. 59 min
Lektor: Beata Mes
Ilekroć widzę za szybą cukierni idealnie przyozdobione babeczki, finezyjne torty i inne cukiernicze arcydzieła, wyobrażam sobie ich obłędny smak, który – bez najmniejszej wątpliwości – wprawiłby mnie w niemal narkotyczny stan. Chciałabym. Och, jak ja bym je chciała!
Ale chcę mieć też wąską talię, smukłe pośladki i za nic, ale to za nic nie chcę mieć raka, a przecież wiadomo, że cukier go karmi. Dlatego tak stoję i patrzę, i podziwiam, i marzę, podsycając mój głód słodyczy, aż w końcu – z ciężkim sercem – odchodzę, obchodząc się smakiem.
Zwykle zaraz zapominam, ale zdarza się, że mi się to nie udaje – wtedy mam w zwyczaju wybierać swoje drogi tak, żeby „przypadkiem” zahaczały o miejsce, gdzie mam upatrzony smakołyk. Karmię oczy i znów uruchamiam wyobraźnię.
Kiedyś, gdy byłam młodsza, a moja przemiana materii znacznie lepsza, pozwalałam sobie na jedzenie tych fantastycznych specjałów. Bywało różnie. Zwykle te ładne babeczki z budyniem i owocami smakowały tak samo dobrze, jak wyglądały. Ta prawidłowość nie do końca jednak sprawdzała się w przypadku najpiękniejszych, niemal artystycznych dzieł, gdzie cukiernictwo przestawało być rzemiosłem, a przeobrażało się w sztukę – tu okazywało się, że ilość masła, cukru, lukru i innych składników potrzebnych do uzyskania idealnej w kształcie kreacji sprawiała, że choć jadalne, to okazywały się zupełnie nie do zjedzenia. Kilka razy zdarzyło mi się naciąć, ale w końcu nauczyłam się, że niektóre słodycze są tylko dla oczu.
Z kolei te, które smakują najlepiej, często nie imponują wyglądem i żeby ich zakosztować, musimy zaufać, że w całkiem zwykłej formie może kryć się niezwykłe wnętrze, stworzone z unikatowego połączenia składników. Tak znalazłam napoleonkę i babeczkę śmietankową, nie ma dla mnie lepszych.
Żeby odkryć, co dobre, trzeba próbować. A wiadomo, że chętniej sięgamy po to, co kusi wyglądem czy zapachem – co uruchamia zmysły.
Rozdział 1
Zjeść ciastko czy mieć ciastko?
Miałam trzydzieści lat, pracę zdalną i zarobki tak dobre, że stać mnie było na wszystko, czego chciałam. Wszystko w granicach rozsądku kobiety z klasy średniej. Jeździłam kupioną za gotówkę toyotą highlander, na ramieniu dyndała mi bandoliera od Prady, w której nosiłam nowego iPhone’a, ręce miałam ozdobione rękawami wytatuowanymi w Juniorinku za grube tysiące, a mojej twarzy nie opuszczał bezwstydny uśmiech wysadzany śnieżnobiałym uzębieniem. Czoło było gładkie od delikatnego botoksu, a brzuch płaski – pewnie dlatego, że w knajpach jadłam sałatki i popijałam je kombuchą. Przed latem szarpnęłam się i wynajęłam przyczepę kempingową na Kaprze. Był to rok mojej osobistej prosperity, co manifestowało się w każdej mojej komórce.
W takim stanie ciała, i równie dobrym ducha, pojechałam rzeczoną toyotą na rzeczony kemping i rozpoczęłam trzymiesięczne wakacje, sprawiedliwie dzieląc czas między pracę a szeroko pojęty relaks.
Po dotarciu udałam się do najbliższej bazy windsurfingowej, powiedziałam, że mam trzy miesiące, żeby nauczyć się pływać na desce, i chcę kogoś, z kim uda mi się to osiągnąć. Przydzielili mi uroczego dzieciaka o kosmicznych umiejętnościach. Był mistrzem Europy we freestyle’u, mistrzem Polski w wavie i Bóg wie, w czym jeszcze. Na pewno jednak nie był mistrzem instruktażu i fakt, że nauczyłam się czegokolwiek podczas kilku wspólnych lekcji, świadczy o tym, że cuda naprawdę się zdarzają.
Nigdy jednak nie dowiedziałabym się, jak słabym jest nauczycielem, gdyby nie to, że pewnego dnia rozchorował się potwornie (czytaj: miał kaca) i zostało mi przydzielone zastępstwo. Wtedy poznałam Adama…
Adam – drugi instruktor – był żywym wcieleniem Adonisa. Nie wiem, jakim cudem udało mu się tak długo umykać mojej uwadze, ale teraz – kiedy był już na radarze – nie było cienia szansy, by go odzobaczyć.
Obcięte krótko ciemnoblond włosy, muśnięte słońcem, lekko falowane i pięknie układające się na kształtnej czaszce, tworzyły ramę dla brązowych oczu, zgrabnego nosa i przepięknego rzędu zębów osadzonych w szerokiej szczęce, bielących się z każdym uśmiechem, dokładnie jak moje. Cały ten obrazek na płótnie z oliwkowej skóry wyglądał jak najlepsza pamiątka z wakacji. Miał ze sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, szerokie barki, mocny tors z widocznym sześciopakiem i długie nogi obite smukłymi mięśniami. Z pełną odpowiedzialnością orzekam, że nigdy wcześniej, i nigdy później, nie widziałam lepszego zlepka genów. Był idealny, naprawdę był. Nie dało się go nie chcieć, nie można było wyzwolić się spod jego uroku.
Działał na moją wyobraźnię jak plac zabaw na dzieci, chciałam z nim zrobić wszystko. A on? A on o tym doskonale wiedział.
Bawiło mnie to, jak się prezentował. Widać było, jak rozgrywa swoje małe turnieje, chodząc zawsze wyprostowany i uśmiechnięty, na pseudoluzie. Myślę, że dużo lasek się na to nabierało, ale nie ja – przez lata trenowania wioślarstwa widziałam nie takich gagatków. Fakt, że była to gra, zupełnie mi jednak nie przeszkadzał i jak nigdy wcześniej byłam gotowa wejść all in.
Gdyby ta historia wydarzyła się kilka lat wstecz, na pewno zachowywałabym się w jego towarzystwie inaczej. Plotłabym w stresie jakieś bzdury, by zaraz ich pożałować, i przyjęłabym maskę niezależnej twardzielki, sądząc, że to go zanęci. Na szczęście zgromadziłam już trochę kobiecej mądrości, której z każdymi kolejnymi urodzinami mi przybywało, i wiedziałam, że w przypadku słów mniej znaczy więcej. A co do samowystarczalności i życiowej pewności siebie – nauczyłam się, że na większość mężczyzn działają jak trawa cytrynowa na komary, więc trzymałam je w ukryciu.
Biorąc z mojego kosza obfitości tylko niezbędne minimum, zaczęłam grać do jego rytmu, nie wychodząc przed szereg. Zamiast jednego, miałam nagle dwa cele na to lato: nauczyć się windsurfingu i poczuć w sobie mojego instruktora. Wyobrażałam sobie, jak wdycham zapach z jego ust, gdy będąc na mnie, silnymi, powolnymi ruchami bioder zbliża nas do orgazmu. Odpalałam wieczorami w głowie ten film i robiłam sobie dobrze na dobranoc.
Dni mijały, a mnie na desce szło coraz lepiej. Skrupulatnie przygotowywałam się przed lekcjami – bynajmniej nie poprzez czytanie podręczników sportowych! – i w hołdzie próżności stroiłam się jak szczur na otwarcie kanału, żeby przypadkiem nie umknąć jego uwadze.
Byłam gwiazdą zatoki, oczywiście nie jedyną, ale jedną z niewielu. Kupiłam sobie piankę z długimi rękawami i dołem bikini, która idealnie podkreślała moją sylwetkę: szerokie, smukłe barki i apetyczny, lekko odstający tyłek. Wiązałam włosy wysoko na głowie i plotłam warkocz, który dodawał mi młodzieżowego, świeżego uroku. Filtr UV z podkładem sprawdził się idealnie jako kamuflaż wyprysków na twarzy (kilka razy zdarzyło mi się użyć go też na pośladkach, kiedy wyskoczył mi – nomen omen – wrzód na dupie). Po tych rytuałach szłam w wydaniu nieco osłodzonej action woman na brzeg zatoki. Wyprostowana, ale nie uśmiechnięta, z bojową postawą, niby na luzie, ale o tym, że był „niby”, wiedziałam tylko ja.
*
W słonecznej toni odbijającej się od zielono-błękitnej tafli stał on, z opuszczoną do połowy pianką, eksponując swoje boskie ucieleśnienie. Powitał mnie uśmiechem, w którym dostrzegłam coś nowego – zachwyt. To znaczyło, że moje wysiłki zostały docenione i już z całą pewnością wiedziałam, że nie jestem mu obojętna.
Byliśmy tak piękni, tak warci siebie, że grzechem byłoby zmarnować ten potencjał.
Jestem pewna, że z boku wyglądaliśmy komicznie, bo w chemicznym odurzeniu wszyscy tak wyglądają. Czy to nie zabawne, jak różna jest perspektywa tańca godowego? Dla publiki to kupa śmiechu, a dla bezpośrednio zaangażowanych – magia. Hormony potrafią nieźle namieszać w głowie. Teraz już to wiedziałam, na szczęście… bo za szczenięcia byłabym gotowa nazwać tę dopaminową jazdę miłością życia.
Staliśmy w wodzie do kolan, plotąc trzy po trzy. Mokra skóra w promieniach letniego słońca, opalenizna podkreślająca dokładnie to, co trzeba. Powietrze od chemii zgęstniało na kisiel. Tamtego dnia odbyłam wyjątkowo owocną sesję: i windsurfingu, i uwodzenia. Był pod moim urokiem, ale mężczyźni – chyba przez testosteron – mają wbudowaną w mózg funkcję pościgu i rywalizacji; kiedy coś przychodzi im zbyt łatwo, tracą zainteresowanie. Nie była to moja pierwsza gra i wiedziałam, że to jest to miejsce na planszy, gdzie muszę wprowadzić element pogoni i zadbać, żeby się chłopak trochę napocił.
Musiał się zdziwić, kiedy nie pojawiłam się następnego dnia rano na lekcji i nie odbierałam telefonu. Po kilku nieudanych próbach dodzwonienia się postanowił wysłać wiadomość:
Hej! Zabrakło Cię dziś na porannym pływaniu. Daj znać, czy wszystko jest OK. Pzdr!
Odpowiedziałam po sześciu godzinach:
Hej! Przepraszam, wpadłam w wakacyjny wir i trochę zabalowałam, dopiero wróciłam do przyczepy ;)
Od razu odpisał:
Kac. Najgorzej. Nie potrzebujesz czegoś? Mogę przynieść Ci ramen… :)
Oferty ramenu nie odrzuca się nigdy – jest najlepszy na kaca, nawet tego zmyślonego.
Szybko się przygotowałam. Włosy związałam w kucyk, wyciągając przednie, krótsze pasma, by opadały luźno na twarz. Włożyłam miękką piżamę, która niedefinitywnie podkreślała mój tyłek, pozostawiając przestrzeń dla wyobraźni. Rzęsy musnęłam odżywką, brwi delikatnie podkreśliłam żelem, a na usta nałożyłam balsam – nazywałam ten styl sexy & cozy.
Przyczepa była stosunkowo spora w porównaniu z innymi. Na jednym końcu znajdowało się duże, dwuosobowe łóżko, a na drugim – stolik z kanapą w kształcie litery U. Przestrzeń pomiędzy wypełniał mały aneks kuchenny i szafki ubraniowe. Z przyczepy wychodziło się bezpośrednio do rozłożonego przed nią poliestrowego przedsionka na aluminiowym stelażu – tworzył dodatkową część mieszkalną, gdzie stał czteroosobowy plastikowy stół z krzesłami i wieszak do suszenia mokrych pianek, trapezów i innego sportowego sprzętu. Lubiłam jeść tam śniadanie, bo po odsłonięciu frontalnej kotary zaglądało do mnie poranne słońce, które przypominało, że życie jest piękne.
Innego dnia zaproponowałabym, żebyśmy zjedli właśnie w przedsionku, bo po słonecznym dniu ziemia jeszcze przez wiele godzin po zachodzie dyszała gorącem. Tamta sobota była jednak pochmurna i choć na dworze było jeszcze jasno, powietrze zdążyło stać się wilgotne i rześkie.
Zjawił się z dwiema porcjami ciepłej zupy. Zaprosiłam go do środka. Miałam mnóstwo sojowych świec o zapachu owoców tropikalnych, które paliły się non stop, wypełniając wnętrze przepięknym, energetyzującym zapachem. Posprzątałam, bo choć mam niezwykły talent do robienia wokół siebie śmietnika, znacznie bardziej cieszy mnie porządek. Myślę, że ta tendencja do bałaganiarstwa i umiłowanie ładu odzwierciedlają moją osobowość: chciałabym być poukładana, ale zwyczajnie nie leży to w mojej naturze. Staram się jednak utrzymywać harmonię – zarówno zewnętrzną, jak i wewnętrzną – licząc, że pewnego dnia ten wysiłek przerodzi się w nawyk.
Na szafce stały równo ułożone książki, na stoliku – miseczka z orzechami laskowymi, jedna ze świeczek i mały notatnik. Wnętrze rozjaśniało ciepłe, subtelne światło. Łóżko nakryłam szarym, plecionym kocem i rzuciłam na nie kilka ozdobnych poduszek, obok których leżał laptop i słuchawki, co dodawało całej kompozycji naturalności. Kupiłam nawet kwiatek, który postawiłam na wiszącej przy oknie półce. Wyszło całkiem hygge.
Zrobiłam z tej niemieckiej przyczepy stosunkowo polski azyl – w końcu na nadchodzące trzy miesiące miała być moim domem.
Wszedł i z wyraźnym uśmiechem na ustach powiedział:
– Wow! Ale masz tu miło!
– Dziękuję – odparłam, uśmiechając się słodko, ale bez zębów.
– Siadamy tu? – Adam wskazał kiwnięciem głowy stolik.
– Tak, jasne! Rozgość się.
Usiedliśmy naprzeciwko siebie. Miałam przed sobą żywe dzieło sztuki, które oglądałam z nienachalnym zachwytem.
Wszystko zapowiadało się świetnie do momentu, gdy zaczęliśmy jeść. Nachylił się nad plastikową miską tak, że może centymetr dzielił jego nos od zupy, która rozbryzgiwała się na wszystkie strony, gdy bezceremonialnie wsysał makaron. Siorbał i mlaskał, trzymając oba łokcie na stole i z Adonisa zmienił się w obrzydliwą świnię. Czekałam tylko, aż skończy żreć.
Każdy ma swoje słabości i – niekoniecznie znajdujące odbicie w logice – upodobania. Ja preferuję estetycznie jedzących ludzi. Razi mnie, gdy ktoś rzuca się na posiłek jak wygłodniałe dzikie zwierzę. Chcę widzieć wyprostowaną sylwetkę, celebrację każdego kęsa, zamknięte usta i łokcie przy sobie. Chociaż wiem, że sposób jedzenia nie czyni z człowieka dobrej lub złej osoby, to nawet nie chce mi się próbować z tym moim upodobaniem walczyć. Jest ono we mnie zbyt mocno zakorzenione.
Usztywniona i zdegustowana, powoli jadłam swój ramen. Używałam zarówno łyżki, jak i pałeczek, licząc, że może jaskiniowca zainspiruję – bezskutecznie. Ta tortura skończyła się z ostatnim łykiem zupy, który wypił z miski, oblewając sobie lewą część policzka. Na szczęście miałam jeszcze połowę swojej porcji i – już z rozluźnionymi ramionami – w spokoju skończyłam.
– Zupa była pyszna, dziękuję! Ile jestem ci winna? – zapytałam, otwierając portfel.
– Pięćdziesiąt złotych – odpowiedział krótko. – Nieźle się tu urządziłaś, dawno nie byłem w tak przytulnej przyczepie, aż nie chce się wychodzić.
– Nikt cię nie wygania – uśmiechnęłam się subtelnie. – Cieszę się, że ci się podoba.
– To powiedz mi teraz, co to za impreza tak zmiotła cię z nóg, że nie dotarłaś na dzisiejsze zajęcia?
– Koleżanka mieszka dwa kempingi stąd i zaprosiła mnie do siebie. Było miło i się przeciągnęło, nic specjalnego – odparłam z lekkością godną profesjonalnego kłamcy.
– Nic specjalnego? Jeśli „nic specjalnego” wystarczy, żebyś odpuściła lekcję ze mną, to znaczy, że poniosłem wielką porażkę – powiedział półżartem, rozkładając ręce i wbijając plecy w oparcie.
– No niech ci będzie. – Zaśmiałam się, tym razem pokazując zęby. – Było naprawdę dobrze, nie chciało mi się stamtąd ruszyć.
– O, a to czemu? Poznałaś kogoś interesującego? – zapytał, kładąc ręce na stole i przysuwając się do mnie najbliżej jak mógł.
– O! Czy to przesłuchanie? – prowokowałam. – A jakie to by miało znaczenie?
– Dla mnie dość spore, bo oznaczałoby, że zbyt mocno przykładam się do naszych lekcji – odpowiedział z zawadiackim uśmiechem.
– Nie trać zaangażowania w nasze lekcje, nie masz powodu – wyszeptałam, również kładąc przedramiona na stole i wyzywająco spotykając go w połowie dzielącego nas metrowego blatu.
Delikatnie dotknął mojego podbródka i żuchwy. Rozluźniłam mięśnie i pozwoliłam mojej twarzy zanurzyć się w cieple jego dłoni. Przyciągnął mnie do siebie i zaczął całować.
Na zewnątrz pierwsze krople deszczu uderzały w dach przyczepy, wygrywając moją ulubioną, letnią melodię. Zaczynał się drugi tydzień lipca, a wyglądało na to, że zaplanowane na cały okres wakacji zadanie zostanie wykonane grubo przed czasem. Mogłam to przeciągać, być niedostępną i budować między nami większe napięcie. Mogłam i nawet przez chwilę to rozważałam, ale ostatecznie uznałam, że mi się nie chce. Oddałam mu więc stery, a on pokierował nas prosto do łóżka.
Zdjął z siebie bluzę i od razu spojrzał na mnie, sprawdzając reakcję; widziałam, że był dumny ze swojego ciężko wypracowanego torsu, ale bez koszulki widziałam go już nieraz i zdążyłam się przyzwyczaić do tego – bezdyskusyjnie wspaniałego – widoku. Moja twarz nie krzyczała „wow”, a to go wyraźnie nie ucieszyło. Chwycił moje dłonie i położył je na swojej klatce piersiowej, domagając się atencji. Nie do końca mi się to spodobało, więc szybkim ruchem przesunęłam dłonie na szyję, przyciągnęłam go do siebie i wróciłam do całowania.
Nie tracił czasu, powiedziałabym nawet, że nadmiernie się spieszył. Zdawał się kompletnie nie rozumieć, że potrzebowałam trochę więcej niż on, żeby być gotową, i macanie jego klatki zdecydowanie nie było wystarczające.
Zdjął mi bluzkę i zaraz później swoje spodnie. Dotknął moich piersi przez koronkowy stanik. Gdy poczułam palce na sutkach, fala gorąca uderzyła moje ciało, czekałam, aż go zdejmie, zacznie mnie ssać i całować, ale nie zrobił tego. W końcu zsunął dół mojej piżamy i zostałam w samej bieliźnie. Polizał mój brzuch i znikąd, niczym Houdini, wydobył prezerwatywę, którą założył jednym ruchem ręki.
Nie przestając całować nawet na ułamek sekundy, odchylił moje majtki, robiąc sobie wejście, i powolnym ruchem wsunął się we mnie. Trochę szybko się to wszystko wydarzyło, ale skoro już tu byliśmy, to let’s do it, pomyślałam.
Przyciskałam jego miednicę do swojej, żeby też odczuć pełną przyjemność, ale wciąż nieściągnięte figi nie ułatwiały zadania. Skupiona na znajdowaniu odpowiedniej pozycji, nawet nie zdążyłam się obejrzeć, kiedy skończył. Nie napatrzyłam się na jego piękną twarz, szkoda. Szybko zszedł ze mnie, wciągając bokserki, zsunięte wcześniej tylko do połowy ud.
– Ale było dobrze – powiedział lekko zdyszany.
– Dobrze? – Uniosłam brwi. – Chciałabym móc powiedzieć to samo – oznajmiłam, patrząc na niego ze zmarszczonym czołem.
– Spokojnie, mała, może następnym razem ci się uda.
– Mnie się uda? Nie sądzisz, że to też trochę twoje zadanie?
– Nigdy mi się nie zdarzyło, żeby dziewczyna po seksie ze mną była niezadowolona, a nie zrobiłem niczego inaczej, niż zwykle… To raczej jasne, że nie ja jestem tutaj przyczyną.
– Jeżeli to twój zwyczajowy performance, to mogę cię zapewnić, że twoje dziewczyny zwyczajnie udawały – odrzekłam, śmiejąc się w głos. – Ubierz się i wyjdź. Nie mamy o czym więcej rozmawiać. Dodam tylko, że nie zdarzyło mi się, żeby mężczyzna zostawił mnie bez orgazmu.
– Dobra, mała, wyluzuj! Jak chcesz, mogę zrobić ci dobrze.
– Nie jestem dla ciebie żadna „mała” – wycedziłam przez zęby. – Po takiej próbce nie mam ochoty na nic więcej, możesz wyjść.
– Dobrze, Karolina. Już wychodzę, nie musisz mówić dwa razy.
Wzięłam prysznic w kempingowej łazience, z której pędem wróciłam do przyczepy. Weszłam pod kołdrę, całe szczęście nieskalaną jego DNA, bo zadbałam, żeby nie leżał na niczym innym niż szara narzuta.
Ciągle przetwarzałam w głowie, co właśnie się wydarzyło. Byłam tak zdegustowana, że nawet nie myślałam o własnoręcznym skończeniu tego, czego jemu nie udało się zrobić.
Co za narcyz! Kiedy człowiek jest knurem przy stole, to takim samym knurem jest w łóżku. Nauczka na całe życie. Jak dobrze, że zamiast grać na zwłokę, zaliczyłam go już teraz… Nie zniosłabym myśli, że zmarnowałam jeszcze więcej czasu dla takiej żenady. Otworzyłam książkę i uciekłam do świata, gdzie ludzie walczyli ze smokami, a potem zasnęłam.
Następnego dnia poszłam wypisać się ze wszystkich pozostałych lekcji z Adamem, które zarezerwowałam sobie do końca lipca. Spytali dlaczego, a ja skłamałam, że mam superokazję u znajomego i robię to w celach oszczędnościowych. Tyle mnie tam było. Później poszłam prosto na sąsiedni kemping i zapisałam się do pierwszej lepszej szkółki. Poprosiłam o młodszego instruktora, bo chciałam tym razem się uchronić przed chemicznymi burzami, których niespokojne wiatry komplikowały mi naukę windsurfingu – tego, na czym naprawdę mi zależało.
*
Nowe miejsce było inne, zupełnie niekomercyjne. Właściciele – dwaj goście w moim wieku – byli wiecznie spaleni blantem i zdawali się nie kontrolować grafiku ani finansów. Mieli ten biznes chyba tylko po to, żeby wakacjować pod przykrywką pracy. I chwała im za to. Nie każdy potrafi iść na luzie przez życie, z niewymuszonym uśmiechem.
Interes dokładnie odzwierciedlał ich osobowości: było miejsce na błędy i czas na wszystko. Nikt nikogo nie ganił za spóźnienia – powiedziałabym nawet, że czasowa obsuwa stanowiła niepisaną zasadę. Przedstawiali naukę jako proces piękny sam w sobie, nikt nie obiecał mi, że podczas danej liczby godzin nauczę się konkretnych umiejętności, byli jak przedszkole Montessori – każdy osiągnie swoje wszystko we własnym czasie.
„Budynek” szkółki zbudowali z dykty umocowanej na drewnianym stelażu z trzcinowym dachem. Na wprost wejścia znajdowało się biurko wykonane ze starej deski surfingowej, stały na nim drewniane wieszaki z ręcznie robioną biżuterią i laptop, w którym rzekomo prowadzili zapisy, a tak naprawdę scrollowali Facebooka. Na desce leżał też duży zeszyt oklejony rozmaitymi nalepkami – i to w nim naprawdę zapisywali terminy zajęć i prowadzili listę klientów. Po lewej stronie pomieszczenia robiącego za biuro postawili bambusowy stolik, a na nim ekspres przelewowy z zawsze świeżo zaparzoną, gorącą kawą bez nuty kwasowości, lepki słoik miodu, karton mleka sojowego i obtłuczone gliniane kubki, które każdy sam po sobie mył – a przynajmniej myć powinien. Zaraz obok kusiła do lenistwa miękka kanapa. Na niej można było sobie tę kawkę milutko wypić.
Po prawej rozciągał się długi wieszak z przeróżnymi ciuchami – taki mały showroom lokalnych projektantów – i psie posłanie, całe w kudłach. Psa za to nie było.
Obok posłania było przejście do całkiem sporej przechowalni szkółkowych desek, żagli i pianek. Z magazynu bezpośrednio na plażę wychodziło się przez wielką bramę, którą zamykali dopiero po zmroku.
Biedy nie było, ale w porównaniu z konkurencją ich biznes plasował się jako raczej średniobudżetowy. Nie najnowszy sprzęt, sami młodzi instruktorzy – bo starszym i bardziej doświadczonym trzeba by było zapłacić proporcjonalnie więcej – i brak osoby odpowiedzialnej za czystość… Chłopcy sprzątali sami i nie dało się tego nie zauważyć.
A ja? Ja byłam tym zachwycona. Nikt nie kazał mi się logować w systemach, miałam imię, a nie numer, i zwyczajnie podobał mi się ten klimat, trochę jak w komunie. Zapisali mnie do młodego instruktora o imieniu Max – Max przez „x”. Zaczynaliśmy jeszcze tego samego popołudnia.
Nie zostało mi zbyt dużo czasu do lekcji, a piankę i strój miałam ze sobą, więc postanowiłam skorzystać z kawowej oferty i spokojnie poczekać na kanapie z kubkiem w dłoni. Po chwili dołączył do mnie pies.
– Marcin! – zawołał do psa jeden z instruktorów. – Wracaj!
Spojrzałam rozbawiona, ale pies jedynie machnął ogonem, nie bardzo wiedziałam, czy w odpowiedzi, czy na mój widok. Czteroletni miks owczarka niemieckiego z czymś bliżej nieokreślonym położył mi na kolanach swój ciężki pysk, a po chwili czułości zdecydował się wskoczyć na kanapę i ułożyć na niej ze mną – od razu zostaliśmy kumplami.
Przez godzinę, która została mi do lekcji, obserwowałam dynamikę między chłopakami pracującymi w szkółce. Głośno się śmiali, okazjonalnie rzucając w eter jakąś „kurwę”. Na pierwszy rzut oka sondowałam, że nie mieli nad sobą żelaznej ręki szefa, która zmiażdżyłaby jakikolwiek akt niesubordynacji. Byli młodzi, wciąż jeszcze niefrasobliwi, ale przy tym tryskali sympatią i życzliwością.
Głaskałam psa, otaczała mnie pozytywna energia i nie chciałam w tamtym momencie być nigdzie indziej. Cieszyłam się każdym detalem. Znacie to cliché „bądź tu i teraz”? Od wielu lat próbuję się w nim znaleźć, a w tamtej chwili akurat mi się udało.
W końcu pojawił się Max przez „x”. O niewinnej twarzy, tak gładkiej, że golił ją chyba tylko dla zasady. Włosy miał wypłowiałe od słońca, w kolorze szarobrązowym, wybitnie dobrze komponującym się z brązowożółtymi oczami. Był niewysoki, miał może sto siedemdziesiąt dwa centymetry wzrostu. Na pewno nie więcej, a możliwe, że mniej. Szerokie plecy, zarysowana klatka i brzuch osadzone były na wąskich biodrach i nieproporcjonalnie chudych, odrobinę krzywych nogach.
Jestem bezpieczna, nie podoba mi się – pomyślałam z ulgą.
– Cześć, Karolina! Miło cię poznać!
– No cześć! Ciebie również. – Wstałam z kanapy i podałam mu rękę.
– Gotowa, żeby iść na wodę? Mamy dziś przyjemny wiaterek do nauki, wieje jakaś trójeczka. Chłopaki mówiły, że miałaś już kilka lekcji.
– Gotowa ciałem i duchem, muszę tylko włożyć piankę. – Wskazałam na leżący obok mnie neoprenowy strój. – Co do lekcji, to wszystko się zgadza. Zrobiłam w sumie pięć godzin. Potrafię płynąć, ale zwroty nie wychodzą mi kompletnie.
Obciął mnie wzrokiem od góry do dołu, jak kawałek drewna, po czym stwierdził:
– Widać, że jesteś wysportowana. Ktokolwiek w pięć godzin nie zdążył nauczyć cię zwrotów, był słabym nauczycielem. Na szczęście teraz jesteś w moich rękach i wszystko nadrobimy. Leć się szykować, a ja wybiorę sprzęt!
Nie spodobało mi się, że wygłosił taką opinię o człowieku, którego zupełnie nie znał. Skąd pewność, że problem nie leży we mnie? A może panicznie bałam się wody? Albo byłam kompletnym beztalenciem? Jaką miał wiedzę i jakie podstawy, żeby wypowiadać się w ten sposób? Nie zrobiło to na mnie dobrego wrażenia, ale też niespecjalnie się przejęłam, bo co jak co, ale honor Adama akurat najmniej mnie obchodził.
Poszłam do bambusowej, przestronnej przebieralni, włożyłam piankę i związałam włosy – ciasno i dość niechlujnie. Nie zależało mi, by wyglądać dobrze, nie było dla kogo.
Ta sama seksowna pianka, ta sama kobieta, a kompletnie inny efekt. Wystarczy, że zmienia się nasza intencja i percepcja nas samych, którą chcemy przedstawić światu, a od razu język ciała posłusznie wysyła zupełnie inną wiadomość. Zamknięte barki i rozluźnione mięśnie nietrzymające kręgosłupa w pionie, a pozwalające mu zaokrąglić się w łuk. Do tego zacisnęłam usta i moje i tak niewielkie wargi zmieniły się w cienką kreskę. „Nie rzucam się w oczy” – taki niosłam komunikat. Mamy więcej niż jedną wersję siebie i każda z nich jest tak samo prawdziwa, pomyślałam, patrząc na swoje odbicie w lustrze. Maznęłam jeszcze poliki kolorowym sztyftem przeciwsłonecznym i wyszłam do instruktora.
– Sprzęt już gotowy! – krzyknął Max. Ruchem ręki pokazał, żebym szła za nim. – Ty weźmiesz żagiel, a ja deskę. Wiesz, jak się go nosi?
– Chyba wiem – odpowiedziałam nieśmiało, kwestionując wszystko, czego zostałam dotychczas nauczona przez mojego, przecież beznadziejnego, pierwszego instruktora.
– No to łap i lecimy na wodę!
Złapałam i poszliśmy, na szczęście było całkiem blisko i umiałam nieść żagiel jak trzeba.
Weszliśmy do wody, Max przymocował pędnik do deski.
– No to wskakuj – powiedział. – Popłyń dwadzieścia metrów, zrób zwrot i wróć do mnie.
– Przecież powiedziałam, że nie potrafię robić zwrotów.
– Zrób taki, jaki umiesz. Jeśli musisz, wrzuć żagiel do wody i przenieś go na drugą stronę deski, tu jest bardzo płytko, dwadzieścia metrów stąd będziesz miała wodę najwyżej do pasa.
Wlazłam na deskę zgodnie z poleceniem i popłynęłam. Zrobiłam koślawy zwrot przez sztag, ale żagiel jakimś cudem pozostał nad wodą. Wróciłam do brzegu, choć zwiało mnie jakieś dziesięć metrów w lewo od punktu startu.
Max podszedł do mnie, ciągnąc za sobą drugi komplet sprzętu – ten był dla niego.
– Już wszystko wiem – powiedział usatysfakcjonowany. – Teraz płyniemy razem. Będziemy utrwalać dobre nawyki i oduczać się tych złych.
– Okej – przytaknęłam.
– Powiedz mi tylko, kto ci powiedział, żeby przednią rękę na bomie trzymać podchwytem?
– Mój poprzedni instruktor…?
– Jest to legendarny chwyt, używa go pionier windsurfingu, Robby Naish. Zobacz, to jego firmy masz żagiel. – Max wskazał na czerwony, dryfujący po wodzie pędnik. – Sam Robby jednak mieszka na Maui i pływa na takim wietrze i falach, o jakich nam się nawet nie śniło. Dlatego sugeruję, żebyśmy zaczęli od klasycznego chwytu: obie ręce nachwytem. Pod koniec sezonu, kiedy będziesz już miała takie umiejętności jak Naish, możemy popróbować z chwytem mieszanym – dodał i mrugnął okiem.
Może odrobinę mniej, ale nadal mnie drażnił. Godzina zleciała jednak bardzo szybko, a on zaproponował, żebyśmy kontynuowali. Nie miał zapisanych już żadnych klientów, a mnie podobno nieźle szło. Zgodziłam się, bo rzeczywiście czułam się na desce coraz pewniej.
Po skończonej lekcji wróciliśmy do bazy odstawić mój sprzęt. Zapytał, czy nie zrobiłabym z nim jeszcze jednej rundki, by pomóc z drugim kompletem. Poszłam, całkiem chętnie.
– I jak się czujesz po dzisiejszym pływaniu? Zmęczona?
– Nie jakoś bardzo. Jestem naładowana energią. To był dobry dzień.
– Bardzo dobry! Od razu wiedziałem, że będziesz miała do tego talent! Zaledwie dwie godziny na wodzie, a już robisz zwrot przez sztag i ostrzysz! Pomyśl, co będzie za miesiąc!
– Dziękuję, że tak mówisz… – odpowiedziałam zadowolona.
– Skoro masz jeszcze sporo energii, może wpadniesz w takim razie wieczorem na ognisko? Idziemy całą ekipą. Przyjdź, będziemy w lewo od wejścia numer dziesięć w Chałupach.
– A będzie Marcin? – spytałam całkiem poważnie.
– Gdy tylko wszedłem do biura, od razu zauważyłem, że coś między wami iskrzy… – zażartował. – Weźmiemy chłopa, skoro tak ci na tym zależy. – Uśmiechnął się i dźwignął deskę z piachu.
– Dziękuję za zaproszenie. Zobaczę, jak się będę czuła. Jeśli nie zasnę, to wpadnę.
Wróciłam do mojej przytulnej przyczepy, żeby przebrać się na wieczorne ognisko. Doświadczona przez lata wakacji spędzanych na Helu, wiedziałam, że upalne dni nie gwarantują ciepłych nocy i choćbyśmy nie wiem jak bardzo chcieli zrobić z północy Polski północny brzeg Oahu, to zwyczajnie nie jest to możliwe. Włożyłam więc najcieplejszy dres, jaki miałam, zimową czapkę i na to wszystko parkę – sherpę. Mogłam w tamtym momencie wyglądać zarówno jak stuprocentowy hipster, jak i bezdomny.
Spakowałam do plecaka różowe Carlo Rossi, kilka piw i solone paluszki – wolałam te z sezamem, ale nigdzie nie mogłam ich kupić. Postanowiłam, że poczekam chwilę, zanim do nich dołączę, nie chciałam przyjść przed wszystkimi – to byłoby trochę faux pas. Dałam sobie czas do dziewiętnastej trzydzieści, ale kilka minut po dziewiętnastej dostałam SMS-a z nieznanego numeru:
Hej, gdzie jesteś? My już na plaży, czekamy na Ciebie. Gdybyś nie mogła nas znaleźć, to dzwoń na ten numer i wyjdę po Ciebie.
To był Max. Nie podpisał się, ale miał iPhone’a i wyświetliło mi się jego ID. Odpowiedziałam od razu:
Hej! Zaraz ruszam, miałam jeszcze kilka rzeczy do ogarnięcia! Dzięki za info, do zo niebawem!
Ruszyłam od razu, miałam może kwadrans drogi spacerem.
Na ścieżce rowerowej zauważyłam wstawione, roześmiane nastolatki. Modnie ubrane, egzaltowane, pewne, że przekroczyły granicę dorosłości. Urocze, młode diablice, pełne nieświadomej niewinności. Szły przede mną, zmieniając zwyczajną drogę w spacer sentymentalny; jeszcze tak niedawno byłam jak one. To samo miejsce, te same drzewa, nawet powietrze smakowało tak samo. Tylko ja inna. I kiedy się to stało? Jak mogło mi aż tyle umknąć?
Gdy weszłam na plażę, pomarańczowa kula słońca jeszcze świeciła. Rozejrzałam się i od razu zobaczyłam skaczącego do patyka Marcina, wokół niego byli ludzie – rozproszeni, ale razem. Jedni grali w boules, inni siedzieli i rozmawiali. Poza Maxem i psem nie znałam tam nikogo. Poczułam się niepewnie. Wzięłam głęboki oddech i ruszyłam przed siebie. Nagle zwrócili wzrok w moją stronę i zaczęli machać, dokładnie wszyscy. Uśmiechnęłam się szeroko i od razu zrobiło mi się raźniej, nawet przyspieszyłam kroku. Prosty ruch ręką, a tyle zmienia! Gdy człowiek czuje się gdzieś chciany, to sam od razu bardziej chce.
– Hej! – powiedziałam lekko zachrypniętym głosem.
– Słuchajcie! To jest Karolina, nasz nowy nabytek! Z Marcinem mają się ku sobie, więc nawet nie próbujcie, panowie – walnął sucharem Max, trzymając w ręku patyk.
– Cześć, Karolina! – odezwała się jedna z dziewczyn. – Bardzo miło nam cię poznać! Przepraszamy za średniej jakości żarty Maxa, to jedyna dziedzina, w której mu nie idzie – dodała i spojrzała na niego z litością. – Siadaj obok mnie! Jestem Klara. – Poklepała puste miejsce na swoim ręczniku.
Brunetka o intensywnych, ciemno oprawionych ślepiach. Spod czapki wyłaniały się długie, delikatne loki. Smagana słońcem skóra stała się złotobrązowa, a czekoladowe włosy rozjaśniły się na końcach. Pachniała Dylan Blue od Versace – zapachem Donatelli. Jak jego autorka, była również nieoczywista i ekstrawagancka.
Miała bardzo szczupłą sylwetkę, co uwydatniało jej ostre rysy twarzy. Niepełne, ale i niewąskie usta, zgrabny nos i szeroko rozstawione oczy współgrały harmonijnie. Mogłaby być perską księżniczką, tak była piękna.
Biła od niej pewność siebie, ale nie butność; siedziała wyprostowana i mówiła śmiało, jednocześnie dając mi poczucie, że to ja jestem tam najważniejsza. Pierwszy raz w życiu spotkałam taką kobietę. Zwykle te piękne nosiły w sobie jadowity pierwiastek i, pazerne na atencję, gotowe były na najpodlejsze ruchy.
Ona – przeciwnie – emanowała czymś czystym i pozytywnym.
Marcin przylazł do nas od razu i – ku mojej uciesze – położył mi na kolanach swój ośliniony pysk. Głaskałam jego długą kufę okrytą króciutką, miękką jak aksamit sierścią, a on mrużył oczy. Muskałam jego delikatne uszka i raz po raz nachylałam się, żeby poczuć ich „grzybowy” zapach.
Popijając wino z plastikowego kubka, właściwie nie przestawałam mówić, i to wcale nie dlatego, że jestem gadatliwa – bo chyba wcale nie mam takiej natury – po prostu ciągle ktoś zadawał mi jakieś pytania.
Dwóch chłopaków ćwiczyło zapasy, Max uczył się robić salta, a jedna z dziewczyn usiłowała grać na ukulele, kakofonia ta była jednak tak bardzo nie do zniesienia, że po licznych prośbach w końcu odpuściła.
Dorzucaliśmy drewno do ogniska, utrzymując płomień tak żywym, jak nasze nastroje. Sześć godzin upłynęło i wcale nie zapowiadało się na koniec, ale ja musiałam się już zbierać z powrotem.
– Bardzo wam dziękuję za ten wspaniały wieczór! Na mnie już czas, do zobaczenia jutro w bazie! – powiedziałam głośno, jeszcze siedząc.
– No co ty! Nie idź! Będziemy tu jeszcze góra godzinkę – namawiał jeden z chłopaków.
– Bardzo bym chciała, ale naprawdę nie mogę – odparłam ze smutną miną. – Mam mnóstwo pracy, która wymaga świeżości umysłu, muszę iść spać.
– Mus to mus. Jutro też jest dzień i kolejne ognisko, i Karolcia na pewno wpadnie… – wtrącił pytającym tonem Max.
Roześmiałam się.
– Tak, na pewno wpadnie! – odpowiedziałam entuzjastycznie.
– Poczekaj, znajdę smycz i odprowadzimy cię – powiedział nieco ciszej, jakby nie chcąc, by ktoś to usłyszał.
Nie zaoponowałam, bo wcale nie miałam ochoty wracać sama w środku nocy. Amerykanie mawiają: better safe than sorry, a ja się z nimi zgadzam.
Szliśmy plażą, Max po niższej części stromizny brzegu, co sprawiało, że sięgał mi do ramion. Psa miałam po mojej lewej stronie.
– Naprawdę cię lubi – westchnął Max, patrząc na Marcina.
– To działa w obie strony. Ja naprawdę lubię jego.
– Jak ci się dziś podobało? Chyba znalazłaś ze wszystkimi wspólny język. Od razu widać, że cię uwielbiają.
– Nie przesadzałabym z tym „uwielbieniem”. Myślę, że są zwyczajnie bardzo sympatycznymi ludźmi i zależało im na tym, żebym nie czuła się samotna jako jedyna outsiderka w gronie – odpowiedziałam kokieteryjnie, licząc, że zaprzeczy.
– Są sympatyczni, to się zgadza, ale znam ich nie od dziś i zapewniam cię, że to nie tylko kurtuazja. Bardzo cię polubili. A Klarę to w ogóle pierwszy raz od dawna widziałem w takim wydaniu i dobrym humorze! Chyba dostrzega w tobie materiał na kumpelę, rzadko z kimkolwiek jej tak klika.
– Naprawdę? Jak komukolwiek może z nią nie klikać?
– Nie mieści się w granicach normalności, zwykle dziewczyny mają ją za freaka i stronią od jej towarzystwa.
– Lubię twój dobór słów. Ale wracając do Klary, nadal nie rozumiem. Przecież jest w niej tyle jakiejś łagodnej siły, każdy chce się takiej osoby trzymać…
– Mówisz tak, bo pewnie sama nie znasz strachu. A ja odnoszę wrażenie, że ta, jak to pięknie ujęłaś, łagodna siła odstrasza większość ludzi. Dlaczego? Nie wiem. Ale tak jest.
– Może przypomina im o ich własnych słabościach? Może jest tym, czym w głębi chcieliby być, ale nie mają odwagi się stać…? Takie pijackie filozofowanie… bredzę.
– Myślę, że może być całkiem w punkt. Ale tak, to trudny temat… – uciął w pół zdania i spojrzał w lewo. – Patrz, to już twoje wyjście, chodź.
Zeszliśmy z plaży i weszliśmy do ciemnego lasu. Pies wciąż biegał bez smyczy i zniknął gdzieś w mroku, a ja zesztywniałam. Ciemny las przerażał mnie, odkąd pamiętam.
– Przepraszam, ale muszę się ciebie złapać, bo umieram ze strachu – szepnęłam i nie czekając na przyzwolenie, wsunęłam rękę pod jego ramię i mocno się uchwyciłam.
– Nie ma problemu! Trzymaj, ile chcesz.
Teraz byliśmy już równego wzrostu. Szliśmy krótki kawałek, który przez ciemność okrutnie się dłużył. W końcu dotarliśmy do torów kolejowych, gdzie światło latarni przywróciło mi odwagę. Puściłam rękę Maxa i zapięłam Marcinowi smycz. Przeszliśmy przez jezdnię i za chwilę znaleźliśmy się na wprost wejścia na kemping.
Kręciło się sporo pijanych ludzi, ktoś rzucił butelką w stół bilardowy i roztrzaskała się z hukiem w drobny mak.
– Wow! I takie panują zwyczaje na najdroższym kempingu w Chałupach? – spytał, zaśmiewając się.
– Bananowe dzieci bywają bydłem – odparłam krótko.
– Odprowadzę cię do przyczepy. – Max wysunął do mnie zgiętą wpół rękę, żebym znów ją chwyciła.
– Pod warunkiem że dasz mi prowadzić psa… – powiedziałam zawadiackim tonem.
– Cały twój! – wręczył mi smycz.
Skręciliśmy w lewo i ruszyliśmy przed siebie. Minęliśmy kilka kempingowych popijaw. Nachlani ludzie leżeli na piachu przed namiotami, a jeden gość wymiotował do kosza. Obserwowaliśmy to bez komentarza. Zostało nam może pięćdziesiąt metrów do mojej przyczepy, gdy usłyszałam za sobą bezceremonialny wrzask:
– Ej, mała!
Od razu poznałam ten głos… To pijany Adam darł się wniebogłosy. Grałam głupa, że nie wiem, o co chodzi, ale czułam wstyd i narastające napięcie.
– Naprawdę grubo na tym waszym kempingu… – wyszeptał Max.
– Ej, mała! – Wrzask się powtórzył i zawtórował mu odgłos szybkich, ciężkich kroków.
Adam stanął tuż za nami i nie mogłam dłużej udawać, że nic się nie dzieje. Odwróciłam się i powiedziałam chłodno:
– Adam, to do mnie tak wrzeszczysz? Chyba coś ci się pomyliło. Zrób mi przysługę i zostaw nas w spokoju, widzisz chyba, że mam towarzystwo. – Skinęłam głową w stronę Maxa. – Jesteś pijany, wracaj do siebie.
– Bardziej chciałem zajrzeć do ciebie, wrócić do tego, na czym skończyliśmy… – wybełkotał z głupkowatym uśmiechem, udając bardziej pijanego, niż był w rzeczywistości.
– Teraz jesteś nie tylko żałosny, ale zwyczajnie chamski. Proszę cię po ludzku, zostaw nas.
– O! Przepraszam, nie zauważyłem, że ktoś obok ciebie stoi – zakpił ze wzrostu Maxa.
– Rozumiem. Wydaje ci się, że twoje żarty są bardzo zabawne, ale zauważ, że śmiejesz się jako jedyny – powiedział Max, robiąc krok do przodu. – Kobieta prosi cię, żebyś ją zostawił, uszanuj to i daj jej spokój.
– O! Pan adwokat się odezwał! Myślisz, że możesz mi podskakiwać? Takich jak ty to ja biorę na jeden strzał, spierdalaj stąd!
– To ty spierdalaj, bo zaraz zawołam ochronę i cię wypierdolą z tego kempingu – wtrąciłam.
– Jaką ochronę, o czym ty pierdolisz! – Adam znów spojrzał na Maxa. – Byłaś na szczycie, a teraz, widzę, równasz w dół!
Odwróciłam głowę w bok i zacisnęłam wargi, oddychając głęboko. Czekałam, aż fala złości się rozmyje, jak radzą znawcy technik buddyjskich. Niestety zamiast tego ona tylko narastała, aż w końcu rozbiła się pięścią na jego twarzy – w zwyczaju mało popularnym na Dalekim Wschodzie, za to całkiem typowym dla obszaru Polski.
– Ty głupia pizdo! – wrzasnął Adam i zdzielił mnie, trafiając w kość jarzmową.
Zamigotał mi świat tysiącem barw, jak u Lipnickiej. Tylko cudem dalej stałam na dwóch nogach. Kiedy się otrząsnęłam, było już pozamiatane. Adam leżał na ziemi, zapiaszczony i zalany krwią sączącą się z nosa. I to Max go tak urządził, o ironio, a przecież przegrywał wzrostem.
– Nic ci nie jest? – spytał, chwytając mnie za bark i przyglądając się obitej twarzy.
– Jestem cała, nie ma tematu – zawstydziłam się i nie chciałam, żeby mi się przyglądał. – Sama się o to prosiłam. Przepraszam, że postawiłam cię w takiej sytuacji.
– Nie. Zostaliśmy w niej razem postawieni. Ten pajac pozostawił niewiele przestrzeni na inną reakcję. Za nic nie przepraszaj. Kto to w ogóle jest?
– Mój poprzedni instruktor – żachnęłam się. – Ten, który nie umiał nauczyć mnie zwrotu. Ładnie to wtedy określiłeś, w ogóle podoba mi się, jak mówisz.
Dotknęłam policzka. Piekł potwornie.
– No to widzę, że miałaś wiele powodów, żeby zmienić instruktora! Nietrudno będzie go pobić… na każdym polu, nie tylko na pięści. – Spojrzał na mnie z uśmiechem i mrugnął okiem. – Cieszę się, że lubisz, jak mówię. – Przeciągle spojrzał mi w oczy. – Chociaż nie wiem, co specjalnego w tych moich słowach znajdujesz.
– Chyba też nie do końca jeszcze wiem.
Doszliśmy do przyczepy.
– Wejdę na chwilę. Muszę zobaczyć twoją twarz w świetle, bo naprawdę mocno ci przywalił – oznajmił.
– Jasne, wchodź! Mi casa es tu casa.
Zapaliłam światło, Max zmarszczył brwi i zaczął przyglądać się stłuczonemu policzkowi, był tak blisko, że czułam ciepło jego oddechu.
– Nie wygląda to dobrze. Zobaczymy jutro, jak będziesz się czuła, ale chyba musisz jechać z tym do szpitala, puchnie jak złe. Masz lód?
– Mam mieszankę chińską.
– Idealnie, dawaj.
Z prowizorycznej zamrażarki wyciągnęłam ściśniętą torebkę zmrożonych warzyw.
– Proszę.
– Zawiń to w jakiś cienki T-shirt i przyłóż na pół godziny. Później włóż z powrotem do zamrażarki i powtórz tak kilka razy – mówił, obserwując pod światło obite miejsce. – Ja nie, ale Marcin zostanie z tobą na noc. Wystarczy, że wydasz komendę „bierz go” i z każdym sobie poradzi.
– Nie myślisz chyba, że Adam przyjdzie mnie tu nękać?
– Nie pomyślałbym, że zobaczę gościa tłukącego dziewczynę. Better safe than sorry – użył lubianego przeze mnie powiedzenia.
– Masz rację. Dziękuję.
– Rano tu wpadnę, zobaczyć, co i jak.
– Nie, no co ty! Przecież nie będziesz biegał do mnie między kursantami, to bez sensu. Nie rób sobie kłopotu, dam sobie radę!
– Jutro mam zajęcia tylko z tobą, więc o nic się nie martw. Gdyby coś się działo, to dzwoń, zostawiam na noc włączony dźwięk. – Max poklepał mnie w ramię i odwrócił się w stronę wyjścia.
– Poczekaj, mam jeszcze jedno pytanie…
– No?
– Dlaczego nazwałeś psa Marcin?
Roześmiał się, zostawiając pytanie bez odpowiedzi.
– Do zobaczenia za kilka godzin. I pamiętaj, gdyby cokolwiek się działo, dzwoń!
Położyłam się z mrożonką Hortexu przyłożoną do twarzy. Zaprosiłam Marcina do łóżka, a on bez chwili namysłu do niego wskoczył. Nie miało dla mnie znaczenia, że jego sierść była pełna piachu po wieczornych szaleństwach na plaży ani że okropnie liniał – bez namysłu zaprosiłam go pod kołdrę. Chwilę tak ze mną leżał, ale chyba zrobiło mu się za gorąco, bo w końcu wylazł spod przykrycia i ułożył się w moich nogach, gdzie został do rana.
Zasnęłam jak kamień. Obudziło mnie stukanie do drzwi. Otworzyłam oczy, całkiem rozmrożone warzywa zmieniły się w papkę, a plastikowe opakowanie najwyraźniej podziurawiło się, gdy na siłę wciskałam je do minizamrażarki, bo cała poduszka była kompletnie mokra i pachniała grzybami mun. Czułam pulsujący, okropny ból w lewej części twarzy. Pukanie nie ustawało, więc odchrząknęłam i powiedziałam głośno:
– Już, sekundkę.
Miałam na sobie szary T-shirt w rozmiarze XXL, który sięgał mi do połowy uda, i gacie rodem z renesansu. Marcin szczekał pod drzwiami i merdał ogonem, zdradzając, kto się do nich dobija. Odsunęłam go delikatnie i otworzyłam drzwi. Moim oczom ukazał się Max, stał uśmiechnięty, trzymając w ręku papierową torbę.
– Hej – powiedziałam i cofnęłam się, robiąc mu przejście, po czym wyszłam z przyczepy i zablokowałam drzwi wejściowe tak, żeby zostały otwarte. – Muszę tu wpuścić trochę powietrza. Masz ochotę na kawę?
– Mam, i to wielką, dlatego przyniosłem nam po jednej. Mam nadzieję, że lubisz latte? Widziałem, że dolewałaś sobie mleka sojowego u nas w szkółce, więc właśnie z takim ci ją zamówiłem – opowiadał, wyjmując kubki z wielkiej torby. – Wziąłem nam też po jagodziance. Jak minęła noc?
– Boże, czy ty istniejesz naprawdę? Dziękuję ci! – odparłam, usiadłam naprzeciwko niego i radośnie pochwyciłam latte. – Dokładnie taką piję i uwielbiam jagodzianki. Najlepsze śniadanie, jakie mogłabym sobie wyśnić! A co do snu, to chyba nikt tu się nie dobijał… Sama nie wiem, odpadłam od razu. Obudziłeś mnie w tym momencie. Która jest w ogóle godzina?
– Jest ósma, kilka minut po. Cieszę się, że ci smakuje – powiedział, zawiesił głos i dodał po chwili: – A widziałaś się już w lustrze?
– Nie, jeszcze nie… Jest aż tak źle? Czuję, że nie może być dobrze…
– Nie wygląda to najlepiej… Idź, zobacz.
Poszłam.
– O ja pierdolę – powiedziałam najspokojniej, jak umiałam.
– Zjedz, ogarnij się i jedziemy do szpitala do Wejherowa. Nie ma na co czekać. Czy Marcin może zostać u ciebie w przyczepie na ten czas? Niczego nie zniszczy.
– Oczywiście, że może! Ale jesteś pewien, że chcesz ze mną jechać? Nie szkoda ci czasu? Naprawdę mogę ogarnąć to sama.
– Wiem, że możesz, nie wątpię. Ale gdybym to ja był na twoim miejscu, chciałbym, żebyś mi towarzyszyła. Jedziemy razem, koniec gadki. Biorę psa na krótki spacer, a ty się w tym czasie przygotuj, okej? A, i masz to. – Max wyciągnął do mnie rękę, w której trzymał czapkę z daszkiem. – Może się przyda.
– Naprawdę pomyślałeś o wszystkim! Przyda się, na pewno.
Wzięłam do ręki baseballówkę, a Max oddalił się z psem. Zaczęłam się przyglądać czapce. Była w kolorze khaki, ze skórzanym paskiem do regulacji i małą metalową klamerką z wytłoczonym wzorem wieloryba. Nad daszkiem wyszyta była mała deska surfingowa. Przysunęłam czapkę do nosa i powąchałam ją – nie wiem dlaczego, jakoś tak odruchowo. Pachniała trochę słoną wodą, trochę ludzką głową i trochę przygodą. Widać było, że swoje przeżyła. Założyłam ją i dopasowałam, zaciskając ciasno pasek. Nie ważyłam się nawet zmieniać kształtu daszka, choć wypłaszczony wyglądałby lepiej. Wskoczyłam w największą bluzę, jaką miałam w szafie, naciągnęłam kaptur i ruszyłam w stronę kempingowych pryszniców. W sobotę rano nie widać było prawie nikogo – skacowani albo jeszcze pijani dogorywali w swoich zatęchłych namiotach i przyczepach. Słońce świeciło z pełną mocą, a na niebie nie widać było ani jednej chmury – piękny dzień, zbyt piękny, żeby spędzać go w szpitalu, ale nie było wyboru.
Przygotowałam sobie kosmetyczkę i ręcznik. Przed wejściem pod prysznic zerknęłam do lustra – światło w kempingowej łazience uwydatniło całą brutalną prawdę. Białko oka było całkiem czerwone, twarz stała się asymetryczna, bo cała jej lewa część spuchła i jakby opadła, a policzek zabarwił się na sinoniebiesko z domieszką czerwieni. Wyglądałam jak menel. Postanowiłam umyć włosy, żeby poczuć się lepiej, ale od początku coś mi mówiło, że to zły pomysł. Przekonałam się o tym od razu, kiedy strumień wody dotknął mojego obitego lica – potwornie bolało. Unikając kontaktu wody z twarzą, jakimś cudem w końcu spłukałam szampon z głowy. Było to na tyle nieprzyjemne, że odpuściłam nakładanie odżywki, co okazało się kolejnym błędem, za który zapłaciłam szarpaniną ze skołtunionymi, zupełnie niedającymi się rozczesać kudłami. I choć ostatecznie wygrałam tę długą i nierówną walkę, to wyglądałam jak ofiara przemocy, którą – nawiasem mówiąc – przecież byłam.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki