Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Oksana, bohaterka książki wyrusza z Moskwy do Ust-Ilimska, miasteczka na Syberii. Wiezie urnę z prochami matki, by złożyć ją w rodzinnym grobie. Ta podróż to biurokratyczny tor przeszkód, nieprzewidywalny i pełen absurdów, ale też wyprawa, dzięki której Oksana wreszcie zaakceptuje siebie.
To wzruszająca autobiograficzna proza; szokująco szczera historia relacji matki i qeerowej córki, które godzą się ze sobą dopiero, gdy jedna już nie żyje.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 300
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Alinie Bachmutskiej
Kto nie pamięta o śmierci, ten też umrze szybciej.
INNA LISNIANSKA,W łazience
Początek to nieobecność, z której wypływa wszystko, w tym również przeżycie liryczne.
SZAMSZAD ABDUŁŁAJEW,Poezja i śmierć
With your milk, Mother, I swallowed ice.
LUCE IRIGARAY,And the One Doesn’t Stir without the Other
(…) aby kobieta mogła sprostać pustce wewnątrz znaczenia, które się pojawia i znika wraz ze wszystkimi powiązaniami i wszystkimi obiektami…
JULIA KRISTEVA, Czarne słońce. Depresja i melancholia, przeł. MICHAŁ PAWEŁ MARKOWSKI, REMIGIUSZ RYZIŃSKI, Universitas, Kraków 2007, s. 98.
ale było to ślepe cierpienie i nie miałam na nie słów
OKSANA WASIAKINA
Śmierć – jeśli tak zechcemy nazwać ową nierzeczywistość – jest czymś najstraszliwszym, i żeby trwale zachować to, co umarło, na to trzeba największej siły.
G.H.F. HEGEL, Fenomenologia ducha, przeł. ADAM LANDMAN, PWN, Warszawa 1963, s. 43.
Pierwszym, co się narzuca podczas lektury „Rany” Oksany Wasiakiny, jest nieznośna szczerość. To nie tylko tekst, ale i spektakl, wykonanie tekstu, dla którego najlepszą metaforą będzie bezpośrednie spojrzenie. Ktoś na ciebie patrzy, nie odwracając się, nie spuszczając z ciebie wzroku, testuje cię pod kątem poczucia niezręczności – szczerością, głosem, bólem. Można sobie wyobrazić, że podstawowym, a być może również jedynym zadaniem literatury jest wynajdywanie sposobu na mówienie o tym, o czym mówić „nie można”. Nie można.
Należy w tym miejscu odnotować: w ramach tego, co określamy współczesną rosyjską kulturą i współczesnym rosyjskim społeczeństwem, takich tematów jest tak wiele, że współczesna rosyjska poezja (a właśnie ją na serio uważam za awangardę pracy w języku) zupełnie nie ma podstaw, by narzekać na brak zadań. Dla Wasiakiny te tematy to: śmierć, choroba, kobiecość, homoseksualizm – i jak to wszystko się składa (albo nie składa) w trywialne, codzienne, normalne formy rodzinnego i społecznego życia. Przedmiotem jej badań jest to, jak społeczeństwo reaguje na jedną z niezliczonych świerzbiących ranek, na ranę kobiecego ciała i kobiecej literatury.
„Mama była prawdziwą kobietą. Kobietą do kwadratu. Kobietą-kobietą. KOBIETĄ. Często mi mówiła, że pewnego dnia też stanę się kobietą. Nie rozumiałam, co to znaczy stać się kobietą i, zdaje się, wciąż nie rozumiem”. Gdy po długiej nieobecności wróciłam do Rosji, ubawiło mnie, że wszystkie sklepy zmieniły się w osobne sekretne światy: „Świat telewizorów”, „Świat sushi”, „Świat rajstop”. Wasiakina opisuje szczególny, osobny świat kobiet: to świat rzeczywiście przypominający wojsko amazonek, tu wszystkim rządzi pragnienie i lęk, tu wszystko boli, jest zwrócone wyzywająco ku sobie, a przy tym oddzielone od siebie, każdy ma swoją tajemnicę – ktoś raka, ktoś wstyd, ktoś miłość. Kobiety w tym tekście czują w stosunku do siebie przede wszystkim smutek.
Poczułam ukłucie rozbawienia, gdy Oksana powiedziała mi, że napisała powieść. Nie ma nic gorszego, bardziej niewłaściwego, nieprzystającego do naszych czasów od powieści: czas tradycyjnego języka rosyjskiego, jak mi się zdaje, wyciekł pod ziemię, na przykład pod zbombardowanymi magazynami Badajewa w 1941 roku w Petersburgu wraz z zapasami żywności, którą potem – popaloną albo zalaną wodą – karmiło się całe miasto. Co może być bardziej nieprzyzwoite i nudne niż opowieść o ludziach, którzy nigdy nie istnieli, podczas gdy rosyjski, sowiecki wiek XX wypełnił, zapchał całą swoją ziemię ludźmi, którzy naprawdę byli i którzy zniknęli. Oksana Wasiakina snuje narrację o tych, którzy zniknęli, ale i o tych, którzy zostali i przeżyli; w pierwszej kolejności mówi o swoim życiu – otrzymujemy zapiski młodej osoby, sieroty – możemy pokusić się o zestawienie ich z próbą najważniejszej dla mnie rosyjskiej prozaiczki Lidii Ginzburg (filolożki, myślicieli, lesbijki), by stworzyć własną definicję człowieka blokady w postaci Ottera: kogoś pośredniego między sobą a wszystkimi pozostałymi ludźmi.
Proza ta jest zaskakująco, prawie nie do wytrzymania, bezpośrednia, otwarta. Przedmowa rządzi się swoimi prawami, które mówią, że powinno się pisać bezosobowo, udając niewidzialnego czytelnika; ale zasady w literaturze są właśnie po to, by je łamać. Jako czytelniczka będąca jednocześnie autorką nie wyobrażam sobie tak bezpośredniej literatury: zbija mnie ona z tropu, porusza mnie. Miarowy głos bezpośrednio, spokojnie opowiada o śmierci, chorobie, korozji. Wnosi te tematy do literatury, robi z nich język, nie pozwala odwrócić uwagi, odwrócić serca.
„Każdy ma swoją biedę”. Ile razy słyszałam to zdanie w ostatnim roku: każdy wyraża swoje nieszczęście tak, jak potrafi i jak nie potrafi. To dość rozpowszechniona myśl, że o śmierci należy milczeć, że do śmierci pasuje milczenie. Ma to wiele przyczyn, na przykład, zauważmy, że gdy się mówi o śmierci, często brzmi to błaho. I wtedy wzywa się poetów: ci w ogóle istnieją na tym świecie przede wszystkim po to, by mówić o śmierci pięknie i właściwie. Po to została wymyślona elegia (opłakanie) – forma dobrze utemperowanego lamentu po zmarłym.
Poeta powinien obmyślić formę-urnę-naczynie. Jak ta forma wygląda u Wasiakiny?
Oczyściłam sobie miejsce na podłodze, usiadłam w kurtce i butach i zaczęłam wypakowywać mamine prochy. Nerwowo operowałam nożyczkami, ale materiał, w który było zaszyte kartonowe pudełko, nie poddawał się. Miałam mokre ręce. Gdy w końcu zdjęłam tkaninę, ukazał się lśniący, oklejony taśmą bok pudełka. Nie wierzyłam, że tam, pod kilkoma warstwami taśmy i kartonu, znajdują się prochy.
Przekonuje, że to skrzynia, przekonuje, że to poemat. Można zaprotestować, że to dziennik, pamiętnik, wiersz, esej. Kwestia tego, jak Wasiakina łączy, hybrydyzuje, rozkłada, poddaje próbie gatunki, jest pasjonująca: stajemy w obliczu doświadczenia złamanego, naderwanego języka; w obliczu wysiłku, by nauczyć się mówić, wynaleźć na nowo pisanie po osobistej katastrofie.
Po jej śmierci zepsuła się moja machina do poezji, jak zablokowany mięsień. Gdy zrobi się wiele przysiadów, mięsień brzuchaty łydki płonie, staje się twardy i przestaje się poddawać twojej woli. Właśnie to stało się z moim językiem poetyckim, przestał się poddawać mojej woli. Zepsuł się język, popsuł organ produkcji poetyckiej substancji. Piszę szorstko i z rozmachu, ale jednak coś tam zrobiłam po jej śmierci, wokół której zagęściła się moja uwaga. Szłam za nią w jej śmierć i przyglądałam się, jak urządzony jest świat umierania; przypomniałam sobie, jak rozpadało się jej ciało.
Swoje zapiski, obserwacje tej prozy nazwałam „bezpośrednimi”: wypowiedź bezpośrednia, bezpośrednie działania i tak – bezpośrednie spojrzenie. Wasiakina tworzy spojrzenie, ale też się go uczy. Od pisarzy, poetów, fotografów. Pisze na przykład o wybitnej fotografce i ukochanej wspaniałej pisarki: „Leibovitz fotografuje śpiącego (a może martwego?) ojca. Fotografuje go tak, jakby patrzyła na niego z bardzo bliska. Twarz ojca jest spokojna, leży na poduszce w kwiatki. Na jego policzkach widać ciemne starcze plamy, cały jest wyschnięty, jak opalony słońcem pień, i bardzo mały, jak wszyscy martwi ludzie. Zdjęcie jest dostępne dla widza. Patrzenie na nie nie sprawia mi bólu, nie czuję się nim skrępowana, ale wiem, że drzemie w nim śmierć”. Leibovitz jest znana także z fotografii swojej ukochanej, Susan Sontag, na łożu śmierci. Sontag zawzięcie wypowiadała się na temat spojrzenia, wiele pisała na temat choroby i śmierci, jej ukochana dużo się od niej nauczyła. Wasiakina – ich widzka, czytelniczka – również uczy się nieustraszoności, bezwstydu, oddania.
Na koniec chcę powiedzieć, że każda książka ma swoje losy i swój czas – a wydanie Rany przypadło na czas szczególny, i, jakby to powiedzieć, pasujący: ukazała się ona w momencie, gdy mieszkańcy Ziemi żegnają się z najstarszymi osobami (wczoraj w USA na COVID-19 zmarło kilka tysięcy osób, przede wszystkim ludzi starszych). Wszyscy przez ten rok szukaliśmy słów pożegnania.
Jednym z najokrutniejszych i najbardziej pouczających doświadczeń tego roku było codzienne czytanie na moim wallu na Facebooku świeżych (właśnie, jak rana) nekrologów i reakcji na nie, które przede wszystkim – z mojej nieobiektywnej perspektywy – odsłaniały słabość tego mięśnia naszego języka. Oczywistym jest, że odnotujemy teraz w kulturze przyrost tekstów poświęconych śmierci, obecnie odbywają się przymusowe studia nad tym gatunkiem. Musimy nauczyć się czytać, pisać, znosić taką wypowiedź bezpośrednią, bezpośredni zwrot ku bólowi. Tekst Wasiakiny to śmiała, mocna, ludzka proza o dzisiejszym stanie języka miłości i śmierci. Niektórym z nas taka proza jest dziś niezbędna.
Polina Barskowa, 2021
Lubow Michajłowna powiedziała, że mama miała ciężki, zły oddech. Kapłan jej tak powiedział. Taki oddech mają umierający. Światło było ładne, a wiatru nie było. Światło było złote, jak w sierpniu.
Ręka Lubow Michajłowny leżała na oparciu kanapy, odrobinę obrzęknięta, szarawa. Dziwne, pomyślałam, patrząc na tę rękę, czyżby naprawdę bez przyzwolenia batiuszki nie można było pojąć, że człowiek umiera, skoro i tak widać, że umiera.
Lubow Michajłowna ma spokojną twarz. Wierzy w boga, a jej rak się zatrzymał. Pewnie myśli, że jej rak się zatrzymał dlatego, że wierzy w boga. Z jej twarzy można wyczytać również przewagę, jakby na kolanach trzymała niewidzialny puchar życia, który wygrała od mojej mamy.
Andriej powiedział, że jutro o dziesiątej zadzwoni do mnie Michaił Siergiejewicz. Andriej dał już jego swatowi pieniądze na benzynę, by zawiózł mnie po prochy. Sama bym sobie poradziła, ale tu liczy się udział. Branie udziału i troska. Swat to dobry człowiek, ciepły. Rosół też wyszedł dobry. Wszystko wyszło dobrze, tak jak obiecywałam. Uwaga jest ważna.
Mąż byłej sąsiadki mamy, wychodząc już ze stypy, powiedział, by Andriej się nie smucił. Powiedział, by zadzwonił do niego, jeśli będzie chciał iść na ryby. Andriej powiedział, że zadzwoni. Ale ja wiem, że nie zadzwoni, tu ważne jest wzięcie udziału i troska.
Lubow Michajłowna powiedziała, bym przyjęła wyrazy współczucia. Przyjęłam. Przez miesiąc poiła mamę wodą święconą: trzy łyżki stołowe z modlitwą rano i trzy łyżki stołowe z modlitwą wieczorem. Powiedziała, że mama po wizycie kapłana podniosła się z łóżka i stanęła na nogi. Lubow Michajłowna powiedziała, że mama się śmiała i ugotowała zupę.
Mama powiedziała, że kapłan położył jej na głowie jakieś gówno i polecił, by wyraziła skruchę za grzechy, a sam recytował modlitwę. Mama powiedziała, że wszystko to było dla niej zupełnie niezrozumiałe. Ale nie przyznała się Lubow Michajłownie, że prawosławie niezbyt pomaga w chorobie. Zwłaszcza gdy się nie wierzy w boga.
W dzieciństwie mówiono mi, że to dobrze, gdy podczas pogrzebu pada deszcz. Z jednej strony deszczyk na drogę to dobry znak, z drugiej: to przyroda płacze. Przyroda uczestniczy, współczuje. Gdy chowano ojca, mżyło. Ale w lutym deszcz nie pada, zamiast deszczu było ładne światło. W tym świetle wszystko jest rumiane i skończone, jak jabłko.
Wszyscy więc siedzieli na kanapie, na której umierała mama. A potem wszyscy naraz wyszli. Posprzątaliśmy z Andriejem ze stołu, umyliśmy naczynia. Andriej powiedział, że ze stołu po stypie nie wolno niczego wyrzucać, a jeść należy tylko łyżkami. Powiedział, że wszystko pomyje, włączył telewizor w kuchni i zaczął myć naczynia. Ja przynosiłam mu puste talerze. Do wieczora było jeszcze daleko.
Andriej zapytał, czy krematorium pracuje tylko w nocy. Nie wiem, odpowiedziałam, ale wiem, że nasza kolej przypadała na 16:30, a to znaczy, że ciało już spalono. Andriej powiedział, że palenie żywych ludzi to świństwo. Nic nie odpowiedziałam, pomyślałam tylko, że przecież ona nie jest już żywa, tylko martwa. Usiadłam na kanapie i oglądałam telewizję. Później na tej samej kanapie się położyłam i zasnęłam z gorzką ulgą. Nocą śniła mi się ciemność.
Andriej powiedział, że swat Michaiła to specyficzny człowiek, powiedział, bym nie zwracała na niego uwagi. Andriej powiedział, że dał mu trzysta rubli na benzynę, żeby mnie zawiózł do krematorium na cmentarzu centralnym.
To trudne miejsce. Wszędzie step, a tam, gdzie woda się rozlewa, jest zielono i wilgotno, na te miejsca mówi się obszary zalewowe. Ojciec mieszkał pięćset kilometrów stąd, w Astrachaniu, w ujściu Wołgi stoją tam promy, które wypływają na rzeki wraz z początkiem sezonu żeglugowego. Przewoźnicy we wsiach to ludzie szanowani, bez nich nic i nigdzie. Wcześniej przewoźnik miał specjalnego człowieka, który chodził po pasażerach i zbierał od nich opłatę za przeprawę. Teraz, mówił ojciec, opłaty są elektroniczne, na każdym promie zamontowano kamerę. Postawiono kontrolera. Jeden przewoźnik powiedział, że nigdy nie brał opłaty za zmarłych. Przecież przewóz zmarłego i tak się nie opłaca, a zmarli nie mogą zapłacić za siebie. Taki udział w ludzkim nieszczęściu.
Ale zamontowano kamery i na promach nie ma już gapowiczów. Nie ma już nawet martwych gapowiczów. Przewoźnik nie pobrał opłaty za samochód ze zmarłym i musiał zapłacić karę w wysokości tysiąca rubli.
Michaił Siergiejewicz zadzwonił o 9:50 i powiedział, bym wychodziła. Wzięłam różową torbę z brezentu i zeszłam. Wszystko wokół było szare, światło było szare jak wełna, a wiatr zły jak głodny zwierz. Wszystko wokół wyglądało na luty. I był to luty.
Michaił Siergiejewicz czekał na mnie pod klatką. Nic do siebie nie mówiąc, poszliśmy przez podwórka.
Swat nic nie powiedział, po prostu skinął na powitanie. Posadzono mnie z tyłu i polecono czekać. Siedzieliśmy w milczeniu i czekaliśmy, dopóki nie przyszła kobieta w czerwonej wielkiej puchówce, z błyszczącą aktówką. Przywitała się i usiadła obok. Swat uruchomił silnik, ruszyliśmy.
Kobieta powiedziała, że pogoda jest kiepska. Swat i Michaił Siergiejewicz przytaknęli. Przejechaliśmy obok sklepu, garaży i znaleźliśmy się w szarej strefie przemysłowej. Tam wysadziliśmy kobietę.
Nikt ze mną nie rozmawiał. Swat skarżył się na gazownika, powiedział, że wymiana rur i tak jest droga, a gazownik poprosił jeszcze o trzy tysiące rubli z góry. Swat powiedział, że posłał go w pizdu i zadzwonił do administracji, by złożyć na niego skargę. Mama przez dwa tygodnie czekała na gazownika, miesiąc przed śmiercią kupiła nową kuchenkę gazową, ale zupę gotowali na starej, ponieważ gazownik nijak nie mógł przyjść. Mama poprosiła, bym zadzwoniła raz jeszcze do biura, ale tam powiedziano, że gazownik może przyjść dopiero tydzień później. Tydzień później mamę zawieziono do hospicjum. A po kolejnych pięciu dniach umarła i nie mieliśmy głowy zajmować się gazem. Nowa, lśniąca kuchenka stała w kącie kuchni, cała w folii celofanowej, jak panna młoda.
Swat powiedział, że zachodnia propaganda stała się już całkiem bezwstydna. Czym oni tam u siebie na Zachodzie się zajmują, zapytał. Naciągnęli błyszczące majty i pajacują, pedały, a co będzie, jeśli wybuchnie wojna? Co wtedy? Edukacja seksualna to demoralizacja, powiedział swat. Dziecko w przedszkolu powinno umieć trzymać kałasznikow. On osobiście nauczy wnuka składać i rozkładać karabin, żeby chłopak wiedział, jak się to robi. Tak to powinno wyglądać, a amerykańskie kurwy to potrafią tylko w wieku trzech lat prezerwatywę w ręku trzymać. A nasze rosyjskie dzieci od pieluch obeznane są z karabinem. Jeśli będzie wojna, każdy pójdzie bronić ojczyzny. I stary, i młody, wszyscy pójdą. Jebać to każdy potrafi, do tego rozumu wiele nie trzeba. Kochać ojczyznę to co innego.
Swat powiedział, że rozmawiał przez Skype’a z kolegą, Niemcem. Ten groził trzecią wojną światową. Niemiec powiedział, że mają broń atomową, a swat na to: no chodź, tylko nie zapomnij smalcu, w dupę ci wcisnę tę twoją broń atomową. Milczałam. Swat powiedział, że wszyscy oni zajmują się tylko pedalstwem, a ich baby to kurwy, przeskakują z chuja na chuj, jak w lunaparku. Zrobiło mi się duszno.
Zrobiło mi się duszno. W oknie szarzał step – takiego koloru mama miała włosy, gdy głaskałam ją po głowie, widziałam, że połowa jej głowy jest siwa. Włosy jej się kręciły. Mama mówiła, że pierwsze włosy, które wyrosły jej po chemii, wszystkie były poskręcane w spiralki, jak u Murzyna. Mama powiedziała, że babcia po pierwszej chemii, gdy odhodowała włosy, chichotała, że zmieniła się w czarnulkę.
Pedały, kurwy, powiedział swat. Przepraszam, powiedziałam, czy mógłby pan przez chwilę nic nie mówić. Zamilkł.
Ludzie dużo mówią. Przyzwyczaiłam się. Ale jechaliśmy po prochy mojej matki i podróż powinna przebiegać w pełnym szacunku milczeniu. Powinnam cicho płakać na tylnym siedzeniu, a swat nie powinien nic mówić. Mogłaby się toczyć cicha rozmowa, mogłoby grać radio, mogłoby się dziać cokolwiek, tylko nie ten polityczny bełkot o pedałach i kurwach.
Swat nie wiedział, że jestem lesbijką. Ale chciałam powiedzieć: nic pan nie wie o homoseksualistach. Skąd ta fiksacja na penetracji analnej? Dlaczego w otwór analny Niemca chce pan wkładać karabin wysmarowany smalcem, chciałam zapytać. Ale nie zapytałam. Przecież prezerwatywy nikomu nie szkodzą, przeciwnie, pomagają zachować życie. A karabin? Karabin służy temu, by ludzi zabijać.
Było duszno od ogrzewania i śmierdzącej zawieszki zapachowej w kształcie choinki. Co za nieszczęście, pomyślałam. I nie powiedziałam ani słowa.
Poprosiłam, żeby poczekali na mnie na parkingu przy cmentarzu. Weszłam za cmentarny płot i zapaliłam. Cmentarz był w jasnych sztucznych kwiatach. Przekręciłam głowę – część biurowa wyglądała jak prowincjonalny szklany bazar. Za dachem tego szklanego budyneczku dymił komin krematorium. Weszłam w pierwsze drzwi, jakie się trafiły. Powiedziano mi, że dokumenty wypełnia się w sąsiednim wydziale. Przed sąsiednimi drzwiami była kolejka, usiadłam, by poczekać. Starsza kobieta rozmawiała z młodym chłopakiem. Zastanawiali się, które miejsce lepiej kupić dla dziadka. Na cmentarzu centralnym było drogo, ale trzeba pochować go z matką, jak prosił. Ale na centralnym cmentarzu jest bardzo drogo. Można pochować go w obwodzie, obok zięcia. Ale wtedy dziadek się obrazi, będzie przychodził nocami i krzyczał. Przez całe życie krzyczał na wszystkich i teraz też się nie uspokoił. Kobieta powiedziała, że przychodził do niej w ostatnich dniach i krzyczał. Taki z niego dziadek awanturnik.
Weszłam w sąsiednie drzwi. W niedużym hallu mieściła się szklana gablota, w niej na półkach stało kilka urn, wśród których rozpoznałam maminą. Szara z małym czarnym kwiatuszkiem z paciorków na pokrywce. Co za tandetny kwiatek, pomyślałam, jak na tanich majtkach. Andriej zaproponował tę urnę, ja wybrałam intensywnie czarną z ręcznym podpisem. Na niej kwiaty wyglądały jak te na talerzach w stylu chochłomskim. Ale Andriej chciał szarą, mama nie lubiła jaskrawych rzeczy. Ta urna była szara, jak bok rzecznej ryby albo maska łady dziewięćdziesiątki dziewiątki, jaką miał mój ojciec w dziewięćdziesiątym siódmym roku. Szara urna była dwukrotnie tańsza, a ja chciałam kupić droższą. Wzięłam wszystko, co najdroższe – piękną jedwabną narzutę wytłoczoną w kwiaty i najdroższą trumnę do kremacji. Trumna kolorem przypominała perfumeryjne perłowe tubki. Mama lubiła wszystko, co piękne, więc i trumnę dostała piękną.
Mamina urna stała obok ładnej urny – takiej, jaką chciałam jej kupić na początku. Tak, a przecież mogliby się pomylić, zabrałabym wtedy prochy obcego mi człowieka. Ale kto udowodni, że w maminej urnie są prochy mamy? Nikt. Przecież procedura kremacji nie odbyła się w naszej obecności. W ogóle mogli wsypać do kapsuły zwykły popiół, a ciało mamy wrzucić do zbiorowego grobu, żeby nie tracić energii. To wbrew prawu, ale kto się przejmuje prawem i jego przestrzeganiem? Nikt. Pozostaje tylko wierzyć w skrupuły pracowników zakładu pogrzebowego.
Nie można ot tak zabrać urny, bez dokumentów prochów urny się nie pochowa i nie przewiezie ich samolotem. Ale gablota jest otwarta i można ukraść dowolną. Tylko po co ci prochy obcego człowieka?
Wróciłam tam, gdzie kobieta z synem chcieli kupić miejsce dla krzyczącego dziadka. Na korytarzu było pusto, więc zapukałam. Kobieta powiedziała, bym weszła. Siedziała za stołem, okutana chustką z psiej sierści. Powiedziała, że przewiało jej plecy i nie może teraz dosięgnąć do szafy z dokumentami. Poradziłam, by kupiła nimesil. Zapytała, dokąd wiozę prochy, ponieważ w dokumentach jest napisane, że potrzebuję zaświadczenia, że urna nie zawiera nielegalnych substancji. Powiedziałam, że wiozę prochy mamy do naszej ojczyzny, na Syberię. Kobieta zapytała, gdzie będę prochy chować. W Ust-Ilimsku, odparłam. Wtedy ona powiedziała, że muszę wysłać do Wołgogradu papiery poświadczające, że prochy zostały pogrzebane. Obiecałam, że to zrobię, choć wcale nie zamierzałam. Kobieta, zdaje się, też zdawała sobie z tego sprawę, ale nie mogła mi nie powiedzieć, że muszę te papiery wysłać. W ten sposób czyniła mnie jakby współodpowiedzialną, a ja tę odpowiedzialność jakby akceptowałam. Kobieta spojrzała na mój paszport i na mnie, powiedziała, że nie jestem podobna. Potem wydała mi wszystkie papiery i poprosiła, bym udała się za nią. Poszłam.
Nie założyła kurtki, by wyjść. Powiedziałam, by założyła kurtkę, bo przewieje ją jeszcze bardziej, ja się nigdzie nie spieszę, poczekam. Kobieta machnęła ręką i wyszła na wiatr w swojej syntetycznej bluzce i psiej chustce. Weszłyśmy w sąsiednie drzwi. Tam otworzyła gablotę i poprosiła, bym wzięła urnę z prochami mamy. Wzięłam, uśmiechnęłam się do niej tak, jakby dawała mi chleb albo ciasto z jagodami. A na pożegnanie powiedziałam, by zdrowiała. Kobieta powiedziała, że na pewno wyzdrowieje, i życzyła, bym już do nich nie przychodziła.
Urna przypominała duże, zimne jajko. W środku znajdowała się zalutowana kapsuła z prochami. Powiodłam ręką po kapsule i na mojej dłoni pozostał szary pył. Czyje to prochy? Mamy czy obcego człowieka? Oblizałam palec. Prochy nie przypominały pyłu, były większe i twardsze. Przypominały raczej proch strzelniczy. Na dnie urny znalazłam urwaną karteczkę z nazwiskiem i inicjałami mamy. Papier też cały był pokryty prochami. Czyje to prochy? Mamy czy obcego człowieka?
Zamknęłam urnę i włożyłam ją do swojej różowej torby z brezentu. W internecie pisali, że urna z prochem waży nie więcej niż pięć kilogramów. Ta ważyła mniej. A były w niej prochy ciała, prochy ubrań i narzuty, prochy drogiej kremowej trumny, prochy kwiatów, prochy sznurków, którymi związano jej ręce i nogi, prochy chryzantem i róż. Być może były tam także prochy plastikowego wieńca, choć prosiłam pracowników firmy pogrzebowej, żeby zabrali go przed kremacją. Powiedzieli, że zabiorą, ale czy mogę im ufać? A jeśli są tam te okropne białe plastikowe kwiaty? Czy są tam prochy mamy? Gdzie są jej prochy? To jej prochy czy prochy obcego człowieka?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Tytuł oryginału: Рана
Copyright © by Оксана Васякина, 2025
Copyright © for Polish translation by Agnieszka Sowińska, 2025
Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo Marpress, Gdańsk 2025
Published by agreement with New Literary Observer publishing house.
Wydanie I
ISBN epub 978-83-7528-388-4
ISBN mobi 978-83-7528-380-8
ISBN pdf 978-83-7528-389-1
Fotografie na okładce:
archiwum prywatne autorki (Oksana Wasiakina)
Ulka Wantuch (Agnieszka Sowińska)
Projekt okładki: Zuzanna Leśniak
Redakcja: Elżbieta Żukowska
Korekta: Urszula Koza, Beata Duszyńska
Redaktorka prowadząca: Marta Pilarska
Redaktor naczelny: Fabian Cieślik
Wydawnictwo Marpress sp. z o.o.,
ul. Targ Rybny 10B, 80-838 Gdańsk
tel. 58 301 47 00, [email protected], www.marpress.pl
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek