Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Niektóre tajemnice nie umierają. Czekają na kogoś, kto odważy się je odkryć.
Lata 20. XX wieku. Wschodnie rubieże Polski. Spokojną, lokalną społecznością wstrząsają doniesienia o serii makabrycznych zbrodni. Sprawczynią okazuje się dwudziestosześcioletnia Janina, okrzyknięta przez prasę „wampirzycą z Grodna”. Kobieta wspólnie z kochankiem, Stanisławem Zbońskim, dopuszcza się ponad pięćdziesięciu mordów.
Wiele lat później do Suwałk, z nadzieją, że rodzinne strony pomogą jej w uleczeniu poranionej duszy, przybywa Anna Ihnatowicz. Nieudany związek, utrata dziecka, zerwane przyjaźnie i brak pracy zasiały pustkę w jej sercu. Kobieta liczy, że z pomocą babci Hanny uda jej się odnaleźć utracony spokój. Na miejscu zastaje jednak puste mieszkanie, a rodzące się pytania prowadzą ją na trop skrywanej od lat rodzinnej tajemnicy…
Co łączy dwie młode kobiety, które dzielą dwa pokolenia? Poznanie sekretów z przeszłości może mieć szokujący wpływ na teraźniejszość.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 535
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Magdalena Rzewnicka
Stroicielka cudów
moim Bliskim – ludziom i miejscom
Brześć, koniec sierpnia – początek września 1921 r.
*
Stacja kolejowa w Brześciu stanowiła wyjątek wśród wszystkich wymienianych w przewodniku Rokszyckiego stacji zachodniego Polesia. Budynek prezentował się wspaniale. Dorównywał wyglądem niejednemu pałacowi.
Teodor Wasilewski nie wiadomo po raz który przekartkował przewodnik i nie wiadomo po raz który pomyślał, że gdyby dworzec w Brześciu nie był aż tak okazały albo gdyby on sam nie wynajdywał tysięcy ciekawostek na jego temat, Joanna przypuszczalnie nie dałaby się namówić na samotną podróż. A już na pewno nie zgodziłaby się na nią tak łatwo.
Siedział na tym samym peronie, na którym przed kilkoma dniami pożegnał Joannę. Pomyślał z rozbawieniem, że od ślubu nie przeżyli osobno ani jednego dnia. Blisko trzy tysiące wspólnie przeżytych dni.
Jak dotąd nie udało im się nigdzie zagrzać miejsca na dłużej. Joanna już od dawna zarzucała mężowi, że daremnie ścigał wiatr. W skrytości ducha musiał przyznawać jej rację. Życie na walizkach wystarczająco ich wymęczyło. A może faktycznie praca w jednej z brzeskich fabryk będzie dobrym początkiem tego, co ciotka Joanny nazywała zapuszczaniem korzeni?
Teodor poderwał się nagle z miejsca. Ławka, na której siedział, zachwiała się niebezpiecznie. Pokryte rdzą poręcze, tak stare, że mogły pamiętać czasy dyrektora Chrzanowskiego, przypominały liniejące seledynowe jaszczurki. Widok tej nędznej peronowej ławeczki w zestawieniu z przepychem dworcowej fasady był zaskakujący. Nie na tyle jednak, by zająć uwagę Teodora. Przed kilkoma godzinami mężczyzna otrzymał wiadomość o chorobie żony. Zapomniał o tym na chwilę, ale dręczące myśli powróciły. Siedział bezczynnie na brzeskim peronie, podczas gdy Joanna przechodziła katusze zdana na łaskę i niełaskę obcych ludzi.
Jakim trzeba być człowiekiem, by wypuścić żonę w samotną podróż? Całe życie wędrowali razem. Tułali się po świecie. Wspólnie znosili niewygody. Narażali się na wdychanie odoru niemytych, nierzadko rozkładających się ciał. Znosili wszechobecność zimna. Zaznawali głodu tak dokuczliwego, że momentami – tak, to akurat pamiętał doskonale – pragnęli, by pod nogi napatoczył się bodaj pies. Dławili się ze strachu przy przekraczaniu Oressy. I niechby jeszcze sam. Ale nie! We wszystkie przeklęte miejsca zabierał ze sobą żonę. I po co? Dla jakich pieniędzy? Roześmiał się głucho. Gdy przed odjazdem wręczał Joannie na peronie dwa tysiące marek polskich, nawet nie przypuszczał, że według obecnych stawek nie dostanie się za to nawet dolara. Zacisnął pięści i splunął ze złością.
Stojący na peronie ludzie spoglądali na mężczyznę z przestrachem. Pod wpływem tych spojrzeń Teodor nieco się uspokoił i wrócił na ławkę.
Jego żona zawsze była dzielna. Nigdy się nie skarżyła. Nie usłyszał z jej ust słowa wyrzutu. Żadnej wymówki. Skąd brała siły, by znosić takie życie? Skąd brała się jej bezgraniczna – jak wtedy przypuszczał – radość?
Joanna zaczęła się zmieniać dopiero w Brześciu. Nie zauważył, kiedy to się stało. Wolałby myśleć, że zmiana zaszła nagle. Czasem tak się dzieje, że jakiś impuls daje sygnał i człowiek zaczyna działać inaczej niż zwykle. Jednak Joanna zmieniała się powoli, prawie niezauważalnie. Z dnia na dzień stawała się coraz bardziej cicha. Początkowo tłumaczył sobie, że jej niespodziewana łagodność wynikła ze stabilizacji. Wreszcie zatrzymali się gdzieś na dłużej. W Brześciu udało mu się znaleźć pracę. Nic nadzwyczajnego, dorywcze zajęcie. A jednak perspektywa sięgania po zapasy szczęśliwie się oddaliła. Nie mogli zatem narzekać.
Przyjęło się, że żonka nie gdera, gdy nie ma powodu. Z Joanną było inaczej. Najpierw przestała myć włosy. Związywała je nad karkiem w jasny, ciężki supeł. Twierdziła, że mycie włosów ją męczyło. Uznała, że to rodzaj niepotrzebnego kłopotu. Z całej masy przeróżnych codziennych uciążliwości akurat tego kłopotu można było uniknąć. Cieszyło ją, że miała na coś wpływ. Pamiętał, że logika tej jej teorii naprawdę go rozśmieszyła.
Wkrótce Joanna zrezygnowała nie tylko z mycia się. Przestała zmieniać ubrania i coraz rzadziej podnosiła się z łóżka. Wstawała tylko wtedy, gdy Teodor wracał do domu. Czy zdawał sobie sprawę, jak wiele wysiłku kosztowało dotrzymywanie mu towarzystwa?
Znowu poderwał się z ławki, tknięty nagłą myślą. A jeśli już wtedy była chora? Jak to się stało, że nie dopytywał o jej zdrowie? Dlaczego nie pomyślał o tym wcześniej? Ależ to niemożliwe. Joanna nigdy nie chorowała. Jeśli nie liczyć wypadku w Rohaczewie, gdy przez dwie doby męczyła ją gorączka.
A jeśli i tym razem spotkało ją coś podobnego? Dobrze pamiętał, że przed wyjazdem Joanna nie wyglądała na chorą. Jak zwykle była milcząca. Nie dostrzegł żadnego grymasu na jej twarzy. Nie słyszał syknięć, wywoływanych ukłuciami nagłego bólu.
Postanowili, że Joanna wyjedzie na kilka tygodni do Suwałk. Mieszkała tam jedna z jej ciotek – Urszula Snarska. Teodor dopilnował wszystkiego. Nigdy wcześniej – i jak czas pokazał nigdy później – nie napisał równie długiego listu.
***
Gdy odprowadzał Joannę na dworzec, peron wyglądał inaczej. Przede wszystkim panował tam większy ścisk. Wydawało się, że placyk się kurczył, gdy coraz to nowsza fala pasażerów napływała od strony dworca.
Teodor zapamiętał, że wśród stłoczonego nieludzko tłumu znalazła się także siostra miłosierdzia. Wyminęła ich niezdarnie i przystanęła w pewnej odległości od nich. Przez chwilę obserwował jej drobną, niemal dziewczęcą twarz. Zdołał wtedy pomyśleć, że ta wtopiona w ogromny czepiec i zwracająca się co chwilę w ich stronę twarzyczka przypominała ptasią główkę.
Zapytał Joannę, czy słyszała o tym, że szarytki występują także wśród sikorek. Za każdym razem, gdy podejrzewała, że mąż stroił sobie z niej żarty, Joanna marszczyła nos i zadzierała głowę. Szukała jego oczu. Wierzyła, że słowa mogą być albo kłamliwe, albo nie. Oczy zaś nigdy. Wierzyła, że spojrzenie zawsze mówiło prawdę. Zarzekał się na wszystkie świętości, że mówił prawdę. Plątał się przy tym niemiłosiernie, zaśmiewając się z oburzenia, jakie malowało się na jej twarzy. Naprawdę wyczytał, że sikorki łączą się w pary tej samej płci. Zerkali dyskretnie w stronę zakonnicy, snując przypuszczenia, czy mogła być jedną z nich.
Lubił droczyć się z Joanną. Przytulał ją później mocno i nie zwracając uwagi na protesty, całował. W tamtej chwili, na peronie brzeskiego dworca, znów była sobą. Nie mógł uwierzyć, że sama tylko zapowiedź wyjazdu sprawiła, że nastrój kobiety uległ tak wyraźnej poprawie. Tęsknił do dawnej Joanny.
A jednak w głębi duszy już wtedy, na peronie brzeskiego dworca, bał się myśli o jej powrocie. Nie chciał zapeszać. Wiedział, że w Suwałkach Joanna spotka się z ciotką i kuzynkami. Naopowiada się, naściska, napłacze, nawyrzeka, naśmieje. Czuł, że właśnie tego potrzebowała. I chociaż nie rozumiał tej zależności, czuł, że tak będzie dla Joanny najlepiej. Gdy patrzył, jak poprawiała włosy, stojąc na brzeskim peronie, nie mógł się nadziwić, że ta piękna kobieta należała właśnie do niego. Przyrzekł sobie wtedy, że jeśli jego żonie spodoba się w Suwałkach, to właśnie tam zapuszczą korzenie. Ustalili, że po przyjeździe do Suwałk Joanna napisze do męża.
Zamiast obiecanego listu cztery dni po wyjeździe Joanny w fabryce zjawiła się nieznajoma. Nosiła na sobie strój, na podstawie którego nie dawało się ustalić jej wieku, nie sposób było również określić rodzaju pracy, jaką mogła wykonywać. Kobieta rozejrzała się po hali i skierowała się w stronę Teodora.
– Pan Wasilewski? – zapytała. – Szukam Teodora Wasilewskiego. Powiedziano mi, że to pan.
Obejrzała się wymownie w stronę drzwi, zza których dochodziły męskie głosy. Przerwa, podczas której można było odetchnąć, rozprostować plecy, przegryźć coś albo wypalić papierosa, dobiegała właśnie końca.
Teodor westchnął i odłożył gazetę. Nie miał ochoty na rozmowę. Domyślał się, że stojąca przed nim kobieta musiała być jedną z proletariuszek. Słyszał, że niektóre wędrowały od jednej fabryki do drugiej, spełniając marzenia o windowaniu mas.
– Nazywam się Janina Zbońska – przedstawiła się nieznajoma.
Teodor stał nieporuszony. Odniósł wrażenie, że twarz kobiety nie była mu obca. Starał się usilnie przypomnieć sobie, gdzie mógł ją widzieć.
– Nie znamy się – rzuciła kobieta pospiesznie. – Wracam właśnie z Wołkowyska. Przysyła mnie pańska żona.
Docierały do niego jedynie strzępy słów. Choroba, szpital, pieniądze. Choroba, szpital, pieniądze. Przez dłuższą chwilę nic więcej nie chciało się przebić do świadomości mężczyzny.
Teodor odniósł wrażenie, że w jednej sekundzie wszystko w nim struchlało od lęku. Joanna nie dotarła do celu podróży. Rozchorowała się w drodze i pozostawała zdana na łaskę obcych ludzi. Czy nie przeczuwał, że tak się właśnie miało stać?
Kobieta przyglądała się Teodorowi. Sprawiał wrażenie przerażonego wiadomością, którą mu przekazała. Po krótkim namyśle podeszła do mężczyzny i ujęła go za ręce.
– Proszę pana, już dobrze – rzekła łagodnym głosem. – Jestem tu po to, by panu pomóc.
Rozejrzała się. Skończył się fajrant i wokół nich zaczynała się właśnie zbierać grupa wracających z przerwy mężczyzn.
– Wyjdźmy stąd – dodała przyciszonym głosem.
Teodor poddał się temu cichemu nakazowi. Pospiesznie skierowali się w stronę wyjścia. Zanim dotarli do drzwi, dobiegły ich pełne kpiny i skrywanej zazdrości głosy.
– Proszę, proszę. Żonka dopiero co wyjechała, a już znalazł sobie zastępstwo.
Na zewnątrz Teodor nieco oprzytomniał. Świeże powietrze sprawiło, że zaczynał trzeźwiej myśleć. Jeszcze raz wysłuchał wszystkiego, co mówiła Zbońska.
– Pańska żona poczuła się gorzej chwilę przed tym, gdy pociąg wjechał na stację w Wołkowysku – powiedziała kobieta. – Współpasażerka pańskiej żony, niejaka Konarzewska, mówiła, że pani Joanna była nienaturalnie markotna od początku podróży. Najpierw pokasływała. Były to zwyczajne, lekkie chrząknięcia. Ale już chwilę później na jej policzki wyszły pąsy i pana żona zaczęła pluć krwią. Dobry Boże, ta Konarzewska była przerażona jeszcze wtedy, gdy mi o tym opowiadała.
Janina Zbońska przełknęła głośno ślinę i przymknęła na moment oczy, jakby chciała się pozbyć natrętnego wspomnienia.
– Razem z bratem czekałam na stacji w Wołkowysku na pociąg do Brześcia – mówiła dalej kobieta. – Gdy tylko zobaczyliśmy, jak wynoszą z pociągu pańską żonę, od razu pospieszyliśmy z pomocą. Mój brat był kiedyś sanitariuszem.
Kobieta umilkła, czekając na reakcję Teodora. Mężczyzna wpatrywał się w rozmówczynię bez słowa. Jedynie mruganie powiek świadczyło o tym, że żył i słuchał zdumiewającej relacji.
– Pana żona była przytomna, choć słaba. – Janina Zbońska podjęła na nowo spokojnym tonem. – Zawiadowca powiadomił nas, że wkrótce odprawi się pociąg do Białegostoku i że najlepiej będzie właśnie tam odesłać pańską żonę.
Teodor zmarszczył czoło i odchrząknął, jakby pojmował, że pojawiły się dodatkowe komplikacje.
– Musiał pan słyszeć o szpitalu żydowskim w Białymstoku. Mają tam najlepszych lekarzy. – Kobieta na moment straciła cierpliwość. Ona także odchrząknęła i po chwili kontynuowała wyjaśnienia. – W Wołkowysku pana żona mogłaby liczyć co najwyżej na odrobinę rtęci albo pieczoną cebulę z kurzym nawozem. Konarzewska obiecała zabrać naszą chorą biedaczkę do białostockiego szpitala. A ponieważ chwilę później wraz z bratem miałam wsiadać do pociągu do Brześcia, pani Joanna ubłagała mnie, bym odnalazła tu pana i opowiedziała o całym zdarzeniu.
W głosie Zbońskiej pobrzmiewał już tylko od dawna tłumiony niepokój. Teodor w dalszym ciągu nie był w stanie wydusić z siebie ani jednego słowa.
– Proszę posłuchać, nie mamy zbyt wiele czasu. – Kobieta potrząsnęła energicznie głową. – Pańska żona wspomniała, że dysponuje pan jakimś majątkiem. Prosiła, by spieniężył pan wszystko jak najszybciej i przywiózł do Białegostoku. Ona musi mieć teraz spokój. Sam pan rozumie, że leczenie gruźlicy ciągnie się miesiącami, musicie być odpowiednio zabezpieczeni.
Dopiero teraz Teodor przyjrzał się uważnie nieznajomej. Zbońska była niska i krępa. Zbyt duży kapelusz opadał jej na oczy za każdym razem, gdy poruszyła głową. W innych okolicznościach widok ten przyprawiłby go o śmiech. Teodor się zawstydził. Kolejny raz złapał się na tym, że zbyt pospiesznie oceniał ludzi. Przypomniał sobie zakonnicę, z której żartował nie tak dawno temu na brzeskim peronie. A teraz śmieszyła go kobieta, o której istnieniu przed godziną nie miał nawet pojęcia. Wzywała go do niesienia pomocy jego własnej żonie, a on stał bezczynnie i zamiast wykrzesać choć iskrę wdzięczności, skupiał się na kapeluszu. Zbyt dużym flauszowym kapeluszu. Raził go ten cholerny cudaczny kapelusz.
– Panie Teodorze, musi pan walczyć. Nie wolno ulegać losowi. Sama wyszłam z niejednej choroby. Wiem, co może teraz przechodzić pańska żona. – Zbońska odczytała po swojemu emocje malujące się na twarzy Teodora. – Trzeba zaufać Bogu i zrobić wszystko, co mieści się w granicach możliwości grzesznego człowieka – dodała sentencjonalnie.
W spojrzeniu kobiety kryło się tak wiele niewypowiedzianego bólu, że Teodor w jednej chwili zapomniał o sobie. Musiał pohamować naturalny odruch współczucia, by nie chwycić Zbońskiej za rękę. Nie było czasu na współczucie. Nagle poczuł, że delikatna pajęczyna nonsensownego lęku, wstydu i samooskarżeń powoli rozdarła się na tysiące pojedynczych nitek.
– Co mam robić? – zapytał spokojnie.
***
Janina Zbońska nie mogła towarzyszyć Teodorowi w przygotowaniach do wyjazdu. Musiała odszukać brata, Stanisława, który zgodnie z tym, co wcześniej zaplanowali, wyjaśniał zamieszanie z wypłatą pieniędzy. Rodzeństwu należał się jakiś spadek po śmierci ich ojczyma. Zbońska tłumaczyła, że brat odwiedzał właśnie biuro notarialne niejakiego Kosmaczewskiego, skąd wysyłano im pełne niejasności, denerwujące pisma. Zboński miał przeprowadzić zasadniczą rozmowę. W tym świecie nikt nie uwzględniał kobiecego braku przenikliwości. Zadaniem Janiny Zbońskiej, poza odszukaniem Teodora, było uporządkowanie mieszkania po zmarłym. Zakładała, że porządki pochłoną najwięcej czasu, dlatego najpierw odnalazła Teodora. Naturalnie kierowała nią chrześcijańska troska o chorą.
Gdy rodzeństwo Zbońskich rozstawało się po wyjściu z pociągu, Stanisław zapewnił siostrę, że poradzi sobie z powierzonymi mu zadaniami. Jednak Janina nie była tego pewna. Znała brata zbyt dobrze, by zachować spokój. Niezbyt dokładnie tłumaczyła Teodorowi wszystkie te zawiłości. Mężczyzna był tak pochłonięty własnymi myślami, że brak szczegółowych wywodów przyjął z wyraźną wdzięcznością. Nie chciał teraz zajmować się czyimś pogrzebem. Żadnym pogrzebem. Chciał działać. Joanna czekała na niego, sama w obcych salach białostockiego szpitala.
Najbliższy pociąg do Białegostoku odjeżdżał dopiero nocą. Ustalili, że Teodor spotka się ze Stanisławem Zbońskim na dworcu, przed wejściem na perony. Janina opisała mu ze szczegółami wygląd brata. Panowie mieli wyruszyć w podróż do Białegostoku razem. Janina obiecała dołączyć do nich za kilka dni, gdy tylko upora się ze swoimi pracami. Stanisław miał być przewodnikiem Teodora nie tylko po mieście. Brat Janiny doskonale orientował się także w rozkładzie szpitala. I najważniejsze – z racji wykonywanego dawniej zawodu pozostawał w świetnej komitywie z lekarzami i całą resztą szpitalnego personelu.
Brześć – Białystok, 3/4 września 1921 r.
*
Teodor nie miał pojęcia, jakim sposobem dostał się do mieszkania. Pokonał dość liche przedmieście wołyńskie, przedostał się z lewego brzegu Muchawca na prawy, minął przysadzistą zabudowę brzeskiej twierdzy i dopiero stamtąd skierował się w stronę rynku. Tak był zajęty myślami o Joannie, że nie poświęcał uwagi temu, co go otaczało. Chwała Bogu, nie potrąciła go czortopchajka ani żadne inne rozpędzone diabelstwo.
Odwiedził oddział Banku Polskiego przy Jagiellońskiej. Wypłacił pieniądze, zerwał wszystkie lokaty. I choć mina kasjera zdawała się mówić, że nie był to dobry moment na podobne ruchy, w trakcie całej operacji nie padło ani jedno niepotrzebne słowo.
W mieszkaniu spakował wszystko, co – jak sądził – mogło okazać się przydatne. Ubrania, bieliznę i inne najpotrzebniejsze przedmioty Joanna zabrała ze sobą. Po chwili namysłu spakował również futro Joanny. Kupił je u Arona Cajlingolda, zaraz po tym, gdy zjawili się w Brześciu.
Teodor pamiętał tamten dzień. Wybrali się na pierwszy spacer po rynku. Joanna dostrzegła futro na wystawie sklepowej. Nie wypowiedziała ani jednego słowa, ale on ujrzał coś w jej twarzy. Kryła się w tym spojrzeniu kruchość najgłębiej skrywanej tajemnicy i tej jakiejś niewyobrażalnej tęsknoty, jakiej Teodor nigdy wcześniej nie widział w oczach żony. To coś kazało mu wrócić później do sklepu przy Dąbrowskiego 31.
Pogładził teraz zimny w dotyku rękaw futrzanego płaszcza. Poczuł, jak po całym ciele rozeszła się seria drobniutkich ukłuć, wywołując przyjemne dreszcze. Przez moment rozważał, czy nie oddać futra do komisu Dudzińskiej. Pamiętał, że sklep znajdował się przy ulicy 3 Maja. Przebiegł w myślach trasę z mieszkania do dworca i uznał, że powinien zdążyć przed odjazdem pociągu. Jednak gdyby oddał futro do komisu, musiałby zejść sporo z ceny. Ani pani Aleksandra, ani żaden z jej wymuskanych sprzedawców nie wypłaci mu od ręki pełnej należności. Nikt rozsądny nie nosi się przecież z zamiarem zakupu futra w pierwszych dniach września. W pierwszych dniach ciepłego, słonecznego września. Postanowił zatem, że zabierze futro ze sobą. Sprzeda je później albo zostawi na czarną godzinę. Nie zamierzał także marnować czasu, szukając kupców na biżuterię. Rozerwał cieniutką, mieniącą się poszewkę futra i wrzucił w dziurawe szczeliny jej marszczeń wszystkie precjoza.
Teodor gromadził majątek od lat. Marzył o domu dla siebie i Joanny. Teraz oprócz strachu o Joannę nie czuł nic. Chciał być blisko niej. Domyślał się, jak bardzo go potrzebowała.
Nagle poczuł, że nadmiar wspomnień zaczyna rozkładać go na kawałki. Było to niemal fizyczne doznanie. Jego ciało tworzyło składowisko figur, z których najmniej foremna bryła – głowa – ciążyła najbardziej. Postanowił nie roztkliwiać się dłużej nad sobą. Spokojnym już ruchem domknął walizkę i udał się prosto na stację kolejową w Brześciu.
***
Stanisław Zboński pojawił się na peronie tuż przed odjazdem pociągu. Z hukiem zatrzaskiwano właśnie drzwi wszystkich wagonów. Trzask, zawołanie, gwizd. Nie wiadomo, dlaczego ten narastający rytm obudził w Teodorze grozę. Być może przerażała go nieuchronność końca. Pociąg tworzyła policzalna liczba wagonów. Prawie siłą powstrzymywał się przed – i tego właśnie nie był pewien – śmiechem lub płaczem. Nie potrafił nazwać tego rodzaju napięcia, jakie w nim wzbierało, gdy stał w oknie pociągu, wypatrując swego przewodnika. Zaciskał palce na framudze okna tak mocno, że sprawiały wrażenie wydrążonych w lodzie figur.
Stanisław zjawił się w zbyt dużej marynarce i bez nakrycia głowy. Ciekawe, że zanim się pojawił, Teodor nie zastanawiał się, jak go rozpozna. Wystarczył mu opis, który otrzymał od Janiny Zbońskiej.
Teodor tak bardzo skupiał się na żonie, że ani razu nie zastanawiał się nad tym, czy będzie umiał go rozpoznać. I przypuszczalnie dlatego wygląd Stanisława Zbońskiego tak bardzo go zaskoczył. Nieznajomy sprawiał wrażenie, jakby znał Teodora. Zmierzał prosto w jego kierunku z nieodgadnionym wyrazem twarzy, na której malował się grymas udający uśmiech.
– Witam pana, Teodorze. – Wyciągnął rękę w powitalnym geście.
Spod rękawa jego marynarki wysuwał się co chwilę mankiet granatowej koszuli, pokryty siateczką wystrzępionych nitek. Chociaż Teodor nie tworzył z góry żadnych założeń na temat brata Janiny, złapał się na tym, że patrzył na niego z rozczarowaniem. I nie chodziło wyłącznie o wygląd mężczyzny. W tej chwili sam nie prezentował się lepiej. Zdążył co prawda zmienić ubranie, ale koszula, którą miał na sobie, nie była idealna. Miał krzywo zapięty kołnierzyk i wymięte rękawy. Wiedział, że gdy za kilka godzin stanie przed Joanną, jego wygląd święcie ją oburzy. Już cieszył się na tę myśl – wywoła oburzenie Joanny i natychmiast je ugasi. Tak bardzo chciałby już mieć ją blisko siebie, na wyciągnięcie ręki.
W Stanisławie Zbońskim kryło się coś trudnego do nazwania. Teodor odwzajemnił uścisk dłoni. Poczuł, że ulga, jakiej doznał na widok tego już prawie spisanego na straty przewodnika, pod wpływem przyklejonego do jego twarzy uśmiechu zmieniła się w irytację.
– Niech pan nie przesadza. Zdążyłem przecież – rzekł Stanisław, dostrzegając zmianę, jaka zaszła na twarzy Teodora. W pozornie uprzejmym głosie mężczyzny kryło się wzburzenie koniecznością usprawiedliwiania się przed obcym człowiekiem.
Dopiero teraz Teodor uświadomił sobie, co go raziło w zachowaniu Zbońskiego. Widział to w jego roześmianej twarzy. Mężczyzna nie podzielał niepokoju o Joannę. Tego niepokoju, który nakazał jego siostrze Janinie Zbońskiej znosić trudy poszukiwań obcego człowieka i narażać się na wynikające z tego powodu przykrości. Stanisław sprawiał wrażenie człowieka nieprzejętego ich nieszczęściem.
– Zastrzegam z góry. Nic nie wiem o całym zdarzeniu – rzucił Zboński, gdy mężczyźni zajęli miejsca w przedziale.
Teodorowi cisnęły się na usta tysiące pytań, ale wobec jawnej deklaracji współpasażera postanowił milczeć. Wnętrze przedziału było prawie puste. Bagaż, jaki Teodor z trudem wtargał do środka, można było swobodnie rozłożyć na kilku siedzeniach. Oprócz nich w przedziale znajdował się tylko jeden pasażer – starszy, starannie ubrany mężczyzna, siedzący na przedzie, tyłem do kierunku jazdy. Spał, podczas gdy jego wsparta o szybę głowa podskakiwała, poddając się rytmicznemu kołysaniu pociągu.
Za oknem przesuwał się prawie niewidoczny w świetle księżyca krajobraz. Migały światła płonących w lesie ognisk i palących się w oknach lamp. Stanisław miał wielkie, rozszerzone źrenice i wpatrywał się w Teodora.
– Nie wygląda pan na zmęczonego, a to zwykle kobiety zaprawia się w nocnym czuwaniu. Czyżby istniał jakiś mały rozkrzyczany powód, dla którego wytrenował pan nocne czuwanie? – zapytał Stanisław mechanicznym głosem.
Sprawiał wrażenie nieobecnego. Teodor widział go, prowadził z nim rozmowę, a jednak mógłby przysiąc, że jakaś część Stanisława zapadła w otępienie. Uparcie wpatrywał się w jeden punkt.
– Nie mamy dzieci, jeśli o to pan pytał – odparł szybko Teodor.
– Zatem należy pan do szczęśliwców, których żony nie dokonały dotąd żadnego odkrycia. Tam, skąd pochodzę, kobiety co i rusz dokonują odkryć. Następuje to zazwyczaj wtedy, gdy wystający brzuch utrudnia im zapinanie butów – roześmiał się ochryple.
Ciszę, jaka zapadła po słowach Zbońskiego, przerwało nagłe otwarcie drzwi. Do przedziału wszedł pracownik kolei. Nie zwracał uwagi na mężczyzn. Wyłączył sączącą słabe światło lampę, która wisiała nad głową Teodora. Zanim wyszedł, przełożył jedną z walizek na najwyższą półkę.
Za oknem robiło się coraz jaśniej. Pociąg wyjeżdżał właśnie z doliny i Teodor dostrzegł spłoszone łanie.
– Sporo pan tego zabrał. – Stanisław wskazał na pakunki.
– Nie miałem wyboru. Nie wiem, co zastanę w Białymstoku – mówił Teodor powoli, starając się pochwycić i utrzymać spojrzenie Stanisława.
Zboński nagle przetarł oczy. Uderzył się kilka razy po policzkach i głośno odchrząknął.
– No tak, nawet nie chcę myśleć, jakie to wszystko musi być dla pana przykre – rzekł, prostując się na siedzeniu.
Stanisław Zboński sprawiał wrażenie, jakby dopiero w tej chwili uprzytomnił sobie, gdzie się znajdował i z kim rozmawiał. Nawet w jego głosie wyczuwało się zmianę, jakby tragiczny dla Teodora temat narzucił sposób mówienia grzeczniejszy od tego, w jakim Zboński zwykł przeprowadzać rozmowy.
Teodor, który w czasie rozlicznych handlowych wypraw po Rosji zdążył poznać ludzi na tyle, by wiedzieć, że przymilny ton prawie zawsze oznacza pogardę, dostrzegł w tej zmianie kolejne nienaturalne napięcie. Jednak o ile w handlu gra w pozory może budzić zrozumienie, o tyle teraz Teodorowi nie przychodził do głowy żaden powód, dla którego ktoś mógłby skrycie nim pogardzać. Jak w ogóle można gardzić kimś dopiero poznanym? I to na dodatek w tak szczególnych okolicznościach? Zacisnął usta. Obiecał sobie solennie, że gdy tylko dotrą do białostockiego szpitala i nie będzie musiał dłużej polegać na humorach tego człowieka, nigdy więcej się z nim nie spotka.
***
Teodor czuł narastające zmęczenie. Nie mógł uwierzyć, że kilkanaście godzin wcześniej świat obracał się pod dyktando przewidywalnych zdarzeń. Jadł śniadanie bez żadnych przeczuć, mył się bez żadnych przeczuć, chodził ulicami Brześcia bez żadnych przeczuć. Prowadził rozmowy bez wyłapywania znaczących słów. Teraz z czołem wspartym o wilgotną szybę skupiał całą uwagę na wynajdowaniu w przesuwającym się krajobrazie policzalnych elementów. Dawniej często tak robił. Liczenie uspokajało. Przeliczał kroki, schody, płatki kwiatów, wzory na tapecie, deski w płocie, kamienie. Pił, odmierzając parzystą liczbę łyków. A bywało i tak, że kroił słoninę na tyle samo kawałków, co cebulę i chleb, i składał z nich własną, właściwą kompozycję.
Próbował teraz liczyć drzewa, już widoczne w promieniach budzącego się dnia, ale nie dawał rady. Świdrująca w środku głowy myśl nie pozwalała oderwać się od Joanny i miejsca, w którym przebywała. Tego miejsca, do którego i on także zmierzał. Gdyby chociaż mógł zasnąć. Wiele razy zasypiał, marząc, by kłopoty, w jakie wpadał przez własne kiepskie wybory, po przebudzeniu okazywały się mniej znaczące, niż można było przypuszczać. Gdyby więc zasnął tej nocy, być może kłopot, jaki nad nim zawisł, znalazłby inne rozwiązanie? Kto wie? Nagłe szarpnięcie wyrwało Teodora z rozmyślań. Metaliczne pomruki hamulców westinghouse’a dały o sobie znać i pociąg zatrzymał się na dobre.
– Wysiadamy – rzucił krótko Stanisław.
Białystok – Zwierzyniec, 4 września 1921 r.
*
Białystok sprawiał wrażenie miasta pogrążonego we śnie. Słońce było już co prawda widoczne, ale nad torowiskiem przesuwały się opary nocnej mgły. Peron zaludnił się wysiadającymi. Teodorowi wydało się nagle, że wśród kotłującego się tłumu dostrzegł Janinę Zbońską. Jednak w tej samej sekundzie któryś z pasażerów wpadł na jedną z jego walizek. Uszkodzony zamek puścił i cała zawartość wysypała się z wielkim hukiem pod nogi spieszących się ludzi. Teodor zbierał turlające się we wszystkich kierunkach noże i widelce. Cały trząsł się ze zdenerwowania. A kiedy wreszcie uporał się z pakowaniem i wstał z klęczek, dając tym samym zebranym naprędce gapiom sygnał, iż przedstawienie dobiegło właśnie końca, myśl, że Janina mogłaby jechać tym samym pociągiem co oni, ukrywając przed nimi swoją obecność, wydawała mu się już tylko czystym nonsensem. Gdy ruszył za Stanisławem w kierunku mostu dla pieszych, by przedostać się ponad torami na drugą stronę, postanowił nawet nie wspominać o swoich podejrzeniach.
Gdy byli już na wysokości dworca, Teodor się zatrzymał.
– Daleko stąd do szpitala? – zapytał. Z trudem przedźwigał pakunki przez długość peronu.
– Ulica Warszawska piętnaście, proszę szanownego pana. – Stanisław skłonił się błazeńsko.
– Niech się pan nie wygłupia – rzucił Teodor, siadając ostrożnie na postawionej na sztorc walizce. Z trudem rozprostowywał poczerwieniałe od wysiłku palce. – Nie zamierzam taszczyć tych wszystkich tobołów przez całe miasto, więc albo mi pan pomoże, albo trzeba to będzie gdzieś zdeponować.
Teodor rozejrzał się dookoła. Jego spojrzenie zatrzymało się na budynku dworca.
– Gdzieś tam powinna być przechowalnia bagażu – powiedział, wstając z miejsca.
– Jak na pantoflarza wykazuje pan imponującą samodzielność. – Stanisław spoważniał i wpatrywał się w Teodora w taki sposób, jakby coś rozważał w myślach.
– Niech pan posłucha – zaczął Teodor. – Doceniam wszystko, co pan i pańska siostra dla mnie zrobiliście, ale nie będę dłużej…
– Dobrze już, dobrze – przerwał mu gwałtownie Stanisław. – Chodźmy.
Ruszył w stronę dworca.
– Niech pan zaczeka! – Teodor przyspieszył na tyle, na ile pozwalały mu pakunki. – Dlaczego pan to robi? Przecież nie musi mi pan pomagać.
Stanisław się zatrzymał.
– Myli się pan – rzekł, uśmiechając się kwaśno. – To nie panu pomagam. Dla mnie liczy się tylko Janina. Jeszcze nigdy jej nie zawiodłem. I nie zamierzam tego zmieniać. Więc jeśli chce pan przechowalni bagażu, będzie przechowalnia bagażu.
Odwrócił się i ruszył w stronę dworca.
– Idzie pan? – zapytał bez oglądania się za siebie.
***
Teodor złożył bagaż w przechowalni, a wydany kwit starannie schował do wewnętrznej kieszeni marynarki. Upewnił się, że człowiek wypisujący blankiet nie zrobił błędu w nazwisku. Nawet nie chciał myśleć, co by się działo, gdyby zgubił gdzieś pokwitowanie. Bagażowy sprawiał wrażenie osoby, z którą nie warto dyskutować.
Dopiero teraz Teodor odetchnął. Rozejrzał się po dworcu i stwierdził nagle ze zdumieniem, że pod wpływem wspomnień związanych z tym miejscem coś dziwnego zaczynało dziać się nie tylko w okolicy jego gardła, ale również oczu. Czuł wzruszenie. Spojrzał na Stanisława, zastanawiając się, czy mężczyzna przypadkiem czegoś nie dostrzegł. Odsunął się nawet od niego na kilka kroków. Na wypadek gdyby tamten zechciał go nagle o coś zapytać. Teodor miał tak ściśnięte gardło, że wolał nie ryzykować wypowiadania choćby jednego słowa z obawy, że tuż za nim wyrwie mu się z gardła jakiś niedający się w porę stłumić szloch. Domyślał się, skąd to wszystko.
Przed laty, jeszcze przed ślubem z Joanną, spędził na tym dworcu dziesięć godzin. Nie wyszedł przez ten czas poza teren stacji. Przyjechał z Wilna, gdzie wówczas mieszkał. Parę dni wcześniej zmarła mu matka. Wyprawił jej skromny pogrzeb. Powiadomił listownie ojca o terminie pochówku, ale mężczyzna się nie pojawił. Przysłał za to list, w którym tłumaczył się nowym życiem. Ojciec informował w liście, że pracował na kolei, przy remoncie białostockiej magistrali. Wcześniej robił w fabryce włókienniczej, w Choroszczy albo w Supraślu. Joanna namawiała narzeczonego, by odnalazł ojca i naprawił zerwane dawno temu więzy. Teodor postanowił jej posłuchać, ale przyświecał mu całkiem inny cel. Zamierzał odnaleźć ojca i wygarnąć mu, co naprawdę myślał o człowieku porzucającym rodzinę – chorą żonę i małego synka.
Część potrzebnych na podróż pieniędzy dostał od Joanny. Resztę pożyczył od Menachima Grejma. Złość na ojca okazała się silniejsza od rozsądku. Wagon, którym Teodor podróżował, nie miał zadaszenia, ale chłopak zdawał się wcale tego nie dostrzegać. Przez całą drogę układał litanię wyrzutów pod adresem ojca. Gdy dotarł wreszcie na miejsce, gdy przeszedł istną szopkę z odsyłaniem od jednego do drugiego informatora i gdy postawiono go w końcu przed brudnym, chudym, przedwcześnie postarzałym mężczyzną, nie potrafił rozpoznać w nim własnego ojca. Ojciec zaś, spodziewający się prędzej ujrzeć zaginiony na Morzu Martwym statek „Calvadas” niż własnego syna, rozpoznawszy Teodora, stanął jak wryty. I stali tak, wpatrując się w siebie bez słowa z dobrą minutę. Minuta wystarczyła. Hodowana przez lata złość wyparowała w jednej chwili. Nie zwracając uwagi na to, że brudził sobie jedyną jasną koszulę, Teodor wziął tego drobnego mężczyznę w ramiona. Ojciec, początkowo zdziwiony, natychmiast odwzajemnił jego uścisk i znowu trwali tak nieruchomo jakiś czas. Towarzysz ojca opowiadał później, że pół peronu im się przyglądało. Jedni śmiali się, inni stukali w głowę, a jeszcze inni składali ręce jak do braw, rozpoznając w peronowym obrazku scenę rodem z filmu Uśmiechy i ciernie z jesiennego repertuaru kina Wajnsztadtów. Teodor spędził z ojcem cały ten czas, jaki mu pozostał do powrotu. Całe dziesięć godzin, podczas których więcej było pełnych milczenia łez niż słów. To wtedy po raz pierwszy poczuł, gdzieś bardzo głęboko w sobie, że ani on, ani matka, ani nawet ojciec; nikt nie był winien tego, co się im przytrafiło. Stało się to, co musiało się stać. Tak się czasem dzieje, że racje, które przez długi czas uznajemy za wystarczające do kierowania się nimi przy określonych wyborach, okazują się w świetle innych racji zwykłym łajnem.
To było jak cud. Teodor czuł się lekko i jednocześnie pusto. Było mu dobrze, a zarazem źle. Nie wiedział, jak to możliwe. I prawdę powiedziawszy, wcale go to nie obchodziło. Myślał tylko o jednym – chciał wrócić do domu, pochwycić Joannę w ramiona i nigdy więcej już jej z tych ramion nie wypuszczać. To dzięki niej doświadczył cudu przebaczenia. Jedynego ziemskiego cudu, w który chciał i potrafił wierzyć.
Niedługo później przyszedł list o wypadku i śmierci ojca. A zaraz po nim wiadomość o jeszcze większym wypadku i jeszcze większej, bo już powszechnej, śmierci. Teodor robił, co mógł, by piekło wielkiej wojny dotknęło ich w stopniu możliwie najmniejszym. Przerzucali się więc z miejsca na miejsce, jak Rosja długa i szeroka. Okazało się, że na wszystkim potrafił robić pieniądze. Handlował, czym popadło. Bywał chodzącą manufakturą, składem aptecznym i bławatnym. Gdy zaszła potrzeba, wynajdywał produkty naftowe, spirytualia, wyroby tytoniowe albo gumowe. Kiedy indziej prowadził biuro buchalteryjne.
Teodor rozejrzał się po dworcowej poczekalni. Wszystko się tu zmieniło. Wokół panował co prawda porządek, ale znikły malunki zdobiące niegdyś ściany, wzdłuż których rozlokowane były stoiska kas biletowych. Jeszcze smutniej prezentowały się pozostałe ściany poczekalni. Po materiałowych obiciach nie pozostał nawet ślad w postaci resztek przyczajonej gdzieś pod sufitem wystrzępionej tkaniny. Nie było kryształowych żyrandoli ani wybiegających co chwilę z dworcowej restauracji eleganckich kelnerów, ani miękkich ławek i tego wszystkiego, co z perspektywy minionych lat można by nazwać atmosferą beztroski.
– Możemy już iść? – Zboński wpatrywał się ze zniecierpliwieniem w Teodora.
– Miałem nadzieję, że wstąpimy tu na śniadanie – rzekł Teodor.
Nie chciał się przyznać, że był głodny. Od wczorajszego popołudnia nie miał niczego w ustach. Zapach świeżego pieczywa, jaki rozchodził się z pobliskiej kawiarni, sprawiał, że oszalały z głodu żołądek wydawał serię dziwacznych i coraz głośniejszych pomruków.
– Tu jest zbyt drogo – odparł Stanisław. – Kupimy coś po drodze.
***
Kierowali się w stronę rynku. Teodorowi wydawało się, że w powietrzu unosił się słodkawy zapach lipowych kwiatów. Oddychał głęboko, czerpiąc z tego niespodziewaną radość. Czuł się jak uczeń w czasie szkolnej wycieczki. Na moment zapomniał, że zmierzał do szpitala. W tej chwili liczyło się wyłącznie to, że zobaczy Joannę. Gdy będą razem, wszystkie sprawy znowu przybiorą właściwy obrót.
Na ulicy panował spory ruch. Musiał uważać, by nie stracić Stanisława z oczu. Z jakiegoś powodu Zboński przyspieszał. Stawiał zamaszyste kroki i przebierał nogami tak szybko, że Teodor musiał co kilka kroków podbiegać, by nie zostać w tyle.
Fasady wielu budynków zdobiły zielone girlandy. Sztandary i flagi narodowe łopotały głośno na wietrze, płosząc ciekawskie wróble. Na balkonach i w oknach powiewały niezliczone chorągiewki. Nawet witryny niektórych sklepów, prócz właściwego towaru, zarzucone były bibułowymi kwiatami. Teodor pomyślał, że przypuszczalnie trafili na jakieś święto, i przyjął to za zły znak. Wiedział z doświadczenia, że w szpitalach wstrzymuje się wizyty na czas świąt.
Minęli wielką cerkiew u wylotu ulicy Sosnowej i skręcili w jakąś mniejszą, boczną uliczkę. Dopiero wtedy Stanisław zwolnił.
Teodor zauważył, że miasto wyglądało tu inaczej. Zamiast piętrowych, murowanych jasnych kamienic ulicę otaczała ciasna zabudowa z drewnianych, jakby wiejskich chat. Przechodzili przez długie i wąskie podwórka. Wszędzie panował niewyobrażalny tłok i hałas.
– Co to za miejsce?– zapytał, gdy udało mu się zrównać ze Stanisławem.
– Chanajki – rzucił przez ramię Zboński, nie zwalniając wcale kroku.
Kluczyli wśród ciasnych uliczek. Sosnowa, Mińska, Surażyńska. Gdy Teodor zaczął już tracić nadzieję, że zdołają wydostać się z tego miejskiego labiryntu, stanęli nagle u wylotu ulic, za którym rozpościerał się widok na ogromny plac. Jednak i tym razem Teodor nie zdążył przyjrzeć się budynkom. Stanisław, nie zwracając uwagi na protesty, ponownie przyspieszył. Szybko wyminęli ratusz i kasyno podoficerskie.
Teodor czuł ogromny głód i jeszcze większe pragnienie. Bolały go nogi. Zatrzymał się.
– Muszę odpocząć. Mógł mnie pan uprzedzić, że trzeba przejść całe miasto. Zorganizowałbym jakiś przewóz – rzekł z wyrzutem do Stanisława.
– To nie jest dobre miejsce na postój – odpowiedział Zboński, rozglądając się niespokojnie dokoła. – Zaraz wejdziemy do parku. Tam pan odpocznie.
Rzeczywiście, gdy tylko dotarli do końca ulicy, zza zakrętu wyłonił się ogromny pas zieleni. Przez dłuższy czas szli torowiskiem konki. Co chwilę mijali przybrane girlandami filary. Pomimo ogromnego zmęczenia Teodor usiłował przypomnieć sobie wszystkie przypadające na wrzesień święta.
– Niech mi pan, do cholery, powie, co to za święto? Myślę i myślę, i nic mi nie przychodzi do głowy.
– Święto? – Zboński aż prychnął ze złości. – Uwierzy pan, że to wszystko z powodu wizyty Piłsudskiego? Tyle zachodu. Całe miasto wygląda jak błazeński zadek. – W głosie mężczyzny kryło się tyle pogardy, że Teodor wolał o nic więcej nie pytać.
Dotarli w końcu na niewielką polankę. Zboński rozejrzał się uważnie.
– W tym miejscu będziemy mogli odpocząć – rzekł, uśmiechając się.
Teodor westchnął z ulgą. Natychmiast zdjął buty i położył się na trawie. Czuł, jak pulsowały mu stopy. Przymknął oczy, nie zerkając nawet w stronę Stanisława.
Zboński poczekał, aż Teodor zaśnie. Wsłuchiwał się w jego miarowy oddech, a gdy tylko stał się równy i głęboki, podszedł do śpiącego. Nachylił się nad mężczyzną i sięgnął do prawej kieszeni swojej marynarki.
Wyjął pistolet i przystawił go do głowy Teodora. Lufa była tak zimna, że w zetknięciu ze skórą sprawiała wrażenie wilgotnej. Teodor natychmiast otworzył oczy. W jednej sekundzie sparaliżował go strach. Nie potrafił zmusić się do żadnego ruchu.
– Policzę teraz do trzech. – Usłyszał nad sobą ściszony głos Stanisława. – Jeśli chcesz, możesz odliczać razem ze mną. Raz, dwa…
Teodor zdążył pomyśleć, że słowo „trzy” brzmiało jak strzał. Lecz zanim zdał sobie sprawę z absurdalności tego porównania, okazało się, że nie miał racji. Słowo „trzy” nie brzmiało wcale jak strzał. Ono było strzałem.
Zboński wpatrywał się w martwe oczy Teodora. Czekał, aż źrenice, przed momentem jeszcze pełne światła, zmatowieją do końca.
Dokładnie przeszukał kieszenie marynarki Teodora. Wyjął dokumenty i kwit bagażowy. Sprawdził, czy na koszuli albo w jakiejś innej części garderoby nie wszyto przypadkiem monogramu. Nie przypuszczał, by tak było, ale wolał się upewnić. Obejrzał uważnie buty, szukając po ich wewnętrznej stronie oraz na podeszwach znaku jakiejś szewskiej pracowni.
Wyprostował się wreszcie i spojrzał na Teodora z uśmiechem. Nie musiał ukrywać ciała. Wiedział, że nikt nie zdoła rozpoznać mężczyzny.
Spojrzał na zegarek i doszedł do wniosku, że nie pozostało mu zbyt wiele czasu. Ruszył w kierunku miasta. Cieszyła go myśl, że w drodze powrotnej nie będzie musiał kluczyć pomiędzy zaludnionymi uliczkami.
Gdy otwierał drzwi poczekalni, dworcowy zegar oznajmiał kwadrans na dwunastą. Choć w poczekalni zebrało się sporo ludzi, z łatwością udało mu się wypatrzyć wśród tłumu niewysoką osóbkę. Zauważył z ulgą, że kobieta zdążyła się przebrać. Ona także go dostrzegła i zbliżyła się do mężczyzny powolnym krokiem.
– Zabrałeś wszystko? – zapytała Janina Zbońska.
Stanisław skinął potakująco głową i bez słowa wręczył jej kwit bagażowy.
– Chodźmy zatem po bagaż, szkoda czasu. Wkrótce zapowiedzą nasz pociąg.
Nikt nie zwrócił uwagi na odbierającego bagaż wysokiego mężczyznę oraz towarzyszącą mu kobietę w habicie szarytki. Jej biały sztywny kornet poruszał się energicznie, gdy stojąc na peronie, przyglądała się współpasażerom.
– Dokąd wybieramy się tym razem? – zapytał Zboński, nie patrząc na Janinę.
Głowa zakonnicy przekręciła się zabawnie, jakby kobieta zamierzała objąć spojrzeniem cały horyzont.
– Tyle nasłuchałam się od jego żony o przeróżnych cudach w Suwałkach, że wypadałoby się o tym wszystkim przekonać na własne oczy. Jedziemy do Suwałk.
Nagle dał się słyszeć donośny gwizd i na peron wtoczył się potężny parowóz.
*
Dalsza część dostępna w wersji pełnej
Stroicielka cudów
ISBN: 978-83-8373-697-6
© Magdalena Rzewnicka i Wydawnictwo Novae Res 2024
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Monika Turała
KOREKTA: Joanna Kłos
OKŁADKA: Agnieszka Wrycz-Szybowska
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek