Sztuka zapomnienia - Vulneratus Francesca - ebook + książka

Sztuka zapomnienia ebook

Vulneratus Francesca

3,4

Opis

Ona niczego nie pamięta, on chciałby o wszystkim zapomnieć.

Dwie pokrewne dusze z kruchymi jak lód sercami, które przeszły przez trudną ścieżkę życia.

Teraz jednak nie będzie łatwiej…

Kiedy Clarissa Francesca Rollos powróciła do rodzinnej Atlanty, została zasypana górą problemów. Jeden z nich nazywa się Maior Prein i jest przystojnym brunetem, który emanuje złą energią, a jego obecność przysparza kobiecie coraz więcej zawirowań.

Clarissa nie ma pojęcia, że mężczyzna okaże się kimś zupełnie innym, niż na początku zakładała.

Tajemnicza przeszłość, złamane zasady, kłamstwa, intrygi i buchająca namiętność to tylko początek tego, co przyniesie Clarissie nowe życie w Atlancie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 507

Rok wydania: 2021

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,4 (16 ocen)
6
4
0
3
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
justaweber

Z braku laku…

pomysł na książkę był rewelacyjny ale wykonanie katastrofa..
00
GosiaS_B

Nie oderwiesz się od lektury

Petarda!
00
damka1988

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobra.
00

Popularność




Copyright © by Francesca Vulneratus, 2019Copyright © by Wydawnictwo WasPos, 2021All rights reserved

Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialnościkarnej.

Redakcja: Kinga Szelest

Korekta I: Paulina Aleksandra Grubek

Korekta II:Aneta Krajewska

Zdjęcia na okładce: © by Impact Photography/Shutterstock.com

Projekt okładki: Justyna Sieprawska

Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek/[email protected]

Ilustracje wewnątrz książki: © by pngtree.com

Wydanie I - elektroniczne

ISBN 978-83-67024-94-5

Wydawnictwo WasPosWarszawaWydawca: Agnieszka Przył[email protected]

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Epilog

Playlista

Nie zawsze potrzeba klatki, by kogośuwięzić.Czasem wspomnienia są gorsze niżwięzienie.

Brittainy C. Cherry, „Klatka”

Do dziewczyn, które czuły zbytwiele.

Rozdział 1

Clarissa

„Będzie dobrze, poradziszsobie.

Jesteś dorosłą, mądrą dziewczyną, która przeszła niemało, z tym także dasz sobieradę.

Pokochasz kogośinnego”.

Nie, nie inie.

Smutek rozlewający się po sercu osiąga hektolitry, których nie jestem w stanie zatrzymać. Czarny samochód mknie po autostradzie, podczas gdy deszcz stuka o szyby, wprawiając mnie w jeszcze bardziej melancholijny nastrój. Pierwsze grzmoty przynoszą potężny huk, a po niebie, jakby smyczkiem o strunę, przebiega cienki, jasny piorun. Wzdrygam się, zerkając w stronę kierowcy. Prowadzi ostrożnie ze względu na fatalne warunki pogodowe, jednak strach wciąż pozostaje taki sam. Mężczyzna siedzący za kierownicą przypomina mojego dawnego, zaufanego sąsiada na Florydzie. Ma delikatny siwy zarost, dość spory piwny brzuszek, przyjacielski uśmiech i stały błysk w oczach. Cicho puszcza lokalne wiadomości, które głoszą o nadciągających nocnych nawałnicach i możliwych trąbachpowietrznych.

Nie patrzę więcej w stronę szyb, chociaż jest to nie lada wyzwanie, gdyż są wszędzie i z każdego punktu widzę tańczące ze sobą pioruny. Kiedy spoglądam na szalejącą naturę, przed oczyma ciągle miga mi jeden, konkretny obraz. On krzyczący, bym rozcięła pas iuciekała.

Nie uciekłam. Zostałam, umierałam powoli, ale dość brutalnie. Patrzyłam na twarz tego, który zawsze próbował mnie ratować, jednak tym razem nie odwzajemniał spojrzenia. Był już w odległej krainie – straciłam go. Choć minęły trzy trudne lata, nadal wspominam tamto tragiczne wydarzenie. Prześladuje mnie w snach, w codziennym życiu, gdy wykonuję podstawowe czynności. Samotnie.

To jest właśnie powód powrotu w rodzinne strony. Kiedyś Atlanta była moim domem; tu się wychowałam, tu chodziłam do szkoły, tu spotkałam pierwsze przyjaciółki, pierwszego chłopaka. Wiele rzeczy i wydarzeń umknęło mi z pamięci przez uraz, którego doznałam trzy lata temu, jednakże dzięki terapii staram się przywrócić najważniejsze fakty, najważniejsze sytuacje. Wracam do niechętnie przyjmującej mój powrót rodziny. Wiecznie zazdrosna młodsza siostra zdążyła ułożyć sobie życie z bogatym alwaro, ojciec umarł na raka trzustki, a matka wyszła za mąż po raz drugi od śmierci taty i wraz z nowym facetem żyją jak w bajce, ignorując moją tragedię. Oboje twierdzą, że minęło wystarczająco dużo czasu i powinnam się wyleczyć. Amnezja czy luki w pamięci także ich nie obchodzą. Ja w ogóle mało kogo obchodzę, lecz nie martwię się tym na zapas. Potrzebuję jedynie chwilowej pomocy od zarozumiałej siostry. Potem mogę żyć swoim życiem, zapominając o niewdzięcznej, chciwej, aroganckiejrodzinie.

Przyjaciółka z liceum, z którą do dziś mam świetny kontakt, Melanie, również zaoferowała pomoc. Przy niej nabieram pewności, że robi to bezinteresownie, ponieważ ma dobre, czyste serce, natomiast moją siostrą kierują inne pobudki. Podejrzewam, iż pod koniec pobytu w posiadłości Rollos zażąda spłaty długu. Corey to najbardziej prymitywna kobieta, jaką kiedykolwiek poznałam. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że jest moją nieznośną, zazdrosną, młodszą o dwa lata siostrą. Teraz zapewne cwaniakuje i wywyższa się, gdyż posiada więcej niż ja kiedyś. Właśnie dlatego ofiarowała mi swą i jej narzeczonegopomoc.

Po kilku długich minutach mojego patrzenia w mokre od deszczu szyby kierowca zjeżdża z autostrady na dobrze znane mi drogi. Jeszcze raz podejmuje próbę nawiązania ze mną kontaktu, lecz ja się na to nie piszę. Mężczyzna dopytuje się o mój powrót w rodzinne strony, widocznie zaciekawiony tym, że córa marnotrawna po trzech latach samotności przylatuje do Atlanty, przypominając kawał, jeszcze bardziej nieznośnego, trupa. Zerkam na niego morderczym wzrokiem, w myślach posyłając go do diabła. Jestem pewna, że jego szef, narzeczony Corey, poinformował pracownika o wszystkich szczegółach, dlatego ta wymuszona uprzejmość, a zarazem wścibskość jest niewiarygodniedenerwująca.

– Rodzinne sprawy – odpowiadam wreszcie, szybko ucinająctemat.

Sądzę, że to powinno załatwić tę gadkę szmatkę. Podobno o rodzinne sprawy lepiej nie wypytywać. Tak mnie uczono w domu, bym nie wyrosła na małą, ciekawską, głupią lalę. Co nie zmienia faktu, że choć mieszkałam pod tym samym dachem z siostrą, to ja zostałam porządnie wychowana. Corey wdała się w matkę, którą, gdybym mogła, wymieniłabym na dobrą, spokojną kobietę o sercu pełnym miłości iempatii.

– Pan Johnathan wspomniał o pani tragedii. Proszę przyjąć moje kondolencje i wyrazy współczucia – oznajmia chłodnomężczyzna.

Wybałuszam oczy. Widzę, że narzeczony Corey jest bardzo wylewny i chętnie dzieli się szczegółami z mojegożycia.

Kiedy kierowca dostrzega w moich oczach coraz większą żądzę mordu, zaprzestaje dalszej dyskusji, pogłaśniając muzykę w luksusowym samochodzie. Nerwowo zaciskam palce na pasku czarnej torebki, chcąc, by ta męcząca podróż jak najszybciej się skończyła. Nie mam siły ani ochoty siedzieć z tym gburem choćby minutę dłużej, jednak droga do domu potrwa co najmniej godzinę. Wzdycham, wlepiając wzrok w tańczące ze sobą pioruny. Mówili mi kiedyś, że widzę w naturze więcej niż pozostali, i w takich chwilach przyznaję im rację. Dla mnie natura to nie tylko suche fakty, iż trawa to trawa, drzewo to drzewo, a krzak to krzak. To coś znacznie więcej. To roślinność, która może przeobrazić się w sztukę, jeśli tylko tego zapragniemy. Ja bowiem uwielbiam wszystko przeobrażać w sztukę, nawet własneżycie.

Po podróży z jakże serdecznym panem Firefoxem na pewno zostanę doskonałą aktorką stwarzającą pozory. Czy mam na to ochotę? Absolutnie nie. Czy mam wybór? Absolutnie nie po raz drugi. Tego wymaga ode mnie rodzina, a jeśli oczekuję od nich pomocy, muszę być taka, jaką oni chcą widzieć. Udobruchaną kobietę po tragedii, starającą sobie jak najwięcej przypominać. Minęły trzy lata, lecz nadal nie potrafię skojarzyć wielu faktów, a mój umysł wyparł tak dużo wydarzeń, że nawet miłych momentów z nim nie umiem przywołać. Nie wiem, czy kiedykolwiek całkowita pamięć do mnie wróci, ale jeśli nie, może to i lepiej. Będę mniej cierpiała, wyleję mniej łez, pochłonie mnie mniej mroku irozpaczy.

***

Godzinę później budzi mnie głośne otwieranie drzwi czarnego samochodu. Sądzę, że pan Firefox robi to specjalnie, byleby nie musieć się odzywać do tak bezczelnej dziewczyny jak ja. Jest mi to na rękę, dlatego pośpiesznie wychodzę prosto na deszcz, zabieram od kierowcy dwie walizki oraz torebkę, po czym spoglądam w stronę gigantycznej, odrestaurowanej willi w toskańskim stylu. Do wejścia prowadzi wysadzana niemalże czarnym kamieniem dróżka, która kończy się przed schodami do podwójnych drzwi. Biała elewacja budynku doskonale komponuje się z ciemnymi elementami w postaci bram, zadaszenia czy okiennic. Ten trzypiętrowy gmach powstał wyłącznie dzięki majątkowi ojca, znanego kompozytora, pianisty oraz reżysera teatralnego. Był jedynym człowiekiem znającym się na sztuce, na miłości, na prawdziwych uczuciach. Nie wiem, co widział w mojej matce, tak zimnej, odległej, niechętnej do wyjawiania emocji, skorej do łapania w swe szpony bogatych, przystojnych i naiwnych mężczyzn. Może i nawet tata dał się złapać na jej sztuczki, zakochał się, a ona go doszczętnie wykorzystała. Nie mnie to oceniać. Czas jedynie udawać, uzyskać pomoc, po czym jak najszybciej odejść i nigdy więcej się nie pokazywać. Ich łaskę miałabym gdzieś, jednak nie stać mnie na wynajęcie ani zakup mieszkania. Nie mam pracy ani większych znajomości, ponieważ Melanie, moja przyjaciółka, pracuje jako redaktor naczelna lokalnego pisemka. Nie zarabia kokosów, chociaż i tak zaoferowała, żepomoże.

– Clarisso! Chodź, dziecko, bo przemokniesz i się pochorujesz! – woła ze schodów starsza kobieta, która, zaraz po ojcu, była moją największąpodporą.

Pani Eleonora z południowych Włoch przybyła tu zaraz po moich narodzinach, do pracy jako gosposia, niania i kucharka na pełny etat. Choć matka strasznie ją wykorzystywała, Eleonora stała się kimś w rodzaju drugiej, lepszej, mamy, może nawet babci, zważywszy na jejwiek.

Posyłam kobiecie blady uśmiech niesięgający oczu, gdyż zmęczona podróżą i wydarzeniami po niej, nie mam ochoty nawet na grzecznąrozmowę.

Smętna pogoda pogorszyła mój stan tysiąc razy bardziej, a stanie pod rodzinnym domem jedynie wbiło gwóźdź dotrumny.

– Aleś schudła. Jadłaś coś pożywnego na tej Florydzie? – pyta łagodnymgłosem.

Głośno wypuszczam powietrze z ust. Odszkodowanie po wypadku prawie wykorzystałam na codzienne życie w drogim mieście bez pracy, więc nie odżywiałam się w najlepszy możliwy sposób. Dopiero teraz, po sprzedaży mieszkania, mam więcej środków finansowych, które ulokowałam w banku. Te pieniądze jeszcze będą potrzebne na czarną godzinę jako moje małezabezpieczenie.

Powolnym krokiem, nie zważając na lejące się z nieba łzy, idę przed siebie, taszcząc dwie, gigantyczne walizki. Eleonora wychodzi mi na pomoc, zabiera jedną z nich, podczas gdy w progu domu staje wysoki blondyn o błękitnych oczach. Marszczę brwi, nie rozpoznając w nim nikogo znajomego. Ani to kuzyn, ani brat, ani nawet wujek. Być może przyjaciel rodziny albo kolejny sponsor mamy. Nie zdziwiłabym się, gdyby teraz za męża wzięła sobie o wiele młodszy model. Tate Rollos jest znana z różnych miłosnych podbojów i nikt jej niczego nie zarzuca. Ludzie przywykli do rozwiązłości tejkobiety.

– Witaj w domu, Clarisso – odzywa się niskim głosem mężczyzna w granatowej koszuli i czarnych, dopasowanychspodniach.

Zerka na moją walizkę, po czym wznosi oczy do nieba. Mam ochotę zrobić to samo, widząc jego żałosnąreakcję.

– Daj, pomogę ci – deklaruje.

– Nie trzeba. Do tej pory świetnie sobie radziłam – oznajmiam chłodno, mocniej zaciskając palce na rączce czarnegobagażu.

Niech nie myśli, że wyświadcza mi jakąś przysługę. Nawet nie mam bladego pojęcia, kim ten człowiek jest i skąd mnie zna. Byłoby miło, gdyby sam z siebie się przedstawił, ale skoro nie zamierza, czas na mójkrok.

– Mogę spytać o pańskieimię?

– Och, nie kojarzysz mnie? – pyta wyraźniezaskoczony.

Posyłam mu najbardziej głupkowaty uśmiech numer dwa. Palant. Dobrze wie, że nie pamiętam wielu rzeczy sprzed lat. Amnezja to nie choroba jak grypa, która zniknie po tygodniu czy dwóch. To fatalny wróg, który strasznie uprzykrza życie, na każdym kroku zabierając ze wspomnień ludzi miłe – ale również te złe – wydarzenia, pozytywne skojarzenia, daty, symbolikę – ogółem niemalże wszystko. Dopiero po roku terapii, prób przypominania sobie odzyskałam, jakby to ładnie ująć, część pamięci. W tamtym czasie moją podporą i kołem ratunkowym zawsze była Melanie. Dziewczyna stale dążąca do spełnienia wyznaczonych sobie zadań. Jej celem okazała się pomoc po moim urazie głowy, po tragedii, która mnie spotkała. Od zawsze ją kochałam, ale w trakcie okresu po nim pokochałam jeszczebardziej.

– Johnathan Dallas, narzeczony Corey – wyjaśniamężczyzna.

Szczerze mówiąc, wygląda na zaskoczonego obecnym stanem rzeczy, jednak wciąż myślę, że to wymuszone, bym mogła go usprawiedliwić. W głębi siebie posyłam go do diabła wraz z tym ciekawskim pachołkiem zsamochodu.

– Kiedy siępoznaliśmy?

– Tuż przed… – Milknie, wymownie na mniepatrząc.

Żółć podchodzi mi do gardła na samą myśl. Wiem, o co mu chodzi, lecz wolałabym, aby powiedział to na głos. Milcząc, udając i unikając tego słowa, wprawia mnie w większą rozpacz. Nie można bać się wymówić „tragedia”.

– Przyjechaliśmy do was na Florydę. Wtedy byliśmy z Corey tylko parą. Obiecałaś zjawić się naświętach.

– Zjawiłamsię?

– Nie dotarliście – odpowiada cicho Johnathan, zerkając na coś zamną.

Również się obracam, a gdy widzę tam Corey, na mojej twarzy pojawia się delikatny uśmiech. Muszę pamiętać o zachowaniu pozorów. Dopóki siostra nie przeciąga struny, odpuszczę jej wiele grzechów, jednakże moja granica wytrzymałości nie jest zbyt gruba. To cienka, naprawdę cieniutka linia, której nie wolno przekraczać. To jak podwójna ciągła, z wyraźnie wymalowanym „STOP” na samym środku, na drodze. Corey, zanim cokolwiek mówi, lustruje mnie od stóp do głów, przymykając pomalowane na złocisto-brązowo powieki. Chyba niezbyt trafiłam w jej gusta, jeśli chodzi o elegancki strój. Właściwie mam na sobie tylko stare, znoszone jeansy oraz białą, zwykłą koszulkę z dekoltem w serek. Nie stroję się od ponad trzech lat, więc nie reaguję na jej zawiedzione spojrzenie. Od zawsze twierdziła, że lepiej wyglądam w sukienkach i szpilkach, aniżeli w spodniach i trampkach. Uważa, iż taki strój jest zbyt młodzieńczy jak na mój wiek. Och, faktycznie, bo mając dwadzieścia pięć lat, przechodzę na emeryturę i wkładam długie sukmany do ziemi, noszę berety i malutkie torebki, którymi biję młodzież pogłowach.

– Jak dobrze, że dotarłaś przed burzą. Chyba przemokłaś. Skarbie, weź od niej tę walizkę, pewnie waży tonę! – woła piskliwym głosem Corey, rzucając się w mojeramiona.

Ze zdziwieniem upuszczam drugi bagaż, który ląduje na podłodze z głośnym hukiem. Tak, chyba w tej kwestii siostra może mieć rację. Nie mam bladego pojęcia, jak upchałam wszystkie te rzeczy do dwóch walizek, ale suma, jaką zapłaciłam na lotnisku, nauczy mnie inaczej załatwiać takie sprawy. Reszta bagażów przyjedzie samochodem towarowym zatydzień.

– Schudłaś. Ćwiczyłaś coś? Bo nie widzę już nadmiaru tłuszczyku, który ostatnio namprezentowałaś.

Za tę uwagę Corey należy się porządny kopniak w piszczel, ale zamiast tego posyłam jej najszczerszy uśmiech, na jaki mnie stać. Dystans. Dystans i jeszcze raz dystans. Tego mnie nauczył świetny nauczyciel, więc tak też powinnam robić. Stosować się do jego wyjątkowych nauk. Na szybko liczę do dziesięciu, by nie przyfasolić jej w tę cwaniackągębę.

Dzięki kilku lekcjom samoobrony potrafię nieźle zamknąć komuś buzię, by więcej nic niemówił.

– Dieta.

– Chyba cud. – Prycha zadowolona z głupiego docinania. – Nie potrafisz gotować, więc całe szczęście, że do nas wróciłaś. Eleonora zrobi ci, co tylko będziesz chciała. Pamiętasz jeszcze jej potrawy, prawda?

– Ależ oczywiście, trudno byłoby zapomnieć. Może zaprowadzisz mnie do matki? Myślałam, że już od progu będzie witać ulubioną córkę – mówięironicznie.

Jednakże reakcja Corey jest dokładnie taka, jakiej się spodziewałam. Dziecięcy chichot, wzniesienie oczu do nieba i wzruszenieramionami.

Nie jesteśmy typowym kochającym się rodzeństwem. Nigdy pewnie nie będziemy. Różni nas dosłownie wszystko. Nawet mogę podać w wątpliwość, czy Corey to rzeczywiście moja biologiczna siostra. Mama od zawsze lubiła szaleństwo, także w małżeństwie. Nie uznawała wierności aż po grób. Była i zapewne nadal jest straszną kobietą. Niestałą w uczuciach, bez skruchy w sercu, bez dobrych wartości w umyśle. Gdyby nie tata i Eleonora, wyrosłabym na kogoś takiego jak ona alboCorey.

Młodsza, gorsza wersja mnie nie była córeczką tatusia, gardziła nim tak jak matka, jednak w moich oczach tata stanowił autorytet godny naśladowania. Ojciec był wyjątkowym i dobrym człowiekiem, pełnym empatii, zrozumienia i altruizmu. Chociaż sam osiągnął szczyt, nigdy nie spoczął na laurach. Zarażał pasją, energią do życia, optymizmem, chęcią niesienia pomocy młodszym i niedoświadczonym. Wznosił na samą górę ciężkie kamienie razem z początkującymi kompozytorami, razem z uczniami, którzy pragnęli być jak on. Być zapamiętanym w świecie, gdzie wszystko przelatuje jak piasek przezpalce.

Corey wskazuje gestem pokój na samym końcu długiego, oszklonego hallu, dlatego niechętnie ruszam cichym i niepewnym krokiem w stronę dawnego gabinetu taty. Do pomieszczenia wchodzę niczym agent FBI, nie zwracając na siebie uwagi kobiety stojącej przy oknie ciągnącym się od drewnianej podłogi aż po wysoki sufit. Niska postać Tate Rollos uśmiecha się szeroko, przekładając telefon z jednej ręki dodrugiej.

– Oczywiście, że się nabrali. Ludzie z natury są niezwykle naiwni – oznajmia mama, prychając z pogardą. – Kto się może połapać, Erick? Clarissa się nie dowie, bo skąd? – przerywa na moment, głęboko wzdychając. Nadal stoi obrócona tyłem do mnie, co robi się coraz bardziejinteresujące.

Liczę, że zaraz jej arcyważna tajemnica, którą właśnie komuś powierza, stanie się czymś jawnym. Z przestrachu nie wykonuję żadnych gwałtownych ruchów, aby pozostaćniezauważalną.

– Z Internetu informacje znikną za dwadzieścia cztery godziny – kontynuuje – poza tym moje dziecko nie korzysta z tego typu rzeczy. Następnym razem wymyśl coś bardziej kreatywnego, bo zbiórka na leczenie jej urazu jest żałosną bujdą, która rozeszła się jak świeże bułeczki. Nie wciągaj mnie w takibiznes.

Szeroko otwieram oczy, zbyt zdumiona i przytłoczona nagą prawdą, jaką właśnie usłyszałam. Zbiórka… Przez chwilę, przez naprawdę krótki moment zastanawiam się nad podejściem do tej kobiety i wyszarpanie jej za włosy, ale w ostateczności decyduję się na odliczenie od dziesięciu, by odzyskać równowagę. Tylko spokój jest ratunkiem. Tylkospokój.

– Dopilnuj tego, inaczej stracę dobrąreputację.

Kiedy pomysłowa Tate Rollos odwraca się w stronę drzwi, upuszcza na podłogę drogocenny, cienki telefon. Nie mogę powstrzymać uśmiechu krążącego na mojej twarzy, gdy widzę, jak mała karma już teraz dopada mamę. Nadal trudno mi w to uwierzyć, ale jestem pewna, że się nie przesłyszałam. Mój uraz sprzed trzech lat został brutalnie wykorzystany, a ludzie byli kompletnie oślepieni żałosną historią matki, którą ta zapewne pięknie podkoloryzowała. Zrobiła z ogromnej tragedii źródło finansowe, by dalej spłacać długi, dlatego nie mogę tego tak zostawić. Jak ona może nazywać się moją mamą? Czy którakolwiek kochająca rodzina zrobiłaby coś tak okrutnego komuśbliskiemu?

– Skarbie…

– Przestań. Lepiej powiedz, ile udało ci się zebrać. Jaka to suma? Mam liczyć w setkach, tysiącach, a może milionach? No, mamo, zaszczyć mnie tąliczbą.

– Clarisso, nie odzywaj się w tensposób.

– W ten? Nie wierzę, że masz czelność mnie upominać, pomimo że to ty wyszłaś na kłamliwą i materialistyczną kobietę łaknącą zysku z tragedii dziecka. To z pewnością dla mojego dobra, prawda? – pytam, gromiąc ją wściekłymspojrzeniem.

Od jakiegoś czasu rzadko się denerwuję, jednak wystarczy jedna wizyta w domu rodzinnym, bym mogła wściec się znawiązką.

– Jesteś nie do poznania, Clarisso. Obudziłaś w sobie wewnętrznąnastolatkę?

– Nie. Obudziłam w sobie wściekłą córkę pieniężnego pasożyta, mamo. Ciebie również miło widzieć, to na pewno będzie cudownie spędzony czas w gronie najbliższych – oświadczam chłodno, wychodząc z dawnego gabinetu taty, który miesiąc po jego śmierci przekształcił się w salkę relaksacyjnąmatki.

Po drodze do jednego z dwóch salonów zauważam, że ze ścian korytarzy zniknęły wszystkie stare fotografie zdobiące dom przed laty. Zastąpione abstrakcyjnymi i wymyślnymi obrazami, nijak mającymi się do wystroju, zostały ukryte w pracowni ojca gdzieś na górze. Jakby ślad po dawnych czasach powinien być zamknięty na cztery spusty i nigdy więcej nie pokazywany; jakby miał zostać tylko w głowie, we wspomnieniach. Przewracam oczami, potykając się o dużą walizkę, którą miał wziąć Johnathan. Z hukiem upadam na twardą posadzkę, amortyzując zderzenie twarzy z kafelkami za pomocą własnej siły. Głośno wzdycham, opierając się o ścianę i przypatrując się mojemu niewielkiemu dobytkowi życia, który udało się zabrać z Florydy. Życie tutaj, w Atlancie, w tym domu, wydaje się zupełnie inne od tego, które pisałam w wyobrażeniach, w bardziej kolorowych scenariuszach. Czas wcale nie stanął w miejscu, tak jak u mnie, lecz płynie za pomocą kłamstw, kolejnych intryg, złośliwości, nienawiści, materializmu i egoizmu. Mieszkając wśród ludzi tak bezwzględnych, fałszywych i obojętnych, nie można odczuwać więcej niż oni, nie można poznawać prawdziwych i pięknych emocji; nie można kochać, miłować, być szczęśliwym ot tak. Dla mojej rodziny liczą się zupełnie inne wartości, a przebywanie z nimi pod jednym dachem jest istną torturą dla czułej duszy. Chociaż gdzieś głęboko odczuwam silną nienawiść i myśl, że gdyby zniknęli, nie zrobiłoby to na mnie wrażenia, ja w porównaniu z nimi nie potrafię przestać kochać, przestać się martwić, przestać mówić o nich „rodzina”.

Głośno wzdycham, przymykając powieki. Dam sobie dwa tygodnie. Jeśli do tego czasu nikt nie pomoże mi w znalezieniu mieszkania czy pracy, ucieknę choćby do przytułku dla bezdomnych, byleby dalej od pieniężnych pasożytów i materialistycznychświń.

Dwatygodnie.

Dlaczego mam wrażenie, iż będąwiecznością?

Rozdział 2

Clarissa

Wraz ze wschodem słońca rozpoczyna się kolejny życiowy koszmar pewnej wrogo nastawionej do świata dziewczyny. Jasne promienie porannej gwiazdy przedostają się przez uchylone okno prosto do pełnego przepychu pokoju, wybudzając mnie z niespokojnego snu. Dla mnie jako nieoficjalnej pani architekt, niedoszłej studentki piątego roku, jest on niczym szukanie porad medycznych w Google przez wyspecjalizowanego doktora. Nie mogę patrzeć na te wszystkie złote i brązowe dodatki, pseudoartystyczne obrazy, które zdaniem Tate mają dodać królewskiego designu; staroświeckie lampy połączone z nowoczesnym kącikiem do pracy w rogu. Dwa duże fotele przy oknie, od podłogi aż po sufit, niezbyt korzystnie kontrastują z wyszukanym czarnym stoliczkiem będącym przy nim jak olbrzym przy niemowlęciu. Wzdycham, podnosząc się z wygodnego łóżka i obracając wokół bardzo źle zagospodarowanej przestrzeni. Mój dawny pokój typowego mola książkowego został przekształcony w królewską, nowoczesną sypialnię młodej kobiety. Matka nigdy nie miała dobrego wyczucia stylu, dlatego potrzebowała kogoś, kto zajmie się wystrojem. Kiedy jej powiedziałam, że tym kimś będę ja, wyśmiała wszelkie plany i argumentację. Właśnie w tamtym momencie zrodził się pomysł na studia w tym kierunku. Architektura wnętrz, projektowanie i cała aranżacja stały się pasją, nie tylko chęcią udowodnienia, że mogę osiągnąć sukces nawet na tejpłaszczyźnie.

Niestety, a może stety, zależy, pod jakim kątem patrzę, zrezygnowałam przed piątym rokiem, ponieważ zmusiła mnie do tego słaba sytuacja życiowa. Nie pamiętam dokładnie, co się wydarzyło, gdyż miało to miejsce przed wypadkiem, ale z tego, co mi powiedziano, ktoś bardzo mnie skrzywdził, przez co mój stan zdrowia pogorszył się do tego stopnia, iż wyjechałam na Florydę, nie ukończywszy studiów. Dziś oczywiście tego żałuję, ponieważ nie mam potrzebnego papierka. O pracę będzie jeszcze trudniej bez wykształcenia, dlatego to podwójna gra o przetrwanie w Atlancie, mieście rozwoju, spełniania marzeń, zmianyżycia.

Z nostalgią wychodzę z przerobionej sypialni, nawet nie obracając się za siebie. Przechadzam się długim, śnieżnobiałym korytarzem, na którego ścianach zawisły kolejne niepasujące obrazy czy czarno-białe fotografie z różnych zakątków świata. Udaję, że ta kompozycja jest specjalna, a duża doniczka z dziwnym kwiatem w rogu miała świadczyć o zamiłowaniu do roślin, po czym zerkam na drzwi na końcu hallu. Mam świadomość, co się kryje w środku, jednak nie jestem w stanie powstrzymać szaleńczo bijącego serca. Biorę kilka wdechów, nim decyduję się na przekroczenie progu dobrze znanego mi pokoju, tym razem spowitego mrokiem. Wszystkie zasłony są zaciągnięte, więc włączam kilka bocznych świateł, by ujrzeć pokryte czarną płachtą rzeczy. W mgnieniu oka pozbywam się narzut, odkładając je na podłogę, a w zamian ukazując piękny biały fortepian, stary aparat fotograficzny na zakurzonym statywie oraz staroświeckie, solidnie wykonane drewniane biurko z zieloną lampką tuż na nim. Pierwszy raz od kilku dni szczerze się uśmiecham, wdychając zapach starości, książek na półkach i… taty. To tu pracował, to tu tworzył sztukę, to tu uczył mnie, czym naprawdę jest muzyka, artyzm, płótno, książka czy pióro i kałamarz. Ten pokój był jego azylem, a przy okazji pracownią, gdzie spędzałam czas z najwspanialszym człowiekiem na Ziemi. Nawet amnezja nie była w stanie zabrać mi tych wspomnień. Dzięki ciągłemu myśleniu o tacie, o naszych wspólnych chwilach, wszystko zostało w moim sercu, dlatego gdy zaczęłam odzyskiwać pamięć, pierwsze przyszły sny z sytuacjami, które miały miejsce właśnie w tympomieszczeniu.

Po cichu zamykam drzwi do pracowni i siadam za masywnymbiurkiem.

Kluczykiem ukrytym pod zieloną lampką otwieram tajną szufladę, gdzie tata chował wszystkie swoje pomysły na scenariusze, powieści czy nawet dziennik, który starał się na bieżąco prowadzić. Carlo Rollos był urodzonym artystą, dzieckiem talentu, uzdolnionym, romantycznym mężczyzną, niefortunnie zakochanym w niewłaściwej kobiecie, która urodziła mu dwie córki, w tym jedną prawdziwą zołzę świata i mnie, cichą, zagubioną, chętną do nauki i poświęcenia się pasjom. Zawsze myślałam, że jestem ulubionym dzieckiem taty, jednak on miał tak złote serce, iż kochał Corey tak samo. Tak samo, pomimo tego, co ta dziewczyna mu mówiła i robiła. Pamiętam, co zawszepowtarzał.

– Miłość nie wybiera, Clarrie. Nie szukam wad, by nienawidzić. Szukam zalet, za które mogękochać.

– Corey nie ma zalet, tatku. Ona jest czystym złem. Nie rozumie ani ciebie, ani mnie. Kocha tylko mamę, bo ciągle ją zabiera na zakupy, obiecuje gwiazdki z nieba i drogie samochody, gdydorośnie.

– Nie jest złem, dziecinko. Jest ukrytymdobrem.

– Toznaczy?

– To znaczy, że ukryła w sobie dobro i teraz nie potrafi go znaleźć, ale wciąż je ma. Nie zmienimy ludzi, Clarrie, jednak pamiętaj, to twoja rodzina, a o nią zawsze trzeba dbać i kochać wbrew wszystkiemu, bo pamiętaj, słońce, miłości i rodziny niewybieramy.

Tato jak dla mnie był czystym dobrem, które znalazł w sobie od samego początku i trzymał aż do końca, do ostatniego tchnienia. Chociaż rodzina dała mu w kość przez większość życia, nie poddawał się, nie zmieniał zdania, kochał, próbując nie nienawidzić. Lubił szukać w ludziach pozytywnych aspektów, nie patrząc na ich złe strony, by nie musieć się denerwować. Łatwo to opanował, dlatego nie cierpiał, kiedy matka zdradzała go po kątach, kiedy mieszała go z błotem, kiedy wypominała grzechy z przeszłości, kiedy krzyczała, jakim jest nieudacznikiem i nic niewartym facetem. Tak właściwie tata był mistrzem, nauczycielem, artystą, przyjacielem, wspaniałym ojcem, ale na pewno nie nieudacznikiem. Był też najwspanialszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek poznałam. Zaraz po nim na podium znalazł się Archer, jednak na jego temat wolę nie rozprawiać zbytdługo.

Po godzinie siedzenia w pracowni taty, czytania jego zapisków, przeglądania starych albumów, scenariuszy i maszynopisów słyszę dobiegające z dołu głosy, co oznacza tylko tyle, iż domownicy obudzili się do życia. Niechętnie zbieram się do zmierzenia z matką oraz siostrą, bo unikanie ich to jak walka z wiatrakami. Szybko wracam do sypialni, znajduję wygodne ubrania, a po skończonej porannej toalecie schodzę na dół. Bez uśmiechu, z dystansem i pulsującą żyłą na czole. Gdybym miała większy wybór, już dziś spakowałabym rzeczy i wyszła, ale potrzebuję pomocy, którą parę tygodni wcześniej mi zaproponowali. Myślałam, że wreszcie zrozumieli kardynalny błąd, że teraz zachowają się jak prawdziwa kochająca rodzina, lecz były to tylko pozory, które wychodzą na jaw jużteraz.

– Clarrie! Jak się spało? Podoba ci się, jak przerobiłyśmy z mamą twój stary pokój? – woła z jadalni Corey, po czym duszkiem wypijaespresso.

W pokoju znajduje się również jej narzeczony Johnathan, do którego mam mieszane uczucia, lecz wolę to zachować dla siebie. Spór z tym człowiekiem mógłby mi nie sprzyjać z naprawdę wielupowodów.

– Hej, taki piękny dzień, a ty od rana nadąsana – ciągnie siostra. – Chociaż udawaj szczęśliwą dla dobra naswszystkich.

– Ależ oczywiście. Zapomniałam, że smutna i przygnębiona wyglądam niekorzystnie dla waszej reputacji. Wybacz, to się nie powtórzy – odpowiadam ironicznie, siadając naprzeciwniej.

Corey wzdycha, obojętnie wymachując dłonią. Johnathan dotyka jej ramienia, posyłając spokojne, pogodne spojrzenie. Moja siostra automatycznie, jakby za dotknięciem magicznej różdżki, uśmiecha się, w pełnirozluźniając.

– A więc jak ten pokój? Jako niedoszła pani magister architektury wnętrz powinnaś wyrazić opinię na temat wystroju, nie sądzisz? – pyta wyniośle, kładąc spory nacisk na przymiotnik „niedoszła”.

W oczach mamy i Corey wyszłam na takiego samego nieudacznika jak tata, gdyż nie osiągnęłam wyznaczonego sobie celu, ponieważ zarzekałam się, że będę wspaniałym architektem, po czym zawaliłam czwarty rok słabymi wynikami, a na piąty uciekłam na Florydę. Nie spełniłam własnych oczekiwań, nie spełniłam wymagań, stałam się drugim ojcem; kimś, kim można bez problemu pomiatać i kogo można oczerniać. Dałam piękny pokaz dla usatysfakcjonowanych moją porażką mamy orazsiostry.

– Jest beznadziejny – odpowiadam szczerze, przygotowując się na lawinę, która zaraz na mniespłynie.

Wielka kula wyzwisk, niemiłych słów, gróźb i oszczerstw już powoli stacza się prosto na moją niewielką osóbkę. Oczywiście, mogłam się ugryźć w język, zachować pozory, ale w moim przypadku emocje zawsze biorągórę.

Nie mam grubej granicy cierpliwości, chociaż, jeśli oczekuję pomocy siostry, i tak muszę stopować w wielusytuacjach.

– Kiedyś był… skromniejszy – dodajęłagodniej.

– Dlatego go przerobiłyśmy. Koniec z tą twoją skromnością. Zaczynasz życie całkiem od nowa, więc skoro nowa ty, to i nowy pokój. Rozumiesz, to jak z tymi obietnicami na nowy rok. Ty nie musisz czekać, możesz zacząć spełniać to przedczasem.

– Nie zaczynam życia od nowa, Corey. To tylko dalszyciąg.

– Jasne, chyba dalszy ciąg żałoby i tłumaczeń w postaci amnezji. Nikt już się nie nabierze, minęły trzy lata. Dajże spokój przeszłości. Ile można ją rozpamiętywać? – pyta obojętnie, przez co krztuszę sięsokiem.

Johnathan wybałusza oczy, delikatnie szarpiąc za rękaw koszuli Corey. Ta posyła mu chłodne spojrzenie, wracając do zajadania się sałatką. Pod stołem zaciskam pięści, którymi najchętniej obłożyłabym siostrę. Wdech, wydech. Tylko spokój jest ratunkiem. Wiedziałam, iż Corey to obojętna na wszystko istota, ale nie sądziłam, że będzie się odnosić do mojej tragedii w ten sposób. Nigdy nie tłumaczyłam się amnezją, nigdy nie mówiłam o żałobie. Nawet nie próbowałam rozmawiać z rodziną na ten temat z obawy o tego typukomentarze.

– Tyle, na ile można na niejzarobić.

– Co… Skąd o tymwiesz?

– To nieistotne. Ważne, że widzę, jak dobrze się bawicie, żerując na cudzej tragedii, dlatego nie mam zamiaru wam przeszkadzać. Poprosiłabym o notes z numerami telefonu, który wczoraj zabrałaś z mojego bagażu – oznajmiam na tyle spokojnie, na ilepotrafię.

Ten mały brak zauważyłam dopiero późną nocą, tuż przed snem, gdy chciałam zadzwonić do mojej przyjaciółki Melanie. Nie wiem, dlaczego Corey go zabrała, jaki miała w tym cel, aczkolwiek nic mi nie umknie, nie w tym domu. Stałam się zbyt drobiazgowa i dokładna, by pominąć brak ważnego notesu z danymi osobowymi wartościowychludzi.

Siostra szeroko otwiera oczy, burcząc coś pod nosem. Podczas gdy ona wychodzi z jadalni, Johnathan wnikliwe mnie obserwuje z wyraźnym zażenowaniem na twarzy. Nie chcę się do niego odzywać, ale nie mogę powstrzymać się przed wytknięciem wczorajszego mało uprzejmegozachowania.

– Moje dwie osiemdziesięciofuntowe walizki dziękują za podrzucenie ich do sypialni – mówię sarkastycznie, wstając odstołu.

Mężczyzna ponownie podnosi na mnie wzrok, lekko czerwieniejąc. Po chwili opanowanie i dystans wracają na jego kamiennątwarz.

– Wybacz, miałem sporopracy.

– Chyba nad przyszłymi potomkami wpływowych rodzin – odparowuję, wychodząc z jadalni w poszukiwaniu Corey i mojegonotesu.

Znajduję ją w gabinecie matki, z którą wykłóca się tak głośno, iż nawet na końcu domu by ją usłyszeli. Nie mam ochoty tego słuchać, dlatego wkraczam do środka, przez co obie damy milkną. Siostra wymachuje rękoma, dzierżąc w dłoni różowy notesik, więc szybko podchodzę, wyrywam jej go z rąk, posyłając promienny uśmiechmamie.

– Dzień dobry. Jak tam wypłata? Może zafundujesz mi kurs prawa jazdy, skoro mam fundusze, co? Takiej kalece jak ja przydałby się samochód, którym mogłabym jeździć po bankietach na swoją cześć. Pomyśl nad tym, a ja znikam, by robić ci reputację – mówięprześmiewczo.

Kiedy mam odchodzić, matka mocno szarpie mnie do tyłu. Spoglądam na nią zszokowana, wyrywając się spod jej bolesnegodotyku.

– Masz siedzieć cicho, Clarisso. Wyjdziesz naoszustkę.

– Ja? Żartujesz sobie ze mnie, mamo? Nie ja urządziłam zbiórkę na własne leczenie. Zresztą, jakbyś nie zauważyła, nie wyglądam na schorowaną. Jeśli ktoś jest oszustką, to wyłączniety.

– W ciągu pięciu minut wszystko mogę obrócić przeciwko tobie, dziecko. Ze mną się nie zadziera, dlatego niech pewne sprawy pozostaną tajemnicą. Naucz się korzystać z życia na przeróżne sposoby, Clarisso. Jestem skłonna oddać ci jedną trzecią tych zysków, przy okazji fundując ci kurs oraz nowy samochód z salonu. Powinnaś to przemyśleć, w końcu jestem twoją matką i chcę dla ciebie jaknajlepiej.

Wybucham głośnymśmiechem.

– Nie, mamo, ty chcesz najlepiej dla siebie. Nie obchodzą cię inni. Wczoraj wróciłam z Florydy po ponad czterech latach, a ty nawet ze mną nie porozmawiałaś jak matka z córką. Olałaś mnie, ponieważ odkryłam twoje brudy. Zachowujesz się, jakby nigdy nic się nie stało, a moja tragedia była tylko korzyścią. Jeśli nie zrozumiesz, czym jest rodzina, ja nie chcę zrozumieć, czym dla ciebie jest „chcę jaknajlepiej”.

Nie czekam na jakąkolwiek reakcję. Obracam się na pięcie i wychodzę z gabinetu. Po chwili słyszę tylko stukot drogich szpilek o marmur, kiedy Corey zatrzymuje się przede mną z łagodnym wyrazem twarzy. Przez jeden moment śmiem twierdzić, iż ma wyrzuty sumienia i teraz grzecznie przeprosi, jednak ona tylko wzrusza ramionami, zakładając dłonie nabiodra.

– Wróć wieczorem, będzie rodzinna kolacja. Może poczujesz się bardziej jak w domu, skoro w tej chwili tak ci źle – mruczy podnosem.

– Corey, nie wiem, czy masz w głowie choć trochę oleju, ale proszę cię, ty też pomyśl nad tym, co mówisz. Jesteśmy rodzeństwem, jednak od wielu lat mam wrażenie, że prowadzimy wojnę jakwrogowie.

Bez dłuższych monologów opuszczam willę, po czym kieruję się prosto dobramy.

Po drodze wyjmuję z torebki telefon i wybieram numer do Melanie. Czas spotkać się z ludźmi wartościowymi i uczuciowymi. Bez parcia na szkło i pieniądze. Za to ze złotym sercem, otwartym umysłem imiłością.

***

Z biegiem lat pewne miejsca się nie zmieniają, a wraz z nimi ich mieszkańcy. Taka jest właśnie wiekowa kamienica Melanie Ruth, przyjaciółki z czasów liceum i studiów. Dziewczyny pełnej optymizmu, radości, poczucia humoru, wrażliwości i dobrego serca. Poznałyśmy się, gdy byłam równie szczęśliwa co ona. Cały bałagan nastoletniego życia przeżyłam z tą wyjątkową kobietą. Wspólne wypady na miasto, nocowanie, podziwianie gwiazd na nocnym niebie na dachu wysokich budynków, skryte marzenia, zwierzenia o północy przy butelce czerwonego wina. Choć nie pamiętam wielu takich sytuacji, moja przyjaciółka postarała się, by dokładnie mi to opowiadać. Dzień po dniu dzwoniła, dużo mówiąc o przeszłości, o tym, co robiłyśmy, co stanowiło naszą rutynę, o co się kłóciłyśmy, jakie miałyśmy sposoby na zgodę. W czasie trwania leczenia Melanie była i nadal jest moją podporą, kołem ratunkowym, zapisanym dziennikiem. Od momentu kiedy ją poznałam, stała się mi bliższa niż Corey i matka. Dlatego teraz, będąc pod jej kamienicą i czekając, aż dziewczyna znów dokona kolejnej zmiany stroju, nie mogę przestać się uśmiechać. Gdy zobaczyłam ją dziś taką radosną, uroniłam kilka łez, ale Melanie to nie przeszkadzało. Ona, w przeciwieństwie do mojej rodziny, lubi, kiedy okazuje się emocje. Uważa to za odwagę, ponieważ wielu ludzi nie stać na taki gest, są tchórzami ukrywającymi uczucia. Marnują życie na zakładanie kolejnych masek zamiast odkrywać, czym mogą być prawdziwy ból, cierpienie, radość, smutek, miłość.

– Już przybyłam! – woła wesoło, wskakując mi naplecy.

Natychmiast ją zrzucam, gdyż Melanie mało nieważy.

Dziewczyna chichocze, ciągle sięuśmiechając.

– No przepraszam, wiesz, że uwielbiam robić wrażenie na przystojnych mężczyznach, a tam, dokąd zmierzamy, są samiprzystojniacy!

– To znaczy? Nie mam ochoty na kluby, Melanie. Nie obraź się, ale nastąpiły pewne zmiany w moim życiu. Pamiętam je jak przez mgłę, jednakże wciąż pamiętam. Nie mogę iść ot tak i podrywać facetów. Nie chcętego.

– Clar, nie tłumacz się, przecież do niczego cię nie zmuszam. Ja tylko pragnę, żebyś nie musiała myśleć o dzisiejszym powrocie do domu, do rodziny, która w żadnym stopniu cię nie szanuje. Nie rozumiem, czemu od razu do nich poszłaś, skoro maszmnie.

Melanie odgarnia do tyłu burzę blond włosów, obecnie lekko zafarbowanych na końcówkach. Od zawsze zazdrościłam jej wyjątkowej urody. Piękne, długie loki, ładnie opalona skóra, długie, szczupłe nogi, krągłe biodra i ten uśmiech pełen radości ukazujący białe, proste zęby. Melanie, niestety, zamiast widzieć w sobie pozytywy, przez większość naszej przyjaźni wciąż mówi o swoich wadach. O lekko skrzywionym nosie, o pieprzyku nad ustami, o wadzie wzroku, przez którą musi nosić okulary, o małym biuście i zbyt dużej pupie. Ja, tak jak tata, skupiłam się na jej zaletach i to samo poleciłam przyjaciółce. Widzę, że od czasu moich cennych porad wiele się zmieniło, a Melanie wręcz ocieka pewnością siebie, ukazując światu sweatuty.

– Są mi potrzebni. Poza tym chcę szybko odkryć ich brudy na mój temat. Jedną tajemnicę mam już w kieszeni. Słyszałaś o tej zbiórce na moje leczenie po ciężkimwypadku?

– Te informacje nigdy nie dostały się do mnie ani do naszych znajomych, więc twoja matka zadbała o wszystko, byleby nikt niepowołany się niedowiedział.

– W pewnym sensie podziwiam ich za spryt, ale z drugiej strony tak pilnie strzeżona tajemnica, a takie drobne błędy? Wierz mi, Melanie, przyniosą im jeszcze wiele, wiele złego. Zadbam o to, by ludzie dowiedzieli się o jej intrygach, by wreszcie straciła ukochaną reputację – oświadczam nienawistnie na samą myśl o tym, co zrobiła moja mama. Przyjaciółka potakuje głową, uśmiechając się chytrze, po czym wyskakuje z najbardziej, według niej, kreatywnym pomysłem, bym zamieszkała u niej, dopóki nie znajdę pracy i własnegomieszkania.

– Nie chcę ci się zwalić na głowę, Mel, dlatego wróciłam do matki i Corey. Choć raz powinny siępoświęcić.

– Niech ci pomogą, owszem, ale ty nie będziesz dłużej wysłuchiwała tych obelg. Masz dwadzieścia pięć lat, Clarisso, a one wciąż traktują cię jak dziecko niemające prawa głosu. Myślą, że mają nad tobą władzę, bo jesteś od nich zależna, ale nikt nie zabronił ci żyć po swojemu. Jesteś zdolną, młodą, inteligentną kobietą. Świat stoi przed tobąotworem.

– Gdybym jeszcze ukończyła szkołę, Melanie… Świat, w którym nie ma papierków, nie jest już światem. Ja niestety nie mam potrzebnej przepustki – mówię ciszej, spoglądając na jej śliczną, uśmiechniętą, pełną nadziei twarz. Blondynka po raz kolejny kiwa głową, niemo przyznając mi rację. Niestety, lub stety, nie załatwiam spraw fałszerstwem i kłamstwami. Wtedy musiałabym zniżyć się do poziomu rodziny. Żyję uczciwie, dlatego muszę zastanowić się nad kwestią powrotu na studia, by zdobyć tytuł magistra i spełnić własne oraz jego oczekiwania. Na samą myśl o człowieku pasji, miłości, dobra i ciepła, robi mi się słabo. Kochałam, a kochać strasznie trudno przestać. Nawet jeśli wspomnienia zanikają, nawet jeśli nie pamiętam tego specyficznego głosu ani nie czuję jego dotyku, moje uczucia pozostająniezmienne.

– Clarrie?

– Świat stał otworem, gdy miałam przy sobie ciebie, Archera i optymizm wraz znadzieją.

Dziś zostałaś tylko ty, a to za mało – szepczę, wiedząc, że mogę ją brutalnieurazić.

Dziewczyna prycha, spowalniając nas. W pewnym momencie zatrzymuje się na środku chodnika, spoglądając mi w oczy bez słowa. Stoję nieruchomo, nie wiedząc, o co jej chodzi. Czuję się przybita licznymi myślami o miłości życia, o tragediach i wypadkach; o znienawidzonej podłej rodzinie, o zagubionymszczęściu.

– Potrzebujesz rozmowy z pewną kobietą. Niełatwo mówić o kimś, kogo wcześniej kochało się nad życie ze wzajemnością, a kogo już nie ma. Niełatwo mówić o tragedii i o bezuczuciowej rodzinie, ale każdy dobrze wie, że trudne szczyty są najlepszą motywacją, by je zdobyć. Pójdziesz na rozmowę do kliniki Green House, prowadzi ją wybitna i specyficzna psycholożka z papierkiem. Ona wraz ze mną przywróci ci światło tam, gdzie go zabrakło. Nie próbuję udawać filozofa czy nawet twojego Boga wskazującego ci drogę, ale jestem twoją przyjaciółką i rodziną, a twój tata zawsze powtarzał, że czasami trzeba zrobić coś za rodzinę, by im pomóc. Ja robię to za ciebie. Będę twoim tymczasowym sumieniem i mówię ci, abyś zaczęła żyć jeszcze raz. Z tym, co było przed nim i ponim.

***

Słowa Melanie trafiły tam, gdzie powinny. Prosto do mojej głowy i mojego serca. Okazała się najlepszym, co może być. Zdecydowana na uzyskanie pomocy, poprosiłam o numer do kliniki, a po krótkiej rozmowie z asystentką psycholożki umówiłam się na pierwszą wizytę już za tydzień. Podjęłam również kolejny krok odnośnie do wyprowadzki z domu egoistów. Zrobię to za kilka dni, dając im możliwość wykazania się pomocą. Oferowali ją, więc muszą się wywiązać. Teraz, z lepszym nastawieniem, mogę spokojnie stawić im czoła na wspólnej kolacji, gdzie będę miała okazję poznać męża matki. Stawiam na starszego, schorowanego pana będącego prezesem prężnie rozwijającej się firmy, który niebawem odejdzie z tego świata, zostawiając mamie spory spadek. No, chyba że szybciej kopnie w kalendarz, gdyż mamusia ma w zanadrzu plan na okrutne morderstwo rodem zfilmów.

Z głupim uśmiechem schodzę po marmurowych schodach, trzymając się barierki ozdobionej złotymi ornamentami, kiedy z samego dołu zauważam przemykającą w czerwonej sukience Corey. Ruszam za nią do jadalni, gdzie zebrała się mała grupka ludzi. Eleonora biega z kuchni do zatłoczonego pomieszczenia, stawiając na stole kolejne, pięknie pachnące potrawy. Kiwa mi głową, po czym znów wlatuje do ukochanego świata kulinariów. Przez chwilę nikt nie zwraca na mnie większej uwagi, aż do momentu, gdy wysoki blondyn milknie, spoglądając w moją stronę, marszcząc brwi. Nie poznaję go. Jest młody, dość przystojny, odziany w szary, dopasowany garnitur i za duże, beżowe buty, co od razu rzuca mi się woczy.

– O, Clarrie, już jesteś! Miło spędziłaś czas z Melanie? – pyta wysokim tonem mama jakby nigdynic.

Szybko analizuję, czy rankiem zdążyłam komukolwiek powiedzieć, z kim wychodzę, ale takie oświadczenie nie miało miejsca. Oznacza to tylko jedno, lecz wolę nie wypowiadać tego na głos. Przełykam ślinę i zbieram się w sobie, by pierwszy raz grać, udawać. Miałam być aktorką od początku, jednakże plan nie doszedł do skutku. Teraz muszę. Zrozpaczona po tragedii kobieta usiłuje walczyć. Taki powinien brzmieć slogan mojego nowegoja.

– Tak, Melanie przypomniała mi o wielu rzeczach i miłych sytuacjach sprzedwypadku.

– Wspaniale, zaraz nam opowiesz. Nawet nie wiesz, jaka jestem dumna, Clarisso! – woła mama, podchodząc bliżej mnie. Posyła mi promienny uśmiech, chwytając za rękę. – Chodź, chcę ci przedstawić twojego ojczyma, Ericka Angelini. Już nie mógł się doczekać, aż pozna swoją najstarsząpasierbicę.

Wysoki blondyn lustruje mnie od stóp do głów. Na jego gładkiej twarzy maluje się delikatny, chytry uśmiech, gdy zawiesza wzrok na moim lekko odsłoniętym dekolcie. Z przyjemnością uderzyłabym go za taką zniewagę dla mojego ciała, ale stopuję się. Stopuję się, ponieważ jestem do tego zmuszona. Muszę odgrywać dobrą, zranioną córeczkę kochanej rodziny. Mam jednak pewność, że Erick, cudowny ojczym numer trzy, jest świadomy tej całej szopki, która się tu odbywa. To zbyt sztuczne, by mogło być prawdziwe. Po jego wzroku wszystkiego się domyślam. Nie taki małointeligentny.

– Jest piękna, Tate. A jaka podobna do Corey. Dobry wieczór, Clarisso. Miło mi cię poznać. Oczywiście, proszę, przyjmij moje bardzo spóźnione kondolencje. Podziwiam to, jak sobie poradziłaś ze stratą i wypadkiem. Na pewno jest ci trudno… – mówi cicho, z wymuszonymwspółczuciem.

Strata Archera nadal boli, chociaż pogodziłam się z jego brakiem. Mimo to każde wspomnienie o nim czy o wypadku działa jak wbicie igły w zaszytą ranę. Wciąż pobolewa. Takie rzeczy pozostają w człowieku na zawsze, nie tylko na krótką chwilę leczenia czy uzdrawiania. Zakorzeniają się i co jakiś czas wypuszczają kwiaty w postaci wspomnień czy snów. Nie ucieknę przed tym, co się wydarzyło i co było trzy lata temu. Nigdy.

– Teraz jest o wiele lepiej. Widzisz, moja rodzina okazała się najlepszym wsparciem, jakie mam. Szkoda, że dopiero dziś mogłam do nich dołączyć po całym tym trudnym leczeniu i samotności – kłamię, czując, jak wzbierają we mniemdłości.

Moja matka uśmiecha się czule, poklepując mojeramię.

– Na szczęście mamy ją przy sobie i zadbamy o jej nową, lepszą przyszłość. Prawda, skarbie? – pyta łagodnieTate.

Gdy Erick nie patrzy, posyłam jej najbardziej lodowate spojrzenie, na jakie mnie stać. Przegina.

Nowa, lepsza przyszłość? Ta, którą budowałam wcześniej z kimś, kogo kochałam, była beznadziejna i nadawała się do zniszczenia? Tate aż tak nienawidziła moich planów, marzeń, celów i miłości, które tworzyłam z najlepszym człowiekiem, zaraz po ojcu i Melanie, na tym chorym świecie? Wzdrygam się, a do oczu napływają mi gorzkie łzy. Szybko to opanowuję, zasiadając do stołu i skupiając uwagę na pachnących potrawach. Corey i Johnathan nie komentują zachowania matki i Ericka. Nie komentują jej fałszywych uwag, nie reagują na to, w jak beznadziejną grę mnie wprowadzili. Uśmiechają się, popijają drogi alkohol, świętują i wspominają odległe miesiące, miłe wakacje na Bahamach czy najbliższe plany. Cała ta wymuszona sympatia i czułe słówka powodują kolejne napady mdłości, przez co nie jestem w stanie tknąć ani alkoholu, ani idealnie przyrządzonego homara. Wiem, że jeszcze parę dni, a stąd odejdę. Będę leżała na kanapie u Melanie, jadła tłuste frytki z keczupem oraz domowehamburgery.

I nie będę musiałaudawać.

Rozdział 3

Clarissa

Kilka dni później nic nie idzie po mojej myśli. Czarne chmury znów zbierają się nad Atlantą, czekając na moment, kiedy będą mogły wystrzelić pioruny kolejnych złych nowin. Jeszcze wczoraj układałam plan idealny, wręcz stworzony do tego, by jak najszybciej się wyprowadzić i znaleźć pracę bez pomocy Corey, lecz z racji drobnej zemsty na rodzinie każdy wszystko utrudnia. Po spotkaniu z Melanie stwierdziłam, że chcę żyć normalnie, bez udręki, bez obaw o nagły powrót stanów depresyjno-lękowych. Chcę żyć tak jak kiedyś. Oczywiście jestem świadoma, iż dążenie do tego nie będzie usłane różami, ale podjęłam walkę, więc czas ją stoczyć. Pierwszą bitwę wytoczyłam żerującej na moim nieszczęściu matce. Wysłałam anonimowy donos do organizacji, która współpracowała z nią przy zbiórce funduszy, kablując na jej fałszerstwo. Dyrektor dyrektora wszystkich dyrektorów całej siedziby obiecał rozeznanie się w temacie. Wystarczyły dwa dni, by sprawdzić dokumenty związane z przebiegiem mojego leczenia. Jeszcze wczorajszego wieczora oburzona mama dostała telefon, by zwrócić co najmniej dziewięćdziesiąt procent środków uzbieranych w trakcie zbiórki, inaczej sprawa zostanie nagłośniona i zgłoszona do wyższych sfer. Wściekła matka oczywiście miała świadomość, kto ją podkopał, więc w ramach zemsty Tate Rollos utrudnia mi znalezienie pracy. Robi to tak jawnie, że pracodawcy nie kryją się, by podać prawdziwy powód, dla którego mnie nieprzyjmują.

– Tate, pani matka, wydała oświadczenie, że jeszcze nie jest pani zdolna do pracy, poza tym nie ma pani wyższego wykształcenia niezbędnego w rekrutacji. Przykro mi, pani Clarisso, ale nie mogę przeprowadzić rozmowy kwalifikacyjnej, nawet po znajomości – oznajmiła dziś rano bardzo sympatyczna brunetka w biurze, w którym, na dobry początek, chciałampracować.

W wykazie potrzebnych papierów wcale nie wspominali o dokumencie świadczącym o ukończonej uczelni wyższej na kierunku architektura wnętrz. Do cholery, to było biuro nieruchomości! W dodatku robiłam w nim staż w wieku siedemnastu lat, a pracodawca doskonale znał mnie i mojemożliwości.

Rozgoryczona siedzę w pracowni taty, próbując po raz kolejny znaleźć jakąś ofertę pracy, nie narażając się na to, że matka zna kogoś, kto jest tamszefem.

W pośpiechu przewijam liczne, mało interesujące ogłoszenia, lecz nic ciekawego nie zwraca mojejuwagi.

Ostatecznie, przez przypadek, ląduję na stronie uczelni, na której studiowałam architekturę. Zastygam, gdy widzę wielki nagłówek „REKRUTACJA”. Próbuję przypomnieć sobie jakieś sytuacje ze słynnego studenckiego życia, jednakże nie potrafię. Mam w głowie kompletną pustkę, pomijając jeden, malutki plan. Wyciągam z kieszeni różowego szlafroka telefon i szybko wybieram numer do przyjaciółki, która jak najbardziej zdążyła przywyknąć do dzwonienia do niej w godzinach porannych inocnych.

– Boże. Jeśli znów zaproponujesz mi jogging, przy następnym spotkaniu wleję ci do gardła wódkę. Nadal pamiętam, jak jej nienawidzisz – burczyMelanie.

Ja natomiast uśmiecham się szeroko. Już dawno nie miałam okazji denerwować tej uroczejdziewczyny.

– Pada deszcz, jest wichura, dziś ci odpuszczam – oznajmiam spokojnie, wstając z obrotowego fotela przybiurku.

Zdążyłam rozgościć się w pracowni taty. Na dobre ściągnęłam wszystkie czarne kapy z jego sprzętów i instrumentów, na których doskonale potrafił grać; pościerałam kurze z białego, wciąż sprawnego fortepianu, aparatu fotograficznego czy starej, lecz nadal działającejwiolonczeli.

– Dasz się wyciągnąć na pyszny, zdrowy sok i sałatkę? – pytam.

– Jeśli mowa o kalorycznej kawie z dużą ilością cukru i czekoladowym donucie, to tak, dam się wyciągnąć. Jesteś mi winna same słodkości po ostatnim soku zburaków.

Chichoczę pod nosem, przeciągając się i spoglądając za okno. Nie minęła nawet dziesiąta, a deszcz i wichura już zdążyły narobić ogromnych szkód, mimo to mam interesujący plan, jak dostać się do centrum miasta. Z racji mojej wielkiej odmiany, mogę trochę skorzystać z przywilejów rodziny. W końcu są mi wiele winni, tak jak ja jestem winna Melaniesłodycze.

– Dostaniesz nawet dwa donuty. Karmelowe z lukrem kawowym. Pasi?

– I gorąca czekolada z piankami. Inaczej przyniosę ci dużowstydu.

– Gorąca czekolada, donuty i same dobre wiadomości – mówię wesoło mimo tej okropnej, ponurejpogody.

Z Melanie umawiam się na jedenastą, więc w miarę szybko szykuję się do wyjścia. Nie robię mocnego makijażu ani zbytnio się nie stroję. Deszcz i tak by wszystko zniszczył. Szczególnie idealnie ułożone, przyklepane włosy podatne nawilgoć.

W zwykłych czarnych jeansach i szarej bluzie, ze spiętymi w kok włosami schodzę do głównego korytarza, gdzie wpadam prosto do epicentrum podniesionych głosów i licznych wyzwisk. Choć próbuję zachować kamienną twarz, z gardła wydobywa mi się prychnięcie. No, proszę, idealna rodzina nie jest taka idealna? Wiele rzeczy umknęło mi z pamięci, jednakże sytuacje z domu są moją codziennością, nawet po wypadku. Koszmary przywędrowały aż do moich snów, przypominając, jak okropną mam matkę i siostrę. Czasami jest mi ich żal, ponieważ tak naprawdę nigdy nie doświadczą prawdziwej miłości czy przyjaźni. Nie poznają takich uczuć jak empatia czy altruizm, smutek czy przygnębienie. One zawsze będą żyć w perfekcyjnej bańce, którą tworzą wokół siebie każdego dnia. Wszystkie problemy odłożą na bok albo znajdą na nie rozwiązanie nieprzysparzające zbyt wielukłopotów.

Próbuję ominąć wściekłą, elegancką matkę wydzierającą się wniebogłosy do telefonu, podczas gdy ukochana siostra blokuje mi wejście do kuchni swoją drobnąposturą.

– Musimy pogadać, Clarrie.

– Jasne, ale nie teraz. Śpieszę się, więc wypożycz mi swego rumaka, a już mnie nie ma – oznajmiam chłodno, jeszcze raz odsuwając Corey odprzejścia.

Dziewczyna ani drgnie, dlatego głośno wzdycham, posyłając jej wściekłe spojrzenie. Gdyby miała w sobie cień empatii, może udałoby się nam kiedyś dogadać, ale to wredna jędza, więc wykluczam tęmożliwość.

– Corey, naprawdę sięśpieszę.

– Chciałaś kurs prawa jazdy, a teraz rozwaliłaś coś, na co mama pracowała miesiącami. Wiesz, ile mamy przez ciebie problemów? Dopiero wróciłaś i już wprowadzasz zamęt! Będziesz mnie denerwować przed ślubem? To patrz, udało ci się, jak zawsze! – krzyczy moja siostra, wymachując rękoma we wszystkie stronyświata.

Na siłę wpycham ją do kuchni, nie zwracając uwagi na protesty ani na fakt, że właśnie nasmarowałam dłonie kremem i brudzę jej ładną, drogą bluzeczkę. Trzymałam każde słowo w sobie, lecz miarka sięprzebiera.

Wcześniej uspokajał mnie Archer, dziś jestem gotowa, by uspokoić się sama, na swoich zasadach. Jeśli będzie trzeba, nawet się nie przyznam, iż należę do Rollosów, ponieważ to banda pieniężnych, obdartych z uczućpasożytów.

– Puszczaj, furiatko! – wrzeszczyCorey.

– Jeśli masz zamiar jeszcze mnie oskarżać, to zrób to teraz albo więcej się nie odzywaj, próbując robić z siebie ofiarę, siostro. Mam ci przypomnieć, jakie życie wiedziesz? Nieuczciwe, pozbawione prawdziwej miłości, przyjaźni i radości; fałszywe i udawane. Nie znasz mnie, nie znasz stopnia mojego cierpienia i podejrzewam, że nawet nie znasz znaczenia słowa „furiat”.

– Co typleciesz…

– Prawdę. Czy prawdziwa rodzina żeruje na tragedii kogoś bliskiego? Czy ciebie od dziecka wyzywano od nieudaczników tylko dlatego, że wolałaś podążać za pasją niż za rozumem matki? Corey, byłaś księżniczką, która nie wie, co tomiłość.

– A ty niby wiesz, czym to jest? – pyta siostra, marszczącbrwi.

– Tak, Corey, wiem. W przeciwieństwie do ciebie ja wyszłam za mąż z miłości, nie z potrzeb finansowych. Teraz zawołaj swego sponsora, niech podwiezie mnie do centrum. I tak jesteście mi winni o wiele więcej niż jeden kurs do kawiarni – burczę pod nosem, wychodząc prosto do głównegokorytarza.

Wkładam trampki za kostkę, zabieram torebkę i otwieram drzwi, gdzie matka nadal rozmawia przez telefon. Spogląda na mnie wściekłym wzrokiem, lecz całkowicie to lekceważę. Nie zasłużyli nawet na mój szczeryuśmiech.

Po chwili z domu wychodzi również gotowy Johnathan z ponurym wyrazemtwarzy.

– Bądź po ósmej. Będziemy mieli ważnego gościa. I dostosuj swój strój, ponieważ to osoba z wyższych sfer, przybywająca do nas także w twojej sprawie – oświadcza chłodno mama, po czym wraca dorozmowy.

Przez moment waham się, czy nie odpowiedzieć jej, iż mam dwadzieścia pięć lat i wracanie do domu o określonej porze nie należy do moich obowiązków, ale ostatecznie rezygnuję z zachowania głupiej nastolatki. Wsiadam za to do srebrnego, niskiego jaguara, gdzie na miejscu kierowcy spotykam smętny wzrokJohnathana.

– Mógłbym cię o coś prosić, Clarisso? – odzywa sięcicho.

– O litość dla twojej narzeczonej? Nigdy. O nieodzywanie się? Jaknajbardziej.

– Dlaczego taka jesteś? One naprawdę się starają. Nie widać tego gołym okiem, alegdyby…

– Nie ma „gdyby”, John. Moja rodzina jest tak lodowata, że aż Antarktyda się przed nimi kłania. Jeśli masz zamiar kogokolwiek bronić, lepiej nie rozmawiajmy, ponieważ nie lubię się powtarzać. Wiesz, może straciłam pamięć i wiele rzeczy nie wróciło na swoje miejsce, ale uczucia, które towarzyszyły mi kiedyś, nigdy nie zniknęły. Siedziały i siedzą głębokozakorzenione.

– Rozumiem cię, Clarisso. Twoja tragedia naprawdę mnie poruszyła i cała ta akcja ze zbiórką, no cóż, nie mam nic na obronę Corey i waszejmatki.

– Nie rozumiesz i nie zrozumiesz, dopóki sam czegoś takiego nie doświadczysz. A teraz, gdybym mogła prosić, pokonajmy resztę drogi w milczeniu – mówię, odwracając wzrok prosto na mijające domki jednorodzinne, przechodniów oraz coraz bardziej zbliżające się wieżowce w centrumAtlanty.

Johnathan wedle mojej prośby milknie, włączając radio, by auta nie wypełniała wyłącznie cisza. Muzyka nieco odzwierciedla to, co czuję, a czego staram się nie pokazywać, jednak ukrywam to przed narzeczonym Corey. Widać, że to jej całkowite przeciwieństwo i w porównaniu z moją siostrą ma trochę rozumu oraz współczucia. Chciałabym z wdzięcznością podziękować mu za podwózkę, lecz wiem, iż nie zrobił tego, ponieważ chciał. Zrobił to, ponieważ nakazała mu wściekła za wszystkie czasy Corey. Chyba wreszcie poczuła coś w tym swoim zardzewiałym, zlodowaciałym sercu, a ja żywię ogromne nadzieje na przeprosiny z jej strony. Powinno w końcu dotrzeć do jej ptasiego móżdżka, jaką jest wstrętną idiotką, działającą przeciwko starszej, zrujnowanej przez życie siostrze. Nie rozumiem, dlaczego ta dziewczyna – albo chociaż nasza matka – nie pojmuje ogromu mojej tragedii. Jakim trzeba być zapatrzonym w siebie egoistą, żeby tego niezauważyć?

Z zamyślenia wyrywa mnie gwałtowne hamowanie, przez które aż lecę do przodu. Na szczęście zabezpieczają mnie pasy, lecz serce natychmiastowo wybija nierówny, szybki rytm, a całe ciało oblewają pot oraz przerażenie. Zaciskam pięści, wdychając i wydychając powietrze. Ze strachu mam w głowie myśl, aby jak najszybciej wyskoczyć z samochodu, dlatego kiedy sięgam do klamki drżącymi dłońmi, powstrzymuje mnie krzyk Johnathana. Od razu wybudzam się z amoku, głośno przełykając ślinę. Znów wstrzymuję oddech, nie wiedząc, co mam ze sobą zrobić. Przekleństwo i zdenerwowanie mężczyzny obok tylko wszystko pogarszają. Gdy zamykam oczy, widzę przed sobą okropny obraz, który łączy się z tym obecnym. Wrzask, trzask, huk, płacz i ostry, rozrywający ból, jakby wbijano nagrzany łom prosto wgłowę.

– Clarisso, spokojnie, tak? Spokojnie.

– Wysadź mnie. Natychmiast – warczę przez zaciśnięte zęby, wracając do światażywych.

Nie patrzę na sprawcę całego tegozamieszania.

Po prostu nigdy więcej nie pozwolę, by wsiadał do samochodu, kiedy ja w nim jestem. Naraża mnie na szwank, na pozjadane nerwy i powroty do chwil, o których, wyjątkowo, chciałabym zapomnieć. Są zbyt przerażające, a jednak często pojawiają się w koszmarach czy nawet zwykłychsnach.

– Powiedziałam natychmiast! – wołam, więc Johnathan hamuje przy najbliższym przystanku autobusowym. Przełykam ślinę, wreszcie zaszczycając narzeczonego Corey wściekłym spojrzeniem. – Jeśli komuś o tym powiesz, sprawię, by twoje zęby na długo nie pozostały na swoichmiejscach.

– Przepraszam, wymusił pierwszeństwo. Naprawdę nie chciałem cięnarazić…

– Ale naraziłeś. Nas oboje. Specjalnie czy też nie, to była nasza pierwsza i ostatniaprzejażdżka.

Szybko wyskakuję ze srebrnego jaguara i pędzę prosto przed siebie. Do kawiarni trafiam w piętnaście minut. Cała przemoknięta i zmarznięta, ale bardziej spokojna niż przed momentem. Nie mam pojęcia, czy to jakiś inny kierowca popełnił błąd i wymusił pierwszeństwo, jednak Johnathan i jego gwałtowne hamowanie… to sprawiło, że znów napadł mnie lęk, a ja sama zaczęłam wariować z przerażenia. Dlatego właśnie jeszcze nie zrobiłam prawa jazdy. Jestem tchórzem, jeśli chodzi o jeżdżenie samochodami. Bałabym się, że któregoś dnia zostanę sprawcą jakiegoś strasznego wypadku albo znów trafię do szpitala pod respirator, gdzie znają mnie jak własnąkieszeń.

Biorę kilka kolejnych uspokajających wdechów, po czym wchodzę do kawiarni. Melanie siedzi na końcu lokalu, tuż w rogu przy oknach od podłogi aż po wysoki sufit. Gdy tylko nasze spojrzenia się spotykają, dziewczyna podrywa się z krzesła i biegnie w moją stronę. Oczy ma szeroko otwarte, usta rozchylone, a ubranie równie przemoczone comoje.

– Nie przyjechaliście podkamienicę…

– On… Samochód… – Tak bardzo boję się powiedzieć te cholerne słowa, że wolę mamrotać bez sensu, nadaldygocząc.

Przyjaciółka pojmuje aluzję, bez zbędnych pytań ciągnie mnie za rękę prosto do naszego stolika. Patrząc na zamówione donuty, sałatkę, gorącą czekoladę z piankami i sok pomarańczowy, wreszcie się rozluźniam i zaczynam opowiadać Melanie o swoich postanowieniach, kończąc na katastrofie z Johnathanem w roli głównej. Wspominam o rozmowie z Corey i o wściekłej jak osa matce, na co blondynka wpada w dziki śmiech, ciesząc się, że wreszcie złych ludzi dopada karma. Po dwóch godzinach siedzenia w lokalu zmieniamy miejsce i tam spędzamy kolejne godziny, plotkując, nadrabiając straconyczas.

Przechadzając się po wielkiej galerii w poszukiwaniu restauracji, gdzie mogłybyśmy zjeść porządny obiad, myślę nad tym, co właściwie chcę powiedzieć Melanie. Czy decyzja podjęta za sprawą impulsu może być właściwa i korzystna? Mam dwadzieścia pięć lat, dlatego takie kroki muszą przynieść pozytywne rezultaty, bez żadnej potyczki, bez błędu. Wzdycham, ponieważ zdaję sobie sprawę, że za dużo analizuję. Po prostu trzeba działać. Tylko tak się przekonam, czy moja decyzja byłasłuszna.

– Mel? – zagaduję ją, gdy podziwia wielki plakat, na którym przedstawiony został obiad jej marzeń. Gigantyczny pulpet w sosie pomidorowym, z bazylią i jaśminowym ryżem chyba zrobił na tej drobnej blondynce niezłe wrażenie. – Bierz go – podpowiadam jej do ucha, na coparska.

– Lepsze to niż ten oblech, który zapraszał mnie na randkę tydzień temu. Dasz się namówić na coś bardzo kalorycznego? No, proszę, zrób to dlaukochanej!

– Wracam na studia – oznajmiam bez ogródek, na co Melanie wytrzeszczaoczy.

– Cholera. Teraz nie ma opcji, że nie zjesz tego pulpeta. Brawo, dziewczyno! – woła, nie zważając na to, iż przykułyśmy dość sporąuwagę.

Uśmiecham się do przyjaciółki, ruszając za nią po najlepszą kulkę mięsa, jaką widziały mojeoczy.

***

Wieczorem, dokładnie przed siódmą, pojawiam się przed rodzinnymdomem.

Melanie próbowała mnie namówić na jazdę samochodem, ale po dzisiejszych wydarzeniach mam dość tego środka transportu. Wróciłam pieszo w ciągu godziny. Przyjaciółka pożyczyła mi cieplejszą kurtkę jesienną oraz parasol, więc nie zmokłam tak bardzo, jak się obawiała. Zresztą, dla mnie nie miałoby to większego znaczenia. Najchętniej w ogóle bym nie wracała tutaj, jednak gość to gość, a skoro jest również moim gościem, muszę być, włożyć ładne wdzianko, fałszywie się uśmiechnąć i ponownie udawać cnotkę, wyleczoną dzięki rodzinie wolną kobietę. Jeśli tylko matka będzie próbowała mnie swatać z jakimś bogatym prezesikiem, od razu pożałuje, że przyjęła córę marnotrawną pod swój dach. Obiecałam sobie zmiany przed rozpoczęciem nowego roku, dlatego czas je stopniowo wprowadzać. Po pierwsze, koniec dawania sobą pomiatać. Przyjechałam tu z myślą o udawaniu, by rodzina zapewniła mi pomoc, ale w takich okolicznościach mam to w czterech literach. Poradzę sobie sama, choćby śpiąc gdzieś w przytułku dla bezdomnych i jedząc przez tydzień suchy chleb, popijając wodą z kranu. Nigdy więcej udawania kogoś, kim nie jestem. Zero sympatii dla ludzi, którzy nie okazują szacunku mnie i mojej tragedii. Zero szacunku dla ludzi żerujących na czyimś nieszczęściu. Całkowita Clarissa Rollos. Taka, jaką pokochał Archer; taka, która walczy o swoje, jest bezpośrednia, nie chowa się pod maską biednej, zranionejkobiety.

W momencie kiedy schodzę po schodach, powtarzam w myślach każde słowo, każdą obietnicę. Mam zamiar ich dotrzymać i się nie poddać. Nie wiem, kim jest ów gość rodziny, dlaczego przyjechał również w mojej sprawie, lecz jeśli będzie robił problemy, chętnie się nim zajmę. Może nawet dojść do rękoczynów, w zależności od tego, jak się zachowa. Z jadalni ponownie słychać głośne, wesołe rozmowy prowadzone na najwyższym poziomie grzeczności i kultury. Prycham, słysząc wszelkie pochwały w stronę przebiegu mojego leczenia i tego, jak sobie świetnie radziłam i radzę do dziś. Głos matki przepełniony jest udawaną troską i miłością, dlatego postanawiam wkroczyć już teraz, by przerwać tę głupią i niewiarygodną sztukę. Z miejsca podrywa się Johnathan, zaciekawiając tym Corey. Dziewczyna marszczy brwi, chwytając narzeczonego za rękę. Następnie zerka na mnie, a usta zaciska w wąską linię, odwracając wzrok na mężczyznę siedzącego naprzeciwko niej. Nie znam go, aczkolwiek skądś kojarzę. Zapewne pojawił się w moim życiu przed wypadkiem, stąd brak dokładnych wspomnień. Jest barczysty, muskularny, wysoki i przyprawia o ciarki. Nie takie pozytywne. Takie napawające człowieka lękiem i przerażeniem. Wstaje z krzesła, lustrując mnie wzrokiem, podczas gdy w jadalni zapada kompletna cisza. Nieznajomy mruży ciemne oczy, napinając mięśnie ramion. Stoję w progu, obserwując całą sytuację z lekką konsternacją. Kim on, do diaska, jest?

– Clarissa Rollos, duma rodziny, córeczka tatusia, zdolna, niedoszła pani architekt. Jakiż mnie zaszczyt dopadł, by poznać tak wspaniale wypromowaną osobę – oznajmia chłodno, z dystansem ipogardą.

Wzdrygam się, słysząc ten fałszywie sympatycznygłos.

Jego mina wyraża jedynie kpinę, więc zaciskam pięści, próbując nie wbić sobie paznokci wskórę.

– A pan to zapewne uwielbiany przez moją matkę przyjaciel rodziny, których, podobno, mamy na pęczki? – pytam poważnie, na co mężczyznaprycha.

Do akcji wkracza Tate Rollos, wspomniana matka z wieloma przyjaciółmi. Wstaje od stołu, podchodzi bliżej naszej dwójki mierzącej się surowymi spojrzeniami. Nie chcę sprawić gorszego wrażenia, niż już sprawiłam, jednak nie mogłam się powstrzymać, kiedy wypowiadał to wszystko w tak nieprzyjemny sposób. Mam na głowie walkę z podłą rodziną, dlatego wolę nie użerać się z obcymi, wrednymi samcamialfa.

– A nie, chwileczkę. Bo ja pana skądś kojarzę. Nie był pan mężem mojejmatki?

Corey głośno wciąga powietrze, a Johnathan robi nadąsaną minę, jakbym powiedziała coś naprawdę obraźliwego. Cóż, czyżbym trafiła w sedno? Czyżby ten młody, przystojny człowiek był również moim dawnym ojczymem? Zdecydowanie się do tego nie nadaje, gdyż urodą powala nawet najstarszych facetów matki, ale byłoby to całkiem prawdopodobne. Mężczyzna poprawia brązowe, gęste włosy lekko opadające mu na czoło, po czym pociera długimi palcami delikatny zarost na przystojnej twarzy. Nie wygląda na spłoszonego moimisłowami.

– A pani nie była tą naiwną dziewczyną, której wystarczył kilkudniowy romans, aby wychodzić za mąż? Zapomniałem, że bardzo lubiłaś ostrą jazdę z bogatymi, rockowymiartystami.

Robię krok do tyłu, zszokowana jego bezczelną bezpośredniością. Niemal tak bezczelną jak moja. Skąd o tym wszystkim wie? Skąd zna takie szczegóły, skoro nikt z rodziny nawet nie miał pojęcia, ile byłam z Archerem, zanim postanowiłam za niego wyjść? Każdy myślał, iż spotykamy się od dobrych kilku miesięcy, co było nieprawdą, ponieważ za mojego męża wyszłam piętnaście tygodni po naszej pierwszej randce. Mimo wszystko był najwspanialszym człowiekiem i cieszę się, że podjęłam takądecyzję.

– Kim jesteś, że masz czelność mówić takie rzeczy? – warczę, gromiąc nieznajomego zabójczym wzrokiem zza szkiełokularów.

Z chęcią walnęłabym go w tę cwaniacką gębę, jednak powstrzymuję się, ponieważ mógłby wnieść na mnie oskarżenie na policji. Wtedy całkowicie zaprzepaściłabym szansę na zdobycie zawodu z takimi aktami. Amnezja, uszkodzenie kręgosłupa w wyniku wypadku, depresja, leczenie psychiatryczne, pobicie zapewne ważnego faceta w świecie biznesu. Moja matka raczej nie sprasza szarych ludzi do tej usłanej bogactwem i przepychemwilli.

– Maior Prein, pani dawny przyjaciel – oznajmia wyniośle mężczyzna, a przez chwilę na jego twarzy pojawia się zupełnie inneuczucie.

Nie żadna wściekłość czy determinacja w